Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część trzecia/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


MILIONOWA WDOWA.

(Ch. d'Hericault: "Une veuve millionaire“).


CZĘŚĆ TRZECIA.

I.
W marcu.

Znalazłam nowy sposób zwalczania i zwyciężania ubóstwa. Otworzę kurs wykładów o Nudzie. Jestem dyplomowaną doktorką w tym przedmiocie, a bardzo szybko zdobyłam ten stopień. Nikt się nie będzie temu dziwił, jeżeli się zastanowi, że przez cały miesiąc nie miałam żadnej innej rozrywki, prócz towarzystwa pana Desosteux.
I jeszcze, gdyby był pozostał tym samym dzikiem z gór Ardeńskich, mógłby dodać ognia memu złemu charakterowi i nudy byłyby się choć na chwilę rozproszyły. Ale nie. Najprzód, nie posiadam już charakteru, ani dobrego, ani złego.
Wuj mi opowiadał w chwilach, gdy Berezyna i most słynny przychodziły mu na myśl, o parze młodych małżonków, których pewien car rossyjski kazał zamurować w pałacu lodowym. Pułkownik rozczulał się nad tymi młodymi małżonkami. Kochany Tonton! jakżeby on nademną się rozczulał! To ja byłam zamurowana w pałacu lodowym; moje serce było zamarznięte, myśli także i pozostawało mi tylko tyle ciepła w mózgu, abym mogła widzieć rodzaj sztywnego widma, które chodziło, mówiło, myślało za mnie. Nie byłam już Izabelą, byłam lunatyczką — cieniem Izabeli.
Pan Desosteux, mój towarzysz z lodu, zatracił ową dzikość, która była jego wdziękiem. Nie ma już grzywy, nie ma kłów, nie ma nastroszonej szerści, ani siły w racicach. Kochał mnie jak pradziadek. Zastępował Tontona, jak stary niedołęga, jak figurka z kartonu. On także uległ „czarowi“, temu czarowi, któremu nikt z tych, co mnie otaczali, oprzeć się nie zdołał.
Pan Desosteux zajmował się moimi interesami z pasyą psa myśliwskiego. Spędzał całe popołudnia w Liembrune, a całe wieczory na spisywaniu cyfr w kolumnach, które wypełniłyby całą kolumnę de Juillet w Paryżu, na pisaniu listów, telegramów, wyprawianiu posłów, którzy mieli dodawać ostrogi paryskiemu juryście.
Po tem wszystkiem przyjechał mi oznajinić z tragiczną fizyognomią, że długi pułkownika, oprócz 1,200.000 franków, które mnie obciążały — (lubił w ten sposób się wyrażać) — wynosiły jeszcze 1,100.000 franków. Zacny wujaszek, aby zadowolić wszystkie moje kosztowne fantazye i zwiększyć mój osobisty majątek, całkiem się zrujnował.
Pan Desostenx nadmieniał, że nie było to postępowanie światłego ekonomisty. To mnie gniewało. Cóż w tem złego, mówiłam łagodnie, gdy człowiek sam straci swój majętek, byle nie stracił majątku drugich!
Dawniej, podobna teorya byłaby pana Desosteux pobudziła do walki, obecnie, wszystko, co tylko powiedziałam, potęgowało jego zachwyt i poświęcenie.
— Panie Dasosteux, błagam pana, rozgniewaj się! — prosiłam czasami.
Uśmiechał się tylko czule, ukazując mi jedyny swój żółty ząb. Aby ukryć radość, jaką mu ta moja prośba sprawiała, wyciągał ohydną swoją tabakierę z jakimś portretem na wierzchu i przerażającą chustką w żółte kraty. Nawet ta chustka i ta tabakiera, nawet ten portret i zażywanie tabaki, którą zdawał się zapychać do samych oczu, mnie nie gniewały.
Gdybym przynajmniej posiadała chciwą duszę. owe kolumny cyfr byłyby mnie może wzruszały, a to wzruszenie byłoby stopiło lód, otaczający mnie dokoła; ale co mnie obchodziły te wszystkie cyfry! Zadecydowałam, co następuje: Oddam wszystko, co posiadam, a potem będę jadła suchy chleb i nosiła ten sam kapelusz przez sześć miesięcy w roku. Tak, byłam zdecydowana! Cieszyłam się nawet, wyobrażając sobie minę pana de Roselle, gdy mnie spotka w kapeluszu kupionym w bazarze!
Ta lodowata nuda czyniła mnie zupełnie uległą radon tego notaryusza pradziadka. Podpisywałam wszystko co chciał, pisałam, co sobie życzył, wykonywałam wszystko, co za rozsądne uznawał.
W ciągu miesiąca lutego odprawiłam w Paryżu tak samo jak w Liembrune około tuzina pasożytów, którzy nazywają się służbą, posprzedawałam powozy, konie, psy, odprawiłam dozorców i dojeżdżaczy. Zachowałam chwilowo jeden powozik i konia do zaprzęgu, a przytem Nedii, która stanowczo mnie prosiła wielkiemi swojemi wymownemi oczami, abym nigdy z nią się nie rozłączała. Obiecałam to jej, chociaż zawadzała mi trochę. Nie mogłam jej przecież umieścić w mieszkaniu na piątem piętrze przy ulicy Varennes i przewidywałam, że mnie zniewoli do wyjazdu do Ameryki.
Pozostawiłam przy sobie, także chwilowo, Finetkę i Peretkę, starą kucharkę, Wincentego i sapera, którzy byli tacy sami jak Nedii, błagali mnie, kobiety nawet ze łzami, żebym ich zachowała przy sobie.
Nie widziałam również sposobu, w jaki będę mogła rozmieścić ich na piątem piętrze, o którem mówiłam, albo jak ich zabrać do Ameryki. Nic więc im nie obiecywałam. Źle mówię „im“, bo saper do tego nie należał. Zadecydował w głupiej swej głowie, że mnie nie opuści, czy zechcę czy nie.
Z wyjątkiem jego, wysłałam wszystkich naprzód, żeby zaprowadzili jaki taki porządek w zamku.
Opuściłam Paryż, jak mówiłam, 5 marca. Po raz pierwszy w życiu podróżowałam drugą klasą. Wydało mi się to nad wyraz ponure. Byłam sama jedna przez cały czas podróży. Wkrótce zmarzłam, pomimo moich futer.
Był to tłusty wtorek, jak także już wspomniałam. Na dworcach kolejowych widać było wielkie ożywienie. Wszyscy ci wieśniacy lub mieszczanie brodzili w śniegu, śmiejąc się, krzycząc i śpiewając, jak gdyby żadnych bankructw na świecie nie było.
Przybyłam do Samer już o zmroku. Zimno było jak nigdy. Ujrzałam najprzód Wincentego a potem długi, bardzo czerwony nos pana Desosteux. P. Desosteux chciał mi towarzyszyć aż do Liembrune. Odesłałam go, żeby w domu kłapał zębami.
Gdzie się podziały czasy, kiedy to pięciu lub sześciu służących i około dziesięciu niecierpliwych przyjaciół oczekiwało na mnie!
Wincenty zostawił mi nie najgorszego konia. Jechaliśmy jednakże powoli. Wszystko było białe w około mnie, ową błękitnawą białością śniegu oświeconego blaskiem księżyca, co nasuwa wspomnienie cmentarza. Wzdłuż drogi kilka domów, które zdawały się patrzeć z poważnym smutkiem, gdym przejeżdżała, znikało wnet po za mną; kilka szyb oświetlonych; czerwono połyskująca kuźnia, pomimo świętowania; karczma, z której słyszeć się dawały śpiewy; i oto jestem w Liembrune!
Teraz to z większą jeszcze słusznością mogę powiedzieć: „Gdzie się te czasy podziały? Dawniej zamek był cały oświetlony; peron, westybul, pełne tych istot, których praca, usługi oddawane lub pożądane, tradycyonalne pieczeniarstwo, przywiązują do każdego możnego domu wiejskiego; służba wybiega, na dziedzińcu psy szczekają, ze stajen słychać rżenie koni! Dzisiaj, cisza!
Trzy punkty świetlane zaznaczają się tylko na tej długiej fasadzie. Oto niepewne, migotliwe światełko w oknach kuchni; nikły blask, jakby świecy, po za oknami mniejszej sali jadalnej; a na progu, Peretka, wznosząca zapaloną latarnię po nad głowę! A przecież, moje serce doznaje małego, bardzo nieznacznego wstrząśnienia radości: na pierwszem piętrze, trzy okna mego salonu goreją jasnym blaskiem!
Jednakże, nie chciałam tam wejść, dopóki nie wstąpiłam na chwilę do pokoju wuja. Było tam straszliwie zimno. Łzy marzły na mojej twarzy, bo teraz umiałam już płakać. Ale na nieszczęście, prawie nigdy nie chciałam płakać, chociaż łzy, zarówno jak nadzieja, są najpotężniejszem lekarstwem na nudy.
Zanim weszłam na górę, do siebie, zapragnęłam popatrzeć na dziedziniec, całkowicie tonący w ciemnościach. Wieże wydawały się ponure. Niowiem co za szaleństwo przyszło mi do głowy, ale zdawało mi się, że te wieże tryumfują, widząc w ruinie majątkowej tych Bourgongnonów, którzy się ośmielili osiedlić tutaj po książętach Luksemburskich, niegdyś panach na Liembrune.
Przyjazd mój stał się wypadkiem dnia w departamencie. Ruina najbogatszego z właścicieli ziemskich w okolicy, upokorzenie najdumniejszej damy w tym okręgu, były to fakty, które mogły zadziwić i rozradować ludzi. Nie gniewało mnie to. Jeżeli lubiłam zwyciężać w walce o byt i przyciągać wszystko do siebie, głupią nigdy nie byłam. Pojmowałam radość, z jaką przecierali sobie oczy biedacy, których olśniewałam; a jeżeli ludzie, na których nie raczyłam patrzeć, stojąc na wyżynach, rzucają na mnie kamieniem, aby ściągnąć moją uwagę teraz, gdy jestem na dole, przyznaję im słuszność i uczyniłabym tak samo na ich miejscu.
