Milionowa wdowa/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Milionowa wdowa | |
| Redaktor | Adam Krechowiecki | |
| Data wyd. | 1910-1911 | |
| Miejsce wyd. | Lwów | |
| Tłumacz | anonimowy | |
| Tytuł orygin. | Une veuve millionaire | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
|
MILIONOWA WDOWA.
(Ch. d'Hericault: "Une veuve millionaire“).
|
Przyjechaliśmy wczoraj dość późno do Liembrune. Jest to ogromny pałac, niegdyś sławny, o ośmdziesiąt mil od Paryża, w głębi Pikardyi, w pobliżu morza.
Przyspieszyliśmy o kilka tygodni nasz przyjazd na letni pobyt. Idzie tu o moją pełnoletność, moje zamążpójście i o polowanie na dziki.
Obudziło mnie nagle przerażające czerwone światło. Jestem osóbką bardzo odwaźną — mam wiele innych zalet, które z przyjemnością zaznaczę w ciągu tego opowiadania. Ale boję się wielu rzeczy, a przedewszystkiem pożaru. Przerażona, nie wiedząc na razie, gdzie się znajduję, zapominając w tej chwili, że nie jesteśmy już na avenue Montaigne, zaczęłam dzwonić raz po raz gwałtownie, zamykając oczy. Peretka i Finetka nadbiegły z włosami dziwacznie rozburzonymi.
— Ogień, ogień! — zawołałam, pokazując tę straszną czerwoność, oświecającą moje okna.
— Ależ pani wicehrabino — rzekła Peretka, która jest bardzo rozsądną dziewczyną — to słońce wschodzi tak czerwono, na znak, że będzie burza wieczorem.
— Tak sądzisz? Być może. Idź się uczesać. Negliż wcale ci nie do twarzy.
Położyłam się na nowo.
— Przyjdziecie mnie obudzić za trzy godziny. Powiedzcie memu wujowi, że chcę z nim pomówić przed śniadaniem. Idźcie, zabierajcie się, jesteście szkaradne! Z pewnością będę miała zmorę, żem na was patrzyła.
Odeszły spokojnie, wcale nie zastraszone. Jestem dobrą istotą, szczerą, śmiałą, wyższą nad opinię. Jestem kochana przez cały prawie świat, a szczególniej przez moją teściową. To prawda, że moje szczęście byłoby zupełne, gdyby nie to, że mój mąż uczynił mnie sławną we wszystkich częściach świata, gdzie dochodzą dzienniki, a to dzięki swojej śmiesznej śmierci i gdybym nie była kochana przez pana de Roselles. Na szczęście, mój wuj, pułkownik Bourgongnon, jest znany z odwagi; nienawidzi tak samo, jak ja, pana de Roselles i obiecał mi, że palnie go szabla za każdym razem, kiedy poprosi o moją rękę.
Układam się znowu w poduszki. Patrzę przez chwilę na te łunę pożarową, oświetlającą moje okna. Przychodzą mi na myśl kwiaty, liście, świeżość wiosenna. Obiecuję sobie, że wybiorę się na długą przejażdżkę konno do lasu Hardelot, chociaż właśnie w starym zamku tej nazwy mieszka pan de Roselles. Ale on nie opuścił jeszcze Paryża. Nie wie, żeśmy już przyjechali.
Prawdę mówiąc, bardzobym chciała wiedzieć, jakim tajemniczym sposobem dowiaduje się on zawsze o tem, co ja robię, znajduje się ciągle na mojej drodze i zmusza, żebym nieustannie z nim się spotykała. Ach! nieznośny człowiek!
Najprzód, wstrętny jest dla mnie z powodu swego nazwiska kwiatowego i dla tego, że jest potwornie poważny. Następnie, że swojemi przenikliwemi czarnemi oczami zdaje się ciągle mówić, patrząc na mnie: „Oto prześliczna kobieta, najcnotliwsza, jaką można wymarzyć; ale to nie potrwa długo, nie może potrwać. Powinnaby pójść do spowiedzi. Bardzo bym chciał wiedzieć, kiedy spowiadała się raz ostatni?“
Razu pewnego, nie mogłam się powstrzymać, aby nie odpowiedzieć głośno na ten wzrok:
— Raz jeden tylko spowiadałam się od lat ośmiu: w przeddzień mego ślubu.
Było to w pewnym salonie w Paryżu. Narobiło to trochę hałasu, a potem nabrało tajemniczego znaczenia. Ponieważ jednak jestem w istocie bardzo cnotliwa, ponieważ wszyscy są przyzwyczajeni do moich wybryków, przebaczono mi to razem z innemi memi fantazyami. Sądzę zresztą, że wiele mi uchodzi dlatego, że mam sto tysięcy franków dochodu i... nadzieje na przyszłość ładne słówko, którem doprowadzam do wściekłości pułkownika Bourgongnon.
Zadrzemałam wkrótce, myśląc o innych moich konkurentach, bo mam ich całe zastępy, a pomiędzy nimi czterech bardzo poważnych jednego do miasta, jednego na wieś, dwu na zagranicę. Pan de Roselles jest na wszystko razem. Mieszka w Paryżu w zimie, jest naszym sąsiadem w lecie i zawsze wlecze się za nami, gdy jesteśmy w podróży. Konkurentem paryskim jest pan d’Hourancourt; konkurentem na prowincyę pan Castelnau, radca generalny naszego kantonu. Jest oprócz tego szanowny Edward Belford i książę de Ciudad-Celi.
Pomówię o nich innym razem, gdyż oto zasypiam. Ach! tak, rozbudzam się na chwilę, aby powiedzieć, że nie miałby słuszności ten, ktoby mnie wziął za kokietkę, która myśli tylko o wydaniu się za mąż. Doprawdy, że nie.
Siostra mego męża, Albertyna, jedyna osoba, która mnie nienawidzi, zapewnia, że nie jestem zdolna do prawdziwego uczucia. Ale cóż? sama wiem, że jestem śmieszną wdówką: nie ma nic głupszego, jak mąż umierający po miesiącu małżeństwa! Albertyna nie omieszkała tego wyzyskać i utrzymuje, że jeżeli mój mąż umarł tak rychło, to dlatego, że młoda małżonka była tak nieznośna, że młody małżonek wolał umrzeć, niż żyć z nią dłużej.
Było to powtarzane, nieraz, a więc, czyż nie mam prawa, po czterech latach śmiesznego wdowieństwa postarać się o zmianę nazwiska, nie będąc posądzoną o zalotność?
Gdym się obudziła, słońce rzucało już przez moje szyby dwa ogromne pasma złote, przy których bladły róże na dywanie, a potem, całą chmurę małych połyskujących strzałek, z których jedna koniecznie wciskała się w gruby warkocz moich włosów.
Peretka i Finetka przechadzały się, jak księżniczki z bajki pośród tych złotych błysków.
— Peretko — wyrzekłam nagle — powiesz Wincentemu, że będzie mi dziś towarzyszył na Dom Garcia, a ja sama dosiędę Nedii, słyszysz?
Spodziewam się, że mnie słyszała. Poczerwieniała, jak podgarle indyka. Była mowa o małżeństwie pomiędzy nią a tym Wincentym. Od pięciu miesięcy się nie widzieli.
Dziewczęta były ze mną w Paryżu, a chłopak, rodzaj majstra do wszystkiego, a nie wiele mający do roboty, pozostał w domu. Co za dziwna rzecz, że takie dziewczęta od krów mają czułe serca i że marzy się im miłość, gdy takie kobiety, jak ja, nie mogą dojść do tego! Jako dobra z gruntu osoba, otaczałam moją łaską tych uczciwych zakochanych.
— Ty, Finetko, pójdziesz do miasteczka poszukać mi tam czegoś, co mogłoby mi posłużyć za welonik.
Wydało mi się, że oblicze Finetki rozpromieniło się na myśl pojechania do Samer: czyżby tam gdzieś był także jaki Wincenty? Ale nie przywiązywałam do tego zbytniej uwagi.
— A co powiedział pułkownik?
— Powiedział, że oczekuje w bibliotece na panią wicehrabinę i prosi, żeby mu poświęciła trochę czasu. Ma pomówić o rzeczach bardzo ważnych.
Ważnych! Jeżeli nie chodziło o małżeństwo, będzie mowa o zdaniu rachunków z opieki. Niema nie bardziej metodycznego, jak stary wojskowy i chociaż mnie ubóstwia i byłby niezdolny oprzeć się najbardziej dziwacznym moim fantazyom, poprzysiągł sobie, że odda mi administracyę mego majątku, skoro skończę dwadzieścia jeden lat. Właśnie w poniedziałek czeka mnie ta awantura. Wszyscy Hervelinghemowie mają się tu zjechać na kilka dni w celu uczczenia mego zbliżania się ku starości. Kochany wuj zaprosił także pana Castelnau i szanownego Edwarda Belfort.
Co do pana de Roselles, byłabym bardzo zdziwiona, gdyby nie wziął udziału w obławie na dziki, która ma się odbyć we wtorek. Zwyczaj chce, aby wszyscy okoliczni myśliwi mieli prawo przybyć, nawet bez zaproszenia. Pułkownik będzie zmuszony przyjąć go jako tako. Gdyż ostatecznie, jest to człowiek pewnego znaczenia w prowincyi, najbardziej szanowany w niebie i na ziemi i chyba zapomocą szabli pułkownik mógłby go się pozbyć.
Zabieram się z całą drobiazgowością do mojej toalety. Znaną jest moja prostota; tutaj, jestem tylko wieśniaczką, ale wieśniaczką, która się ubiera w pierwszych magazynach.
— Pozwól wejść słońcu, Peretko.
Ona otworzyła okna, a ja weszłam na balkon, górujący nad doliną. Od pięciu miesięcy wsi nie widziałam.
— Ach! cudowna okolica! — zawołałam. — Przynieś mi tu zaraz moje sztalugi, tutaj w to miejsce, abym mogła odmalować tę dal błękitną wśród wzgórz.
Kochany wujaszek oczekiwał na mnie. Podniósł się z miejsca, gdym weszła, gdyż był to mąż rycerski i odkąd wyrosłam na młodą dziewczynę, traktował mnie z szacunkiem, jaki mężowie rycerscy mają nawet wobec panien służących. Skoczyłam mu na szyję. Pociągnęłam go za szpakowatą bródkę, nastroszyłam wąsy, poburzyłam krótkie i gęste włosy.
— Wuju Tonton — rzekłam surowo — pamiętaj, że musisz teraz pozwolić rosnąć swoim włosom: najprzód, wyglądasz jak żandarm, a nie życzę sobie, gdy wychodzimy razem, wyglądać jak kobieta, którą prowadzą do więzienia. Jeżeli nie zapuścisz dłuższych włosów, oświadczam, że nie wyjdę już z tobą inaczej, tylko w kajdankach na rękach.
Patrzył na mnie ze zwykłym swoim wyrazem osłupiałego zachwytu. Nigdy nie widziałam piękniejszej postawy wojskowej. Był słusznego wzrostu i tył już trochę; silny był jak wół i pomimo tuszy zwinny nadzwyczajnie. Świeża cera, szerokie czoło, śliczny zarost włosów harmonizowały z szaremi oczami o wyrazie prawie zawsze pełnym refleksyi, mówię „prawie“, bo kochany wujaszek łatwo się gniewem unosił.
— Właśnie o tem myślałem — odrzekł oddając mi moje pocałunki — zawsze się zdarzało, że „właśnie myślał“ o moich najdziwaczniejszych wymaganiach. nie chciał bym bowiem wyglądać jak stary strażnik cłowy na twojem weselu. Ale! ale! mam ci dwie ważne rzeczy do powiedzenia. Czy jesteś dobrze usposobiona?
— To zależy od tego, co nazywasz poważnemi rzeczami.
— Ależ, zdaje mi się, Izabelo, że więzy małżeńskie i dary fortuny...
Tupnęłam nogą z gniewem.
— Więc to nazywasz poważnemi — rzeczami! — rzekłam pociągając go za brodę.
Mamy co innego do roboty. Ja to właśnie mam ci mówić o poważnych sprawach. Najprzód, słuchaj, przybierz twoją zakłopotaną minę i odpowiedz szczerze na to pytanie: Wuju Tonton, czy jesteś całkiem pewny, że dobrze wychowałeś twoją siostrzenicę? Co do mnie, jestem gotowa uznać cię za doskonałość i traktować z góry tych zacnych ludzi, którzy mnie uważają za egoistkę, zalotnicę, szaloną, tyrana, za dziecko i którzy sobie myślą, że byłam wychowana jak biała myszka.
Powstał z miejsca z powagą.
— Oto moja odpowiedź, całkiem stanowcza.
Skierował się do swego sypialnego pokoju, gdzie była cała kolekcya pistoletów, rusznic i szabel niezdolnych do użycia i szkaradna kasa ogniotrwała, która się otwierała za pomocą wyrazów, jak pieczara Ali-Baby. Po chwili wyszedł ztamtąd z twarzą przejętą i uroczystym nosem, właściwym proboszczom i starym wojskowym, trzymając papier w ręku, złożony we czworo, żółty, postrzępiony na brzegach, którego nienawidziłam, chociaż kochałam zarazem. Nienawidziłam, bo dobrze wiedziałam, że ani ja, ani wujaszek, nie będziemy go mogli oglądać bez łez. Mój wujaszek kochany stawał się bardzo brzydkim, gdy mu łzy spływały po długim nosie, a cóż ja dopiero! Kochałam jednakże ten papier, bo nie posiadam tego niedobrego serca papugi, którem ku zgorszeniu publicznemu obdarzają mnie pogardliwe usta Albertyny i badawcze spojrzenia pana de Roselles.
Wujaszek rozłożył papier i oczy jego zaczynały już wilgotnieć. Było to trochę dla mnie za wcześnie.
— Ty znasz to, pieszczoszko? — spytał mnie głosem bez dźwięku.
— Potwierdziłam w milczeniu. Wiedziałam, że będzie ciągle jedno i to samo powtarzał, a gdybym mu odpowiadała, nigdybyśmy tej rozmowy nie skończyli.
— Nie znałaś swego ojca. Był już bardzo wiekowy, gdy się ożenił. Był to stary gderacz, przed którym wszystko się trzęsło, ale najuczciwszy z ludzi. Zupełnie mój portret. Był prezydentem Izby w Douai. Ojciec jego, również urzędnik, naraził się Karolowi X. i ówczesnemu monarchicznemu stronnictwu. Był przyjacielem Diderota. Twój ojciec był jeszcze bardziej liberalny. Ale to nas nie obchodzi; to był twój ojciec. Przywołał mnie do siebie, — gdy miałaś rok życia — do swego śmiertelnego łoża i rzekł:
— „Bourgongnon, wiesz, nie chcę, aby Izabela była dewotką. Będziesz jej opiekunem. Rozumiesz? Moja żona, a twoja siostra, pozostanie sama jedna. Ty wiesz, że młode wdowy chętnie popadają w dewocyę. Ty jesteś za klasztorami, jak każdy człowiek czułostkowy. Ale jesteś uczciwym człowiekiem; więc pamiętaj żadnej dewoteryi, przysięgasz? Walka o życie, Bourgongnon, wiesz! Żadnej dewoteryi. Zdrowie ciała i umysłu! Przysięgasz?“
— Przysiągłem. W kilka lat później umarła także twoja matka. Przypominasz ją sobie dobrze. Widzę ją jeszcze siedzącą na łóżku. Pięknemi swojemi oczami przerażonego kociaka patrzyłaś na jej twarz bladą i zbliżałaś się na czterech łapkach, czołgając się, aż dotarłaś blisko i wtedy rzuciłaś się ku niej, mówiąc „Zanadtoś blada, mamusiu mamo, masz!“ I podałaś jej słoik z czerwoną pomadą.
Mówiąc to, zacny wujaszek wybuchnął łkaniem. Skoczyłam mu na szyję, ucałowałam serdecznie, otarłam jego i swoje łzy i wyrzekłam:
— A więc, mój wuju, co ci powiedziała mama?
— Powiedziała „Będziesz jednocześnie ojcem i matką dla tej małej. Nie żeń się dopóki ona za mąż nie wyjdzie. Wydaj ją wcześnie zamąż. Nie mam takich samych przesądów, jak mój mąż przeciw szlachcie. Wybierz jej młodzieńca, bardzo młodego, bardzo kochającego, a mniejsza o to, gdyby miał jaki tytuł. Zatrzymaj ją przy sobie póki zamąż nie pójdzie, ale przedewszystkiem, przedewszystkiem, żadnej czułostkowości, żadnych romansów. Byłam bogata, dość ładna i miałam wiernego męża; a nie byłam szczęśliwa; nadto romansów czytałam; powiedz to jej. Dawaj jej poważne książki, żadnych dzieł wyobraźni. Niechaj odbędzie pierwszą Komunię św. nie trzeba, żeby ją wytykali palcami, ale żadnej czułostkowości, przysięgnij“.
— Przysiągłeś i dotrzymałeś słowa także i w tym przypadku. Przed mojem zamążpójściem, czytałam tylko Pawła i Wirginię. Dosyć mnie to nudziło. Miałam iść zamąż za kilka miesięcy. Dałeś mi tę książkę, aby mnie wtajemniczyć w czułości hymenu, jak mówiłeś.
Zacny wujaszek, otarłszy sobie oczy, rozłożył uroczyście papier, na którym były streszczone te ostatnie polecenia.
— Żadnej dewoteryi, powiedział twój ojciec. Żadnej czułostkowości, powiedziała twoja matka; a teraz, powiedz mi: czy widziałaś kiedy księdza u nas w domu, czy to w Paryżu, czy na wsi?
— Nie widziałam, tak samo, jak nie czytałam żadnych romansów, mój poczciwy wujaszku.
— Widzisz więc, pieszczoszko — zakończył tryumfalnie pułkownik — że byłaś cudownie wychowana, ponieważ postępowałem krok za krokiem według woli twego ojca i matki. A zresztą, i cóż? czy jest na na świecie kobieta, którąby więcej od ciebie wielbiono i szanowano? Czyż to nie dowód dobrego wychowania? Czegoż bo mężczyźnie potrzeba? honoru, więcej nic; a kobiecie? cnoty, nic więcej. A ty posiadasz honor i cnotę. Czegoż więcej potrzeba, aby zadowolić męża?
— Tak! właśnie na to czekałam, już jest maż! — rzekłam wybuchając śmiechem.
Słuchaj wujaszku Tonton, kogoż mi masz do ofiarowania?
— Najprzód, jest pan d’Hauraucourt, któryby się twojej matce podobał.
— Czy oświadczył się prawidłowo?
— Nie, — bo za mało dodawałaś mu odwagi. Następnie, jest pan Castelnau, który podobałby się ojcu twemu.
— Czy postawił swoją kandydaturę?
— Nie, — bo ty tak ostro z nim postępujesz. Jest także książę de Ciudad, który mnie znowu bardzo się podoba.
Jest jeszcze jeden konkurent — wyrzekłam, spuszczając oczy z hipokryzyą. — Ma całkiem odrębną fizyognomię. Znasz go dobrze, a nawet lubisz od kiedy oświadczył w swoim anglo-saskim dyalekcie, że ożeniłby się tylko z Francuską.
— A, tak szanowny Edward Belfort! Czy z tej strony wiatr wieje? Dlaczegoźby nie? Jest trochę za młody, — dwadzieścia pięć lat ale nie brak mu powagi. Przystojny chłopak, prawie tego wzrostu co ja. Zdaje się być szczerym, chociaż jest Anglikiem. Twoja teściowa zna dobrze jego rodzinę. Nie jest bogaty. Ale ma odziedziczyć, według prawa, które ci łotrzy Anglicy nazywają substytucyą, tytuł i znaczny majątek. Długo może będzie na to czekał, ale ty zato jesteś bogata za dwoje. Ale à propos, czy wyznał ci swoje zapały?
Wzruszyłam ramionami.
— Jakże ty dziwnie jesteś naiwny, wujaszku Tonton! Ciągle ci się marzą śpiewki koszarowe i obrazki, na których kanonier rzuca się do nóg kucharce. Czy sądzisz, że to konieczne?... Czyż nie zauważyłeś, z jaką przyjemnością on ze mną rozmawia? Patrzy na mnie z takim uporem, że gdyby nie był Anglikiem, szukałabym z nim sprzeczki i mogłabym się skompromitować. Czyż nie stara się wszelkimi sposobami, aby się ze mną spotykać, aż do tego stopnia, że jak najczęściej bywa u mojej teściowej, gdy ja tam jestem? Czyż nie szuka sposobności widywania się z tobą i myślisz, że to może z wielkiej czci dla armii francuskiej? Pułkowniku Bourgongnon, upoważniam ciebie, abyś się uśmiechnął jak najprzyjaźniej, gdy pan Edward Belfort przyjdzie z wielkiem wzruszeniem prosić ciebie o wstęp do mego serca.
— Jeżeli jesteś dziś tak poważnie usposobiona, pozostań jeszcze chwilę i pomówmy o interesach.
— Ach! co to, to nie! — zawołałam — dość jednej nieprzyjemności na dzień.
Wincenty stuka do drzwi.
— List do pana pułkownika, który przyniesiono z prośbą o odpowiedź.
— Mam nadzieję — rzekłam, biorąc list z rąk służącego — że nie pozwolisz sobie czytać listów bez mego upoważnienia wuju Tonton. Ale oto właśnie. Gdy się mówi o aniołach, słychać szelest ich skrzydeł. Oto list od szanownego pana Belfort, który prosi, „aby mógł wziąć udział w polowaniu na dzika i ucałować rączki pani wicehrabiny w dniu jej urodzin“. Słyszysz, wuju, czy to nie dość jasne? Obawiam się tylko jednej rzeczy, a to, żeby oznajmienie o jego szczęściu nie zdziwiło go do tego stopnia, by mnie nie spotkało drugie, jeszcze śmieszniejsze owdowienie. Wdowa przed ślubem? Tym razem wyszłabym stanowczo za pana de Roselles, aby się pozbyć wszystkich innych.
Powstał z miejsca rozgniewany.
— Ha, do milion kroć! Uciekłam ze śmiechem, aby wujaszek mógł kłąć dowoli. Moja obecność krępowałaby go oczywiście w dosadnych wyrażeniach, któremni ozdabiał swoje przekleństwa.
Istotnie też, zaledwie odeszłam, usłyszałam jakby huk gromu, wraz z hałasem rozbijanych krzeseł.
Wróciwszy do siebie poszłam przejrzeć się w zwierciedle, w dziesięciu zwierciadłach, gdyż lubiłam nadewszystko podziwiać siebie. Pod tym względem naśladowałam to, co wszyscy czynili. Czyż rzeczywiście mam tak nadzwyczajną urodę? Jestem ładna, nie zaprzeczam, ale znowu nie tak nadzwyczajnie. Nie zachwycam, nie czaruję, pociągam, jak muzyka walca, podniecam, jak wino szampańskie.
Kiedyś, z pewnością opiszę mój portret, ale nie dzisiaj. Nie jestem we właściwem usposobieniu. Wolę składać setki pokłonów przed mojem zwierciadłem, powtarzając:
— How are you, Milady Belfort?
Czy kocham Edwarda Belfort? Jakto! ależ bez wątpienia: o tyle, o ile się kocha, jeżeli się kochać nie może. Od kiedy się urodziłam, czułam, że jestem uwielbianą przez wszystkich, którzy mnie otaczali. Zrozumiałam wybornie, że najważniejszą rzeczą na świecie jest to, aby być szczęśliwą. Kochać, to znaczy poświęcać się, krępować, upokarzać. Wystarcza być kochaną.
Z wyjątkiem mego wuja, który jest moim niewolnikiem, z wyjątkiem młodej mojej bratowej, Angeli i teściowej, które są najsłodszemi istotami — moja teściowa szczególnie i nie pojmuję dlaczego, ona, pomimo swoich lat czterdziestu, nie ma setek konkurentów — z wyjątkiem tych trzech osób, wszystkich innych kocham na równi. Jestem dobra i życzliwa, aż mnie to nudzi czasami. Ale oto będę miała dwadzieścia jeden lat, a to przecież rzecz bardzo monotonna, mieć tylko ciągle jednego tylko wuja, aby mu dokuczać. On za mało się broni. A nawet nigdy nie starał się bronić, chyba tylko wtedy, gdy chodziło o oznajmienie mi tego, co nazywa uroczyście „tajemnicą mego życia“. Ta tajemnica, to powód jego nienawiści do pana de Roselles.
Wujaszek miał także, miał raz zachciankę oprzeć mi się, gdy będąc jeszcze dzieckiem, zmuszałam go do nabycia pałacu Lienbrune wraz z 500 hektarami gruntu i lasu. Lecz ustąpił. Ale dlaczego ten zamek tak mnie pociągał? Albertyna utrzymuje, że dlatego, iż był równie dziwaczny jak ja i że tyleż samo było dziwnych pomysłów w moim mózgu, co niespodzianek w tym zamku.
Z jego sławy feudalnej pozostała mu tylko warowna brama z czternastego wieku, pomiędzy dwiema zębatemi wieżami. Długi dziedziniec łączy te wieże z tegoczesnym pałacem. Ten dziedziniec otoczony jest zabudowaniami od zachodniej strony. Dwie linie, które tworzą te budynki, otwierają się pośrodku bramami z północnej i południowej strony, jedna prowadzi do parku, a druga, naprzeciw do ogrodu. Zabudowania, znajdujące się pomiędzy temi bramami a wieżami, służą na mieszkania dla służby, na stajnie i szopy. Pomiędzy temi bramami a zamkiem w małych domkach, mieszkają starzy słudzy, gajowi, a także ojciec Wincenty, który pomimo podeszłego wieku jest zawsze pierwszym leśniczym.
Wszystko to wygląda patryarchalnie i bardzo mi się podoba. Tego by się po mnie nikt nie spodziewał. Ale mój kurzy mózg skłonny jest do patryarchalności.
A jednak sam zamek nie jest wcale patryarchalny. Długa, długa maszyna o jednem piętrze; maszyna z pilastrami, z oknami we framugach, z wysoką bramą banalnie monumentalna i balkonem ciągnącym się przez całą fasadę frontową.
Było to budowane przez pośledniego architekta z czasów pierwszego cesarstwa, który miał pojęcia z ośmnastego stulecia i — z tamtego świata. Można tu pomieścić całą hordę. Często powtarzałam wujowi, że ten pałac zachęca do małżeństwa i licznego potomstwa.
Ten gmach, wzniesiony na kredowym gruncie najbardziej wyniosłego pagórka z pasma otaczającego kotlinę Boulogne, góruje nad całą okolicą. Gdy stanę na swoim balkonie, mogłabym podziwiać roztaczającą się z łatwością na dolinie armię, złożoną z dziesięciu tysięcy ludzi. Ale gdyby pan Edward Belfort chciał mi urządzić serenadę, musiałby wejść po drabinie, mającej 180 stóp wysokości.
Oto siedzę już na moim Nedji, pięknym wierzchowcu, przyjacielu, o miękkiej szerści, o wielkiem wymownem oku, cienkich pęcinach i wydatnej piersi. Wybornie znam się na koniach, bo kochany mój wujaszek uznał, że niema w tem nic niestosownego, nic coby zakrawało albo na dewoteryę, albo na czułostkowość. Nedji chodzi za mną jak pies. Rzuciłby się za mną w ogień. Bardzo często był on moim powiernikiem. Siedząc pomiędzy nim a moim pieskiem Minos, zwierzałam im się, a oni obydwa przyznali mi, że nie zasłużyłam wcale na to, aby być taką komiczną wdową, jak jestem.
Oto więc brykam sobie po lesie Hardelot. Nedji czuje, że jest tutaj dla własnej przyjemności, staje, zmienia krok, gdy mu się podoba, podnosi głowę, otwiera szeroko nozdrza, podszyte różowem; spogląda od czasu do czasu na Minosa, wyskakującego z pomiędzy krzaków, jak gdyby chciał iść za jego przykładem. Wincenty jedzie za mną poważnie, na żywym mierzynku. Wiem, że jest śmieszny, ale gdyby siedział na wielkim koniu angielskim, wyglądałby przy nim jak kot, w towarzystwie słonia.
Przyjechałam do tego lasu zamiast przebiegać moje lasy w Liembrune, raz dlatego, że aleje tutaj są szersze, a następnie, aby się przekonać, czy szkaradny de Roselle stanowczo jest czarownikiem i czy domyśli się, że przejeżdżam w jego pobliżu.
Wkrótce o wszystkiem zapomniałam.
Żadnej czułostkowości!“ — to niezupełnie się udało, a raczej cała moja „czułostkowość“, przeniosła się na „piękną przyrodę“. Chciałabym żyć w czasach, w których wielbiono piękną Florę. Pomonę, z jej uśmiechniętą twarzą, w koronie z liści i gron winnych, Dryady, Hamadryady i Artemizę, boginię fontanny. Ileż to razy, będąc małą dziewczynką, marzyłam, że jestem czystą Dyaną, z całą armią psów i nimf, wyrzucającą strzały.
To prawda, że słońce, powietrze, efekty cieniów i świateł, słoneczne aleje, błękitnawe pespektywy w dali lasu, złotawe niebo, chmury z purpurową frendzlą, gazony zasypane tysiącami kwiatów i gałęzie poznaczone żółtymi promieniami, płynące wody, śpiew ptasząt, woń kapryfolium i kępek dzikiej mięty, spokojna orkiestra miryadów różnych owadów, wszystkie te cudowne dzieła przyrody, pieściły moją osóbkę i wprawiały moje nerwy nie w upojenie, bo to wyraz brzydki i pospolity, ale w zachwyt.
To majowe popołudnie było cudowne a ja wspaniale usposobiona, aby odczuć cały ten urok. Wczoraj jeszcze znajdowałam się wśród zamętu i gorączki Paryża. Wszystko tu było dla mnie nowe i rozkosznie nagłe. Gdyby to nie było brzydkie porównanie, powiedziałabym, że wszystkie pory mojej skóry otwierały się rozkosznie na pieszczotę świeżego powietrza i czystej atmosfery. Przypuszczam, że w naszym umyśle, w naszej wyobraźni, znajdują się pory, które także tak samo się otwierają i rozkoszują się nowością obrazów, nagłością myśli.
Mój umysł zapominał o wszystkiem, aby zająć się zającem, przebiegającym przez ścieżkę, dwoma żółtymi motylami, goniącymi jeden za drugim leniwie, promieniem słońca wytryskującym z pomiędzy gałęzi dębu i padającym na gęstwinę krzaków orzechowych, lub rozsypującym się po kobiercu margieritek, otwierających wielkie, żółte oczy. Nie myślałam o niczem, marzyłam, chociaż istniał zakaz: „Żadnej czułostkowości“.
Ach! oto tor kolei żelaznej.
Byłam dobrą panią; starym i zaufanym sługom dawałam wiele swobody. Wincenty zbliżył się do mnie.
— Jeżeli pani wicehrabina zechce przejść na drugą stronę, to o sto kroków ztąd jest szlaban. Moja krewna jest żoną dozorcy; ma malutka, dwuletnią dziewczynkę, ślicznotę, jakich mało. Pani sobie przypomina moją krewnę, której pani dała w podarunku dziesięć par prześcieradeł.
— Chodźmy odwiedzić twoją krewnę i tę małą ślicznotę; dowiemy się, czy te prześcieradła nie potrzebują być zastąpione nowemi.
Wjechaliśmy na boczną ścieżkę i wkrótce byliśmy u szlabanu.
Długi czas potem drżałam, przypominając sobie co zaszło wtedy. Trzeba pamiętać, że opisuję to wszystko powoli, szczegółowo, a przecież to stało się z szybkością huraganu, a ruchy były jak błyskawice.
Baryera była zamknięta. Zsiadłam z konia. Przypięłam tren mojej amazonki do paska według systemu mego pomysłu, który jestem gotowa udzielić na żądanie każdemu. Oczekiwano na pociąg. Przeszłam przez furtkę dla pieszych i widząc, że kobieta po tamtej stronie była zajęta zamykaniem drugiej baryery, skierowałam się do domku, którego drzwi stały otworem. Słychać było huk przybywającego pociągu po za zakrętem, po prawej stronie domku.
Dziewczyneczka była w pierwszej izbie. Bawiła się drewnianym żołnierzem. Widzę to wszystko przed sobą i śliczną różową twarzyczką pomazaną na czarno. Czy to mój kapelusz, ubranie, czy pióro było tego powodem? Mała się przełękła i wybiegła z domku płacząc i krzycząc:
— Mamo! mamo! Szła ku matce, która wydała straszny okrzyk przerażenia.
Dziecko wchodziło na tor i nóżka jej już stawała na pierwszej szynie. Pociąg ukazał się na zakręcie drogi, pociąg pospieszny, kierowany właśnie na te szyny, na których dziecko stało. Nigdy jeszcze żaden hałas nie wydał mi się równie przerażający, a bieg pociągu tak zawrotny: pociąg leciał jak szatański huragan.
Myśl mi błysnęła: uratować dziecko! Nic już innego w mózgu nie miałam; niebezpieczeństwo, pewność śmierci, wszystko to rozpłynęło się w niezłomnej woli ratowania dziecka. Zdawało mi się, że był to obowiązek konieczny i że wahać się byłoby podłością, która uczyniła by mnie nieszczęśliwą na resztę życia.
Rzuciłam się. Od tej chwili pozostał mi tylko instynkt; żadnej refleksyi, nic tylko przelotne poczucie, błyski świadomości, halasu, urywki spostrzeżeń.
Pociąg było 200 metrów, a może o 100 jak go spostrzegłam? Wiem tylko, że zbliżał się przerażająco groźny. Matka, tak samo oszalała jak ja, rzucała się z drugiej strony ku dziecku. Widzę ją z twarzą nagle zmienioną, jak biegnie unosząc ręce w górę, jakgdyby pociąg chciała zatrzymać: „Maryniu! Maryniu! uciekaj! uciekaj, mówię ci, ach! Jezu, miłosierdzia!“
A następnie, cóż jeszcze? usłyszałam głos Wincentego. Nie słyszałam, co mówił, odczuwałam tylko przerażenie wszystkich i coraz bardziej zbliżający się pociąg. Widzę jeszcze mego poczciwego pieska, który także wybiegł no tor i szczekał zajadle na lokomotywę, jakby także chcąc ją powstrzymać. Ze dwadzieścia głów skamieniałych ze strachu ukazało się w oknach wagonów, a pomiędzy niemi zdawało mi się, że widzę głowę Edwarda Belfort.
Dziewczynka, zamiast się zwrócić, szła dalej ku matce, wyciągając rączki do tej, która do niej się zbliżała nie po co innego, tylko chyba, aby los jej podzielić. Dziecko już przeszło pierwsze szyny, ja do nich dobiegałam, gdy lokomotywa była już blisko. Potrąci nas! przewróci zmiażdży! Wiedziałam o tem i wiedziałam, że mam tylko tyle czasu, aby uciec; powinnam tylko odskoczyć. Nie chciałam.
Ruch matki zmusił mnie, że podniosłam głowę. Oto pociąg! Tym razem nie mam już czasu odskoczyć.
Wszystko wokoło jeszcze bardziej się zmąciło. Miałam świadomość, że słońce pięknie świeci, słyszałam wyraźnie śpiew ptaszka na wielkiem drzewie, na liście którego padały promienie tego słońca, przyjaciela, którego więcej już nie zobaczę. Powiedziałam sobie, że to jest pliszka i przyszło mi na myśl, że tak właśnie nazywała mnie Albertyna w chwilach, gdy była w dobrym humorze. Ujrzałam jak w widzeniu moją drogą bratowę i teściowę, które za mnie się modliły!
Potem nie zostało już nic więcej tylko oczy, para wielkich czarnych oczu wśród powiek szeroko otwartych. Patrzyły na mnie z drugiej strony toru z tak rozkazującym wyrazem, żem się aż wstrząsnęła. Co wyrażały? przestrach, nadludzkie postanowienie, wolę tak gwałtowną i rozdzierający lek, tak potężnie magnetyczny, że nic już więcej prócz nich nie widziałam. Twarz, postać nie istniały wcale, tylko te oczy. A przecież ujrzałam tę postać było to jak piorun. Postać ta odrzuciła kobietę wstecz, uczyniła skok olbrzymi prawie przed samą lokomotywą, kopnięciem nogi odtrąciła dziecko po za obręb szyn, rzucając mnie na ziemię i padając obok. Wszystko to było jednym tylko gestem.
Gdy powstałam z ziemi, pociąg już znikał w dali. Mój wybawca jeszcze leżał na ziemi. O ile mi się zdaje, został lekko draśnięty osią lokomotywy. To właśnie uderzenie rzuciło go na mnie silniej, i stało się powodem, żem upadła. Nie myślałam jednak w tej chwili o tem wszystkiem. Porwał mnie gniew, gniew szalony. Być potrąconą w ten sposób i to jeszcze przez pana de Roselle! bo jemu to wszystkie trzy zawdzięczałyśmy życie.
Wincenty był przy mnie i pomógł mi się podnieść. Matka trzymała małą na ręku, pieszcząc ją, błogosławiąc, dziękując Matce Boskiej i wszystkim świętym. Potem nagle, wycałowawszy dziecko, podniosła jej sukienkę i dając klapsy, mówiła:
— Masz, masz, brzydka, nieposłuszna! A co ci mówiłam? Nie wychodź nigdy sama! Masz, żebyś pamiętała, aby nie wychodzić już nigdy sama z domu!
Przerwała swoją naukę, aby spojrzeć na mnie w zdumieniu.
Gdy pan de Roselle z trudem podnosił się z ziemi, ja, z gołą głową, z rozpiętymi i opadającymi na ramiona włosami w dwu warkoczach, cała zapylona z powodu upadku, z podartymi rękawami i rękawiczką zakrwawioną, bo się dotknęłam twarzy, która była podrapana, zwróciłam się ku niemu: byłam wściekła, że mnie popchnął, że mnie rzucił na ziemię, że znalazłam się w śmiesznej sytuacyi, że zostałam uratowana przez człowieka, którego nienawidziłam, który doprowadzał mnie do rozpaczy swoją pogodą i spokojnym śmiechem, zdając się nieustannie karcić moje wady.
Wszyscy wiedzą przynajmniej, że jestem szczera. Nic mnie nigdy nie powstrzyma i nigdy, pod żadnym względem, nie ukrywałam moich wrażeń. Wolałam zawsze być szczerą, szczerość przekładałam nawet po nad sprawiedliwość, nawet po nad dobry ton.
— Jest to zuchwalstwo nie do darowania, mój panie — rzekłam zirytowanym tonem. — Tysiąc razy lepiej dla kobiety jest umrzeć, niż zostać rzuconą w ten sposób na ziemię i tarzać się w kurzu razem z nienawistnemi osobami. Tak! — i tupeęłam nogą wolałabym, żeby mnie pociąg był zmiażdży!! I po co pan się w to mieszał?
Z pomocą Wincentego p. de Roselle powstał z trudnością. Pomimo poważnej sytuacyi, widać było w jego oczach błyski wesołej ironii, co wyprowadzało mnie mnie z cierpliwości. Ta ironia, połączona z wyrazem surowych, myślących oczu, jeszcze bardziej wstrętnym i go uczyniła. Moje słowa: „po co się pan w to miesza“, przypomniały mu snadź Martynę z „Doktora z musu“ — bo z uśmiechem, który rozjaśnił blade i skurczone jego oblicze, zacytował szeptem:
„A jeżeli ja chcę, żeby mnie bił? Mieszaj się do swoich własnych interesów! Patrzcie go tego impertynenta!“
Fizygnomia Wincentego była w tej chwili do odmalowania.
Uczucie sprawiedliwości oburzyło żonę strażnika. Ona także popatrzyła na mnie jak na jaki posąg i zbliżywszy się do pana de Roselle, podała mu dziecko.
— Pocałuj pana, niegrzeczna, tak, uściśnij go dwoma rączkami. Zrobił dla ciebie więcej, niż ojciec i matka. Ach! panie de Roselle, nigdy, nie, nigdy!...
Wybuchnęła płaczem i popatrzyła na młodego człowieka wzrokiem pokornym, który mówił:
„Gdybym wiedziała, że ci to zrobi przyjemność, także bym ciebie ucałowała i byłabym zadowolona; ale wiem, że jestem brzydka i brudną wieśniaczką“.
— Uściskajmy się, Florentyno — rzekł głosem rozśmieszonym, ale nie bij już tej małej. Posiedzę chwilkę u was, zanim kto nie będzie tędy przechodził, którego bym mógł posłać po mój powóz.
Ukłonił mi się ruchem swobodnym, z rozjaśnioną twarzą tak, jak się traktuje mrukliwe dziecko, którego dąsy nie mają znaczenia. To już dopełniło miary mego oburzenia! Gdybym miała broń przy sobie! Miałam tylko spicrutę i rzuciłam nią na niego; widział jak padała; obrócił się, podniósł spicrutę i zabrał ją z sobą. Spojrzałam w około; tak, zdaje mi się, że szukałam jakiejś broni. Ale w tem — zadrżałam.
— Mój biedny piesek leżał na torze w kałuży krwi, przecięty na dwoje. Pomyślałam, że i ze mną by tak było, gdyby nie ten ohydny człowiek. Chciałam umrzeć, tak, to prawda, wolałam umrzeć niż znaleźć się w upokarzającej sytuacyi, w którą on mnie wprowadził. Ale nie, nie chciałam być przeciętą na dwoje i leżeć tak, jak piesek! To byłoby jeszcze gorsze niż rzucenie w pył przydrożny, czarny, który, jestem pewna, miałam i na twarzy, co mnie czyniło komiczną. Szybko się odwróciłam, gdyż jeden tylko Nedji mnie nie potępiał. Patrzył na tę scenę, z uszami naprzód nastrzyżonemi, wielkiemi przerażonemi oczami, prawie takiemi, jak pan de Roselle. I miałam odtąd często widywać w snach ciężkich ten wyraz przestrachu. Mierzynek uciekł, skoro tylko pociąg się zbliżył.
— Życzę sobie, żeby zabrano zwłoki tego dzielnego i wiernego psiny, aby mu piękny pogrzeb sprawić — rzekłam do Wincentego surowym głosem.
Bez kapelusza, z rozwianymi włosami, nie myśląc nawet o otrzepaniu amazonki z kurzu, wskoczyłam na siodło. Dałam „Nedji“ ostrogę; pierwszy raz się to zdarzyło. Puścił się w zawrotny galop i podobna do umarłej dziewczyny z ballady, która przebiega pola i łąki na rozbieganym koniu, przejechałam trzy mile, które mnie dzieliły od zamku Liembrune. Brali mnie za szaloną. Ale to niedługo trwało. Nie omieszkano się dowiedzieć, że zaryzykowałam życie, aby uratować córeczkę Florentyny, a ponieważ tutejsi wieśniacy są dobrymi ludźmi, zapomniano o moim biegu szalonym i rozwianych włosach, żeby pamiętać tylko o bohaterstwie.
Zwykły mój dobry humor wrócił mi niebawem i gdyby nie moja biedna psina, śmiałabym się z zadziwionej miny mego nieznośnego zbawcy, gdy dostał nagle w głowę moją spicrutą. Ponieważ, prawdę mówiąc, przeszkodził, żebym nie była przecięta na dwoje, postanowiłam sobie, że mu jej nie odbiorę.
Wróciwszy do zamku, ujrzałam całą służbę w ruchu i twarze zmienione. Pomyślałam sobie, że prawdopodobnie doszła już tu jakaś niejasna, ale ponura wiadomość o zaszłym wypadku. Tak było rzeczywiście, a nawet trochę więcej.
Rzeczywiście była to twarz Edwarda Belfort, którą spostrzegłam w oknie wagonu.
Wysiadłszy na stacyi kolei w Samer, najął powóz i przygnał do zamku. Tam, bez żadnych ogródek, w twardem swojem szwargocie oznajmił memu wujowi, że byłam w niebezpieczeństwie na drodze kolei żelaznej w miejscowości, którą zowią: droga Piekielna.
Wujaszek, ku ogólnemu zdumieniu, omdlał. Właśnie odzyskał przytomność, gdym nadjechała.
Z natury był on energicznymi silnym. Przyszło mi odrazu na myśl, że to omdlenie musiało być oznaką jakiejś choroby.
Nie spojrzałam nawet na Edwarda; skoczyłam na szyję mego kochanego, najdroższego wujaszka i kilka łez popłynęło.
— A Wincenty? — zapytał wuj.
— Nikomu nic się nie stało z wyjątkiem biednego Minosa, który sam jeden chciał cały pociąg zatrzymać.
— Och! bardzo głupia bestya, ale bardzo odważna, jak heroina — dał się słyszeć głos męski nieco gardłowy po za mną.
To Anglik Edward przemawiał.
Wujaszek przycisnął mnie gorąco do serca, następnie podał rękę Anglikowi, którego zresztą znał od lat kilku — (Belfortowie byli przyjaciółmi rodziny Hervelinghem) — i traktował z poufałością, do której go upoważniała znaczna różnica wieku.
— A teraz, pozostawcie mnie na chwilę samym z Ménagem.
Ménage był to stary, odwieczny saper, który tak impertynencko się nazywał.
Popatrzyłam uważnie na wujaszka, a skoro nas opuścił, napisałam słówko do doktora, do Samez, który miał więcej sprytu, niż nauki, prosząc go, żeby przyjechał jutro zobaczyć się ze mną. Zadzwoniłam, dałam ten list do odniesienia i obróciłam się do Edwarda. Patrzył na mnie z zachwytem.
— Beautiful! — zawołał.
Zachwyt jego był szczery, ale mieściło się w nim wiele owej ciekawości, z jaką przypatrujemy się zwierzątkom i to mnie rozdrażniało.
— Czy pan wychowywał kiedy białe myszki? — spytałam go nagle.
Umiałam zawsze go zdetonować. Ale powracał szybko do wielkobrytańskiej flegmatyczności. To jedna rzecz, którą w nim lubię.
Miał także inne, bardzo piękne zalety. Szedł prosto do celu, jak dzik. Był szczery i stanowczy. Był dość przyjemny z wyglądu. Świeża jego cera, duże, bardzo białe zęby, broda nieco wystająca, oczy jasno błękitne i śliczne, wszystko tchnęło w nim młodością i uczciwością. Nie czułam obawy przed stanowczością tego, który miał być moim mężem, jeżeli bowiem pragnę zwycięstwa, lubię także i walkę. Był słusznego wzrostu, jak wszyscy Anglicy. To też nazywałam go czasami szanownym wielkoludem.
— Nie zrozumiałem co to białe myszka. Ale ja proszę mnie dać ładne pani paluszka. Włożyłbym trzy takie ręka w jedna moja.
Z całą bezczelnością zdecydowałam się spalić za sobą jeden z moich mostów.
— Pocóż aż trzy ręce, daję panu chętnie jedną i to wystarczy.
Nie wiem, czy dlatego, że moja fryzura była za mało poważna, a on nie mógł przypuszczać, żeby uroczystość oświadczyn stosowna była w takiem rozczochraniu, dość, że nie zrozumiał i ciągle patrzył na mnie z owym zachwytem, którym młode narody obdarzają każdy fenomen. I nagle, zdawało się, jakby się obudził.
— Idę zobaczyć, jak się ma dobrze pułkownik.
Położył swoje usta na mojej ręce. — A przecież, te oświadczyny wydały mi się bardzo dziwaczne. Poszłam do moich pokoi i powierzyłam się staraniom moich dwu pokojowych.
W pół godziny później, Edward kazał mnie poprosić do salonu.
— Pułkownik ma bardzo dobra, pani ma bardzo dobra, Wincent ma bardzo dobra, Nedji ma bardzo dobra, mierzynek ma bardzo dobra, pan de Roselle ma bardzo dobra. Nigdy nie widziałem odważniejsza clown. To pierwszy bohatyry i skoczki. Zazdroszczę jego skoczenia i odwaga. Wszyscy mają bardzo dobra; na ten powód chcę iść powiedzieć pani Hervelinghein, że wszyscy mają bardzo dobra. Bo hałas, że pani rozcięta na dwie musi biegać po całej drodze koleją i w okolicy, a pani i panna Angela, oni będzie niespokojny, bo oni bardzo mocno pani kochają. Nim włosy sobie wydzierają z rozpaczy, pójdę im powiedzieć, że to pies.
Wydało mi się to objawem delikatności serca bardzo poczciwego, ale niezbyt zakochanego. Zdawało mi się, że gdybym była mężczyzną zakochanym w niezrównanej Izabeli, pozostałabym przy niej, aby się cieszyć jej ocaleniem, a służącego posłałabym z zawiadomieniem.
— Pan pułkownik chciał mnie zaprosić wrócić z tymy damy i zostać aż do o.... oł.... obława dzikie świnie. Pójdę do hotelu w miasto, obok, dla konfi....
— ....tur — dodałam nieco rozweselona. Nie, pan chciał zapewne powiedzieć dla konwenansu?
— Tak — odrzekł z powagą, — dziękuję. Mam nadzieje, że pani za.... za.... rata....
— ....fia, nie, ratyfikuję! Tak, potwierdzam ten układ, ale na miłość Boską mówże pan po angielsku.
Popatrzył na mnie zaniepokojony.
— Czy pani znajduje, że nie mówże dość dobra języka francuska, aby zapytać o ręki młoda dziewczyna francuska?
—Proszę, proszę, pomyślałam — nigdy bym nie znalazła tak oryginalnego sposobu wyznania moich zapałów miłosnych. Ostatecznie, sposób wcale nie głupi.
— Całkiem dostatecznie — odrzekłam — jeżeli młoda dziewczyna choć trochę mówi po angielsku.
— Ona umie. Oh! mercey, mercey!
Fizyognomia jego, nieco komicznie poważna, rozjaśniła się tak rozczulającą szczerością uczucia, że raz jeszcze rękę mu podałam. Przyjął. Myślałam, że pocałuje. Zadowolił się silniejszym uściskiem. Widocznie zdawało mu się, że laskę w ręku zaciska.
Następnie, wydłuży wszy olbrzymie swoje nogi, zniknął mi z oczu, biegnąc prawie.
A przecież ciągle miałam wrażenie, że te oświadczyny były jakieś dziwaczne.
Poszłam do pułkownika. Chciałam go wybadać co do tego omdlenia. Ale nie trzeba go uważać za głupiego; umie on doskonale w pole mnie wyprowadzić. To też z całą obrzydliwą hypokryzyą zadał mi pytanie, czy obawa, że mogłam być przecięta na dwoje, nie tłumaczyła dostatecznie silnego wzruszenia wuja, który nie miał na świecie żadnej innej radości, prócz swojej siostrzenicy.
Kazałam zawołać sapera. Chciałam się od niego dowiedzieć, czy pułkownik podpadał czasami takiemu omdleniu. Na jednoby wyszło, gdybym zmuszała jaki posąg do przemówienia.
Przez resztę dnia i podczas kolacyi, pułkownik był zamyślony. Myślałam, że to było wskutek kongestyi. Nie otworzył przedemną swojego serca, żegnając mnie na dobranoc.
— Nie mogę przecież kopnięciem nogą poczęstować człowieka, który ci życie uratował. Bo niema wątpliwości, że ten łotr życie ci uratował. Miałem zamiar szukać z nim zaczepki na przyszły wtorek. Ale byłoby to niesprawiedliwe.
Tupnął nogą o ziemię, rozgniewany.
— Mam tylko jednego wroga na świecie i jest tylko jedna osoba, którą kocham nadewszystko, i trzeba trafu, by ów wróg uratował życie tej istocie!
— Ech wujaszku, dajmy temu pokój; wolę, żebyś mi powiedział, jakie jest twoje zdanie o Edwardzie.
— Jest to człowiek, pełen hamowanego uczucia, jak wszyscy Anglicy. Zresztą szczery, prawy, delikatny, bardzo dobry chłopiec.
— A więc, poślubię go.
—Oto dzień szczęśliwy dla mnie. Oczekuję dwóch kobiet, które są ozdobą ludzkości. Kocham moją teściowę i bratowę Angelę bez wątpienia, więcej jeszcze niż samego wujaszka.
Było to w sobotę, 7 maja, na trzeci dzień po naszym przyjeździe. Na domiar tego szczęścia, otrzymałam od Angeli karteczkę, w której mi donosi, że Albertyna, z powodu lekkiej niedyspozycyi, przybędzie dopiero w poniedziałek wieczorem, w wigilię obławy.
Trzeba mi zaprezentować Albertynę, póki jej tutaj niema.
Jestto już stara panna, ma dwadzieścia dwa lata. Zresztą, majestatyczna i wyniosła, jak Junona, bardzo piękna dla śmiesznych mężczyzn, którzy lubią gmachy kobiece i myśl ubliżenia jej, mogłaby się zrodzić w umysłach takich tylko ludzi, którzy byliby zdolni porwać naprzykład posąg Strasburga. Mogła więc śmiało podróżować w towarzystwie panny służącej. Miałam przed sobą dwa dni niezmąconej radości, bez tej przyjaciółki pana de Roselle. Zauważyłam, że dumna Albertyna ukrywa swoje pazurki wobec tego nieznośnego człowieka. Gdyby mogła zostać jego żoną!
Ale oto wujaszek wybiera się w drogę wielką landarą, za którą jedzie wóz po rzeczy pani Hervelinghem. Biedny, kochany wujaszek! Gdyby umiał, byłby okrutnie zazdrosny o moje uczucie dla teściowej. Ale ponieważ jest dobry, rycerski, najszlachetniejszy z ludzi, wyjeżdża naprzeciw tej rywalki z najszczerszą uprzejmością i staroświecką galanteryą.
Wyszłam naprzeciw przyjeżdżających aż na koniec ogrodu, który rozciąga się na południowym krańcu wałów i schodzi pochyłością, aż do pierwszych domów miasteczka.
Ach, tak! szczęśliwy dzień! świeżością swoją przypomina mi Angelę, a łagodnem ciepłem ukochaną moją świekrę. Dziś rano, przechadzałam się w parku pod wielkiemi drzewami, strzegącemi zamku od wichrów północy i zachodu. Zdawało mi się, że powietrze było przesiąknięte wonią fiołków. Wiadomo, że każda młoda kobieta posiada swoją woń kwiatową. Ileż to razy, mówiłam do Angeli: „Moje serce pachnie różą a twoje fiołkami“. Tego poranku, przechadzałam się z widmem, utworzonem z tej woni dziewiczej. W obecnej chwili, w ogrodzie, gdzie siedzę, woń jest tak samo słodka, ale bardziej przenikająca: to moja teściowa.
Piękna Flora jeszcze nie bardzo się rozwinęła na tych wyżynach, w początkach maja. A jednak widzę rozciągający się wspaniały dywan pomiędzy drogą, a zamkiem, jak na przyjęcie monarchini. Składa się on z mnóstwa różnych kwiatuszków, pierwiosnków, anemonów czerwonych i róż liliowych... Ale to są kwiaty bez woni. A przecież są także inne, pełne przenikającego zapachu: narcyzy, hyacenty, tuberozy, bzy, które zaczynają się otwierać. Tak, tak, wszystkie te wonie razem, to moja teściowa, ukochana teściowa.
Nie mogę się dość o niej nagadać. Trzeba się na to przygotować. — Czemu nie jesteś moją matką? — mówiłam jej nieraz. — Ależ jestem nią, szalone dziecko; to prawda, że dostałaś tę matkę trochę późno, ale wynagrodzimy sobie czas stracony. — Wtedy rzucam się jej na szyję i całuję malutki dołeczek, który ma na policzku i który nadaje jej pozór tak młodej...
Zdaje mi się, że ma trochę poza czterdzieści lat. Teraz panuje jakaś pasya wcześnie za mąż wychodzić. Mówiła mi, że była młodszą odemnie, gdy ją wydano za pana d’Hervelinghem, a ja nie miałam lat szesnastu wychodząc za mąż. Syn jej miał lat dwadzieścia, gdy się ze mną żenił, a jest temu lat pięć, ponieważ skończę dwadzieścia jeden we wtorek. Ale ona wcale nie wygląda na lat czterdzieści, ma trzydzieści sześć, gdy jest chora, a trzydzieści równo przez cały rok. Straciła męża, gdy miała dwadzieścia trzy lata. Angela właśnie się urodziła. Tych siedmnaście lat, spędzonych w skromnem wdowieństwie, uczyniły, że wygląda jak młoda panna. Ma szczupłą figurkę, białe ręce takie gładziutkie i paznokcie takie błyszczące i zęby takie świeże, żadnego brzydkiego siwego włoska w kasztanowatych włosach i żadnej zmarszczki. Po pod jej błękitnemi źrenicami, błyszczącemi i jakby nieco lękliwemi, jest rodzaj czarnej obwódki, która nadaje jakiś namiętny odcień tej twarzy, pełnej skromności. Jestem pewna, że mężczyzna wyraziłby lepiej wrażenie, jakie ona wywiera. Jest otoczona atmosferą gorącą, a zarazem czystą. Odczuwa się w niej mieszaninę — jakby się wyrazić — zapału i skromności, potęgę, która gwałtownie przyciąga, a jednocześnie zmusza do głębokiego szacunku. Powiedziałam jej kiedyś: Zdaje mi się, kochana matko, że ty od lat piętnastu oszczędzasz swoje uczucia, aby kiedyś zamienić w szczęśliwego bożka Olympu człowieka, którego raczysz pokochać.
Zaczerwieniła się jak młoda dziewczyna. Następnie, przybierając swój zwykły dyskretny uśmiech.
— Co za nieszczęście — rzekła, wpatrując się we mnie badawczym wzrokiem — że byłaś tak źle wychowana!
