Miljoner „Y“/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Miljoner „Y“
Podtytuł Powieść o dzielnym murzynku-sierocie
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1933
Druk Zakładt Graficzne Ski Akc. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział XIV.
„Czcigodni obywatele Nowego Jorku“.

Sir — spytał pewnego razu kustosz nowojorskiego muzeum wynalazków — czem mogę panu służyć?
Wysoki, barczysty chłopak murzyński, starannie i czysto ubrany, ukłonił się staruszkowi i odpowiedział grzecznie:
— Przepraszam pana, że go trudzę sobą. Opowiadano mi, że w gmachu tym zebrano wszystko, co ludzie wymyślili i wynaleźli przez całe sto lat.
— Istotnie tak jest! — potwierdził kustosz. — Sir może tu obejrzeć modele najnowszej lokomotywy, samolotu i samochodu, a także zarazem maszynkę do przyszywania guzików i patentowane szczoteczki do zębów.
— Właśnie, o to mi idzie, panie dyrektorze! — zawołał chłopak. — Pozwoli pan, że mu się przedstawię. Jestem Y z Rugary, byłem niegdyś wodzem wędrujących chłopaków mojej wioski, a teraz zamierzam stać się miljonerem...
— Och! — przerwał mu stary pan. — Poco panu miljony? Niech mi pan wierzy, że z powodu nich dżentelmen będzie miał dużo kłopotów i wrogów...
Czarny chłopak podniósł ramiona i odparł śmiało:
— Przeciwnie, drogi panie, zupełnie przeciwnie! Zamierzam mieć miljony, aby wszyscy ludzie stali się moimi przyjaciółmi.
— Jak to sir sobie wyobraża? — zapytał kustosz.
— Chcemy żyć spokojnie i dostatnio — ja i mój przyjaciel Llo, a za resztę pieniędzy dopomagać ludziom, uczyć ich, leczyć, opiekować się dziećmi, żeby nie doznawały nigdy głodu.
Wypowiedziawszy to, Y śmiało i ufnie spojrzał w oczy starego kustosza.
— Mój chłopcze — szepnął staruszek — masz poczciwe i szlachetne myśli. Z serca życzę ci, żebyś jak najprędzej stał się miljonerem! Powiedz mi jednak, czy ukończyłeś szkoły?
— Nie! — potrząsnął głową Y. — Dotąd jeszcze nie! Ale myślałem już o tem i będę się uczył. Przedtem wszakże muszę puścić w ruch swój interes!
— Interes? — zdziwił się kustosz.
— Ach, sir, niech mi pan poradzi! Obmyśliłem cały plan, a nie mam nikogo, ktoby mi mógł uczciwie doradzić!
— Bardzo chętnie, mój drogi chłopcze! — uśmiechnął się staruszek. — Chodźmy do mego biura. Opowiedz mi o wszystkiem, wysłucham z całą cierpliwością.
Dobre dwie godziny pozostawał Y w gabinecie kustosza. Opowiedziawszy mu swoje życie i przygody, obejrzał niektóre urządzenia, maszyny i przyrządy.
Na pożegnanie, ku wielkiemu zdumieniu słuchającego tej rozmowy portjera, staruszek rzekł:
— A więc zrobimy tak, jak było umówione? Czekam jutro na pana, mister Y; zastanie pan u mnie tego zdolnego mechanika, o którym wspominałem panu. Podpiszecie u mnie umowę, no i przystąpicie do wspólnej pracy.
— Dziękuję panu, mister Allen Howard! — odpowiedział mu chłopak i wyszedł.
Ledwie się drzwi za nim zamknęły, kustosz zdjął okulary i, przecierając szkła, spytał portjera:
— Czy wiesz, kto to był, Albercie?
— Jakiś czarny pędrak, panie dyrektorze.
— Nie! — potrząsając głową, zawołał kustosz. — To — przyszły miljoner... Ja ci powiadam, że obaj posłyszymy wkrótce o mister Y.
— Y! — zaśmiał się portjer.
Mister Y! — powtórzył z naciskiem staruszek. — Pod tą czarną skórą i kędzierzawą czupryną kryje się złote serce i złoty mózg! Tak, tak, mój Albercie! Zapamiętaj to sobie dobrze: — mister Ymiljoner Y!
Czarny Y nie nadaremnie przez cały tydzień „spacerował” sobie po Nowym Jorku samotnie, bo gadatliwy, niezmiernie wesoły i roześmiany Llo przeszkadzałby mu skupić myśli.
Y odwiedził rodzinę Thomasa Red’a, gdzie zastał grubego szypra, który powrócił był na swoim „Daddy Ralph’ie” z afrykańskiej podróży morskiej; widział się z sędzią-murzynem Nikky Bucky, o którym wspominał mu kuk Webbley; naradzał się długo z Czarnym Bim’em, a wszystkich tych ludzi wypytywał o to, co zajmowało go najwięcej, a czego jednak nie wyjawiał.
Chłopiec przyglądał się życiu i wrzącej pracy w Nowym Jorku, a zajrzał wszędzie — poznał dokładnie dzielnicę rybacką i port, zwiedził kilka fabryk, był w rzeźni, w gazowni i elektrowni, za 50 centów przechadzał się przez pół dnia po Luna-Parku, podziwiał tłumy przewalające się tu, jeżdżące po karkołomnych górach, bujające na karuzelach.
Wszystkiego się dotknął, rzucił okiem na każdy szczegół, ocenił wszystko i myślał.
Wkońcu powziął jedno, niezłomne postanowienie, mruknąwszy do siebie:
— Dobre i to — na początek!
Po odwiedzeniu raz jeszcze starego Allena Howard w muzeum wynalazków i po spisaniu w obecności zacnego kustosza oraz portjera Alberta umowy z mechanikiem, — powstało wkrótce w dzielnicy rybackiej nowe przedsiębiorstwo.
Miało ono dziwną nieco nazwę:

Miljon ostryg na dzień”
(Spółka Y, Michalczak i Llo).
— Cóż to za przedsiębiorstwo? — pytali przechodnie, patrząc na wspaniały szyld, umieszczony na długiej, drewnianej budzie.

Dowiedziano się o tem wkrótce.
Mały, czarny Y założył mechaniczną „otwieralnię” ostryg, a bezrobotny, uzdolniony mechanik-Polak założył mu niezbędną instalację.
Była ona nader prosta, a bardzo praktyczna.
Ustawiono długi stół, po którym sunęła szeroka wstęga gumowa.
Pod stołem, gdzie były składane stosy ostryg, wstęga ta, poruszana elektrycznością, zabierała muszle i ciągnęła je przez stół.
W krawędziach stołu umieszczono noże, pod któremi znajdowała się szczelina. Robotnicy nie potrzebowali schylać się po muszle, bo gumowy pas dostarczał ich każdemu pracownikowi przy stole.
Muszla, uderzona o nóż, rozpadała się na dwoje, mięczak trafiał do szczeliny, pod którą mieściła się pochyła rynna. Śliskie ciałka ostryg spływały ku jej końcowi i dostawały się do kubłów. Muszle spadały pod nogi otwieraczy do niegłębokiego kanału z biegnącym na jego dnie pasem skórzanym, wyrzucającym przerobiony materjał nazewnątrz budynku, gdzie trzech chłopców przenosiło skorupy do składu.
Przy stole stawało codziennie stu otwieraczy.
Y, pracując w jadłodajni Czarnego Bim’a, poznał ich wszystkich, więc zaprosił do swego przedsiębiorstwa najlepszych i najwprawniejszych. W zakładzie Miljon ostryg na dzień” pracowali Czerwony Pedro, Jednooki Flask z Florydy, Miguel Farara, John Hawks i Charlie Soddy.
Nad wszystkiem miał oko sam Y, on też kupował ostrygi od dostawców i przyjmował zamówienia od właścicieli restauracyj.
Llo doglądał porządku w głównym budynku, na składzie i w lodowni.
Mechanik Stefan Michalczak miał w swej pieczy wszystkie instalacje i prowadził księgi rachunkowe.
Nie mijał dzień, żeby Michalczak czegoś nie ulepszył, co zmniejszało wydatki przedsiębiorstwa, a zwiększało ilość otwieranych ostryg.
Wkrótce Spółka Y, Michalczak i Llo mogła istotnie dostarczać miljona otwartych ostryg.
Pobliskie jadłodajnie nie potrzebowały już opłacać własnych otwieraczy, lecz codziennie zamawiały u Y potrzebną im ilość ostryg, a właściciele ich byli spokojni, że zostaną obsłużeni na czas, bez minuty opóźnienia.
Nie minęło pół roku, a już Spółka zmuszoną była rozszerzyć swoje przedsiębiorstwo.
Postawiono trzy nowe, znacznie ulepszone warsztaty, przy których znalazło pracę 300 robotników. Wszyscy byli zadowoleni, gdyż restauracje nie miały żadnego kłopotu z otwieraczami i dostawcami ostryg, robotnicy otrzymywali nie po dziesięć lecz po 25 centów za setkę otwartych muszel.
Y nawiązał stosunki z większemi hotelami swej dzielnicy. Spółka nabyła motocykle z przyczepionemi do nich wózkami dla dostaw ostryg do bardziej odległych dzielnic miasta. Temi to motocyklami chłopaki odbywali co niedziela wraz z mechanikiem dalekie wycieczki za miasto.
Pewnego razu pojechali do Buffalo.
W drodze musieli stanąć, bo szosą przeciągała właśnie procesja.
Dwóch księży w połyskujących złotem kapach szło na przedzie z kadzidłem i kropielnicą; biało ubrane dziewczęta niosły święte obrazy; chłopaki w koronkowych komżach — krzyże i sztandary; starsi mężczyźni trzymali drążki wiśniowego, aksamitnego baldachimu, pod którym kroczył staruszek-kapłan, niosący monstrancję.