Wgniotłam się w samotność i w tem całe szczęście, żem to zrobiła z własnej woli. Nikt nie czynił wysiłków, aby mnie z tej samotności wyciągnąć.
Tylko co nadmieniłam, że byłam nadto bogata, nadto lekceważąca, niedostępna, wyłączna to też opuścili mnie prawie wszyscy bogaci burżuje i obywatele tej prowincyi. Zjawiło się kilku ciekawych, kilka miłosiernych osób, wiele ze świata maluczkich, bo dla nich byliśmy zawsze wspaniałomyślni.
Nie przyjmowałam nikogo, do czego gruba żałoba mnie upoważniała, a zresztą pokazywałam zęby i pięści całemu rodzajowi ludzkiemu.
Nadsyłano mi mnóstwo biletów wizytowych, ale biletu pana de Roselle nie było w tym tłumie.
Jak mój czas spędzałam? Zajmowałam się tem tylko, aby być piękną. Dla kogo? Dla siebie samej. Nie widywałam innej ludzkiej twarzy prócz tej, na którą patrzyłam w źwierciadle.
Nie oczekiwałam nikogo; tak mi się zdaje przynajmniej. Pragnęłam rozkoszować się moją urodą, zanim popadnę w całkowitą nędzę.
Spędziwszy kilka godzin przed tualetą, spozierałam na moje sztalugi, na fortepian; ale ani malowałam, ani grałam. Bo i po co? Za to czytywałam wszystko, nawet romanse. Resztę czasu spędzałam na czekaniu na pana Desosteux. Na to zeszłam.
Wielka jego rudawa teka, obrzydliwa tabaka i szeregi cyfr, stanowiły katastrofe dnia. Nie słuchałam tych rachunków, nie patrzyłam ani na niego, ani na jego portfel, ten przybytek strasznych szpargałów. A przecież, jego wizyta była wypadkiem, jedynym wypadkiem życia wice-hrabiny d’ Hervelinghem!
Gdy nie przyjeżdżał, miałam inną rozrywkę: patrzyłam na padający śnieg całemi godzinami, myśląc — o czem? jedynie o tem, że patrzę na śnieg.
Czy czego żałowałam? Czy pragnęłam czego? Czy o czem marzyłam? Czy przeklinałam kogoś, lub los mój? Nie myślałam o tem. Byłam bardzo dobra dla małego światka, który mnie otaczał. Byłam nią mimowoli, z tego samego powodu, dla którego nie przeklinałam, nie żałowałam i nie czekałam na nikogo.
Byłam martwa. Wiedziałam o tem i nie wydawało mi się to dziwne. Nie byłam chora. Nigdy jeszcze nie czułam się taka silna i żwawa; a ponieważ nie jestem wybredna, dodaję, że nigdy nie miałam lepszego snu i apetytu.
To życie, które pan de Roselle nazwałby niewątpliwie marną wegetacyą, byłoby bardzo przyjemne dla kogoś, ktoby nie doznawał owej głupiej choroby zwanej nudą.
Czyż wszystkiego byłam pozbawiona? Kochana matka mnie nie opuściła. Listy jej przychodziły bardzo regularnie. Zdaje mi się, że były rozsądne i bardzo czułe. Przerzucałam je z roztargnieniem.
Angela i Albertyna szybko zapomniały swoich uraz do mnie. Angela wróciła mi swoją serdeczność, Albertyna szacunek. Trzej mężowie jeszcze się opierali. Nie mogli się pozbyć myśli, że byłam milutką klęską dla rodzaju ludzkiego wogóle, a dla ich żon w szczególności.
Otóż, ciężko mi to wyznać, ale w tym dziwnym miesiącu marcu, nawet serdeczność pani Castelnau była mi obojętna: jest to największa zbrodnia, jaką w życiu popełniłam, i żadna kara za nią nie wydawałaby mi się za wielka.
Miewałam jednakże niektóre przyjemne chwile, czując zadowolenie, że siedzę przy dobrym ogniu na kominku, gdy był taki mróz, że aż kamienie prawie pękały i będąc pod dachem, gdy na dworze deszcz lał strumieniami.
Bardzo często, gdy mój mały światek do snu się ułożył i nie było już żadnego ludzkiego odgłosu w około mnie, wychodziłam z mego milutkiego saloniku przez jedne z drzwi parapetowych na balkon. Jak wiadomo, balkon ten wychodził na dolinę i miał obszerny widok na kilka mil wokoło.
Stawałam tam, patrząc na olbrzymie morze śniegu ponurej bladości, pod bladem i ponurem światłem z nieba. Gwiazdy błyszczały w części nie oświetlonej księżycem i migały, jakby się wykrzywiając z obumarłej ziemi. Czasami jedna z nich się odrywała, lecąc prosto ku mnie. Żadnych odgłosów ludzkich! Moje spojrzenia przesuwały się z bladych wzgórz na szarą dolinę, zatrzymując się na kilku czarnych plamach na drzewach ogołoconych z liści, lub drzemiących chałupach. Spojrzenia moje daremnie szukały na tej przestrzeni choć jednego z tych świateł, które widziałam tyle razy rozweselające te pustkę w czasie ubiegłej wiosny.
Słuchałam, prawie nie oddychając, czy jaki okrzyk, lub szczekanie, albo przynajmniej krakanie puszczyka nie zaznaczy, że nie jestem jedyną istotą żyjącą wśród tej nekropolii wsi i osad. Nie! samotność tak wielka i ciemna, tak lodowata, jak ta, z której życie moje było utkane! A kiedy już bylam na pół zamarzła, kiedy wszystkie moje myśli, wszystkie porywy wyobraźni, zlodowaciały pod wrażeniem bezlitośnej pustki, a zmysły zamarły wśród zimna, wracałam do salonu, ciepłego i równie wykwintnego, jak za czasów mojej świetności, do olśniewającej lampy i wesołego ogniska na kominku; zwijałam się w kłębek w tem cieple i świetle, w wonnej i błyskotliwej samotności. Odczytywałam wtedy listy kochanej matki, myślałam o ukochanym wuju, mózg wracał do równowagi. Gdybym była mogła płakać w takich chwilach! Lecz drogi dar łez trwał czas nie długi i znowu go utraciłam.
W ostatnich dniach marca pan Desosteux nie pojawiał się wcale. Stanowczo mi go brakowało.
W nieobecności jego rozrywką były mi burzo, na które poszłam patrzeć z bliska na wysokości starych wież. Nastała bowiem odwilź, a z nią wiosna. Ale już raz opisywałam ten piękny kwiecień.
Rok tylko minął, a ileż to przewrotów od tego czasu! Świeża trawa wydaje mi się bezbarwna, jak śnieg.
Dnia pewnego — czemuż go nie określam bliżej? Wiem przecież dobrze, jaki to był dzień. Było to 6 kwietnia. Przejechałam się na Nedji dość daleko. Wróciwszy do domu, zastałam bilet pana de Roselle. Osobiście go złożył, ale nawet nie zapytał, czy jestem w domu.
Dawniej, byłabym wpadła we wściekłość. Tym razem, musiałam się zarumienić, bo oczy Peretki były zwrócone na mnie z serdecznością psa przywiązanego; widziałam, że błyszczały i powiedziałam jej, niech sobie idzie gdzieindziej myśleć o Wincentym.
Od tego dnia próbowałam interesować się pierwiosnkami. Pan Desosteux przerwał mi tę rozrywkę. Wrócił z Paryża. Był cały świecący, źrenice próbowały połyskiwać, w ręku miał tabakierę dwa razy większą niż zwykle.
Ujrzawszy mnie, otarł sobie oczy chustką całkiem czerwoną.
— Nie męcz pan tej bawełnianej szmatki, która puszcza farbę. Podobny pan jesteś do maku. Niczego od losu spodziewać się już nie mogę, chyba, że mi pan oznajmi, że wujaszek zmartwychwstał.
Potrząsnał chustką jak sztandarem, z którego posypał się deszcz czarnych grudek. Był taki wzruszony, że mówić nie mógł.
— Moje kochane dziecko, pozwól mi tak się nazwać....
Było mi to obojętne. Stałam się teraz tak łagodna, że nic nie odpowiedziałam.
— Opatrzność nam pobłogosławiła.
Wybuchnął kaniem.
— Honor mego starego przyjaciela ocalony. Wszystkie długi — umniejszałem trochę przed panią — wynoszące 2 miliony 500.000 franków, zapłacone całkowicie bez udawania się o pomoc do Hervelinghemów. A nawet, a nawet....
Znowu zaszlochał.
— Pozostaje pani Liembrune....
Usiadł ciężko i dodał:
— I nadzieje....
Tkwił we mnie rodzaj szału, szału nieczułości, upartego buntu rozpieszczonego dziecka, które kułaczki pokazuje nadto dobrym rodzicom i drwi sobie tak samo z kary, jak i wszelkiej nagrody. Podziękowałam z całym spokojem zacnemu człowiekowi, wyczerpanemu zmęczeniem, którego podtrzymywała przedewszystkiem nadzieja, że sprawi mi wielką radość.
Ta oziębłość go rozgniewała. Zapomniał na chwile o ojcowskiej serdeczności, którą wmówił w siebie, że dla mnie odczuwa i przybrał dawniejszą srogą minę. Rozbroiłam go, wyciagając do niego obie ręce. To wszystko, co mogłam uczynić. Myśl ucałowania tej śmiesznej twarzy o dreszcz mnie przyprawiała.
Gdy uścisk ręki obudził w nim na nowo serdeczność ojcowską, p. Desosteux zaczął mi wszystko wyjaśniać. Najprzód, sprzedaż dziesięciu tysięcy akcyj zbankrutowanego przedsiębiorstwa, przezornie uskuteczniona przed ostateczną katastrofą, przyniosła ładną sumkę. Chciałabym to wszystko ze swej strony wytłumaczyć, ale trwałoby to bardzo długo, a były chwile, w których myślałam o czem innem, właściwie o niczem.
