Miljoner „Y“/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Miljoner „Y“
Podtytuł Powieść o dzielnym murzynku-sierocie
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1933
Druk Zakładt Graficzne Ski Akc. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział IX.
Ucieczka.

Y pozwolił towarzyszom nie wychodzić na łowy.
Pięciu z nich tylko zapuszczało się codziennie do dżungli. Zbierali tam owoce, korzenie dzikiego manjoku, strączki bobu, cebulę i orzechy palmowe, z których wyciskano olej.
Pewnego razu chłopcy przybiegli do obozu w strachu i zawołali:
— Gdzie rru? Przynosimy ważne wieści!
Odnaleziono Y, który na brzegu rzeki pod stromem urwiskiem moczył rzemienie ze skóry lamantyna i plótł z nich nowe cięciwy do łuków.
— Co się stało? — zapytał, gdy wylękłe murzyniątka obstąpiły go kołem.
Jeden z nich, dwunastoletni Busarma, jął opowiadać:
Rru! Zapuściliśmy się dziś od rana do dżungli, gdzie gęste krzaki karite pokrywają czerwone kamienie.
— Znam to miejsce... — mruknął, kiwnąwszy głową, Y. — Cóż dalej?
— W pobliżu tych kamieni przechodzi głęboki wąwóz z korytem wyschłego potoku... Zbieraliśmy na jego zboczach kaura, gdy nagle spostrzegliśmy stadko dużych sing-sing’ów — mówił chłopiec.
— Zwykła rzecz... — wzruszył ramionami Llo. — Ileż to razy spotykałem w dżungli sing-sing’i, powracające z wodopoju!
— Tak, ale antylopy uciekały całym pędem — odparł Busarma — a tuż obok nich, nie napadając na nie, pędziły szakale...
Y nie słuchał więcej.
Niepokój, który dręczył go oddawna, wybuchnął z nową siłą: schwyciwszy oszczep, pobiegł w stronę dżungli.
Nie zdążył jeszcze dotrzeć do znanego mu wąwozu, przywalonego okrągłemi, gładkiemi kamieniami suchego łożyska, gdy zmuszony był zatrzymać się nagle i zaczaić w krzakach.
W dżungli działy się bowiem rzeczy dziwne, nigdy przez niego nie widziane.
Y spostrzegał co chwila mniejsze i większe stadka antylop, a wśród nich pędzące naoślep szakale, złociste koty, zwinne genety; tam i sam migał pięknie cętkowany grzbiet lamparta, a w innem znowu miejscu w najwyższym popłochu ogromnemi susami mknęły rude koziołki i para płowych lwów. Drapieżniki nie myślały nawet napadać na antylopy i zające; słabe, prawie bezbronne zwierzęta nie czuły strachu przed potężnym wrogiem.
Inny — większy, pozbawiający ostrożności i czujności strach przytłumił krwiożerczość drapieżników i bojaźliwość drobniejszych, słabszych stworzeń.
Coś strasznego musiało się dziać w dżungli, skoro tak przerażało jej mieszkańców.
Y spostrzegł, że niektóre zwierzęta przebiegały napół wyschłe łożysko „rzeki szczęśliwości”, lecz natychmiast powracały jeszcze bardziej nieprzytomne ze strachu. Miotały się od wschodniej strony dżungli do zachodniej, jakgdyby zamknięte w niewidzialnej pułapce. Od południa nadbiegały tymczasem nowe gromady zwierząt, w zgiełku prześcigając się wzajemnie, tłocząc, potrącając się i mknąc ku północy.
Jakiś niewytłumaczony strach ogarnął Y.

Strach ten wzmógł się jeszcze bardziej, gdy chłopak ujrzał ogromne stada małp, skaczących z przeraźliwym skrzekiem z drzewa na drzewo. Wszystkie gatunki pomieszały się tu ze sobą. Czarne małpki, babuiny, zielone i rude małpy, a nawet rodzina poważnych i mądrych szympansów, uciekały razem, oglądając się w przestrachu i rechocąc trwożnie.
Ossendowski Miljoner Y p104.png

Y postanowił zbadać przyczynę ucieczki zwierząt. Narazie przypuszczał, że, być może, zapaliła się gdzieś dżungla. Jednak chłopak nie czuł dymu, a, wdrapawszy się na wysokie drzewo, nie spostrzegł ani płomieni, ani nawet kłębów dymu.
Rozglądając się po okolicy, dojrzał coś, co wyjaśniło mu wszystko, a jednocześnie — przejęło zgrozą.
Z wierzchołka drzewa widział jak na dłoni obszerną łąkę.
Przed chwilą przemknęła przez nią para dużych antylop koba i serwal. Koby zniknęły wkrótce w haszczach, lecz serwal biegł coraz wolniej, robiąc dziwne, śmieszne skoki. Co chwila chwytał się zębami za łapy, bił ogonem po bokach, ryczał, padał, z trudem się podnosił i biegł naprzód.