Ten raz jedyny tylko wyrzekła do mnie te głupie wyrazy, które Albertyna powtarza mi co miesiąc, a spojrzenia pana de Roselle mówią za każdym razem, gdy na mnie patrzy, co zgadza się zresztą z opinią ogólną. Oburzam się zawsze, ilekroć mnie spotka ten komplement, ale moja teściowa ma prawo wszystko mi powiedzieć, więc dodałam:
— Wiesz dobrze, kochana matko, jak bardzo jestem szczera. Nie zdaje mi się, abym kiedykolwiek skłamała. A więc, powiem ci całkiem szczerze, iż nie rozumiem dlaczego wszyscy mężczyźni nie pragną z tobą się ożenić i wolą takie zaspane lalki jak Angela i ja, zamiast tak upajającego bukietu jaśminu, jakim ty jesteś.
Zdawało mi się, że patrzy na mnie z wyrzutem. Jednak, nie jestem pewna, czy całkowicie wyrzekła się myśli ponownego wstąpienia w związki małżeńskie. Wiem, że często oświadczano się o jej rękę. Odpowiadała za każdym razem nie, że nie chce iść zamąż, tylko, że nie pojmuje jak matka może pomyśleć o sobie, nie ustaliwszy wprzód losu swoich dzieci. Podobno mąż jej był z tego samego surowego materyalu, co Albertyna. Nie mogła go kochać, bo jest wesoła jak dziecko, gdy wyjdzie ze swojej przybranej powagi.
Ubóstwiam moją teściowę, a kocham moją bratowę, to znaczy, że gdyby umarła, takby mi było smutno, że musiałabym chyba zmieniać dziesięć razy dziennie tualetę, aby się rozerwać; gdyby zaś moja teściowa umarła, cały miesiąc chodziłabym w szlafroku.
Co powiedzieć o Angeli? Otóż, to głupie i przestarzałe, ale znajduję tylko słowa Tonton, aby ją odmalować: Jest anielska. Gdy ujrzę ją nagle, zawsze myślę o Beatriczy:
Dal cielo in terra.
A gdy widzę kwiat piękny, świeży, powiewny, rozkosznie wonny, także o niej myślę. Ze swoją cerą, którą wzięła po połowie z róży białej i róży herbacianej, z oczami blado-błękitnemi, jak poranek letni, z pociągłym owalem twarzy i prostym noskiem posagów greckich, z figurką wysmukłą i nieco szczupłą (ma dopiero 17 lat), jest obrazem wdzięku, słodyczy i czystości. Jest słusznego wzrostu i wcale nie głupia, co należy do rzadkości. Gdyby sobie na to pozwoliła, mogłaby być uszczypliwa, dostrzega z wielkim sprytem wszystko co śmieszne i miewa bardzo dowcipne wyrażenia. Wtedy to, gdy zrobi dowcipną uwagę i wypowie sprytne słówko, ciekawa jest do widzenia. Czuje się taka nieszczęśliwa, że przez resztę dnia pozostaje milcząca, zawstydzona, jak przygnębiona; i to jeszcze bardziej mi przypomina Béatrix, Benignamente d’umilta vestuta. Zdobywa się wówczas na mnóstwo przymilają cych się pieszczot względem osób, z których sobie zażartować pozwoliła.
Słowem, byłaby doskonałością, gdyby nie miała pewnej wybitnej śmieszności: jest dewotką! Moja teściowa, która jest tylko religijna, pozostawia mnie w spokoju, Angela mnie zamęcza. Ale jakże jej to mieć za złe? Modli się z taką gorliwością, z taką podniosłością ducha, że raz mi się zdarzyło jej powiedzieć:
— Czemu nie wstąpisz do klasztoru?
Popatrzyła na mnie zrazu z nieokreślonym wyrazem, a potem gwałtownie się zaczerwieniła.
— Dlatego — odpowiedziała półgłosem — bo ja kogoś kocham.
Wstałam i zaczęłam tańczyć po pokoju.
— Ach! jakże się cieszę! Ja nie kocham nikogo. Mam serce, ale ono jest jak bębenek. Nie chcę nigdy kochać, aby nigdy nikomu nie ulegać. Ale niema nic przyjemniejszego jak słyszeć takie serduszko, jak twoje, mówiące o miłości.
— I któż to taki?
— Jedna tylko mama wie o tem.
Otworzyłam szeroko oczy.
— Jakto, twoja mama wie? Ale w takim razie to nie miłość!
— Jakże możesz mówić coś podobnego! Ależ pierwszą rzeczą, którą uczyniłam, to zwierzenie się z tem mamie. Zabroniła mi wymawiać jego nazwisko i kazała starać się o nim zapomnieć. Nie mogę. Pojmujesz zresztą, że on się nie domyśla, iż ja go kocham.
— O, la, la! W takim razie niema w tem nic zabawnego. A czy przynajmniej on kocha ciebie?
— Nie wiem.
N— o, byłam pewna. I jakże moglibyście kiedyś się pobrać, jeżeli mu nie okażesz, że go kochasz?
Nic mi nie odpowiedziała.
— Aha! — zawołałam wybuchając śmiechem — modlisz się do Boga, żeby mu to objawił!
— Bezwątpienia. I on to uczyni, jeżeli, jak mam nadzieję, zechce, żebym wyszła za niego. Oto już rok, jak go kocham. Nigdy nie spotkałam bardziej prawego młodzieńca. Ale nie chcę już o tem mówić i ciebie proszę, nie mów już o tem ze mną ani słowa...
Ale oto z pewnością powóz zajeżdża. Schodzę aż do kraty, wychodzącej na drogę, która ciągnie się lekkiem wzniesieniem aż pod zamek.
Landara się otwiera; wujaszek wyskakuje i podaje rękę Angeli, która szybko wysiada i biegnie ku mnie. Wuj wsiada napowrót; kochana „belmera“, pomimo, że młoda i zwinna, nadto jest delikatna, aby zmuszać pułkownika do drapania się po alejach ogrodu, stromych jak drabina; uśmiecha się do mnie, a ja rzucam jej całus. Powóz wspina się zwolna pod górę, a ja tulę moją siostrę W objęciach.
Cała jest różowa a źrenice jej błyszczą. Jestem domyślna, wszystko mi się nagle wyjaśnia.
— On przemówił — mówię półgłosem.
— Nie pytaj mnie o nic; aż jutro powiem ci wszystko — odrzekła z żywością.
I oto skaczemy jak dwie kozy, wybierając najbardziej strome aleje. Przybywamy w samą porę na przyjęcie drogiej teściowej, którą całuję i ściskam po wiele razy. Potem, szepczę zicha do ucha Angeli:
— Jak mi powiesz swoją tajemnicę, wyznam ci moją, która do twojej podobna, ale należy się, żebyś ty pierwsza zaczęła.
Zapominam powiedzieć, że obrzucono mnie pochwałami aż po samą szyję, z powodu owej córeczki dozorcy. Przyjęłam je wszystkie. Nie posiadam żadnej hypokryzyi i lubię stroić się w swoje klejnoty. Nie sprzeciwiałam się więc gdy orzeczono, że jestem bohaterką. Nieprzyjemnie mi tylko było, że musiałam dzielić tę chwałę z panem de Roselle. Lecz hrabina, która jest sprytna i zna się na rzeczy, szybko się załatwiła z tą osobistością, wiedząc jak bardzo jest wstrętny dla mego wuja i antypatyczny dla mnie.
Pułkownik zapytał o Edwarda. Pani d’Hervelinghem odpowiedziała, że był zmuszony odjechać natychmiast do Londynu, lecz zamierzał wrócić w poniedziałek wieczorem, aby się stawić na obławę.
Jego pośpiech nie dziwił mnie wcale. Zdawało mi się, że moja miłość miała większą wartość niż wszystkie miłości i niż świat cały. A dlaczego? Bo to była moja miłość, bo pochodziła odemnie i żałowałam każdego mężczyzny, który był zniewolony kochać inną kobietę, a nie mnie. Czynię może wyjątek dla mojej teściowej i tego jeszcze nie jestem bardzo pewna; gdy ją kiedy przyrównywałam do innych, znajdowałam ją o wiele wyższą; gdy do siebie samej... lepiej nie mówić.
Co do Edwarda, byłam przekonana, że wiodę go do raju. Przypominam sobie, jak był uważający, zakochany, oszalały niemal z miłości przed dwoma laty. Od tego czasu
zrozumiał, że powinien być bardziej dyskretny. Rzeczywiście drwiłam sobie z niego, gdym mu w gniewie powiedziała, że jeżeli spodziewał się zmusić mnie, abym wyszła za niego, kompromitując mnie, bardzo się przerachował, bo jak na teraz, ani mi się śni o małżeństwie; a jeżeli w dalszym ciągu będzie snuł się za mną, wpatrując się we mnie obumierającym wzrokiem, jak wielki wierny pies, to ja także, jak psa go będę traktować.
Niema nic nudniejszego, jak niedziele w Paryżu, z wyjątkiem dnia „Grand Prix“. Wszyscy ci ludzie przybrani odświętnie, ponieważ mają na sobie nowe suknie, wyobrażają sobie, że wyglądają wspaniale i patrzą z góry na wszystkich. Na wsi, ludzie odświętni są bardziej dobroduszni; są tacy zadowoleni, że mogą wypoczywać, że o niczem innem nie myślą i poprostu zdają się ubolewać nad tymi, którzy nie wyczerpują się przez sześć dni w tygodniu, aby mieć rozkosz wypocząć siódmego.
Zresztą, niech sobie mówią co chcą, ale prawdą jest, że przyroda wypoczywa także w tym dniu, na wsi. Liście są bardziej zielone, kwiaty ładniejsze, a słońce wspanialsze.
Wystąpiła kwesty a kościoła. Załatwiłam ją odrazu. Chodzę na Mszę tylko wtedy, gdy kochana matka jest obecna w Liembrune. Żadnej dewoteryi!
— Nie proszę pana, pułkowniku, żebyś nam towarzyszył — rzekła hrabina, gdy pierwsze odgłosy dzwonów się odezwały, wzywając na nabożeństwo.
— Ależ jakto! — odrzekł rycerski Tonton — jest to moim obowiązkiem i życzeniem; poszedłbym za panią nawet do piekła.
— Nie tam chcę pana zaprowadzić — odrzekła z dyskretnym uśmiechem.
Z zamku do kościoła był jeden kilometr drogi. Ranek był prześliczny, więc nie kazano zaprzęgać do powozu. Oto schodzimy przez aleje ogrodu. Czy powiedziałam, że cała moja czułostkowość skupiła się na kwiatach, a dewoterya na słońcu? Słońce było takie pieszczotliwe, hyacenty towarzyszyły mi tak przejmującym zapachem, że czułam się dobrze usposobiona względem Stwórcy. Powiedziałam sobie, że z czasem stanę się szanowną matroną i że trzeba się starać, aby angielska rodzina Edwarda nie potrzebowała się oburzać.
Być może, iż przykład Angeli i pani Hervelinghem przyczynił się do mojej powagi. Miały oblicza tak pełne uroczystego nastroju i słodyczy, że zachęcały do myślenia o rzeczach, o których one myślały i wymawiania tych samych co one wyrazów.
Wuj Tonton był bardzo piękny. Stał prosto, jak gromochron. Wyobrażał sobie, — przynajmniej tak podejrzywam — że był obecny na cesarskiej Mszy św. 15 sierpnia.
Wyglądał jakby chciał powiedzieć całemu światu: „Jestem tu podług rozkazu: prezentuj broń! Na kolana!“
Po śniadaniu, zabrałam Angelę do parku, bardzo pięknego lasu objętości 200 hektarów o starych, wysokich drzewach i gęstych krzakach. Dziko tu było. Nie było tu żadnych ławek, ale znajdowało się dużo pni ściętych drzew, których dotychczas nie uprzątnięto.
Usiadłyśmy na jednym z nich, przy drożynie. Muszę mieć w sobie nieco krwi druidów. Czyż można czuć się nieszczęśliwą w lesie? Widzę przed sobą śliczną polankę zaokrąglającą się przed nami, z której kilka drożyn prowadziło w różne strony: Jedna schodziła w parów, druga znikała nagle, inna kryła się pod gałęzie, które sklepienie po nad nami tworzyły, czwarta unosiła się w górę, ku polom i ukazywała nam w dali, jak na końcu latarni magicznej, kółko cudownego błękitu, wiszące nad kobiercem jasnej zieleni. Dęby nie miały jeszcze liści i słońce dostawało się aż do nas, ale było to jeszcze młode słońce, delikatne, pełne galanteryi. Zdawało się pieścić swoimi promieniami i nas i zielone zarośla, już okryte liśćmi i schodziło aż na murawę pełną stokrotek, pierwiosnków i konwalij, aby nam przynieść całą czarę leśnych zapachów.
— To bardzo nudne, że trzeba będzie kiedyś wyjść zamąż — rzekłam śmiejąc się. — To taka niemądra rzecz, małżeństwo. Wzdrygam się na samą myśl, że oto wychodzisz już z łona fiołków, aby wejść w rodzinę róż bengalskich. Ale zawsze jesteś uroczy, kochany kwiatuszku! A teraz, opowiedz że mi swój romans. Potem ci opowiem o sobie.
Zdaje mi się, że nie bardzo słyszała co mówię i że moje słowa wcale jej nie wzruszyły. Odrzekła mi ze spuszczonemi oczami:
— Byłam pewna, że mnie kocha, tak samo, jak on był pewny, że ja go kocham. Jak przyszło do tego? Wyobrażam sobie, że z miłością to tak samo, jak z wiarą. Wierzy się, czuje się, że się ma słuszność wierzyć; umarłoby się raczej, niżby się wierzyć przestało, a takie to zdaje się widoczne, że można ręką dotknąć. Ale nie wie się zazwyczaj, jak to przyszło, ani jak się to odczuwa. Kocha się, jest się kochanym; nic się nie powiedziało, ani słowem, ani spojrzeniem, ale wszystko się rozumie. Przedwczoraj przyjechał prosić mamę, aby mu pozwoliła starać się o moją rękę. Jest trochę trudności z powodów majątkowych. Ale to się zrobi i zresztą, dość już na raz tego szczęścia, że wyznał swoją miłość. A teraz na ciebie kolej, kochana „tarninko“, bo rzeczywiście do tarniny jesteś podobna z tą zdecydowaną, szczerą wonią i ostrymi kolcami. A znasz przysłowie: Tarnina rośnie tylko na wyżynach.
— Mów dalej, kochanie — odrzekłam. — Ja jestem zimna jak ryba i zmroziłabym twoje milutkie serduszko. Jakież to są owe trudności?
— Daruj, żem ci jeszcze jego nazwiska nie powiedziała; obiecałam mojej matce, że nikt nie będzie wiedział. Otóż jest to p. Edward Belfort.
Razu pewnego, przyłożyłam rękę Peretki do stosu elektrycznego. Śmiałam się potem długo z grymasu, jaki zrobiła. Musiałam zrobić teraz podobny. Zdawało mi się, jakby snop płomieni przez mózg mi się przewalił i skoczyłam, sama nie wiem w jakim celu. Obawiam się, że nie w przyjaznych zamiarach względem Angeli. Na szczęście, pośliznęłam się na suchych liściach, których słońce jeszcze z wilgoci nie osuszyło i upadłam.
Ona nie podniosła oczu, nie mogła więc widzieć grymasu, który spłoszyłby nawet samego pana Hauraucourt, tego z moich otwartych konkurentów, który prawdopodobnie najbardziej mną się zachwycał. Pochyliła się ku mnie. Anielska jej twarzyczka miała wyraz tak serdecznie zaniepokojony i tak było widoczne, że kocha mnie szczerze, całą siłą swego niewinnego serca, że wściekłość moja zniknęła odrazu.
— Co się stało, moja droga? — zapytała zaniepokojona.
— Nigdy jeszcze nie skłamałam. Trzeba było to zrobić po raz pierwszy. Winna temu była miłość, którą odesłałam do stu — beczek mojego wuja.
— To nic, Angelo, małe oszołomienie. Nie połyka się bezkarnie całego pociągu kolei żelaznej. Ale to już przeszło, mów dalej, to mnie do reszty oprzytomni. Lecz powiedz mi, od jak dawna on ciebie już kocha?
Odpowiedź interesowała mnie więcej, niż wszystko inne; serce biło z niepokoju.
— Powiedział mi, że mnie kocha prawie od dwóch lat. Ty wiesz, jaki on we wszystkie dokładny.
A więc od chwili, kiedy postąpiłam z nim szorstko, ta myśl pocieszyła trochę, bardzo niewiele, moją miłość własną.
— Ale — mówiła dalej Angela — powstrzymywał się z powodu kwestyj pieniężnych. Wiesz, że kiedyś ma być bardzo, bardzo bogaty i wraz ze spadkiem ma otrzymać tytuł po dalekim krewnym, lordzie Belfort. Ten lord go nienawidzi; nie zna go wcale i jest protestantem, gdy Edward należy do katolickiej linii Belfortów. Nie może go wydziedziczyć (jest to bowiem to, co nazywają substytucyą czy majoratem). Ale nie daje mu ani grosza ze swego majątku. Edward utrzymuje, że on jest w swojem prawie i o nic go nie prosi. Posiada obecnie tylko 400 funtów dochodu, co wynosi około 10.000 franków, a ja mam w posagu 100.000 franków.
Mama w zasadzie dała swoje przyzwolenie. Lecz mówi, że trzeba czekać. A więc, będziemy czekać dwanaście lat i więcej, jeżeli będzie potrzeba. Edward pojedzie do Australii. Mama wymagała, aby lord Belfort został pierwszy o tem zawiadomiony i żeby, o ile to możebne, zdobyć jego przyzwolenie. Dla tego to Edward pojechał natychmiast do Londynu, ale wróci z pewnością na wtorkowe polowanie. Kazał mi tobie powiedzieć, że bardzo żałuje, jako jeden z twoich starych przyjaciół, że nie będzie obecny w dniu twoich urodzin. Tembardziej, że tobie swoje szczęście zawdzięcza. Nigdy nie byłby się ośmielił prosić o moją rękę, gdybyś go nie była zapewniła, że nie mówi zbyt śmiesznie po francusku. Domyślisz się teraz, dla czego ciebie prosiłam, abyś mnie nauczyła po angielsku.
Buch! buch! buch! wszystko to na mnie spadało, jak grad. A więc to ja prowadzę tych zakochanych do ołtarza.
Powiedziałam Angeli, że później kiedyś opowiem jej o moich awanturach miłosnych, a teraz chcę wrócić do siebie, by trochę wypocząć.
Opuściłam ją bardzo szybko, ale była taka zadumana o Edwardzie, że gdybym jej była nawet język pokazała, nie byłaby tego zauważyła. Pobiegłam do wuja i skoczyłam mu do gardła. Musiałam mieć zły wyraz twarzy, bo zacny wujaszek spojrzał na mnie z przerażeniem.
— A więc uwziąłeś się na mnie, wuju! Pod pretekstem, że mnie kochasz, chcesz mnie pogrążyć w śmieszność, wprawiasz mnie we wściekłość i narażasz na upokorzenia. Wydawszy mnie za mąż za człowieka, który co prędzej pospieszył umrzeć, chcesz mnie teraz narzucić drugiemu, który żeni się z inną. Pan Belfort oświadczył się przedwczoraj o Angelę!
Zachwiał się, bijąc rękami powietrze. Spostrzegłam, że grozi mu znowu jedno z owych dziwnych omdleń. Zawołałam na służbę. Wszedł saper. Zrozumiał, że popełniłam jakąś złośliwość względem jego ubóstwianego pana. Rzucił mi ponure spojrzenie. Zdaje mi się, że chętnie byłby mnie zabił, gdyby to nie stało się nową przykrością dla jego pułkownika. To spojrzenie, zamiast mnie zirytować, spowodowało, że zastanowiłam się nad sobą i pobudziłam odrobinę moich dobrych instynktów. Okryłam pocałunkami drogie, pożółkłe oblicze wuja.
— To nic nie szkodzi, Tonton, drwię sobie z tego. Doprowadzę do szaleństwa resztę moich konkurentów, aby się pomścić i pomnożyć ich liczbę, że będzie ich tylu, ile masz na głowie siwych włosów, których farba nie chce się czepić.
Saper, widząc, że wszystko w porządku, kręcił się jak żołnierz drewniany i wyszedł z pokoju. Zapomniałam powiedzieć, że ten blaszany żołnierz nazywał się nie tylko Ménage, ale przytem jeszcze Baltazar.
Wróciłam do siebie. Dokuczyłam moim obu pokojówkom, darłam, tłukłam różne cenne przedmioty, których szczątki na głowę im rzucałam i w ten sposób dotarłam do wspaniałomyślnej i oryginalnej głębi mojej istoty.
Kazałam zaprządz i pojechałam do miasteczka pomówić z naszym zacnym przyjacielem, notaryuszem Désosteux.
Nazajutrz, jak się łatwo domyślić, cała okolica była poruszona. Mój dwudziesty pierwszy rok wszystkie dzwony wydzwaniały. Ileż to pocałunków i bukietów! Nadeszło mi ich także wiele z zewnętrz, mianowicie od pana d’Hauraucourt, od księcia Ciudad-Coeli, od pana Castelnau, który tłumaczył się z rozpaczą, że nie może wziąć udziału w jutrzejszej obławie. I mnie było żal, że nie przybędzie. Nie wiem, czy go kochałam, ale był to mężczyzna okazałej postawy, a przedewszystkiem wyższej umysłowej kultury. Mówiono, że przeznaczeniem jego jest wejść wysoko na drabinę społeczną, — cóż za śmieszna pozycya!
Gdybym nie była porwana gorączkowym i wesołym wirem tego dnia, a szczególnie zajęta myślą o pewnej fantazyi, która w ciągu popołudnia miała wszystkim głowy pozawracać, byłabym na nowo w gniew wpadła.
Pan de Roselle odesłał mi moją szpicrutę, która tym razem służyła za podstawę wspaniałego bukietu kwiatów. Bukiet pochodził widocznie z Paryża i dowiedziałam się, że ten pan umyślnie tam jeździł, aby wybrać kwiaty. Bukiet otoczony był zieloną wstęgą! Kolor nadziei, nieprawdaż?
Rzuciłam bukiet na ziemię, zdeptałam go nogami. Pułkownik usta zaciskał z gniewu.
Albertyna przybyła o godzinie zapowiedzianej. Nie trzeba przypuszczać, że rzucamy się na siebie z gniewem, przy pierwszem zaraz spotkaniu. Jesteśmy dobrze wychowane, czekamy zawsze, żeby znaleźć się sam na sam i wtedy mówimy sobie rzeczy nieprzyjemne. I to jeszcze czynimy bez gniewu, bez skandalu, z uśmiechem. Ona z natury posiada wiele dumy, a przytem pewien rodzaj nabytej siły moralnej, która hamuje wybuchy tej dumy. Jest tak samo enotliwa jak i ja, tylko, że ja jestem nią, jak Bradamante, a ona jak posąg. Ucałowała mnie z uprzejmą oziębłością.
Około wieczora, w chwili, gdy w całej wsi śpiewano tak głośno, że można było oszaleć albo ogłuchnąć, mój dobry, poczciwy notaryusz nadjechał pod pretekstem, że wuj Tonton stanowczo chciał zdać mi wszystkie rachunki. Kazałam prosić panią i panny d’Hervelinghem, żeby zechciały zejść do nas, do małego saloniku.
Gdybym nie miała tylu rzeczy do opisywania, odmalowałabym mój salonik. Krótko mówiąc był on bardzo miły. Cały różowy, a kolor różowy dobrze przypadał do mojej rozczochranej urody. Salonik ten znajdował się na parterze i miał cztery okna, z których dwa wychodziły na dębową aleję, wiodącą aż do parku, a dwa drugie na dolinę, rozciągającą się u stóp parku.
Dolina ta na samym początku mająca jeden kilometr szerokości, roztaczała się dalej wachlarzowato i tworzyła jakby jezioro pól, wiosek, lasów, osad, — jezioro, mające 30 mil obwodu.
Ten salonik stanowił moje królestwo; wszystko nasycone tam było moją wyłączną wonią; pełno tam było drobiazgów, różnych fantazyj i miało cechę tego oryginalnego nieładu, który jest moim specyalnym wdziękiem. Było tam kilka obrazków, które ni się podobały, tysiące drobnostek, przypominających mi wypadki moich podróży, portret mojej matki, której wzrok zdawał mi się zawsze mówić: „Żadnej czułostkowości!“ „Mogła spokojnie zamknąć te oczy nieco smutne, o nieśmiałym, pełnym wahania wyrazie.
Gdy byłam młodsza, zadawałam sobie czasami pytanie, czy ten wzrok nie wskazywał, iż nie miała zupełnej pewności, czy jej przykazanie było dobre i czy egoizm, który, jak to zaleciła memu wujowi, aby był regułą mojego postępowania, mógł być rzeczywiście źródłem szczęścia. Lecz samowola, pełna wymagań i fantazyj, czyniła mnie dotychczas szczęśliwą i powiedziałam sobie, że stanowczo lepiej zmuszać innych, aby nam ulegali, niż samemu im się kłaniać. Z dumą uśmiechałam się do tego portretu, powtarzając, że nigdy nikomu nie ustąpiłam, nigdy nie płakałam i łzy uznawałam za objaw poniżający.
Biblioteczka, złożona z książek „nieczułych“ i dzieł klasycznych, naukowych, opisów podróży, godziła się, jak mogła, z koliami, bransoletami, pierścionkami, a przedewszystkiem z lekką dubeltówką, którą miałam się posługiwać jutro, tam, w lasach Mont-Corbeau, rozciągających się naprzeciw zamku.
Czuję się przecie tak samo zadowolona z tego, że jestem dobra, jak że jestem fantastyczką, a ponieważ zamierzałam popełnić coś dobrego, chciałam to uczynić tutaj, gdzie lubię przesiadywać, aby często i żywo sobie to przypominać.
Nadszedł wuj, rozmawiając z notaryuszem, który miał minę zirytowaną. Był to jurysta szorstki, wyniosłej i niezłomnej prawości. Bardzo był do nas przywiązany i martwił się czasem naszymi wybrykami, którym nie mógł zapobiedz.
Kochana teściowa weszła z kolei z obydwiema córkami. O ile to było możliwe dla kobiety, która tak umie panować nad sobą, zdawała się nieco zaniepokojona tem zaproszeniem. Jestem pewna, że zadawała sobie pytanie, jakie nowe szaleństwo urodziło się w moim ptasim mózgu. Jednakże, uśmiech jej zapewniał mnie, że nie posądzała mnie o żadną złośliwość.
Byłam niewypowiedzianie szczęśliwą z niespodzianki, którą miałam jej sprawić.
— Wiesz już — rzekłam — kochana matko, że posiadam wuja, który jest bardziej uparty niż wszystkie muły całej Hiszpanii. Mam także notaryusza, który co do uporu, wcale mu nie ustępuje. Oto już cztery lata mija, jak ci dwaj uparci ludzie zatruwają mi życie, chcąc mi zdać rachunek z opieki, jakgdybym ja była kobietą, któraby ścierpiała nad sobą jakąkolwiek opiekę. Chcąc się uwolnić od tych dwu mułów hiszpańskich, poprzysięgłam sobie, że nie będę znosić tych nieprzyjemności od chwili, w której skończę dwadzieścia jeden lat. I oto nadszedł ten dzień, jak o tem świadczą stosy kwiatów, od których nas głowa boli. Prosiłam ciebie matko, abyś mnie nie odstępowała w tej niebezpiecznej chwili, bo bardzo cię kocham. Następnie, skoro pułkownik jest takim człowiekiem, którego możnaby obwozić na pokaz po jarmarkach, przyjemnie mi będzie okazać w całym blasku jego zalety, jako zarządcy. Podobno więcej niż potroił mój majątek przez lat dwadzieścia. To prawda, że pozwolił sobie mnie żywić, odziewać, ogrzewać, opierać, obsypywać mnie klejnotami i guwernantkami, dać mi jak najgorsze wychowanie, wszystko to ze swojej pensyi oficerskiej, nie biorąc ani grosza z moich pieniędzy.
Poczciwy wujaszek, który oprócz tej pensyi posiada około pięćdziesięciu tysięcy rocznego dochodu, nie mógł się powstrzymać od śmiechu, widząc mnie tak wesołą. Pan Desosteux zabrał teraz głos; przedtem jednak musiał mi przysiądz, że nie będzie czytał żadnych aktów, tylko słownie je streści.
Z tego wynikało, że panna Izabela Lalande posiadała z dniem śmierci swoich rodziców majątek, przynoszący 40.000 franków dochodu, składający się w części z gruntów i lasów, a w części z akcyj i obligacyj kolei żelaznych i kopalni węgla. Owe 40.000 dochodu, dzięki mądrej administracyi Leopolda Bourgongnon, pensyonowanego pułkownika kawaleryi, wuja macierzystego i opiekuna wzmiankowanej panny, wzrosły z dniem dzisiejszym, jako dochód z ziemskich posiadłości, zamków, pałaców, akcyj, kopalni i t. d. do sumy rocznej 109.000 franków z centymami. Do majątku rzeczonej panny, prócz wymienionych, należą dobra, które jej przypadły ze ślubnego kontraktu z Adalbertem wicehrabią d’Hervelinghem. Z tego bowiem kontraktu wynika, że w razie bezdzietności cały majątek małżonka, który zmarł, przechodzi na małżonka, pozostającego przy życiu. Dobra te, które wymieniony pan d’Hervelinghem wnosił do kontraktu, nie uległy żadnej zmianie. Składają się one z zamku zwanego Désert z parkiem i ogrodem, rozległości 16 hektarów, położonego we wsi Désert, stanowiącego tylko pamiątkę, posiadłość ta bowiem przyjemna jako miejsce pobytu, nie przynosi żadnych dochodów; dalej, z trzech posiadłości, przynoszących łącznie 25.000 franków rocznego dochodu.
Po tych słowach, surowy mój notaryusz zrobił ruch nosem, aby strącić binokle i spojrzał na mnie z surowym wyrazem. Ja mu posłałam uśmiech uprzejmy i ozwałam się w te słowa:
— Hrabia d’Hervelinghem, mąż twój, droga matko, niezasłużenie obdarzył swego syna z krzywdą żony i córek.
— Nie jesteś w prawie o tem decydować, drogie dziecko — przerwała moja teściowa z taką surowością, na jaką tylko jej wrodzona łagodność pozwalała. — Uważamy za słuszne, co mu się podobało uczynić.
— Nie, to nie jest słuszne, kochana matko — odrzekłam z zimną krwią, jak to sobie postanowiłam. Najlepszym tego dowo dem, że syn twój miał dwa razy tyle majątku, co wy wszystkie trzy razem, ty, matko, 10.000. a każda z sióstr po 5.000 franków dochodu. Wiesz sama dobrze, jak ciężko wam z tego wyżyć. To niegodne. Postanowiłam sobie zwrócić ten majątek.
Angela pobladła: zbliżał się bożek miłości. Albertyna zachowywała ciągle swoją oziębłą godność.
Nie miała chciwości w duszy. A jednak po nerwowym ruchu jej rąk widziałam, że ta zmiana losu żywo ją poruszyła; zmiana, która mogła od niej oddalić groźne niebezpieczeństwo pozostania starą panną.
Pani d’Hervelinghem, po chwili namysłu, podniosła głowę.
— Jesteś wspaniałomyślna, drogie dziecko — wyrzekła wzruszona — poznaję w tem twoje dobre, szlachetne serduszko. Ale odmawiamy; nasza rodzina, nasi przyjaciele, potępili by nas, gdybyśmy to przyjęli. Nie nalegaj. Albertyna i Angela są tego samego zdania.
— Bez wątpienia, ale ja, kochana matko, myślę inaczej i sprzeciwię ci się z całym szacunkiem i serdecznością. Wiesz, iż na całym świecie nie kocham nikogo więcej od ciebie. Ale kocham po nad wszystko sprawiedliwość i moją wolę. Ten majątek mnie zawstydza, upokarza, do rozpaczy doprowadza, czyni mnie nieszczęśliwą. Zresztą, sprawiedliwość wymaga, aby do was powrócił.
Pani Hervelinghem, ciągle z tym samym spokojnym uśmiechem i spokojną stanowczością, potrząsała głową.
W tej chwili pułkownik powstał z miejsca, położył rękę na piersiach i wyrzekł uroczystym głosem:
— Sam honor przemawia przez usta mojej siostrzenicy. Musi pani przyznać, że sprawiedliwość oświeciła ją swoim blaskiem. Uznaje to pani tak dalece, że gdyby przeciwnie się stało, gdyby Izabela umarła — (zatrzymał się, jakby przerażony tem przypuszczeniem) — i gdyby pozostawiła matkę i siostrę, nie zachowałaby pani przy sobie jej majątku. Uważałaby pani to za rzecz niegodziwą. My także w ten sposób na to się zapatrujemy.
Podniósł z dumą głowę.
— Daję pani na to słowo honoru, że tak jest sprawiedliwie i tak być musi.
Moja teściowa była jednak niewzruszona.
— A zatem — zawołałam — jeśli skoro mnie do tego zmuszają i słuszne powody wystarczyć nie mogą, potłukę szyby, — będę się prawować! Zaraz jutro, zamiast obławy na dziki, wniosę tę sprawę na drogę sądową. I pani hrabina d’Hervelinghem będzie sądownie wezwana do odebrania tego, co jej się należy.
Pułkownik stawał się bardzo czerwony. Gniew w nim wrzał. Wyprostował się jeszcze bardziej, jeżeli to było możliwe.
— Pani — wyrzekł zdławionym głosem — dałem moje słowo honoru.
Pani d’Hervelinghem zadrżała, ona także się wyprostowała i popatrzyła bacznie na wuja i na mnie. Spostrzegła, że był w osłupieniu, zrozpaczony. Co do mnie, wiedziała, że nigdy się nie cofałam przed niczem, że nie obawiałam się niczego, że bez wahania rozpoczęłabym ów śmieszny proces, który mógł się stać skandalicznym. Wiedziała, że mój wuj nigdy nie przebaczy tego, co uważał za obrazę. Przekonała się nareszcie, że słuszność była po naszej stronie.
— A zatem, pułkowniku — rzekła — twoja wola i despotyzm Izabeli odnoszą zwycięstwo. Opierając się, szłam być może za popędem raczej mojej miłości własnej, niż sprawiedliwości. Niechże więc się stanie tak, jak tego chcecie.
Ton jej mowy był dźwięczniejszy niż zwykle. Widać było, że czyni wysiłek, aby nie okazać irytacyi, ale wkrótce wrócił na jej usta dobry, łagodny uśmiech.
— Dobre masz serce, Izabelo. Ale jak zawsze, okazujesz je z pewnym dzikim despotyzmem i po nad wszelką miarę. Będziesz jednak musiała kiedyś pochylić głowę.
Pomyślałam, że nie niemiła nagana, lecz podziękowanie mnie się należało. W każdym razie moja szalona główka zaczynała okazywać wielką zdolność do interesów.
— Nie czynię darowizny, lecz restytucyę; prawo jednak jest tak niedorzeczne, że nie mogę zwrócić cudzej własności jej właścicielowi bez aktu darowizny. a tego aktu uczynić nie mogę, bo nie byłby ważny. Oto co jednak wydobyłam z jurydycznej mądrości pana Désosleux, który mi stawiał zrazu zaciętą opozycyę. Doszłam do przekonania, że należy zawrzeć układ, umowę, czy jak to się tam nazywa w waszym prawniczym języku, panie Désosteux? Tranzakcya, czy kompromis. Zresztą, mniejsza o to. Nie ulega wętpliwości, że uprzywilejowanie majątkowe, przyznane przez hrabiego d’Hervelinghem synowi, jest nieprawne. Podobno nawet jest to jeden z czynów, który ustawa, tak droga panu Désosteux, uznaje za najbardziej krzywdzący i przeciw któremu najsilniej powstaje. Możnaby więc przypuszczać, że gdybym zachowała ten majątek dany nieprawnie, jeden z twoich zięciów, matko, małżonek przyszły Albertyny lub Angeli, mógłby zaprotestować i zrobić mi nieprzyjemność.
Wuj nie ukrywał już swego zachwytu, płakał.
— Zrobimy więc taką ugodę, aby uniknąć wszelkich... wszelkich...
— Sporów — dokończył pan Désosteux ponurym głosem.
— Tak, wszelkich sporów. Układ, mocą którego wyżej wymieniona pani Izabela, oddaje swojej teściowej posiadłość przynoszącą 10.000 franków, a siostrom swego męża posiadłości przynoszące 15.000 dochodu.
— Ależ — rzekła moja teściowa — nigdy jeszcze nie widziano tak dziwnego podziału pomiędzy czterma osobami, z których czwarta nic nie dostaje.
— To prawda, nie zastanowiłam się, Trzeba koniecznie, żebym i ja coś otrzymała, bo inaczej ustawa pana Désosteux, chociaż jest zdziecinniałą już staruszką, gotowa się pogniewać.
Powstałam szybko z miejsca.
— Jakże jestem szczęśliwa i jak bardzo masz słuszność kochana Angelo, mówiąc, że cnota zawsze bywa wynagrodzoną! Od lat już wielu upodobałam sobie zamek Désert.
To nie jest własność rodowa d’Hervelinghen’ów. Dostało się im to, niewiem już jakim sposobem, po starej jakiejś krewnej. Nikt z was nigdy tam niebył. Zdawałam sobie nieraz pytanie, w jaki sposób mogłabym posiąść ten klejnocik. Proszę więc dodać, panie Désosteux: „Wymienione powyżej panie ze swojej strony, oddają, zrzekają się — proszę nie zapomnieć „zrzekają się“ — zamku, ogrodu i parku Désert.
Tym razem stanowczo zwyciężyłam; moja teściowa, patrzyła na mnie znowu swojemi kochającemi, prześlicznemi oczami, Angela myślała o Edwardzie, rzucając mi czułe spojrzenia. Albertyna powstała i uścisnęła mi rękę.
— Zdaje mi się, że postąpiłabym tak samo, jak ty, Izabelo — rzekła zawsze majestatycznie. — W każdym razie jest to z twojej strony szlachetnie i bardzo ładnie. Czy chcesz mnie ucałować, zanim się pokłócimy, bo jesteś dzielna i wspaniałomyślna, chociaż czasami bardzo nieznośna, kochana Izabelo.
Tak przeszedł mój dzień urodzin. Gdy wieczorem kładłam się do łóżka, mogłam sobie powiedzieć, że wprawdzie straciłam narzeczonego i doznałam strasznego upokorzenia, lecz uszczęśliwiłam kilka osób. Peretka, która lubiła dzielić się ze mną swojemi myślami, czesząc mnie na noc, powiedziała mi, że w całej wsi śpiewano, moje pochwały, każdy na inną nutę.
Budziłam się zwolna. Jutrzenka zapalała różowe światła i jakby mnie witała. Przez czas jakiś nie mogłam przyjść do siebie.
Wedle umowy mieliśmy wstać wraz ze słońcem, ale ono widocznie jeszcze oczy sobie przecierało, gdy się ozwały tony jakiejś muzyki. Z wysokości moich okien, które, jak to mówiłam, wychodziły na wschodnią stronę, dostrzegłam szmat jasno błękitnego nieba, poznaczonego białemi chmurkami, zaróżowionemi po brzegach, tę jutrzenkę, która zapowiadała piękny dzień. Muzyka szła z tej strony i była wyborna. Pod balkonem, na szerokim peronie, ponad doliną grały rogi myśliwskie jedne po drugich; z drugiej strony domu, na dziedzińcu, chór innych rogów odpowiadał. Znałam prawie wszystkie te dźwięki.
Finetka poszła zaglądnąć do okna.
— Proszę ― rzekła, rzucając mi ukośne spojrzenie — to pan margrabia zagrał drugą aryę, a pan de Roselle ostatnią.
Skoczyłam rzuciłam się ku balkonowi: byłabym rzuciła cokolwiek bądź temu intruzowi na głowę, na szczęście przypomniałam sobie, że jestem zupełnie nieubrana.
— Jakto! — myślałam — więc ten pan nie połamał sobie jeszcze kości, jak miałam nadzieję! Bezczelny ma tę niedelikatność, że nadużywa przysługi, którą mi wyrządził, aby się nam narzucić. Będziemy go ciągle mieli na karku będę musiała chyba uciekać z tych okolic, z tych pięknych stron, gdzie mi tak dobrze, z tego mieszkania, urządzonego z miejskim komfortem, otoczonego całym urokiem wiejskim. A pan d’Hauraucourt! jakiż to idyota! W tej właśnie chwili czule rozmawia z człowiekiem, którego nienawidzę! Nie zważa bynajmniej na moją antypatyę i zdaje się nawet niedomyślać, że pan de Roselle mnie ubóstwia! Nie, nie można już być większym idyotą!
Pomyślałam chwilę i znalazłam dobry sposób, aby się pomścić, najprzód, traktować pana de Roselle jak obcego, który, naprzykład, poratował mnie parasolem podczas deszczu; następnie, okazać panu d’ Hauraucourt najkompletniejszą oziębłość.
— Peretko — rzekłam — idź do pułkownika i powiedz, że za godzinę będę na dole. Niechaj śniadanie będzie gotowe na siódmą. Zawiadom panny służące tych pań.
A ty, Finetko, uczesz mnie we dwa warkocze, które upnę pod toczkiem.
Peretka wróciła.
— Pan pułkownik wróci na śniadanie o siódmej. Już o świcie wyszedł z ojcem Wincentym, żeby oznaczyć granice.
Wiedziałam o co chodziło, ponieważ wuj dość mi nabił głowę szczegółami, tyczącymi się polowania.
Zeszłam nieco przed siódmą na dziedziniec, który przedstawiał najmilszy widok dla mojej wyobraźni. Był tak obszerny, że mieścił całkiem wygodnie około stu wieśniaków, dzieci i starców, uzbrojonych w miotły, stare rondle, miednice, rogi i trąby przedpotopowe. Wincenty i dwaj inni leśni uzbrojeni, dowodzili tym tłumem.
Na przodzie stoi starzec, chudy jak szczypce, w bluzie i kaszkiecie w kształcie melona. Jest cały pomarszczony, poważny i skupiony w sobie, jak człowiek, na którym cięży odpowiedzialność dnia dzisiejszego. To ojciec Wincenty, stary dozorca sfory. Ma przeszło siedmdziesiąt pięć lat. Obok niego pies, ze spuszczoną głową, ze zwisającemi uszami i zamkniętemi oczami, chwieje się melancholijnie na wysokich nogach; to stary Plumeau, pies gończy, wzorowy i sprawny. Pod samym domem, około dwudziestu myśliwych, szlachty okolicznej i kilku dalszych znajomych, rozmawiają wesoło, oczekując na moje pojawienie się, a raczej na śniadanie. Pani d’Hervelinghem i obie jej córki właśnie w tej chwili zeszły.
Z uprzejmym uśmiechem powitałam gości i podałam rękę niektórym. Pani d’ Hervelinghem i Angela nie chciały osobiście brać udziału w polowaniu i miały zamiar umieścić się na balkonie, zkąd za pomocą dobrej lornety mogły się przypatrywać całemu przebiegowi dramatu. Albertyna, Junona łowczyni, nam towarzyszyła. Ja nie wzięłam noża myśliwskiego, uważając, że byłoby to w złym guście, miałam tylko dobrą strzelbę, lekką a solidną, którą miałam się posługiwać. Albertyna nic nie miała z sobą. Konwenanse zadecydowały, że zostanie powierzona saperowi, który znał las wybornie i był gotów raczej umrzeć niż pozwolić jej spotkać się oko w oko z dzikiem — „oko w oko“ tak mi się podobało, że zaczęłam śpiewać ten frazes na nutę myśliwskiej piosenki.
Pan d’Hauraucourt nie omieszkał ukazać się z tej strony w sieni, która wychodzi na peron. Zbliżył się do mnie z pośpiechem. Wiedziałam, że się we mnie kocha. Cała jego natura, pogardliwie leniwa i szlachetnie obojętna, widocznie się ożywiała, skoro tylko zbliżał się do mnie; spojrzenie jego zimne i zaspane, budziło się i zaiskrzyło. Byłam pewna, że moje oczy wydawały mu się jeszcze bardziej pociągające i piękniejsze, niż moja szkatuła. W każdym razie 150.000 franków rocznej renty nie były do pogardzenia. Nazwisko jego, stosunki i nędzne 25.000 franków dochodu, aż piszczały, aby się z moimi połączyć.
Jednakże, żył z wielką godnością i zamiast robić długi, lub ożenić się dla pieniędzy, wolał, raczej zjeżdżać na śmiertelne nudy, przez sześć miesięcy w roku, do swojej ciotki, pani de Montholieu, naszej sąsiadki. Miał on także posiadłość niedaleko od nas, gdzie był szanowany i lubiony, bo był bardzo dobry, pomimo tego pozoru pogardliwego lekceważenia, które było cechą jego charakteru. Chociaż zdarzało mu się dać trafne odpowiedzi i chociaż miał rodzaj sprytu w rozmowie, nie posiadał wybitnej inteligencyi. Za to spokrewniony był z całą dobrą szlachtą we Francyi i Niemczech. Mniej mi przypadał do serca, niż ten głupiec Edward, mniej dogadzał próżności od mojego księcia hiszpańskiego, mniej imponował inteligencyi mojej od pana Castelnau, ale bez wątpienia, z nich czterech był najbardziej do przyjęcia na męża; a zważywszy na znaczny majątek, jakibym mu wniosła w posagu, moglibyśmy być godną zazdrości parą małżeńską. Posiadał najpiękniejszą, jaka być może, twarz, dumną i zimną postawę, przytem słuszną, sprężystą, muskularną.
Po mojem rozczarowaniu, zadecydowałam, że oddam mu cały mój majątek, a z mego serca to wszystko, co w niem tylko jest trochę solidniejszego. Zapewne, chcąc się pomścić za to, że w myśli oddawałam mu siebie i przyzwyczaić go do dobrych zwyczajów ogniska domowego, przywitałam go bardzo sztywnie.
Wysłuchałam zimno ładnego komplementu, wypowiedzianego o mojem bohaterstwie i obróciłam się plecami skinąwszy mu zlekka głową. Stał przez chwilę zdziwiony, tembardziej, że w głębi serca odczuwał szczerą radość, iż uniknęłam niebezpieczeństwa. Następnie, wracając do swojej obojętnej miny, poszedł przywitać się z paniami d’Hervelinghem, których był dalekim krewnym i z któremi jego ciotka żyła w ścisłych stosunkach przyjaźni.
Ujrzawszy wracającego wujaszka, wybiegłam na jego spotkanie, aż na koniec kurytarza. Rzuciłam mu się na szyję. Był rozpromieniony. Tropy zwierza, które poszedł oglądnąć, aby skontrolować raport dozorcy psiarni, zapowiadały wspaniałe polowanie. Był taki zadowolony, że spotkawszy u wejścia na peron pana de Roselle, powiedział mu, po dość oschłem jednakże powitaniu:
— Panie, uznaję w całej pełni przysługę, którą mi pan wyrządził. Proszę, niech pan wejdzie, wice-hrabina d’Hervelinghem panu podziękuje.
Pan de Roselle postąpił ku mnie kilka kroków. Kulał z lekka; to wszystko, co mu pozostało z wypadku. Znajdowałam, że to za mało za szczęście, jakiego dostąpił, ratując mi życie.
Czym go opisywała? niedokładnie, o ile mi zdaje, pobieżnie, gdy skakał przed lokomotywą. Oto cała prawda: Jest to mężczyzna miernego wzrostu, szeroki w ramionach, szczupłej postaci, rodzaj latawca, lekkiego, a zarazem silnego, stworzonego na to, aby się mógł opierać wichrom i wzlatywać w powietrze. Włosy czarne, jak noc, oczy duże, błyszczące, patrzące prosto, także czarne, w otoczeniu białek śnieżnych, jak u murzyna, zęby białe, które wilczymi nazywają, cera oliwkowa, wąsy bujne, nos nieco spłaszczony, broda tak kwadratowa, że podobnej w życiu nie widziałam i tak uparta, że do wściekłości mnie doprowadzała. Oto rysopis. Zresztą, grzeczny, zimny, pełen rezerwy, podobno śmieje się jak dziecko, gdy jest w towarzystwie przyjaciół lub wieśniaków. Krótko mówiąc, z całej jego istoty wionie porywająca śmiałość i uparta refleksya. Posiadał on nieco majątku, z którego, o ile mógł, oszczędzał, aby wyrestaurować zamek d’Hardelot, który był feudalną fortecą. Zajmował się tysiącem rzeczy, archeologią, historyą lokalną, ubogimi chłopami, proboszczami. Prezydował jakiejś Akademii w departamencie, a uciekając przed politycznemi dyskusyami i prowincyonalnemi kłótniami, większą część roku spędzał w bibliotekach Paryża i Londynu, a resztę czasu zużywał na ćwiczeniach sportowych.
Spojrzałam dumnie na niego; utopił we mnie to doprowadzające do rozpaczy spojrzenie, które tak jasno mówiło: „Jakież to nowe głupstwo popełniła ta szalona pałka od czasu, gdym jej nie widział?“
— Myślę — rzekłam, z trudem się powściągając — że gdybym panu nie podziękowała za kułak otrzymany od niego, trzoda głupców, którą pan szanuje pod nazwą opinii publicznej, obszczekała by mnie za niewdzięczność.
Wesoły i szczery uśmiech odchylił jego usta, ukazując końce wilczych zębów.
— To prawda, że musiałem za silnie panią uderzyć. Trzeba przebaczyć początkującemu; obiecałem sobie, że będę się ćwiczyć, aby na drugi raz delikatniej panią dotknąć.
— Och bardzo dobrze! Zamawiam ja pana nauczyć mnie ćwiczenie. Ale pozwól pan, że ja naprzód podziękuję pani Izabela.
Mówił to mój dziki Edward, który wchodząc przez ogród, zamienił kilka słów z paniami d’Hervelinghem. Dowiedział się od Albertyny o ustępstwie, jakie uczyniłam i leciał mi podziękować. Bydlę to było takie zadowolone, że nie potrzebuje żenić się ze mną, iż mało mi ręki nie wyłamało w uścisku. Następnie zbliżył się do pana de Roselle.
— To panu zawdzięczyć cały mój szczęście — mówił — bo, żeby pani była pokrajany na kawałki od kolej żelazny, co dobrze zasługiwała przez swój piękna postępek z mała dziewczynka, nie byłoby ta darowizna, które zaraz zrobi moje szczęście.
Porwał rękę p. de Roselle i potrząsnął nią z zapałem.
— I say, chciał powiedzieć to: pan jest największa heroin ze wszystkich heroin. Ja chciał rozszerzyć w Anglii sport koleja żelazna.
Wuj zbliżył się do nas i rzekł do p. de Roselle:
— Proszę, abyś pan był łaskaw powiększyć grono tych, którzy czynią mi zaszczyt, przyjmując u mnie śniadanie.
— Bardzo panu dziękuję — odrzekł mój wróg z pół uśmiechem, który czynił go mniej żółtym — ale obiecałem już kilku poczciwcom, że z nimi śniadać będę.
Ukłonił mi się z ugrzecznioną swobodą, która oburzyła mnie do najwyższego stopnia. Udałam, że go nie widzę. Oddalił się, a za nim służący z chytrą miną, który niósł jego strzelbę i olbrzymi kosz.
Za chwilę potem widać go było schodzącego w dolinę. Poszedł usiąść w głębi tej doliny, na połowie drogi pomiędzy zamkiem a lasem Mont-Corbeau, gdzie miało się odbyć polowanie. Spotkał tam ze trzydziestu towarzyszy, pragnących dobrze sobie podjeść. Należeli do klasy drobnych właścicieli, majętnych dzierżawców, kapitalistów i emerytów, których pan de Roselle traktował z przyjaźnią, a oni go ubóstwiali i podziwiali. Za mało znaczący, aby otrzymać imienne zaproszenie, a nadto dumni, aby iść na śniadanie bez zaproszenia, urządzili sobie piknik, pilnie uważając, kiedy my wyruszymy z zamku, aby udać się na stanowiska, które jeden z leśniczych miał im wyznaczyć.
Mój wuj wyszedł z sieni i wszedł na dziedziniec pomiędzy myśliwych.
— Ojcze Wincenty — wyrzekł głosem wojskowego dowódcy — zbliżcie się do raportu i oznajmijcie tym panom, coście uczynili.
Stary zdjął szybko kaszkiet i pociągnął linewkę, na której gończy był uwiązany. Pies od razu przestał rozmyślać melancholijnie. Wyprostował się i zdawał się słuchać z dumą myśliwskiej gwary, do której stary dozorca przywykł w pańskich domach. Byłam tego samego zdania, co pies, i zachwycałam się tą gwarą.
— Mnie się widzi — rzekł ojciec Wincenty złożywszy przedtem uroczysty ukłon, zdejmując kaszkiet ruchem zaokrąglonym — widzi mi się, jeżeli mnie wzrok i mój pies nie mylą, że wytropiłem w lasach Mont Corbeau trzy „czarne bestye“. Pierwszym jest „młodzik“, którego znam już dawno z tego, że jest „chytry“. Siedzi w cierniach u dołu lasu, niedaleko od miejsca, gdzie się zacznie obława. Drugi, którego osądziłem, że jest „wielki stary wyga“, obwarował się w „forcie“, z którego nie łatwo wyjdzie i radziłbym nagonce, aby „brała nogi za pas“ jeżeli wpadnie na nich, bo jestto wielka sztuka; na mój rachunek waży on pewnie ze trzysta funtów i potrafiłby zwalić z nóg cały batalion. Trzeci jest na przeciwnej stronie, koło miejsca, gdzie wielki las łączy się z wyrębem zeszłego roku. Jestto maciora z dwunastoma warchlakami. Znajduje się w Trou-au-Loup. Ruszy za pierwszym hałasem i pójdzie prosto pod wiatr, w wyrąb. Trzeba nakazać, aby strzelano do maciory, a nie do małych, bo stanie się wściekłą i bardziej niebezpieczną, od starego samotnika.
W ten sposób mniej więcej przemawiał Nestor myśliwych. Włożył napowrót swój kaszkiet i oba z psem przybrali znowu zamyśloną minę.
Podeszłam ku niemu. Powiedziałam mu kilka życzliwych słów powinszowania, co go z pewnością na cały miesiąc szczęśliwym uczyniło.
Wtedy Tonton zabrał głos znowu:
— Oto już wiemy, czego się trzymać, ojcze Wincenty, spisałeś się znakomicie. Sam osobiście się przekonałem. Proszę wszystkich, niech się zachowują karnie i uważnie. Leśni zrobią porządek i wyznaczą miejsca dla obcych. Paniom wyznaczą stanowiska dwaj Wincentowie. Naganiacze już wyruszyli, bo trzeba daleko okrążyć, aby nie iść pod wiatr i dojść do południowego krańcu lasu, zkąd zacznie się obława. Mamy przed sobą całą godzinę, aby zająć nasze stanowiska. O jedenastej zacznie się granie.
Ranek był ciągle bardzo piękny. Zasiedliśmy wesoło do śniadania, obznajamiając obcych z miejscowością, na której obława odbyć się miała.
Las przedstawia się jak wielki kwadrat około czterech kilometrów długości, a dwu szerokości. Jest położony zupełnie w tym samym kierunku, co wiatr dzisiejszy, z południa na północ. Jeden z długich boków kwadratu, strona wschodnia, rozciąga się ku dolinie, całkiem naprzeciw okien zamku.
Poszłam naturalnie zająć najlepsze stanowisko, na południowym krańcu, naprzeciw zeszłorocznego wyrębu.
Wysokie drzewa kończyły się tutaj, jakby ścięte pod sznur. Przedstawiały ścianę czarno zieloną, mur pni i liści, przed którym rozciągała się płaszczyzna lekko wzniesiona po samym środku, pozwalając oku sięgnąć swobodnie w szeroką przestrzeń trawy i młodych latorośli, zaledwie wyzierających z ziemi. Dalej, dwuletni zapust roztaczał się olbrzymią falą zieleni.
Miejsce, które zajęłam, mniej więcej po środku tej ściany zieleni, o której wspominałam, obok wązkiej drożyny kołowej, jeżeli było najlepsze, to także najniebezpieczniejsze. Ta droga musiała być ulubiona przez dziki, bo nosiła tysiące śladów ich racic.
Oparłam się o stary dąb, wybierając najgrubszy, najprzód dla tego, żeby nie być dojrzaną przez dziki, wychodzące z gęstwiny, a także, aby nie dostać postrzału.
Przede wszystkiem starałam się rozeznać w mojem sąsiedztwie. Mogłam widzieć tylko tych myśliwych, którzy stali po mojej prawej i lewej stronie. Z prawej strony w kierunku doliny, ujrzałam toczek Albertyny. Saper, sztywny, jak drzewiec jego starej siekiery, stał pod drzewem, na którem umieścił Albertynę. Zamieniłyśmy z moją nieprzyjaciółką znak porozumienia, naturalnie uprzejmy.
Któż się znajdował z lewej strony? Powiedziałam sobie, że przebaczyłabym panu d’Hauraucourt, gdyby geniusz miłości o tyle go oświecił, aby go tutaj sprowadzić. Ale nikogo nie dostrzegłam. Ten sąsiad, jeszcze sprytniejszy odemnie, wsunął się w gęstwinę laskowych orzechów i nie widziałam nic więcej tylko koniec lufy od strzelby, połyskującej od czasu do czasu w słońcu.
Spojrzałam na zegarek. Jeszcze kwadransa brakowało do rozpoczęcia zabawy.
Przytuliłam się do mego drzewa i wbrew zasadzie: „żadnej czułostkowości“, zaczęłam marzyć. O czem? Po prostu, sama nie wiem. Myśli moje goniły szczęśliwe, jak owe boginie o których mówią, że lekką i śliczną nóżką muskają czubki kwiatów. Bo też, pomimo wszystkiego, nie mogłam się obronić marzeniom w ten ranek majowy, pełny słońca i woni. One to, owe marzenia, wysyłały moje myśli na te fale zielone świeżo ściętego lasu.