Najlepiej się udało z licytacyą pałacyku, z tem, co pan Desosteux nazywał „nieruchomością z przynależnościami“, to znaczy z ogródkiem, obrazami, dziełami sztuki, cennymi drobiazgami, rzeczywiście licznymi i wyborowymi, na czem znałam się dobrze. Opatrzność namn dopomogła zapomocą różnych agentów, Anglików, pod wodzą lorda Belfort, Hiszpanów pod wodzą księcia de Ciudad i szlachetnie urodzonych Francuzów, którymi dowodził pan d’Hauraucourt, a wreszcie tłumów bogatych burżujów, nie chcących dać się ubiedz wspaniałomyślności magnatów.
Był to prawdziwy szał licytacyjny, który Paryż dotychczas pamięta.
Słowem — a to słowo jest dość długie, mój Boże — zachowałam Liembrune z „ruchomościami i przynależytościami“, składającemi się z zamku, podwórza, wież i t. d., i z gruntów rentowych, to znaczy: (panowałam nad sobą usilnie, aby nie zgrzytać zębami, a zostało mi to pewnie policzone pomiędzy zasługi) — folwarku o 220 hektarach ziemi, wydzierżawianego za 11.000 franków, lasu o 200 hektarach, przynoszącego „w złym czy dobrym roku“ 8000 franków; około dziesięciu domków z ogródkami w miasteczku Liembrune, przynoszących około tysiąca dukatów.
Nareszcie, jako szczyt szczęścia, w tym samym dniu, w którym nasi przyjaciele dowiedzieli się o szczęśliwem rozwiązaniu interesów i że pozostawał mi jeszcze zamek Desert, jakiś Anglik się zgłosił i najął go za 3000 franków. Notaryusz pospieszył przyjąć tę propozycyę, śmiejąc się w duszy z naiwności Anglika: zamek wynajmowany był zawsze tylko za 2000 franków.
Domyślałam się, że Opatrzność posłużyła się tu pośrednictwem Edwarda. Tak było istotnie. Dawniej, moja miłość własna byłaby wyszczerzyła zęby; teraz nie wyłamałam się z mego lodu dla rzeczy tak błahej. Coś w rodzaju zdrowego rozsądku, który mroził we mnie wady, mówił ini, że przyjaciel, posiadający 600.000 franków dochodu, ma przecież prawo nająć za drogo dom przyjaciela, znajdującego się w kłopotach majątkowych.
— Otóż, moje kochane dziecko — (pozwalał sobie tak mówić pan notaryusz w zamian za swoje dobrodziejstwa, gdy dotychczas nazywał mnie kochaną panią) — otóż kochane dziecko, masz teraz 25.000 franków dochodu, który może wzrośnie, ponieważ liczyłem wszystko jak najniżej. A przytem, nadzieje. Ach, tak! Zdawało mi się, że powinienem zrobić tę przyjemność pamięci mego starego przyjaciela, pułkownika Bourgongnon. Zachowałem 70 losów. Zależało mu na nich i spodziewał się wygrać niespodziewanie majątek. Był przekonany, że wygra kilka losów po 500,000 franków.
Oto co nazywamy — nadziejami.
Owe losy, które nigdy czegoś podobnego się nie spodziewały, zastąpiły miejsce dziadków i niezamężnych ciotek milionowych....
— Aha! Zręcznieśmy się zabrali do pracy! — wołał pan Desosteux.
Rzuciłam jeden kawałek lodu na to samochwalstwo.
— Mój drogi panie — rzekłam — kocham pana z całego serca, dziękuję za pułkownika, który w niebie musi być z pana zadowolony. Jesteś pan bez wątpienia najlepszym z przyjaciół, ale nie znasz pan zasad odejmowania. Wszak na jednej z kolumn tych okropnych cyfr, któremi dręczysz mnie od miesiąca, po kilka godzin dziennie, w rubryce długów fikcyjnych, widziałam sumę „6000 franków rocznie“. Te 6000 franków, to pensye po 400 franków, wypłacane przez mego wuja kilku gderliwym wdowom i kilku sierotom, z których zamierzał porobić szewców, czy nauczycieli ludowych. Te pensye będą dalej wypłacane. Pozostaje mi więc tylko 19.000 franków.
P Desosteux upuścił swoją chustkę do nosa.
— Ależ pani, tak rozrzutna i nieporządna, jaką jesteś — (znał mnie od urodzenia) — zaledwie potrafisz wyżyć z tych 25.000 franków. Czy wie pani przynajmniej, co znaczy książka rachunkowa i ułożenie domowego budżetu?
Wyznałam z dumą, że nie mam o tem pojęcia.
— To więc byłaby niedorzeczność! pozwól pani, że w imię starej przyjaźni — tak się wyrażę tak, niedorzeczność wypłacać pensye ludziom bogatszym od siebie.
Chciałam szczerze się zaśmiać, lecz pomimo wysiłków nie mogłam się na to zdobyć. Byłam sztywna, jak skazany na śmierć. Odzyskanie tego mająteczku nie zdołało mnie rozchmurzyć.
Wzięłam ćwiartkę papieru i napisałam:
„Proszę sprzedać natychmiast cztery obrazy, które zarezerwowałam“.
Było to zaadresowane do notaryusza w Paryżu, który prowadził tamtejsze interesy.
Pomimo mego zlodowacenia przykrość mi to zrobiło. Sama kupowałam te płótna, pragnęłam je posiadać, przywiązywałam do nich wielką cenę. Ale wśród zamętu, w jakim się znajdowałam, miałam przecież niejakie błyski rozsądku i dobroci. Zamek, jak mówiłam, wspaniale był urządzony; zachowałam moje srebra i klejnoty. Czyż trzeba było, aby dla większego zbytku wtrącić w niedostatek około piętnaścioro ludzi, których mój wuj lubił i którzy go może także kochali?
Opatrzność ciągle tryumfowała w tej sprawie, a ja ją naśladowałam. Te cztery obrazy przyniosły mi 7000 franków dochodu, to znaczy, że spełniając w dalszym ciągu szlachetne zobowiązania wuja, wzbogaciłam się o 1000 franków rocznie.
Pan Desosteux zacierał ręce, mówiąc mi, że prędzej, czy później wdowy poumierają, a sieroty zostaną szewcami i W ten sposób będę miała 32.000 franków renty, nie licząc nadziei. Zdawał się, zapominać, że wdowy i sieroty rosną na poczekaniu.
Chociaż nie wiedziałam dobrze, jak wyżyć można, mając 26.000 franków dochodu rocznego, odzyskałam jednak szacunek ogółu, który mnie traktował jak zmartwychpowstała. Z wyjątkiem ludzi bardzo dumnych lub nadto rozdrażnionych krytyką mojej impertynenckiej Wysokości, wszyscy wrócili do mnie, nisko się kłaniając.
Ja wszakże nie przyjmowałam nikogo i odpowiadałam zimno na niezliczone listy, które otrzymywałam.
Zresztą być może, iż stałam się nieco inniej samolubna niż dawniej; zdaje się, że dlatego, iż nudy nie pozostawiały miejsca na żadne gorące pragnienia, na stanowczą wolę w czemkolwiek. Byłam zawsze pogrążona w najgłębszej nieświadomości co do tego, czem jest poświęcenie i znowu zatraciłam to słabe poczucie przyjemności w ponoszeniu ofiar.
Urządziłam sobie życie, stosownie do nudów, jakie na zawsze miały być moim udziałem w Liembrune. Otaczająca mnie pustka była przynajmniej wonna i ukwiecona przez lato; a w zimie, miałam ten śnieg, ten kącik przy kominku, te potężne wichry rozbijające się po drogach i miotające gałęziami drzew o stare mury.
W przystępie rozsądku, nie dowierzając moim rachunkowym zdolnościom, zamianowałam sapera kasyerem. Spędziliśmy cały kwiecień jak w komedyi. Można było podziwiać widok rachmistrza, który rachować nie umiał, wdowy, zamiłowanej w oszczędności, która tylko umiała wydawać, i notaryusza, wyrywającego sobie włosy, gdy każdego tygodnia stwierdzał różnicę stu dukatów pomiędzy przychodem a rozchodem.
Pan de Roselle nie przyjechał już ponownie do Liembrune. Spotykałam go czasami. Kłaniał mi się z wielką swobodą. Ani mnie nie poszukiwał, ani nie uciekał przedemna.
Zrozumiałam zmianę, która w nim zaszła: Stał się obojętnym.
Był całkowicie zajęty jakiemś cmentarzyskiem starożytnem i chorobami nagminnemi. Kierował wykopaliskami. To mu przebaczałam. Ale pielęgnować wieśniaków, których wcale nie znał, pod pretekstem, że choroba była groźna, a epidemia szerzyła się gwałtownie we wioskach sąsiadujących z nami, i że nikt nie chciał chorymi się zająć to wydawało mi się dziwactwem.
Mówiłam sobie nieraz, że jeżeli się nie pokazywał, to dlatego, że obawiał się przynieść mi zarazę i powinnam mu była być wdzięczna. A przecież.... Zresztą, nie potrzeba robić otworu w powłoce lodowej, żeby zobaczyć, co się dziać może w głębi mego serca.
Moje serce zamarło dla całego świata.
Serce pana de Roselle zamarło dla mnie.
Zdaje mi się, że nie można sobie życzyć nic lepszego.


II.
Tryumf łez.

Pani Castelnau i lady Belfort przyjechały spędzić miesiąc maj w Hervelinghem. Kochana matka opuściła swego najdroższego małżonka, swoich senatorów, „swoją chatkę i całą trzodę“, jak mówi piosenka, którą Tonton lubił nucić, aby mnie wyrwać z ucisku lodowatego morza. Była uderzona ponurym tonem moich listów, moją oziębłością nawet dla niej. Była przerażona widząc mnie uleczoną bez powodu z swawolnego roztrzepania, które stanowiło główną siłę mego „czaru“.
Angela przyjechała, ponieważ po wstrząśnieniu, jakiego doznała z mego powodu, stała się nerwową, chorobliwie wrażliwą i ktoś jej poradził, aby odetchnęła powietrzem okolic rodzinnych.