Michalczak zeskoczył z siodełka motocyklu i uklęknął przy drodze.
Murzyniątka, nic nie rozumiejąc, w milczącem zdumieniu patrzyły na przyjaciela.
Ossendowski Miljoner Y p179.png

— Co to było? — spytały.
— Ludzie modlili się w kościele, a teraz idą z Ciałem Bożem do sąsiedniej świątyni — odpowiedział mechanik, lecz zmiarkowawszy, że czarne chłopaki nigdy o tem nie słyszały, jął wykładać im zasady wiary chrześcijańskiej.
— O! — zawołał wreszcie Y. — Rozumiem! „Wspaniały” posłał na ziemię Swego Syna, aby nauczał ludzi, pomagał i pocieszał nieszczęśliwych. Jakżeż dobrym i miłosiernym był Jezus, Syn „Wspaniałego”! Chciałbym Go naśladować!
Ten wypadek miał niezmiernie doniosłe następstwa.
Na żądanie Y Michalczak poszedł z chłopakami do polskiego księdza-prefekta, który kierował szkołą dla dzieci Polaków, mieszkających w Nowym Jorku.
W dwa miesiące później murzynięta przystąpiły do Sakramentu Chrztu świętego i otrzymały chrześcijańskie imiona, pozostawiając dawne jako nazwiska.
Od tego czasu robotnicy, przychodzący rano do otwieralni, widząc spotykających ich czarnoskórych „dyrektorów”, pozdrawiali ich słowami:
Good day, mister John Y! How do you do, mister Henry Llo?[1]
Pomiędzy sobą nazywali ich inaczej: pierwszego Johnny,[2] drugiego — fatty boy,[3] lecz lubili obu, z szacunkiem się o nich wyrażając, a, gdy w porcie zdarzało się, że ktoś drwił z murzynków, to mocne pięści otwieraczy ostryg nieraz młóciły śmiałka.
Gdy interesy Miljona ostryg na dzień” poszły całą parą, Janek Y zgromadził wszystkich swoich starych robotników i oznajmił, że od tego dnia każdy z nich staje się współwłaścicielem przedsiębiorstwa.
Robotnicy pracowali odtąd jeszcze pilniej, myśleli o oszczędzaniu i dobrym stanie urządzeń fabrycznych i wymagali od siebie i towarzyszy bezwzględnej uczciwości.
Na szyldzie otwieralni zmieniono napis.
Widniało na nim:

Mechaniczna otwieralnia ostryg.
(Spółka Jan Y, Stefan Michalczak, Henryk Llo i stu pracowników).