Nic niema bardziej wzruszającego dla wyobraźni, jak ten aksamitny, mieniący się kobierzec młodego lasu. Kępki drobnych gałązek czerwono-purpurowych, z malutkimi, blado zielonymi pączkami, wyrastały nieśmiało w około żółtawych śladów pozostałych po ściętych drzewach. Wysokie trawy spiczaste, ostre a wiotkie, ochraniały te wątłe gałązki, z których miały wyrosnąć drzewa. Tysiące odmian leśnych kwiatów, przez czas długi gnębionych przez krzaki, pokrywające je swoim cieniem, po raz pierwszy rozkoszowały się widokiem nieba. Rozsypywały się wszędzie, wystrzelając po nad trawy i zakrywając młode pędy drzew, nad któremi brały odwet nareszcie. Pięły się ku słońcu, jak gdyby na pociechę, że przez lat dziesięć pozostawały uwięzione.
Ale o tej porze roku, w początkach wiosny, słońce jeszcze nie piecze i nie udziela swego płomienia kwiatkom; najwięcej też pomiędzy nimi jest białych. Są jakby śniegiem wiosennym. Anemony, stokrótki, potrząsają blademi swojemi główkami. Prawie jeszcze zima panuje, ale zima pełna uroku.
Oto już pierwiosnki nie takie drzące i blade, błękitne hyacenty i żółte jaskry.
Po nad tym olbrzymim haftem, rozciągającym się na ziemi, wielkie dęby, wznoszące tysiące swoich ramion, jeszcze czarnych; buki, brzozy i klony zaczynają otwierać pęczki. Krzak cierniowy zieje w około różowe listeczki. Gęstwiny orzechów laskowych, topol i wierzb zielenieją; a na ciemno błękitnem niebie, zasianem przejrzystemi chmurkami, Febus-Apollo wyrzuca strzały pomiędzy pół nagie gałęzie, które znaczą drobnemi plamami ciemnemi kobierzec haftowany w tysiączne odcienia zielone.
Ach cóż to jest? dzwon kościoła w Liembrune. O tej godzinie, nie może to być nic innego tylko pogrzeb. Czy podobna, żeby się umierało w maju?
A to co znowu za odgłos; towarzyszy zawsze pięknej pogodzie; i lubię to stworzenie ma ten rozum, że każe innym na siebie pracować.
Ach! oto rozpoczyna się straszliwa kocia muzyka naganiaczy! Niema nic okropniej komicznego od tego hałasu. Do wszystkich instrumentów, o których wspominałam, przyłączają się wycia, okrzyki, wściekłe wrzaski.
Pośród tej powszechnej muzyki, szlachetny róg myśliwski odzywa się to sam jeden, gdy wyczerpani ludzie spoczywają na chwilę, to znowu górując nad grzmotem popękanych rondli. Ten hałas w podziw wprawił śpiewaków przyrody — jak Tonton lubi się wyrażać, — zamilkli wokoło mnie. Jedna tylko turkawka, która zachwycała swoją połowicę łagodnem gruchaniem, nie ustała.
Wyjąca banda zbliżała się zwolna, bardzo powoli; jestto warunkiem dobrej nagonki. Przez czas długi słyszałam tylko rogi, potem kilka strzałów jeden po drugim i jeszcze większy hałas! Dwa wystrzały tam, w górze, na lewo i wrzaski tak gwałtowne, że nie słyszałam już odgłosu rogów!
Nastała długa chwila milczenia. Pierwszy okręg się skończył, przystępowano do drugiego. Wśród milczenia dały się znów słyszeć myśliwskie rogi. Zaczęłam półgłosem nucić tę melodyę. Dało się słyszeć lekkie gwizdanie. Spojrzałam wokoło siebie. Mój zdrajca, Edward, jako dobry Anglik, praktyczny i nieprzyjaciel wszelkiej niewygody, wybrał sobie, o jakie sto kroków odemnie, gruby dąb, pomiędzy gałęziami którego zasiadł sobie dość wygodnie, o dwadzieścia metrów nad ziemią.
Drugi sąsiad, ten, który ukrył się w gęstwinę, wcale się nie ruszał. Widziałam ciągle tylko szczyt lufy od strzelby, która w słońcu, jak gwiazda błyszczała.
Kocia muzyka znowu się rozpoczęła. Zające i króliki zaczęły ukazywać się przed nami. Nigdy jeszcze nie widziałam tych zwierząt w takiem oszołomieniu. Biegły pędem, ze spuszczoną głową, jak gdyby o czemś rozmyślały. Potem zatrzymywały się nagle, jak gdyby nie mogąc już opanować swojej ciekawości, siadały, nastawiały uszu i patrzyły w kierunku, zkąd hałas dolatywał. Prawdopodobnie, zadawały sobie pytanie, co znaczyło to nowe, niebywałe szaleństwo, które ludzi napadło. Wreszcie, gdy nas spostrzegły, rozpoczął się pierzchliwy galop odwrotu.
Nagle, krzyki stały się jeszcze głośniejsze, odgłosy rogów także. Od dołu do góry, na całej linii słyszeć się dały jedne po drugich melodye myśliwskie. Były to hasła, oznajmiające, że „stary samotnik“ się ruszył i usiłuje przebić się przez nagonkę.
Drugi okrąg został już wzięty.
A więc do trzeciego! Na nas kolej. Doznawałam nieco wzruszenia, nie obawy; była to chwila oczekiwania, gorączka myśliwska.
Rogi brzmiały jeszcze od czasu do czasu i znowu ozwały się głośniej. Byłażby to maciora? Serce coraz więcej mi bije. Znam ten odgłos. To wściekłe chrapanie dzika, tak.... tak.... nic innego! Hałas się zbliża. Dziesięć mruczących tenorów towarzyszy temu grzmiącemu basowi. Rzucam okiem na moją strzelbę. Nie śmiem zrobić żadnego ruchu. Zaledwie oddycham. Hałas staje się jeszcze bliższy jest to jakby przygłuszone bębnienie. Już o sto kroków poza mną! o dwadzieścia! o dziesięć! Słyszę kroki, tratujące z hałasem ziemię, chrapanie staje się potężne, prawie przerażające. To rzeczywiście stara maciora, o której mówiono. Przejdzie tędy, tuż obok mnie. Serce mi już nie bije; chciałam odzyskać zimną krew i oto ją mam. Ukazał się czarny potwór, otoczony tuzinem małych stworzeń rudo-brunatnych, z siwemi pręgami wzdłuż ciała.
Przykładam do ramienia strzelbę. Coś mnie zatrzymuje. Wysterczający kawałek odłamanej gałązki. Poprawiam się i to mi zajmuje kilka sekund. Wystrzelam. Słyszę kwik żałośny i cienki. Trafiłam w jednego z warchlaczków. Maciora się zatrzymuje. Odzywają się dwa inne strzały; to mój Anglik z drzewa. Ale znajduje się za daleko: on także trafik w dwa warchlaczki, które dołączają swoje piskliwe skargi do jęków braciszka. Maciora wydaje syk wściekły; zobaczyła mnie, idzie prosto ku mnie. Szerść jej najeżona czyni ją podwójnie wielką, wydaje mi się olbrzymia.
Drżę trochę, bez wątpienia, lecz jestem odważna, chcę być odważną. Widzę wprawdzie, że lufa mojej strzelby nieco się chwieje; strzelam jednak — nieco za nizko; i znowu trafiam w małe.
Nikt nie jest wstanie opisać wściekłości — całkiem zresztą uzasadnionej, — starej matki. Słyszę, jak szczęki jej zgrzytają. Przypominam sobie co mówił stary Wincenty „Zęby maciory są bardziej niebezpieczne, niż kły dzika“. Czuję już, że będę podeptana a potem zmiażdżona.
Chcę się schować za drzewo w chwili, gdy ten ruch zrobiłam, bestya już jest tuż przy niem. Uderza mnie ryjem i rzuca na ziemię. Widzę jej rozpłomienione oczy. Czuję jej pysk blizko mojej twarzy. Zamykam na pół oczy.
Widzę jednakże, że coś skacze; i oto jestem zalana jakimś gorącym płynem, który płynie i płynie. To krew. Jeden z moich towarzyszy wyskoczył na kark maciory. Porwał ją za prawe ucho; gwałtownym ruchem zmusił do przekręcenia głowy i podciał jej gardło, jak rzeźnik.
Powstałam szybko z ziemi. Byłam trochę potłuczona, bardzo mało: bestya uderzyła mnie głową powyżej kłęba i wpadłam w krzaki. Naprzeciw siebie ujrzałam, więcej krwią zlanego niż moja suknia, z nożem zakrwawionym w ręku, mego wściekłego wybawcę On! zawsze on! — pan de Roselle!
Był bledszy niż kiedykolwiek, a spojrzenie jego wyrażało śmiertelny niepokój.
— Pani się nic nie stało? — zapytał głosem zdyszanym, w którym nie było ani cienia jego zwykłej ironii.
Może mi kto weźmie za złe moją słabość i będzie miał słuszność; przyznaję, że w tej pierwszej chwili zapomniałam o mojej nienawiści i o tem, że pan de Roselle okrywał mnie ciężko śmiesznością, dzięki swemu uporowi, aby zawsze być obecnym wtedy, kiedy trzeba mnie było ratować z niebezpieczeństwa. Odrzekłam mu grzecznie:
— Nie jestem wcale zraniona, jestem tylko zabrukana.
Dał wtedy znak swemu służącemu; ten przybiegł z rogiem i podniósł strzelbę, którą jego pan odrzucił o dziesięć kroków dalej. Służący zaczął wygrywać „hallali“ z mocą i — czuło się to wybornie — radością, która sprowadziła wkrótce cały tłum w około nas.
Przybiegła Albertyna. Niecierpiała mnie, ale była kobietą. Otarła mi starannie twarz, zalaną krwią. Co do mnie, śmiałam się jak jeszcze nigdy. Byłam uradowana, że moja ładna osóbka nie zamieniła się w bezkształtną masę. Zresztą, któżby się mógł powstrzymać ud śmiechu przed nami stał Edward, niosąc pod pachą żywe warchlaczki, które kwiczały, i przypatrywał się panu de Roselle ze zwykłą swoją flegmą.
Widząc mnie w niebezpieczeństwie, pospieszył zleźć z drzewa. Zanim jednak to uczynić zdołał, ujrzał pana de Roselle, który by onym ukrytym w krzakach myśliwym, który rzucił się ku mnie, skoro tylko usłyszał mój wystrzał.
Szanowny Anglik zbliżył się do mego zbawcy, nie puszczając warchlaczków.
— Jesteś pan najbardziej heroin z heroin! trzeba, żebym ucałował pana.
Przystąpił i uściskał pana de Roselle, a tymczasem małe sierotki szarpały ubranie całowanego.
Kochany wujaszek nadbiegł. Widząc mnie krwią oblaną, doznał znowu lekkiego oszołomienia; ale natychmiast mu się lepiej zrobiło, gdym mu powiedziała, że nic mi się nie stało.
Pan de Roselle nie czekał na podziękowanie.
— Będę pana prosił — rzekł — o pozwolenie towarzyszenia panu d’Hauraucourt.
On utrzymuje, że zranił starego samotnika w drugim okręgu i poszedł w jego ślady, wraz z ojcem Wincentym i wyżłem.
Pułkownik skłonił się na znak zgody i wydał rozkaz Wincentemu, aby pobiegł do zamku i kazał wysłać ludzi śladem zranionego dzika.
— Och! —rzekł Edward do p. de Roselle — trzeba, nim pan pójdzie, żeby mi powiedział, czemu pan nie strzelił do grubej bestyi ze strzelby a rzucił się na nią, żeby zabić ją z nożem i kułakiem.
— Dlatego — odrzekł pan de Roselle z wiecznym swoim uśmiechem — że się obawiałem, aby bestya nie upadła na panią. Czytałem w myśliwskich książkach, że w ten sposób polował jeden z najsławniejszych myśliwych, zwany Clamart, zabijał potwora „jadąc na nim wierzchem“, jak się wyrażał.
— Bardzo dobra, teraz będę zanieść te dwa małe zwierze pannie d’Hervelinghem.
Pan de Roselle poszedł w kierunku, w którym go wyprzedzili pan d’Hauraucourt ze starym Wincentym i psem. Pomyślałam sobie, że pan margrabia, opuszczając mnie na to, aby pójść śladem starego samotnika, okazał się więcej myśliwym, niż zakochanym. Nie mogłabym powiedzieć, aby mnie to nieco nie dotknęło i nie stało się, powodem fantazyi, która strzeliła mi nieco później do głowy, a co nudni ludzie nazywają szaleństwem. Jak na teraz, postanowiłam sobie, że w dalszym ciągu będę mu dokuczać. Zabrano łupy i puściliśmy się w drogę do domu.
Po dłużej nieco trwającej, ma się rozumieć, toalecie, ukazałam się, świetniejsza od jutrzenki. Pan d’Hauraucourt już był wrócił. Ani nie spojrzałam na niego.
Kilka pań, naszych znajomych, przybyło na obiad, który miał w sobie jakiś dziwny urok. Było nas trzydzieści sześć osób. Apetyty były z czasów patryarchalnych, a zapijano, co się zmieściło. Ta uczta, według zwyczaju, panującego w okolicy, przeciągnęła się dłużej: spijano koniak, kirsch, palono papierosy, śpiewano piosnki miłosne i wojenne. Niektóre osoby, którym się zdawało, że jeszcze dość jasno na dworze, zabawiały się w różne odwieczne gry lokalne; moderniści zasiedli do dziwacznego jakiegoś wista, a około północy, zdaje się, wszyscy do domów wrócili.
Kobiety o dziesiątej opuściły salę jadalną. Nie potrzebuję mówić, że ludzie poważni i ugrzecznieni pospieszyli za nami do salonu. Edward i Angela bezczelnie popisywali się swoją czułością. Pan d’Hauraucourt, coraz zimniej przezemnie traktowany, kokietował z Albertyną, która nie brała tego tak na seryo, jak bym sobie była tego życzyła. Byłam pewna, że zdołam jej go, kiedy zechcę, odebrać.
Zresztą, byłam bardzo zajęta rozmową z moją teściową. Napominała mnie za moją niewdzięczną niegrzeczność dla pana de Roselle, a ja — nie wiem co mi przyszło do głowy, lecz jakbyın doznała nagłego rozjaśnienia w umyśle, — rzekłam jej nagle:
— Czy chcesz, matko, abym ci powiedziała, o czem myślisz w chwili, gdy mówisz do mnie? Oto kochasz kogoś, którego nikt nigdy znać nie będzie, bo.... bo.... twój wybór nie jest rozsądny.
Nawet nie zadrżała i ciągle z tym samym spokojem:
— Przerażasz mnie po prostu — odparła całując mnie. — Nie mówmy o tem, powiedz mi raczej, dla czego jesteś niegrzeczna nie tylko dla pana de Roselle, ale także dla pana d’Hauraucourt?
Nie było żadnych powodów; to przyznać sama musiałam. To też, gdy margrabia odjeżdżał, przypomniałam mu, że podczas pobytu pań d’Hervelinghem w Liembrune, odbędą się jeszcze dwa polowania z nagonką. Kochał mnie na prawdę. Piękne jego oblicze się rozpromieniło.
Miałam do zadania Edwardowi trzy pytania, które bardzo mnie zajmowały. Odprowadziłam go na stronę:
— Niech no mi pan szczerze odpowie: Czy kochałeś mnie przed dwoma laty?
— Bardzo, wiele, mocno, z biciem mojego serca, kiedy panią widziałem i kiedy pani nie widziałem.
— A więc, w jaki sposób pan stracił to uczucie?
Ten barbarzyniec mógłby śmiało być posągiem szczerości.
— To nie było tak trudno — odrzekł. — Kiedy widziałem, że pani jest egoistką, powiedziałem sobie, że brał zawsze szczęście dla siebie samego. Potem, słyszałem zawsze pułkownika mówić o wolności myśli, o wolności manier i panią mówić, że „walka o byt“ jest wszystko na tym świecie. Powiedziałem sobie, że się nie żeni, żeby walczyć. Wydarłem miłość z serca i zobaczyłem, że panna Angela nie myśli o walka; ale ona myślała tak, jak moja matka myślała, tak, jak cała ludzkość kobiet myśli dotychczas, że małżeństwo nie jest, żeby wydzierać włosy mężowi.
Byłam naprawdę wściekła, ale gdybym to okazała, ten głupiec mógłby myśleć, że za nim żałuję. Powiedziałam tylko:
— Teraz rozumiem sympatyę pana do warchlaczków.
Nazajutrz, schodząc na dół, ujrzałam pana Castelnau, przechadzającego się w ogrodzie z paniami d’Hervelinghem.
Nie mogę zataić, że gdybym się znalazła na pustej wyspie, przeniosłabym go nad pana d’Hauraucourt. Przewyższał inteligencyą wszystkich mężczyzn, których znałam i wpadałam w gniew, ile razy ktoś twierdził, że pan de Roselle więcej był wart od niego.
Pan Castelnau, miał, o ile mi się zdaje, trzydzieści pięć lat, lecz że był zwinny, ruchliwy i silny, pomimo pewnej godności w zachowaniu, wydawał się całkiem młody. Różowa jego cera, twarz okrągła, nieco papinkowata, ale ozdobiona piękną czarną brodą, krótko przyciętą i starannie utrzymaną, potęgowały to wrażenie młodości. Ciemne oczy, bardzo błyszczące, świadczyły o naturze otwartej, szerokim umyśle, a wrodzona powaga była łagodzona zachowaniem się pełnem słodyczy.
W swojej osobie był on przedstawicielem śmietanki wysokiej prowincyonalnej burżuazyi. Jego przodkowie byli rzeczywiście mieszczanami szlachetnie żyjącymi, jak się wtedy wyrażano, to znaczy, nie zajmującymi płatnych urzędów. Zajmowali zawsze pewne stanowisko w zgromadzeniach prowincyonalnych przed rewolucyą; a po powołaniu do życia stanów generalnych (jaka jestem uczona!) pradziad jego był reprezentantem trzeciego Stanu (bardzo mądra!)
Mówiąc szczerze, nie imponował mi jak pan de Roselle, ale gdybym mogła kogoś szanować, to tylko jego. Tylko w jego obecności najmniej się nudziłam i najmniej miałam ochoty szyby wybijać sąsiadom.
Żył, jak się tutaj wyrażają, z własnych dochodów, które, jeżeli nie stanowiły wielkiego majątku, to przynajmniej dawały mu szeroki dobrobyt, około dwudziestu tysięcy franków rocznie. Uchodził za bezinteresownego.
Bardzo kochał swoją matkę, którą stracił dwa lata temu i właśnie dla tego, żeby być obecnym na nabożeństwie w rocznicę śmierci, nie stawił się na wczorajszą obławę. Bo jeżeli nie był tak gorliwym chrześcianinem, jak pan de Roselle, to w każdym razie więcej, niż pan d’Hauraucourt, który był chrześcianiem okolicznościowym, dlatego, że wypada nim być ludziom z wyższego towarzystwa.
Jestem powna, że serce pana Castelnau zabiło, gdy mnie zobaczył. Było to widoczne w wyrazie jego wzroku.
Gdyśmy wrócili do domu, mego drogiego wujaszka znowu napadły owe duszności, które mnie tak niepokoiły od dni kilku. Tym razem wpadłam w taką złość, że saper musiał mi powiedzieć parę słów prawdy. Już od kilku miesięcy pułkownik doznawał podobnych ataków. Nikt mi przynajmniej nie zdoła zarzucić, że jestem kobietą bez zastanowienia. Posłałam natychmiast Wincentego na kolej. Kazałam mu, żeby przywiózł mi jutro żywego czy umarłego, jednego z czterech sławnych lekarzy, których najbardziej ceniłam w Paryżu, zacząwszy od doktora H....
Ten ostatni który nie życzy sobie, aby wymienić jego nazwisko — przybył nazajutrz około drugiej.
Po dokładnem zbadaniu i wypytaniu pułkownika, dał mi znak i pod tym pretekstem, że udzieli mi rady co do mego zdrowia, odeszliśmy do innego pokoju.
— Nie widzę natychmiastowego niebezpieczeństwa — rzekł mi z uczciwą swoją szczerością; — jednakże, nie radzę spędzać całego lata tak blisko morza, trzeba unikać prędkiego chodzenia, żywszych ruchów, a przedewszystkiem zmartwienia. Podróżujcie sobie państwo zwolna aż do zimy, którą spędzicie w Nicei.
Ach to nie było rzeczą tak łatwą, ponieważ będąc zmuszoną oszczędzać mu gwałtownych wzruszeń, nie mogłam już, jak również, gdy wujaszek się opierał, grozić swoim gniewem i otrzymać gwałtem to, czego chciałam. Ostatecznie, zdecydował się jechać. Przedtem jednak, życzył sobie zgromadzić u siebie wszystkich naszych znajomych. On to sam, mimowoli, podsunął mi myśl fantastyczną, zdolną podpalić całą prowincyę z czterech rogów.
— Nie mówisz mi już nic o swojem amążpójściu — rzekł mi pewnego dnia, — a więc chyba muszę być bardzo chory?
Jak wszyscy wojskowi, rozumiał śmierć tylko na polu bitwy. Starałam się mu wyperswadować, że zdrada szanownego Anglika zbrzydziła mi wszystkich mężczyzn. Nie chciał temn wierzyć.
Wtedy to, na kilka dni przed naszym wyjazdem, w chwili, gdy mieliśmy wstawać od stołu, przy którym wypiliśmy zdrowie wszystkich naszych przyjaciół obecnych, złożyłam to uprzejme a szalone oświadczenie:
— Panowie — rzekłam — opuszczamy te okolice na kilka miesięcy. Mój wuj jest przekonania, że należy zawierać związki małżeńskie. Dał przecież tego z siebie najlepszy dowód. Przekonany jest, z drugiej strony, że tutaj, a może i gdzieindziej (co za dziwna lekkomyślność poddała mi to „gdzieindziej “) znajdują się uczciwi ludzie, którzy oceniają moje zalety, czemu nie myślę zaprzeczać. Od dziś za rok będzie się odbywać tutaj, w tej prowincyi, jakiś wybór na senatora. Oznajmiam, że nie dopuszczę do zaszczytu otrzymania mojej ręki tylko tego, który zostanie senatorem.
Albertyna nie ukrywała, że był to godny mnie wybryk. Miała słuszność, to się wydało szalone, a było rozsądne: zyskiwałam przynajmniej jeden rok, w ciągu którego wuj nie będzie się kłopotał pytaniem, dlaczego nie myślę o wychodzeniu za mąż.
Drogi mój Tonton! nigdy jeszcze oczy jego nie miały tak serdecznego wyrazu, jak nazajutrz, gdy przyszedł rano do mnie, powiewając tryumfalnie szkaradnymi kawałkami żółtawych papierów, które trzeszczały przy dotknięciu i na czele których widniały kółka z portretami obrzydliwych staruch z wagami w ręku, takich, jak w sklepie korzennym. Nazywają to stemplowanym papierem.
— Położysz swój podpis na tych papierach — rzekł wujaszek ze swojem obliczem starego marszałka Francyi, promieniejącem radością. Oto dla czego — mówił dalej. Wczoraj, ze wspaniałomyślnością, po której poznałem moją siostrzenicę, wyrzekłaś się 44.000 franków rocznego dochodu. Chcę, żebyś była za to wynagrodzona. Gdybym był szedł za mojem natchnieniem, miałabyś dzisiaj nie 4 lecz 15 milionów majątku. Désosteux oparł się temu. Obecnie, trafia się podobna sposobność. Postąpię według mojej woli i będziesz miała 15 milionów!
— Ależ pułkowniku Tonton, — odrzekłam surowo. — Czyż nie mam dosyć 150.000 franków dochodu, aby żyć w skromnym dobrobycie, jak przystało takiej, jak ja, wiejskiej burżujce.
Oblicze mu się wydłużyło, a dobre jego błękitnawe oczy posmutniały. Cóż bym nie zrobiła, żeby oszczędzić smutku temu niewolnikowi przywiązania! Podpisałam się na sześciu tych szkaradnych papierach i poczciwiec ucałował mnie serdecznie.
Do reszty w podziw go wprawiłam moją wspaniałomyślnością, prosząc, aby w mojem imieniu ofiarował Angeli naszyjnik z wielkich pereł, który tak doskonale będzie odpowiadał opalowej jej cerze.
Tak się skończył romans z Edwardem. Tu leży pochowany.
Margrabia d’Hauraucourt wiele na tem zyskał. Powiedziałam sobie, że wyjdę za niego w roku przyszłym, choćby nie został senatorem. Ale zachowałam przy sobie ten milłosierny zamiar, prosząc tylko pułkownika, aby go zapraszał przed naszym wyjazdem. Był kilka razy i okazał się tak rozmiłowany, o ile jego delikatna, subtelna i pełna rezerwy natura na to pozwalała.
Byłam już dość starą wdową, aby się nie obawiać pozostawać samą z mężczyznami.
Spędziłam kilka pięknych wiosennych poranków na przechadzaniu się z nim po cienistych alejach w tym parku, romantycznym swoją dzikością.
Czy mnie kochał namiętnie? zdawało mi się, że prawie całem sercem rwał się ku mnie, ale go coś powstrzymywało. W każdym razie nie pozwalałam wyjść poza granice ścisłej kurtuazyi.
A ja, czy go kochałam? Poprostu, nie wiedziałam. Miałam nadzieję, że nie. Zadecydowałam w mojej małej główce, obdarzonej zmysłem praktycznym, że nie potrzeba kochać mężczyzny, którego się ma poślubić, bo miłość obniża siłę potrzebną kobiecie, aby nie potrzebowała się poświęcać.
Dzień poprzedzający nasz wyjazd poświęcony całkowicie został kochanej matce, Angeli, której serce woniało jak klomb fiołków na wiosnę i Albertynie, bardziej mrukliwej, niż zwykle. Co jej było? Później dopiero się domyśliłam.
Na dzień przedtem pan d’Hauraucourt przyjechał pożegnać się ze mną. Był jednocześnie smutny, czuły i jakby przymus sobie zadawał. Podałam mu rękę z wylaniem.
Zatrzymał ją w swoich dłoniach, na poły w roztargnieniu, a na poły z instynktowną serdecznością. Wahał się. Nareszcie, zdobył się na odwagę.
— Czy podobna, aby pani wystawiała na tak śmieszną próbę człowieka takiego, jak ja, który nie posiada żadnej politycznej ambicyi, który pogardza gadułami i nie rozumie się wcale na popularności? Czy podobna, żeby mi trzeba było działać rozpaczliwie, mnie, który nienawidzę zbytecznego ruchu?
Miał minę tak zdetonowaną, że o mało co się nie zlitowałam już nad nim. Ale się spostrzegłam, że jeżeli ustąpię, cała moja przyszłość przepadnie i stoczę się w przepaść czułości i niewoli.
— Ależ panie — rzekłam, uśmiechając się zachęcająco — niepodobna, żeby człowiek, który nosi pańskie nazwisko, nie słyszał nic o rycerskości, mocą której każdy pretendent jest obowiązany zasłużyć na łaski wybranej damy. Zdarzało mu się nawet czasami, że bywał przemieniony w zwierzę. Otóż ja pana zachęcam do takiej dzielności rycerskiej. Zdaje mi się, że pan tylko zyskać na tem może. Związek małżeński będzie ci potem słodszy, skoro przejdziesz przez tortury powszechnego głosowania. Wreszcie, ponieważ jestem uosobioną dobrocią, nie zataję przed panem, że ostatecznie nie jest rzeczą niemożebną, iż nagrodzę poniesioną szlachetną porażkę.
— A czy pani uważałaby za szlachetną porażkę, gdybym nie otrzymał żadnego głosu z wyjątkiem głosu mego starego ogrodnika? — zapytał z komiczną powagą. — To stary pijak przemówiwszy do niego w stosownej chwili, mógłbym mieć nadzieję....
— Nie, bez wątpienia! Pan chyba sobie ze mnie żartuje!
— Uczynię co możliwe — szepnął. — Traktowałem zawsze z wielką wyrozumiałością kłusowników, a z szacunkiem aptekarzy. Będę musiał z nimi się zetknąć i umówić.
Było sądzone, że nie uchronię się przed moim katem zbawcą.
Pożegnawszy pana d’Hauraucourt, wybrałam się, aby po raz ostatni przed wyjazdem zobaczyć się z d’Hervelinghami.
Wsiadłam, nie na mego poczciwego i łagodnego „Nedji“, ale na „Mahometa“, starego mojego, dzielnego konia, w gruncie bardzo dobrego, ale ulegającego chwilami porywon złego humoru. Jest to mój stary przyjaciel, a ponieważ wierzę, iż zwierzęta mają bardzo czułe serce, pragnęłam przed wyjazdem sprawić mu rzadko już zdarzającą się przyjemność niesienia na grzbiecie mojej osóbki. Wincenty jechał za mną.
Wracałam wieczorem, pożegnana pieszczotami kochanej matki, Izami Angeli i wzdymaniem nozdrzy Albertyny.
Rozkoszowałam się tem czemś nieokreślonem, co pani de Sévigné nazywa „tryumfem miesiąca maja“. Wśród wielkich drzew na stoku wzgórz słyszałam miłe spiewy kosa i kukułki. Ptaszęta, ukryte w wonnych zaroślach, lekkim trylem wtórowały bezmyślnemu gruchaniu turkawki, kryjącej się w gałęziach dębu, zaledwie poczynającego zielenieć. Obiecywałam sobie, że tego wieczora długo siedzieć będę w oknie mego pokoju, żeby posłuchać po raz ostatni śpiewu słowików w parku i hukania puszczyków w starych murach zamku.
Opuściłam gościniec paryski i wjechałam na drogę, która pod górę wiedzie do Liembrune. Puściłam Mahometa wyciągniętym kłusem, co mu się bardzo podobało. Zobaczyłam nagle mego szatana, pana de Roselle, który zjeżdżał galopem z góry, w zgrabnym i lekkim tilbury, powożonyin przez służącego. Z wytworną uprzejmością jechał złożyć swoją kartę wizytową w Liembrune.
Tak się bałam, żeby mnie znowu z jakiego niebezpieczeństwa nie uratował! Skoro już zrównał się ze mną, zatrzymałam mego konia ruchem nagłym i zapewne tak gwałtownym, jak mój gniew. Koń Wincentego, idący za mną, uderzył głową o tył mojego wierzchowca; i oto mój stary złośnik, wpadając w uniesienie młodości, kładzie głowę pomiędzy nogi i wygina grzbiet, jak gdyby chciał bawić się w wolanta z moją osobą.
Jestem dobrym jeźdźcem i wcale nie tchórzem, panuję więc nad nim przez chwilę. Następnie, wylatuję w powietrze. I całkiem oszołomiona znajduję się znowu W ramionach pana de Roselle!
Było to bardzo szczęśliwie, gdyż spódnica mojej amazonki, chociaż krótka, zaplątała się w siodło i byłabym ciągniona przez konia, głową na dół. Żegnajcie koszyki! żegnaj moja ładna twarzyczko, a może żegnaj życie!
Pan de Roselle widząc, co się dzieje, wyskoczył ze swojego tilbury, przyjął mnie w swoje ramiona i gwałtownym ruchem szarpnął suknię, której szmat został przy siodle, a Wincenty, który zeskoczył także ze swego spokojnego wierzchowca, przybiegł i pochwycił rozzłoszczonego Mahometa za uzdę.
Nie doznałam żadnego szwanku, zachowałam całkowitą przytomność umysłu, ale się nie posiadałam z gniewu. Już po raz trzeci w przeciągu kilku dni ten nienawistny przychodził mi z ratunkiem!
Chciałabym go mieć u moich stóp, aby mu okazać, jak nim pogardzam, że jestem od niego o tyle wyższą, o ile nią jest bogini od anachorety, a tymczasem za każdym razem ja i tylko ja, znajdowałam się w śmiesznem położeniu. Nietylko, że dobrodziejstwa jego wprost mnie przygnębiały, nietylko, że on miał taką minę, jakby nie domyślał się nawet, że mi życie ratuje, ale przytem byłam komiczna pierwszym razem, wywrócona na plecach, otrzymałam od niego uderzenie kułakiem w piersi, drugim razem, zlana krwią, krwią wieprza, trzecim razem, w jego ramionach.
Kiedy spojrzałam na niego, wyraz najwyższego niepokoju, z którym patrzył na mnie, znikał z jego źrenic tak szybko, że odgadłam go raczej, niż zobaczyłam. Zastąpił go inny wyraz, spokojnej kurtuazyi i pełnej poszanowania ironii, co sprawiło, że z przyjemnością bym go była zadławiła, gdyby to było możebne. Lecz zamordować swojego wybawcę z tego powodu, że patrzy na ciebie z szacunkiem, którego odcień ci się nie podoba, to jeszcze nie jest przyjętym u kobiet zwyczajem. A przecież byłam zirytowana więcej, niż kiedykolwiek; spojrzenia jego przypominały mi słowa Edwarda i mówiły tak samo: „Mój Boże, oto jest kobieta, obdarzona wszelkiemi zaletami, a otrzymała tak dziwaczne wychowanie!“
Nie miałam pod ręką nic takiego, cobym mu mogła rzucić na głowę; moja szpicruta kołysała się śmiesznie na wierzchołku rozkwitłego głogu. Rzuciłam mu impertynencyę, która może nie była w najlepszym smaku.
— Panie — wyrzekłam — czy wiesz pan, dlaczego opuszczam te strony? Oto dlatego, żeby uniknąć człowieka, którego wszędzie spotykam, który nie rozumie, że obecność jego jest mi nieprzyjemna i który posuwa swoją impertynencyę do tego stopnia, że znajduje się zawsze, aby oddawać przysługi ludziom, którzy woleliby umrzeć, niż mieć mu coś do zawdzięczenia!
Pokazuje się, że to, co mówiłam, musiało być bardzo śmieszne, gdyż pomimo wielkiej zimnej krwi, którą celował, promień wesołości zabłysnął mu w oczach; i doprawdy — jestem sprawiedliwa — więcej mu z tem było do twarzy, niż z surowym wyrazem. Lecz wyraz ten szybko mu powrócił.
— Umrzeć jest niczem! — wyrzekł ze swoją niewzruszoną kurtuazyą, zdającą się drwić z zadawanych mu udręczeń.
— Tak śpiewają w jakiejś piosence — odrzekłam tupiąc nogą.
Tym razem nie mógł wytrzymać i wybuchnął śmiechem. Myślałam, że go wypoliczkuję.
Po chwili, odzyskując swoją zwykłą powagę, pan de Roselle mówił dalej:
— Nadto pragnę przypodobać się pani, abym pozwolił pani umrzeć; ale widzieć oblicze kobiece poszarpane kamieniami, z wyłupionemi oczami, z wyłamanymi zębami, tego nie mógłbym przenieść. Pozwoli mi pani sobie powiedzieć, że nie pani powinna opuścić tę okolicę dlatego, że ja do tego stopnia pani się nie podobam. Proszę mi udzielić kilku dni zwłoki, abym się przygotował wyjechać na studya buddyzmu w jego ojczyźnie.
Obróciłam się do niego plecami.
A on rzekł łagodnie do Wincentego:
— Pomóżcie pani wsiąść do mego powoziku i odwieźcie ją do Liembrune. Justyn pojedzie za wami na waszym koniu. Powrócicie z nim razem odwieźć mi powozik i zabrać Mahometa. Co do tego starego poczciwca, czekając na was, spróbuję poharcować nieco na nim, aby mu krew ochłodzić.
Wsiadłam za Wincentym i wróciłam do zamku, w nadziei, że dzielny Mahomet odnajdzie w sobie tyle dawnej swojej złośliwości, żeby połamać kości memu wybawcy.
Niestety tak się nie stało.
Niema na świecie pułkownika, z którymby trudniej było podróżować niż z moim wujaszkiem Bourgougnon. Posiada odrębne swoje zapatrywania etnograficzne, które mu utrudniają zbliżenie się do cudzoziemskich narodów.
Nie mówię już nawet o Anglikach. Włochach i Niemcach; nienawidził ich jako nieprzyjaciół swojej ojczyzny.
Łagodniej nieco zapatrywał się na Rossyan, ale istniała przecież Berezyna, a na tej Berezynie most jakiś, który wraz z armatami był powodem nienawiści wujaszka.
Hiszpanie, był to możliwy naród i zaliczony pomiędzy „dzielne“. Ale nie mógł im darować, że zostali pobici przez wojska Restauracyi, a przeciwnie, pobili wojska Cesarstwa.
W jaką stronę się udać? Wuj skłaniał się ku Japonii, gdyż tam podobno schroniła się rycerskość i ludzie wypuszczali sobie wnętrzności przy nadarzonej okazyi. Ta operacya nie zachwycała mnie wcale i głosowałam za Stanami Zjednoczonymi. Dlaczego? Bo tam kobiety panują absolutnie i są szanowane we wszystkiem, co czynią; tam, urzeczywistniają one typ, o którym marzę, a który polega na tej zasadzie: „Całkowita swoboda w cnocie i dla cnotliwych“. Pułkownik starał się wprawdzie przypomnieć mi, że Amerykanie są tylko wolnymi Anglikami. Ale Bóg chce tego, czego ja chcę. Pojechaliśmy więc do Ameryki.
Nie zapominam tego, co rzekł mi kiedyś pan d’Hauraucourt: „Kobieta może się źle wyrażać o każdej kobiecie w szczególności, ale nie powinna mówić źle o kobietach wogóle. Na to są mężczyźni“. Nie powiem więc nie o Amerykankach. Są one, razem wziąwszy, piękne, cnotliwe i zabawne. Ale mam żal do nich, że odebrały mi jedną z trzech broni, które są konieczne, aby odnieść zupełny tryumf w walce życiowej, aby być samodzielną, zwolnioną ze wszystkiego, co zawadza naszemu osobistemu szczęściu.
Dotychczas używałam chętnie tej potrójnej broni, mianowicie swobody umysłu, swobody serca i swobody w zachowaniu się. Tę broń ostatnią, podróż do Ameryki mi obmierziła i moja osobistość uczuła się o tyle mniej uzbrojoną. Niesłychanie trudno mi było przyzwyczaić się do nowej zalety, która jest przeciwieństwem swobody w postępowaniu, a która, w mowie Tonton, nazywa się: Przyzwoitość.
Jestto wyraz bardzo źle zastosowany; bo cnota ta zmusza młode kobiety i dziewczęta siedzieć na brzeżku krzesła i wyglądać jak trusie. Ale to zawsze jeszcze lepsze od tego, na co się tam napatrzyłam.
Muszę coś powiedzieć na moją pochwale. Do owej „Przyzwoitości“ pociągała mnie myśl, że dzięki jej podobam się więcej panu d’Hauraucourt i będę miała prawo jeszcze bardziej mu dokuczać. Wracałam z Ameryki zdecydowana go poślubić. Sprawa skończona. Nie mówmy już o tem dłużej.
Przyjechaliśmy do Nicei w styczniu i zatrzymaliśmy się u jakiegoś Barbarosy, posiadającego ładny hotel.
Natychmiast po przyjeździe, dowiedzieliśmy się, że pan de Roselle znajduje się w Nicei. On, tak! Stanowczo jakąś tajemnicę posiadał ten nieznośny człowiek, że zdołał dowiedzieć się zawsze o miejscu mego pobytu. Bylo to tembardziej nie do wytłumaczenia, że podczas naszej podróży do Ameryki nie dałam swego adresu nikomu z naszych znajomych, chcąc przez przeciąg sześciu miesięcy nie wiedzieć co się dzieje w świecie cywilizowanym.
W Nicei więc dopiero odebrałam listy Angeli, która była tak bezczelnie szczęśliwą, że odtąd nie nazywałam jej już inaczej, tylko cieniem szanownego Anglika.
Otrzymałam także listy od mojej teściowej, zawsze czułej, serdecznej, ale odpowiadającej z niejakim przymusem, o ile mi się wydało, na propozycyę gorąco serdeczną, aby przyjechała zobaczyć się ze mną tutaj, w Alpes-Maritimes. Wiedziała dobrze, iż nie podobna mi było opuścić mego wuja, a on nie mógł jechać o tej tak zimnej porze do Boulonnais i że przecież szalenie pragnęłam posłyszeć jej tak słodki i spokojny głos. Odpisała mi, że „jak na teraz, było to niemożliwe. Chodziło o małżeństwo Albertyny“. Było w tem coś, co ją niepokoiło, a o czem powie mi później.
Przesyłała mi przytem wiele wiadomości z naszej okolicy. Mandat senatora zawakował. Już od razu zgłosiło się kilku kandydatów, a pomiędzy nimi pan de Roselle, który zostanie senatorem, jeśli tylko zechce. Jeden z nich usunął się od razu“.
Któż to był ten jeden?
Ale wracam do rzeczy. Więc pan de Roselle, chociaż był w Nicei, równocześnie cały był zajęty robieniem mi na złość i ubieganiem się o mandat senatora?
Byłam bardzo zirytowana i to było powodem pewnej oziębłości pomiędzy mną a nową moją towarzyszką: Przyzwoitością.
Opowiem całą sprawę bardzo krótko. W kilka dni po naszym przyjeździe, przechadzałam się sama jedna, po amerykańsku, po „Promenade des Anglais“. Nie była to pora, w której wielki świat się pokazuje. Muszę przyznać się do tego. Ale byłam poważna, wcale nie roztrzepana, ani rzucająca oczami; można mi wierzyć. Rozmyślałam o moim dobroczynnym prześladowcy. Drab wysokiego wzrostu z jasną czupryną, w którym odgadywałam wojskowego i który, jak się później dowiedziałam, był baronem pomorskim, kończącym się na erg, zbliżył się. Przemówił do mnie, a ja spojrzałam na niego z pogardą. Położył rękę na mojem ramieniu; dałam mu w twarz i odeszłam do mego hotelu.
Kilku znajomych, którzy szli za nim, zaczęli drwić z niego w sposób bardzo pospolity. Drwiny te powtórzyły się po południu w jednej kawiarni, gdzie przypadkiem znajdował się pan de Roselle. Baron doprowadzony do ostateczności, okazał się w całem swojem grubiaństwie. Oświadczył, że nie jest taki głupi, jak myślą. Sądził, że powinien milczeć, chociaż osoba, o której mowa, na to nie zasługuje. Ale ów policzek był tylko komedyą, dla tego, że widziała w około wielu obcych. Nie po raz pierwszy mnie spotyka. Byliśmy już prawie w porozumieniu. Nie wiele byłam warta. Co najmniej, byłam bezwstydną zalotnicą, a miał powody mniemać, że jeszcze czemś gorszem.
Towarzysze nie bardzo chcieli temu wierzyć. On upierał się przy swojem, przytaczając jako dowód, że mieszkam u Barbarosy, że byłam fałszywą wice-hrabiną, goniącą po świecie z jakimś starym wojskowym, niby krewnym. Zasięgał przecież wiadomości w hotelu.
Baron opisał mnie przytem tak dokładnie, że pan Roselle domyślił się, że to o mnie mowa. Poprosił najpierw grzecznie barona, żeby zaprzestał tej rozmowy, bo „pani d’Hervelinghem była jego sąsiadką i kuzynką“ — to była prawda, w dwunastym stopniu, czem się jeszcze nie pochwaliłam. — Olbrzym, zobaczywszy przed sobą mężczyznę szczupłego i grzecznego, odpowiedział:
— Idź pan do tyapla! śmieje się z kopiet, jak mi sze potopa, jest pan insolent, że smi mi gadać, żebym był cicho. Ja bede mówil o ta kopieta jak kce!
Masz tobie! Chrześciańska pokora pana de Roselle poszła w strzępy, a zbyt przedsiębiorczy baron dostał parę policzków, które go nauczyły z kim ma do czynienia. Przekonany, że jest herkulesem, rzucił się na małego Francuza, który zwinny, jak akrobata, zasypał go tak razami, że Niemcowi tchu zabrakło, zanim mógł dosięgnąć przeciwnika. Rozłączono ich; rozeszli się i zostało postanowione, że bić się będą jutro, na terytoryum włoskiem.
Wkrótce wiadomość o tem zdarzeniu doszła do naszego hotelu. Wuj był wściekły przez cały dzień. Myśl, że ten wstrętny człowiek ośmielił się stanąć w mojej obronie, wkraczając w jego prawa, do pasyi go doprowadzała. Wujaszek był człowiekiem czynu. Kazał szukać de p. Roselle po całem mieście, mając nadzieję, że jeszcze nie wyjechał.
Zapewne wszyscy myślą, że czyniłam w duchu śluby, aby porządne pchnięcie szpady uwolniło mnie raz na zawsze od tego upartego protektora. A jednak nie! Najprzód, nienawidzę Prusaków więcej jeszcze, niż pana de Roselle. Następnie, muszę się przyznać do tej słabości, nie mogę mu darować, że mi ocalił życie, ale godzące w cześć obelgi gorsze są i cięższe mi się wydają, od samej śmierci.
Nazajutrz, przez cały dzień, pułkownik rady dać sobie nie mógł. Pan de Roselle wrócił na trzeci dzień. Był tylko lekko ranny; pan, kończący się na erg, ciężko.
Obawiam się, czy Tonton nie okrył się śmiesznością w rozmowie, którą miał z moim wybawcą i zaprzysięgłym protektorem. Oto co wiem o tem: Pan de Roselle, zawsze tak otwarty, tak spokojnie ironiczny i wesoły z natury, pomimo swojej powagi, był ponury i jakby przygnębiony wyrzutami sumienia. Zimno i z roztargnieniem wysłuchał pułkownika, który z szeroką swoją wymową z największą zresztą uprzejmością, gdyż kochany wujaszek pomimo swojej nienawiści, nie przestał być sprawiedliwym, prosił go, aby odtąd zechciał nie mieszać się w nasze sprawy, oświadczając, że ja wolałabym raczej umrzeć, niż być uratowaną przez niego. To zdało się go budzić na chwilę, bo rzucając na pułkownika żywe spojrzenie, rzekł:
— Czy przysięgniesz mi na swój honor, pułkowniku Bourgongnon, że mógłbyś słuchać obelg rzucanych na kobietę i nie ująć się za nią?
Tonton złapany we własne sidła, został pobity na głowę.
A pan de Roselle przybrał znowu swój ponury wyraz i mówił dalej zwykłym już tonem:
— Zresztą, będę uciekał od pani d’Hervelinghem równie pilnie, jak dotychczas starałem się jej szukać. Mam obrzydzenie do pojedynków. Poprzysiągłem sobie, że nigdy bić się nie będę. Byłem o tyle słaby, że złamałem słowo. Jest to dla mnie wyrzutem sumienia, który długo będzie mnie prześladować. Trzeba było, aby mnie do tego zniewoliła, moja... moja... mój wielki... szacunek dla pani d’Hervelinghem... To tylko mogło mnie popchnąć do popełnienia tej... nikczemności. Widzę, że uczucie, jakie mam dla niej, jest niezdrowem uczuciem, skoro mnie do złego popycha. Będę z niem walczyć o ile siły starczą. Opuściłbym dziś jeszcze Niceę, gdyby nie stan zdrowia mego przeciwnika. Nie mogę się oddalić, póki się nie dowiem, że wyszedł z niebezpieczeństwa. Jest to brutalny głupiec, ale odważny. Wyjadę, skoro tylko doktor powie, że jest uratowany. Obiecuję sobie, że nie zobaczę pani d’Hervelinghem, ani teraz, ani nigdy później.
Oto wszystko, co wiem. Gdy wujaszek przyszedł do mnie z tem pięknem poselstwem, przyjęłam go z zaciśniętymi kulakami. Dlaczego? Nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Aby skończyć z tą awanturą, dodam, że z przyjemnością się dowiedziałam, iż ten brutal na erg na resztę życia pozostanie mańkutem.
Co do pana de Roselle, wcale nie pytałam o niego.
Przez cały miesiąc luty go nie widziałam. Myślałam, że znajduje się gdzieś w Indyach. To też byłam ogromnie ździwiona, spotkawszy go w początkach marca. Ździwiona i zadowolona. Wytłumaczyłam sobie, że nie miał siły dotrzymać obietnicy, iż będzie mnie unikał. Udałam, że go nie widzę.
Można sobie łatwo wyobrazić, że nie brakło mi wielbicieli. Było ich około tuzina. Nie ośmielałam ich nadto. Przygotowywałam się, żeby być tak wierną, jak Baucis mojemu Filemonowi d’Hauraucourt; a ponieważ po mojej awanturze pruskiej zawarłam znowu wielką przyjaźń z moją nową przyjaciółką, „Przyzwoitością“, czyniłam wuja Tonton najszczęśliwszym z ludzi. Saper mnie zapewniał, że wuj był zupełnie wyleczony i że miał już tylko pragnienie wrócić do Boulonnais, gdzie miał swoich ubogich, wdowy, sieroty i barany, które mu bardzo były drogie.
Należało mi się to szczęście od losu. Nagle otrzymałam cios taki, że można było stracić głowę. To też ją straciłam.
Oto list mojej teściowej:
„D. 7 marca. Całuję ciebie z całego serca moja pieszczotko, ponieważ twoje serce może dozna pewnego bolu. Trzeba, żebyś pierwsza się dowiedziała i to odemnie, którą kochasz i która ciebie kocha, o bliskiem małżeństwie Albertyny z panem d’Hauraucourt“.
Co? to niemożliwe! Odczytuję po raz drugi, tak Albertyna z panem d’Hauraucourt!
Taka obelga! mnie! I to ta kobieta, którą nienawidzę, którą pogardzam, odbiera mi mego narzeczonego! Tego człowieka, o którym myślałam, że jest uszczęśliwiony kilku nieokreślonemi słowami nadziei, którą mu uczyniłam, — tego człowieka, o którym sądziłam, że leży u moich stóp, w pyle, gotowy na wszystko, aby uzyskać jeden uśmiech! A on lekceważy mnie! porzuca, bez powodu, nie starając się nawet dowiedzieć, co ja o tem myślę; on się cofa, a nie ja! A przez ten czas, ja ćwiczę się w „przyzwoitości“ na jego cześć, męcząc się czuwaniem nad każdem mojem słowem, nawet spojrzeniem!
Na szczęście, moje serce nie grało w tem żadnej roli; nie dałam ani odrobiny serca nikomu, tak samo panu d’Hauraucourt, jak innym. Była to boleść z powodu rany zadanej miłości własnej, obrażonej dumie, była to żądza zemsty. Chciałabym mieć przed sobą tego nędznika, aby go na śmierć zapoliczkować i tę dumną dziewczynę, aby ją podrapać paznokciami. Nogami bił m o ziemię. Rzuciłam list na posadzkę nie chcąc czytać więcej.
Moją pierwszą myślą było pobiedz do pułkownika i krzyczeć, że to on był powodem tej zniewagi. Przyszedł mi błysk rozsądku. Pomyślałam sobie, że mogłabym go tem zabić. Wysiłek, który uczyniłam, spotęgował moją wściekłość. Stałam się prawdziwem zniszczeniem: potłukłam zwierciadła, wazony, a potem zemściłam się nad Apollem, który stojąc na szkaradnym zegarze, grał na lirze, ubrany w spodnicę i majtki. Moje panny służące nie śmiały się pokazać, lecz saper nadbiegł. Rzuciłam krzesło na głowę flegmatycznego żołnierza. Przyjął cios z powagą i zapytał mnie o rozkazy. Przyszła mi dzika myśl do głowy.
— Gdzie mieszka pan de Roselle?
— W hotelu „Univers“.
— Dobrze. Będziesz mi towarzyszył.
Skłonił się. Nałożyłam jakbądź pierwszy lepszy kapelusz na włosy, jak przypuszczam mocno rozburzone, i wyszłam, dysząc ze złości.
Co zamierzałam uczynić? Coś, co mi się wydawało całkiem naturalne. Powiedzieć panu de Roselle, że zgadzam się wyjść za niego, jeżeli spoliczkuje pana d’ Hauraucourt.
Powiedziano mi w hotelu, że pan de Roselle już od dwu dni opuścił Niceę.
Wróciłam do domu. Zapytałam, gdzie jest pułkownik.
Pojechał, zdaje się, do Monaco i nie wróci aż wieczorem.
Kazałam saperowi zaprządz do powozu i wieźć mnie prosto przed siebie, najdalej i najprędzej jak można.
Wkrótce potem już miałam tylko jedno pragnienie wrócić, żeby dokończyć czytania listu. Obawa, aby go nie zarzucono lub nie podarto, skupiła nieco moje wzburzone myśli. Upokarza mnie to wyznanie.
List był jeszcze na swojem miejscu. Zabrałam się do czytania. „Wiem — pisała dalej teściowa — że jesteś uosobioną prawością, kochane dziecko: z tobą niema się co wdawać w żadne wykręty. Jesteś stanowcza i niema sprawiedliwszej istoty od ciebie, jeżeli kto z całą szczerością do ciebie przemawia.
„Jeszcze w listopadzie pan d’ Haurancourt powiedział mi, że czułby się szczęśliwy, gdyby mu było wolno starać się o rękę Albertyny.
„Chyba nikt więcej odemnie nie mógł być zdumiony i zbity z tropu. Ależ — powiedziałam mu — byłam pewna, kochany Norbercie, że jesteś związany wobec Izabeli.
„Popatrzył na mnie zdziwiony.
„Związany! Muszę oświadczyć, że nigdy nie otrzymałem żadnej zachęty ze strony pani d’ Hervelinghem i nic w jej postępowaniu nie zauważyłem, co mogłoby mi dać nadzieję, że skłoni się ku mnie. Bez wątpienia, że odczułem urok, jaki ona roztacza w około siebie, a jest on potężny, jak pani wiadomo. Zachwycałem się nią przez kilka miesięcy i myślałem sobie, że człowiek, którego pokocha, będzie najszczęśliwszy z ludzi. Usiłowałem się przekonać, czy pozwoli mi mieć nadzieję, że mógłbym być tym człowiekiem. Nie ośmielała mnie do tego. Nie uczyniłem jej żadnego stanowczego wyznania. W chwili jej wyjazdu, à propos tego śmiesznego żartu z wyborami, z powszechnem głosowaniem, próbowałem bardzo dyskretnie przeniknąć głębię jej myśli i nie znalazłem nic stałego ani serdecznego. Mogłem tylko tyle zrozumieć, że pani d’ Hervelinghem ma dla mnie szacunek, na który sądzę, że zasługuję i przyjaźń, jako dla człowieka, którego zna od dzieciństwa. Więcej nie. Postanowiłem jednak spróbować jej się przypodobać zajmując się tą nierozsądną sprawą wyborów do Senatu.
„Zdala od niej i uroku, który wywiera, wrócił mi rozsądek i zrozumiałem, że....
„Kochanie moje, pisała dalej moja teściowa, zawahałam się, czy mam ci wszystko powiedzieć; obawiam się, że to, co następuje, przykrość ci sprawi i znowu jestem zmuszona sobie przypominać, że prawdę przekładasz nad wszystko inne.
„Zrozumiałem, mówił pan d’Hauraucourt, że pani Izabela, otrzymała od Boga najpiękniejsze i najwznioślejsze zalety, lecz bardzo spaczone, wskutek złego wychowania. Górę w niej bierze zawsze egoizm, z którym źle bardzo wchodzić w związki małżeńskie, jak o tem pani wie dobrze; to bardzo niepewny warunek szczęścia dla człowieka kochającego, wrażliwego i dumnego. To przekonanie stłumiło nagle uczucie, które miałem dla pani d’Hervelinghem. Może pani z tego wnosić, że nie było bardzo głębokie, ani stałe. Słowem, pani d’Hervelinghem nie jest stworzona na kapłankę domowego ogniska; zawsze skłonna do drwin i krytyki, przyznająca sobie absolutne prawo sadzenia o wszystkiem, mówienia wszystkiego, nie zdoła również znaleźć szczęścia w świecie. Chociaż jestem przygotowany, że od czasu do czasu może mi się zdarzyć otrzymać pchnięcie szpadą w pojedynku, to jednak spędzać całe życie z bronią w ręku nie wydaje mi się ideałem szczęścia na tej ziemi!
„Nie potrzebuję ci mówić, droga moja, w jaki sposób wyznał mi swoją miłość dla Albertyny. Dodam tylko, że mnie całkiem przekonał.
„Pomimo tego, odłożyłam moją odpowiedź nieco na później. Nie wątpiłam w prawdę słów pana d’Hauraucourt, lecz zdawało mi się, że w każdym razie było w tem coś nie bardzo ładnego względem ciebie. Wkrótce przekonałam się, że Albertyna już od dzieciństwa żywi uczucie dla pana d’Hauraucourt, że to uczucie zwalczane i ukrywane z powodu jego pozornej obojętności, było powodem nierówności usposobienia i szorstkości charakteru tej dziewczyny, która z natury jest równie łagodna, jak jej siostra. Wtedy, nie mogłam się już wahać. Slub odbędzie się 15 kwietnia“.
O ile mi się zdaje, mam serce dość lekkomyślne. Skończywszy czytać ten list, pragnęłam zapłakać, aby módz zapomnieć. Nie umiem płakać. Jednakże czułam w duszy coś nieznanego. Zaczęłam od podziękowania przypadkowi, że nie zastałam pana de Roselle, z którym związałabym moje życie, na jego zgubę. Następnie zaczęłam rozmyślać, czy nie mają słuszności ludzie, którzy mówią, że moje życie jest na złej drodze.
Pierwszy z moich narzeczonych ucieka odemnie, bo jestem „rozkazująca“, drugi, ponieważ jestem „egoistką“.
Niema wątpliwości, że „walka o życie“ jest bardzo przyjemna w teoryi. Miło jest ujarzmiać ludzi, wyzyskiwać życie innych, aby sobie szczęście zapewnić, nie troszcząc się o szczęście niczyje, a jednak nie wielu jest takich, którzy pozwoliliby się wyzyskiwać. Lecz przynajmniej, — powiedziałam sobie — nikt mi nie zarzuci, że jestem głupia lub niezdara.