Błogosławiła temu doradcy. Szczególne ta istota miała serce: o mało nie spowodowałam śmierci jej męża, którego ubóstwiała, a ona jeszcze doświadczała wyrzutów sumienia. Chcąc mi dać zapomnieć, że się na mnie boczyła, podwajała uprzejmość i przyjaźń względem mnie. Albertyna kazała mi oświadczyć cały swój żal, że nie mogła towarzyszyć matce.
Przywiązanie tych kobiet do mnie spotężniało widocznie wskutek ciosów, które im zadałam. Za to mężowie, jak już wspominałam, znosić mnie nie mogli. Ktoś, którego nazwiska nie powinnam jeszcze wymieniać, wyjaśnił mi tę tajemnicę psychologiczną. To wielkie słowo wszystko tłumaczy. Utrzymywał on, że mężczyźni patrzą na rzeczy z ogólnego stanowiska, a kobiety z drobiazgowego i że pierwsi widzieli całość mego postępowania z don Luizem, które było obraźliwe, gdy przeciwnie, wszystkie kobiety, jak gdybym walczyła w obronie sprawy kobiet całego świata, pochwalały mnie, żem na wszystko narazić się była gotowa, byle nie wyjść zamąż za człowieka, którego nie kochałam.
Angela nie mogła się ruszać z miejsca, więc pani Castelnau prosiła, żebym często przyjeżdżała do Hervelinghem. Bywałam tam prawie codziennie.
Moja matka, znając mój buntowniczy charakter, wystrzegała się, żeby mi nie prawić żadnego kazania. Znakomicie zastępowała ją Angela. Milutki jej umysł rozwinął się i nabrał pewności siebie, w skutek uwielbienia, jakiem otaczał ją Edward i wielu innych lordów. Inteligencya jej miała w sobie coś macierzyńskiego; i widziałam, że ćwiczyła się na mnie w systemie wychowania, jakie dać miała wielu przyszłym swoim dzieciom i synkowi, który przyszedł na świat W zeszłym roku.
Napominając mnie — przyczem moja lodowatość zastępowała mi całą cierpliwość — równocześnie w przerażająco śmieszny sposób psuła to szkaradne niemowlę, krzykliwą małpeczkę, którą nazywano Jack i która ryczała, ilekroć spojrzała na mnie. Według matki i pół tuzina panien służących, Jack był istnym cudem zesłanym z nieba. Co do mnie, bardzo lubię dzieci, ale nienawidzę zwierzątek i ciągle starałam się wyperswadować Angeli, że człowiek, liczący mniej niż cztery, lub pięć lat, jest tylko bardzo krzykliwym instrumentem muzycznym.
Te sprzeczki nie oziębiały naszych stosunków przyjaźni, ale rozwijały w Angeli gwałtowną namiętność ulepszenia mojej osoby i poprawienia moich błędów.
Pozwalałam jej mówić, cofałam się wgłąb mojej cieśniny Behringa i dotychczas, apostolstwo Angeli czyniło mi wrażenie, że pochodzi z bardzo daleka, z przeciwnego brzegu na horyzoncie. Lecz dnia pewnego....
Stanowczy dzień nadszedł! Czemu ten dzień, a nie inny? Tego nie wiem. Człowiek, którego i teraz jeszcze nazwać nie mogę, utrzymywał później, że była to nagroda za moją wrodzoną cnotliwość. Zgadzał się z moją kochaną matką i nazywał to Opatrznością.
Nie przypominam sobie całej rozmowy, wiem tylko, jak się skończyła — i stała się awantura.
Byliśmy więc w miłym pałacu d’Hervelinghem. Pani Castelnau siedziała w salonie przy oknie, wychodzącem na czyściutki taras, o któryin już wspominałam. Pisała list. Lubi pisać listy. Nie twierdziłam nigdy, aby była doskonała.
Angela czerwona, raz omdlewająca, to znów podniecona, leżała na otomanie. Rozprawiała z zapałem. Biedactwo kochane, także nie było doskonałością: nie pisała listów, lecz mówiła. Następnie, proszę sobie tylko pomyśleć, mówiła o moich wadach, chciała mnie poprawić; jest to jedna z najsłodszych rzeczy dla serca kobiety.
Nie wiem dotychczas co mi powiedziała, ani co ja jej odpowiedziałam; byłam przykucnięta na moim przylądku, okryta stalaktytami. Nagle, doprawdy nagle, jak w dramacie, gdy wybija godzina!! słyszę jeden frazes. Nie miał w sobie nic przygnębiającego, ani olśniewającego. Musiałam go syłszeć ze sto razy. A jednak usłyszałam go tak po raz pierwszy i od razu stopniały moje stalaktyty, zniknął przylądek, biegun północny, pałac lodowy.
— Czy wiesz, kochana Izabelo, czemu się nudzisz? rzekła Angela. Czy chcesz się dowiedzieć?
Nie zależało mi na tem tak samo jak na wszystkiem innem. Ale nie zależało mi także nawet na tem, aby się przyznać, że mi o to nie chodziło.
— Po prostu dlatego — ciągnęła Angela — że niema z ciebie żadnego pożytku. Na nic się nie zdasz. Dzięki temu, że myślisz przedewszystkiem o sobie, doszłaś do tego, że nikomu szczęścia nie przynosisz, nawet sobie samej.
To wszystko, a przynajmniej wszystko.
A więc ta myśl bez głębszego zastanowienia, ten frazes wypowiedziany z mieszczańskim spokojem, to wszystko sprawiło, że lody w moim mózgu topnieć zaczęły; w początkach powiał mały siroco, który niebawem wprawił mnie w taniec świętego Wita w miniaturze, jak to zaraz zobaczymy.
Nie odpowiedziałam Angeli. Byłam zdecydowana wyryć sobie dyamentowemi literamni te słowa w pamięci. Mówiła dalej z równym skutkiem. Piękne jej błękitne oczy ożywiły się, a śliczne krąglutkie policzki, które przybladły od kilku miesięcy, „mieniły się różą i lilią“. (Kochany Tonton!)
— Bo widzisz, — mówiła dalej — ty nie znasz wcale życia realnego. Powiedziano ci, że jest to droga, po której trzeba iść wygodnie, zabierając najwięcej miejsca, wybierając pozycye najprzyjemniejsze i najwygoniejsze, odpychając tych, którzy także chcieliby się ogrzać w słońcu. Nie, moja kochana życie jest drogą bardzo ciężką, a jeżeli po chrześciańsku znosi się trudy, droga ta prowadzi wreszcie do krainy cudów.
Była to rzecz bardzo śmieszna, widzieć tę mała, która dwa lata temu nie śmiała patrzeć dalej niż po rzęsy, wygłaszającą ten wykład filozoficzny.
Oświadczam, że nie miałam żadnych złych zamiarów, a nawet żadnych zamiarów, wogóle. Zabrałam głos, bo trzeba było odpowiedzieć, sama nie wiedząc dobrze co mówię, instynktownie, tak jak kot, kiedy miauczy.
— Dobrze tobie mówić, Angelo i bardzo mnie bawi słyszeć ciebie prawiącą o przepaściach na drodze, po której się idzie pomiędzy mężem, który cię ubóstwia i dziećmi, które są zdrowe. Ale poczekaj, niechby naprzykład dzieci twoje niebezpiecznie zachorowały, a wtedy powiedziałabyś coś nowego o chrześciańskiej cierpliwości.
I oto zapowiedziana katastrofa. Jeszcze raz powtarzam, nie miałam w sobie żadnej złośliwości i byłam tak zdumiona, jakgdyby mi kto czapkę błazeńską nałożył nagle na głowę. Angela stanęła wyprostowana jak świeca. Stała się żółta i patrzyła na mnie z przestrachem. Podniosła obie ręce w górę, wołając:
— Co ja jej złego zrobiłam, że oto ściąga przekleństwa na Jacka i na tych, co jeszcze się nawet nie porodzili! Ach! mój Boże, mój Boże, cośmy jej zrobili tak złego?
Upadła na otomanę w gwałtownym ataku nerwowy, z zamkniętemi oczami, trupio blada, wydając piski zranionego ptaszka, załamując ręce.
Matka jej i kilka kobiet rzuciło się na ratunek. Zabrano ją z pokoju. Byłam z początku jak ogłupiała. Następnie wpadłam we wściekłość. Tupałam nogą w gniewnem uniesieniu.
— Ależ to okropne! straszne! ohydne! Ja nie chciałam powiedzieć tego wszystkiego! Ależ ja ją kocham z całego serca tę biedną pieszczoszkę. Oddałabym chętnie moje nikomu niepotrzebne życie za jej życie, a nawet za tego małego potworka, jej dziecko. Nigdy mi się nie śniło źle jej życzyć.
Pani Castelnau, która właśnie nadeszła i słyszała moje słowa, zaczęła mnie uspokajać...
— Wiem o tem dobrze, biedna Izabelo. Ale Angela jeszcze nie przyszła do siebie po owych wstrząśnieniach z przed trzech miesięcy. Stała się chorobliwie wrażliwą, prawie przesądną. Słyszała nieraz od jakiegoś czasu, że ty nam nieszczęście przynosisz. Miara się przepełniła. Lepiej będzie, moja droga, aby ciebie nie widywała. Czy chcesz oddać mi przysługę i pojechać do Samer; przyszlesz nam ztamtąd jakiegoś doktora tymczasem, nim nasz nie przyjedzie z Paryża.
Przez kilka dni Angela była bardzo chora a ja żyłam w niepokoju, którego opisać nie potrafię, którego nigdy dotychczas nie doznawałam.
Ten niepokój przyczynił się do stopienia ostatnich lodowców i do zainkrustowania pamiętnych wyrazów w mojem sercu.
Kochana matka codziennie mi przysyłała wiadomości o zdrowiu Angeli. Edward chciał mnie zabić. Zdaje mi się, że nie odmówiłby był sobie tego słusznego zadośćuczynienia, gdyby się nie był obawiał że to sprawi przykrość Angeli i pogorszy jej stan zdrowia. Nie miałam mu tego za złe.