Po chwili zaczął trząść głową, stawać dęba, łapami zrzucać coś z pyska, wreszcie uderzył łbem o pień drzewa, upadł i już nie mógł się podnieść. Szamotał się i rwał, lecz jakaś niewidzialna siła przyciskała go do ziemi.
Y długo nie mógł zrozumieć, co się dzieje z serwalem, i zaczął się rozglądać na wszystkie strony.
Spojrzawszy po chwili na miejsce, gdzie upadł drapieżnik, nie mógł go wcale odnaleźć. Coś się poruszało tam gwałtownie, jakgdyby z pod ziemi gramoliła się jakaś żywa istota.
Przeskakując z gałęzi na gałąź, z drzewa na drzewo, Y zbliżył się jeszcze bardziej, i wtedy dopiero przyszło ostateczne zrozumienie.
Chłopiec, nie namyślając się ani chwili, zsunął się z drzewa i pośpieszył ku obozowi.
Wpadłszy na placyk przed szałasami, krzyknął rozpaczliwym głosem:
— Uciekajcie! Przez dżunglę suną krocie mrówek! Widziałem, jak opadły serwala, wstrzymały go i — pożerają!... Uciekajcie!
Chłopaki w popłochu popędziły ku rzece.
— Stójcie! Stójcie! — krzyknął Y. — Mrówki dążą po obydwu brzegach. Zabierzcie, ile się da, pożywienia i biegnijcie na zachód, wychodźcie na równinę przed górami! Jeżeli się pogubimy, w nocy zapalę na szczycie wielkie ognisko, a wtedy zbierajcie się razem!...
Zatrzymawszy starszych chłopców, Y kazał im nalać wody do worów, zabrać jak najwięcej mięsa i soli, sam zaś zgarnął i powiązał łuki, dzidy, strzały, zatknął za rzemyk, opasujący mu biodra, maczety, przerzucił przez ramię sieć i, skrzyknąwszy towarzyszy, pobiegł ku zachodowi.
Coś mówiło mu, że mrówki w swym pochodzie nie wyjdą na jałową równinę przedgórską.
Y słyszał nieraz opowiadania starych murzynów o straszliwej klęsce pochodu manjan. Te małe, czerwone mrówki, budujące gniazda pod ziemią, żyją ogromnemi kolonjami. Dopóki nie czują braku pożywienia, są prawie niewidzialne i nikomu nie szkodzą.
Od czasu do czasu zaczyna się wśród nich szerzyć jakaś nieznana choroba, przyprawiająca je o wściekliznę; innym razem wypędza je z legowiska głód. Wtedy to zbierają się one w ogromne armje, tak nieraz liczne, że — jak francuscy podróżnicy zauważyli — mrówki suną nieprzerwanem pasmem, długiem na kilometr, a szerokiem — na 120 metrów. W swoim pochodzie koczujące mrówki pożerają wszystko — liście drzew, owoce, korę, zwierzęta, które nie zdążyły na czas uratować się ucieczką, a nawet ludzi, znajdowanych po domach. Mieszkańcy wiosek murzyńskich i nieraz znacznych osad europejskich porzucają całe mienie swoje i uciekają przed wędrującemi mrówkami, których dotąd żadnym sposobem nie udało się zatrzymać. Po przejściu armji manjan pozostaje pustynia; drzewa, ogołocone z liści, ziemia, pozbawiona trawy, wsie — opustoszałe, okolice — długo nie nawiedzane przez zwierzęta, a omijane nawet przez ptaki.
O wszystkiem tem słyszał mały wódz, a mniejsze wędrówki manjan widywał podczas wypraw swoich z Soko. Teraz rozumiał, że w dżungli suną niezliczone zastępy drobnych, drapieżnych istotek, że odbywa się przerażająca, zgrozą przejmująca wędrówka kroci głodnych i wściekłych manjan, a to dążące na północ żywe pasmo niesie ze sobą klęskę dla zwierząt i ludzi. Popędzał więc towarzyszy, aby jak najprędzej przecięli dżunglę i wyszli na kamienistą płaszczyznę, stopniowo podnoszącą się ku górom.
Przekonawszy się, że cała gromada pędziła już po przez las, Y przystanął i po chwili namysłu ruszył na zwiady. Szedł ostrożnie, oglądał uważnie i nieufnie każdą piędź ziemi, lecz posuwał się w kierunku zbliżających się manjan.
Szedł tak przez jakie pół godziny, a gdy ujrzał niegłęboki jar, zatrzymał się nagle.
Obraz, który przedstawił się jego oczom, na zawsze utkwił mu w pamięci.