Napisałam do mojej teściowej list pełen serdecznego przywiązania i dodałam: „Pan d’Hauraucourt powiedział ci, matko, szczerą prawdę, nigdy go nie zachęcałam“.
Doktor H... pozwolił wujowi powrócić do Liembrune. Przyjechaliśmy w sam czas, aby być obecni na ślubie. Powiedziałam Albertynie, że źle zrobiła, nie zwierzając mi swojej tajemnicy, byłybyśmy zyskały obie kilka lat przyjaźni. „Ale odzyskamy czas stracony“.
I cóż czy niema we mnie dobrych stron?
To prawda jednak, że spieszno mi było okazać panu d’Hauraucourt całą moją obojętność, objawiając sympatyę, którą zawsze czułam do pana Castelnau.
Działo się we mnie coś nowego, coś analogicznego z tem, co spostrzegłam w parku i ogrodach, gdyśmy przybyli do Liembrune na początku kwietnia.
Zima była ostra. Snieg pozostaje tutaj długo na ziemi. I nagle słońce wyszło gorące ze swoich leż zimowych, jak się pułkownik wyrażał. Ta pierwsza połowa kwietnia była rozkoszna; kwiaty i trawy wyskakiwały szybko z czarnej ziemi, jak snopy życia i barw. Nie odpędzałam już od siebie poezyi, jak to czyniłam dotychczas; przepędzałam większą część czasu od naszego powrotu, patrząc, jak w mojej duszy, tak samo jak w lasach wyrastały tysiące kwiatów i listków. Była to niespodzianka, której z początku się wstydziłam, a która wkrótce wydała mi się pełna słodyczy.
— Stanowczo, mój wujaszku — rzekłam kiedyś nagle — twoja filozofia jest głupstwem: „walka o życie“ jest prawdą tylko wtedy, gdy się w niej rany odniesie.
— To nie jest moja filozofia, moja droga, tylko twego ojca.
Powiedział mi to z powagą i ze smutkiem, który powinien był mnie uderzyć. Ale ja byłam cała oddana tej jutrzence wiosny, tej wiośnie wiosny.
Doznawałam więc szczęścia, którego nigdy nie byłabym podejrzywała, widząc co dnia wystrzelający nowy kwiatek, widząc, jak co dnia otwiera coraz bardziej swój kielich i ukazuje delikatny aksamit, tak żywo zabarwiony, swoich listeczków. Czasami, całą godzinę wpatrywałam się w błękit niezapominajek. Oczem myślałam? Ten błękit, czystszy i świeższy niż wszystko, co znałam i co mogłam wyrazić, budził we mnie tysięczne natchnienia, tysiączne sny lekkie i wdzięczne. Iluż to jeszcze innych przyjaciół moja wyobraźnia sobie nie wytworzyła podczas dni jasnych, które mi były dane po długich godzinach smutku i przed ciężkiemi chwilami, które mnie czekały!
Były to wszystko urocze wróżki, które królowa klejnotów, barw subtelnych i przelotnych woni, przysłała mi z głębi swego królestwa, ukrytego w łonie ziemi! Zaprzyjaźniłam się z całą gromadą prymulek, przylaszczków, białych, purpurowych, i fiołków i wszystkich innych kwiatów, różnych barw i kształtów.
Moje spojrzenia przesuwały się od srebrnych płatków anemonów, od czerwonych kardynałków do gwoździków żółtych.
Po raz pierwszy zrozumiałam, że w mojej duszy tkwiła iskra słodkiej poezyi. Mój wuj był zaniepokojony tem rozbudzeniem sentymentalności, ale czyż mógł mi się sprzeciwiać? Zmuszałam go, żeby wraz ze mną zachwycał się krzakami, młodymi pędami i czerwonymi pączkami krzaków porzeczkowych i cudownym rozwojem gruszy, podobnej do szmatu wiecznego śniegu, oderwanego z wysokich lodowców i zawieszonego nad nami.
Następnie, zabierałam go do lasu. Po nad ziemią bielejącą od kwiatów, kilka pęków wierzb, kilka blado-zielonych listków głogu, brzozy, klematytu i orzechów laskowych rzucało jakby błyski nadziei wśród czarnych jeszcze i ponurych drzew większych. Wujaszek wracał pogodzony z kwiatami i liśćmi. Czuł, że w takich chwilach posiadał całe moje serce i był gotów przebaczyć mi te poezyę, tak różną od poezyi Bérangera, jedyną, którą znał dotychczas.
Zasady znane i powtarzane tylekroć o szkodliwości sentymentalizmu, były chwilowo puszczone w niepamięć. Upłynęło mu tak dni kilka w największem szczęściu, którego doznał w życiu. Kiedy myślę o tej całkowitej szczęśliwości, którą mu dałam, serce mi się otwiera. Kochany, drogi wujaszek, taki dobry, słodki, a taki nieszczęśliwy!
Wkrótce goście zjechali. Naturalnie, że jednym z pierwszych był pan d’Hauraucourt. Okazał się bardzo swobodny, a ja przyjęłam go tak samo. Zdawał się niewiedzieć, że o mało nie zawiązał się pomiędzy nami silniejszy węzeł od przyjaźni. Znalazłam go tak wzorowym i tak pełnym uprzejmej prostoty, że zapomniałam o „egoizmie“, którym mnie napiętnował.
Tonton dąsał się czas jakiś, ale to taki dobry człowiek! Pan d’Hauraucourt posiadał zresztą znajomość świata, która jest udoskonaleniem dyplomacyi i rozbraja złą wolę dzięki temu, że zdaje się nie zwracać na nią uwagi.
Pan Castelnau także nadjechał i muszę jedno wyznać: nie wiem, czy dlatego, że stałam się poważniejsza, bardziej inteligentna, ale wiele mi dopomógł do przebaczenia panu d’Hauraucourt. Znalazłam go jeszcze milszym intelektualnie niż dawniej, a to wiele znaczy: wiadomo przecież, jak żywą sympatyą zawsze go darzyłam. Nosił młodzieńczo swoje lata, dzięki przyzwyczajeniu do ćwiczeń fizycznych, do chodzenia wiele piechotą, polowania, podróży, we wszystkich wolnych chwilach od pracy.
Stanowczo mi się podobał. Nie wiem, czy mogłabym go pokochać tak, jak mówią, że niektóre kobiety kochają swoich mężów, ale mogłabym być z niego dumna, nie bardzo mu dokuczać, a z czasem szanować, chociaż to nie jest rola, którą najlepiej umiem odgrywać „w koncercie życia“ (Tonton).
Czy pan Castelnau starał się o mnie? Wcale nie był ze mną miły, jak ze wszystkimi, ale jednakże bardziej uprzedzający, zemną najwięcej rozmawiał, jak z osobą, która jedynie dobrze zrozumieć go mogła. Była pomiędzy nami tak wielka różnica wieku, a mój majątek przewyższał o tak wiele to, czego on mógłby kiedykolwiek się spodziewać, że zachęta z mojej strony była konieczna.
Z drugiej strony, niepodobna mi było dojść do zupełnego uspokojenia, przed rozstrzygnięciem z panem d’Hauraucourt kwestyi wyborczej. Traktował on tę kwestyę lekko, ironicznie.
— Byłem już skłonny — mówił — do szczerego uznania zasady władzy ludu, lecz skoro zobaczyłem, że nawet mój ogrodnik odmawia wstawienia się za mną do tej potęgi, zrozumiałem, że byłoby to walczyć przeciw woli Opatrzności: nie stworzyła mnie widocznie na służbę tej monarchini o tyle wyżej stojącej nademną, — złożyłem więc broń.
— A pan, panie Castelnau, czy nie zda mi pan sprawy ze swoich usiłowań, aby mi się przypodobać?
— A więc, doznałem porażki i pani to zawdzięczam. Roselle, który byłby wybrany, gdyby chciał, zatrzymał się w pół drogi, ale nie zdołałem już przeciągnąć na moją stronę wielkiego stronnictwa umiarkowanych, duchowieństwa, szlachty wiejskiej, stowarzyszeń uczonych i wszystkich, którzy byliby za mną, gdyby z początku nie związali się z moim przeciwnikiem i przyjacielem. Będą niedługo drugie wybory, z których wyjdę, jeżeli się tak podoba panu de Roselle. Zapewne, że porażka na początku karyery politycznej jest przykra, lecz mam nadzieję otrzymać w nagrodę pewne dobro, którego pożądam daleko więcej niż władzy.
To mi się wydało jasne i chcąc mu podziękować, rzuciłam mu spojrzenie, które sądzę, że było nad wyraz urocze i o którem wujaszek śpiewał: „Dla jednego twego spojrzenia skoczyłbym w otchłań“... Pan Castelnau nie zdawał się być w wenie. Przypuszczałam, że nawet nie zauważył tego zachęcającego spojrzenia i pomyślałam sobie, że przyjdzie mi samej dać mu do poznania, jakie są moje życzenia.
Przypuszczam, że porażki, jakich doznałam, musiały mi odebrać łagodność charakteru i przyjemną równowagę usposobienia. Wydało mi się, że moja teściowa, przy naszem spotkaniu ucałowała mnie z mniejszą serdecznością niż zwykle. Przykrość mi to zrobiło i rzekłam cicho:
— Zbudowałam ołtarz dla „dumy“ i „egoizmu“ z wdzięczności za to, że przeszkodziły mi w wyborze męża, który to wybór byłby uczynił moje nieszczęście, a zarazem Angeli i Albertyny.
Po tych słowach wróciła jej słodycz niezrównana. Albertyna promieniała urodą i uprzejmością, była zupełnie inna, niż dawniej. Ucałowała mnie bardzo milutko.
Angela miała wrócić dopiero na wesele Albertyny. Była w Anglii z mężem. Stary lord Belfort był umierający. Rzeczywiście, Angela wróciła do nas 10 maja, jako już lady Belfort.
Nie widziałam nigdy weselszej żałoby, niż tej młodej pary. Na Angeli czarne suknie zdawały się uśmiechać, a Edward przerywał sobie nagle wybuchy śmiechu, żeby sobie przypomnieć, że stracił sprawcę swojego obecnego dobrobytu.
Ślub Albertyny odbył się 15 maja. Nie będę opisywać tego arystokratycznego wesela. Powiem tylko, że byłam mocno zirytowana na pana Castelnau. Nie zdawał się zwracać uwagi na moją cudowną urodę. I to jeszcze byłabym mu przebaczyła, ale uszczęśliwiałam moimi uśmiechami więcej niż dwudziestu adoratorów, a on zdawał się tego nie widzieć.
Otoczony powagami z sąsiedztwa, zachwycał ich swoją wymową, gdy ja kokietowałam młodzież, a wujaszek sztywny i majestatyczny opowiadał kilku obecnym synom Marsa o jakichś krwawych potyczkach.
Lord Belfort miał oczy tylko dla lady Belfort. Pan d’Hauraucourt, opuszczając towarzystwo, aby zabrać żonę do pałacu Monthulin, uścisnął mi rękę z rozrzewniającą serdecznością. Nie mogłam mieć żadej wątpliwości, że był uszczęśliony, że się ze mną nie ożenił.
Przekonałam się wkrótce, że obmówiłam niesłusznie pana Castelnau. Skoro tylko tłum gości nas opuścił, przyszedł dotrzymywać nam towarzystwa. Nigdy jeszcze nie wydawał mi się bardziej korzystnie, a przedewszystkiem bardziej uprzejmym względem mnie.
Zadecydowałam, że pozostaniemy w Liebmrune do końca maja, a potem wyjedziemy do Paryża na cały miesiąc wyścigowy. Wuj czuł się bardzo dobrze. Ja w dalszym ciągu przyjaźniłam się z „Przyzwoitością“. Zaczynałam także wydzierać włosy „Dumie“.
Stałam się taka dobrotliwa, że pułkownik ośmielił się czytać mi wiersze. O mało mnie to nie zachęciło znowu do walki.
Szczęśliwi są ludzie źli, bo nikt ich nie zanudza.
Pułkownik napisał poemat o Rolnictwie. Nie będę się mściła nad czytelnikami, i ani jednego wiersza nie przytoczę.
Poemat składał się z dwunastu pieśni. A ja wszystkie wysłuchałam!... Po dwunastej pieśni, wujaszek uszczęśliwiony, aby mi podziękować, oznajmił. że odtąd mam nie sto tysięcy franków dochodu, ale pięćkroć.
Udałam, że jestem zachwycona. W gruncie rzeczy, nie dobrze rozumiałam o ile to może przyczynić się do mego szczęścia. Następnie, powiedziałam sobie, że pan Castelnau będzie wiedział co z tem zrobić.
Moja teściowa przyjechała mnie odwiedzić w jakiś czas po odczytaniu poematu.
Była bardzo piękna; cera bardzo przejrzysta, włosy bujne, połyskujące, spojrzenie pełne życia; prawie ani śladu tych ciemnych linij, które oczy jej podkrążały.
— Całe szczęście, kochana matko, że nie masz trzeciej córki na wydaniu. Za każdą z córek, którą szczęściem obdarzasz, młodniejesz przynajmniej o pięć lat. Gdyby jeszcze jedna, byłabyś w równym wieku ze mną.
Ten dowcip się nie udał. Nie odczułam, jak zazwyczaj, słodyczy jej duszy i spokojnego wdzięku. Gdy mnie opuściła, pomyślałam, że jakieś czarne motyle latają pomiędzy nami.
Cały dzień rozmyślałam nad tem dziwnem usposobieniem mojej drogiej matki i nazajutrz, oto już siedzę w powoziku zaprzężonym w dwa konie i wyrywam lejce z rąk wujaszka, który powozi jak karawaniarz. Jedziemy do Hervelinghem.
Ach! co za piękny poranek majowy! i jak cudownie wyglądał pałac d’Hervelinghem w otoczeniu starannie utrzymanych trawników z koszami kwiatów, których tak pełno, że dochodzą aż do skraju lasu! Tonton utrzymywał, że ręka wróżki kierowała urządzeniem tych kwietników. Wróżka była w tym domu.
Przerwałam Tontonowi jego komplementa i wysłałam go, aby zobaczył nadzwyczajne okazy baranów. Sama zabrałam się natychmiast do kochanej matki.
Nie znam się, jak wiadomo, na wybiegach, powiedziałam jej po prostu, że musi być coś, co zamąca jej serdeczność względem mnie: „Nie potrzebuję zapewniać, że wolałabym wszystko raczej, niż stracić jej szacunek i przywiązanie“. Ona była tak samo, jak ja, prawdą chodzącą; jeżeli się wahała, to tylko z obawy, żeby mi przykrości nie wyrządzić.
Wahała się; przeczułam, że spadnie na mnie nowy cios dotkliwy. Na szczęście, uzbroiłam się w przezorność i nieufność; i nigdy więcej nie byłam zadowolona z mojej domyślności. Jeszcze odrobina mojej dawnej egoistycznej lekkomyślności, którą uważałam dotąd za swój przywilej, a.... Lecz oddaję głos pani d’Hervelinghem.
— A więc, tak, droga moja, jest coś, ale czy rozsądnie będzie, jeśli tobie to powiem?
W chwilach ważnych w życiu, matka przybierała względem mnie ton niezwykle poufały, co też teraz odczułam i ztąd wniosłam, że cios się zbliża. Skupiam się w sobie, jak dyplomata.
— Trzeba mi wszystko powiedzieć, — matko rzekłam — powiedzieć szczerze, po prostu, chociażbym miała na tem ucierpieć. Obiecujesz mi wszystko, nieprawdaż, absolutnie wszystko powiedzieć?
— No, więc tak. Otóż, powiedz mi, co myślisz o panu Castelnau?
— Dyplomata — niby ja — cofa się w swoją chmurę i ztamtąd odpowiada ze swobodą Talleyrandowską:
— Ha! myślę to, co wszyscy, że jest inteligentny i że będzie prezydentem republiki.
Przenikliwy wzrok, którym teściowa mnie przeszywała, a który niepokoił trochę moją dyplomatyczną pozę, złagodniał nieco. Następnie, stał się jeszcze bardziej niespokojny, gdy zadała mi to pytanie:
— Czy nie masz dla niego bardziej wyłącznego uczucia?
Gdyby nie to przenikliwe spojrzenie, byłabym bezwątpienia zanuciła jakiś urywek z pieśni o hymenie. Odpowiedziałam z hipokryzyą, co zaliczam do najmilszych moich wspomnień.
— Wiesz matko, że Albertyna, w czasach, gdy była sprytna — obecnie jest już tylko dobra — utrzymywała, że moje zwierciadło jest jedynym powiernikiem najskrytszych moich myśli. Czy chcesz, żebym posłała po nie kogoś, który nie zna mowy zwierciadła i nie potrafi go podmówić w drodze? Zobaczysz, że ono ci odpowie, iż nigdy z niem nie rozmawiałam o panu Castelnau.
Odpowiedź była dwuznaczna, czy pani d’Hervelinghem to zauważyła?
— A przecież, kochanko — głos jej drżał, wymawiając ten pieszczotliwy wyraz, chociaż dobroć jej duszy nad wszystkiem górowała — zdawało mi się, że od jakiegoś czasu spostrzegam.... Czy pan Castelnau starał się kiedy twoje względy?
— O moje względy? Zdaje mi się, że niema na całej kuli ziemskiej mężczyzny, któryby tego nie uczynił, skoro tylko mnie zobaczy!
— Chcę wiedzieć czy.... ale odpowiesz całą prawdę, obiecujesz? nieprawdaż?
— Powiem tylko prawdę.
— Czy p. Castelaa w postępowaniu swem, lub mowie, dał ci kiedykolwiek do poznania, że ma zamiar starać się o twoją rękę?
Można myśleć co się komu podoba, ale twierdzę, że posiadam złote serce. Odpowiedziałam z obojętna powagą:
— Pozwól mi matko, zastanowić się przez chwilę.
Ta obojętność wróciła, nieco barwy na jej zbladłe policzki. Udałam; więc, że się zastanawiam i wkrótce się zastanowiłam. Dyplomata zniknął bez śladu. Poczerwieniałam silnie. Spostrzegłam nagle, że tylko próżność grała rolę w moich stosunkach z tym poważnym człowiekiem. Prawdę mówiąc, nie powiedział mi nigdy ani jednego wyrazu, który wybiegałby po za zwykłą salonową uprzejmość. Moja miłość własna zawrzała gniewem. Tak, na podstawie kilku słów uznania dla mojej inteligencyi, ja, tak dumna, byłam gotowa wolność swoją zaprzedać!
Jestem uczciwa, nie starałam się stawać w obronie mojej próżności i powiedziałam prawdę:
— Pilnie szukałam w pamięci, lecz oprócz uprzejmości, szacunku, nie znalazłam nie w postępowaniu i słowach p. Castelnau, coby wychodziło po za granicę banalnej uprzejmości.
I któżby się był tego spodziewał! Ta kobieta tak pełna rezerwy, taka delikatna w każdej okoliczności, rzuciła mi się na szyję! Powieki jej były wilgotne, a całe oblicze promieniało.
— I on mi to mówił, zaręczał — szepnęła — ale ja.... zdawało mi się, że dostrzegam w tobie.... Ach! jakże to źle, żem mu nie ufała.
Gdyby była chociaż odrobina prawdy w figurze retorycznej, tak przez wujaszka umiłowanej, a przedstawiającej, jak to w pewnych chwilach włosy stają na głowie, ujrzano by piękny widok w salonie pani d’Hervelinghem. Rzecz stawała się jasną. Jeszcze raz dałam się oszukać mojej próżności i pozwoliłam zdeptać moją dumę....
— Słuchaj, drogie dziecko — mówiła dalej moja teściowa — trzeba, abyś o wszystkiem wiedziała. Nie miałabym ci wcale za złe, gdyby ktoś przeniósł ciebie nademnie. Ale jestem szczęśliwa, bardzo szczęśliwa!
W samej rzeczy, była piękna, jak marzenie, i powiedziałam sobie, że gdyby w tej chwili ktoś nas z sobą porównał, moje dwadzieścia jeden lat musiałyby ustąpić przed jej czterdziestu; nie na długo w każdym razie i ta myśl mnie pocieszała.
— Utraciłam rodziców bardzo wcześnie — ciągnęła pani d’Hervelinghem — wydano mnie za mąż w piętnastu latach. Pan d’Hervelinghem był ponurego usposobienia. Nie kochałam go wychodząc za niego, a on nie pozwolił, abym go potem kochała.
Umarł, gdy miałam dwadzieścia trzy lata. Nie bardzo go żałowałam.
Była nadto dyskretna; wiedziałam, że była nad wyraz nieszczęśliwa.
— Po trzech latach wdowieństwa — mówiła dalej pani d’Hervelinghem — pan Castelnau oświadczył się o moją rękę. Znaliśmy się od dziecka. Jestem trzy lata starsza od niego i uważałam go za dziecko, ale on kochał mnie, odkąd serce jego przemówiło.
Powiedział mi to ze szczerością, która mnie wzruszyła. Odpowiedziałam, że wdowie wolno niewątpliwie po raz drugi wyjść zamąż, lecz może to uczynić dopiero wtedy, gdy los dzieci ustali.
W kilka lat potem ponowił swoją prośbę. Moje serce już do niego należało. Zwróciłam jednak jego uwagę, że jestem o trzy lata od niego starsza. Potrafił mi wytłumaczyć, że nie jest to żadną przeszkodą. Wtedy mu stanowczo oświadczyłam, że trwam i będę trwała przy postanowieniu niewychodzenia zamąż, dopóki moje dzieci nie będą miały ustalonego losu. Ale wyznałam, że mam do niego przywiązanie i szacunek i że będę jego żoną, jeżeli zechce poczekać, i jeżeli nie będę za stara, gdy dzieci mnie opuszczą. Prosiłam go przede wszystkiem, abyśmy przy sobie zachowali tajemnicę naszego wzajemnego przywiązania. Dotrzymał słowa. Nikt nie mógł się domyślać, że on mnie kocha, a ja jego. Kształcił swój umysł, uspokajał porywy serca pracą i ambicyą i stał się człowiekiem wyższym, jakiego znasz.
Zaraz nazajutrz po ślubie Albertyny przyjechał przypomnieć mi moją obietnicę. Nie potrzebuję mówić, jak bardzo jestem do niego przywiązana, ale ciebie także bardzo kocham, droga Izabelo. Dałam ci tego dowód, który nie mało mnie kosztował. Mogę o tem dzisiaj mówić. Wiesz, jak bardzo kochałam mego syna. Wiedziałam, że wspomnienie o nim przykre jest dla ciebie. Mogłaś zauważyć, że nigdy o nim przy tobie nie mówiłam. Ileż to razy spłakałam się, opuszczając ciebie, na wspomnienie tego dziecka! Ale nie mówmy już o tem. Byłam gotowa jeszcze więcej uczynić dla ciebie. Zdawało mi się spostrzegać, że kochasz pana Castelnau i uważałabym za bardzo nieładną rzecz z mojej strony, gdybym stanęła na drodze do twego szczęścia. Zapytałam go otwarcie. Zdawał się zdziwiony. Zapewnił mnie, że nie okazywał ci żadnych szczególniejszych względów.
I otóż nagroda za moje spojrzenia, zalotność, zachęcające uśmiechy. Nawet ich nie widział!
— Nie chciałam wierzyć, żeby mógł przejść obok ciebie, tak bardzo uroczej....
— A jednak! — pomyślałam z goryczą.
— I żeby urokowi temu nie uległ. Zapewnił mnie, że nie. Znam jego prawość, a przecież chciałam ciebie jeszcze wybadać i zaręczam ci, moja droga, że gdybym widziała w tem twoje szczęście....
Przybrałam pogardliwą minę. Dyplomata wracał w pełnej chwale.
— I jakimiż argumentami przekonał cię, droga matko? Obiecałaś mi zupełną szczerość, a oto zamilczasz o najbardziej zajmującej części. Jestem pewna, że powiedział ci o mnie rzeczy nieprzyjemne, a właśnie to chcę wiedzieć.
Wahała się, ale ją przekonałam mówiąc, że jej obowiązkiem macierzyńskim jest nie ukrywać przedemną nic z tego, co mogło mi do poprawy pomódz.
Ten wyraz „poprawa“, był od tak niedawna w moim słowniku i tak drżąco wyszedł na moje usta, że kochana matka, rzeczywiście wzruszona nadzieją, że ujrzy we mnie zmianę na korzyść, wyjawiła przedemną zdanie, jakie wygłosił o mnie pan Castelnau.
Zaczął więc naturalnie od dobrze znanego frazesu. I jego także zdaniem, byłam uposażona przez Boga we wszystkie zalety. Jednakże, otrzymałam dziwaczne wychowanie, dzięki człowiekowi, niewątpliwie zacnemu, ale bardzo słabego charakteru, przesiąkniętemu zresztą ową maksymą, która usiłuje zmienić świat dzisiejszy: „Pogardzać religią, a czcić honor. Z tem łączyła się jeszcze egoistyczna zasada, ochrzczona mianem:, walki o byt“. „Biedne dziecko: zamiast iść za wrodzonemi cnotliwemi skłonnościami, weszła na drogę wadliwą i stała się tem, czem ją widzimy, samowolną i egoistką“.
Zadrżałam. „Samowolna, rozkazująca“, to było zdanie Edwarda! „Egoistka“, to argument pana d’Hauraucourt. Cóż doda jeszcze pan Castelnau do tego skarbca prawd gorzkich?
„Przyznam ci się, hrabino, że gdybym nawet ciebie nie znał i gdyby mój wiek i stanowisko pozwalały mi myśleć o pannie Lalande, bardzobym się zawahał. Co począć z żoną, która podnosi do zasady prawo kobiety do niepodległości umysłu i serca i „walkę o byt“ przenosi do domowego ogniska? Gdy przynajmniej jest miłość, można darować wiele, unika się goryczy nieporozumień słodkie wspomnienia rozbrajają gniew, powstrzymują wyrazy i czyny, które mogłyby się stać nie do powetowania. Lecz niepodległość uczuć, obok niezależności umysłu! A przytem „walka o byt i żadnego sposobu uspokojenia!“
W taki to sposób runęły mi na głowę wszystkie mury gmachu, który osłaniał całe moje życie.
Pani d’Hervelingbem widziała, że po raz pierwszy w życiu doznawałam chwilowej rozpaczy. Powstała z miejsca, aby mnie przycisnąć do serca, gdy wszedł służący i zaanonsował — kogo? czyż kto się domyśli? Tak, naturalnie, ten szkaradny człowiek, zjawia się zawsze w najboleśniejszych chwilach.
— Wchodzi — pan de Roselle. Ale nie ma już na twarzy tego spokojnego i ironicznego uśmiechu, który we mnie gniew wzbudza. Jest smutny, prawie przygnębiony.
Wzrok jego, który iskrzył się zadowoleniem zawsze, gdy mnie zobaczył, jest obojętny.
Uścisnąwszy serdecznie rękę pani d’Hervelinghem, która go bardzo ceniła, skłonił mi się sztywnie. Byłam podrażniona, zapomniałam surowej nauki, którą tylko co otrzymałam i przybrałam pozór swobodnej wesołości w złym smaku.
— Możnaby powiedzieć, panie de Roselle — rzekłam — że patrzy pan na mnie, jak na dyabła.
— Staram się o to ze wszystkich sił — odpowiedział poważnie, odrzucając mi moją własną piłkę.
Następnie, zwracając się do pani d’Hervelinghem, miał bezczelność jej opowiadać, że przebywał w jednem z tych chrześciańskich więzień, które nazywają klasztorem, gdzie całymi dniami nic się nie mówi, słuchając kogoś, co prawi o rzeczach przyszłego świata. Dodał, że przychodzi się pożegnać, gdyż wyjeżdża w podróż na kilka miesięcy.
Wstałam z miejsca.
― Nie ruszaj się, kochana matko — rzekłam — ja uciekam, wkrótce się zobaczymy. Pójdę oderwać wuja od jego owiec.
Nie wiem, czy dla tego, że pragnęłam pokazać, że nie mam szponów, lecz najpiękniejszą białą rączkę z różowymi i błyszczącymi paznokciami, — dość, że po raz pierwszy podałam rękę panu de Roselle. Ujął ją obojętnie. Mój czwarty konkurent przyłączał się do poprzednich, odchodząc w daleką przestrzeń. Pozostawał mi jedyny książę Ciudad-Coeli.
Nigdy jeszcze nie byłam bardziej bohaterska, jak jadąc z Hervelinghem do Liembrane. Wówczas rozwinęły się wszystkie moje cnoty i ostatecznie, zdobyłam się, żeby nie powiedzieć wujowi tego, co gwałtem z ust mi się wyrywało; powiedziałam tylko sobie samej z cicha. „Wychowałeś mnie jak dobosza!“ Skończyło się na tem, że przez trzy dni nie przemówiłam do pułkownika ani słowa.
Nie mogłam jednak utaić dłużej tego, co miałam na sercu.
— Tonton rzekłam do niego — jak śmiesz jeszcze patrzeć mi w oczy, kiedy z twojego powodu uciekają odemnie wszyscy konkurenci? Nie przybieraj miny uciemiężonej niewinności! To ja jestem prześladowana. Pragniesz tego, abym nie wyszła zamąż, by mieć mnie zawsze przy sobie. Jeżeli tak, wyznaj otwarcie. Będę wiedziała, czego się mam trzymać i urządzę się stosownie.
— Ależ. Izabelo — rzekł, kładąc rękę na sercu — ubliżasz mi. Nie znam wprawdzie słodyczy małżeńskiego pożycia, ale całem mojem pragnieniem jest widzieć tłumy kawalerów zaprzężonych do twego rydwanu....
— Zobaczymy — odparłam. — Daję ci jeszcze kilka miesięcy czasu. Aż do przyszłego stycznia pozostanę twoją niewolnica, kiedy już zmuszasz mnie do tego. Pojedziemy za dwa tygodnie do Paryża, na Grand-Prix. Następnie, uczynię co zechcesz, przyjadę tutaj, będziemy podróżować, gdzie tylko zechcesz. Ale skoro nadejdzie styczeń, musisz mi się postarać o męża. Inaczej, wyjdę za kogo bądź, choćby za pana de Roselle!
Myślałam, że skoczy, usłyszawszy to przeklęte nazwisko. Ale on myślał wyłącznie o mnie.
— Ma się rozumieć, pieszczoszko — odrzekł. Jedźmy więc najprzód do Paryża.
Zdaje się jednak, że wujaszek był w tym razie sprytniejszy odemnie i przewidział, co się stanie.
W Paryżu, podczas tego jarmarku Próżności, który zowia Grand Prix, zapomniałam o moich katastrofach. Byłam sprytną, piękną, świetną. Przez cały czerwiec byłam istną królową Pól Elizejskich.
Książę Ciudad-Coeli ubóstwiał mnie taką, jaką jestem. Nie uważał bynajmniej, abym była egoistką, rozkazującą, lekkomyślną, ani „dyabełkowatą“, jak to odkrył p. de Roselle. Tego pana niecierpiałam teraz więcej, niż kiedykolwiek. A jednak ta obojętność, jaką mi okazał przy pożegnaniu, utkwiła mi w pamięci i często o tem myślałam.
Zadziwię wszystkich tych, którzy są przekonani, że wyjdę zamąż za pana de Roselle. Pułkownik wszystkim rozpowiada, że przyrzekłam moją rękę komuś zupełnie innemu. To prawda. Nie jestem całkiem pewna, czy serce także oddałam. Ale przyrzekłam i dotrzymam obietnicy... „z zapałem?“ nie, może nawet nie z uszczęśliwieniem, ale z przyjemnością. Nie obiecuje to księciu i mnie, przyszłości à la Filemon i Baucis. Opowiadam, jak czuję. W samej rzeczy jestem jakby zaręczona a ślub odbędzie się w przyszłym miesiącu kwietniu.
Podobno, że to najlepsza pora na podróż do Hiszpanii. Postanowiłam, że to, co Tonton nazywa miesiącem miodowym, spędzimy w Andaluzyi, na restaurowaniu starego zamku, który książę Ciudad-Coeli posiada i w którym pułkownik jest zakochany odkąd mu powiedziałam, że ostatni z Abencerages’ów „skierował tam swoje kroki“.
Niewiem nic o tem, ale wynalazłam ten sposób, aby uszczęśliwić swego kochanego.
wuja... i siebie także.
A więc poślubiam pana de Ciudad-Coeli. Już o nim z lekka napomknęłam. Dość mi się podobał. Jakże być mogłoby, żeby człowiek tak dystyngowany nie podobał się kobiecie z dobrego towarzystwa? Tem więcej mi się podobał, że uchodził za pełnego rezerwy, prawie lekceważącego, a nie ukrywał się z tem, że go zachwyciłam, co złościło inne kobiety.
W Paryżu, w czerwcu, po obrazach, doznanych od Edwarda, pana d’Hauraucourt i pana Castelnau, nie licząc kułaków, które otrzymałam od pana de Roselle, nie zwracałam wcale uwagi na księcia.
Gdyśmy wrócili w październiku do Liembrune, pan de Ciudad, zaprzyjaźniony z margrabią d’Hauraucourt, przyjechał polować do pałacu Monthulin, nie zbyt oddalonego od Liembrnne, jak wiadomo. Odwiedził nas. Przekonał się, jak porządną i pewną sytuacyę mamy na prowincyi, nie wątpił już w urok naszych milionów i zaczął od zdobywania serca pułkownika.
Była to rzecz łatwa: wziął go, jak się bierze grubą rybę na wędkę. Tonton, jako stary liberalny burżuj, wymyśla w zasadzie na arystokracyę, ale nie może się oprzeć wysokiej sztuce kurtuazyi, która jest wrodzoną wszystkim potomkom starych rodów.
Książę jest z Andaluzyi, a więc tej narodowości, którą ze wszystkich cudzoziemskich wuj najbardziej łaskawie znosi. Istniało wprawdzie, jak już wspominałam, niemiłe oblężenie Saragosy i kapitulacya Baylen, ale to łatwiej znieść niż Berezynę, Waterloo, brutalność siły niemieckiej lub niewdzięczność włoską. A przytem, ten Hiszpan jest typem kurtuazyi. Przenosi swoje względy nawet na barany Tonton.
Jestem pewna, że don Luis dotychczas ani spojrzał nawet na barana. A teraz zachwycał się pięknością Dishley’ów i Sonthdown’ów, czem ostatecznie podbił pułkownika.
Ta wizyta don Luisa w naszej okolicy trwała aż do końca października i wróciliśmy do Paryża w początkach listopada. Nie było to całkiem pschutt. Lecz Angela i Albertyna miały przeszkody — Angela na pewne, a Albertyna zaczynała je mieć — i chciałam dopomódz kochanej matce urządzić się w Paryżu. Pan Castelnau został wybrany senatorem.
Od tej wizyty i od pierwszych dni naszego przyjazdu don Luis „zaprzągł się do mego rydwanu“. Naturalnie, że to są słowa Tonton. Zaczął coraz silniej ciągnąć ten rydwan, a wuj popychał koła. Co do mnie, wahałam się. Dlaczego? książę podobał mi się, ale nie zupełnie. Zapewne, że nie mogłam zamarzyć o znakomitszem nazwisku, ani o wyższej sytuacyi, ani o mężu bardziej szanowanym. Znakomitość nazwiska, tak samo, jak i człowieka, miała rozgłos prawie europejski.
Przyznawał otwarcie, że majątek jego był mały i rzecz szczególna, zachował ogólny szacunek, chociaż jawnie czynił to, co zwykle potępiają, to jest: szukał otwarcie znacznego posagu.
Moje pierwsze wrażenie o nim było niekorzystne. Wydał mi się zrazu banalnym i mówiłam, że jest zakochany w różnych posagach.
Lecz wrażenie to nie długo trwała. Nie omieszkałam przyznać, że książę wcale banalnym nie jest.
Rzecz rzadka u Hiszpanów, jest blondynem słusznego wzrostu. Pan d’Hauraucourt powiada, że jest to oznaką starożytności rodu wśród grandów hiszpańskich i że wysoki wzrost i jasna barwa włosów jest cechą rasy zdobywczej Wizygotów, bez domieszki krwi maurytańskiej, cygańskiej lub żydowskiej. Tonton drwił sobie z Wizygotów, ale chwalił głośno brak domieszki krwi żydowskiej. Co do Maurów, pogardzał nimi.
Do pięknego wzrostu don Luis dołączał pańską postawę, chociaż nie posiadał owych manier magnatów francuskich, ich swobodnej uprzejmości, która charakteryzowała pana d’Hauraucourt. Okazywał ową kurtuazyę hiszpańską, która jest przede wszystkiem godnością, wypływa z silnej woli, a nie z dobroci, z pychy, a nie z wdzięku.
Tak się dotychczas myliłam na ludziach, że daremnie bym się chwaliła moją przenikliwością, Niechaj sobie myślą, co się komu podo\ba. Ale byłam pewna, że w tem oku, w tym poważnym a zimnym wyrazie, był jakiś odblask nieujarzmionej dzikości i mściwego zapału. Włosy stawały na głowie Tonton, gdym mu mówiła o Pizarze i Montezumie, zapewniając go, że Hiszpanie są zdolni do ludożerstwa i że don Luis skończy na tem, że swoją żonę na rożen nadzieje, aby ją upiec żywcem.
Pułkownik jednak lubił wszystko co jest dumne i wyniosłe, a przytem w dzieciństwie niańki kołysały go piosenką przy akompaniamencie gitary, gdzie była mowa o „starym zamku w Andaluzyi“.
Książę posiadał kilka gór nagich, pełno ruin, całą armię kóz i chudych psów, brudnych pastuchów i ten stary zamek, który zachwycał pułkownika Bourgongnon, ale który był na pół zrujnowany. Wszystko to razem, psy, kozy, pastuchy i inne stworzenia przynosiły z wielką trudnością około dwudziestu tysięcy franków rocznego dochodu. Tonton obliczał, że kosztem kilku milionów odbuduje się tę olbrzymią posiadłość, oczyści się ją, utuczy zwierzęta i ludzi, aby w ten sposób urządzić sobie małe księstwo.
Ta dzikość w charakterze, którą zauważyłam, zarówno jak te ruiny sprawiły, że don Luis stał mi się miłym. Z takim mężem, mówiłam sobie, nie będę się nudziła, a nudy, jest to jedyny wróg, którego się lękam.
Mój hidalgo nie omieszkał zrozumieć, że moja tygrysia mość łagodnieje względem niego. Poprosił uroczyście pułkownika o chwilę rozmowy. Upoważniłam wujaszka, żeby mu udzielił posłuchania i dodałam, że wolno mu kierować się swoją sympatyą do starych zamków w Andaluzyi.
Po raz pierwszy wujaszek podszedł mnie chytrze. Powtórzył mi rozmowę z księciem ozdabiając ją wszakże dyplomatycznemi barwami. Dobry, kochany wujaszek, dowiedziałam się później co go wtedy kłopotało. Ileż to boleści oszczędziłby sobie i mnie, gdyby był zrozumiał, że jestem dziwaczką tylko w wyjątkowych okolicznościach!
Nie wiem już jak zręcznymi wyrazami don Luiz się posługiwał, aby zdobyć moje dochody i moją „dyabełkowatość“, na całe życie. Można sobie wyobrazić, że powaga Tontona okazała się bardzo uroczystą w tej okoliczności.
— Mości książę — rzekł pułkownik — pańska propozycya bardzo mnie wzrusza, lecz ręka mojej siostrzenicy nie jest rzeczą, którą mogę rozporządzać. Jest sama panią swoich czynów, a to z trzech powodów: najprzód prawnie, ponieważ jest pełnoletnia, powtóre, historycznie, według zwyczaju uznanego przez wszystkie narody, ponieważ jest wdową, a po trzecie, z naturalnego biegu rzeczy, ponieważ zawsze czyniła wszystko, co jej się podoba. Jednakże, z pomiędzy wielbicieli, których wdzięki jej zaprzęgły do jej rydwanu, jesteś pan, oświadczam, tym, którego bym sobie najbardziej życzył; jeżeli mi wolno tłumaczyć sobie jej ukryte myśli na mocy pewnych wskazówek, o których pozwoli pan, że zamilczę, nie wątpię, że serce jej skłoni się do pana i że kwieciste więzy waszego dobrze dobranego związku, uwieńczą pańskie zapały.
Pułkownik nadużywał retoryki z czasów cesarstwa. Sposobność była jedyna. Don Luiz został mu rzucony na pastwę, nie mogąc się bronić. Na jego miejscu byłabym natychmiast uciekła raczej, niż naraziła się na posiadanie takiego wuja. Dałby był Bóg, żeby to był uczynił! Była to jakby ostatnia przestroga, dana mu dla jego szczęścia, a przede wszystkiem mojego!
— Zanim pan się stanowczo zobowiąże — mówił dalej pułkownik — trzeba, żebym panu zadał jedno pytanie. W lecie zeszłego roku ogłosiłem publicznie, że moja siostrzenica będzie miała do 500.000 franków rocznego dochodu. I mam jeszcze nadzieję, że tak będzie. Ale nie jestem już tego pewny. Bardzo być może, iż będzie skazana na nedzę, najakich dwadzieścia tysięcy rocznego dochodu. Uprzedzam pana o tem w tym celu, abyś pan zaprzestał swoich starań, jeżeli posag jest ważną pobudką w pańskich przysięgach wiekuistej miłości.
Don Luiz powstał z miejsca gwałtownie. Złowrogi ogień w źrenicy zaiskrzył się. Książę rzekł wyniośle:
— Odwołuję się do pana, czy to jest pytanie, które można zadać szlachcicowi? Czy nie widzi pan w tem nic obelżywego?...
Jeżeli oko Hiszpana paliło ogniem, to wąsy wuja nasrożyły się tak, jakby przebić chciały na wylot. Jeżyły się z taką samą szybkością, jak się rozpłomieniała źrenica Hiszpana.
— Eh! mój panie — rzekł wuj porywczo — nie ma się przecież zamiaru obrażać człowieka, któremu się pozwala starać o rękę siostrzenicy. Niechaj pan sobie zresztą myśli co chce, ale nie będzie powiedziane, że pułkownik Bourgongnon kogokolwiek oszukał, a jeżeli pański honor czuje się tą kwestyą dotknięty, to mój honor mi nakazuje ją postawić. Proszę więc pana odpowiedzieć mi otwarcie: Chcesz, czy nie, poślubić moją siostrzenicę z posagiem zmniejszonym do... dwudziestu tysięcy franków dochodu najwyżej?
Don Luiz przeszedł się chwilę po pokoju i wrócił na miejsce.
— Nie myśl pan — odparł — że się wahałem, lecz pragnąłem ochłonąć... Zresztą, jesteś pan człowiekiem, który potrafi zrozumieć, że można być drażliwym pod względem honoru. Odpowiadam szczerze. Gdybym przed poznaniem pani d’Hervelinghem wiedział, że majątek jej jest tak skromny, byłbym przewalczył silny urok, jaki na mnie jej wdzięki rzuciły. Marzyłem, iż znaczny majątek pozwoli mi udzielić dobrobytu setkom biednych ludzi; to marzenie mniejszą jednak na wartość od miłości, którą czuję dla pańskiej siostrzenicy i jeżeli ona raczy mnie uszczęśliwić...
Uszczęśliwiłam go. Ta bezinteresowność mi się podobała. Mój wuj, hipokryta po raz pierwszy w życiu, powiedział mi, że ta nędza, którą mi narzucał, była tylko podstępem, aby się przekonać, czy rzeczywiście don Luiz był łowcą posagowym, o co go pomawiano.
Jeszcze wtedy, gdyby mi był powiedział prawdę, uniknęlibyśmy większej części naszych nieszczęść.
Pozwoliłam więc don Luizowi uważać się za mego narzeczonego, ale pod kilkoma warunkami, dość szalonymi, które go rozgniewały. Gniew jego był mi zupełnie obojętny. Czy to jest dowód, żem go nie kochała? Zadawałam sobie nieraz to pytanie i odpowiadałam sobie, że to było tylko dowodem, iż pragnę go utrzymać w karności.
Powiedziałam mu więc, że nie przyjmę żadnego podarunku pod grozą zerwania, nienawidziłam ciętych kwiatów, a nasz mały pałacyk przy ulicy Penthievre, tak samo jak Liembrune, był pełen po brzegi różnych cennych gracików i klejnotów. Następnie, ślub odbędzie się dopiero na wiosnę, gdyż chciałam, jak mu mówiłam, zbadać jego wady ukryte.
Nigdy jeszcze nie widziano tak zadziwiających narzeczonych; dwa promienie księżyca mogą zaledwie dać pojęcie o chłodzie naszego stosunku. Ani razu nie nazwał mnie inaczej tylko pani: podałam mu rękę do pocałowania w dzień Nowego Roku. Oto były wszystkie wybryki naszych uczuć. Traktowałam go czasami jak szwagra, a czasami czynił mi wrażenie ambasadora, który przyjechał poślubić królowę przez zastępstwo. Towarzyszył mi prawie codziennie do Bois de Boulogne, na przedstawienia w teatrze, tańczył ze mną na wieczorach, a dziewięć razy na dziesięć, wchodząc lub wychodząc, składał mi ukłon, zamiast ująć moją rękę.
A przecież kochał mnie szczerze, namiętnie, przynajmniej tak mi się zdawało.
A ja?
Ja nic o tem nie wiedziałam.
Dotychczasowe podstawy mego życia, egoizm, pycha, niewinne, ale pełne swobody fantazye, które odebrały kilka srogich szturchańców ostatnimi czasy, wszystko to się zacierało, ustępując miejsca pewnego rodzaju skromnym marzeniom. Wyobraźnia snuła przedemną obrazy życia domowego z mężem bardzo kochanym, dla którego miło się poświęcić, z dziećmi hałaśliwemi i ślicznemi, którym się daje klapsy i które się ubóstwia. Śniłam o życiu domowem pośród szacunku, uznania ludzkiego, życzliwości i miłosierdzia dla wszystkich. Żadnej zalotności, oryginalności, egoizmu. Być pieszczoną jak Albertyna, ubóstwianą jak Angela, szanowaną jak kochana matka!
A więc po cóż przyjmować tego biedaka? A no, jeżeli już trzeba wszystko wyznać, to dla tego, że czułam się szczęśliwą, mogąc się uwolnić od pana de Roselle. Nie znalazłam nikogo godniejszego od don Luiza i brałam go sobie.
Następnie ja także zaczęłam przywiązywać się do myśli o starem zamczysku w Andaluzyi. Odbudowywaliśmy go, mój wuj, don Luiz i ja, przeszło sto razy. Wyznaczałam także nowe linie dróg komunikacyjnych; w kraju tak dzikim była to także pewna zasługa. Zajmowałam się mocno budową pewnego mostu, który przerzucałam z rzadką śmiałością po nad przepaście. Owe inżynierskie pomysły stanowiły rozrywkę naszego narzeczeństwa. „Nasze czułe rozmowy“ miały zwykle za przedmiot najpozytywniejsze potrzeby wiejskich zaniedbanych dzieci.
Serce moje coraz bardziej rozczulało się nad dolą moich przyszłych poddanych; przygotowywałam więc proklamacye, w których wyznaczałam nagrody dla młodych dziewcząt, które najczęściej będą używać grzebienia.
Kochany Tonton ze swojej strony nie wymagał niczego więcej, tylko zaprowadzenia pięknej rasy baranów w Hiszpanii. A przecież, te wszystkie wzruszenia zmąciły się nagle w początkach grudnia. Pułkownik dnia 4 grudnia doznał nowego ataku.
Był to trzeci od naszego powrotu do Paryża. Doktor H.... szepnął: „To się za często powtarza....“ I dodał ze swoim dobrym, uśmiechniętym wzrokiem: „To jest choroba, która może trwać i dwadzieścia lat; proszę go nie kłopotać, nie robić mu żadnej przykrości, trzeba, aby się czuł jak w watowanem gniazdeczku....
— Wyperfumowanem, doktorze; widzę, do czego pan dąży, wyperfumowanem wonią Hiszpanii i baranów. Będziemy posłuszni.
Odtąd pułkownik zakładał w imaginacyi dziwy na olbrzymich przestrzeniach, które zasiewał tymiankiem i macierzanką i zaludniał angielskimi baranami, mającymi uczynić z Hiszpanii „Skarbnicę dwóch światów.
i dać mi setki milionów“.
Po za obrębem tych projektów, wuj stawał się ponury. Byłam skazana na milczenie o tym przedmiocie, tak się wydawał przerażony, gdym o tem mówić zaczynała.
A moja matka, co o tem wszystkiem mówiła? Miłość jej dla męża nie zmniejszyła jej przywiązania do mnie, a zajęcia w politycznym salonie pana senatora nie przeszkadzały jej dbać o moje szczęście. Zdawało mi się, że nie bardzo lubi don Luiza. Szacowała go. Zresztą, zachowała ona niektóre z przesądów wielkiej damy i mniemała, że panna Lalande może pewne ponieść ofiary, aby wyjść zamąż za potomka królów.
Podobno don Luiz pochodził od pewnego króla Wizygotów. Ten antecesor był mi dość przyjemny, a przecież nie mogłam się zdecydować na oznaczenie dnia ślubu.
Od 14 grudnia do 15 stycznia wujaszek coraz więcej pogrążał się w smutek. 15 stycznia przyszła mu nie wiem jaka dobra wiadomość, dość, że wesołość wróciła i wróciły plany gospodarskie na łąkach Andaluzyi. Don Luiz rozpoczął na nowo zamęczać mnie z wielką galanteryą, o wyznaczenie dnia ślubu. Nie było już sposobu się cofać. Oświadczyłam, że 1 marca.... wyznaczę dzień stanowczo.
Don Luiz myślał, że z niego żartuję i usta mu pobladły. Miał w oczach błysk okrucieństwa. Zdaje mi się, że te oczy były jedyną rzeczą, która mi się w nim podobała. Podałam mu rękę z zachwycający uśmiechem.
D. 4 lutego był to poniedziałek, dzień jasny, słoneczny. Ach! nie zapomnę nigdy żadnego szczegółu dnia tego.
Po raz pierwszy byłam zdecydowana, obiecywałam sobie zostać szczęśliwą. Może to było na mnie widać. Don Luiz był rozpromieniony.
Zamierzaliśmy wszyscy, wuj, narzeczona i narzeczony, odbyć przejażdżkę do lasku.
Don Luiz wróci na obiad, a po obiedzie ja „postanowię o jego losie“.
Czekaliśmy na wuja w salonie już od jakiegoś czasu. Ale czas ten nie wydawał nam się za długi. Don Luiz mówił głosem pieszczotliwym, który wzruszać mnie zaczynał. Po raz pierwszy nie obawiałam się pana de Roselle.
Otwarły się drzwi od salonu. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że można ujrzeć tak zmienione oblicze jak te, które saper nam ukazał. Stoi w obramowaniu drzwi. Jest zielony. Nie może mówić. Patrzy na mnie niewiem z jakim wyrazem, jakgdyby mnie przeklinał czy żałował. Nareszcie, mówi głosem bez dźwięku:
— Tym razem, już nie żyje!
Co ze mną się stało? Zdawało mi się, że nagle dusza moja wyszła z ciała. Nie czułam siebie. Widziałam wszystko wyraźnie, ale w tej chwili nie było to jeszcze cierpienie. Był to rodzaj somnambulizmu, ale świadomego i przytomnego. Muszę to podkreślić, aby wytłumaczyć moje postępowanie względem pana de Ciudad-Coeli, które nie było piękne.
Rzuciwszy mi ten okrzyk rozpaczy, saper uciekł. Pobiegłam ku drzwiom, które pozostawił otwarte. Zapomniałam o wszystkiem. Widziałam przed sobą twarz don Luiza, nic tylko twarz, nie tylko wyraz tej twarzy. Miałam dokładne poczucie, że pragnął wyzyskać rozpacz serca, w której się znajdowałam, aby mnie zmusić do szukania w nim oparcia.
— Niech pani nie zapomina — wyrzekł — że cały jestem jej oddany i że nikt bardziej odemnie nie pragnie i niema większych praw do dania jej pomocy w tej wielkiej boleści.
— Praw! — podchwyciłam porywczo — co to znaczy?
Gdy zaczął nalegać, usunęłam go. Zdawało mi się, że widziałam budzący się w nim wyraz okrucieństwa. Weszłam do pokoju wuja. Znajdowało się tam kilka osób, których widok powinien był mnie zadziwić, ale mnie nic nie dziwiło. Widziałam tylko jego samego i nigdy nie wyobrażałam sobie czegoś tak strasznego, jak wyraz jego twarzy.
Siedział skulony we dwoje, a ręce jego, białe jak śnieg, złożone były na kolanach; twarz była także biała i pokryta potem, który był podobny do oliwy. Przerażający wyraz jego skurczonych rysów stawał się jeszcze straszniejszy z powodu tej bladości i tego potu, który ściekał grubemi, powolnemi kroplami z tej trupiej twarzy.
Na twarzy tej był wyraz nieopisanego przestrachu. Możnaby było przypuszczać, że ujrzał śmierć, zanim skonał i że ta śmierć go pochwyciła, zadając mu nieopisane męczarnie.
Nie śmiałam dłużej patrzeć na niego i ucałowałam jedną z rąk białych.
Ręka jakaś spoczęła na mojem ramieniu. Podniosłam się jednym rzutem! Czy to nie druga biała ręka mnie dotknęła? Głos łagodny a stanowczy wyrzekł:
— Ależ on nie umarł!
Był to doktor H.... I jeszcze inna osoba się tutaj znajdowała, ksiądz! ksiądz! Ale nie mogłam niczemu dziwić się w tej chwili.
Przeszło od godziny trwał atak i zaraz stosując się do rozkazu, wydanego przez pułkownika w przewidywaniu podobnych wypadków, saper posłał po doktora. Lekarz spojrzał na chorego swojem bystrem i stanowczem okiem, zbadał go i dając bilecik Wincentemu, rzekł: Do najbliższej apteki, szybko! — a do sapera: Rozebrać go!
A teraz zwrócił się do mnie:
— Lepiej, żeby pani odeszła ztąd na chwilę, Zdaje mi się, że mogę pani obiecać, że ujrzysz go jeszcze żywym. Będziemy go teraz męczyć synapizmamni i bańkami.
Usłuchałam. Wróciłam do salonu. Don Luiz ciągle tam był. Czułam rodzaj żalu do siebie, żem się za ostro z nim obeszła. Zresztą, byłam tak dotknięta, że powiedziałam mu tylko obojętnie:
— Źle pan czynisz, że tu zostajesz....
Sama nie wiem, co mi odpowiedział. Mój umysł i słuch skupiły się na tych drzwiach, zkąd oczekiwałam znaku. Wincenty po mnie przyszedł.
— Pan się obudził rzekł.
Już byłam przy nim. Siedział otulony w kołdry, mnóstwo kropelek krwi plamiło dywan. Nic w nim żyjącego nie było, z wyjątkiem oczu, zawsze tak dobrych, serdecznych, które zwrócił ku mnie z wyrazem rozpaczy i pokory, co mi serce rozdzierało.
Po raz pierwszy wróciłam do przytomności; tak, powtarzam raz jeszcze, dotychczas, działałam jak zamagnetyzowana. Rzuciłam mu się na szyję, okryłam pocałunkami białe i zimne policzki. Dał znak, że chce sam ze mną pozostać.
Doktor mu powiedział:
— Wrócę tu za godzinę.
Uśmiechnął się smutnie i szepnął do księdza głosem bardzo głuchym:
— Proszę się nie oddalać; za kilka minut będę służył. Niech ksiądz będzie tak dobry i poczeka w sąsiednim pokoju.
Zostaliśmy sami. Dał mi znak, żebym się zbliżyła. Z trudem rozplótł palce; z błagalnym wzrokiem szeptał głosem przerywanym:
— Przebacz mi. dziecko biedne.... nadto chciałem twego szczęścia.... wynieść ciebie po nad wszystkich.... zrobić z ciebie królowe... Doprowadziłem cię do nędzy....
Grube łzy spływały wzdłuż jego policzków i pokrywały moje, które przyciągnął do swoich, aby nie widzieć mojej rozpaczy w obec podobnego odkrycia.
Wybuchnęłam nagle śmiechem, szczerze i głośno.
— I to dla tego, niemądry wujaszku, doprowadzasz się do choroby?... Ależ ja dawno już pragnę się dowiedzieć, jak to jest być ubogim. Wiesz dobrze, iż posiadam tylko jednego wroga, nudę. Zapewniam ciebie, wujaszku, że gdy będę zmuszona zarabiać na chleb, nie będę się nudzić. Jakże dobry jesteś wujaszku! Zawsze zadowalałeś wszystkie moje życzenia, nawet to!
Klaskałam w rece.
— Zapewniam ciebie, Tonton, że to będzie bardzo zabawne. Jestem zręczna, jak wróżka, nieprawda? A co powiesz na taki n. p. szyld: Pułkownik Bourgongnon i wicehrabina d’Hervelinghem, salon mód? Za rok odzyskamy nasze miliony.
Patrzył na mnie sztywnie, potrząsając głową ze smutkiem. Próbował podnieść ręce, aby mi pogłaskać policzki. Dopomogłam mu, podtrzymując mu łokcie.
— Zrujnowałem także twoją duszę i wyziębiłem serce. Co do tego, nie jestem winien. Honor tego wymagał.
Wyprostował się nieco. To słowo, to poczucie było jego życiem i teraz go galwanizowało.
— Wszyscy myśleli, że jestem bezbożnikiem. Wcale nie. Ale przysiągłem twemu ojcu i twojej matce: Żadnej czułostkowości, żadnej dewoteryi. Przeklinałem dzień, w którym to poprzysiągłem. Widziałem dobrze, iż było to głupie i niebezpieczne. Ta właśnie walka pomiędzy zdrowym rozsądkiem a honorem, zabiła mnie. Kiedy saper widział mnie tak chorym, stosownie do otrzymanego rozkazu, poszedł po księdza; jest to ksiądz rozumny i rozsądny, on wie, co znaczy honor, ale ty, co ja z ciebie zrobiłem!...