Czuję, że będąc na jego miejscu, miałabym myśl podobną i kto wie, czy byłabym się jej oparła.
Groźny wypadek, którego się obawiano, nie nastąpił. Angela wróciła do Paryża. Nie chciała widzieć się ze mną.
Kochana matka przybyła mnie uściskać. Nigdy mnie nie bardziej nie wzruszyło i gdyby jeszcze były pozostały we mnie jakie płatki śniegu, byłyby stopniały. Była taka dobra, delikatna, kochała mnie tak bardzo, że płakała nademną, nad mojem położeniem. Bolała, widząc, że moje osamotnienie stanie się jeszcze więcej ponure. Obiecała mi w ostatnim pocałunku łzami oblanym, że wróci jak najprędzej, aby się ze mną widzieć. Nie ukrywała przedemną, że pan Castelnau, bardzo potępiający moją lekkomyślność, nie zachęcał jej wcale do tego, by mnie kochała. Opuściła mnie, szepcząc ze swoją delikatną rezerwą:
— Staraj się być użyteczną!
Były to ciągle te same wyrazy, ten sam frazes! Użyteczną! ależ niczego więcej nie pragnęłam! Byłam taka nieszczęśliwa od dawna, a od dwu tygodni czułam taką niesprawiedliwość losu i rozpacz, że uczyniłam nieszczęśliwemi jedyne istoty, które kochałam! Tak, byłam gotowa na wszystko, ale na co?
Stało się, że pani Tymoteuszowa, wdowa Tymoteuszowa Chamousu odpowiedź na to mi przyniosła. Mój Boże, w jakichże łachmanach ukazała mi się ta posłanka Opatrzności! A gdyby to tylko łachmany!! Wkraczałam na błotniste drogi, o których mówiła Angela.
Pani Tymoteuszowa przyszła do mnie przy odgłosie bębna (może to był nawet wielki kocioł); w każdym razie towarzyszyło mu dwoje skrzypiec i jeden z tych fletów, które wywołują u ludzi żal, że na świat się narodzili.
Była to trzecia niedziela czerwca, dzień święta wiejskiego. Ta muzyka Eskimosów wzywała do tańca krępu nimfy z Liembrune.
Wiatr powiewał z południa. Było parno. To jednak wcale nie zniechęcało pasterek. Co do mnie, nie mogłam znieść skwaru; kazałam pozamykać tę stronę zamku, która zwracała się ku dolinie i usiadłam przy otwartem oknie od strony północy, starych wież, parku i lasów.
Byłam sama jedna; niedawna śmierć pana nie pozwalała moim ludziom udać się na zabawę. Lecz Peretka poszła z Wincentym i jego ojcem w odwiedziny do swoich rodziców, sama nie wiem gdzie. Finetka zamknęła się w swoim pokoju, żeby pisać do tajemniczej osobistości, której rękę swoją przyrzekła i oddawała mu ją po kawałeczku każdej niedzieli po południu. Saper poszedł na cmentarz, wybrać miejsce na krzyż, który miał zamiar postawić na pamiątkę swego pułkownika. W zamku była tylko stara Margot.
Powinnam była ją przedstawić, bo jest jednym z ciekawych okazów mojej menażeryi. Już teraz zapóźno. Jest to rówieśniczka Tontona, bardzo dobrze wyglądająca na swoje lata i wierna, jak pies.
Siedziała sobie w cieniu muru u stóp mego otwartego okna, trzymając w rękach starą książkę do nabożeństwa, co było teoretycznem tylko wyznaniem wiary, ponieważ czytać nie umiała.
Nigdy dotychczas nie używałam w całej pełni pieszczotliwej słodyczy niedzieli na wsi. W czasach, gdy byłam dumną i pieszczoną przez cały świat, był to dzień hałaśliwy, jak wszystkie inne. Dzisiaj, byłam melancholijnie drzemiąca w rozkoszach tego pięknego lata; i na pół leżąc, widziałam roztaczające się przed mojemi oczami wierzchołki tysięcy drzew całowanych ognistymi promieniami słońca.
Tworzyło to olbrzymi błyszczący kobierzec. poznaczony tysiące odcieni złotawo-zielonych. przysypany brylantowemi iskrami. Mgła leciutka, jak w bajce, przysłaniała tę przestrzeń, utworzoną ze szczytów i kulistych kształtów wierzchołków drzew, szczytów brunatno zielonych i okrągłości blado-zielonych. U stóp tego kobierca szalona muzyka: protestacya tysięcy ptaków przeciw ostrym zgrzytom skrzypiec.
Gdy wściekła muzyka ludzka ustawała na chwilę, szczebiot ptaszków witał tę ciszę, jak zwycięstwo. Owady mięszały się do tego koncertu swojem melodyjnem brzęczeniem, które wydaje się być szeptem nieskończoności. Po nad tem wszystkiem unosiło się melancholijne gruchanie turkawki, która wysławia szczęście domowego ogniska z tem samem drzemiącem zadowoleniem co pieśń miłosną.
Nagle, wszystko się ucisza. Wydaje mi się, że jestem sama jedna we Wszechświecie, z tym kobiercem zielonym, z temi wszystkiemi chmurami, które tworzą straszliwe wozy, fantastyczne zwierzęta, wybrzeża, płaszczyzny, oazy, palmy, przesuwając się nademną w białych szatach z frendzlą z purpury lub płynnego złota, po niebie ciemno-błękitnem.
Mówię sobie, że jestem bardzo samotna ani ten wielki bęben, ani ta bajeczna pogoda, ani ten złudny krajobraz białych obłoków nie udzieli mi towarzystwa, przywiązania i szczęścia. Wkrótce, wpływ pana Castelnau odbierze mi przywiązanie mojej matki z wyjątkiem dzikiego notaryusza, nie mam już przyjaciół na szerokim świecie.
I oto zapuszczam się w rozmyślania, w których mój egoizm doznaje srogiego potępienia.
Ta marząca ospałość, która mnie ogarnęła, była już lepsza od zwykłych nudów. Poddałam się z błogością tej skromnej rozkoszy rekonwalescencyi mego umysłu. Niewyraźna jakaś rozmowa na podwórzu, niedaleko moich okien, obudziła mnie z zadumy.
Głos pokorny, a jednak stanowczy, dopytywał się, czy można widzieć się z panią. Margot odpowiadała łagodnie, ale także stanowczo, że pani śpi. Pokorny głos podnosil niejakie wątpliwości co do tego snu w biały dzień, przy odgłosie bębna. Margot byłaby oddała dla mnie swój grosz ostatni, odpowiadała z całą szorstką naiwnością prostej duszy, odpowiadała tonem stanowczym, że jej pani mogła spać, kiedy jej się podoba, że zresztą sypiała przez cały dzień i całą noc jak bezduszna kłoda i że żaden bęben by jej nie obudził.
To zdanie duszy prostej, ale dobrej, do reszty mnie rozbudziło. Zadzwoniłam. Öblicze starej kobiety ukazało się wkrótce w drzwiach na pół otwartych.
Wytworność mego apartamentu onieśmielała tę staroświecką kucharkę i nigdy wejść się nie odważyła, jeżeli od niej tego koniecznie nie wymagałam.
— Co tam się dzieje, Margot? — spytałam. — Zdawało mi się, że słyszałam twój głos podniesiony.
— To z powodu bębna, proszę pani, nie można nie słyszeć, przy tej niezwykłej muzyce. To wdowa po nieboszczyku Tymoteuszu chciała się widzieć z panią.
— A ty jej odpowiedziałaś, że nie można widzieć się z panią, bo pani śpi cały dzień.
— To prawda — odrzekła stara ko bieta ze szczerą naiwnością. — Pani ma do tego prawo, chociaż, gdyby tak wszyscy spali dzień i noc! Mówiłam to głównie dlatego, żeby nie weszła do domu: cała w łachmanach.
— Więc cóż? — odrzekłam, przygnębiona nieco tą straszliwą szczerością — nigdy nie odpędzałam od siebie biednych ludzi, ty, nielitościwa poganko!
— Jak się pani podoba, ale że ona nietylko obdarta... przytem strasznie brudna ot, jak zwykle wdowa! Gdybym miała czas się zadziwić, byłabym pewnie osłupiała wobec podobnej konsekwencyi wdowieństwa.
Margot nie spostrzegła mego ździwienia. Wstrząsnęłam się. Zdaje mi się, że nie potrzebuję zapewniać, iż jestem odważna, a przecież są cztery rzeczy, których śmiertelnie się boję wściekłych psów, ospy, tych pasożytów, o których Margot mówiła, i zostać żywcem pogrzebaną. Wstrząsnęłam się więc.
Byłabym się jeszcze bardziej wstrząsnęła, gdybym była wiedziała, że ta łachmaniarka trzymała w ręku „nić mego przeznaczenia“. Biedny, kochany Tonton! jakże on lubił tę nić i to przeznaczenie!
Miałam przeciąć tę nitkę i wpaść niewiem w co otworzyłam usta, aby powiedzieć Margot, by oddaliła tę nieprzyjemną sąsiadkę, gdy podniosłam oczy....
Czy ci, którzy to czytają, wierzą w halucynacye? W takim razie, doskonale. Byłam prześladowana przez wiadomy frazes. A więc, ujrzałam część jego wypisaną na niebie. Snuły się właśnie po niebie białe i różowe obłoezki, tworząc na tle błękitu kilkanaście liter: Nieużyteczna. To obwieszczenie niebieskie wyprowadziło mnie z równowagi i uczyniłam pierwszy krok na drodze bohaterstwa, po której miałam iść krokiem olbrzyma, jakby się wuj wyraził, choć to niemiła perspektywa dla moich małych, tak bardzo małych stóp.
— Dlaczegoż — wyrzekłam z udanym spokojem — nie wprowadzisz jej do małego pokoiku obok przedpokoju? Tam nikt nigdy nie wchodzi. Jak odejdzie, pasożyty pozdychają z głodu.... brrr.....
Poszłam tam, to prawda, tak, jak się idzie na męki; ale ostatecznie poszłam i jak się pokaże, na męki.