Y i Llo przekonali się nagle, że będą teraz mieli dużo wolnego czasu.
Udali się więc do księdza i prosili o przyjęcie ich do szkoły.
Odtąd codziennie przychodzili na wieczorne kursy i uczyli się starannie. Poznawali tak niezwykłe, wprost cudowne rzeczy, że nie mogli nieraz powstrzymać okrzyków zachwytu.
Arytmetyka, fizyka, chemja, nauka o zwierzętach i roślinach, historja, czytanie pięknych książek — wszystko to pociągało pracowitych, zdolnych, chciwych wiedzy murzynków.
W szkole profesorowie i koledzy darzyli przyjaźnią uprzejmych, łagodnych i spokojnych chłopaków, pomagali im, gdy doniedawna dzicy jeszcze Y i Llo nie mogli czegoś ogarnąć swoim niewprawnym jeszcze, pierwotnym umysłem.
W szkole Janek Y po raz drugi w życiu stał się dobroczyńcą.
Pierwszym jego szlachetnym czynem było zabezpieczenie dawnych robotników, pracujących z nim od dnia założenia spółki i utrwalenie ich bytu.
Teraz, rozejrzawszy się uważnie, wybrał trzech najbiedniejszych kolegów, ubrał ich porządnie i oznajmił, że będzie wpłacał za nich wpisy szkolne.
Idąc za jego przykładem, to samo uczynił Llo.
Prezydent miasta, powiadomiony o tem, zaprosił chłopców do magistratu i w obecności jakichś poważnych panów uścisnął im ręce, podziękował za ich szlachetną ofiarność i nazwał „czcigodnymi, młodymi obywatelami Nowego Jorku”, ofiarowując im na pamiątkę tego dnia pięknie oprawne książki o Abrahamie Lincolnie[4] i dyplomy honorowe.
Powracając z tej ceremonji, Llo dotknął ramienia przyjaciela i z filuterną miną zapytał:
— Chciałbym wiedzieć, coby na taką hecę powiedzieli kulawa ciotka Bisir i nasz poczciwy wójt z Rugary, hę?
Y parsknął śmiechem, bo pytanie to było istotnie zabawne.
Wstąpili na lody do cukierni „Brothers Carletti”, gdzie wystrojone panie i panienki ze zdumieniem spoglądali na pewnych siebie czarnych „dżentelmenów”.
W pewnej chwili Llo trącił łokciem towarzysza i szepnął do niego:
— Na Boga! Oddawna już przyglądam się tobie i jestem przekonany, że obmyślasz coś nowego?
Y spojrzał na niego przenikliwie i w milczeniu skinął głową.
— Ach, ty... rru! — z miłością w głosie powiedział Llo i poprosił kelnera o drugą porcję lodów, tych najlepszych, mieszanych, pistacjowych i poziomkowych.
Y zerknął w stronę chłopaka i ze śmiechem rzekł:
— Ach, ty... żarłoku łakomy!
Po wyjściu z cukierni, chłopcy się rozstali. Llo zamierzał pójść do biura spółki, gdzie miał coś do roboty, a Y wstąpić do banku.
— Muszę sprawdzić, jaki też kapitał mamy na naszym rachunku... — rzekł, żegnając przyjaciela.
— Potrzebujesz pieniędzy na coś nowego? — spytał chłopak.
— Tak! — odpowiedział Y.
— Co to będzie? — chytrze mrużąc oczy, zadał nowe pytanie Llo.
Ten zaśmiał się głośno i odparł:
— Ogromna fabryka lodów na miljon porcyj dziennie!
Llo gwizdnął przeciągle.
— Wiem, że żartujesz, ale, gdyby tak było, jak ty mówisz, tobym użył, jak pies w studni! Cha! cha! cha!
— Nie użyjesz na lodach naszego wyrobu, łakomcze jeden! — zapewniał go przyjaciel.
— Szkoda! — westchnął murzynek. — Będę zmuszony nadal wzbogacać „Brothers Carletti”... Można i tak! Good bye, John![5]
Good bye, Henry!
Uścisnęli sobie ręce i poszli w różne strony.
Y obejrzał się za towarzyszem.
Ten stał i patrzył w ślad za nim.
Llo uśmiechnął się do niego i krzyknął jedno tylko słowo, które przebiło się przez gwar uliczny i dobiegło Y.
Rru! — posłyszał chłopiec i machnął ręką w stronę Llo.
Szybko oddalał się teraz, śpiesząc do banku, gdzie były złożone kapitały „Jana Y, Stefana Michalczaka, Henryka Llo i stu pracowników”.
Ryczały samochody, zgrzytała i huczała kolej podziemna, krzyczał i mknął tłum pięciomiljonowego miasta — olbrzyma.
Ogromem swym i zawiłem, nielitościwem życiem nie przytłaczało już i nie przerażało ani pucołowatego, filuternego Llo, ani też jego rru, wodza i przyjaciela, mister Johna Y, „czcigodnego, młodego obywatela Nowego Jorku”, założyciela fabryki mechanicznego otwierania ostryg.
Obaj czarni chłopcy myśleli nieraz, że dopiero teraz dziwny a łaskawy los doprowadził ich do „rzeki szczęśliwości”, nad którą stał olbrzymi, zgiełkliwy Nowy Jork.


Przypisy

  1. Czyt.: Gud dej, mister Dżon Uaj! Hau du ju du, mister Henri Llo? — po ang.: Dzień dobry, panie Janie Y! Jak się macie, panie Henryku Llo?
  2. Janek.
  3. Tłusty chłopak.
  4. Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (ur. w r. 1809, um. w r. 1865), który połączył wszystkie stany, tworząc potężną rzeczpospolitą, i zniósł niewolnictwo murzynów.
  5. Żegnaj, Janie. Czytaj: gud baj.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.