Opadł na poduszki. Zamknął oczy, a ręka jego ciągle moją zatrzymywała. Szepnął zaledwie dosłyszalnym głosem:
— To bankructwo.... sprzedałem prawie wszystko, cośmy posiadali.... aż do dziś miałem nadzieję... Nie wychodź za don Luiza... nigdy, nigdy.... przysięgnij....
Przez chwilę był zgnębiony. Lecz niebawem otworzył oczy i rzekł głosem silniejszym:
— Znam moją chorobę. Nie zawsze się z niej umiera: ale się cierpi! ach! Desosteux sam jeden zna sytuacyę. Nie wyjdziesz za mąż za don Luiza, prawda? Idź do salonu, czekaj aż ciebie zawołam. Powiedz księdzu, że go proszę, aby przyszedł.
Byłam mu posłuszna, opuściłam go, Ksiądz wszedł, a ja wróciłam do salonu. Don Luiz jeszcze tam był.
Nie ustawał w swojej dyplomatycznej kampanii i pragnął, nie skompromitować mnie, bo nadto był dumny, aby się poniżyć do hańbiącej intrygi, lecz zająć stanowczą sytuacyę w obec mnie. Stałam się aniołem cierpliwości. Chciałam go zjednać dobrocią.
— Jestem pewna — rzekłam — że potępiłbyś pan w każdym innym, niż w księciu de Ciudad-Coeli, bezczelną tyranię lub nieczułość mężczyzny, który chce zmusić kobietę, aby mu powiedziała: „Odejdź“.
Moja łagodność została źle zrozumiana. Policzki jego przeszły w pomarańczową barwę; prawie czarne plamy ukazały się w zagłębieniach, usta zbielały. Przystąpił krok ku mnie.
— Boleść tłumaczy wiele rzeczy — rzekł, w każdym jednak razie słowa te nie mogą się odnosić do don Luiza de Ciudad. Nigdy nie słyszał podobnych. Żaden mężczyzna, kimby nie był, nie zniósłby ich od narzeczonej. Zostałem tu, bo moja sytuacya mnie do tego upoważnia. Któż, jeżeli nie ja, ma prawo złożyć swoje usługi u twoich stóp?
Ponieważ dyplomacya mi nie posłużyła, wróciłam do mego zwykłego postępowania i rzekłam krótko a stanowczo:
— Mój panie, za wcześnie brać mnie w jarzmo niewoli; proszę uważać za niebyłe wszystko, co zaszło między nami. Zwracam panu słowo i moje odbieram.
Ukłonił się i zrobił krok, aby się oddalić, mówiąc:
— Jeszcze raz powtarzam, jestem nadto dobrze wychowany, aby rozumieć wzburzenie, jakie boleść wywołuje w umyśle. Będę miał zaszczyt wrócić za kilka godzin....
To niepotrzebne, drzwi pałacu będą zamknięte dla pana.
Oko hidalga zabłysło, a ja zbliżyłam się do kominka. Czułam, że do wszystkiego jest zdolny w furyi.
— Czy mogę wiedzieć powód tego postępowania.... niezrozumiałego? — zapytał głosem bez dźwięku.
— Mogę panu powiedzieć, nie czyniąc przez to uszczerbku prawu, jakie posiadają kobiety do zmiany zamiarów, skoro im się tak podoba. Otóż wuj mój przed chwilą kazał mi przysiądz, że pana nie poślubię.
Uśmiechnął się z goryczą. Gniew ustąpił miejsca ironii.
— A! a! ta przysięga nie jest równa przysiędze małżeńskiej, nie jest zapisana w niebie. I czy mogę wiedzieć powód, który skłonił tego umierającego starca do występowania przeciwko mnie?
Popatrzyłam mu prosto w oczy.
— Bo jesteśmy, on i ja, skazani na niedostatek.
Cień, jakgdyby niesmaku przemknął mu po twarzy, a potem znowu gniew wybuchnął.
— To znaczy, że pułkownik Bourgongnon chce mnie znieważyć. Ale tego nikt nie jest wstanie uczynić. Nie będzie powiedziane, że don Luiz de Ciudad postąpił jak niecny finansista, który porzuca swoją narzeczonę, gdy posagu jej zabrakło. Byłbym szczęśliwy dzieląc z panią jej majątek. Teraz pani podzieli ze mną mój niedostatek. Przysięgam, że tak się stanie, choćby Bóg sam się sprzeciwiał.
Spojrzałam raz jeszcze na niego i tym razem dobrze go zrozumiałam. Bez wątpienia on mnie kochał, ale był to przedewszystkiem człowiek pyszny. Nie chciał, żeby ktoś mógł powiedzieć, że się sprzedał, że kupiłam go za swój posag. Prócz tego, zapowiedział już całej Europie, że będę jego żoną. Trzeba żebym nią została, choćby miał mnie potem zabić.
— Odprowadź księcia — rzekłam surowo do Wincentego, który ukazał się we drzwiach.
Don Luiz się ukłonił.
— Będzie pani moją żoną — wyrzekł z zimną krwią. — Mogę to powiedzieć wobec lokaja, tak samo, jak wobec całej Francyi.
Obróciłam się do niego plecami i czas jakiś pozostałam w zamyśleniu... Ale nie miałam czasu dobrze się zastanowić.
Baltazar ukazał się znowu we drzwiach salonu. Tym razem nic nie powiedział. Nie potrzebował mówić!
Idzie przedemną jak człowiek pijany. A ja postępuję za nim krokiem pewnym. Nie płaczę, jestem twarda, zła. Nie myślę o niczem, chyba tylko o tem, że odtąd nigdy nikogo już nie będę miała, ktoby mnie kochał. Czuję, że wkraczam jakby w pustynię.
Spotykam księdza na progu drzwi pokoju wuja. Mówi do mnie łagodnie:
— Pani, trzeba być mężną, zgodzić się z wolą Bożą.
— E! co mnie to wszystko obchodzi! Wola Boga nie wróci mi już tego, który jedyny na całym świecie mnie kochał!
— Owszem, pani — odrzekł ze spokojem.
Podskoczyłam. Popatrzyłam na niego, a potem wybuchnęłam gorzkim śmiechem.
— Ach! tak, na tamtym świecie! E! proszę mi dać spokój!
Spojrzał na mnie ze smutkiem, który dobrze odpowiadał surowej jego twarzy, ukłonił się i odszedł.
Weszłam, miałam jeszcze, tak, miałam cień nadziei! może się pomylili?
Leżał wyciągnięty na łóżku z zamkniętemi oczami i spokojnem obliczem. Miał znowu swój dobry, poczciwy wyraz twarzy, jak gdyby drzemał. Wyciągnęłam piórko z poduszki i przypominając sobie, jak często budziłam go w ten sposób, otrzymując w zamian od niego uśmiech i pocałunek, musnęłam mu usta tem piórkiem i pocałowałam.... Ale on nie oddał pocałunku!
Nigdy już nie miałam otrzymywać od niego tej pieszczoty.
Przesiedziałam u stóp łóżka długie godziny, nie spuszczając z niego oczu, wierząc ciągle, że ujrzę poruszające się usta, powieki. Gdybym umiała płakać! Moje serce, przyzwyczajone od dzieciństwa do zamykania się w sobie, nie chciało się otworzyć. Mój mózg cierpiał męczarnie, których wypowiedzieć nie potrafię. Był jednocześnie przepełniony i pusty. Nie nienawiedziłam nikogo, niczego nie żałowałam, o nikim nie myślałam; wszystko straciłam.
Po upływie dwu godzin nadeszła moja kochana matka. Obsypała mnie pocałunkami, pieszczotami, czułością, pocieszała. Byłam kawałkiem drzewa, którego nie rozgrzać nie zdoła. Przeraziła się.
Podała mi papier, którego naturalnie sama nie czytała, zawierający ostatnie myśli tego słodkiego serca.
„Umieram jako chrześcianin.... pragnę być pogrzebany po chrześciańsku.... kochana Izabela doprowadzona do nędzy.... Złą zasadą jest egoizm.... Byłem niesprawiedliwy.... wobec.... Ros....“
Kochana matka miała nadzieję, że ta kartka serce mi otworzy. Dałam znak, aby mnie zostawiła samą. Zostałam przy wuju. Nadeszły zakonnice, księża, grabarze. Siedziałam ciągle w tym pokoju, w kąciku.
Finetka i Peretka mnie ubrały. Byłam na pogrzebie; bez łez, opuściłam cmentarz dopiero wtedy, gdy już nikogo nie było przy mogile. Przez cały czas ceremonii miałam tylko jedną myśl:
„On mnie kochał, kochał tylko mnie, żył tylko dla mnie“.
Przekonałam się, że był wszystkiem dla mnie i że tylko jego miałam na całym świecie. Nie dziwiłam się dziwnej rozpaczy, której doznawałam, rozpaczy spokojnej, zimnej, stanowczej i zadowolonej, że jest rozpaczą.
Prawdopodobnie miałam w pierwszych dniach chwile halucynacyi.
Oto przypomniałam sobie, że w podróży do Szwajcaryi przejeżdżaliśmy przez długi tunel; światło w wagonie zgasło. Było cał kiem ciemno, a pociąg przejeżdżał przez ten grób z zawrotną szybkością. Wyobrażałam sobie teraz, że jestem w tym pociągu i że w nim miałam pozostać przez całe życie. Już nigdy nie miałam oglądać światła dziennego.
Peretka powiedziała mi później, że kilka razy potrząsałam głową, cień uśmiechu przesuwał mi się po ustach i szeptałam:
— Jestem w tunelu!
Powtarzałam zawsze wujowi: „Nie posiadam wrogów“. Nie chciał wierzyć, że wrogowie są najpotrzebniejsi do szczęścia ludzi, a przedewszystkiem kobiet. Bez nieprzyjaciół i bez nieszczęść życie byłoby bankietem, na którym niema nic więcej oprócz słodyczy. Wrogowie są pieprzem społeczeństwa.
Miałam ich tylko trzech, a właściwie dwu i pół: Roselle, don Luiz i stary notaryusz Desosteux, który przedstawia ową połowę. Posiadałam tysiące przyjaciół, najprzód cały Paryż, który zgłosił się biletami wizytowymi, listami i osobiście u bramy pałacu; następnie, moich służących, z których pięciu co najmniej byłoby poniosło ofiarę, aby mnie tylko pocieszyć. Pani i pan Castelnau wcale mnie nie opuszczali Lord Belfort i Angela, pomimo ociężałości ciągłego macierzyństwa, pan d’Hauraucourt i Albertyna, zjawili się przy mnie z pospiechem. A więc, czy od nich wszystkich przyszedł ratunek?
Nie, to ten znienawidzony Roselle, ten dziki don Luiz — oni tylko wyprowadzili mnie z owego strasznego tunelu. Stary gderacz notaryusz, jedyny człowiek, który zawsze stawiał mi czoło, postarał się dla mnie o pierwszą pociechę.
Trzeciego dnia po pogrzebie moi przyjaciele byli przy mnie, starając się mnie rozerwać. Muszę się przyznać, że nie rozumiałam ani słowa z tego wszystkiego, co mówili do mnie przez te trzy dni. Nagle, odezwałam się głośno:
— Ależ Ros.... to znany oczywiście Roselle!
Myślano naprawdę, żem zwaryowała. Uwierzono w to stanowczo, gdy powstałam z miejsca sztywnym ruchem. Wyszłam z pokoju i wróciłam za chwilę. Trzymałam w ręku papier, na którym mój wuj pisać coś próbował. Wręczyłam go panu Castelnau, wskazując mu ostatnie wyrazy: „Byłem.... niesprawiedliwy.... względem Ros....“
— Co to ma znaczyć? — spytałam.
Po raz pierwszy okazałam rodzaj zajęcia się czemkolwiek.
— Ależ — odrzekła moja matka — to znaczy to, o czem wszyscy wiedzą: „Byłem niesprawiedliwy względem Roselle“.
— Ach, a czy wie kto, dlaczego go nie mógł znosić, on, który był najlepszym z ludzi?
— Nigdy o tem nie wspominał. Ci, co go znali w młodości, podobno się domyślali.
Był bardzo zajęty panną d’Hesdigneul. Dali sobie nawet słowo. Niedługo przed dniem wyznaczonym na wesele, narzeczona zdawała się coraz bardziej obojętna i wkońcu zwróciła słowo. W kilka miesięcy później poślubiła pana de Roselle. W tem wszystkiem było wiele rzeczy, które zraziły bardzo czułe, a także bardzo dumne serce twojego wuja. Zrodziła się w nim nienawiść, równie silna jak miłość, której przedtem doznawał. Ta nienawiść, która nigdy nie złagodniała względem rodziców, nie oszczędziła ich syna.
Zdaje mi się, że to opowiadanie sprawiło mi przyjemność. Od tego momentu, oczekiwałam co chwilę na zjawienie się mojego wroga. Nie przyszedł; ta impertynencya rozbudziła moją energię.
Udzieliwszy ni powyższego wyjaśnienia, pani Castelnau rzuciła znowu wzrokiem na papier, który trzymała w ręku. I zwolna, widziałam jak bardzo bladła. Przeczytała, że jestem skazana na nędzę. Popatrzyła na mnie zaniepokojona.
Zwróciła się do swoich córek i rzekła im głosem drżącym:
— Izabela jest zrujnowana!
Nie widziałam twarzy obu moich bratowych. Kochana matka rzuciła się ku mnie i okrywała mnie pocałunkami.
— Ty wiesz, kochanko, nieprawdaż, że jesteś zawsze moją córką!
Zbliżyła się Albertyna i wzięła mnie za obie ręce.
— Pojmujesz, Izabelo, że nie zachowamy przy sobie tego, coś nam tak wspaniałomyślnie oddała.
Drżała nieco mówiąc to i miała w tem nie małą zasługę. Pani Castelnau posiadała ładny majątek. Angela Belfort i jej mąż byli do śmieszności bogaci. Lecz Albertyna miała zaledwie dobrobyt, a pozbywając się 15.000 franków dochodu, mogła się znaleźć prawie w niedostatku.
Moje serce przenikała złość; nie byłam wcale rozczulona tym dowodem przyjaźni; zrobiłam pogardliwą minę i odrzekłam sztywnie:
— Jeszcze nikogo nie proszę o jałmużnę... Oddałam wam to, co do was należało. Czułabym się zhańbiona, gdybym przyjęła choć cząstkę majątku pana d’Hervelinghem. Jeżeli nie życzycie sobie, abym się z wami przestała widywać, to tylko pod tym jedynym i absolutnym warunkiem, że nigdy mi o tem mówić nie będziecie.
Pani Castelnau przybrała wyraz wyniosły, którego nigdy jeszcze u niej nie widziałam.
— Pani d’Hervelinghem — rzekła zimno — jesteś panią swoich czynów, ale nie swego nazwiska. Nie chcemy ci dawać jałmużny, chociaż to słowo dziwnie brzmi pomiędzy nami. Ale te dobra, które nam, jak mówisz, zwróciłaś, zachowamy tylko pod tym warunkiem, jeżeli pułkownik nie pozostawił długów, które mogłyby tobie zaciężyć.
Zadzwoniłam. Ukazał się saper. Wyglądał jeszcze bardziej trupio niż przed trzema dniami.
— Mój wuj — rzekłam — pokładał w tobie całkowite zaufanie. Musisz wiedzieć, w jakim stanie są jego interesy. Powiedział on mi przed śmiercią, że czeka mnie nędza. Powiedz mi, co wiesz o tem.
— Wiem wszystko, mniej więcej. Było to w dniu pełnoletności pani. Pułkownik kazał pani podpisać papiery z upoważnieniem do sprzedaży wszystkich dóbr i do dysponowania całym pani majątkiem. Chciał dawniej kupić papiery kanału w Egipcie. Byłby zarobił setki tysięcy, miliony. Pan Desosteux się sprzeciwił. Był tam jakiś inny kanał w Ameryce, który pan pułkownik nazywał Panama. Tym razem oparł się panu Desosteux; kupił za cztery miliony dziesięć tysięcy tych papierów, o ile mi się zdaje. Sprzedał dużo dóbr z wielką stratą. Mówił, że to nic nie szkodzi, ponieważ te papiery przyniosą mu dziesięć razy więcej; miał więc tylko trzy miliony, a potrzebował czterech. Dopożyczył co najmniej milion. Gdy interesy przestały iść pomyślnie, doznał kilkakrotnie tych ataków, które go czyniły na pół umarłym. Zmusił doktora, aby mu wyznał, co to była za choroba. Słyszałem nazwę i aby nie zapomnieć, podyktowałem ją natychmiast Finetce. Oto jest notatka....
Podał kawałek papieru pani Castelnau, którą bardzo cenił; przeczytała: „Angina pectoris“.
— Tak... tak.... Z początkiem grudnia podobno źle się działo z tymi papierami Panamy. Pan poszedł do jednego wielkiego pana, który puszczał w kurs te papiery. Ten wielki pan już go był omotał, a teraz złudził go do reszty. Pan pułkownik wrócił bardzo zadowolony. Powiedział mi, że interesy się poprawią i że teraz właśnie jest chwila, żeby zakupić więcej tych papierów, bo one pójdą w górę. Udałem, że rozumiem, aby mu zrobić przyjemność. Wtedy wysłał do pana Desosteux rozkaz zaciągnięcia dużej pożyczki. Podobno, że te papiery, to tak, jak balony.
Dnia 15 stycznia otrzymały cios taki, że pękły. Nie warte już były nic. Pułkownik chciał iść kopnąć nogą tego wielkiego pana. Ale na myśl, że nie będzie mógł zapłacić wszystkiego, co pożyczył i że zrujnuje nietylko panią, ale wielu uczciwych ludzi, którzy mu zaufali, chwyciła go rozpacz. Upadł na ziemię i tym razem był to już cios śmiertelny.
Wypowiedział te słowa z łkaniem, wyprostował się i dodał:
— Postanowiliśmy — Wincenty, stara Margot, Finetka, Peretka i ja — że oddamy wszystko to, cośmy zarobili, wszystkie nasze zasługi, byle tylko nie narzekano na kochanego pana. Będzie tego razem sto tysięcy franków. Pani także wszystko odda, aby pan pułkownik nie był zawstydzony tam, w górze i aby honor nie był mu odjęty przez Pana Boga, na skargę biednych ludzi.
Przerwałam saperowi. Byłam w takim stanie umysłu, że ta mowa, która do łez rozrzewniła Angelę, wydawała mi się przedewszystkiem impertynencką.
— Widzicie, moje panie — rzekłam — że nie macie się czem kłopotać, oto moi dawni słudzy płacą moje długi.
Teściowa spojrzała na mnie ze smutkiem; Albertyna odwróciła głowę, zapewne chcąc ukryć niezadowolenie. Saper zaś był przyzwyczajony traktować mnie, jak rozpieszczone dziecko.
— Przytem — dodał — gdyby pani, nie chcąc czytać setki listów, które nadeszły tutaj od dni czterech, raczyła przynajmniej przeczytać list pana Desosteux, dowiedziałaby się daleko więcej.
— Byłoby to bardzo rozsądnie, Izabelo — rzekła moja matka, ze swojem niewyczerpanem przywiązaniem do małego potworka, jakim byłam wtedy.
— Przeczytaj go więc, matko; zaraz ci ten list przyniosę.
Tego Desosteux nie dość dobrze przedstawiłam. On to trzyma ster tych zawikłanych interesów finansowych, jak biedny Tonton lubił się wyrażać. Jestto człowiek rzadki, surowej prawości, czynny, pełen poświęcenia, dobry a szorstki, działający wiele i dobrze, w przekonaniu, że postępuje doskonale. Dnia pewnego, gdy mnie zniecierpliwił — często mu się to zdarzało, ale nic sobie z tego nie robił — powiedziałam mu, że jest dzikiem, z ogonem pawia. Ten nadzwyczajny obraz wybornie go maluje.
Saper kazał napisać do niego w początkach stycznia, donosząc, że, o ile mu się zdaje, interesa wuja, zarówno jak zdrowie, znajdują się w bardzo złym stanie. W chwili śmierci wuja, posłał mu nawet telegram.
List, który moja matka zaczęła czytać głośno, nadszedł na drugi dzień po śmierci wuja. Brzmiał on:
„Pani, pułkownik Bourgongnon był bezwątpienia człowiekiem, którego najbardziej kochałem ze wszystkich ludzi. Mam jednak coś ważniejszego do czynienia, jak myśleć o mojem zmartwieniu. Tymczasem, radzę pani zająć się swoimi interesami, gdyż nic lepiej nie działa na rozproszenie smutku. Zresztą, te interesy nie są w świetnym stanie: gdybym nie był widział rzeczy jasno i nie postępował z energią, która mogła mnie skompromitować, została by pani bez grosza, a pamięć mego przyjaciela byłaby poniżona w całej okolicy, a przede wszystkiem u poczciwych ludzi, których byłby pociągnął z sobą w przepaść. Nie wiem jeszcze dokładnie, w jakiem położeniu pani się znajdzie. W każdym razie tylko pani sama będzie nieszczęśliwa; honor pułkownika zostanie uratowany.
„Dnia 5 maja, w dniu pełnoletności pani, otrzymałem od pani wuja i opiekuna rozkaz, podpisany przez panią, polecający mi sprzedać wszystkie prawie dobra pani i zaciągnąć pożyczkę na znaczną sumę. Po chwilowym oporze usłuchałem, tembardziej, że spekulacya, z powodu której uskuteczniały się te sprzedaże, mogła przynieść świetne rezultaty. Stało się przeciwnie, ale transakcye były już rzeczą dokonaną. W grudniu zeszłego roku, mój klient i przyjaciel, dając się znowu oszukać, prosił mnie, abym mu dostał jeszcze 500.000 franków i sprzedał wszystko co jeszcze pozostało. Tym razem oparłem się — nie bezpośrednio, gdyż zaślepiony pułkownik mógłby był poszukać innego notaryusza, mniej przewidującego. Przeciągałem tę sprawę, prosząc o zwłokę. Nic nie sprzedałem ani pożyczyłem i dlatego ma pani jeszcze 1,500.000 franków. Lecz pozostaje pani dłużna co najmniej 1,200.000 fr.
„Przytem, miałem przeczucie, że ta spekulacya zły obrót weźmie. To też, nie mówiąc ani słowa pułkownikowi i korzystając z rozległego pełnomocnictwa, jakiego mi od dawna udzielił, już w początkach stycznia kazałem sprzedawać zakupione przedtem akcye. Nie omyliłem się, likwidacya ogłoszona 15 stycznia, sprowadziła znaczną zniżkę papierów.
„Streszczając rzecz całą, sprzedaż tych akcyj i pałacyku, zamieszkiwanego przez panią w Paryżu, wystarczy do spłacenia długów, wynoszących około półtora miliona franków. Wtedy honor pułkownika będzie ocalony, jeżeli, jak mam pewne powody przypuszczać, nie zaciągnął po za mojemi plecami innych pożyczek. W takim razie wpadamy znowu w kabałę. Wkrótce dokładnie panią o wszystkiem powiadomię.
„Tymczasem, oto moja rada:
„Nie porywaj się pani na swoje życie. Ogranicz się natychmiast we wszystkiem, pozostawiając sobie tylko to, co koniecznie potrzebne. Nie podpisuj żadnych zobowiązań“.
Zapewniając mnie o swojem bezgranicznem poświęceniu, podpisał się wykrętasem, który przedstawiał kulę ziemską z ogonem latawca Teściowa pożegnała mnie stanowczemi słowami:
— Mamy nadzieję, Izabelo, że nie zawsze będziesz odrzucać pomoc, pochodzącą z serca. W każdym razie nie zapominaj tego, co ci powiedziałam: Cały majątek pana d’Hervelinghem, mego syna, będzie użyty na zapłacenie długów zaciągniętych na imię jego żony.
Zaczęłam postępować według rady sapera i otwierałam wszystkie listy. Nie było żadnego od pana de Roselle.
Usłuchałam następnie rady tego barbarzyńskiego jurysty. Zaczęłam robić oszczędności. Najprzód sprzedałam wszystkie powozy i konie, z wyjątkiem „Nedii“, którego nie miałam odwagi skazać na wygnanie. Kazalam ogłosić mającą nastąpić w niedługim przeciągu czasu sprzedaż pałacyku, mebli, obrazów i wszystkich drogocennych drobiazgów.
Katastrofa ta, wywołała ogromny rozgłos w Paryżu, gdzie należeliśmy do najlepszego towarzystwa. Rozgłos ten był mi obojętny.
Cały świat uznawał, że dotychczas byłam najszczęśliwszą z kobiet, że moje szczęście jest niezmierzone. Szczęście! nie posiadałam go: szczęśliwe chwile, tak, ale ich nie użyłam. Wielki majątek, wielka uroda, wielka inteligencya; na co mi się to wszystko przydało? na to, żeby skłonić do ucieczki pana de Roselle, którego rycerskość zaczynała mnie interesować i na to, żeby być prześladowaną przez pana de Ciudad, do którego powzięłam obrzydzenie od tych dni kilku.
W ośm dni po pogrzebie wuja, przyniesiono mi bilet wizytowy jakiegoś nieznajomego pana, który prosił o zaszczyt rozmowy ze mną. Przychodził w imieniu pana de Ciudad; przyjęłam go.
Był to pan, żółty na twarzy, dobrze ubrany, niski w ukłonach, widocznie z dobrego towarzystwa, który mi się przedstawił z poważną uprzejmością sekundanta. Oświadczył mi, że książę żałuje porywczości, której dał się unieść. Trzeba to wytłumaczyć miłością, którą czuł do mnie, a którą narzeczony, oficyalnie przyjęty, ma prawo wyznawać. Błagał mnie, abym go nie doprowadzała do rozpaczy i nie znieważała.
Pozostało jeszcze we mnie, pośród pustki mego serca i umysłu, poczucie prawości, które jest podstawą mego charakteru. Spostrzegłam, że jest pewna słuszność w tem, co mówi ten uprzejmy człowiek. Odrzekłam zimno, że obojętną mi jest rozpacz księcia de Ciudad, ale przyznaję, że nie miałam prawa go znieważać; to też nie omieszkam mu udowodnić, że nie miałam zamiaru tego uczynić.
W ten to sposób don Luiz, którego okrutnie nienawidziłam, — a mogę wyznać dla czego, bo moja duma z jego dumą się ścierała — w ten to sposób zaczął on rozgrzewać mój umysł, zmuszając mnie do zainteresowania się tą sprawą. Wydała mi się ona daleko ważniejszą, niż mój majątek i gderliwy notaryusz nie tyle mnie wstrząsnął swojemi groźbami, jak ten Hiszpan, który chciał odnieść nademną zwycięstwo.
Zaprosiłam don Luiza, jego przyjaciela i około tuzina moich bliskich, aby zeszli się u mnie wieczorem, 4 lutego. Ma się rozumieć, że prosiłam także teściową i obie bratowe z ich mężami. Paryż bardzo się mną zajmował. Zaproszeni stawili się na godzinę oznaczoną. Wiele osób z wyższego towarzystwa paryskiego, byłoby z chęcią zapłaciło cząstkę moich długów, aby się znaleźć na ich miejscu.
Angela i kochana matka źle ukrywały swój niepokój; nie ufały mojej szalonej głowie tembardziej obecnie, gdy się ona pozbyła wpływu mego zwykle dobrego serca. Przewidywały jakąś katastrofę; a więc naprawdę bywają przeczucia!
Don Luiz wyglądał bardzo korzystnie, pełen wdzięku. Czuł się tryumfatorem. Czy kochał mnie naprawdę? wcale się tem nie troszczyłam.
Czułam się bardzo dobrze, pełna pogardy dla losu, świata i fortuny, wyższa po nad wszystko, niezdobyta, niedotykalna. Zebranie było ponure w tym domu żałoby, którego gospodyni konie swoje sprzedawała. Każdy, tak samo jak moje bratowe, przeczuwał nieprzyjemną awanturę.
Mówiono półgłosem, jak na pogrzebie. Czekano na moją przemowę, widocznie. Myślałam o tem przez cały dzień i przygotowałam się, mówiąc sobie, że może będę zmuszona, aby zarobić na kawałek chleba, wygłaszać wykłady o prawach kobiety. Bo nic dobrze nie umiałam, z wyjątkiem gry na cytrze, a to koncertowo; ale czyż znalazłoby się w Paryżu dość uczenie, aby otworzyć kurs tej nauki?
W chwili, gdy głos miałam zabrać, przekonałam się, że zapomniałam moją mowę.
Tem lepiej. Spróbuję improwizować.
— Proszę mi darować, że zgromadziłam tutaj wszystkich, aby mówić o moich własnych sprawach; wolałabym by pozostały były mojemi własnemi, lecz zmuszają mnie gwałtem, żeby się stały sprawami publicznemi, nawet europejskiemi i dlatego zaprosiłam tutaj, obok moich przyjaciół, elitę kolonii cudzoziemskiej w Paryżu.
Tryumfujący wyraz don Luiza zaczął się zmieniać w twardy. Spostrzegł, że walka jego dumy z moją jeszcze się nie zakończyła. Policzek, który mu wymierzyłam, sprawił mi przyjemność.
— Pozwoliłam, temu trzy miesiące księciu de Ciudad, uważać się za mego narzeczonego. Mogłabym powiedzieć, że pod tym względem uległam przymusowi ze strony mego wuja i wszystkoby się skończyło. Ale nie chcę czynić tej obelgi jego pamięci. Niezdolny był w czekolwiek mi się sprzeciwiać. Co najwięcej, mogę przyznać, że do tego czynu zniewoliło mnie pragnienie zrobienia mu przyjemności. Muszę bowiem oświadczyć, iż rzeczywiście nigdy nie kochałam księcia de Ciudad.
Spojrzałam na don Luiza, zadając mu ten cios, który tak stanowczo pognębiał jego miłość własną. Pozieleniał jeszcze bardziej, i silnie usta zaciskał, ale wyraz jego twarzy był znowu flegmatyczny.
— Miałam dla niego szacunek. Sądziłam, że jest człowiekiem delikatnym, dobrych manier, inteligentnym. Myślałam, że w danych okolicznościach, gdy będzie nam wolno prowadzić bardzo zewnętrzny tryb życia i czynić wiele dobrego, mógłby się stać dość znośnym mężem. Temi danemi okolicznościami był mój majątek, wynoszący cztery miliony, który według słów wuja, miał wkrótce dojść do 12 milionów.
Zatrzymałam się chwilę, sądząc, że don Luiz, który się poruszył, chciał coś przemówić. Lecz on zacisnął silniej usta, pozieleniał jeszcze więcej i milczał.
— Muszę powiedzieć po prostu, że jestem całkowicie zrujnowana majątkowo. Mój wuj, w ostatnich chwilach życia oznajmił mi to, dodając, że przyjdzie mi żebrać na chleb powszedni.
Rozległy się szmery, z czego mogłam wnosić, że większa część uczciwych ludzi, którzy się tutaj znajdowali, nie odmówi mi kredytu u swoich piekarzy.
— Wobec takich warunków, zwróciłam słowo don Luizowi. Pan de Ciudad, z uczuciem, które powinnam uważać za rycerską wspaniałomyślność, nie chciał zwrócić mi swego słowa. Zmuszał mnie prawie, abym dotrzymała przyrzeczenia. Gniewał się nawet, zapewniając, że będzie zhańbiony, ponieważ ludzie będą myśleli, że porzucił narzeczoną, gdy ona majątek straciła i że chciał tylko dla pieniędzy się z nią ożenić. To gwałtowne naleganie pana de Ciudad, nie pozostawiało mi wielkiego wyboru środków do odzyskania wolności. Pragnęłam więc państwa wszystkich zebrać u siebie, żebyście mogli wszędzie rozpowiedzieć, że to ja zrywam z księciem de Ciudad-Coeli, dla tego, że go nie kocham. To ja zrywam, nie on. W ten sposób, jeżeli jego miłość własna, której mi nie pozwolił oszczędzić, otrzyma małe zadraśnięcie, honor jego za to będzie ocalony.
— Ja sądzę inaczej — wyrzekł książę zimno — a jestem sam sędzią mojego honoru. Od dnia, w którym pani zrobiła mi zaszczyt przyjęcia mnie jako narzeczonego, uważałem się już jako jej małżonek. Oznajmiłem moje szczęście całej Europie. Nie myślałem już o niczem tylko o tem, całe moje życie zastosowałem do tej nadziei szczęścia. Nie stałem się niegodny szacunku, jaki pani miała dla mnie, nie powinienem ponosić kary dla tego, że pani jest nieszczęśliwa. Wolę niedostatek z panią, niż majątek bez niej.
Był to bardzo piękny sposób wyrażania się ale ton, gesta, fizoygnomia, kłam zadawały tym słowom szlachetnym. Czego chciał? Czy sądził, żem go oszukiwała, mówiąc o swojej biedzie? czy chciał za każdą cenę zwyciężyć mnie w tym niby pojedynku, na który ośmieliłam się go wyzwać. Byłam przekonana, że jedynie pycha mówiła przez niego. Odparłam więc?
— Powiem już tylko jedno słowo, ponieważ pan mnie do tego zmusza: co do mnie, wolę tortury zdala od pana, niż tron z panem podzielany.
— Oto, co przecina całą sprawę — rzekł stary oficer, wielki przyjaciel mego wuja.
— Panie — odrzekł książę oschle — jesteś pan bardzo stary.
Edward powstał żywo z miejsca.
— Jestem tego samego zdania; myślę tak, jak ten szanowny weteran. Nigdy też nie było zwyczajem, chyba w najodleglejszej starożytności, wydawać przymusem za mąż kobietę która tego nie chce. Może pan powie, że jeżeli ten wojskowy jest zanadto stary, ja jestem za młody?
— Nie — odrzekł gwałtownie don Luiz.
Odpowiedź ta wypadła jak kula z pistoletu.
— Faktem jest, kochany książę — odezwał się pan d’Hauraucourt ze zwykłą sobie nonszalancyą — że pomięszałeś pan zaręczyny z małżeństwem. Jest to omyłka bardzo nieprzyjemna, która daleko mogłaby zaprowadzić. Bywają podobno ludzie, którzy posyłają żandarmów śladem żon swoich, aby je przyprowadzić napowrót do domowego ogniska. Ale nie słyszałem, żeby używano żandarmów do prowadzenia narzeczonej do ślubu.
Don Luiz rzucił mu spojrzenie, które margrabia przyjął ze swoim spokojnym pół uśmiechem.
— Takie jest zdanie margrabiego d’Hauraucourt? — zapytał książę wyniosłym tonem.
— Ależ tak, wszystkich margrabiów i wszystkich d’Hauraucourtów i wszystkich uczciwych ludzi Francyi i Hiszpanii.
— To dobrze. Poddaję się. Ale jeżeli pani d’Hervelinghem mnie nie poślubi, przysięgam wobec Boga, że niepoślubi nikogo innego, gdyż pozabijam jej wszystkich konkurentów.
Te słowa uczyniły na wszystkich osłupiające wrażenie. Pan Castelnau, który milczał dotychczas, powstał z kolei.
— Doprawdy, mój panie — wyrzekł poważnie — że to przechodzi wszelkie granice. Byłem gotów współczuć z panem, gdyż w zmianie zamiarów pani d’Hervelinghem mieści się coś, co rzeczywiście może boleśnie dotknąć zakochanego. Ale pan sądzisz prawdopodobnie, że znajdujesz się wśród Czerwonoskórych. Francya posiada swoje ustawy i wyprowadza po za swoje granice cudzoziemców, którzy nadużywają jej gościnności.
— Panie, nie jesteśmy w Senacie i wykażę to panu. Powiedziałem, że pani d’Hervelinghem nie wyjdzie zamąż.
Zadzwoniłam gwałtownie. Saper i Wincenty ukazali się na progu.
— Odprowadzić księcia, a jeżeli doda jeszcze słowo do obelg. które wypowiedział, wyprowadzić go.... trochę prędzej.
Książę spojrzał na mnie z drwiącym wyrazem, tryumfował. Ukłonił mi się z szacunkiem, zarówno jak trzem innym paniom.
Pozostaliśmy przez chwilę w milczeniu. Edward, daremnie starał się mnie rozchmurzyć. Ta scena podrażniła jego angielską powagę. Nigdy nie widziałam u niego tak iskrzącego wzroku: gdyby nie moja żałoba. jestem pewna, że byłby mnie zaprosił do tańca. Panie były bardzo poważne. Rozmowa, pomimo usiłowań zawsze uśmiechniętego margrabiego, rwała się. Zostawiono wreszcie mnie samą.
Byłam szczęśliwa, że ostatecznie pozbyłam się don Luiza i z radości zrobiłam wycieczkę poza obręb mego tunelu. Odczytałam list otrzymany dziś rano od pana Desosteux.
Zaczął od tego, że radził mi podziękować Bogu, iż posiadam takiego, jak on, notaryusza. Nie zdołał jeszcze całkowicie rozwikłać interesów. ale chociaż nie chce mówić przed czasem o zwycięstwie, ma nadzieję, że wszystkie długi bedą popłacone. Wzywał mnie energicznie, abym wróciła natychmiast na wieś. Najprzód uniknę nieprzyjemności pozostawania w Paryżu w chwili, gdy będą sprzedawać moje meble, a następnie, potrzebował miewać często ze mną narady; wiek jego i zajęcia nie pozwalają mu na ciągłe wyjazdy. Mogę z całem zaufaniem pozostawić opiekę nad moimi interesami paryskimi adwokatowi Légat, którym zresztą on, pan Desosteux, obiecuje kierować.
Następstwem tego listu będzie to, że sprzedam wszystko, co tylko posiadam. z wyjątkiem czterech obrazów Lépicié, Chardin, Corot i Millet. które szczególnie są mi drogie.
Nazajutrz około południa, Angela przysłała prosząc, żebym ją odwiedziła. Była cierpiąca. Pobiegłam natychmiast. Leżała na szezlągu rozczulająco brzydka z czerwonemi powiekami, z zapuchniętym nosom i policzkami. Płakała. Zobaczywszy mnie, zaczęła łkać jeszcze gorzej.
— To tak od wczoraj wieczorem — rzekła mi panna służąca. Pani nie chciała się położyć.
Angela podała mi rękę i uścisnęła moją ruchem szybkim, gorączkowym. Miałaby wielką ochotę mnie nienawidzić, ale serce jej było takie dobre! a przede wszystkiem, sumienie jej wyrzucałoby, że jest niesprawiedliwa.
— Ile złego wyrządziłaś nam, Izabelo! Ale nie można mieć żalu do ciebie! Nie możesz poślubić człowieka, którego nie kochasz, to pewne. I ja także wolałabym była umrzeć, niż ulegać człowiekowi, którym pogardzałabym. Ale poco było z taką lekkomyślnością przyjmować go! W tem leży przyczyna wszystkiego złego, co się stało.
Nie wiem, co zniewoliło mnie, że upokorzyłam się po raz pierwszy w życiu. Widząc przed sobą tę wdzięczną istotę, kochającą, czystą i nabożną, tak zrozpaczoną, odpowiedziałam łagodnie:
— To prawda, kochana siostro, byłam lekkomyślna; ale co się właściwie stało? Nowy potok łez i łkań nią wstrząsnął. Przeraziłam się stanu, w jakim ją widziałam. Uczyniła mi znak, że zaraz się uspokoi i że nie potrzeba nikogo wzywać.
— Edward — rzekła mi — poszedł się bić z panem de Ciudad.
Przez całe życie słyszałam ciągle tylko o pojedynkach. Pułkownik Bourgongnon miał ich ze dwadzieścia.
— A więc — odrzekłam spokojnie — lord Belfort zabije księcia de Ciudad i nwolni nas od niego.
— A gdyby stało się przeciwnie? Czy o tem nie pomyślałaś?... zawołała z rozdzierającym okrzykiem.
Może to się wyda nieprawdopodobne, a może mnie kto nazwie głupią, ale rzeczywiście, nie pomyślałam o tem, a teraz ta myśl uderzyła mnie, jakgdyby strzała żelazna mózg mi przeszyła. Musiałam zblednąć. Mignęła mi w myśli straszna boleść tego serca, tak czułego i dobrego... Widząc, że patrzy na mnie badawczo, zesztywniałam. A ona mówiła dalej:
— Ach! odpowiadaj że mi! na to posłałam po ciebie. Powiedz ni otwarcie wszystko, czy Edward ranny?
— Ależ nie wiem nic, absolutnie. Ty pierwsza mnie o tem powiadomiłaś. Mam nawet ochotę myśleć, że się mylisz. Gdzie jest twój mąż?
— Nie mam pojęcia. Wczoraj przez cały dzień było jakieś zamieszanie. Wieczorem, bardzo był wesół. Ucałował mnie, jak zwykle. Powiedział, że będzie zmuszony wyjechać na dwadzieścia cztery godzin. Tak mnie to zdziwiło, że nie zrozumiałam dobrze co mi opowiadał: jakąś historyjkę, która mi się wydała dość niezręcznie ułożoną, o jakimś zjeździe z notaryuszem w Belgii, w sprawie spadku po lordzie Belfort. Wszystko to bardzo niezręcznie obmyślane. Ale był taki spokojny i wesół!
Powiedział mi pomiędzy innemi: „Czy wiesz, co umyśliłem. Będę brał lekcye gry na gitarze od Izabeli, raz na miesiąc, po tysiąc franków za godzinę!“ Widzisz, jaki jest dobry i jak ciebie lubi. Ach! nie mam żalu do ciebie. Byłoby to niegodnie. Ale drogo mnie kosztujesz, kochana Izabelo!
Jeszcze i teraz nie znalazłam łez, aby płakać razem z tą tak słodką przyjaciółką, której może, w obecnej chwili zabierałam całe jej szczęście!
— Rzecz naturalna, że nie przeżyłabym tego nieszczęścia — mówiła ona dalej. To mnie nieco pociesza. Ale co się stanie z mojem biednem dzieciątkiem. Liczę w tem na ciebie. Wychowasz je inaczej niż sama byłaś wychowana. Ach! twoja lekkomyślność drogo mnie kosztuje!
Pożegnałam ją, powtarzając ze trzydzieści razy, że spotkanie z notaryuszem było prawdopodobne i zdobyłam się nawet na bohaterstwo obiecując, że będę dawać lekcye gry na gitarze Edwardowi. Długośmy debatowały nad honoraryum i nareszcie stanęło na pięciuset frankach za godzinę. Zaznaczam ze wstydem dla natury ludzkiej, że ta niedorzeczność jedynie zdołała ją uspokoić i przekonać, że Edward nie ma pojedynku.
Wróciłam do siebie o zmroku; zastałam żółtego pana.
Spojrzałam na niego z pogardą. Boleść Angeli doprowadziła do szczytu moje rozjątrzenie przeciw temu, którego był ambasadorem.
— Czego pan sobie życzy? — spytałam.
— Lord Belfort otrzymał postrzał, który zgruchotał mu lewą rękę. Książę de Ciudad ma nadzieję, że lepiej mu się poszczęści na przyszły raz. Mam honor zapytać panią w jego imieniu, czy zgadza się pani go poślubić.
Ukazałam mu drzwi ruchem tragicznym; wyleciał wściekły, ma się rozumieć.
Tego samego wieczora poszłam do Angeli. Edward wrócił rzeczywiście z ręką zgruchotaną. Ale tak dobrze ukrywał swoje cierpienie i wesołą rozmową tak umiał odwrócić uwagę od swojej bladości, że Angela była na pół uspokojona. Doktor ją zapewnił, że nietylko Edward nie umrze, ale nawet nie zostanie kaleką. Musi tylko zachować się spokojnie przez sześć tygodni.
— Mówię pani, pani Izabela — rzekł Edward, gdym odchodziła — że niema tylko pan de Roselle, ten heroina, któryby chciał teraz ożenić się z ręką pani. Wyzwać tego Hiszpan na pojedynek na lokomotywy.
— Byłoby to wpaść z deszczu pod rynnę. Mam nadzieję, że nigdy nie będę zmuszona wybierać pomiędzy wściekłym, a nudziarzem.
Wymknęłam się.
Na drugi dzień wróciłam zasięgnąć wiadomości. Angela miała się dobrze, nos jej już nie był spuchnięty. Edward nie miał goraczki. Zostawiła mnie na chwilę z nim samym.
— Trzeba koniecznie — rzekł mi po angielsku — żeby pani wstąpiła do d’Hauraucourt’ów i przyszła mi powiedzieć, co się tam dzieje. Romulus na tem nie zakończy, on pragnie koniecznie zdobyć swoją Sabinkę. Jestem pewny, że nie pozostawi margrabiego w spokoju. Trzeba, żeby mnie pani uspokoiła. Niepewność sprowadzi ni gorączkę.
Gdy weszłam do salonu d’Hauraucourt’ów, Albertyna była sama jedna, w podróżnym stroju, bardzo blada, bardzo poważna. Uderzył mnie wyraz energiczny jej twarzy.
Uścisnęła mnie silnie za rękę.
— Nie myśl, żebym była zawzięta na ciebie, Izabelo. Nie; starałam się zawsze być sprawiedliwa. Naturalnie, że nie możesz poślubić tego sinobrodego. Ale twoja lekkomyślność drogo kosztuje rodzinę d’Hervelinghem. Nie gniewaj się. Pan d’Hauraucourt znalazł, że pan de Ciudad postąpił obelżywie względem ciebie, mnie, mojej siostry i naszej matki, względem niego samego przede wszystkiem i dziś rano wyzwał go. Przyznałam mu słuszność, co by nie zaszło. Wczoraj, Edward był w Belgii. My wyjeżdżamy dziś do Księstwa Luksemburskiego. Mówię my, ponieważ nalegałam, żeby towarzyszyć Norbertowi. Przystał na to. Chcę być przy nim, pielęgnować go w razie nieszczęścia. Gdybyś była inna, nie taka, jaką ciebie uczyniono. powiedziałabym módl się za nas. To jedyna przysługa, którą możesz mi wyrządzić.
Ucałowała mnie. Podziwiałam jej bohaterstwo. zarówno, jak jej sprawiedliwość; i rzeczywiście, żałowałam, że modlić się nie umiem.
Udałam się ztamtąd w odwiedziny do mojej teściowej. Boleść Angeli mnie wzruszyła, męstwo Alberty rozgrzało. Pomyślalam sobie, że kochana matka może potrzebuje pieszczoty. Wiedziałam, że żywo odczuwała troski swoich trzech córek. Mówię trzech i nie mylę się; moja ruina majątkowa, moje zmartwienia, prześladowanie tego Wizygota, boleść po stracie wuja, wszystko to odczuwała.
Zycie codzienne wydaje się „jakby nigdy nie“; a tymczasem to jest straszna rzecz. Jedzie się do Champs-Elysées na własnym koniu, lub własnym powozem, jak się to czyni codziennie, i wraca, mając mniej o jedną rękę, lub o jednego przyjaciela.
Nie domyślałam się idąc z ulicy Varennes, gdzie mieszka pani d’Hauraucourt, na ulicę Toumon, do domu pani Castelnau, że otrzymam jeden z owych ciosów, który wpłynie na zmianę całej mojej istoty. Czy to był cios? Nie. Tylko przemowa. Słyszałam mów z pięćset i żadnego wrażenia na mnie nie wywarły.
Zastałam moją teściowa w stanie, który mnie zadziwił, taką, jaką nigdy jej nie widziałam. Dano jej znać, że z raną Edwarda było gorzej i że gorączka się objawiła po mojem odejściu. W stanie, w jakim się znajdowała Angela, wszystkie te wstrząśnienia i niepokoje mogły życiu jej zagrażać. A przytem, co będzie z panem d’Hauraucourt!
A Izabela — myślała — co z nią się stanie, z nią, pełną buntu w sobie, niezdolną się powściągnąć, niedostępną ani bojaźni Bożej, ani obawie opinii, bardzo piękną, szaloną, ubogą i pogardzaną?
Poruszała te wszystkie myśli, a przytem z osobistych względów była także niespokojna. Domyślała się, że po Edwardzie i panu d’Hauraucourt, don Luiz znieważy pana Castelnau, który będąc dumny i odważny, nie cofnie się. A wtedy?
Zastałam ją więc rozegzaltowaną; troska i niepokój odkryła głębię jej duszy; egzaltacya wzięła górę nad rezerwą, delikatnością, która czyniła ją zazwyczaj nieco nieśmiałą, jeżeli ważny obowiązek do spełnienia nie zmieniał jej w dzielną.
Powiedziała mi wszystko, co miała na sercu co do mnie, od lat wielu. Powiedziała mi to z rozrzewniającą czułością, stanowczością, dziwną jak na nią i z gorącą wymową, która mnie przejęła. Przypominam sobie dokładnie co mi powiedziała.
Dała mi wyraźnie do zrozumienia, że byłam głupia i niewdzięczna, że otrzymałam wszystkie dary, urodę, spryt, majątek, prawość charakteru i nic z tego wszystkiego nie użyłam dla swego szczęścia w przyszłości. Wszystko zmarnowałam i doszłam do tego mając tyle darów, że można by nimi obdzielić cały pensyonat młodych dziewcząt, że jestem uprzykrzeniem dla siebie samej, a klęską dla ludzi, którzy mnie kochają. Zapewne. że moje wychowanie było opłakane. Jednakże z moją inteligencyą i z pomocą porównań z innemi, porównań, jakie musiałam czynić, — łatwo mi było naprawić to złe wychowanie, które widocznie było powodem, że stałam się ciężarem dla siebie i drugich.
W tej ostatniej sprawie ja wszystkiemu byłam winna śmierci wuja, mojej ruiny majątkowej, rozpaczy trzech kobiet, które mnie tak wiernie kochały, a może śmierci ich mężów.
Zrozumiała to wszystko bardzo dobrze i przez chwilę, niestety bardzo krótko! ujrzatam w czarnych zarysach mój egoizm, moją lekkomyślność i płochość. Już dawniej także to spostrzegłam, jak się spostrzega małą chmurkę na błękicie nieba. Jakąż wagę mogłam przywiązywać do tej plamki białawej, podróżującej przez błękity, tuż obok wspaniałego słońca na mojem niebie? Tym razem mały obłoczek stał się chmurą niosącą burzę.
Widziałam teraz jasno, że gdybym była nie uważała za jedyne szczęście w życiu świetności i rozgłosu, kochany wuj nie starałby się był za każdą cenę podwoić mego majątku, aby mi zapewnić większe powodzenie w świecie. Gdybym była choć trochę zechciała wglądać w stan moich interesów, nie byłabym pozwoliła wajowi, którego zaślepienie znałam, gdy o mnie chodziło, rzucić całego mego majątku na jedną kartę w grze z ludźmi, którzy używali kart fałszowanych. Gdybym się nie była lekkomyślnie zaręczyła z człowiekiem, którego nie kochałam, gdybym nie była dała obietnicy, którą on był w prawie uważać za uroczysta, a ja w mojej płochości uznawałam za nic nieznaczącą, nie byłabym naraziła życia i szczęścia tych wszystkich, których kochałam.
Kiedy wyszłam na ulicę, obsypana pocałunkami i oblana Izami mojej teściowej, zdawało mi się, że widzę przed sobą inną egzystencyę, która miała na celu już nie fantazyę i egoizm, lecz poświęcenie.
— Zapamiętaj sobie dobrze to zdanie, które wszystko w sobie zawiera — zakończyła moja teściowa: „Szczęście nie zależy od robienia tego, co się podoba, ale tego, co się robić powinno“. Jest to to, co nazywają duchem poświęcenia.
Ten duch był mi tak samo antypatyczny, jak suknia źle zrobiona. Jednakże, dusza moja tak zmiękła, a serce było tak upokorzone, że w obecnej chwili byłam gotowa na wszystko. Zresztą owa sroga potęga, którą Opatrznością zowią, podkreśliła jeszcze słowa mojej teściowej. Otrzymałam od niej trzy ciosy, które mnie oszołomiły i uczyniły — w danej chwili — niezdolną do owego dumnego oporu, z którym dotychczas zwycięsko stawiałam czoło wszystkim uprzejmym podszepton, tak samo, jak groźnym grymasom rozsądku.
W ciągu wieczora tego dnia, o którym nie powinnabym nigdy zapomnieć, pani Castelnau przysłała mi telegram wysłany do niej z Luksemburga przez pannę służącą, którą Albertyna z sobą zabrała: „Pan d’Hauraucourt, ranny w pachwinę bardzo ciężko. Nie może jechać. Pani zrozpaczona, ale mężna, zostaje przy nim. Doktorzy nie mogą nic orzec przed trzema dniami“.
Pani Castelnau dołączyła słów kilka do tej depeszy: „Trzeba ukryć nieszczęście przed Angelą: doktor obawia się komplikacyj. Gorączka Edwarda się zmniejsza. Modlę się całą duszą. Gdybyś mogła przyłączyć się do nas, zdaje mi się, że Bóg oszczędziłby nam gorszych nieszczęść, które grożą“.
Modlić się nie umiałam. Zresztą, czyż nie będzie lepiej powołać do czynu moją inteligencyę?
Cóż ona mi mówiła? Że istniał sposób położenia kresu tej rzezi rodziny, a tym sposobem było przyjąć tego okropnego człowieka za małżonka. Tak, zapewne, był to pewny sposób. Lecz moja pokora znajdowała się jeszcze w kolebce. I spędzić całe życie pod władzą tego tyrana!
Czy można było aż tak wiele wymagać odemnie? Tak! tysiąc razy tak. Odłożyłam decyzyę do jutra i wydałam rozkaz nie przyjmowania wizyty przyjaciela don Luiza.
Nazajutrz byłam mizerna, szkaradna. Miałam w nocy najokropniejszą zmorę. Widziałam siebie, wychodzącą z merostwa i strzelającą do don Luiza, do mera i do posagu, który wykrzywiał się do mnie w merostwie; to znowu widziałam siebie przemienioną w murzynkę i zrywającą trzcinę cukrową pod grozą bata trzymanego przez dozorcę murzynów, którego rysy podobne były do rysów don Luiza.
Przez cały dzień siliłam się, aby napisać do don Luiza. Ale po cóż mam długo opisywać katusze tych godzin nieskończonych! Byłam sama jedna; żadnego przyjaciela, któryby mnie pocieszył, a przynajmniej chciał słuchać słów moich. Dość już cierpień wyrządziłam tym, którzy mnie kochali, nic więc dziwnego, że teraz oni zajęci byli wyłącznie własnemi zmartwieniami.
Nie śmiałam nawet posyłać po wiadomości do pani Castelnau. Cóż mnie tak pozbawiało mojej zwykłej odwagi? Czy to przypadkiem nie ten wróg tajny, to znaczy sentymentalizm, który zaczynał obejmować mnie w posiadanie!
Jeżeli nie miałam odwagi posyłać po wiadomości, oczekiwałam ich niecierpliwie; serce mocniej mi uderzało za każdym odgłosem dzwonka. Czyż nowa boleść ma uderzyć w te kochające serca.... i moje także! Dzień przeszedł bez żadnego wypadku.
Nazajutrz był to dzień moich przyjęć. Można się domyślać, że dotychczas bywałam otaczaną i uwielbianą. Tego piątku, nikogo, żadnych wizyt, z wyjątkiem kilku przelotnych odwiedzin, ludzi, nie zasługujących na uwagę.
Wytłumaczyłam sobie, że moje ubóstwo i niepowodzenie były znane całemu Paryżowi i że cały świat mnie opuszczał, wyśmiewał, pogardzał mną. Ta bezczelność społeczeństwa wzburzyła mnie. I ogarnęło mnie dawne, najbardziej wojownicze usposobienie. Walka o byt ukazała się znowu w całej chwale. Czyż nie byłam zawsze tak samo piękną, czarującą nawet, pełną sprytu, talentów? Czy to rzeczywiście prawda, że jestem taka uboga?
Myśl nie płacenia długów mego wuja ani przez głowę mi nie przeszła. Ale ten podstępny jurysta może umyślnie przesadził? W takim razie, jeżeli nic się nie zmieniło, po cóż ja mam się zmieniać i z królowej, którą byłam w społeczeństwie, stawać się sługą? Czyż nie miałam dowodów, że tylko ci, którzy dużo wymagają i egoiści otrzymują wszystko, czego sobie życzą, tak samo w rodzinie jak w społeczeństwie?
W sobotę, obudziłam się dobrze wypoczęta, bardzo odświeżona, olśniewająca i wojownicza. Pan de Roselle, który pojawił się kilkakrotnie w mojej wyobraźni, podczas tych dni burzliwych, ukazywał mi się już tylko jak szary punkcik na horyzoncie. Wyliczałam dla własnej przyjemności ludzi, którzy tej zimy zdawali się mnie uwielbiać.
Wybiła godzina dziesiąta. Kobieta, przysłonięta gęstym welonem weszła do pokoju. Podniosła welon. Nie mogłam powstrzymać lekkiego okrzyku: te powieki nabrzmiałe, usta spuchnięte, cera w plamki czerwone, te czarne obwódki pod oczami z żółtym odcieniem, włosy bezbarwne, oblicze zmięte, na którem paliły się oczy w gorączce, usta zaciśnięte kurczowo: wszystko to świadczyło o bezgranicznej rozpaczy, z którą walczyć niepodobna. Była to moja kochana matka.
Brakowało jej głosu; przerażała po prostu. Co mnie najbardziej uderzyło, że suknia jej była powalana błotem. Ona i nieporządek, ona i błoto! ona i plamy! Tak mi się to wydało sprzeczne z nią samą, takie nieprawdopodobne, że nie w świecie nie było nie w stanie więcej ździwić.