Ujrzałam wchodzącą kobietę około trzydziesto pięcio letnią, która musiała być kiedyś piękną wieśniaczką, słuszną, krągłą, czerwoną. Była tak skurczona, że zdawała się małą, chudą, bladą pod opaleniem.
Miała bardzo piękne włosy, tak bujne i kręte, że wyglądały, jakby pozaplatane w warkocze. Musiały mieć kiedyś piękną złotawo-blond barwę ale powietrze zmieniło tę barwę i uczyniło ją martwą. Czarne oczy także miały ten sam odcień martwy, bezbarwny, wypełzły nie pod działaniem powietrza, ale z powodu rezygnacyi.
Miała na sobie podarte trzewiki, pończochy popielate, cerowane błękitną włóczką, spodnicę krótką, zużytą i tak postrzępiona, że wyglądała dołem jakby wycinana w nieregularne zęby. Biedna kobieta włożyła przecież swoje klejnoty, aby mnie odwiedzić, a tymi klejnotami był wielki czerwony parasol, który niosła ostentacyjnie i mała chusteczka z zielonej włóczki, bardzo porządna, ostatni ślad zaginionej świetności.
Miała poczciwą, otwartą fizyognomię, bez śladu obleśności. Skoro tylko mówić zaczęła, uderzył mnie szczerością ton mowy. Nie była to żebraczka, jak mi to później Margot powiedziała.
Kazałam jej usiąść... w niejakiem oddaleniu, na krześle, któremu w myśli przyrzekłam całopalenie, po odejściu tej, która je zająć miała. Co do mnie, stałam, zdaje mi się z tą ukrytą myślą, że w ten sposób lepiej potrafię obronić się przed skaczącym nieprzyjacielem. Byłam bardzo czerwona, jak wypada dla początkującej bohaterki i smutnie się uśmiechałam.
— Nazywam się Argentyna — rzekła wdowa — straciłam mego męża, Tymoteusza Chamousu temu ośmnaście miesięcy. Jestem pani lokatorką, najmuję domek, własność pani, za sto franków rocznie.
Tym razem opadłam na krzesło zgnębiona. Lekkie drżenie po mnie przeszło.... „Jakto, ja wymagałam stu franków rocznie od tej nędzoty, od tej żebraczki?“ Przez chwilę byłam bez głosu. A ona ciągnęła dalej:
— Miałam cośkolwiek po moich rodzicach. Widzi pani — pokazała olbrzymi parasol czerwony i chusteczkę. — To wszystko, co zostało z tego, co nieboszczyk Tymoteusz dał mi, żeniąc się ze mną. Nie byliśmy nieszczęśliwi. Mieliśmy ośmioro dzieci, zdrowo się chowały. On był stolarzem, czyli cieślą przygodnym, jak mówią w mieście. Był porządny, pracowity, nie pijak. Zarabiał 3 franki dziennie.
Miała tyle dzieci, a ja żądałam od niej stu franków rocznie! Przyznam się, chociaż to bardziej rozczulające, niż poetyczne, że kilka kropel potu zrosiło jak perły — (ten wyraz mnie pogodzi z potem) — moje czoło. Otarłam czoło chustka, którą odrzuciłam z gniewem, widząc, że była z haftowanego batystu, a ja biorę sto franków od kobiety, która ma taką spódnicę!
Patrzyła na mnie bez zazdrości, a nawet, zdaje mi się, z ukrytem zadowoleniem — które w jej osobie przynosi honor niewieściemu rodzajowi — że widzi we mnie coś ładnego i świetnego. I ciągnęła dalej swoją spokojną, a ponurą opowieść:
— Temu ośmnaście miesięcy przyniesiono mi mego biednego Tymoteusza. Spadł z rusztowania tak nieszczęśliwie, że trzy miesiące leżał, a potem umarł. Wtedy właśnie miałam moją małą Izabelkę, którą tak nazwano na cześć pani. Jest to mały hultaj, za przeproszeniem pani, ale także będzie kiedyś ładna.
Wszystko to było wypowiedziane szczerze, po prostu.
— Na mnie przyszła kolej chorować i przez sześć miesięcy leżałam w łóżku. Wszyscy mnie bardzo dobrze pielęgnowali, ksiądz proboszcz, doktor i sąsiedzi. Jeszcze nam coś było zostało i w tym roku mogliśmy jeszcze zapłacić czynsz.
Czułam, że się wściekam na siebie samą. Powstałam z miejsca raptownie. Szłam do niej, żeby podać jej rękę i prosić o przebaczenie... Byłam jeszcze nowicyuszką w heroizmie, zatrzymałam się. Nie prośba o przebaczenie mnie mieszała, tylko ręka. Ona mówiła dalej, a żółta jej cera ożywiła się nieco pod opalenizną. Dla niej chodziło tu o kwestyę życia lub śmierci.
— Proszę pani, trzeba mi wybaczyć. Później, może będę mogła zapłacić. Mam starego wuja, który jest lichwiarzem, bogaty i kocha mnie bardzo. Nie chce nic dla nas teraz uczynić, ale zostawi mi swój majątek. Tego roku nie mogłam zapłacić czynszu i urzędnik pana Desosteux mi napisał, że jak nie zapłacę, pani mnie wyrzuci. To nie ze złości, proszę pani, ten dependent jest uczciwym człowiekiem, zarówno jak p. Desosteux, jak i pani także. Wiadomo, że każdy musi żyć i odebrać swoje pieniądze. Ale jeżeli pani nas wyrzuci, będziemy musieli zostać chyba na ulicy. bo nikt nie zechce mi nająć mieszkania z ośmiorgiem małych dzieci i kilku gałganami jako rękojmią. A więc, możeby pani chciała poczekać...
Zatrzymała się, przerażona, widząc, że nic nie mówię i będąc pewną, że wszystko stracone. Bo też literalnie dławiłam się z gniewu, a może z rozpaczy. Nudy, walka o byt, brak sentymentalności, wszystko to zmykało w piekielnym galopie. Gardło mi się nareszcie rozkleiło. Tak mi dziwnie umysł ukształtowano, że zamiast uspokoić tę biedną kobietę, pierwszą moją myślą było szukać atramentu i papieru, żeby wylać mój gniew na pana Desosteux i jego dependenta. Nie było tu kałamarza.
Tym razem o wszystkiem zapomniałam; bohaterstwo doszło do temperatury, w której pomarańcze dojrzewają; wzięłam za rękę Argentynę.
— Bądźcie spokojni. Przed — chciałam powiedzieć: przed stu laty, ale się rozsądnie powściągnęłam — przed trzema laty nikt od was grosza nie zażąda.
Ucałowała moją rękę w sposób tak pełen wdzięczności, że o wszystkiem zapomniałam. Upajałam się bohaterstwem. nurzałam w męczeństwie i miałam przerażającą nieprzezorność powiedzieć:
— Tak, urządzimy wszystko jak najlepiej. Przyjdę was odwiedzić.
Ugryzłam się w usta. Zapóźno! Już było zapóźno.
— Nie, nie — rzekła żywo — nie trzeba przychodzić, pani nie przyzwyczajona do widoku nędzy.
Odczułam tę uwagę! to taka prawda! A ona mówiła dalej naiwnie.
— Bo widzi pani, z początku robiłam co mogłam, żeby utrzymać dzieci czysto, a jak wszystko się zdarło, nie miałam czem zastąpić.... Nie zawsze mam czas prać; moja najstarsza córka myje i czesze tamtych; ale także nadążyć nieraz nie może.
Wystarcza pokazać mi przeszkodę, żeby mi udzielić szalonej chęci przez nią przeskoczyć.
— Przyjdę do was — powtórzyłam — przed upływem tygodnia.
Byłam właśnie w takim stanie umysłu, jak najsłynniejsi bohaterowie świata.
Brak sentymentalności wrócił z przestrzeni i podstępnie język pokazał mojemu bohaterskiemu upojeniu. Wahałam się przez pięć dni. Drżałam, bladłam i rumieniłam się. Straciłam sen i apetyt przez tych całych pięć dni.
Nareszcie, w tygodniu po Zielonych świętach, opuściłam mój zamek Liembrunne dla mojego domku, w którym mieszkała nędza, prowadzona przez ową „nić mego przeznaczenia“, tak drogą kochanemu Tontonowi.


III.
Przechadzka poranna.

Nie mogę nic złego powiedzieć o moich starych wieżach, które razem z mojemi lalkami, ojcem Wincentym, saperem i moim wujem, należą do moich dziecinnych zabytków. Nie mogę sięgnąć do wspomnień lat dziecinnych, żeby nie widzieć tego otoczenia, ale te wieże dwa razy tylko były mi użyteczne w życiu. Tej zimy dały mi sposobność, że mogłam użyć całej rozkoszy, straszliwej burzy i to mnie uwolniło od nudów na godzinę. Dzisiaj dopomogły mi do zoryentowania się.
Saper, który był przy mnie, pokazał mi o kilka kilometrów dalej, w stronie wschodzącego słońca, na płaszczyźnie, która tworzy malowniczą dolinę, mały czarniawy punkcik stalowy, złotawą mgłę poranną. Był to gaik, otaczający ów „domek nędzy“.
Jest siódma godzina rano. Nigdy jeszcze nie wychodziłam tak wcześnie, piechotą, poza obręb parku. Margot tyle się nadokuczała ojcu Wincentemu, że od samego świtu poszedł „wypędzać wściekłe psy z lasu“.
Oto idę, żwawa, lekka, wesoła, jaką nie byłam od czasu, gdy zawiązałam znajomość z brakiem sentymentalizmu. Mam na sobie potworne buciki, w których możnaby iść na połów wielorybów, jedną z owych sukień, które się widuje tylko na obrazach Watteau i którą kazałam uszyć Finetce, rękawice jak żandarm i najpiękniejszy, jaki być może, toczek z popielatego filcu.