Na wysokim baobabie o uschniętym wierzchołku, strzaskanym niegdyś przez piorun, z przeraźliwym wrzaskiem miotało się kilka zielonych małpek. Zachowanie ich zdradzało bezgraniczne, niemal obłędne przerażenie. Małpki co chwila wdrapywały się na sam szczyt leśnego olbrzyma i usiłowały przeskoczyć na sąsiednie drzewo. Nie miały jednak odwagi. Baobab stał na znacznej odległości od otaczających go młodych mahoni i rafij.
Dlaczego małpki nie chciały zsunąć się na ziemię i ukryć na innych drzewach? Cóż przerażało je i zmuszało wdrapywać się coraz wyżej aż tam, gdzie suche gałęzie nie wytrzymywały już ich ciężaru i z głośnym trzaskiem łamały się pod niemi?
Odpowiedź stanowcza, a straszna zarazem, przyszła natychmiast.
Oto jedna po drugiej jazgocące małpki zaczęły się szamotać, skakać, zrzucać coś z siebie, miotać się jeszcze bardziej, wydawać obłędne, rozpaczliwe jęki.
Y nie wątpił już, że mrówki zwęszyły zdobycz, wpełzły na drzewo i sunęły ku osaczonym zewsząd małpkom. Istotnie tak było, bo oto najmniejsza z nich ześlizgnęła się z gałęzi i z krzykiem runęła na ziemię, gdzie znikła natychmiast okryta tysiącem ruchomych ciałek żarłocznych manjan.
Chłopak, przejęty zgrozą, nie mógł ruszyć się z miejsca.
W tej chwili uczuł tak silne, palące ukłucie, jakgdyby wylano mu na stopy strugę parzącego ukropu, a potem jeszcze inne — boleśniejsze.
Odbiegł kilkanaście kroków i obejrzał sobie nogi. Aż krzyknął z przerażenia, ujrzawszy, że były okryte mrówkami. Czepiały się jego skóry i wpijały się w nią. Szybko zrzuciwszy z siebie napastników, Y pomknął przez las.
Kilka razy jeszcze napadały go mrówki. Należały do daleko wysuniętych naprzód oddziałów wywiadowczych, poprzedzających główną kolumnę pochodu. Ku wielkiej swojej radości, przekonał się, że przewidywania jego sprawdziły się całkowicie. Manjan obrały kierunek przez dżunglę, lecz na kamienistą, jałową płaszczyznę nie wychodziły wcale.
Przebiegłszy sporą część przedgórza, Y zatrzymał się i obejrzał okolice. Jak okiem sięgnąć, widział przed sobą pustynne zbocza górskie, najeżone kopcami termitów i okryte tam i sam spaloną przez słońce brunatną, sztywną trawą.
Ani jednego ze swoich towarzyszy chłopak nie spostrzegł nigdzie. Zaczął krzyczeć, lecz tylko echo odpowiedziało mu od strony grzbietu górskiego.
Wtedy Y, złożywszy na ziemi swój ładunek — łuki, włócznie, kołczany ze strzałami i sieć rybacką, maczetą zaczął ścinać trawę i grube naroście liszajów, okrywających głazy.
Ułożył tego spory stos, przywalił go kamieniami i przysypał piargiem, aby ognisko nie mogło rozpalić się w pełni i dawało jak najwięcej dymu.
Znalazłszy wśród osypów mały odłamek krzemienia, Y jął rozpalać ognisko. Miał wszystkie potrzebne na to przedmioty. Maczeta zastępowała mu krzesiwo, hubkę — rdzeń pospolitego chwastu zrag, odnalezionego wkrótce wśród suchych pędów trawy.
Gdy stos zaczął się tlić, a nad nim podnosić się słup ciemnego dymu, Y usiadł na kamieniu i czekał.
Wkrótce posłyszał krzyki, idące zdaleka, potem nowe z innej strony.
Wódz uśmiechnął się radośnie.
Oddziałek jego zbierał się znowu razem.
Pojedynczo i małemi grupkami nadbiegały zziajane, jeszcze wylękłe chłopaki. Na widok uśmiechniętego wodza i im powracał spokój.
Dzieci opowiadały sobie o przygodach podczas ucieczki z nad „rzeki szczęśliwości”; chwilami rozlegał się nawet śmiech i żarty.
Przed wieczorem cała gromada zebrała się przy ognisku; nikogo nie zabrakło.
Y przeliczył chłopców, a, odchodząc od nich, wzniósł oczy ku niebu i szepnął:
— „Wspaniały”! Dobry, miłościwy „Wspaniały”, dziękuję Ci za ocalenie nasze!
Usta mu drgnęły, a w oczach ukazały się łzy wdzięczności.
Tego nikt jednak — oprócz wszechwidzącego „Wspaniałego” — nie zauważył.
Kiedy Y podszedł znów do ogniska, przy którem stały już kociołki ze strawą, chłopcy ujrzeli spokojną, pewną siebie i trochę surową twarz towarzysza.
Był, jak dawniej, wodzem, rru, ojcem, oni zaś jego dziećmi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.