Weszła krokiem szybkim, jak ktoś kogo gonią, albo kto szuka przystani, obrony, i rzuca się na oślep. Nie jestem pewna, czy mnie widziała. Upadła na fotel, raptownym ruchem zdjęła z głowy kapelusz i odpięła płaszcz. Potem ukryła czoło w dłonie i wybuchnęła płaczem, takim płaczem, jakiego nigdy nie słyszałam, konwulsyjnem łkaniem, pomieszanem z jękiem i żałośnymi okrzykami.
Serce moje i głowa były tem mocno dotknięte. Zdaje mi się, że w tej chwili straciłam zimną krew, która mnie opuszczała zawsze, gdy chodziło o żarty, ale nigdy w wypadkach ważnych. Nie wiem sama, co jej powiedziałam, ale nic mi nie odrzekła.
Usunęłam się do jej kolan. Wzięłam łagodnie jedną z jej rąk i zatrzymałam w moich dłoniach. Nie starałam się ani wypytywać, ani pocieszać. Domyślałam się, że trzeba czekać, aż się nieco ukoi ta straszna rozpacz.
Muszę wyznać wszystko. Ta szalona rozpacz istoty tak panującej nad sobą, była bardziej jeszcze zdumiewająca, niż plamy i błoto na sukni tej wielkiej pani. Czyż ta rozpacz szalona mnie także groziła?
Nareszcie łkania stawały się mniej gwałtowne, pierś lżej się unosiła. Otarła oczy popatrzyła na mnie. Biedne jej oczy, pełne rozpaczy, odnalazły błysk zwykłej swojej serdeczności.
Pierwsze jej słowa były zadziwiające i o ile mi się zdaje, najlepiej malują głębię jej duszy delikatnej, cnotliwej i będącej w wiecznej walce z całkiem naturalnym egoizmem.
— Daję ci bardzo zły przykład, moje biedne dziecko. Mam nadzieję, że Bóg mnie za to nie ukarze. Walczę już blisko od dwudziestu czterech godzin. Jestem pokonana.
Dalsze słowa były jeszcze więcej niespodziewane. Zdaje mi się, że instynktownie pragnęła oddalić myśl od chwili obecnej, bredząc nieco. Spojrzała na mnie z przejmującą czułością.
— Tak, bardzo ciebie kochałam. Widziałam ciebie bez ojca i matki, prawie dzieckiem, a już wdową, bez żadnej podpory, z duszą tak prawą, z gruntu cnotliwą, z inteligencyą tak rozwiniętą i sercem tak szlachetnem a idącą ku ruinie tego wszystkiego, dzięki owemu nierozsądnemu wychowaniu, jakie otrzymałaś! Przywiązałam się do ciebie całem sercem i kochałam cię, jak moje córki, jak moje dziecko rodzone.
Wiedziałam o tem dobrze. Objęłam jej szyję ramionami, jak gdybym była dzieckiem; okryłam pocałunkami jej powieki i czoło, pieściłam i głaskałam jej włosy, a w głębi serca miałam myśl prawdziwie niemowlęcą. Chciałam jej powiedzieć:
— Kochana matko, nie płacz, będę już bardzo grzeczna.
Fala rozpaczy wróciła, matka rzekła przyspieszonym tonem:
— Przebacz mi. Pozwól mi płakać. Po to tutaj przyszłam.
Usiadłam przy niej, prawie naprzeciw.
Zamknęłam oczy przez instynkt delikatności, aby jej nie przeszkadzać płakać swobodnie i nie wyglądać, jakbym chciała śledzić jej boleść. Ja także myślałam:
To prawda, że ona kochała mnie, jak tylko matka kochać umie, i że bardzo często w jej oczach, myślach, widziałam mniej może poufałości, lecz nie mniej uczucia, jak dla własnych córek.
One zaś kochały mnie, szczególnie Angela, także serdecznie, ale z większą już rezerwą. Ona, matka, nie zdawała się nigdy myśleć o sobie. Tam nawet, gdzie o całe szczęście jej chodziło, moje szczęście na pierwszym postawiła planie.
Z wielkim wysiłkiem otrząsnęła się znowu z bolesnego przygnębienia.
— Tylko tutaj mogę się wypłakać — rzekła mi głosem miękkim, który mnie przenikał i także rozrzewniał, — a czując, że już nie mogę się wstrzymać, przybiegłam tutaj jak szalona.
— Lecz, matko kochana — zapytałam z wahaniem — nie powiedziałaś mi, co się stało?
Zacisnęła czoło dłonią.
— Czyż nie wiesz? To prawda. Jestem rzeczywiście winną, że się tak poddaję.
Załamała ręce konwulsyjnie i ciągnęła dalej spokojniejszym głosem, ale bardzo szybko:
— Pan de Ciudad obraził wczoraj pana Castelnau, gdy wychodzili z senatu. Znasz go, jaki jest dumny i jak dba o opinię publiczną. Chociaż pojedynek sprzeciwia się jego zasadom i niedorzecznym mu się zdaje, nie zawahał się. On umie się wprawdzie bić, ale tamten, to pierwszorzędna siła, zabije go! Do tej chwili od samego rana toczą się układy. Mają jechać dziś wieczorem, sama nie wiem gdzie. Walczę od wczoraj, walczyłam całą noc, aby ukryć moją rozpacz i łzy powstrzymać. Nie chciałam ani go zasmucać, ani osłabiać jego odwagi. Nie mogłam, już nie mogłam! Ach! jakże gorąco się modliłam. Ale to mnie nie uspokoiło. Nie mogłam pójść do Angeli. nie powinna o niczem wiedzieć. Czyż ona także nie jest śmiertelnie zagrożona i Albertyna i Edward, i Norbert! Biegałam od jednego kościoła do drugiego. Ile czasu upłynęło? Nie wiem; zachowywałam się skandalicznie! Gdzie iść? Przybiegłam tutaj.
Łzy jej płynęły zawsze tak obficie, może z większą łatwością. Wzięła mnie za ręce, przyciągnęła do siebie, myślałam że weźmie mnie na kolana. Z anielską słodyczą zatonęła wzrokiem w moich oczach.
— Widzisz, gdyby chodziło tylko o śmierć, ach! mogłabym się pocieszyć. Wiesz dobrze, iż nie żyję dla tego świata i myślę ciągle o przyszłym. Wolałabym była go nie poślubiać! Ale chciałam żyć przy nim ciągle, zawsze; i wychodziłam za mąż nietylko na tych kilka lat ciężkiego istnienia, jakie mamy na tym świecie, ale, aby żyć z nim przez całą wieczność.
Porwała mnie za ręce ruchem gwałtownym.
— Czy rozumiesz teraz? Bo pojedynek dla nas, chrześcian, jest zbrodnią, a jeżeli zostanie zabity spełniając tę zbrodnię, jesteśmy rozłączeni na zawsze!
Oczy jej wyrażały w tej chwili takie przerażenie, że byłam zmuszona przymknąć powieki. Opuściła znowu czoło na dłonie i długo tak milcząc siedziała.
Ja, myślałam, marzyłam, serce moje było na wskroś przeniknione; nie było ani jednego zakątka, w którymby rzewne uczucie niepodzielnie nie panowało. To prawda, że ona kochała mnie niezmierzoną miłością.
Z biegiem myśli łatwych do zrozumienia, wspomnienie o moim wuju tak kochaJącym, przyłączyło się do myśli o tej kochającej matce. Czego on mi z siebie nie dawal, on także! a jakże się im wypłaciłam!
Uczułam w sercu rodzaj próżni i jak się mam wyrazić? jakby pogardę dla siebie samej. Ujrzałam w całej pełni swój egoizm, dziecinny despotyzm, swoje uparte wymagania i nieustanne ofiary, których wymagałam od innych na swoją korzyść.
Wypowiadam to wszystko sucho, po prostu, tak, jak mi te myśli napływały do głowy. Otrzymałam ostatni cios.
Kochana matka nie czyniła mi żadnego wyrzutu. Słysząc ją, niktby się nie domyślał, że to ja przyczyniłam się w czemkolwiek do tej katastrofy; a tymczasem ja byłam jedyną jej przyczyną.
Ta wspaniałomyślność, ta delikatność, do ziemi mnie przygniotły.
Zastanowiłam się chwilę. Nie trwało to długo. Wiedziałam, że w tej minucie decyduję o całej mojej przyszłości.
— Moja matko — rzekłam poważnie — pociesz się, nie się nie stanie. Jestem pokonana. Poddaję się. Napiszę do pana de Ciudad, że przyjmuję go, że go zaślubię!
Wyprostowała się.
— Tybyś to uczyniła?
— Już się stało — odrzekłam, zbliżając się do stołu, na którym stał kałamarz.
— Pozwól mi zastanowić się chwilę, kochana córko, mam umysł zmącony.
Podała mi obie ręce i kilka minut pozostała w zamyśleniu.
— Nie przyjęłabym tej ofiary za nic, gdybym nie wiedziała, że pan de Ciudad wart jest więcej, daleko więcej niż się nam zdaje w tej chwili. Jest doprowadzony do ostateczności. Był traktowany z początku lekko, następnie ostro, a to może służyć za wymówkę człowiekowi z subtelnem poczuciem honoru.
Znowu się zawahała.
— Poczekaj jeszcze! poczekaj, poczekaj! Trzeba się dowiedzieć, czy ofiara przyda się na co. Nie czyń nic, póki nie otrzymasz odemnie słówka na piśmie, lub mojej wizyty.
Wycałowawszy mnie z gwałtownością, która poruszyła mnie do głębi duszy, odeszła.
Może kto myśleć, że zdziecinniałam. Ale przez całą następującą godzinę nie myślałam ani o postanowieniu, które powzięłam, ani o don Luizie, ani o mojem ubóstwie, trochę tylko o panu de Roselle, a prawie ciągle o szczytności mego poświęcenia. Byłam dumna z siebie samej i szczęśliwa, że mogłam wyrządzić tę wielką radość mojej teściowej.
W dwie godziny później otrzymałam od niej następujący list, prawie nieczytelny:
„Nie mam siły pójść do ciebie moje dziecko. Tak, ty jesteś naprawdę mojem dzieckiem. Wszystkie ofiary nadaremne. Pan Castelnau czułby się zhańbiony; „tak samo, mówi, jak gdyby uprzedził żandarmeryę“. Prawie gniewał się na mnie, że byłam u ciebie. Oto już pojechał. Przysięgał mi, że ma pewność, iż wróci. Niestety! tamten jest bardzo zręczny i zażarty. A jeżeli p. Castelnau wróci dzisiaj, kto wie, czy wróci następnym razem! Podobno bowiem don Luiz zamierza ponawiać pojedynki aż do skutku. Nie przychodź do mnie; zamykam się w klasztorze, aby się modlić bez wytchnienia, aż do jego powrotu. Do jutra! mój Boże, do jutra! Udziel mi, Boże, rezygnacyi!“
Ten list wydał mi się niewdzięczny i.... irytujący. Jakto, więc taka była moja cała nagroda? Ani słowa wdzięczności ze strony pana Castelnau, który, miałam nadzieję — muszę się przyznać do tego — będzie się zachwycał mojem bohaterstwem. A on miał może żal do mnie, tak samo, jak do żony. Ona zaś nie pozwalała mi się odwiedzić!
Jeżeli tylko tyle miałam się spodziewać na drodze bohaterstwa, którą sobie wytknęłam, to nie było zachęcające. Jednakże, byłam zdecydowana. Całe to popołudnie spedziłam na ćwiczeniu się w duchu poświęcenia.
Ostatecznie, tryb życia, który wiodłam, był nie do zniesienia. Byłam jakby ciągle na huśtawce. Trzeba było z tem skończyć, albo rozkazać zamordować don Luiza, albo go poślubić.
We wtorek, w ciągu dnia, otrzymałam słówko od pani Castelnau.
„Wrócił, ranny lekko w prawą dłoń. Dziękowałabym Bogu, gdyby don Luiz nie wyrzekł okrutnym tonem: — Do widzenia! — Ani słowa Angeli i Albertynie“.
To „do widzenia“ rozproszyło ostatnie moje wahania. Napisałam do pana de Ciudad, że oczekuję na niego jutro.
Byłam olśniewająca, nazajutrz. Gruba żałoba cudownie była mi do twarzy, jak wszystkim osobom dobrze zbudowanym, a moje włosy połyskujące, czarne, usta silnie czerwone i źrenice ciemno-błękitne, uwydatniały się przy matowej barwie czarnej krepy. Moja suknia tym razem jeszcze pochodziła z pracowni Wortha; było to ostatnie szaleństwo, ostatnia ofiara, którą czyniłam muzom tualety.
W godzinie, którą oznaczyłam, zadzwoniono do drzwi. To był on z pewnością.
Moje serce nie uderzało silniej. Można było widzieć we mnie wiele błędów, ale przynajmniej jestem stanowcza. Była to pierwsza ofiara uczyniona przezemnie dla bliźniego. Zdawało mi się cudem, że odczuwam w tem pewne zadowolenie. Doprawdy, byłabym w to nie uwierzyła, a jednak tak było istotnie.
Wszedł. Był wyniosły tak samo, jak ja i tak samo zimny. We dwoje, moglibyśmy pokryć krater Etny wiecznym śniegiem. Był pełen dumnej godności, bynajmniej jednak nie impertynencki.
Ukłonił mi się z największym szacunkiem. Stałam, nie chcąc go prosić, aby usiadł.
— Jak długo jeszcze będzie trwać ta rzeź? — spytałam nagle.
Uczynił ruch ramionami, oznaczający, że to nie od niego zależało, i że to będzie trwać tak długo, jak zechcę. Zdaje mi się, że gdybym była miała w ręku rewolwer.... W gruncie rzeczy, ciężko było dawać pozór, że się sprzedaję ze strachu. A więc dopiął swego i byłam jego niewolnica, związaną na całe życie!...
Nastąpiła chwila dręczącego niepokoju... Raz jeszcze powtarzam, nie chcę nic ukrywać! Czy jeszcze się mam opierać? czy pozwolę pozabijać jedynych ludzi, którzy mnie na świecie kochali?
Zadzwoniono po raz drugi. Serce mi zadrżało, czy byłby to pan de Roselle? On, jestem pewna, że uratowałby mnie, uratowałby nas wszystkich! Była to myśl szalona... Nikt nie wszedł.
— Panie — rzekłam głosem, który przynajmniej pozostał spokojny — poddaję się, zgadzam, jestem pokonana. Pójdę do merostwa i do kościoła w dniu, który raczysz pan wyznaczyć. Ile tygodni udziela mi pan zwłoki z powodu mojej żałoby?
Mówiłam przed chwilą o wiecznych śniegach. Niechaj sobie kto wyobrazi podmuch wiatru z krainy wróżek, usuwający nagle wszystek śnieg i odkrywający natomiast wspaniały kobierzec zieleni pełen kwiatów! A jednak tak było. Nigdy nie wierzyłam w możliwość tak szybkiej zmiany wyrazu. Oblicze don Luiza wyrażało już nic więcej, prócz kurtuazyi, uprzejmości, szacunku.
Ukłonił mi się tak nisko, że myślałam, iż uderzy czołem o ziemię.
— Ach! pani — zawołał. — To wystarcza, aż nadto wystarcza. Pani mnie zawstydza, pani mnie źle zrozumiała. Błagam, niechaj pani pomyśli, że tu tylko mój honor przemawiał. Nie zna ten szlachcica hiszpańskiego, kto mniema, że on byłby zdolny zdobywać gwałtem względy damy. Mogłem wymówić w gniewie słowa, których żałuję i które chciałbym zatrzeć za cenę krwi własnej. Ten gniew był słuszny. Nie mogłem za żadną cenę dać pozoru, że chciałem sprzedać swoje nazwisko i osobę. Nie mogłem za żadną cenę pozwolić, żeby myślano, iż się niegodnie przechwalałem, oznajmiając wszędzie, że pani raczyła przyznać mi oficyalnie swą rękę. Gdy mi pani zaprzeczyła, dotknęła mnie pani w mojej prawdomowności i godności, która należy nie tylko do mnie, ale do wszystkich noszących mojo nazwisko w przyszłości, jak i w przeszłości. Raczyła pani zniżyć swoją dumę wobec mojej słusznej sprawy. I oto ja jestem pokonany. Przyjaciele pani potępili mnie. Musiałem ich za to ukarać. Jestem gotów obecnie uznać, że nie mogli postąpić inaczej, tak samo, jak ja, nie mogłem uczynić inaczej, tylko wziąć odwet.
— Jesteś pan bardzo wymowny — rzekłam zawsze z wielką oschłością. — I jakiż wniosek pan z tego wyciąga?
— Jaki wniosek? — odrzekł tym samym uprzejmym tonem. Zdaje mi się, że już pani powiedziałem. Odzyskuje pani swoją wolność. A jako najwyższą łaskę, racz pozwolić, abym dodał, że moja miłość dla niej była szczera. Nie zmniejszyła się i teraz bynajmniej. Czyż to rzeczywiście prawda, że pani nigdy mi nie sprzyjała, chociaż upowaźniłaś mnie do nadziei, że wkrótce zostanę twoim małżonkiem? Ach! błagam panią, pozwól mi myśleć, że to tylko także gniew przemawiał w ten sposób przez usta pani! Czyż nie możnaby mieć nadziei, że kiedyś....
— Nigdy — odrzekłam zimno. — Moje serce nie jest z tych, które się zdobywa przestrachem. Nie kochającą żoną, lecz niewolnicą byłabym dla pana. Uznając niegodziwość swego postępowania, odzyskujesz pan nieco mego szacunku. Oto wszystko i raz na zawsze.
Miał rzeczywiście minę zgnębioną. Może naprawdę szczerze mnie kochał. Ale nie byłam wstanie ocenić sprawiedliwie, ile dzikiej wielkości mieściło się w tej szalonej dumie hiszpańskiej.
Ukłoniłam mu się, dając mu znak, że chciałabym, aby mnie pożegnał. Wahał się, pragnąc, o ile mi się zdawało, spróbować mnie wzruszyć, bo nadto był dobrze wychowany, aby mi jeszcze grozić.
— A co byłoby nastąpiło, gdybym nie była uległa? — zapytałam.
— Bardzo możliwe — odrzekł z uprzejmym uśmiechem — żebym był stracił życie. Nie omieszkałbym zapewne, prędzej czy później, spotkać się ze szpadą zręczniejszą od mojej.
— Czy pan wie, że miałam ochotę pana zamordować?
— Miała pani do tego zupełne prawo — odrzekł z powagą.
— Albo przynajmniej, zapłacić siepaka, żeby uwolnił moich przyjaciół od pana?
— Było to nawet pani obowiązkiem.
I rzekłszy to pożegnał mnie nareszcie.
Pospieszyłam udzielić moim przyjaciołom wiadomości o tem rozwiązaniu sprawy.
Przypuszczałam, że godząc się na pozostanie w niewoli przez całe życie, dla oswobodzenia innych od strapień, zasłużyłam na podziękowanie. Ale droga rozsądku i poświęcenia, coraz trudniejszą się stawała.
Owi trzej panowie wyobrazili sobie, że ich obraziłam, stając pomiędzy nimi, a ich wrogiem. Albertyna otwarcie mi napisała, że takie było przekonanie jej męża. Angela, zawsze chora i nerwowa, zdawała się obawiać moich odwiedzin. Kochana matka nie bawiła się w żadne subtelności. Była szczerze zadowolona. Przyklaskiwała memu postępowaniu, ale sama tylko. Nie ukrywała przedemną, że pan Castelnau niechętnie by mnie widział.
Przekonałam się z radością, że organizacye ludzkie, nawet najbardziej udoskonalone, nie są bez wad; i że nie ja sama byłam próżna i samolubna. To śmieszne, ale mi to dodało odwagi.
Spełniłam wreszcie czyn heroiczny, przed którym cofałam się od dni dziesięciu. Wsiadłam do omnibusu! Ach! jakże są ciężkie początki życia w ubóstwie i ileż cierpiałam w towarzystwie tych podróżnych, którzy mnie dotykali, często brutalnych, śmiesznych, lub... nie pachnących! Przez kilka dni ćwiczyłam się w ten sposób; zdawało mi się, że oszaleję!
Moja matka radziła mi, żebym pojechała rozpatrzyć z p. Desosteux moje interesy, o których pojęcia nie miałam.
Wysłałam już była naprzód do Liembrune srebro i klejnoty, pod pieczą Wincentego i Peretki. Byłam z tego teraz niezadowolona. Z taką łatwością biegłam po drodze poświęceń i taka ogarnęła mnie pasya płacenia długów, że i to byłabym sprzedała.
Cała reszta, pałac, meble, miały być wystawione na licytacyę w tydzień po moim wyjeździe.
Porozsyłałam bilety z pożegnaniem. Kochana matka przybyła mnie pożegnać. Ona jedyna! A trzy miesiące temu, miałam setki przyjaciół, którzy rozrywali sobie moje zaproszenia! To opuszczenie nie sprawiło mi takiej goryczy, jak się spodziewałam. Byłam po prostu upojona rozsądkiem; a Tonton utrzymywał nieraz, że ludzie pijani nie odczuwają zadawanych ciosów.
Wybrałam się więc do Liembrune, a w tej podróży ścigała mnie nieustannie maksyma wygłoszona niegdyś przez pana de Roselle, a która zdawała mi się wówczas równie, jak on, wstrętna: „Egoizm pociąga z konieczności w następstwie osamotnienie; przychodzi zawsze chwila, w której ludzie samowolni, dokuczliwi i despotyczni, wyczerpują nadużyciami swemi cierpliwość innych i pozostają w opuszczeniu“.
Tak więc, jak gdyby w towarzystwie siedmiu Mędrców greckich, przybyłam do Liembrune o 7 wieczorem dnia 5 marca, w sam dzień zapustnego wtorku.
Znalazłam nowy sposób zwalczania i zwyciężania ubóstwa. Otworzę kurs wykładów o Nudzie. Jestem dyplomowaną doktorką w tym przedmiocie, a bardzo szybko zdobyłam ten stopień. Nikt się nie będzie temu dziwił, jeżeli się zastanowi, że przez cały miesiąc nie miałam żadnej innej rozrywki, prócz towarzystwa pana Desosteux.
I jeszcze, gdyby był pozostał tym samym dzikiem z gór Ardeńskich, mógłby dodać ognia memu złemu charakterowi i nudy byłyby się choć na chwilę rozproszyły. Ale nie. Najprzód, nie posiadam już charakteru, ani dobrego, ani złego.
Wuj mi opowiadał w chwilach, gdy Berezyna i most słynny przychodziły mu na myśl, o parze młodych małżonków, których pewien car rossyjski kazał zamurować w pałacu lodowym. Pułkownik rozczulał się nad tymi młodymi małżonkami. Kochany Tonton! jakżeby on nademną się rozczulał! To ja byłam zamurowana w pałacu lodowym; moje serce było zamarznięte, myśli także i pozostawało mi tylko tyle ciepła w mózgu, abym mogła widzieć rodzaj sztywnego widma, które chodziło, mówiło, myślało za mnie. Nie byłam już Izabelą, byłam lunatyczką — cieniem Izabeli.
Pan Desosteux, mój towarzysz z lodu, zatracił ową dzikość, która była jego wdziękiem. Nie ma już grzywy, nie ma kłów, nie ma nastroszonej szerści, ani siły w racicach. Kochał mnie jak pradziadek. Zastępował Tontona, jak stary niedołęga, jak figurka z kartonu. On także uległ „czarowi“, temu czarowi, któremu nikt z tych, co mnie otaczali, oprzeć się nie zdołał.
Pan Desosteux zajmował się moimi interesami z pasyą psa myśliwskiego. Spędzał całe popołudnia w Liembrune, a całe wieczory na spisywaniu cyfr w kolumnach, które wypełniłyby całą kolumnę de Juillet w Paryżu, na pisaniu listów, telegramów, wyprawianiu posłów, którzy mieli dodawać ostrogi paryskiemu juryście.
Po tem wszystkiem przyjechał mi oznajinić z tragiczną fizyognomią, że długi pułkownika, oprócz 1,200.000 franków, które mnie obciążały — (lubił w ten sposób się wyrażać) — wynosiły jeszcze 1,100.000 franków. Zacny wujaszek, aby zadowolić wszystkie moje kosztowne fantazye i zwiększyć mój osobisty majątek, całkiem się zrujnował.
Pan Desostenx nadmieniał, że nie było to postępowanie światłego ekonomisty. To mnie gniewało. Cóż w tem złego, mówiłam łagodnie, gdy człowiek sam straci swój majętek, byle nie stracił majątku drugich!
Dawniej, podobna teorya byłaby pana Desosteux pobudziła do walki, obecnie, wszystko, co tylko powiedziałam, potęgowało jego zachwyt i poświęcenie.
— Panie Dasosteux, błagam pana, rozgniewaj się! — prosiłam czasami.
Uśmiechał się tylko czule, ukazując mi jedyny swój żółty ząb. Aby ukryć radość, jaką mu ta moja prośba sprawiała, wyciągał ohydną swoją tabakierę z jakimś portretem na wierzchu i przerażającą chustką w żółte kraty. Nawet ta chustka i ta tabakiera, nawet ten portret i zażywanie tabaki, którą zdawał się zapychać do samych oczu, mnie nie gniewały.
Gdybym przynajmniej posiadała chciwą duszę. owe kolumny cyfr byłyby mnie może wzruszały, a to wzruszenie byłoby stopiło lód, otaczający mnie dokoła; ale co mnie obchodziły te wszystkie cyfry! Zadecydowałam, co następuje: Oddam wszystko, co posiadam, a potem będę jadła suchy chleb i nosiła ten sam kapelusz przez sześć miesięcy w roku. Tak, byłam zdecydowana! Cieszyłam się nawet, wyobrażając sobie minę pana de Roselle, gdy mnie spotka w kapeluszu kupionym w bazarze!
Ta lodowata nuda czyniła mnie zupełnie uległą radon tego notaryusza pradziadka. Podpisywałam wszystko co chciał, pisałam, co sobie życzył, wykonywałam wszystko, co za rozsądne uznawał.
W ciągu miesiąca lutego odprawiłam w Paryżu tak samo jak w Liembrune około tuzina pasożytów, którzy nazywają się służbą, posprzedawałam powozy, konie, psy, odprawiłam dozorców i dojeżdżaczy. Zachowałam chwilowo jeden powozik i konia do zaprzęgu, a przytem Nedii, która stanowczo mnie prosiła wielkiemi swojemi wymownemi oczami, abym nigdy z nią się nie rozłączała. Obiecałam to jej, chociaż zawadzała mi trochę. Nie mogłam jej przecież umieścić w mieszkaniu na piątem piętrze przy ulicy Varennes i przewidywałam, że mnie zniewoli do wyjazdu do Ameryki.
Pozostawiłam przy sobie, także chwilowo, Finetkę i Peretkę, starą kucharkę, Wincentego i sapera, którzy byli tacy sami jak Nedii, błagali mnie, kobiety nawet ze łzami, żebym ich zachowała przy sobie.
Nie widziałam również sposobu, w jaki będę mogła rozmieścić ich na piątem piętrze, o którem mówiłam, albo jak ich zabrać do Ameryki. Nic więc im nie obiecywałam. Źle mówię „im“, bo saper do tego nie należał. Zadecydował w głupiej swej głowie, że mnie nie opuści, czy zechcę czy nie.
Z wyjątkiem jego, wysłałam wszystkich naprzód, żeby zaprowadzili jaki taki porządek w zamku.
Opuściłam Paryż, jak mówiłam, 5 marca. Po raz pierwszy w życiu podróżowałam drugą klasą. Wydało mi się to nad wyraz ponure. Byłam sama jedna przez cały czas podróży. Wkrótce zmarzłam, pomimo moich futer.
Był to tłusty wtorek, jak także już wspomniałam. Na dworcach kolejowych widać było wielkie ożywienie. Wszyscy ci wieśniacy lub mieszczanie brodzili w śniegu, śmiejąc się, krzycząc i śpiewając, jak gdyby żadnych bankructw na świecie nie było.
Przybyłam do Samer już o zmroku. Zimno było jak nigdy. Ujrzałam najprzód Wincentego a potem długi, bardzo czerwony nos pana Desosteux. P. Desosteux chciał mi towarzyszyć aż do Liembrune. Odesłałam go, żeby w domu kłapał zębami.
Gdzie się podziały czasy, kiedy to pięciu lub sześciu służących i około dziesięciu niecierpliwych przyjaciół oczekiwało na mnie!
Wincenty zostawił mi nie najgorszego konia. Jechaliśmy jednakże powoli. Wszystko było białe w około mnie, ową błękitnawą białością śniegu oświeconego blaskiem księżyca, co nasuwa wspomnienie cmentarza. Wzdłuż drogi kilka domów, które zdawały się patrzeć z poważnym smutkiem, gdym przejeżdżała, znikało wnet po za mną; kilka szyb oświetlonych; czerwono połyskująca kuźnia, pomimo świętowania; karczma, z której słyszeć się dawały śpiewy; i oto jestem w Liembrune!
Teraz to z większą jeszcze słusznością mogę powiedzieć: „Gdzie się te czasy podziały? Dawniej zamek był cały oświetlony; peron, westybul, pełne tych istot, których praca, usługi oddawane lub pożądane, tradycyonalne pieczeniarstwo, przywiązują do każdego możnego domu wiejskiego; służba wybiega, na dziedzińcu psy szczekają, ze stajen słychać rżenie koni! Dzisiaj, cisza!
Trzy punkty świetlane zaznaczają się tylko na tej długiej fasadzie. Oto niepewne, migotliwe światełko w oknach kuchni; nikły blask, jakby świecy, po za oknami mniejszej sali jadalnej; a na progu, Peretka, wznosząca zapaloną latarnię po nad głowę! A przecież, moje serce doznaje małego, bardzo nieznacznego wstrząśnienia radości: na pierwszem piętrze, trzy okna mego salonu goreją jasnym blaskiem!
Jednakże, nie chciałam tam wejść, dopóki nie wstąpiłam na chwilę do pokoju wuja. Było tam straszliwie zimno. Łzy marzły na mojej twarzy, bo teraz umiałam już płakać. Ale na nieszczęście, prawie nigdy nie chciałam płakać, chociaż łzy, zarówno jak nadzieja, są najpotężniejszem lekarstwem na nudy.
Zanim weszłam na górę, do siebie, zapragnęłam popatrzeć na dziedziniec, całkowicie tonący w ciemnościach. Wieże wydawały się ponure. Niowiem co za szaleństwo przyszło mi do głowy, ale zdawało mi się, że te wieże tryumfują, widząc w ruinie majątkowej tych Bourgongnonów, którzy się ośmielili osiedlić tutaj po książętach Luksemburskich, niegdyś panach na Liembrune.
Przyjazd mój stał się wypadkiem dnia w departamencie. Ruina najbogatszego z właścicieli ziemskich w okolicy, upokorzenie najdumniejszej damy w tym okręgu, były to fakty, które mogły zadziwić i rozradować ludzi. Nie gniewało mnie to. Jeżeli lubiłam zwyciężać w walce o byt i przyciągać wszystko do siebie, głupią nigdy nie byłam. Pojmowałam radość, z jaką przecierali sobie oczy biedacy, których olśniewałam; a jeżeli ludzie, na których nie raczyłam patrzeć, stojąc na wyżynach, rzucają na mnie kamieniem, aby ściągnąć moją uwagę teraz, gdy jestem na dole, przyznaję im słuszność i uczyniłabym tak samo na ich miejscu.
Wgniotłam się w samotność i w tem całe szczęście, żem to zrobiła z własnej woli. Nikt nie czynił wysiłków, aby mnie z tej samotności wyciągnąć.
Tylko co nadmieniłam, że byłam nadto bogata, nadto lekceważąca, niedostępna, wyłączna to też opuścili mnie prawie wszyscy bogaci burżuje i obywatele tej prowincyi. Zjawiło się kilku ciekawych, kilka miłosiernych osób, wiele ze świata maluczkich, bo dla nich byliśmy zawsze wspaniałomyślni.
Nie przyjmowałam nikogo, do czego gruba żałoba mnie upoważniała, a zresztą pokazywałam zęby i pięści całemu rodzajowi ludzkiemu.
Nadsyłano mi mnóstwo biletów wizytowych, ale biletu pana de Roselle nie było w tym tłumie.
Jak mój czas spędzałam? Zajmowałam się tem tylko, aby być piękną. Dla kogo? Dla siebie samej. Nie widywałam innej ludzkiej twarzy prócz tej, na którą patrzyłam w źwierciadle.
Nie oczekiwałam nikogo; tak mi się zdaje przynajmniej. Pragnęłam rozkoszować się moją urodą, zanim popadnę w całkowitą nędzę.
Spędziwszy kilka godzin przed tualetą, spozierałam na moje sztalugi, na fortepian; ale ani malowałam, ani grałam. Bo i po co? Za to czytywałam wszystko, nawet romanse. Resztę czasu spędzałam na czekaniu na pana Desosteux. Na to zeszłam.
Wielka jego rudawa teka, obrzydliwa tabaka i szeregi cyfr, stanowiły katastrofe dnia. Nie słuchałam tych rachunków, nie patrzyłam ani na niego, ani na jego portfel, ten przybytek strasznych szpargałów. A przecież, jego wizyta była wypadkiem, jedynym wypadkiem życia wice-hrabiny d’ Hervelinghem!
Gdy nie przyjeżdżał, miałam inną rozrywkę: patrzyłam na padający śnieg całemi godzinami, myśląc — o czem? jedynie o tem, że patrzę na śnieg.
Czy czego żałowałam? Czy pragnęłam czego? Czy o czem marzyłam? Czy przeklinałam kogoś, lub los mój? Nie myślałam o tem. Byłam bardzo dobra dla małego światka, który mnie otaczał. Byłam nią mimowoli, z tego samego powodu, dla którego nie przeklinałam, nie żałowałam i nie czekałam na nikogo.
Byłam martwa. Wiedziałam o tem i nie wydawało mi się to dziwne. Nie byłam chora. Nigdy jeszcze nie czułam się taka silna i żwawa; a ponieważ nie jestem wybredna, dodaję, że nigdy nie miałam lepszego snu i apetytu.
To życie, które pan de Roselle nazwałby niewątpliwie marną wegetacyą, byłoby bardzo przyjemne dla kogoś, ktoby nie doznawał owej głupiej choroby zwanej nudą.
Czyż wszystkiego byłam pozbawiona? Kochana matka mnie nie opuściła. Listy jej przychodziły bardzo regularnie. Zdaje mi się, że były rozsądne i bardzo czułe. Przerzucałam je z roztargnieniem.
Angela i Albertyna szybko zapomniały swoich uraz do mnie. Angela wróciła mi swoją serdeczność, Albertyna szacunek. Trzej mężowie jeszcze się opierali. Nie mogli się pozbyć myśli, że byłam milutką klęską dla rodzaju ludzkiego wogóle, a dla ich żon w szczególności.
Otóż, ciężko mi to wyznać, ale w tym dziwnym miesiącu marcu, nawet serdeczność pani Castelnau była mi obojętna: jest to największa zbrodnia, jaką w życiu popełniłam, i żadna kara za nią nie wydawałaby mi się za wielka.
Miewałam jednakże niektóre przyjemne chwile, czując zadowolenie, że siedzę przy dobrym ogniu na kominku, gdy był taki mróz, że aż kamienie prawie pękały i będąc pod dachem, gdy na dworze deszcz lał strumieniami.
Bardzo często, gdy mój mały światek do snu się ułożył i nie było już żadnego ludzkiego odgłosu w około mnie, wychodziłam z mego milutkiego saloniku przez jedne z drzwi parapetowych na balkon. Jak wiadomo, balkon ten wychodził na dolinę i miał obszerny widok na kilka mil wokoło.
Stawałam tam, patrząc na olbrzymie morze śniegu ponurej bladości, pod bladem i ponurem światłem z nieba. Gwiazdy błyszczały w części nie oświetlonej księżycem i migały, jakby się wykrzywiając z obumarłej ziemi. Czasami jedna z nich się odrywała, lecąc prosto ku mnie. Żadnych odgłosów ludzkich! Moje spojrzenia przesuwały się z bladych wzgórz na szarą dolinę, zatrzymując się na kilku czarnych plamach na drzewach ogołoconych z liści, lub drzemiących chałupach. Spojrzenia moje daremnie szukały na tej przestrzeni choć jednego z tych świateł, które widziałam tyle razy rozweselające te pustkę w czasie ubiegłej wiosny.
Słuchałam, prawie nie oddychając, czy jaki okrzyk, lub szczekanie, albo przynajmniej krakanie puszczyka nie zaznaczy, że nie jestem jedyną istotą żyjącą wśród tej nekropolii wsi i osad. Nie! samotność tak wielka i ciemna, tak lodowata, jak ta, z której życie moje było utkane! A kiedy już bylam na pół zamarzła, kiedy wszystkie moje myśli, wszystkie porywy wyobraźni, zlodowaciały pod wrażeniem bezlitośnej pustki, a zmysły zamarły wśród zimna, wracałam do salonu, ciepłego i równie wykwintnego, jak za czasów mojej świetności, do olśniewającej lampy i wesołego ogniska na kominku; zwijałam się w kłębek w tem cieple i świetle, w wonnej i błyskotliwej samotności. Odczytywałam wtedy listy kochanej matki, myślałam o ukochanym wuju, mózg wracał do równowagi. Gdybym była mogła płakać w takich chwilach! Lecz drogi dar łez trwał czas nie długi i znowu go utraciłam.
W ostatnich dniach marca pan Desosteux nie pojawiał się wcale. Stanowczo mi go brakowało.
W nieobecności jego rozrywką były mi burzo, na które poszłam patrzeć z bliska na wysokości starych wież. Nastała bowiem odwilź, a z nią wiosna. Ale już raz opisywałam ten piękny kwiecień.
Rok tylko minął, a ileż to przewrotów od tego czasu! Świeża trawa wydaje mi się bezbarwna, jak śnieg.
Dnia pewnego — czemuż go nie określam bliżej? Wiem przecież dobrze, jaki to był dzień. Było to 6 kwietnia. Przejechałam się na Nedji dość daleko. Wróciwszy do domu, zastałam bilet pana de Roselle. Osobiście go złożył, ale nawet nie zapytał, czy jestem w domu.
Dawniej, byłabym wpadła we wściekłość. Tym razem, musiałam się zarumienić, bo oczy Peretki były zwrócone na mnie z serdecznością psa przywiązanego; widziałam, że błyszczały i powiedziałam jej, niech sobie idzie gdzieindziej myśleć o Wincentym.
Od tego dnia próbowałam interesować się pierwiosnkami. Pan Desosteux przerwał mi tę rozrywkę. Wrócił z Paryża. Był cały świecący, źrenice próbowały połyskiwać, w ręku miał tabakierę dwa razy większą niż zwykle.
Ujrzawszy mnie, otarł sobie oczy chustką całkiem czerwoną.
— Nie męcz pan tej bawełnianej szmatki, która puszcza farbę. Podobny pan jesteś do maku. Niczego od losu spodziewać się już nie mogę, chyba, że mi pan oznajmi, że wujaszek zmartwychwstał.
Potrząsnał chustką jak sztandarem, z którego posypał się deszcz czarnych grudek.
Był taki wzruszony, że mówić nie mógł.
— Moje kochane dziecko, pozwól mi tak się nazwać....
Było mi to obojętne. Stałam się teraz tak łagodna, że nic nie odpowiedziałam.
— Opatrzność nam pobłogosławiła.
Wybuchnął kaniem.
— Honor mego starego przyjaciela ocalony. Wszystkie długi — umniejszałem trochę przed panią — wynoszące 2 miliony 500.000 franków, zapłacone całkowicie bez udawania się o pomoc do Hervelinghemów. A nawet, a nawet....
Znowu zaszlochał.
— Pozostaje pani Liembrune....
Usiadł ciężko i dodał:
— I nadzieje....
Tkwił we mnie rodzaj szału, szału nieczułości, upartego buntu rozpieszczonego dziecka, które kułaczki pokazuje nadto dobrym rodzicom i drwi sobie tak samo z kary, jak i wszelkiej nagrody. Podziękowałam z całym spokojem zacnemu człowiekowi, wyczerpanemu zmęczeniem, którego podtrzymywała przedewszystkiem nadzieja, że sprawi mi wielką radość.
Ta oziębłość go rozgniewała. Zapomniał na chwile o ojcowskiej serdeczności, którą wmówił w siebie, że dla mnie odczuwa i przybrał dawniejszą srogą minę. Rozbroiłam go, wyciagając do niego obie ręce. To wszystko, co mogłam uczynić. Myśl ucałowania tej śmiesznej twarzy o dreszcz mnie przyprawiała.
Gdy uścisk ręki obudził w nim na nowo serdeczność ojcowską, p. Desosteux zaczął mi wszystko wyjaśniać. Najprzód, sprzedaż dziesięciu tysięcy akcyj zbankrutowanego przedsiębiorstwa, przezornie uskuteczniona przed ostateczną katastrofą, przyniosła ładną sumkę. Chciałabym to wszystko ze swej strony wytłumaczyć, ale trwałoby to bardzo długo, a były chwile, w których myślałam o czem innem, właściwie o niczem.
Najlepiej się udało z licytacyą pałacyku, z tem, co pan Desosteux nazywał „nieruchomością z przynależnościami“, to znaczy z ogródkiem, obrazami, dziełami sztuki, cennymi drobiazgami, rzeczywiście licznymi i wyborowymi, na czem znałam się dobrze. Opatrzność namn dopomogła zapomocą różnych agentów, Anglików, pod wodzą lorda Belfort, Hiszpanów pod wodzą księcia de Ciudad i szlachetnie urodzonych Francuzów, którymi dowodził pan d’Hauraucourt, a wreszcie tłumów bogatych burżujów, nie chcących dać się ubiedz wspaniałomyślności magnatów.
Był to prawdziwy szał licytacyjny, który Paryż dotychczas pamięta.
Słowem — a to słowo jest dość długie, mój Boże — zachowałam Liembrune z „ruchomościami i przynależytościami“, składającemi się z zamku, podwórza, wież i t. d., i z gruntów rentowych, to znaczy: (panowałam nad sobą usilnie, aby nie zgrzytać zębami, a zostało mi to pewnie policzone pomiędzy zasługi) — folwarku o 220 hektarach ziemi, wydzierżawianego za 11.000 franków, lasu o 200 hektarach, przynoszącego „w złym czy dobrym roku“ 8000 franków; około dziesięciu domków z ogródkami w miasteczku Liembrune, przynoszących około tysiąca dukatów.
Nareszcie, jako szczyt szczęścia, w tym samym dniu, w którym nasi przyjaciele dowiedzieli się o szczęśliwem rozwiązaniu interesów i że pozostawał mi jeszcze zamek Desert, jakiś Anglik się zgłosił i najął go za 3000 franków. Notaryusz pospieszył przyjąć tę propozycyę, śmiejąc się w duszy z naiwności Anglika: zamek wynajmowany był zawsze tylko za 2000 franków.
Domyślałam się, że Opatrzność posłużyła się tu pośrednictwem Edwarda. Tak było istotnie. Dawniej, moja miłość własna byłaby wyszczerzyła zęby; teraz nie wyłamałam się z mego lodu dla rzeczy tak błahej. Coś w rodzaju zdrowego rozsądku, który mroził we mnie wady, mówił ini, że przyjaciel, posiadający 600.000 franków dochodu, ma przecież prawo nająć za drogo dom przyjaciela, znajdującego się w kłopotach majątkowych.
— Otóż, moje kochane dziecko — (pozwalał sobie tak mówić pan notaryusz w zamian za swoje dobrodziejstwa, gdy dotychczas nazywał mnie kochaną panią) — otóż kochane dziecko, masz teraz 25.000 franków dochodu, który może wzrośnie, ponieważ liczyłem wszystko jak najniżej. A przytem, nadzieje. Ach, tak! Zdawało mi się, że powinienem zrobić tę przyjemność pamięci mego starego przyjaciela, pułkownika Bourgongnon. Zachowałem 70 losów. Zależało mu na nich i spodziewał się wygrać niespodziewanie majątek. Był przekonany, że wygra kilka losów po 500,000 franków.
Oto co nazywamy — nadziejami.
Owe losy, które nigdy czegoś podobnego się nie spodziewały, zastąpiły miejsce dziadków i niezamężnych ciotek milionowych....
— Aha! Zręcznieśmy się zabrali do pracy! — wołał pan Desosteux.
Rzuciłam jeden kawałek lodu na to samochwalstwo.
— Mój drogi panie — rzekłam — kocham pana z całego serca, dziękuję za pułkownika, który w niebie musi być z pana zadowolony. Jesteś pan bez wątpienia najlepszym z przyjaciół, ale nie znasz pan zasad odejmowania. Wszak na jednej z kolumn tych okropnych cyfr, któremi dręczysz mnie od miesiąca, po kilka godzin dziennie, w rubryce długów fikcyjnych, widziałam sumę „6000 franków rocznie“. Te 6000 franków, to pensye po 400 franków, wypłacane przez mego wuja kilku gderliwym wdowom i kilku sierotom, z których zamierzał porobić szewców, czy nauczycieli ludowych. Te pensye będą dalej wypłacane. Pozostaje mi więc tylko 19.000 franków.
P Desosteux upuścił swoją chustkę do nosa.
— Ależ pani, tak rozrzutna i nieporządna, jaką jesteś — (znał mnie od urodzenia) — zaledwie potrafisz wyżyć z tych 25.000 franków. Czy wie pani przynajmniej, co znaczy książka rachunkowa i ułożenie domowego budżetu?
Wyznałam z dumą, że nie mam o tem pojęcia.
— To więc byłaby niedorzeczność! pozwól pani, że w imię starej przyjaźni — tak się wyrażę tak, niedorzeczność wypłacać pensye ludziom bogatszym od siebie.
Chciałam szczerze się zaśmiać, lecz pomimo wysiłków nie mogłam się na to zdobyć. Byłam sztywna, jak skazany na śmierć. Odzyskanie tego mająteczku nie zdołało mnie rozchmurzyć.
Wzięłam ćwiartkę papieru i napisałam:
„Proszę sprzedać natychmiast cztery obrazy, które zarezerwowałam“.
Było to zaadresowane do notaryusza w Paryżu, który prowadził tamtejsze interesy.
Pomimo mego zlodowacenia przykrość mi to zrobiło. Sama kupowałam te płótna, pragnęłam je posiadać, przywiązywałam do nich wielką cenę. Ale wśród zamętu, w jakim się znajdowałam, miałam przecież niejakie błyski rozsądku i dobroci. Zamek, jak mówiłam, wspaniale był urządzony; zachowałam moje srebra i klejnoty. Czyż trzeba było, aby dla większego zbytku wtrącić w niedostatek około piętnaścioro ludzi, których mój wuj lubił i którzy go może także kochali?
Opatrzność ciągle tryumfowała w tej sprawie, a ja ją naśladowałam. Te cztery obrazy przyniosły mi 7000 franków dochodu, to znaczy, że spełniając w dalszym ciągu szlachetne zobowiązania wuja, wzbogaciłam się o 1000 franków rocznie.
Pan Desosteux zacierał ręce, mówiąc mi, że prędzej, czy później wdowy poumierają, a sieroty zostaną szewcami i W ten sposób będę miała 32.000 franków renty, nie licząc nadziei. Zdawał się, zapominać, że wdowy i sieroty rosną na poczekaniu.
Chociaż nie wiedziałam dobrze, jak wyżyć można, mając 26.000 franków dochodu rocznego, odzyskałam jednak szacunek ogółu, który mnie traktował jak zmartwychpowstała. Z wyjątkiem ludzi bardzo dumnych lub nadto rozdrażnionych krytyką mojej impertynenckiej Wysokości, wszyscy wrócili do mnie, nisko się kłaniając.
Ja wszakże nie przyjmowałam nikogo i odpowiadałam zimno na niezliczone listy, które otrzymywałam.
Zresztą być może, iż stałam się nieco inniej samolubna niż dawniej; zdaje się, że dlatego, iż nudy nie pozostawiały miejsca na żadne gorące pragnienia, na stanowczą wolę w czemkolwiek. Byłam zawsze pogrążona w najgłębszej nieświadomości co do tego, czem jest poświęcenie i znowu zatraciłam to słabe poczucie przyjemności w ponoszeniu ofiar.
Urządziłam sobie życie, stosownie do nudów, jakie na zawsze miały być moim udziałem w Liembrune. Otaczająca mnie pustka była przynajmniej wonna i ukwiecona przez lato; a w zimie, miałam ten śnieg, ten kącik przy kominku, te potężne wichry rozbijające się po drogach i miotające gałęziami drzew o stare mury.
W przystępie rozsądku, nie dowierzając moim rachunkowym zdolnościom, zamianowałam sapera kasyerem. Spędziliśmy cały kwiecień jak w komedyi. Można było podziwiać widok rachmistrza, który rachować nie umiał, wdowy, zamiłowanej w oszczędności, która tylko umiała wydawać, i notaryusza, wyrywającego sobie włosy, gdy każdego tygodnia stwierdzał różnicę stu dukatów pomiędzy przychodem a rozchodem.
Pan de Roselle nie przyjechał już ponownie do Liembrune. Spotykałam go czasami. Kłaniał mi się z wielką swobodą. Ani mnie nie poszukiwał, ani nie uciekał przedemna.
Zrozumiałam zmianę, która w nim zaszła: Stał się obojętnym.
Był całkowicie zajęty jakiemś cmentarzyskiem starożytnem i chorobami nagminnemi.
Kierował wykopaliskami. To mu przebaczałam. Ale pielęgnować wieśniaków, których wcale nie znał, pod pretekstem, że choroba była groźna, a epidemia szerzyła się gwałtownie we wioskach sąsiadujących z nami, i że nikt nie chciał chorymi się zająć to wydawało mi się dziwactwem.
Mówiłam sobie nieraz, że jeżeli się nie pokazywał, to dlatego, że obawiał się przynieść mi zarazę i powinnam mu była być wdzięczna. A przecież.... Zresztą, nie potrzeba robić otworu w powłoce lodowej, żeby zobaczyć, co się dziać może w głębi mego serca.
Moje serce zamarło dla całego świata.
Serce pana de Roselle zamarło dla mnie.
Zdaje mi się, że nie można sobie życzyć nic lepszego.
Pani Castelnau i lady Belfort przyjechały spędzić miesiąc maj w Hervelinghem. Kochana matka opuściła swego najdroższego małżonka, swoich senatorów, „swoją chatkę i całą trzodę“, jak mówi piosenka, którą Tonton lubił nucić, aby mnie wyrwać z ucisku lodowatego morza. Była uderzona ponurym tonem moich listów, moją oziębłością nawet dla niej. Była przerażona widząc mnie uleczoną bez powodu z swawolnego roztrzepania, które stanowiło główną siłę mego „czaru“.
Angela przyjechała, ponieważ po wstrząśnieniu, jakiego doznała z mego powodu, stała się nerwową, chorobliwie wrażliwą i ktoś jej poradził, aby odetchnęła powietrzem okolic rodzinnych.
Błogosławiła temu doradcy. Szczególne ta istota miała serce: o mało nie spowodowałam śmierci jej męża, którego ubóstwiała, a ona jeszcze doświadczała wyrzutów sumienia. Chcąc mi dać zapomnieć, że się na mnie boczyła, podwajała uprzejmość i przyjaźń względem mnie. Albertyna kazała mi oświadczyć cały swój żal, że nie mogła towarzyszyć matce.
Przywiązanie tych kobiet do mnie spotężniało widocznie wskutek ciosów, które im zadałam. Za to mężowie, jak już wspominałam, znosić mnie nie mogli. Ktoś, którego nazwiska nie powinnam jeszcze wymieniać, wyjaśnił mi tę tajemnicę psychologiczną. To wielkie słowo wszystko tłumaczy. Utrzymywał on, że mężczyźni patrzą na rzeczy z ogólnego stanowiska, a kobiety z drobiazgowego i że pierwsi widzieli całość mego postępowania z don Luizem, które było obraźliwe, gdy przeciwnie, wszystkie kobiety, jak gdybym walczyła w obronie sprawy kobiet całego świata, pochwalały mnie, żem na wszystko narazić się była gotowa, byle nie wyjść zamąż za człowieka, którego nie kochałam.
Angela nie mogła się ruszać z miejsca, więc pani Castelnau prosiła, żebym często przyjeżdżała do Hervelinghem. Bywałam tam prawie codziennie.
Moja matka, znając mój buntowniczy charakter, wystrzegała się, żeby mi nie prawić żadnego kazania. Znakomicie zastępowała ją Angela. Milutki jej umysł rozwinął się i nabrał pewności siebie, w skutek uwielbienia, jakiem otaczał ją Edward i wielu innych lordów. Inteligencya jej miała w sobie coś macierzyńskiego; i widziałam, że ćwiczyła się na mnie w systemie wychowania, jakie dać miała wielu przyszłym swoim dzieciom i synkowi, który przyszedł na świat W zeszłym roku.
Napominając mnie — przyczem moja lodowatość zastępowała mi całą cierpliwość — równocześnie w przerażająco śmieszny sposób psuła to szkaradne niemowlę, krzykliwą małpeczkę, którą nazywano Jack i która ryczała, ilekroć spojrzała na mnie. Według matki i pół tuzina panien służących, Jack był istnym cudem zesłanym z nieba. Co do mnie, bardzo lubię dzieci, ale nienawidzę zwierzątek i ciągle starałam się wyperswadować Angeli, że człowiek, liczący mniej niż cztery, lub pięć lat, jest tylko bardzo krzykliwym instrumentem muzycznym.
Te sprzeczki nie oziębiały naszych stosunków przyjaźni, ale rozwijały w Angeli gwałtowną namiętność ulepszenia mojej osoby i poprawienia moich błędów.
Pozwalałam jej mówić, cofałam się wgłąb mojej cieśniny Behringa i dotychczas, apostolstwo Angeli czyniło mi wrażenie, że pochodzi z bardzo daleka, z przeciwnego brzegu na horyzoncie. Lecz dnia pewnego....
Stanowczy dzień nadszedł! Czemu ten dzień, a nie inny? Tego nie wiem. Człowiek, którego i teraz jeszcze nazwać nie mogę, utrzymywał później, że była to nagroda za moją wrodzoną cnotliwość. Zgadzał się z moją kochaną matką i nazywał to Opatrznością.
Nie przypominam sobie całej rozmowy, wiem tylko, jak się skończyła — i stała się awantura.
Byliśmy więc w miłym pałacu d’Hervelinghem. Pani Castelnau siedziała w salonie przy oknie, wychodzącem na czyściutki taras, o któryin już wspominałam. Pisała list. Lubi pisać listy. Nie twierdziłam nigdy, aby była doskonała.
Angela czerwona, raz omdlewająca, to znów podniecona, leżała na otomanie. Rozprawiała z zapałem. Biedactwo kochane, także nie było doskonałością: nie pisała listów, lecz mówiła. Następnie, proszę sobie tylko pomyśleć, mówiła o moich wadach, chciała mnie poprawić; jest to jedna z najsłodszych rzeczy dla serca kobiety.
Nie wiem dotychczas co mi powiedziała, ani co ja jej odpowiedziałam; byłam przykucnięta na moim przylądku, okryta stalaktytami. Nagle, doprawdy nagle, jak w dramacie, gdy wybija godzina!! słyszę jeden frazes. Nie miał w sobie nic przygnębiającego, ani olśniewającego. Musiałam go syłszeć ze sto razy. A jednak usłyszałam go tak po raz pierwszy i od razu stopniały moje stalaktyty, zniknął przylądek, biegun północny, pałac lodowy.
— Czy wiesz, kochana Izabelo, czemu się nudzisz? rzekła Angela. Czy chcesz się dowiedzieć?
Nie zależało mi na tem tak samo jak na wszystkiem innem. Ale nie zależało mi także nawet na tem, aby się przyznać, że mi o to nie chodziło.
— Po prostu dlatego — ciągnęła Angela — że niema z ciebie żadnego pożytku. Na nic się nie zdasz. Dzięki temu, że myślisz przedewszystkiem o sobie, doszłaś do tego, że nikomu szczęścia nie przynosisz, nawet sobie samej.
To wszystko, a przynajmniej wszystko.
A więc ta myśl bez głębszego zastanowienia, ten frazes wypowiedziany z mieszczańskim spokojem, to wszystko sprawiło, że lody w moim mózgu topnieć zaczęły; w początkach powiał mały siroco, który niebawem wprawił mnie w taniec świętego Wita w miniaturze, jak to zaraz zobaczymy.
Nie odpowiedziałam Angeli. Byłam zdecydowana wyryć sobie dyamentowemi literamni te słowa w pamięci. Mówiła dalej z równym skutkiem. Piękne jej błękitne oczy ożywiły się, a śliczne krąglutkie policzki, które przybladły od kilku miesięcy, „mieniły się różą i lilią“. (Kochany Tonton!)
— Bo widzisz, — mówiła dalej — ty nie znasz wcale życia realnego. Powiedziano ci, że jest to droga, po której trzeba iść wygodnie, zabierając najwięcej miejsca, wybierając pozycye najprzyjemniejsze i najwygoniejsze, odpychając tych, którzy także chcieliby się ogrzać w słońcu. Nie, moja kochana życie jest drogą bardzo ciężką, a jeżeli po chrześciańsku znosi się trudy, droga ta prowadzi wreszcie do krainy cudów.
Była to rzecz bardzo śmieszna, widzieć tę mała, która dwa lata temu nie śmiała patrzeć dalej niż po rzęsy, wygłaszającą ten wykład filozoficzny.
Oświadczam, że nie miałam żadnych złych zamiarów, a nawet żadnych zamiarów, wogóle. Zabrałam głos, bo trzeba było odpowiedzieć, sama nie wiedząc dobrze co mówię, instynktownie, tak jak kot, kiedy miauczy.