Była to dla mnie prawdziwa podróż w celu różnych odkryć. Rzeczywiście, wszystko dla mnie było odkryciem poranek, lato, las, liście i radość, ta radość naiwna, instynktowna, dziecinna i boska, która jest tak piękna, jak cudowne promieniowanie rosy, czysta i świeża, jak ona i tak samo nie trwała. Kropla wody, którą najmniejsza chmurka na słońcu czyni szarą, ale która podczas swojej świetności może walczyć o lepsze ze wszystkiem, co najbardziej połyskuje wśród kwiatów, gwiazd i drogich kamieni.
Ten las dziewiczy nie przypomina szerokich alei i jasnych podszyć parku. Wysokich drzew nie brak, ale pod niemi gęste krzaki, ciernie, pomiędzy którymi przejść trudno.
Weszłam na ścieżkę, która w prostej linii schodziła w dół, biegłam jak szalona, aby co prędzej dostać się na dolinę i uprawne pola. Scieżka ta była rzeczywiście bardzo stroma. Możnaby myśleć, że została wycięta na wyłączny użytek zajęcy i dzików, tak była wąska i mało cywilizowana. Slużyła jedynie listonoszowi wiejskiemu i kłusownikom. Ale ja jestem pewna, że ona była od dawna przygotowana przez Opatrzność w nagrodę dla Izabeli za jej bohaterstwo przeszłe a przedewszystkiem przyszłe, użyczając jej całego szczęścia, jakie dać może las o ósmej godzinie rano, gdy słońce tryumfuje na błękitnem niebie, w świeżem jeszcze, rannem powietrzu.
Ta świeżość powietrza! Ona czyniła, że wszystko we mnie unosiło się swobodą i rodzajem egzaltacyi: był to jakby lunatyzm świadomy, w którym jest się lekkim, wszystko w nas się śmieje, a jędrność lasu, powietrza, słońca, drzew, woń trawy, wszystkie czary przyrody wnikają w nas wszystkiemi porami, a wszystkie struny wyobraźni drżą radośnie.
Słońce, dość jeszcze nisko, rzucało ukośne promienie przez gęstwiny krzaków i drzew olchowych, orzechowych i osikowych, które jakby sklepienie tworzyły po nad ścieżką. Czasami jakaś gałąź zawadzała w drodze, to znowu ślizgałam się na wilgotnem jeszcze miejscu. Zatrzymywałam się chwytając za gałęzie, które strząsały na mnie setki kropelek rosy.
Śmiałam się na cały głos ku wielkiemu oburzeniu ptaszków, władców tych lasów, które powstrzymywały raptem swój koncert, aby posłuchać tej nowej dla siebie muzyki, śmiechu ludzkiego. Mówiłam sobie, że z pewnością żaliły się one, iż mam głos fałszywy. I przypominałam sobie wszystkie przymiotniki, jakimi wielbiono mój głos, który był rzeczywiście jednym z moich najpotężniejszych „wdzięków“. Śmiałam się w najlepsze, a ptaszki, wychodząc z osłupienia, wracały pogardliwie do swoich „śpiewów miłości i wojny“. Był wszakże jeden malutki ptaszek, ptaszek-mucha w naszej prowincyi, z ogonkiem dumnie zadartym, z dzióbkiem cienkim, jak igła, w rudawej sukience, który mnie sobie upodobał. Podobno, że ten rodzaj małych czyżyków miłuje ludzkość. Poprzedzał mnie, przeskakując z gałązki na gałązkę, spozierając zuchowatem oczkiem, jakby chciał mnie bronić, na królika, który przestraszony, przebiegał przez ścieżkę; a gdym doszła do końca, pokręcił się kilka razy w około mnie, jakby mi wyrzucając, że go opuszczam i wrócił w gęstwinę drzew.
Zanim zeszła w dolinę, ścieżka wiła się jeszcze przez małe polanki, mające kilka kroków szerokości. Słońce tam wkraczało śmiało, pieszcząc swoimi promieniami kilka kwiatków, wyrosłych w lesie o tej porze, w początkach lata. Macierzanka przede wszystkiem zatrzymała mnie swoją wonią. A ta cudowna rosa!
Nie mogłam się dość nasycić podziwianiem tych kropelek prześlicznie mieniących się, które kołysały się na źdźbłach trawy. Wiem, że będą się śmiać ze mnie, lecz drwię sobie z tego; bo nie jestem bezbożną, chociaż taką się wydaję, a mój umysł jest podobny do tych dróg, które wysypano kamieniami, a przecież tu i owdzie wyrasta jakaś trawka. Przyznam się więc, że kilkakrotnie przyklękałam na tej polance, aby bliżej módz podziwiać niewypowiedziany połysk kropli rosy, dziękując Temu, który ją stworzył, i mówiąc sobie, że Raj ziemski, o którym mi mówiono, pewnie posiada takie wspaniałości, jak te, które tutaj widziałam. Następnie, macierzanka u stóp, kapryfolium nad głową zachwycały moje powonienie i usypiały wyobraźnię. Używałam samotności, już nie owej ponurej i nudnej samotności, w której pędziłam dni moje od tylu miesięcy, lecz tej, w której dusza opływa w szczęściu, sama nie wie dlaczego.
I pomyśleć, że doszłam do dwudziestego trzeciego roku życia, nie zaznawszy nigdy szczęśliwości poranku, spędzonego w tak zwanej „ponurej pomroce lasów“.
To prawda, że gdy doszłam do końca ścieżki, tam, gdzie las łączy się z uprawnemi polami doliny, byłam całkiem przemokła.
Słońce stawało się gorące. Usiadłam na pniu starego ściętego dębu, wśród margerytek i dzikiej koniczyny, rosnących na trawiastym gruncie. Tu miałam inny widok, poważniejszy, jednostajniejszy, a jeszcze bardziej słodki, na obszerne płaszczyzny uprawnych pól w różnobarwną szachownicę.
Połyskiwały czerwone dachy folwarków; szczekanie psa, okrzyk, nawołujący dzieci idące do szkoły, dzwon, wzywający na Mszę, gwizdawka lokomotywy pociągu jadącego do Boulogne, wszystko to mi oznajmiało, że opuściłam już świat dziczy.
Ale tak się zabawiłam w tych lasach, że nie mam już czasu do stracenia.
Puszczam się więc w drogę na chybił trafił, kierując zawsze w stronę wschodu słońca moje oblicze, połyskujące świeżością. Ide ścieżką po łące, wzdłuż żywopłotów. Spotykam wieśniaków. Wszyscy oni mnie znają i znają mój dom. Nie lubią mnie, bo nic nie zrobiłam, żeby mnie lubili, nie nienawidzą, bo nic takiego nie popełniłam, aby mnie nie nawidzieć mogli. Zresztą, ta rasa ludzi jest uprzejma i życzliwa z natury, dumna bez zuchwalstwa, niezależna bez buntu.
Czułam się więc ciągle szczęśliwą, a jest jeszcze jedna rzecz, o której nie wspomniałam, a którą także odkryłam teraz: oto, że można czuć się szczęśliwą nawet w zabłoconych bucikach i z przypłaszczonym loczkiem na głowie.
Nareszcie, oto już jest „domek nędzy“.
Tak wiele miałam w sobie oszczędzonych zapasów wrażliwości i tak sobie nagradzałam czas stracony, że przyszła mi zadziwiająca myśl do głowy. Zkąd ona się wzięła i zkąd poszło, że wyszła na jaw, to znaczy na moje usta, cała głębia podziemna, tak dobrze ukryta mojej oschłej duszy? Zdumiona, spostrzegłam, że nucę aryę z „Mignon“: C’est là! c’est là! Ach! mój Boże, lepiej już wszystko powiedzieć. To tutaj dobrze byłoby żyć z mężem, którego się kocha! Oto co znaczył mój śpiew! I któżby się tego był spodziewał?
I nagle, ten mały zakątek przypomniał mi okolicę dziką, którą Tonton chciał, abym podziwiała podczas naszej podróży do Szkocyi, gdyż wujaszek był z tych czasów, kiedy to zachwycano się „romantycznemi miejscowościami“, pięknymi widokami i pieśniami ostatnich minstrelów. Żartowałam sobie z mego kochanego wuja i przez resztę podróży nie przestałam nazywać go sir Walterem, co mu ściągnęło mnóstwo komplementów w angielskim języku, którego nie rozumiał, i co go wprowadzało we wściekłość.
— Doprawdy, przymiotnik „romantyczna“ zupełnie się stosuje do tej doliny la Colombe. Strumyczek — Ru — płynie w głębi wąwozu, który nic strasznego w sobie nie ma. Strumyk płynie wesoło wśród trzcin i krzewów.
Brzegi wąwozu staczają się łagodną pochyłością i wznoszą, pokryte drobną trawą, niezapominajkami i różnymi innymi małymi kwiatkami, aż do małej płaszczyzny, otoczonej żywopłotami pełnymi kapryfolium, dzikich klematytów. W samym środku stoi mały domek.
Skoro nadejdą deszcze jesienne, wąwóz wypełni się wzburzoną falą wody, spływającej z pól sąsiednich, aż do stóp starych dębów, które chronią tę płaszczyznę od wschodnich wiatrów. W obecnej chwili wszystko spokojne, tak samo, jak strumyk, wszystko wokoło brzęczy, nuci, połyskuje, iskrzy się. Na prawo i na lewo chałupy; po za kwitnącym żywopłotem widać wielkie pole zasianego zboża, które roztacza swoją zieleń, przetkaną czerwonemi i błękitnemi plamkami, aż do samego końca doliny, uwieńczonej wielkiemi drzewami i wysokiemi topolami lasu.
Przeszłam odważnie wąwóz po kładce i stanęłam na progu chałupy, której drzwi były otwarte.
— Cofnęłam się przerażona i jakby uderzona w samo serce. Zapewne byłam blada i miałam łzy w oczach; doznałam bolesnego wstrząśnienia, które sprawiło rodzaj małego we mnie przewrotu. Miałam duszę pełną poezyi, nozdrza pełne woni, oczy przepełnione romantyzmem; a tutaj, ten straszny widok! Czy możliwe, żeby wobec wszystkich darów Boga, czarów przyrody, wszystkich pieszczot nieba i ziemi, gdy najnędzniejsza trawka jest tak świeża i piękna, czy możliwe, żeby istniała taka czarna nędza istoty ludzkiej, nędza, tak boleśnie odrażająca?