— Dobrze tobie mówić, Angelo i bardzo mnie bawi słyszeć ciebie prawiącą o przepaściach na drodze, po której się idzie pomiędzy mężem, który cię ubóstwia i dziećmi, które są zdrowe. Ale poczekaj, niechby naprzykład dzieci twoje niebezpiecznie zachorowały, a wtedy powiedziałabyś coś nowego o chrześciańskiej cierpliwości.
I oto zapowiedziana katastrofa. Jeszcze raz powtarzam, nie miałam w sobie żadnej złośliwości i byłam tak zdumiona, jakgdyby mi kto czapkę błazeńską nałożył nagle na głowę. Angela stanęła wyprostowana jak świeca. Stała się żółta i patrzyła na mnie z przestrachem. Podniosła obie ręce w górę, wołając:
— Co ja jej złego zrobiłam, że oto ściąga przekleństwa na Jacka i na tych, co jeszcze się nawet nie porodzili! Ach! mój Boże, mój Boże, cośmy jej zrobili tak złego?
Upadła na otomanę w gwałtownym ataku nerwowy, z zamkniętemi oczami, trupio blada, wydając piski zranionego ptaszka, załamując ręce.
Matka jej i kilka kobiet rzuciło się na ratunek. Zabrano ją z pokoju. Byłam z początku jak ogłupiała. Następnie wpadłam we wściekłość. Tupałam nogą w gniewnem uniesieniu.
— Ależ to okropne! straszne! ohydne! Ja nie chciałam powiedzieć tego wszystkiego! Ależ ja ją kocham z całego serca tę biedną pieszczoszkę. Oddałabym chętnie moje nikomu niepotrzebne życie za jej życie, a nawet za tego małego potworka, jej dziecko. Nigdy mi się nie śniło źle jej życzyć.
Pani Castelnau, która właśnie nadeszła i słyszała moje słowa, zaczęła mnie uspokajać...
— Wiem o tem dobrze, biedna Izabelo. Ale Angela jeszcze nie przyszła do siebie po owych wstrząśnieniach z przed trzech miesięcy. Stała się chorobliwie wrażliwą, prawie przesądną. Słyszała nieraz od jakiegoś czasu, że ty nam nieszczęście przynosisz. Miara się przepełniła. Lepiej będzie, moja droga, aby ciebie nie widywała. Czy chcesz oddać mi przysługę i pojechać do Samer; przyszlesz nam ztamtąd jakiegoś doktora tymczasem, nim nasz nie przyjedzie z Paryża.
Przez kilka dni Angela była bardzo chora a ja żyłam w niepokoju, którego opisać nie potrafię, którego nigdy dotychczas nie doznawałam.
Ten niepokój przyczynił się do stopienia ostatnich lodowców i do zainkrustowania pamiętnych wyrazów w mojem sercu.
Kochana matka codziennie mi przysyłała wiadomości o zdrowiu Angeli. Edward chciał mnie zabić. Zdaje mi się, że nie odmówiłby był sobie tego słusznego zadośćuczynienia, gdyby się nie był obawiał że to sprawi przykrość Angeli i pogorszy jej stan zdrowia. Nie miałam mu tego za złe.
Czuję, że będąc na jego miejscu, miałabym myśl podobną i kto wie, czy byłabym się jej oparła.
Groźny wypadek, którego się obawiano, nie nastąpił. Angela wróciła do Paryża. Nie chciała widzieć się ze mną.
Kochana matka przybyła mnie uściskać. Nigdy mnie nie bardziej nie wzruszyło i gdyby jeszcze były pozostały we mnie jakie płatki śniegu, byłyby stopniały. Była taka dobra, delikatna, kochała mnie tak bardzo, że płakała nademną, nad mojem położeniem. Bolała, widząc, że moje osamotnienie stanie się jeszcze więcej ponure. Obiecała mi w ostatnim pocałunku łzami oblanym, że wróci jak najprędzej, aby się ze mną widzieć. Nie ukrywała przedemną, że pan Castelnau, bardzo potępiający moją lekkomyślność, nie zachęcał jej wcale do tego, by mnie kochała. Opuściła mnie, szepcząc ze swoją delikatną rezerwą:
— Staraj się być użyteczną!
Były to ciągle te same wyrazy, ten sam frazes! Użyteczną! ależ niczego więcej nie pragnęłam! Byłam taka nieszczęśliwa od dawna, a od dwu tygodni czułam taką niesprawiedliwość losu i rozpacz, że uczyniłam nieszczęśliwemi jedyne istoty, które kochałam! Tak, byłam gotowa na wszystko, ale na co?
Stało się, że pani Tymoteuszowa, wdowa Tymoteuszowa Chamousu odpowiedź na to mi przyniosła. Mój Boże, w jakichże łachmanach ukazała mi się ta posłanka Opatrzności! A gdyby to tylko łachmany!! Wkraczałam na błotniste drogi, o których mówiła Angela.
Pani Tymoteuszowa przyszła do mnie przy odgłosie bębna (może to był nawet wielki kocioł); w każdym razie towarzyszyło mu dwoje skrzypiec i jeden z tych fletów, które wywołują u ludzi żal, że na świat się narodzili.
Była to trzecia niedziela czerwca, dzień święta wiejskiego. Ta muzyka Eskimosów wzywała do tańca krępu nimfy z Liembrune.
Wiatr powiewał z południa. Było parno. To jednak wcale nie zniechęcało pasterek. Co do mnie, nie mogłam znieść skwaru; kazałam pozamykać tę stronę zamku, która zwracała się ku dolinie i usiadłam przy otwartem oknie od strony północy, starych wież, parku i lasów.
Byłam sama jedna; niedawna śmierć pana nie pozwalała moim ludziom udać się na zabawę. Lecz Peretka poszła z Wincentym i jego ojcem w odwiedziny do swoich rodziców, sama nie wiem gdzie. Finetka zamknęła się w swoim pokoju, żeby pisać do tajemniczej osobistości, której rękę swoją przyrzekła i oddawała mu ją po kawałeczku każdej niedzieli po południu. Saper poszedł na cmentarz, wybrać miejsce na krzyż, który miał zamiar postawić na pamiątkę swego pułkownika. W zamku była tylko stara Margot.
Powinnam była ją przedstawić, bo jest jednym z ciekawych okazów mojej menażeryi. Już teraz zapóźno. Jest to rówieśniczka Tontona, bardzo dobrze wyglądająca na swoje lata i wierna, jak pies.
Siedziała sobie w cieniu muru u stóp mego otwartego okna, trzymając w rękach starą książkę do nabożeństwa, co było teoretycznem tylko wyznaniem wiary, ponieważ czytać nie umiała.
Nigdy dotychczas nie używałam w całej pełni pieszczotliwej słodyczy niedzieli na wsi. W czasach, gdy byłam dumną i pieszczoną przez cały świat, był to dzień hałaśliwy, jak wszystkie inne. Dzisiaj, byłam melancholijnie drzemiąca w rozkoszach tego pięknego lata; i na pół leżąc, widziałam roztaczające się przed mojemi oczami wierzchołki tysięcy drzew całowanych ognistymi promieniami słońca.
Tworzyło to olbrzymi błyszczący kobierzec. poznaczony tysiące odcieni złotawo-zielonych. przysypany brylantowemi iskrami. Mgła leciutka, jak w bajce, przysłaniała tę przestrzeń, utworzoną ze szczytów i kulistych kształtów wierzchołków drzew, szczytów brunatno zielonych i okrągłości blado-zielonych. U stóp tego kobierca szalona muzyka: protestacya tysięcy ptaków przeciw ostrym zgrzytom skrzypiec.
Gdy wściekła muzyka ludzka ustawała na chwilę, szczebiot ptaszków witał tę ciszę, jak zwycięstwo. Owady mięszały się do tego koncertu swojem melodyjnem brzęczeniem, które wydaje się być szeptem nieskończoności. Po nad tem wszystkiem unosiło się melancholijne gruchanie turkawki, która wysławia szczęście domowego ogniska z tem samem drzemiącem zadowoleniem co pieśń miłosną.
Nagle, wszystko się ucisza. Wydaje mi się, że jestem sama jedna we Wszechświecie, z tym kobiercem zielonym, z temi wszystkiemi chmurami, które tworzą straszliwe wozy, fantastyczne zwierzęta, wybrzeża, płaszczyzny, oazy, palmy, przesuwając się nademną w białych szatach z frendzlą z purpury lub płynnego złota, po niebie ciemno-błękitnem.
Mówię sobie, że jestem bardzo samotna ani ten wielki bęben, ani ta bajeczna pogoda, ani ten złudny krajobraz białych obłoków nie udzieli mi towarzystwa, przywiązania i szczęścia. Wkrótce, wpływ pana Castelnau odbierze mi przywiązanie mojej matki z wyjątkiem dzikiego notaryusza, nie mam już przyjaciół na szerokim świecie.
I oto zapuszczam się w rozmyślania, w których mój egoizm doznaje srogiego potępienia.
Ta marząca ospałość, która mnie ogarnęła, była już lepsza od zwykłych nudów. Poddałam się z błogością tej skromnej rozkoszy rekonwalescencyi mego umysłu. Niewyraźna jakaś rozmowa na podwórzu, niedaleko moich okien, obudziła mnie z zadumy.
Głos pokorny, a jednak stanowczy, dopytywał się, czy można widzieć się z panią.
Margot odpowiadała łagodnie, ale także stanowczo, że pani śpi. Pokorny głos podnosil niejakie wątpliwości co do tego snu w biały dzień, przy odgłosie bębna. Margot byłaby oddała dla mnie swój grosz ostatni, odpowiadała z całą szorstką naiwnością prostej duszy, odpowiadała tonem stanowczym, że jej pani mogła spać, kiedy jej się podoba, że zresztą sypiała przez cały dzień i całą noc jak bezduszna kłoda i że żaden bęben by jej nie obudził.
To zdanie duszy prostej, ale dobrej, do reszty mnie rozbudziło. Zadzwoniłam. Öblicze starej kobiety ukazało się wkrótce w drzwiach na pół otwartych.
Wytworność mego apartamentu onieśmielała tę staroświecką kucharkę i nigdy wejść się nie odważyła, jeżeli od niej tego koniecznie nie wymagałam.
— Co tam się dzieje, Margot? — spytałam. — Zdawało mi się, że słyszałam twój głos podniesiony.
— To z powodu bębna, proszę pani, nie można nie słyszeć, przy tej niezwykłej muzyce. To wdowa po nieboszczyku Tymoteuszu chciała się widzieć z panią.
— A ty jej odpowiedziałaś, że nie można widzieć się z panią, bo pani śpi cały dzień.
— To prawda — odrzekła stara ko bieta ze szczerą naiwnością. — Pani ma do tego prawo, chociaż, gdyby tak wszyscy spali dzień i noc! Mówiłam to głównie dlatego, żeby nie weszła do domu: cała w łachmanach.
— Więc cóż? — odrzekłam, przygnębiona nieco tą straszliwą szczerością — nigdy nie odpędzałam od siebie biednych ludzi, ty, nielitościwa poganko!
— Jak się pani podoba, ale że ona nietylko obdarta... przytem strasznie brudna ot, jak zwykle wdowa! Gdybym miała czas się zadziwić, byłabym pewnie osłupiała wobec podobnej konsekwencyi wdowieństwa.
Margot nie spostrzegła mego ździwienia. Wstrząsnęłam się. Zdaje mi się, że nie potrzebuję zapewniać, iż jestem odważna, a przecież są cztery rzeczy, których śmiertelnie się boję wściekłych psów, ospy, tych pasożytów, o których Margot mówiła, i zostać żywcem pogrzebaną. Wstrząsnęłam się więc.
Byłabym się jeszcze bardziej wstrząsnęła, gdybym była wiedziała, że ta łachmaniarka trzymała w ręku „nić mego przeznaczenia“. Biedny, kochany Tonton! jakże on lubił tę nić i to przeznaczenie!
Miałam przeciąć tę nitkę i wpaść niewiem w co otworzyłam usta, aby powiedzieć Margot, by oddaliła tę nieprzyjemną sąsiadkę, gdy podniosłam oczy....
Czy ci, którzy to czytają, wierzą w halucynacye? W takim razie, doskonale. Byłam prześladowana przez wiadomy frazes. A więc, ujrzałam część jego wypisaną na niebie. Snuły się właśnie po niebie białe i różowe obłoezki, tworząc na tle błękitu kilkanaście liter: Nieużyteczna. To obwieszczenie niebieskie wyprowadziło mnie z równowagi i uczyniłam pierwszy krok na drodze bohaterstwa, po której miałam iść krokiem olbrzyma, jakby się wuj wyraził, choć to niemiła perspektywa dla moich małych, tak bardzo małych stóp.
— Dlaczegoż — wyrzekłam z udanym spokojem — nie wprowadzisz jej do małego pokoiku obok przedpokoju? Tam nikt nigdy nie wchodzi. Jak odejdzie, pasożyty pozdychają z głodu.... brrr.....
Poszłam tam, to prawda, tak, jak się idzie na męki; ale ostatecznie poszłam i jak się pokaże, na męki.
Ujrzałam wchodzącą kobietę około trzydziesto pięcio letnią, która musiała być kiedyś piękną wieśniaczką, słuszną, krągłą, czerwoną. Była tak skurczona, że zdawała się małą, chudą, bladą pod opaleniem.
Miała bardzo piękne włosy, tak bujne i kręte, że wyglądały, jakby pozaplatane w warkocze. Musiały mieć kiedyś piękną złotawo-blond barwę ale powietrze zmieniło tę barwę i uczyniło ją martwą. Czarne oczy także miały ten sam odcień martwy, bezbarwny, wypełzły nie pod działaniem powietrza, ale z powodu rezygnacyi.
Miała na sobie podarte trzewiki, pończochy popielate, cerowane błękitną włóczką, spodnicę krótką, zużytą i tak postrzępiona, że wyglądała dołem jakby wycinana w nieregularne zęby. Biedna kobieta włożyła przecież swoje klejnoty, aby mnie odwiedzić, a tymi klejnotami był wielki czerwony parasol, który niosła ostentacyjnie i mała chusteczka z zielonej włóczki, bardzo porządna, ostatni ślad zaginionej świetności.
Miała poczciwą, otwartą fizyognomię, bez śladu obleśności. Skoro tylko mówić zaczęła, uderzył mnie szczerością ton mowy. Nie była to żebraczka, jak mi to później Margot powiedziała.
Kazałam jej usiąść... w niejakiem oddaleniu, na krześle, któremu w myśli przyrzekłam całopalenie, po odejściu tej, która je zająć miała. Co do mnie, stałam, zdaje mi się z tą ukrytą myślą, że w ten sposób lepiej potrafię obronić się przed skaczącym nieprzyjacielem. Byłam bardzo czerwona, jak wypada dla początkującej bohaterki i smutnie się uśmiechałam.
— Nazywam się Argentyna — rzekła wdowa — straciłam mego męża, Tymoteusza Chamousu temu ośmnaście miesięcy. Jestem pani lokatorką, najmuję domek, własność pani, za sto franków rocznie.
Tym razem opadłam na krzesło zgnębiona. Lekkie drżenie po mnie przeszło.... „Jakto, ja wymagałam stu franków rocznie od tej nędzoty, od tej żebraczki?“ Przez chwilę byłam bez głosu. A ona ciągnęła dalej:
— Miałam cośkolwiek po moich rodzicach. Widzi pani — pokazała olbrzymi parasol czerwony i chusteczkę. — To wszystko, co zostało z tego, co nieboszczyk Tymoteusz dał mi, żeniąc się ze mną. Nie byliśmy nieszczęśliwi. Mieliśmy ośmioro dzieci, zdrowo się chowały. On był stolarzem, czyli cieślą przygodnym, jak mówią w mieście. Był porządny, pracowity, nie pijak. Zarabiał 3 franki dziennie.
Miała tyle dzieci, a ja żądałam od niej stu franków rocznie! Przyznam się, chociaż to bardziej rozczulające, niż poetyczne, że kilka kropel potu zrosiło jak perły — (ten wyraz mnie pogodzi z potem) — moje czoło. Otarłam czoło chustka, którą odrzuciłam z gniewem, widząc, że była z haftowanego batystu, a ja biorę sto franków od kobiety, która ma taką spódnicę!
Patrzyła na mnie bez zazdrości, a nawet, zdaje mi się, z ukrytem zadowoleniem — które w jej osobie przynosi honor niewieściemu rodzajowi — że widzi we mnie coś ładnego i świetnego. I ciągnęła dalej swoją spokojną, a ponurą opowieść:
— Temu ośmnaście miesięcy przyniesiono mi mego biednego Tymoteusza. Spadł z rusztowania tak nieszczęśliwie, że trzy miesiące leżał, a potem umarł. Wtedy właśnie miałam moją małą Izabelkę, którą tak nazwano na cześć pani. Jest to mały hultaj, za przeproszeniem pani, ale także będzie kiedyś ładna.
Wszystko to było wypowiedziane szczerze, po prostu.
— Na mnie przyszła kolej chorować i przez sześć miesięcy leżałam w łóżku. Wszyscy mnie bardzo dobrze pielęgnowali, ksiądz proboszcz, doktor i sąsiedzi. Jeszcze nam coś było zostało i w tym roku mogliśmy jeszcze zapłacić czynsz.
Czułam, że się wściekam na siebie samą. Powstałam z miejsca raptownie. Szłam do niej, żeby podać jej rękę i prosić o przebaczenie... Byłam jeszcze nowicyuszką w heroizmie, zatrzymałam się. Nie prośba o przebaczenie mnie mieszała, tylko ręka. Ona mówiła dalej, a żółta jej cera ożywiła się nieco pod opalenizną. Dla niej chodziło tu o kwestyę życia lub śmierci.
— Proszę pani, trzeba mi wybaczyć. Później, może będę mogła zapłacić. Mam starego wuja, który jest lichwiarzem, bogaty i kocha mnie bardzo. Nie chce nic dla nas teraz uczynić, ale zostawi mi swój majątek. Tego roku nie mogłam zapłacić czynszu i urzędnik pana Desosteux mi napisał, że jak nie zapłacę, pani mnie wyrzuci. To nie ze złości, proszę pani, ten dependent jest uczciwym człowiekiem, zarówno jak p. Desosteux, jak i pani także. Wiadomo, że każdy musi żyć i odebrać swoje pieniądze. Ale jeżeli pani nas wyrzuci, będziemy musieli zostać chyba na ulicy. bo nikt nie zechce mi nająć mieszkania z ośmiorgiem małych dzieci i kilku gałganami jako rękojmią. A więc, możeby pani chciała poczekać...
Zatrzymała się, przerażona, widząc, że nic nie mówię i będąc pewną, że wszystko stracone. Bo też literalnie dławiłam się z gniewu, a może z rozpaczy. Nudy, walka o byt, brak sentymentalności, wszystko to zmykało w piekielnym galopie. Gardło mi się nareszcie rozkleiło. Tak mi dziwnie umysł ukształtowano, że zamiast uspokoić tę biedną kobietę, pierwszą moją myślą było szukać atramentu i papieru, żeby wylać mój gniew na pana Desosteux i jego dependenta. Nie było tu kałamarza.
Tym razem o wszystkiem zapomniałam; bohaterstwo doszło do temperatury, w której pomarańcze dojrzewają; wzięłam za rękę Argentynę.
— Bądźcie spokojni. Przed — chciałam powiedzieć: przed stu laty, ale się rozsądnie powściągnęłam — przed trzema laty nikt od was grosza nie zażąda.
Ucałowała moją rękę w sposób tak pełen wdzięczności, że o wszystkiem zapomniałam. Upajałam się bohaterstwem. nurzałam w męczeństwie i miałam przerażającą nieprzezorność powiedzieć:
— Tak, urządzimy wszystko jak najlepiej. Przyjdę was odwiedzić.
Ugryzłam się w usta. Zapóźno! Już było zapóźno.
— Nie, nie — rzekła żywo — nie trzeba przychodzić, pani nie przyzwyczajona do widoku nędzy.
Odczułam tę uwagę! to taka prawda! A ona mówiła dalej naiwnie.
— Bo widzi pani, z początku robiłam co mogłam, żeby utrzymać dzieci czysto, a jak wszystko się zdarło, nie miałam czem zastąpić.... Nie zawsze mam czas prać; moja najstarsza córka myje i czesze tamtych; ale także nadążyć nieraz nie może.
Wystarcza pokazać mi przeszkodę, żeby mi udzielić szalonej chęci przez nią przeskoczyć.
— Przyjdę do was — powtórzyłam — przed upływem tygodnia.
Byłam właśnie w takim stanie umysłu, jak najsłynniejsi bohaterowie świata.
Brak sentymentalności wrócił z przestrzeni i podstępnie język pokazał mojemu bohaterskiemu upojeniu. Wahałam się przez pięć dni. Drżałam, bladłam i rumieniłam się. Straciłam sen i apetyt przez tych całych pięć dni.
Nareszcie, w tygodniu po Zielonych świętach, opuściłam mój zamek Liembrunne dla mojego domku, w którym mieszkała nędza, prowadzona przez ową „nić mego przeznaczenia“, tak drogą kochanemu Tontonowi.
Nie mogę nic złego powiedzieć o moich starych wieżach, które razem z mojemi lalkami, ojcem Wincentym, saperem i moim wujem, należą do moich dziecinnych zabytków. Nie mogę sięgnąć do wspomnień lat dziecinnych, żeby nie widzieć tego otoczenia, ale te wieże dwa razy tylko były mi użyteczne w życiu. Tej zimy dały mi sposobność, że mogłam użyć całej rozkoszy, straszliwej burzy i to mnie uwolniło od nudów na godzinę. Dzisiaj dopomogły mi do zoryentowania się.
Saper, który był przy mnie, pokazał mi o kilka kilometrów dalej, w stronie wschodzącego słońca, na płaszczyźnie, która tworzy malowniczą dolinę, mały czarniawy punkcik stalowy, złotawą mgłę poranną. Był to gaik, otaczający ów „domek nędzy“.
Jest siódma godzina rano. Nigdy jeszcze nie wychodziłam tak wcześnie, piechotą, poza obręb parku. Margot tyle się nadokuczała ojcu Wincentemu, że od samego świtu poszedł „wypędzać wściekłe psy z lasu“.
Oto idę, żwawa, lekka, wesoła, jaką nie byłam od czasu, gdy zawiązałam znajomość z brakiem sentymentalizmu. Mam na sobie potworne buciki, w których możnaby iść na połów wielorybów, jedną z owych sukień, które się widuje tylko na obrazach Watteau i którą kazałam uszyć Finetce, rękawice jak żandarm i najpiękniejszy, jaki być może, toczek z popielatego filcu.
Była to dla mnie prawdziwa podróż w celu różnych odkryć. Rzeczywiście, wszystko dla mnie było odkryciem poranek, lato, las, liście i radość, ta radość naiwna, instynktowna, dziecinna i boska, która jest tak piękna, jak cudowne promieniowanie rosy, czysta i świeża, jak ona i tak samo nie trwała. Kropla wody, którą najmniejsza chmurka na słońcu czyni szarą, ale która podczas swojej świetności może walczyć o lepsze ze wszystkiem, co najbardziej połyskuje wśród kwiatów, gwiazd i drogich kamieni.
Ten las dziewiczy nie przypomina szerokich alei i jasnych podszyć parku. Wysokich drzew nie brak, ale pod niemi gęste krzaki, ciernie, pomiędzy którymi przejść trudno.
Weszłam na ścieżkę, która w prostej linii schodziła w dół, biegłam jak szalona, aby co prędzej dostać się na dolinę i uprawne pola. Scieżka ta była rzeczywiście bardzo stroma. Możnaby myśleć, że została wycięta na wyłączny użytek zajęcy i dzików, tak była wąska i mało cywilizowana. Slużyła jedynie listonoszowi wiejskiemu i kłusownikom. Ale ja jestem pewna, że ona była od dawna przygotowana przez Opatrzność w nagrodę dla Izabeli za jej bohaterstwo przeszłe a przedewszystkiem przyszłe, użyczając jej całego szczęścia, jakie dać może las o ósmej godzinie rano, gdy słońce tryumfuje na błękitnem niebie, w świeżem jeszcze, rannem powietrzu.
Ta świeżość powietrza! Ona czyniła, że wszystko we mnie unosiło się swobodą i rodzajem egzaltacyi: był to jakby lunatyzm świadomy, w którym jest się lekkim, wszystko w nas się śmieje, a jędrność lasu, powietrza, słońca, drzew, woń trawy, wszystkie czary przyrody wnikają w nas wszystkiemi porami, a wszystkie struny wyobraźni drżą radośnie.
Słońce, dość jeszcze nisko, rzucało ukośne promienie przez gęstwiny krzaków i drzew olchowych, orzechowych i osikowych, które jakby sklepienie tworzyły po nad ścieżką. Czasami jakaś gałąź zawadzała w drodze, to znowu ślizgałam się na wilgotnem jeszcze miejscu. Zatrzymywałam się chwytając za gałęzie, które strząsały na mnie setki kropelek rosy.
Śmiałam się na cały głos ku wielkiemu oburzeniu ptaszków, władców tych lasów, które powstrzymywały raptem swój koncert, aby posłuchać tej nowej dla siebie muzyki, śmiechu ludzkiego. Mówiłam sobie, że z pewnością żaliły się one, iż mam głos fałszywy. I przypominałam sobie wszystkie przymiotniki, jakimi wielbiono mój głos, który był rzeczywiście jednym z moich najpotężniejszych „wdzięków“. Śmiałam się w najlepsze, a ptaszki, wychodząc z osłupienia, wracały pogardliwie do swoich „śpiewów miłości i wojny“. Był wszakże jeden malutki ptaszek, ptaszek-mucha w naszej prowincyi, z ogonkiem dumnie zadartym, z dzióbkiem cienkim, jak igła, w rudawej sukience, który mnie sobie upodobał. Podobno, że ten rodzaj małych czyżyków miłuje ludzkość. Poprzedzał mnie, przeskakując z gałązki na gałązkę, spozierając zuchowatem oczkiem, jakby chciał mnie bronić, na królika, który przestraszony, przebiegał przez ścieżkę; a gdym doszła do końca, pokręcił się kilka razy w około mnie, jakby mi wyrzucając, że go opuszczam i wrócił w gęstwinę drzew.
Zanim zeszła w dolinę, ścieżka wiła się jeszcze przez małe polanki, mające kilka kroków szerokości. Słońce tam wkraczało śmiało, pieszcząc swoimi promieniami kilka kwiatków, wyrosłych w lesie o tej porze, w początkach lata. Macierzanka przede wszystkiem zatrzymała mnie swoją wonią. A ta cudowna rosa!
Nie mogłam się dość nasycić podziwianiem tych kropelek prześlicznie mieniących się, które kołysały się na źdźbłach trawy. Wiem, że będą się śmiać ze mnie, lecz drwię sobie z tego; bo nie jestem bezbożną, chociaż taką się wydaję, a mój umysł jest podobny do tych dróg, które wysypano kamieniami, a przecież tu i owdzie wyrasta jakaś trawka. Przyznam się więc, że kilkakrotnie przyklękałam na tej polance, aby bliżej módz podziwiać niewypowiedziany połysk kropli rosy, dziękując Temu, który ją stworzył, i mówiąc sobie, że Raj ziemski, o którym mi mówiono, pewnie posiada takie wspaniałości, jak te, które tutaj widziałam. Następnie, macierzanka u stóp, kapryfolium nad głową zachwycały moje powonienie i usypiały wyobraźnię. Używałam samotności, już nie owej ponurej i nudnej samotności, w której pędziłam dni moje od tylu miesięcy, lecz tej, w której dusza opływa w szczęściu, sama nie wie dlaczego.
I pomyśleć, że doszłam do dwudziestego trzeciego roku życia, nie zaznawszy nigdy szczęśliwości poranku, spędzonego w tak zwanej „ponurej pomroce lasów“.
To prawda, że gdy doszłam do końca ścieżki, tam, gdzie las łączy się z uprawnemi polami doliny, byłam całkiem przemokła.
Słońce stawało się gorące. Usiadłam na pniu starego ściętego dębu, wśród margerytek i dzikiej koniczyny, rosnących na trawiastym gruncie. Tu miałam inny widok, poważniejszy, jednostajniejszy, a jeszcze bardziej słodki, na obszerne płaszczyzny uprawnych pól w różnobarwną szachownicę.
Połyskiwały czerwone dachy folwarków; szczekanie psa, okrzyk, nawołujący dzieci idące do szkoły, dzwon, wzywający na Mszę, gwizdawka lokomotywy pociągu jadącego do Boulogne, wszystko to mi oznajmiało, że opuściłam już świat dziczy.
Ale tak się zabawiłam w tych lasach, że nie mam już czasu do stracenia.
Puszczam się więc w drogę na chybił trafił, kierując zawsze w stronę wschodu słońca moje oblicze, połyskujące świeżością. Ide ścieżką po łące, wzdłuż żywopłotów. Spotykam wieśniaków. Wszyscy oni mnie znają i znają mój dom. Nie lubią mnie, bo nic nie zrobiłam, żeby mnie lubili, nie nienawidzą, bo nic takiego nie popełniłam, aby mnie nie nawidzieć mogli. Zresztą, ta rasa ludzi jest uprzejma i życzliwa z natury, dumna bez zuchwalstwa, niezależna bez buntu.
Czułam się więc ciągle szczęśliwą, a jest jeszcze jedna rzecz, o której nie wspomniałam, a którą także odkryłam teraz: oto, że można czuć się szczęśliwą nawet w zabłoconych bucikach i z przypłaszczonym loczkiem na głowie.
Nareszcie, oto już jest „domek nędzy“.
Tak wiele miałam w sobie oszczędzonych zapasów wrażliwości i tak sobie nagradzałam czas stracony, że przyszła mi zadziwiająca myśl do głowy. Zkąd ona się wzięła i zkąd poszło, że wyszła na jaw, to znaczy na moje usta, cała głębia podziemna, tak dobrze ukryta mojej oschłej duszy? Zdumiona, spostrzegłam, że nucę aryę z „Mignon“: C’est là! c’est là! Ach! mój Boże, lepiej już wszystko powiedzieć. To tutaj dobrze byłoby żyć z mężem, którego się kocha! Oto co znaczył mój śpiew! I któżby się tego był spodziewał?
I nagle, ten mały zakątek przypomniał mi okolicę dziką, którą Tonton chciał, abym podziwiała podczas naszej podróży do Szkocyi, gdyż wujaszek był z tych czasów, kiedy to zachwycano się „romantycznemi miejscowościami“, pięknymi widokami i pieśniami ostatnich minstrelów. Żartowałam sobie z mego kochanego wuja i przez resztę podróży nie przestałam nazywać go sir Walterem, co mu ściągnęło mnóstwo komplementów w angielskim języku, którego nie rozumiał, i co go wprowadzało we wściekłość.
— Doprawdy, przymiotnik „romantyczna“ zupełnie się stosuje do tej doliny la Colombe. Strumyczek — Ru — płynie w głębi wąwozu, który nic strasznego w sobie nie ma. Strumyk płynie wesoło wśród trzcin i krzewów.
Brzegi wąwozu staczają się łagodną pochyłością i wznoszą, pokryte drobną trawą, niezapominajkami i różnymi innymi małymi kwiatkami, aż do małej płaszczyzny, otoczonej żywopłotami pełnymi kapryfolium, dzikich klematytów. W samym środku stoi mały domek.
Skoro nadejdą deszcze jesienne, wąwóz wypełni się wzburzoną falą wody, spływającej z pól sąsiednich, aż do stóp starych dębów, które chronią tę płaszczyznę od wschodnich wiatrów. W obecnej chwili wszystko spokojne, tak samo, jak strumyk, wszystko wokoło brzęczy, nuci, połyskuje, iskrzy się. Na prawo i na lewo chałupy; po za kwitnącym żywopłotem widać wielkie pole zasianego zboża, które roztacza swoją zieleń, przetkaną czerwonemi i błękitnemi plamkami, aż do samego końca doliny, uwieńczonej wielkiemi drzewami i wysokiemi topolami lasu.
Przeszłam odważnie wąwóz po kładce i stanęłam na progu chałupy, której drzwi były otwarte.
— Cofnęłam się przerażona i jakby uderzona w samo serce. Zapewne byłam blada i miałam łzy w oczach; doznałam bolesnego wstrząśnienia, które sprawiło rodzaj małego we mnie przewrotu. Miałam duszę pełną poezyi, nozdrza pełne woni, oczy przepełnione romantyzmem; a tutaj, ten straszny widok! Czy możliwe, żeby wobec wszystkich darów Boga, czarów przyrody, wszystkich pieszczot nieba i ziemi, gdy najnędzniejsza trawka jest tak świeża i piękna, czy możliwe, żeby istniała taka czarna nędza istoty ludzkiej, nędza, tak boleśnie odrażająca?
Przewrót odbywał się we mnie, ale jeszcze się nie dokonał; wahałam się wejść. To był ostatni wysiłek złego. Skręciłam mu kark, upoiłam się znowu bohaterstwem i wbiegłam do domu, nie myśląc już o tem, co mnie tam czeka. Brrr!... Ten, który wszystko wie, wiedział, że wszystko wynagrodziłam i odpokutowałam w tej chwili — dwadzieścia trzy lat poświęconych miłemu i monotonnemu życiu w samolubstwie.
Mieszkanie składało się z dwóch pokoików, w pierwszym było kilka kartofli, koza i fotel, w którym brudna deska zastępowała siedzenie kilka ławeczek drewnianych; parę poszczerbionych talerzy, kociołek i rondelek, dopełniały umeblowania. W oknach nie było szyb, a we drzwiach zawiasów.
Weszłam do drugiej izby. Tutaj sypiała matka z ośmiorgiem dzieci i tutaj właśnie o mało nie umarłam ze smutku i zaduchu.
Argentyny nie było; uprawiała ogródek za domkiem. Dzieci wszystkie tu się znajdowały, bose, w czarnych łachmanach, które opisać się nie dadzą. Dwoje, od trzech do sześciu lat, stało w dużej kołysce bez biegunów, postawionej na dwóch stołkach. Jedno miało na sobie strzępy koszuli, drugie, całkiem było nagie; i widzę je jeszcze, z jednym palcem w ustach, z twarzą czarną, zalepioną plastrami błota, z dużemi oczami wpatrzonemi we mnie z rozczulającem ździwieniem. Widocznie był to poeta w rodzinie i olśniewałam go, jak zjawisko nieziemskie.
Najstarsza córka, mająca lat jedenaście, jedyna, której włosy nie były najeżone, jak głowa wilka, czesała swoją siostrzyczkę z przerażającym skutkiem. Inna dziewczynka, ubrana jedynie w spodnicę, po której deptała, kołysała w ramionach krzycząca dziecko; dwóch małych chłopców, jeden w długiej kamizelce, drugi w resztkach spodeniek, drapało się zawzięcie, a ostatni, widocznie najbystrzejszy, wybiegł na podwórze, wołając:
— Mamo, mamo. Jakaś kobieta!
Rozsądek tego chłopaka, jak to często się zdarza, źle został wynagrodzony. Argentyna, znajdując nazwę kobieta niezbyt stosowną, wymierzyła dziecku policzek, co wywołało płacz tak rzewny u dziewczynki, noszącej dziecko, że upuściła je na słomę, którą cała izba była wyścielona. Nie było tu innych mebli, tylko deski, leżące na tej słomie, służącej za posłania i szafa otwarta, w której spoczywały skarby rodzinne: chustka i parasol, z którymi już zrobiłam znajomość.
I to od tej gromady nędzarzy wymagałam stu franków rocznie! Ta myśl wprawiała mnie w upokarzający smutek i gniew, którego wyrazić nie umiem. Zapominałam o wszystkiem, na co się tu narażałam...
Błysk przezorności, pomimo mego bohaterstwa, oświecił mnie; wyszłam i usiadłam nad brzegiem wąwozu. Gromada małych dzikusów mnie otoczyła. Argentyna, która nie była głupia, kazała mi trzymać się zdaleka. Jednej tylko dziewczynce, która miała piękne, wyczesane włosy, pozwoliłam się zbliżyć i dałam jej torebkę cukierków, które przyniosłam. Radość tych brudasów serce mi rozczuliła, Długo rozmawiałam z Argentyną.
Przygnębiona czarną nędzą, poddawała się swojej niedoli bez walki. Była dobra, uczciwa i dobrze rozumowała w ciasnym zakresie swoich wiadomości. Był to prawdziwy typ wieśniaczki z okolic Boulogne; podobała mi się, a ja jej również, jak się łatwo domyśleć.
W dwa tygodnie później „domek nędzy“ godny był już swego strumyka, niezapominajek i gołębi. Był wybielony, ponaprawiany, opatrzony. Matka i dzieci były kilkakrotnie poddane radykalnej kąpieli.
Podobno, jak mi mówiła Margot, która sama jedna miała odwagę zabrać się do tych porządków, ta kąpiel była uważana za przerażający fenomen przez całą gromadę.
Łachmany, słoma, wszystko co było w domu, zostało spalone, cała gromada przyodziana na nowo, włosy ostrzyżone, z wyjątkiem czystej dziewczynki. Nazywała się — mój Boże — Artemiza. Prawie raj jej ukazałam obiecując, że jeżeli dalej będzie dobra, zastąpi przy mnie Finetkę.
Obdarzyłam Argentynę krzesłami, talerzami, dzbankami i chustkami, które zaćmiły sławę starej zielonej, którą już znamy. Rozdałam przedewszystkiem mnóstwo grzebieni, z rozkazem używania ich jak najczęściej, pod grozą utraty mojej łaski.
Posłałam do szkoły wszystko, co mogło chodzić. Ale kazałam przysiądz Argentynie, że gdy się nauczą czytać, pisać i rachować, odbierze ich, grożąc moim gniewem, gdyby kazała im uczyć się chemii i historyi Babilońskiej.
Miałam około tuzina podobnych domków. Moja przechadzka poranna obudziła we mnie zamiłowanie do dobroczynności. Nuda nie ośmieliła się już ukazać swego bladego nosa, wtedy, gdy byłam zajęta praniem rodziny Chamousu. Zwiedzałam teraz inne moje posiadłości.
Nie odkryłam nigdzie takiej nędzy, lecz często niedostatek, czasem potrzebę ubrań, wieprza, a nawet krowy, nigdzie ochoty zapłacenia czynszu i całe gromady dzieci, które w milczeniu domagały się zabawek i cukierków.
Piłam wkrótce z czary, jak mówił Tonton, upajającej czary popularności. Byłam teraz ubóstwiana we wioskach otaczających Liembrune, gdzie dawniej mnie zgoła nieznano. Bardzo często wędrując po tej okolicy, spotykałam wszędzie uśmiechy, owe spojrzenia pełne jawnej wdzięczności, w których wieśniacy celują; dzieci biegły za mną, ponieważ je pieściłam i młode dziewczynki uszczęśliwione pocałunkiem, a wszędzie miałam parę łez do otarcia i wiele drobnych radości do rozdania.
Czy byłam szczęśliwa? Nie wiem. Byłam zmęczona, trochę opalona. Zdrowie moje było wyborne. Już się nie nudziłam i cierpliwie wegetowałam, zbierając drobne zadowolenia rodzinnego życia. Moje serce stawało się słodkie i czynne. Pobożność nie była moim udziałem, ale religia budziła się we mnie cichutko, w ślad za wrażliwością, za fizycznem zmęczeniem, poezyą pełną prostoty i mogę to powiedzieć, wraz z pragnieniem złagodzenia cierpień w około.
Miesiąc lipiec przeszedł w tym pieszczotliwym spokoju. Saper rósł w zachwytach nademną i rzecz zdumiewająca, serce jego tak się otwierało z radości, iż widzi mnie nareszcie godną być siostrzenicą swego pułkownika, że rozpoczął się zalecać do starej Margot, swojej równolatki... dojrzałej. Finetka dawała do poznania, że wkrótce urzeczywistni skryte życzenia swego nieznajomego. Łatwo było się domyśleć, że Wincenty także zamyślał o kobiercu weselnym. Słowem, niech kto wytłumaczy, jeżeli może, ale faktem jest, że moje miłosierdzie dla nędzarzy z Boulonnais roztaczało w około mnie atmosferą miłości.
Co do mnie, ta atmosfera czuć mi się nie dawała, mogę przysiądz.
Na początku sierpnia pan Desosteux pokazał się w Liembrune z dzikim wyrazem twarzy i grubą teką, którą rozłożył ruchem groźnym. Przytaczani rozmowę tak, jak się odbyła, jeżeli kto znajdzie, że jest za długa, może jej nie czytać.
— Czy wiesz, kochane dziecko — „kochane dziecko“ u tego zacnego jurysty miało to samo znaczenie, co tu francuskie w ustach mojej teściowej — zapowiadało zawsze coś ważnego — czy wiesz, ile wydałaś przez miesiąc?
— Niedokładnie; wiem, że mam 32.000 franków, z których trzeba odliczyć 6000 franków przeznaczonych na pensye dożywotnie. Widzi pan, że zapamiętałam ten wyraz „dożywotnie“, który pana zachwyca. — Mam do pana zaufanie i pozwalam panu obliczyć ile to będzie, jeżeli 26 podzielimy przez 12.
— To czyni...
— Eh! powtarzam, że polegam w tem na panu. Wiem, że pan zdobywał wszystkie nagrody w szkole za arytmetykę. Mój wuj mi to mówił.
— Ileż zdaje się pani, że wydajesz miesięcznie?
— Pan wie, to rzecz powszechnie znana, że nie umiem prowadzić książek rachunkowych i że pan je za mnie prowadzi. Ucałuję pana nawet na św. Nigdy, żeby panu zapłacić za jego trudy, chociaż znajduję, że byłaby to lichwa... Lecz jestem istotą wspaniałomyślną.
Mruczał coś do siebie z cicha.
— To wiem także, że robię oszczędności. Nie potrzebuję płacić za mieszkanie, jestem opalana, karmiona dziczyzną przez Wincentego, drobiem przez Margot, królikami przez młodego Wincentego. Prawie wszystkie moje suknie każę robić Finetce, a kapelusze Peretce i nigdy nie biorę nowych rękawiczek, idąc odwiedzać biednych ludzi, aby ich nie upokarzać.
— I z temi wszystkiemi oszczędnościami, czy wie pani, ile wydałaś w tym miesiącu lipcu, mając do dyspozycyi 2156 fr. 66 centymów na miesiąc?
— Nie wiem; niech mi pan to powie. Jeszcze o tem nie pomyślałam. Rzeczywiście, jestem bardzo zadowolona, że będę wiedziała; 66 centymów! a to ciekawe!
Uśmiechnął się z goryczą.
— Wydałaś ośm tysięcy franków! 8000 franków! pani! 8000 franków! I dała pani pokwitowanie za dziesięć mieszkań po sto franków: to znaczy: tysiąc franków dochodu mniej! Pozostaje 25.000. Pomnóż pani 12 przez 8 ile to czyni?
— Ach, to wiem, 96.
— A zatem, jakże pani zapłaci 96, mając wszystkiego 25?
— Na pierwszy rzut oka wydaje się to obliczeniem, które przechodzi moje zdolności.
— Na pierwszy rzut oka, moja pani! a na drugi, na trzeci, na wszystkie?
Był rzeczywiście rozgniewany i obawiałam się, że wybuchnę śmiechem. Kochał mnie tak szczerze! Fakt jest, że miał słuszność; to bardzo trudno zapłacić 96.000 franków, mając 25.000. I nagle rozjaśniło mi się w umyśle.
— Zapominasz o nadziejach, kochany panie Desosteux, o nadziejach, stary mój przyjacielu, o 70 lasach, z których każdy ma mi przynieść 500.000 franków.
Zamknął swoją tekę ze złością.
— Nie będę miał siły patrzeć na to staczanie się w przepaść długów. zawołał. — Wpadał w sposób mówienia Tontona w chwilach uniesienia.
Biedne jego pomarszczone ręce drżały, a zaczerwienione i pełne serdecznej troski oczy, mrugały, jak gdyby z trudem łzy powstrzymując.
— Niechaj pan tu na mnie poczeka — rzekłam.
Wróciłam ze szkatułką.
— Oto niektóre z moich klejnotów, które nie mają wartości artystycznej i nie wiążą się z żadnemi wspomnieniami rodzinnemi. Jest ich tutaj, wiem na pewne, na przeszło 60.000 franków. Pański pierwszy dependent jest uczciwym, zdolnym człowiekiem i wcale nie głupim; ma zapewne ochotę odbyć podróż do Paryża, powinien mieć ochotę. Proszę go tam wysłać z tą szkatułką. Dam mu adres dwu uczciwych jubilerów Francuzów, których znam. Obiecuję panu, że skoro tych 60.000 franków zostanie pożartych przez nędzarzy z Boulonnais, położę tamę mojej rozrzutności.
Tym razem nie wytrzymał, dał folgę łzawemu rozczuleniu, porwał mnie za ręce okrył je pocałunkami, szepcząc:
— Zasługujesz pani, żeby być szczęśliwą. Czemuż zacny mój przyjaciel nie może wrócić z tamtego świata, by panią widzieć w tej chwili!
Nie byłam już złośliwym kamieniem, jak dawniej, to też serdecznie uścisnęłam mu ręce.
A— leż, kochany panie, nie mam żadnej zasługi. Daleko wolę uśmiechy setek dzieci, które mnie witają czułemi spojrzeniami i wesołem dzień dobry, niż te perły, które mi się wydają wyszłe z mody, niż te głupie kawały złota i te szmaragdy, które mnie zawsze raziły swoją brzydką wielkością.
Pożegnawszy mnie, pan Desosteux, który był starym kawalerem, pobiegł otworzyć swój testament i umieścił mnie w nim w kodycylu.
Jestem pewna, że wszyscy się dziwią, iż nie spotkałam nigdy pana de Roselle.
Wszyscy są przekonani, że to jego właśnie muszę poślubić i że mamy się spotkać przy łożu jakiego starego łotra, którego będę poić ziółkami, podczas gdy on będzie go nawracał.
Ja także temu się dziwiłam. Faktem jest, że oboje bywaliśmy w tem samem towarzystwie. Moje posiadłości nie były zbyt oddalone od jego majątku, a u naszych wspólnych granic znajdowało się wiele biedaków, którzy byli na neutralnem terytoryum, jak się wyrażał Tonton w swoich wojennych opowiadaniach.
Mógłby mnie spotkać.... przypadkiem zresztą. A jednak nigdy go nie zobaczyłam.
Zdaje mi się, że mi to było nieprzyjemne. Jego pogarda była mi nieznośna i łatwo mi przyszło zrozumieć, że obawiając się mnie przedtem i uciekając przedemną, doszedł do tego, że stałam mu się obojętna.
Gdybym była miała swoją dawniejszą śmiałość, byłabym o niego się dowiadywała.
Ale zrobiłam się teraz bardzo niewinną młodą wdówką, pełną skromności po za obrębem chałup i dzieciaków, wobec których grałam rolę poważnej matrony.
Chociaż upoważniłam moje dwie pokojówki do rozmawiania, gdy mi usługiwały przy stole, aby mieć lepszy apetyt, zwyczaj milczenia o panu de Roselle tak się zakorzenił, że mówiły o całej okolicy, nie wymieniając ani razu jego nazwiska.
Jednak, dnia pewnego w początkach sierpnia Finetka nie wytrzymała.
— Zdaje się przecież — rzekła — spozierając na mnie z pod oka — że pan de Roselle nie umrze z tego. Jest mu nawet lepiej i wychodzi już od kilku dni.
Nie widywałam nikogo. Z nikim nie rozmawiałam. Nie pisałam listów. Zostawiłam bez odpowiedzi ostatni list pani Castelnau. Minął już miesiąc, jak pisała do mnie. Byłam zajęta jedynie strzyżeniem głów dziecinnych i bieleniem chat.
— Nic nie wiedziałam o jego chorobie — rzekłam zimno. — Nie masz potrzeby patrzeć na mnie z pod oka, Finetko, nie życzę wcale śmierci panu de Roselle. I cóż mu było?
— To nie dlatego, żeby pani dokuczyć — rzekła mała łotrzyca, byłabym jej z chęcią wymierzyła policzek, jak za dawnych czasów, — tylko, żeby panią uprzedzić, by pani uważała. W okolicy panuje straszna ospa i odra i ciągnie w te strony: sześcioro dzieci, trzech mężczyzn i pięć młodych dziewcząt umarło w ostatnim tygodniu w jednej wsi. Wszyscy się boją i kto może ucieka. Pan de Roselle tak pilnie chodził koło chorych, że sam się rozchorował temu miesiąc.
Teraz już wychodzi z pokoju, ale mówią, że to za wcześnie, że może znowu zapaść i tym razem już się nie wywinie. Pani może lepiej by zrobiła, żeby w domu siedziała, bo to bardzo nieprzyjemnie umierać, ale stać się brzydką z dziobami po całej twarzy jak rzeszoto, to jeszcze gorzej.
— Nie mam co robić z mojem życiem i urodą, moje dziecko — rzekłam z ponurą filozofią. A więc, gdybym dostała ospy, uciekłybyście odemnie?
— Ja — rzekła Peretka bez zastanowienia — nie chciałabym uciekać, a zresztą.
Wincenty nigdyby tego nie przebaczył. Bedzie mnie kochał choćbym była brzydka, jak straszydło, ale nie kochałby, gdybym panią opuściła.
Finetka także protestowała, trochę słabiej, widocznie nie była pewna gustu swego narzeczonego co do rzeszota.
— Trzeba więc przedsięwziąć ostrożności. Pojmujecie to, moje dzieci, że gdybym przestała odwiedzać ludzi dlatego, że są chorzy, obawa, o której mi mówicie, jeszcze więcej by się spotęgowała i nikt ich nie chciałby doglądać. Oto co zrobicie, gdybym zachorowała: Wincenty pojedzie natychmiast do Boulogne po siostrę miłosierdzia, która będzie mnie doglądać razem z Margot. Peretka zostanie w saloniku poprzedzającym mój pokój a ty, Finetko, będziesz w dalszym pokoju, po za salonikiem, w ten sposób niebezpieczeństwo będzie dla was mniejsze; do mego pokoju nie będzie się wpuszczać nikogo oprócz doktora.
Pomyślałam o wuju i o tym księdzu, który mi obiecał, że spotkam się z jego kochaną duszą i dodałam:
— I oprócz księdza proboszcza.
Pytam się ciągle: Bywają więc przeczucia?
Zabrałam się do pisania mego testamentu i znalazłam w tem zadowolenie. Jest to przyjemność, którą polecam ludziom mającym wiele czasu do stracenia, samotnym, lub znudzonym.
Zapisałam turecki pałasz don Luizowi, zadziwiającą fajke Edwardowi, mnóstwo różnych rzeczy różnym ludziom, wszystkie klejnoty mojej kochanej matce, wszystką broń wuja panu d’Hauraucourt, bibliotekę panu Castelnau, srebro Albertynie wraz z zamkiem Désert.
Resztę moich ziemskich posiadłości... panu de Roselle. Oto jest! Uciekam, ukrywając twarz zarumieniona.
Nadszedł dzień św. Klary; było to imię kochanej matki i dobrze się do niej stosowało.
Byłam tak oddzielona od reszty świata, tak oddana niwom wiejskim, kwiatom, czarnym wieśniakom i brudnym dzieciakom, że oddawna już do niej nie pisałam. Kochałam ją zawsze jednakowo i z okazyi imienin napisałam jej tysiące dziecinnych serdeczności, zaznaczając moją radość, że ujrzę ją wkrótce w Hervelinghem.
Byla to znowu niedziela, widocznie, niedziela coś do mnie cierpi. Co za rozkoszny upał! Pisałam na balkonie, od promieni słońca chroniły mnie gałęzie olbrzymiej fuksyi, prawdziwe cudo, obsypane tysiącem białych i czerwonych dzwoneczków. Słońce się zniżało, zasnuwając złotym pyłkiem kopce świeżo zżętego żyta, porozrzucane na dolinie, które sztywne i poważne spoglądały z pogardą na szare zagony dojrzewającego owsa.Dzwon kości elny oznajmiał koniec nieszporów... Zaczynam nabierać wprawy w nabożeństwach.
Kilka par ludzi przechodziło drogą w głębi doliny, wiodącą do lasu. Przypuszczam, że Peretka ze swoim narzeczonym i ojcem Wincentym należy do tego towarzystwa. Finetka zapewne poszła na spotkanie swojej Tajemnicy. Myślę, że zapewne saper i Margot, z powagą kloców drzewa, rozmawiają o swoich zapowiedziach. Mają oboje razem sto dziesięć lat. Miłość jest silniejsza od śmierci.
Miałam już zakończyć list. Saper się ukazuje. Ma minę grobową. Znam to oblicze: ten wrażliwy wojak przybiera zawsze taki wyraz, gdy ma spełnić bolesną misyę. Wolałby umrzeć niż ją spełnić, a przecież spełnia.
— Pani, to Artemiza, córka Argentyny.
— Rzeczywiście, już więcej niż dziesięć dni jak nie miałam o nich żadnych wiadomości. Cóż się stało?
Wahał się; powstałam z miejsca, uczynił ruch jakgdyby chciał mi drogę zagrodzić.
Stanowczo bywają przeczucia.
Poszłam. Mała była w przedpokoju. Była teraz czyściutka i zakochana we mnie.
Dałam jej znak, żeby się zbliżyła chcąc ją pocałować. Zaczerwieniła się, nie poruszyła się z miejsca i wybuchnęła płaczem. Wzięłam ją za ręce, pomimo oporu.
— Bo nie chciałabym, żeby pani dostała zarazy.... — szepnęła biedaczka.
— Powiedz pani wszystko! — zawołała Margot, która z nią przyszła — tak będzie najlepiej.
— Już ośm dni, jak choroba wybuchnęła....
Biedna mała musiała się zatrzymać, bo tak bardzo szlochała. Wzięłam ją na kolana. Tak, ja ją wzięłam na kolana!
— Mama nie chciała, żeby pani o tem donosiła, bo mówiła: Pani przyjdzie i może sama zachorować.
— Ależ co takiego?
— Ospa, pani! troje małych już umarło.
Wydałam okrzyk i szybko powstałam. Margot chciała mnie zatrzymać. Oparłam się.
Ucałowałam dziewczynkę, jakby przez nią chcąc pocieszyć matkę i dzieci.
— Inni także chorzy. Tylko ja i Wiktor jeszcze nie.
Powiedziała to z właściwą wieśniakom rezygnacya, która mnie się anielską wydała.
— Mama zapadła dziś rano. Wszyscy się boją; nikt nie chce wejść do domu, tylko ksiądz proboszcz i doktor. Ale ja nie wiem co robić i Wiktor także. Wtedy, skoro mama nie ma już przytomności, żeby nam przeszkodzić, a ksiądz proboszcz, który także chciał nam zabronić, poszedł, namyśliłam się z Wiktorem, że pójdę pani powiedzieć. Mama zawsze mówi, że pani jest dla nas boską Opatrznością.
— Pani tam nie pójdzie — zawołała Margot — chyba po to, żeby złapać śmierć i dzioby po całej twarzy!
Brrr! dzioby! Trzeba mi darować, lecz moje bohaterstwo mocno się zachwiało, a wyraz dawnego egoizmu odbił się na mojej twarzy. Stawała się to żółtą, to zieloną, to czerwoną jestem pewna, że przechodziłam te wszystkie barwy. „Umrzeć, to nic, to nasze przeznaczenie“ — czytałam w jakiejś książce. Ale dzioby! I dlaczego, dla kogo? dla ludzi, których znam zaledwie, których już obdarzyłam do syta i którzy nadużywali mojej dobroci, grożąc mi teraz oszpeceniem!
Poczciwy, słodki i wygodny egoizm, który wypielęgnowałam przez dwadzieścia trzy lata, przytaczał mi mnóstwo argumentów, cudownie wymownych.
Walka była ciężka. Nie miałam żadnego słusznego argumentu na przeciwstawienie tym, które mi wskazywały niebezpieczeństwo i kazały go unikać, ale czułam, że jest to chwila stanowcza, węzeł gordyjski mego życia. Jeżeli się cofnę, jestem na zawsze stracona. Czułam, że stanę się nikczemną, jeżeli nie pochwycę tej sposobności zerwania raz na zawsze ze starym moim wrogiem, samolubstwem.
— Zaprzęgać! — rzekłam do sapera, który z surowem współczuciem przypatrywał się wyrazowi mojej twarzy.
— Ja pojadę, proszę pani — — zawołała Margot — moja stara skóra niema czego się obawiać, ale pani, taka delikatna, że możnaby powiedzieć, że się widzi niebo przez skórkę pani....
Była we mnie żywość wrażeń, która zawsze we wszystkiem mnie ratowała. Wybuchnęłam śmiechem. Myśl, że Margot obdarzała mnie krwią barwy błękitnej, była tak śmieszna, że oprzeć się nie mogłam.
— Obiecuję ci, że będę dbać o moją cerę. Daj mi duży kapelusz ogrodowy. Zapytaj sapera, który tu stoi patrząc na mnie z bezmyślnością latarni ulicznej, czy nie było by to hasłem do ogólnego popłochu. Czyż to nie wstyd! cała wieś ucieka przed biednymi chorymi ludźmi, jak gdyby i tak już nie byli dość nieszczęśliwi! Ci nikczemni pozwalają umierać swoim znajomym bez opieki i pociechy!
Dziewczynka pożerała mnie oczami; stała z otwartemi usty, ze złożonemi rękami, połykając każde moje słowo. Można by myśleć, że od mojej decyzyi zależy zbawienie całego świata, w szczególności jej matki i braci.
Gdy zobaczyła, żem się zdecydowała, wydała niewyraźny okrzyk i kilka słów ledwie dosłyszalnych, z pomiędzy których zdawało mi się, że odróżniam: Jezus, Marya!
— Pani wicehrabina ma słuszność — wyrzekł surowy saper, — byłoby to podłością niegodną pułkownika.
W pół godziny później wysiadaliśmy w niejakiej odległości od małej zagrody. Powóz nie mógł dojechać do samego domku.
Dziewczynka, która nie wyrzekła ani jednego słowa z ust zaciśniętych, ściskała moją rękę. Nie śmiała sama jedna wejść do domu. Obawiała się nowych nieszczęść, od których moja obecność miała ją uchronić.
Nic się nie zmieniło w tej miejscowości, która dotychczas była mi tak miłą i pełną wdzięku. Brzegi wąwozu zawsze były usiane kwiatami, trawa więcej zielona, niż kiedykolwiek, strumyk płynął ze szmerem, a pszczoły brzęczały wokoło lilii wodnej. A przecież, po raz pierwszy uczułam, że ta zagroda miała w sobie coś groźnie ponurego.
Słońce schodzące coraz niżej, kładło na trawą zarośniętej płaszczyźnie cienie wysokich drzew, otaczających strumyk. Rysowały one na ziemi potworne obrazy, pokręcone jak instrumenty tortury, jak pokurczone i wykrzywione trupy ludzkie. Owady brzęczały w zapamiętały sposób, a ptaki sprzeczały się o swoje mieszkania pod liśćmi z zapalczywością mowców klubów anarchistycznych. Zdawało mi się, że nawet potulny strumyczek skarżył się swoim szmerem i biegnąc wśród wysokich traw, groźnych jak miecze, wyśpiewywał melodyę złożoną z łkań powściąganych.
Rzeczywiście były tam płacze i szlochania. Dziewczynka puściła moją rękę i pobiegła wołając:
— To Wiktor!
Biedny chłopczyna, pozostawiony sam jeden w tym zapowietrzonym domu z pamięcią jeszcze świeżą o śmierci swoich braciszków, przerażony chorobą innych, przestraszony przede wszystkiem bredzeniem gorączkowem tej matki rozsądnej i szanowanej, biedny chłopczyna stracił głowę. Czynił co mógł, aby opanować swój strach, odpowiadając na bezładne słowa matki, powstrzymując braci, którzy w gorączce rzucali się z łóżek na ziemię. Lecz strach wziął górę i mały wybiegł z domu, nie śmiąc jednakże zanadto się oddalać.
Chłopak siedział teraz na progu i płakał jak mógł najciszej, starając się w swojej delikatności dziecinnej „nie robić zmartwienia matce, która i tak już miała dosyć“. Tak opowiadał potem swojej dużej siostrze, która miała jedenaście lat; on sam miał lat ośm.
Gdy mnie zobaczył, zaczynałam brać nagrodę za moje bohaterstwo. Już nie będę wyliczać faktów tego bohaterstwa, tylko je zaznaczę. Niechaj mi tego nikt za złe nie bierze. To była wtedy jedyna moja nagroda. Zresztą, jestem z rzędu tych ładnych kobiet, które lubią się chwalić i zanim wejdę w pokorę, obowiązkową niestety, pragnę olśnić po raz ostatni.
Natychmiast więc, jak mały chłopak mnie zobaczył, zaczął uśmiechać się radośnie przez łzy, które wnet potem oschły. Oczy jego zabłysły, jak gdyby zobaczył czarodziejkę, panią życia i śmierci. Odczuł, że cała rodzina będzie uratowana z chwilą, gdym się pojawiła. Chłopczyna wyciągnął do mnie ręce, a potem, ze wzruszającym wdziękiem podał mi twarz swoją do pocałowania.
Biedny malec! Od dni dziesięciu nie miał czasu nawet pomyśleć o umywaniu się.
A jednak ucałowałam go. Jestem pewna, że będzie mi to policzone tam, gdzie zapisują piękne czyny.
Weszłam. Oboje ukrywali się po za mną. Czego się obawiali? Mieli niejasną obawę śmierci, która była tam, groźna i z którą ja tylko sama mogłam stanąć oko w oko.
Z początku, przybrałam odważną minę, lecz serce moje drżało.
U samego wejścia odczułam, że jestem całkowicie pokonana i łzy mi napłynęły do oczu; otarłam je ukradkiem, żeby nie wywołać łkania u tych, co we mnie ufność pokładali. Trzy kołyski, gdzie sypiało trzech zmarłych chłopczyków, były ustawione rzędem w głębi; szarfa z czarnej krepy spływała z daszku sitowianego każdej z nich, a mały różaniec leżał na środku każdego materacyka. Był to znak nadziei spotkania się w niebie, który matka według tamecznego zwyczaju tam ułożyła, zanim sama zachorowała. Obok różańców, wonne bukiety z liści dzikiej mięty, przypominające radość szczęśliwych dni, gdy dzieci żyły. Wszystko to mnie wstrząsnęło; wzięłam oboje dzieci za ręce i ruchem gorączkowym weszłam sama z niemi do pokoju.
Nie śniło mi się nigdy coś równie bolesnego. Ściśnienie serca było u mnie tak wielkie, że nie miałam już siły łez ukrywać po moich policzkach płynęły strumienie.
Na jednem z łóżek spała mała dziewczynka: ciężki sen ją zmorzył po długich narzekaniach na głód. Dwóch chłopczyków miało spać na drugiem łóżku, lecz jeden z nich zsunął się na ziemię w porywach gorączki; leżał całkiem nagi, a czerwony jak upior. Drugi różowy, to znaczy, o ile mogłam zrozumieć, rekonwalescent, leżał na łóżku w koszulce wiszącej w strzępach, wpatrując się we mnie ogłupiałemi oczami, które nic nie widziały.
Miałam odwagę — Panie Boże, racz mi to zapisać, gdyż będę potrzebowała całej Twojej łaski — wziąć małego czerwonego i z pomocą towarzyszących mi dwojga dzieci, bo bardzo się wyrywał, ułożyłam go na łóżku.
W głębi izby, matka także cała czerwona bredziła urywanemi słowami, pomiędzy któremi wracało nieustannie moje nazwisko wraz z imionami trojga zmarłych dzieci. Całą troską tego zacnego serca było, żebym nie dowiedziała się o tym wypadku, gdyż „pani umarłaby, żeby przyszła do nas, a jednak tylko pani mogła ich uratować“.
Oto wyrazy, które zdołałam zrozumieć.
Pojmowałam wybornie, że byłam już nietylko zagrożona, lecz osądzona i skazana.
Niemiły dreszcz, trzeba mi to wybaczyć, nie trwał długo. Byłam przede wszystkiem wzruszona dobrocią tego wdzięcznego serca. A zresztą, nie na tem był jeszcze koniec mojej próby.
Obok łóżka Argentyny, w kołysce, leżała trzyletnia dziewczynka, nieruchoma, sina, z zamkniętemi oczami. Dotknęłam jej, była zimna.
Tym razem przeraziłam się na prawdę i umknęłam z pokoju, a za mną oboje dzieci, które rozpaczliwym wzrokiem śledziły każdy mój ruch, a teraz wybiegły za mną krzycząc, same nie wiedziały dla czego...
Zanim, doszłam do drzwi tego strasznego pokoju, ujrzałam przed sobą, że się tak wyrażę, uosobienie bezpieczeństwa. To, co mówię, może nie jest całkowicie zrozumiałe.
Osoba, która wchodziła, była uspokajająca. Odgadywało się, że jest jednocześnie spokojna i czynna, stanowcza i dobra, panująca nad sobą i nad wypadkami.
Była to kobieta silna, mogąca mieć około pięćdziesięciu lat, na pół wieśniaczka, a na pół mieszczka, wyglądająca na gospodynię jakiegoś starego mieszczanina, zamieszkałego na wsi; połyskująca czystością, okrągła i czerwona na twarzy, z szaremi oczami łagodnie przenikliwemu, bacznemi i pełnemi życzliwości. Miała ostre ruchy; rzuciła na mnie tylko jedno spojrzenie, ale wydało mi się, że mnie przeniknęła do głębi. Rzuciła także bacznem okiem dokoła. Zdawało się, że tem jednem spojrzeniem wszystko zrozumiała i przeniknęła, wice-hrabinę d’Hervelinghem z jej lekkomyślnością, bohaterską duszą i dumnem sercem, Argentynę, sześcioro dzieci i sytuacyę domową.
Zdjęła z głowy rodzaj kapelusza całkiem nowego, ale którego moda była starsza odemnie. Widocznie miała zamiar osiedlić się w tym domu. Włożyła do szafy dość duży worek podróżny, który miała z sobą.
Zbliżyła się do kołyski, w której leżała dziewczynka, dotknęła jej i potrząsnęła głową.
— Idźcie dzieci — rzekła głosem łagodnym a stanowczym — przynieście mi garść słomy.
Gdy dzieci wyszły, powiedziała mi, wskazując na małą:
— Szkoda, była bardzo ładniutka.
Pochwyciła żywo słomę przyniesioną przez dzieci, przedzieliła ją na dwie części, zrobiła z niej szybko krzyż i poszła go powiesić na drzwiach zewnętrznych. Jest to znak tradycyjny, oznajmiający, że w domu jest umarły i każdy może wejść, aby się pomodlić i pocieszyć pozostałych przy życiu.
— Ksiądz proboszcz z Liembrune pewnie tu był, nieprawdaż, mała? Jak się nazywasz?
— Artemiza. Ksiądz był i powiedział, że jeszcze przyjdzie.
— Dobrze, a doktor?
— Także był i napisał coś na kawałku papieru, oto ten.
Wzięła papier, przeczytała i biorąc chłopczyka za uszko przyjaznym ruchem, rzekła:
— Pójdziesz do miasteczka, do apteki. Powiesz tam, żeby ci to natychmiast wydali i że pan de Roselle zapłaci.
Pan de Roselle! Czy nie poruszyło się tam coś w mojem sercu kamiennem?
— Pani — rzekłam — jest tutaj mój powóz. Będzie tam prędzej, niż ten mały.
— Lepiej dla niego, że się trochę przebiega i że tu nie zostanie. To biedne kurczątko... W jego wieku można oszaleć widząc to wszystko. Ty dziewczynko, jesteś silna, masz dobre serduszko, a główkę pewnie rozsądną. Zresztą niema tu tak wiele do roboty, tylko trzeba być czujną, przezorną, a staranną około chorych.
Słuchałam cierpliwie, prawie w osłupieniu. Byłam jak znieczulona.
— Słuchaj mała, musicie mieć jakie koszulki, żeby przebrać swoją siostrzyczkę?
— Tak, pani, bielizny dużo pani przysłała.
Podczas kiedy szukano koszulki, żwawa kobieta porwała szczotkę i dając mi z szacunkiem znak, bym wyszła, zaczęła zamiatać zapamiętale izbę.
Wkrótce wyszła do mnie przed dom, gdzie siedziałam zadumana, oszołomiona ruchliwością tej dziwnej infirmierki.
— Dziś rano dopiero, wychodząc z sumy pan Karol — przypuszczała, że wiem, kto jest ten pan Karol — dowiedział się o nieszczęściu tych biednych Chamousu i o tem, że już w kilku domach chorują we wsi pani. Epidemia nas opuściła, żeby się tu przenieść. Straciliśmy piętnaście osób w przeciągu dwóch miesięcy, a pan Karol tak się namęczył, chociaż zaledwie sam podnosi się z choroby. O mało nie umarł, ale nie chce słuchać nikogo. Byłabym tu prędzej przyszła, bo przed trzydziestu laty znałam dobrze te okolicę. Byłam tu nawet z nieboszczykiem Bazylim, którego właśnie wówczas poślubiłam. Miał on tutaj krewnych. Mówiłam zawsze panu Karolowi, że trzeba tu przyjść, zobaczyć. Mój Bazyli umarł już więcej niż dwadzieścia lat temu, a z krewnymi jego nie wiem co się stało.
Mówiła z oszołamiającą szybkością, przerywając sobie co chwila, aby wejść do domu, zkąd znów słychać było jak napominała Argentynę i groziła malcom. że dostana bicie, gdyby ruszać się ośmielili.
Nie miałam już tutaj nie do roboty, pozostawiałam chorych w dobrych rękach. Pożegnałam więc tę kobietę. Nie byłabym się gniewała, żeby mi coś więcej powiedziała o panu Karolu. Nie dodała nic więcej. A ja, jak łatwo się domyśleć, nie pytałam.
Siła mego wrodzonego czaru osłabła nieco, przestała działać na panów i zwracała się ku demokracyi, gdzie czyniła cuda. Byłam, jak już wspominałam, nieprawdaż? ubóstwiana przez chłopów i ta wieśniaczka nie oparła się czarowi. Pożegnała mnie bardzo czule. Byłam z tego bardzo zadowolona. Rzeczywiście, to wielkie dzieciństwo z mojej strony, przyznawać się do tego. Ale przeczuwałam, że pan de Roselle, jeżeli mnie nie nienawidził, stracił gwałtowną sympatyę, którą czuł do mnie; byłam pewna, że moje wybryki, mój egoizm i to, co kochana matka nazywała, brakiem zasad, odjęły mi jego szacunek.
Poszłam odwiedzać innych „trędowatych“. Tak, zrobiłam to. Ta choroba przerażała wieśniaków, zazwyczaj tak czułych lub flegmatycznych wobec chorób. Kilku mieszezan z sąsiedztwa nagadało im, że trzeba przedsiębrać tysiące ostrożności, a pierwszą z pomiędzy nich było unikać zetknięcia. Ten wyraz nadał ospie straszliwe znaczenie i tem gorzej się jej bali.
Powiem natychmiast, bo później będę miała co innego do roboty, że skutek, którego sobie życzyłam, nastąpił. Skoro ujrzano „królowę okolicy“ śmiejącą się i drwiącą sobie z „epidemii“, odwiedzającą chorych nie będąc do tego zmuszoną tak, jak ksiądz lub doktor, w trzy dni ludność się uspokoiła i chorzy mieli tak samo, jak w każdej innej chorobie, odwiedziny, pomoc i pociechę.
Wróciwszy późnym wieczorem, dodałam parę słów do listu pisanego do pani Castelnau: „Nie przyjeżdżaj matko do naszej okolicy, a przedewszystkiem, nie przyjeżdżaj mnie odwiedzić. Mój wuj lubił namiętnie małe zwierzątka. zwane „bakcylami“. Odziedziczyłam po nim to zamiłowanie. Spędzam moje życie pośród nich, wśród tych, które wnoszą ospę do wszystkich domów. Wyzywam je i przyswajam, karmię własnemi rękami, ale są bardzo złośliwe dla innych, a szczególnie dla ślicznych, kochanych i dobrych teściowych, które posiadają subtelność serca i czułą duszę. Nie śmiem nawet ucałować ciebie matko, za pośrednictwem tego papieru; później to sobie wynagrodzę“.
W następny wtorek doprowadziłam do szczytu zapał ogólny. Był pogrzeb małej dziewczynki z Ru du Coulomb. Zamówiłam dla niej Mszę anielską.
Lecz nie to wycisnęło łzy z oczu tych natek wiejskich.
Artemiza i Wiktor stali przy trumience siostry, onieśmieleni swoim strojem żałobnym. Płakali, przypominając sobie, że to już piąta trumna z ich domu wychodzi matka i troje dzieci jeszcze było w niebezpieczeństwie. Przypuszczam, że właśnie to wszystko „otwarło fontannę łez“. Gdy w grubej żałobie, wzięłam oboje dzieci za ręce i poszłam za tą trumienką, prawdziwy wybuch łkań dał się słyszeć.
Przyłączyłam i moje łzy, chociaż się powstrzymywałam. Byłam bezsilna, zmęczona. Nie chciałam się skarżyć, lecz mój „naród“ z saperem na czele, który przywołał pana Desosteux do pomocy, zadręczał mnie, chcąc mnie zniewolić, żebym zaprzestała moich przechadzek po królestwie bakcylów.
Przed tymi, co to czytają, nie będę ukrywać, że miałam ciężką głowę. Natomiast, serce moje było tak lekkie, upojenie bohaterstwem tak słodkie, że nie chciałam przestać niem się odurzać. Może, gdybym wtedy zgodziła się na niektóre ostrożności.... Zresztą, istnieje Opatrzność, nieprawdaż?
Argentyna i oba chłopczyki wyzdrowieli. Chodziłam ciągle ich odwiedzać. Dozorczyni, która ich jeszcze nie opuściła, przypatrywała mi się z taką uwagą, że mnie to niepokoiło. Zdawało mi się, że badawczy jej wzrok dostrzeże, iż cierpię na ból głowy. Byłyśmy bardzo wzruszone. Ona nie przestawała mówić mi o swoim wychowanku, panu Karolu. Czy mówiłam, że była jego mamką?
Dziwiłam się, że nigdy go nie spotykam w mojej wiosce, pomimo, że był zapamiętały w odwiedzaniu chorych; czy mu chodziło o to, żeby mnie nie widzieć, czy wielka delikatność z jego strony kazała mu się wystrzegać tego rodzaju schadzek?
W piątek otrzymałam list od pani Castelnau:
„Jestem odporna na małe żyjątka, o których mówisz, drogie dziecko, a chociażbym się ich bała, jakże mogłabym się wahać odwiedzić ciebie, droga córko, którą kocham z całego serca, gdy ty nie wahasz się odwiedzać wieśniaków, którzy są tobie obojętni. „Wszyscy“ w około mnie kochają ciebie i podziwiają. Muszę osobiście zanieść ci te serdeczności.
„Jestem sama jedna w Hervelinghem od trzech dni. Jeżeli chcesz, przyjadę na przyszłą niedzielę na sumę do Liembrune, gdzie spotkasz się ze mną i pojadę do ciebie na obiad. Przedstawię ci pewnego nieznajomego, którego proszę, abyś uprzejmie przyjeła“.
To prawda, że mój ból głowy i osłabienie coraz bardziej się wzmagały, lecz jestem pewna, że nigdy nie byłam tak ładna, jak właśnie tej niedzieli. Kto to ten nieznajomy? Nie dla niego się przystroiłam, tylko dla siebie samej. Długo zachwycałam się sobą w zwierciadle. Zawsze te przeczucia! Zachowuję we wspomnieniu obraz tego oblicza bez zarzutu, które widziałam po raz ostatni.
Kochana matka czekała mnie na cmentarzu otaczającym kościół w Liembrune. Jakże pieszczotliwe było słońce, jakie nicho przejrzyste, jak świeżą i ładną była moja świekra, patrząca na mnie kochającym wzrokiem! Z jaką życzliwością witali mnie ci wszyscy ludzie! nawet cmentarz nie miał w sobie nic ponurego!
Ucałowała mnie z rodzajem namiętności, rzadko się zdarzającej u tej wielkiej damy, pełnej miary. Zrozumiałam, że chciała w ten sposób przebłagać mnie za niesprawiedliwe usunięcie się swego męża i zięciów od bohaterki, jaką byłam.
Nieznajomym, który ukazał się z po za jednego z grobowców, był pan de Roselle.
Nie był już tym samym co zawsze, rzeczywiście. Brzydka jego żółta cera zmieniła się w brunatną, z którą było mu bardzo do twarzy; spojrzenia jego, zawsze takie jasne i otwarte, nie miały już w sobie dawnej, drażniącej ironii; były słodkie i kochające. Dłuższe teraz wąsy, zakrywały usta, które dawniej często kurczyły się w sardonicznym uśmiechu, — ukazywały tylko końce zębów, których białość uwydatniała się przy opalonej cerze. Choroba, nie zacierając tej opalenizny, pozostawiła w tej twarzy pewną miękkość, którą wolałam od dawniejszego imponującego wyrazu.
Czy się zarumieniłam? A on? Wydało mi się, że w jego źrenicach dojrzałam owo drżenie, które jest objawem miłości. Wzrok jego nie pytał mnie już teraz od jak dawna na Mszy nie byłam. Mówił mi o szacunku i — zdawało mi się, że — o uwielbieniu, serdecznem uwielbieniu. Podałam mu rękę owym szczerym ruchem, który, jak utrzymywano dawniej, był czarowny i pociągający. On widział, że nie byłam już roztrzepaną, samolubną i płochą wdową, którą pogardzał i od której uciekał, chociaż ją kochał, a ja odgadywałam, że tym razem „składał broń przed moją urodą“. (Styl kochanego Tontona!)
Przekonałam się wtedy, żem go zawsze kochała, nienawidząc go, a przywoływałam często, chociaż uciekałam przed nim. Uważałam, że moja egzystencya do tej chwili była snem tylko, podróżą, w której cienie spotykałam i że w tym momencie zaczynało się życie rzeczywiste. Niestety! jakże to było późno! Miałam przynajmniej tę minutkę szczęścia.
Weszliśmy do kościoła i zajęliśmy nasze miejsca. Moja ukochana matka modliła się obok mnie i za mnie z podwójną i gorliwą pobożnością, której Bóg bezwątpienia nie mógł się oprzeć. Pan de Roselle, stojąc ze skrzyżowanemi ramionami i skupieniem na obliczu, modlił się z rodzajem poważnego zaniepokojenia, wpatrując się w krzyż nad ołtarzem. Zdawał mi się być uosobieniem męskiej pobożności, tak, jak moja matka była uosobieniem pobożności kobiecej.
Nie umiałam się modlić, ale miałam silną wolę połączyć moje myśli z myślami tych dwojga szlachetnych istot.
Co za dziwną mam wyobraźnię! Zapomniałam o wszystkiem, aby patrzeć na odblask czerwonego światła, który słońce rzucało przez jeden z witraży i umieściło na nosie małego człowieczka, zakrystyana! Ta czerwoność nosa przypominała arlekina.
Jest to ostatnia rzecz, którą sobie przypominam. Żegnajcie wszyscy! Niema już zaczarowanej Armidy! Czuję w mózgu uderzenie młota, które mi sprawia ból szalony, nie do zniesienia i padam na ziemię.
Gdy odzyskałam nieco przytomności — ileż to godzin, ile dni minęło! — stało się to jedynie z powodu cierpień, których doznawałam, bolu głowy, straszliwego bolu, z którym, jestem pewna, nic się nie da porównać. Cała skóra mnie piekła, umierałam z pragnienia, a usta zdawały mi się zbliżone do rozżarzonych węgli. Dano mi czegoś się napić, sama niewiem co i zapadłam na nowo w senność, cierpiąc bez ustanku.
Skoro obudziłam się po raz drugi, straszliwe cierpienia zniknęły, ale zdawało mi się, że na całem mojem ciele pełzały ogniki, które nie tyle piekły, co drażniły. Byłam cała złamana i zbolała, jakby mnie bito przez cały tydzień.
Nie majaczyłam już i wracała mi zwolna przytomność. Poznawałam mój pokój, jak przez sen. Mało było w nim światła. A przecież miałam świadomość, że nie była to noc. Spostrzegłam trzy osoby u stóp mego łóżka. Wzrok mi się wzmacniał. Te trzy osoby wpatrywały się we mnie z natężoną uwagą, z uczuciem i politowaniem.
Była tam jedna postać nieznana, w czarnym welonie. Miałam dość rozgarnienia, żeby poznać w niej zakonnicę. Rysy jej poważne i bardzo spokojne mówiły, że widywała już inne cierpienia. Obok niej, nie mylę się, widziałam moją kochaną teściowę, z blademi rękami i wyszczuplałymi rysami, a słodkie jej oczy były pełne tak głębokiego i szczerego współczucia! Trzecią była moja stara Margot. Wyglądała wojowniczo, jakby pragnęła stanąć wobec choroby oko w oko i wyzwać ją do walki, aby ją zgnębić.
— Kochana mamo — szepnęłam.
Po raz pierwszy ten wyraz wybiegł na moje usta. Zawdzięczałam go dzieciom Argentyny. Stałam się taka dobra, że wspomnienie Argentyny, której przecież jedynie zawdzięczałam obecne cierpienia, słodkie mi było.
Teściowa, słysząc mój szept, pochyliła się, żeby mnie pocałować: zakonnica ją powstrzymała. Domyśliłam się, że miałam ospę. Wpadłam znowu w pół sen, po którym nastąpiła gorączka. Zaczynał się okres ropienia.
Przypominam sobie jeszcze, jak pierwszy raz oprzytomniałam podczas tej gorączki Zdawało mi się, że byłam przemieniona, że nie byłam istotą żyjącą, tylko jakąś rzeczą nabrzmiałą. Była noc i mój pokój był oświecony lampą. Padało z niej przyćmione światło przez różową jedwabną narzutkę, na osobę uśpioną na fotelu u stóp mego łóżka. Otworzyłam z trudem oczy. Trzeba mi było dość czasu, aby wzrok mój przedostał się przez pół przymknięte powieki. Udało mi się przecież poznać w tej śpiącej moją teściowę. Takie miała rysy zmienione, mizerne!
Moje ręce wydawały mi się tak ciężkie, że spojrzałam na nie. Zaledwie mogłam rozpoznać, że to są ręce ludzkie. Była to jakaś rzecz nabrzmiała, jak poduszka. Spróbowałam podnieść je do twarzy; była tak samo nabrzmiała, jak ręce. Zrozumiałam teraz, dla czego ledwie oczy mogłam otworzyć, nic prawie nie widząc. Moje powieki również były opuchłe i usta także, bo okrzyk rozpaczy, który wydalam przy tem odkryciu, nie mógł przejść przez nie. Czułam ciężar na piersiach, a w gardle, jakby ukłucia szpilkami.
Opanował mnie wreszcie pół sen, w którym pozostałam przez dni kilka.
Nie będę opowiadać wszystkich okropności, które później nastąpiły; tysiące strupów, które pokryły ładną moją twarz, nie były jeszcze najwstrętniejszą rzeczą. Miałam zawsze dla mego ciała wielkie poszanowanie, rodzaj kultu bez miary, pielęgnowałam je z zamiłowaniem, a chociaż w ostatnich czasach poświęciłam ten kult dla serca, owo ubóstwianie piękności nie ustało.
W chwili, gdy wróciłam do przytomności i ujrzałam szkaradę moich rąk, miałam tylko jedną myśl: zobaczyć twarz. Była to myśl uparta, która mnie prześladowała, która mię całą ogarnęła, która we mnie budziła upór ludzi szałem dotkniętych.
Leżałam senna, mówiąc nie wiele, widząc źle; umysł mój się mącił. Domyślałam się, że moje trzy dozorczynie czuwały nademną kolejno co nocy, Nie znałam zakonnicy, ale wiedziałam, że pani Castelnau miała sen lekki. Czekałam na kolej Margot, która mogła iść w zawody z Siedmiu Braćmi śpiącymi.
Ta kolej nadeszła na drugi dzień, w którym widziałam moją teściowę drzemiącą w fotelu. Było to, o ile mi się zdaje, w trzecim dniu okresu ropienia.
Skoro ujrzałam Margot wyciągniętą wygodnie w fotelu i głęboko uśpioną, wyszłam cichutko z łóżka. Dobrze uważałam, że pozakrywano zasłonami wszystkie zwierciadła w pokoju, że stawiano zawsze lampę na kominku i że tej nocy, dzięki szczęśliwemu trafowi, jedna strona zasłony zahaczyła się o zegar i pozostawiała część lustra odkrytą. W tę stronę skierowałam się cichym krokiem.
Niepadłam martwa. Ale jeszcze nie zapomniałam — czy kiedykolwiek zapomnę? — straszliwego potwora, którego tam ujrzałam. Żadne najokropniejsze opowiadania, żadna zmora, w której widzi się trędowatych, żaden opis najohydniejszych chorób nie pozwoliłby mi przypuszczać, że istota ludzka może dojść do tego stanu. Zbliżyłam lampę, żeby nie stracić ani jednego szczegółu tej okropności.
Skończone więc moje życie! Jeżeli inni mogą nie wiedzieć o tej okropności, ja znam ją dobrze. Nie, nigdy nie zapomnę tego potwora, tych ropą ociekających policzków, tej ohydnej głowy pełnej pryszczów, tych ust grubych jak palce odarte ze skóry, tego nosa bezkształtnego, tego czoła zaczynającego pokrywać się łuską, tych powiek błękitnych, napuchniętych, a wśród tego ciała lepkiego od ropy małych mrugających oczu, z których spływają nie łzy, lecz krew!
Tak! skończyło się już wszystko dla Izabeli! Była odtąd skazana na życie w towarzystwie tego potwora. Rękę potwora wyciągnie teraz witając którą ze swoich znajomych; a jeżeliby kiedy się pokusiła oddać swoje serce, zawsze będzie pamiętać, że to jest serce tego potwora.
Wróciłam na łóżko i zaczęła się nowa gorączka, którą lekarze nazwali gorączką powrotną. Podobno, że opisywałam rozmaite rodzaje straszliwych potworów i przeklinałam całą ludzkość wogóle.
Podobno także zakonnica, która była bardzo zręczna i doświadczona, miała cierpliwość przekalać mi każdą krostę, żeby dzioby nie pozostały. Nie bardzo jasno sobie to przypominam. Rzeczywiście, zostały mi tylko dwa znaczki, które odegrały pewną rolę w mojem życiu.
Krosty znikły, łuski opadły, stałam się czerwona, jak stary rondel miedziany, potem różowa i nareszcie wróciła mi moja ładna cera.
Rekonwalescencya zaczęła się w połowie września. Zawsze słyszałam, że istota delikatna i subtelna powinna sobie życzyć od czasu do czasu jakiejś niebezpiecznej choroby, żeby rozkoszować się później powrotem do zdrowia. Ja tego nie użyłam: potwór mnie nie odstępował. Nie rozkoszowałam się także pięknością jesieni, którą dawniej nad wszystko przekładałam, tak samo jak przekładałam wdzięk mojej teściowej nad wszystkie wdzięki jej córek.
Tak, widziałam ciągle mego potwora! Był we mnie, nigdy się jawnie nie ukazywał, ale mnie nie opuszczał.
Cała okolica zjeżdżała się, aby mnie uczcić; kilku lepszych znajomych mnie wielbiło; biedna Argentyna do stóp mi się rzuciła, wydając okrzyki i błagając mnie o przebaczenie. Kilka dumnych parweniuszek z sąsiedniego miasteczka trzymało się na uboczu. Dawniej byłabym je wydrwiła. Pomyślałam o moim potworze i przebaczyłam im, że nie chcą się zbliżać do niego. Ta ohydna istota pokorną mnie czyniła.
Trudno mi było o nim zapomnieć. Dwie dziureczki, które uszły uwagi zakonnicy, otwierały się u samej nasady brwi po prawej i lewej stronie, w ten sposób, że moje brwi, o których kochany wujaszek zawsze mówił, że wyglądają jakby nakreślone „pendzlem Apellesa“, zdawały się z nich wychodzić. — Drażniły mnie niepomiernie te dwa dzioby; wyszydzałam je rozmai temi drwiącemi przezwiskami, Nazywałam je najczęściej źródłem moich brwi. Nie mogłam spojrzeć na nie w lustrze, żeby nie skupiły w sobie całego mego wzroku; one zakrywały mi całą twarz. Dotykałam ich bezustannie rękami. Było to szaleństwo, halucynacya.
Wszyscy moi starzy znajomi wrócili do mnie z pieszczotliwą serdecznością. Opatrzność nawet zapragnęła wziąć w tem udział i przyniosła mi wielki los. wygranę sto tysięcy franków.
Poczciwy Desosteux chciał we mnie wmówić, że to było wynagrodzenie za moją chorobę i że zapłata po 50.000 franków za każdy znaczek, który mi pozostał, była dowodem wspaniałomyślności wielkiej. Miałam ochotę język mu wydrzeć. Gdy na mnie spojrzał, zawsze oko jego spoczęło naprzód na tych dwóch „przepaściach“. Spoglądał na nie z uprzejmością, pieścił wzrokiem, jak źródło fortuny. O mało co nie poróżnił mnie z Opatrznością.
Stanowczo, nie mogłam patrzeć na niego bez irytacyi i mogę przysiądz, że nigdy mnie nie przywitał, nie rzuciwszy wprzód pieszczotliwego wzroku na te „błogosławieństwa niebios“.
Moja teściowa była tak promieniejąca, jak gdybym z tamtego świata wróciła na ziemię. Sama się tego nie domyślała, ale wszyscy wiedzieli, że tylko jej staraniom zawdzięczałam wyzdrowienie i twarz, piękniejszą niż kiedykolwiek.
A pan de Roselle? Trzeba go nareszcie pokazać. Oto jest:
W ciągu mojej choroby przysyłał codziennie dowiadywać się o mnie, ku wielkiej radości Finetki, której narzeczonym był kamerdyner „pana Karola“, Był to ów nieznajomy, z którym tak starannie się ukrywała i w ten sposób, bez żadnych czarów tłumaczy się, zkąd pan de Roselle był tak dobrze powiadomiony o każdym moim kroku.
Od czasu mego wyzdrowienia głosił wszędzie o naszem pokrewieństwie, zbliżając to kuzynostwo o kilka stopni, aby mieć słuszny powód do częstego bywania. Cała jego istota, najmniejszy ruch, głos, spojrzenia, wszystko świadczyło jak bardzo mnie kochał.
Był miłością uosobioną, miłością doskonałą, pieszczotliwą, a pełną szacunku, niemą, a wymowną. A ja? ja z wyjątkiem jego nikogo nie widziałam na całym świecie. A więc, ludzie, przygotowujcie się na weselę!
O, nie! dla tego właśnie mu odmówiłam. Wszystko, co było we mnie dobrego, szlachetnego, wzniosłego, wszystko to ciągnęło mnie ku niemu, cnoty dawniejsze, tak samo, jak obecne zasługi. Moja próżność szczególnie dumną była z niego; moja płochość znikała w jego obecności; moje szaleństwo cieszyłoby się, gdyby mogło podróżować obok jego powagi. Tak i dlatego wszystkiego odmówiłam mu.
Niechaj to kto nazywa halucynacyą, szałem, obłędem; nie bronie się. Pozwalam nawet powiedzieć, że niktby mnie bronić nie śmiał. Ale za każdym razem, gdy go zobaczyłam, przypominałam sobie ohydnego potwora, którego wówczas w lustrze ujrzałam. Im więcej mi okazywał miłości, tem bardziej wracały mi na myśl te przerażające policzki, te usta opuchłe, któremi miałam całować mego małżonka i krwawe spojrzenia, któreby mu miłość wyznały.
Moja teściowa przyniosła mi jego prośbę o moją rękę. Odmówiłam. O mało nie zemdlała. Musiało być bardzo silne moje postanowienie, jeżeli jemu, którego tak kocham i któremu tyle zawdzięczam, odmówiłam urzeczywistnienia marzeń o mojem szczęściu.
Przychodził kilka razy. Nie ukrywałam tego, żem go zawsze kochała, że teraz kochałam go więcej, niż kiedykolwiek, że nie należąc do niego, nigdy za mąż nie wyjdę. I odmawiałam, ciągle odmawiałam. Płakał, odmawiałam. Płakał i klęczał u moich stóp. Płakałam z nim razem, błagałam go o miłosierdzie i przebaczenie. Odmawiałam! Jaki był powód? nigdy mu nie powiedziałam. Wiedziałam, że powód ten dla mnie niezwalczony, był takim tylko dla mnie, a dla kogo innego to było szaleństwem. Otóż tak, wiem o tem dobrze. Niechaj mi już o tem nie mówią.
Dożyłam w ten sposób do końca września. Czem miałam się zająć? Jaki cel nadać memu życiu? Nie mogłam przecież pędzić dni na pielęgnowaniu ospy u żebraków okolicznych. Słyszałam nieraz o młodych, ładnych dziewczętach, które sobie myślały, że ten świat nie wart, żeby żyć w nim i wstępowały do klasztoru. Moja religia, bardzo jeszcze młodziutka, nie dobrze się na tem rozumiała; ale zdawało mi się, że nie miałam już nic innego do roboty, jak tylko drzemać, pragnąc śmierci.
Jedyne tylko wybryki don Luiza mogły stanąć do współzawodnictwa z moimi. I otóż się zjawił.
Prawdę mówiąc, nie powinnam drwić z niego; jest on pięknym przykładem wiernej miłości. Chyba tylko legendarni rycerze mogliby „walczyć z nim o palmę pierwszeństwa“.
Kochany Tonton! Podwoiłabym czułość względem niego, gdyby żył; on jeden mógłby stawić czoło potworowi. Zabawiałam się przypominając sobie jego wyrażenia i muszę się przyznać, że chociaż się tego wystrzegałam, „rydwan hymenu“ ciągle mi myśli zaprzątał.
Było to w początkach października. Napisałam do Karola — tak go nazywałam w głębi serca, aby się pocieszyć, że go odrzuciłam — że przyjmę go po raz ostatni.
Wróciła mi ochota do malowania (muzyka raziła mój smutek, a nie rozumiałam nic z tego, co czytałam). Byłam na balkonie. Przyszło mi na myśl, że wystarczyłoby mi rzucić się ztąd w głębię doliny, a skończyłaby się udręka z prześladującem mnie widziadłem potworu. Otrząsnęłam się jednak z tych niegodnych myśli i starałam się oddać na papierze cud promieni słońca. Zabarwiały one purpurą wysokie gęstwiny buków spływających jak olbrzymie fale brunatnego złota ze stoków zalesionego wzgórza.
Wszedł Karol. Chciałam go przyjąć tutaj na tym balkonie, aby sobie, a przedewszystkiem jemu, — bo kochałam go z całą siłą subtelnych uczuć — oszczędzić rozpaczy tego pożegnania wśród czterech ścian. Nie wiedział co mówić do mnie...
Te dwa miesiące przeróżnych cierpień w obawie o moje życie, następnie pewność, że go odrzucam, czyniły go jak nieprzytomnym. Co do mnie, byłam zajęta wypędzaniem potwora, który zdając się obawiać, żebym nie uległa w tej ostatniej chwili, jeszcze ohydniejszym mi się przedstawiał.
Wincenty przyszedł mi oznajmić, że książę de Ciudad prosi o zaszczyt rozmówienia się ze mną przez chwilę. Roselle się obudził; oczy mu zabłysły potężnym blaskiem a potem, siłą woli, przygasły. Zrozumiałam, że powściągał gniew, który wybuchał zawsze na wspomnienie o postępowaniu tego szlachetnego Wizygota.
— Zostaw mnie pan z nim samą na chwilę — rzekłam — i wróć jak książę będzie wychodził; zobaczę, czego chce odemnie a potem pożegnam się z panem. Wincenty, poproś księcia.
Don Luiz spotkał się z wychodzącym Karolem i bardzo poczerwieniał. Pan d’Hauraucourt, który się z nim pogodził, nie ukrywał przed nim tego, co sam wiedział, to znaczy, że Boselle starał się o mnie i że prawdopodobnie będzie przyjęty.
Nie opowiadam już żadnej sceny szczegółowo; późno jest i sam czytelnik pewnie już powziął wstręt do moich halucynacyj o potworze.
Książę, ten wielki pan ze szlachetnego kraju, był istotnie bardzo uprzejmy, prawy i kochający don Kiszot... Kochał mnie zawsze i nie mógł się wyleczyć z tej miłości. „Zdawało mu się, że tylko ubóstwo trzyma mnie zdała od niego. Znajdował mnie jeszcze piękniejszą, bardziej uroczą niż kiedykolwiek — dwa pozostałe znaczki po ospie nie istniały dla jego zachwyconych oczu. Otrzymał znaczny spadek, który go czynił bardzo bogatym. Moglibyśmy wrócić do naszych marzeń gospodarczych, które tak zachwycały pułkownika“.
Oto, co mi powiedział w streszczeniu.
Odmówiłam don Luizowi z wielką słodyczą. Ta słodycz była błędem. Nie mówię tego, aby usprawiedliwiać moje dawniejsze „wybryki“ wtedy, gdy wszystkich zanoś wodziłam, postępując ostro, impertynencko, według własnej fantazyi. Lecz nie trzeba także przesadzać w łagodności, a dobroć, ta macocha wszystkich cnót, jak lubi utrzymywać moja teściowa, robi głupstwa czasami. Z największą pewnością, gdybym była jak dawniej, wyjechała z mojem niewinnem zuchwalstwem, don Luiz nie mógłby zachować najmniejszej nadziei i nie byłby zakończył tego romansu nowymi wybrykami.
Opuścił mnie więc, przekonany, że miłość jego mnie wzruszyła, że nie wyrzekłam ostatniego słowa i że pan de Roselle był jedyną, a może bardzo nieznaczną przeszkodą do urzeczywistnienia jego życzeń.
Ale dlaczegóż kochał on mnie tak namiętnie? Jedno zdanie Tontona, budziło zachwyt mojej wyobraźni: „Tajemnica miłości jest niezbadana“. Tylko to chyba może tłumaczyć szalony upór tego granda hiszpańskiego.
Wyszedłszy odemnie, spotkał pana de Eoselle, który powracał w ponurem usposobieniu, aby mnie pożegnać.
— Panie — rzekł do niego don Luiz, ze swoją wyniosłą uprzejmością — gdzie mógłbym mieć przyjemność spotkać się z panem?
Roselle spróbował być grzecznym i udało mu się łagodnie odrzec:
— Ależ tutaj, panie, w parku, skoro tylko pani d’Hervelinghem oznajmi mi swoje rozkazy, po które przyszedłem.
Don Luiz musiał zacisnąć pięści w tej chwili.
Roselle pożegnał mnie zgnębiony i zrozpaczony, jak nim może być człowiek tak jak on rozumny.
Powiedziałam mu, powtarzałam kilkakrotnie, że go kocham, cenię, szanuję, że stawiam go wyżej od wszystkich innych mężczyzn. Przytoczyłam dowód, wyznając, że tylko co odmówiłam panu de Ciudad, chociaż był bogaty, wierny i zakochany. A przecie nigdy nie zostanę jego żoną, nigdy, nigdy!
Nie mógł sobie zdać sprawy z tego szaleństwa, które jego także szalonym czyniło.
Gdyby widział, jak wpatrywałam się w lustro, czyniąc mu tę przysięgę, może bystry jego umysł byłby trafił na „drogę prawdy“ pomimo, że ta prawda była taka niedorzeczna, szalona!
Opuścił mnie bez pożegnania, wyprowadzony ze zwykłej sobie zimnej krwi. Spotkał się w parku z don Luizem, wrzącym wściekłością.
Tylko w głównych zarysach jestem powiadomiona o tej rozmowie tych dwóch mężczyzn, zarówno dumnych. Pierwszy z nich, przyzwyczajony do panowania nad sobą, przezorny, pragnął zadość uczynić prawom religijnym i moralnym, które stawiał wyżej niż wszystko w świecie, ponademnie i siebie samego. Drugi, słuchał jedynie tylko głosu swojej dumy.
Nie zaznaczam szczegółowo pierwszych starć tej rozmowy, przechodząc odrazu do zdań, w których już słychać szczękanie pałaszy.
— Jestem dobrze powiadomiony o pańskich zaletach — wyrzekł don Luiz z wyniosła oschłością.
— Pańskie zalety także są mi dobrze znane — odrzekł Roselle z lodowatą sztywnością.
— Wiem, że pan jesteś mistrzem we wszystkich ćwiczeniach fizycznych, że szpada, pistolet, szabla, a nawet lokomotywa nie mają żadnych tajemnic dla pana.
— Wiadomo mi również, że ubezwładniwszy kilku ludzi żonatych, którzy nie chcieli pozwolić na porwanie swojej krewnej według mody dzikich ludzi, jednem cięciem pałasza zmusiłeś pan szanownego senatora do milczenia przez trzy dni.
— Porzućmy tę szermierkę słów mnie niegodnych, która nie może mi się podobać.
— Spostrzegam to. Cóż więc chciałeś mi pan powiedzieć, naznaczając mi to spotkanie?
— Chciałem powiedzieć, że jeden z nas jest tutaj zbyteczny.
— O! mój panie, nie widzę żadnej przeszkody, abyś pan sobie ztąd odszedł.
— Pan mnie dobrze rozumie? — zawołał don Luiz tracąc zimną krew. — Nie potrzebujemy tłumaczeń. Jeden z nas musi zniknąć z tego świata, gdzie zabiera szczęście drugiemu. Wyzywam pana na walkę śmiertelna!
— Nie przyjmuję — odrzekł Roselle, którego spokój potężniał w miarę, jak słabła gorączka boleści po naszej poprzedniej rozmowie.
Don Luiz literalnie podskoczył. Popatrzył na swego przeciwnika, szepcząc:
— Nie będzie chyba mnie pan zmuszał, abym czynnie zelżył tego, którego dotychczas uważałem za człowieka honoru. A jednak uczynię to.
W duszy pana de Roselle zawrzała burza.
— Nie mogę przeszkodzić szalonemu rzucić się na mnie. Ale gdyby mnie dotknął, takbym go obił, że wszystkie ślady jego obelgi zatarłyby się.
Don Luiz stał chwilę, jakby nie mogąc złapać oddechu.
— Nie podobna, aby ona kochała tego człowieka! I ten człowiek miał opinię odważnego!
— Nigdy nie dałem „większego dowodu mojej odwagi, jak w tej chwili! Lecz słuchaj pan, mam litość nad panem i nad sobą. Jesteśmy oba nieszczęśliwi. Szczerość, wierność uczucia pańskiego wzrusza mnie. — A gdyby pan znał głębię mego uczucia! Niema żadnej nadziei, ani dla pana, ani dla mnie!
Zatrzymał się chwilę, jakby w zamyśleniu. Don Luiz słuchał go z pogardą, która wyprowadziła by z równowagi każdego innego człowieka z wyjątkiem takiego, który jest duchem wyższy od wszystkich.
— Chcesz się pan bić ze swoim rywalem — mówił dalej Roselle — chcąc się dowiedzieć, który z nas będzie odważniejszy, lub szczęśliwszy i aby jeden z nas zniknął. Posłuchaj mnie pan spokojnie i rozważnie. Przedewszystkiem zważ pan, że jestem tak samo jak on zrozpaczony, a ta myśl rozjaśni panu w mózgu i rozsądnie usposobi. Ojczyzna pana, kraj rycerski, który cenię więcej, niż wiele innych, z nikim obecnie nie jest na stopie wojennej. Co do nas, my walczymy po całym świecie. Czy lubi pan Chińczyków?
Była taka szczerość, taka prostota w słowach pana da Roselle, że don Luiz, zdumiony, zaczynał wracać do równowagi i odpowiedział z rodzajem uprzejmości:
— Wstręt we mnie budzą.
— A zatem! Oto co panu proponuję: obiecałem sobie solennie, że nie przyjmę już żadnego pojedynku, potępionego przez zasady chrześciańskie, które kierują wszystkimi czynami mego życia. Jeżeli pan chce, udamy się na walkę z chińskimi korsarzami. Pojedziemy oba do Tonkinu i jako ochotnicy weźmiemy udział we wszystkich wyprawach najniebezpieczniejszych. Będziemy się trzymać obaj w pierwszych szeregach. Opatrzność zadecyduje. Myli się pan, sądząc, że śmierć pana, lub moja zmieni w czemkolwiek postanowienie pani d’Hervelinghem. Ale przynajmniej nie zmusi mnie pan, abym postąpił jak pierwszy lepszy parobek, a pan sam jak dziki człowiek. W dodatku, wyrządzimy przysługę cywilizacyi.
— Panie — odrzekł don Luiz — drwię sobie z cywilizacyi, ale pańska propozycya jest honorowa, podoba mi się i przyjmuję ją.
— W gruncie rzeczy, zdaje mi się, że ja także drwię sobie z cywilizacyi tak samo, jak pan. Porzućmy więc tę hipokryzyę, to błazeństwo wszystkich europejskich pedantów. Przypuszczam, że dziesięć lat spędzonych pośród żółtych ludzi, uleczą pana, jeżeli nie zostaniesz zabity; co do mnie, pozostaje mi zawsze lekarstwo.
Nie powiedział jakie!
Przebyłam ten koniec roku i cały rok następny, nie powiem w cierpieniu, ani znudzeniu, lecz w sytuacyi daleko gorszej. Byłam jak ktoś, kto nie ma gdzie i na czem usiąść, czeka nieustannie na krzesło, które się nie zjawia. Wszystko wydawało mi się tymczasowe w życiu i w sercu. Była w tem wszystkiem jakaś tak ciężka, przygnębiająca ciągłość, że czasami żałowałam owych czasów przykrego znudzenia, a nawet strapień i rozpaczy, które nastąpiły po śmierci mego kochanego wujaszka.
Opatrzność w dalszym ciągu łaskawą dla mnie się okazywała. Ta sprawa bankructwa, która wszystkich zrujnowała, mnie wzbogaciła. Słowem, pan Desosteux tak skutecznie pracował, że posiadałam teraz 35.000 franków dochodu, co mi wystarczało; a trzeba dodać, że teraz już tylko po kilka setek znajdowałam różnicy pomiędzy dochodem a rozchodem.
Spróbowałam życia światowego bardzo umiarkowanie, ma się rozumieć. Pojechałam spędzić kilka miesięcy w Paryżu, gdzie pomimo moich dwu znaczków, cały świat składał mi hołdy. Wraz z całą serdecznością moich bratowych odzyskałam szacunek szwagrów i pełno przyjaciół, jak się zdawało, szczerych.
Wróciłam potem na wieś, gdzie oddałam się wspomaganiu nędzy. Wieża, na której obecnie umieściła mnie opinia publiczna, przechodziła wysokością dzwonnicę kościelną.
Otóż tej dzwonnicy i tego kościoła także próbowałam; przeczytałam „Żywoty świętych“ i wybrałam sobie z nich wielu, których prosiłam z sercem małej dziewczynki o to krzesło, którego ciągle mi brakowało.
Nic nie pomagało. On nie przychodził. Jaki on? A więc, Roselle. Nie miałam o nim żadnych wiadomości. Wydałam zamąż Finetkę za jej nieznajomego nadziei, że posłyszę coś o nim. Szczęśliwy małżonek nic nie wiedział. Owa niewiasta, mamka „pana Karola“, która stała się moją przyjaciółką odkąd nie miała chorych na ospę do pielęgnowania. także nic nie wiedziała. Czy umarł? A ten biedny don Luiz?
Spędziłam wiele nocy pełnych niepokoju. Kochana matka poznała się na tem. Martwiła się moją bladością i nieustannem roztargnieniem. Mówiłyśmy o nim nieraz.
Kazała mi się przyznać, że jestem nierozsądna. Przyznawałam, ale trwałam w postanowieniu, żeby nie zostać jego żoną. Pozostało we mnie nadto dumy, aby mu dać żonę ze śladami brzydoty po ospie, jemu, który nawet fizycznie był najdoskonalszym z ludzi. Przewidywałam, że na później będzie to powód oziębienia stosunków pomiędzy nami i upokorzenia dla mnie.
Zresztą nie byłam przeciwna małżeństwu.... dla drugich. Wszystkich pożeniłam wokoło siebie; wydałam Peretkę i Finetkę, starą Margot, która ostatecznie uszczęśliwiła sapera i obdarowywałam koszulami, spódnicami, porcelaną, a czasem nawet krową córki wieśniaków wychodzące zamąż. Zaszła potrzeba nowej sprzedaży klejnotów. Oburzenie pana Desosteux przyniosło mi kilka chwil wesołych, ale szybko przemijających.
Przy końcu drugiego roku otrzymałam wiadomości z Tonkinu. Był to list od don Luiza.
„Pani, pan de Roselle odniósł zwycięstwo. Stał się najdroższym z moich przyjaciół. Uratował mi życie trzy razy, a ja jemu raz tylko jeden. Mam o jedno ucho mniej; jestem uleczony z mojej miłości. Wracam do Andaluzyi i mam nadzieję, że zanim dwa lata upłyną, poproszę panią o pozwolenie zaprezentowania jej księżnej de Ciudad-Coeli“.
O panu de Roselle ani słówka. Nosiłam dalej po salonach Paryża moją duszę potępieńca. Kochana matka ciągle mi powtarzała:
— Smażysz się na wolnym ogniu, pieszczoszko. Twoje postanowienie jest bez sensu, a zawsze potępienia godne. Stać się powodem nieszczęścia dwojga istot, które się kochają — bo ty go kochasz — jedynie dla tego, że ma się twarz ohydną, tobym jeszcze rozumiała; ale jeżeli z tej maski nie zostało nic tylko dwa znaczki na czole! Tak, to jest karygodne, przeciwne woli bożej. Powiedz tylko jedno słówko, a Edward jest gotów wybrać się do Tonkinu, zkąd przywiezie pana de Roselle. Jestto podróż, która go nęci już od dawna i trzeba mu tego pretekstu dla Angeli, zawsze nieco drażliwej, jak ci wiadomo.
Trwałam przy swojem i taka byłam znudzona temi kazaniami, że wróciłam do Liembrune wcześniej, niż zwykle. Kwiecień roztaczał wszystkie swoje skarby. Na co się to zdało?
Była to niedziela przewodnia. Wiedziałam teraz dobrze o wszystkich świętach. Nie odczuwałam jednak nic więcej, prócz pewnego rodzaju sympatyi dla siły moralnej religii. Lubiłam bywać w kościele. Tego poranku czułam się tam taka spokojna, że powiedziałam sobie, że kto wie, czy nie skończę na przybraniu się w biały czepek ze skrzydłami, aby z większą uroczystością pielęgnować chorych.
Marzyłam o tem w salonie dobrze znanym. Usłyszałam nagle okrzyki dwóch kobiet, okrzyki radości. Margot, bez żadnej uwagi na swoją godność matrony, Peretka bez poszanowania tajemniczości, jaką powinna mieć każda panna służąca, przybiegły jak dwie waryatki, wołając:
— Oto jest!
Był to on, czarny jak murzyn i bez jednego palca.
Ten mały malec rozwiązał sytuacyę; moje czoło nie miało już czego się rumienić. I.... oto wszystko.
Co zaszło? prawie nic; podałam mu rękę i spojrzałam na niego. Więcej nic. Oto jest, co Tonton nazywał „nieprzeniknioną tajemnicą miłości“.
Postanowiliśmy, że się pobierzemy, skoro Karol nie będzie już taki czarny. To nastąpiło 26 maja.
Właśnie w czasie tych szczęśliwych ośmiu tygodni spełniłam najdroższe marzenie kochanej matki, robiąc z siebie przyzwoitą chrześciankę. Powiedziała mi z tego powodu pewne wyrazy, które do łez mnie wzruszyły, tak były zapożyczone ze zwykłego słownika Tontona; utrzymywała, że było to „uwieńczeniem mojej cnoty“.
Prawdę mówiąc, to się Karolowi podobało; a jakże nie być tego samego zdania z człowiekiem tak rozsądnym, inteligentnym, którego kochałam. W końcu przyszła mi pewna myśl, którą zmusiłam Karola, że uczcił mianem filozoficznej.
Byłam szczęśliwa i zdawało mi się całkiem naturalne i logiczne nią być, gdyż to odpowiadało temu wszystkiemu, co żyło we mnie i żyć chciało. Powiedziałam więc sobie: „Jest rzeczą niemożliwą, aby nie było gdzieś miejsca, gdziebyśmy nie mieli na zawsze zadowolenia z tej chwili, miejscowości, gdzie wiecznie pozostanę w tym błogim stanie narzeczeństwa“.
Nie powiem już nic więcej o mojem szczęściu. Składało się ono z woni wszystkich kwiatów, ze świeżości przejrzystej wody, ze światła nieba wiosennego, ze wszystkiego, co było wdzięczne, czyste i promienne w około mnie, a szczególnie we mnie. I byłam wesoła, lekka, dobra, uprzejma i wszystkich w zachwyt wprawiałam. Jeden tylko był cień na tem wszystkiem. Czemu nie było tutaj Tontona, aby mnie widzieć tak opromienioną szczęśliwością!
Cała okolica, mieszczanie, wieśniacy, duchowni, arystokracya, byli obecni na tem weselu. Co się napili, najedli, nakrzyczeli, ile było strzałów moździeżowych, ile kwiatów sypano, ile podarunków naniesiono do salonu zamkowego, tego zliczyć niepodobna. Zdaje mi się, że wszyscy byli szczęśliwi, przede wszystkiem moja teściowa, taka piękna, świeża, młoda, taka, jakby się wyrazić, — w aureoli kochającego i pieszczotliwego macierzyństwa, że nie mogłam się jej dość nacałować.
Źle mówię, że ona była najszczęśliwsza; był ktoś jeszcze szczęśliwszy, a był nim dziki jurysta.
Opowiedziałam dokładnie panu de Roselle moje przejścia z konkurentami w ten sposób, że uśmiał się całkiem szczerze.
Z jego też upoważnienia, wybrałam sobie na świadków mego ślubu panów Castelnau, d’Hauraucourt i lorda Belfort. Następnie, ku ogólnemu zachwytowi, wybrałam pana Desosteux jako tego, który miał mnie do ołtarza poprowadzić.
Mam nadzieję, że to mi wyjedna przebaczenie moich impertynencyj, nietylko ze względu na szczęście pani Castelnau, Angeli i Albertyny, ale przedewszystkiem wobec majestatycznego wyglądu pan Desosteux. Jakiż on ma szeroki frak czarny, co za wspaniały biały krawat i jakie poczciwe łzy wylewa obok sapera, także łzy roniącego! Zaszczyt, który mu uczyniłam, stawia go w jego przekonaniu w roli przybranego ojca.
Nie ukrywał jednakże przed panem de Roselle, że muszę koniecznie wprawić się w prowadzenie rachunków, bez czego 50.000 franków dochodu małżonka, 35.000 małżonki i 15.000, które on, mój ojciec przybrany, do tego dołącza, stopniałyby wkrótce „jak masło na słońcu“. Bo chociaż nareszcie posiadłam wszystkie cnoty, jeszcze co miesiąca znajdował się w mojej kasie deficyt stu kilku franków.
Pan de Roselle obiecał z największą powagą, że mnie tego nauczy. Co do mnie, obiecałam sobie, że stanę się dobrą, słodką i uległą, jak moja kochana matka. Dlatego też kłaniam się szanownemu zgromadzeniu i już milczę. Karol mi zabronił opowiadać o mojem szczęściu.