Przewrót odbywał się we mnie, ale jeszcze się nie dokonał; wahałam się wejść. To był ostatni wysiłek złego. Skręciłam mu kark, upoiłam się znowu bohaterstwem i wbiegłam do domu, nie myśląc już o tem, co mnie tam czeka. Brrr!... Ten, który wszystko wie, wiedział, że wszystko wynagrodziłam i odpokutowałam w tej chwili — dwadzieścia trzy lat poświęconych miłemu i monotonnemu życiu w samolubstwie.
Mieszkanie składało się z dwóch pokoików, w pierwszym było kilka kartofli, koza i fotel, w którym brudna deska zastępowała siedzenie kilka ławeczek drewnianych; parę poszczerbionych talerzy, kociołek i rondelek, dopełniały umeblowania. W oknach nie było szyb, a we drzwiach zawiasów.
Weszłam do drugiej izby. Tutaj sypiała matka z ośmiorgiem dzieci i tutaj właśnie o mało nie umarłam ze smutku i zaduchu.
Argentyny nie było; uprawiała ogródek za domkiem. Dzieci wszystkie tu się znajdowały, bose, w czarnych łachmanach, które opisać się nie dadzą. Dwoje, od trzech do sześciu lat, stało w dużej kołysce bez biegunów, postawionej na dwóch stołkach. Jedno miało na sobie strzępy koszuli, drugie, całkiem było nagie; i widzę je jeszcze, z jednym palcem w ustach, z twarzą czarną, zalepioną plastrami błota, z dużemi oczami wpatrzonemi we mnie z rozczulającem ździwieniem. Widocznie był to poeta w rodzinie i olśniewałam go, jak zjawisko nieziemskie.
Najstarsza córka, mająca lat jedenaście, jedyna, której włosy nie były najeżone, jak głowa wilka, czesała swoją siostrzyczkę z przerażającym skutkiem. Inna dziewczynka, ubrana jedynie w spodnicę, po której deptała, kołysała w ramionach krzycząca dziecko; dwóch małych chłopców, jeden w długiej kamizelce, drugi w resztkach spodeniek, drapało się zawzięcie, a ostatni, widocznie najbystrzejszy, wybiegł na podwórze, wołając:
— Mamo, mamo. Jakaś kobieta!
Rozsądek tego chłopaka, jak to często się zdarza, źle został wynagrodzony. Argentyna, znajdując nazwę kobieta niezbyt stosowną, wymierzyła dziecku policzek, co wywołało płacz tak rzewny u dziewczynki, noszącej dziecko, że upuściła je na słomę, którą cała izba była wyścielona. Nie było tu innych mebli, tylko deski, leżące na tej słomie, służącej za posłania i szafa otwarta, w której spoczywały skarby rodzinne: chustka i parasol, z którymi już zrobiłam znajomość.
I to od tej gromady nędzarzy wymagałam stu franków rocznie! Ta myśl wprawiała mnie w upokarzający smutek i gniew, którego wyrazić nie umiem. Zapominałam o wszystkiem, na co się tu narażałam...
Błysk przezorności, pomimo mego bohaterstwa, oświecił mnie; wyszłam i usiadłam nad brzegiem wąwozu. Gromada małych dzikusów mnie otoczyła. Argentyna, która nie była głupia, kazała mi trzymać się zdaleka. Jednej tylko dziewczynce, która miała piękne, wyczesane włosy, pozwoliłam się zbliżyć i dałam jej torebkę cukierków, które przyniosłam. Radość tych brudasów serce mi rozczuliła, Długo rozmawiałam z Argentyną.
Przygnębiona czarną nędzą, poddawała się swojej niedoli bez walki. Była dobra, uczciwa i dobrze rozumowała w ciasnym zakresie swoich wiadomości. Był to prawdziwy typ wieśniaczki z okolic Boulogne; podobała mi się, a ja jej również, jak się łatwo domyśleć.
W dwa tygodnie później „domek nędzy“ godny był już swego strumyka, niezapominajek i gołębi. Był wybielony, ponaprawiany, opatrzony. Matka i dzieci były kilkakrotnie poddane radykalnej kąpieli.
Podobno, jak mi mówiła Margot, która sama jedna miała odwagę zabrać się do tych porządków, ta kąpiel była uważana za przerażający fenomen przez całą gromadę. Łachmany, słoma, wszystko co było w domu, zostało spalone, cała gromada przyodziana na nowo, włosy ostrzyżone, z wyjątkiem czystej dziewczynki. Nazywała się — mój Boże — Artemiza. Prawie raj jej ukazałam obiecując, że jeżeli dalej będzie dobra, zastąpi przy mnie Finetkę.
Obdarzyłam Argentynę krzesłami, talerzami, dzbankami i chustkami, które zaćmiły sławę starej zielonej, którą już znamy. Rozdałam przedewszystkiem mnóstwo grzebieni, z rozkazem używania ich jak najczęściej, pod grozą utraty mojej łaski.
Posłałam do szkoły wszystko, co mogło chodzić. Ale kazałam przysiądz Argentynie, że gdy się nauczą czytać, pisać i rachować, odbierze ich, grożąc moim gniewem, gdyby kazała im uczyć się chemii i historyi Babilońskiej.
Miałam około tuzina podobnych domków. Moja przechadzka poranna obudziła we mnie zamiłowanie do dobroczynności. Nuda nie ośmieliła się już ukazać swego bladego nosa, wtedy, gdy byłam zajęta praniem rodziny Chamousu. Zwiedzałam teraz inne moje posiadłości.
Nie odkryłam nigdzie takiej nędzy, lecz często niedostatek, czasem potrzebę ubrań, wieprza, a nawet krowy, nigdzie ochoty zapłacenia czynszu i całe gromady dzieci, które w milczeniu domagały się zabawek i cukierków.
Piłam wkrótce z czary, jak mówił Tonton, upajającej czary popularności. Byłam teraz ubóstwiana we wioskach otaczających Liembrune, gdzie dawniej mnie zgoła nieznano. Bardzo często wędrując po tej okolicy, spotykałam wszędzie uśmiechy, owe spojrzenia pełne jawnej wdzięczności, w których wieśniacy celują; dzieci biegły za mną, ponieważ je pieściłam i młode dziewczynki uszczęśliwione pocałunkiem, a wszędzie miałam parę łez do otarcia i wiele drobnych radości do rozdania.
Czy byłam szczęśliwa? Nie wiem. Byłam zmęczona, trochę opalona. Zdrowie moje było wyborne. Już się nie nudziłam i cierpliwie wegetowałam, zbierając drobne zadowolenia rodzinnego życia. Moje serce stawało się słodkie i czynne. Pobożność nie była moim udziałem, ale religia budziła się we mnie cichutko, w ślad za wrażliwością, za fizycznem zmęczeniem, poezyą pełną prostoty i mogę to powiedzieć, wraz z pragnieniem złagodzenia cierpień w około.
Miesiąc lipiec przeszedł w tym pieszczotliwym spokoju. Saper rósł w zachwytach nademną i rzecz zdumiewająca, serce jego tak się otwierało z radości, iż widzi mnie nareszcie godną być siostrzenicą swego pułkownika, że rozpoczął się zalecać do starej Margot, swojej równolatki... dojrzałej. Finetka dawała do poznania, że wkrótce urzeczywistni skryte życzenia swego nieznajomego. Łatwo było się domyśleć, że Wincenty także zamyślał o kobiercu weselnym. Słowem, niech kto wytłumaczy, jeżeli może, ale faktem jest, że moje miłosierdzie dla nędzarzy z Boulonnais roztaczało w około mnie atmosferą miłości.
Co do mnie, ta atmosfera czuć mi się nie dawała, mogę przysiądz.
Na początku sierpnia pan Desosteux pokazał się w Liembrune z dzikim wyrazem twarzy i grubą teką, którą rozłożył ruchem groźnym. Przytaczani rozmowę tak, jak się odbyła, jeżeli kto znajdzie, że jest za długa, może jej nie czytać.
— Czy wiesz, kochane dziecko — „kochane dziecko“ u tego zacnego jurysty miało to samo znaczenie, co tu francuskie w ustach mojej teściowej — zapowiadało zawsze coś ważnego — czy wiesz, ile wydałaś przez miesiąc?
— Niedokładnie; wiem, że mam 32.000 franków, z których trzeba odliczyć 6000 franków przeznaczonych na pensye dożywotnie. Widzi pan, że zapamiętałam ten wyraz „dożywotnie“, który pana zachwyca. — Mam do pana zaufanie i pozwalam panu obliczyć ile to będzie, jeżeli 26 podzielimy przez 12.
— To czyni...
— Eh! powtarzam, że polegam w tem na panu. Wiem, że pan zdobywał wszystkie nagrody w szkole za arytmetykę. Mój wuj mi to mówił.
— Ileż zdaje się pani, że wydajesz miesięcznie?
— Pan wie, to rzecz powszechnie znana, że nie umiem prowadzić książek rachunkowych i że pan je za mnie prowadzi. Ucałuję pana nawet na św. Nigdy, żeby panu zapłacić za jego trudy, chociaż znajduję, że byłaby to lichwa... Lecz jestem istotą wspaniałomyślną.
Mruczał coś do siebie z cicha.
— To wiem także, że robię oszczędności. Nie potrzebuję płacić za mieszkanie, jestem opalana, karmiona dziczyzną przez Wincentego, drobiem przez Margot, królikami przez młodego Wincentego. Prawie wszystkie moje suknie każę robić Finetce, a kapelusze Peretce i nigdy nie biorę nowych rękawiczek, idąc odwiedzać biednych ludzi, aby ich nie upokarzać.
— I z temi wszystkiemi oszczędnościami, czy wie pani, ile wydałaś w tym miesiącu lipcu, mając do dyspozycyi 2156 fr. 66 centymów na miesiąc?
— Nie wiem; niech mi pan to powie. Jeszcze o tem nie pomyślałam. Rzeczywiście, jestem bardzo zadowolona, że będę wiedziała; 66 centymów! a to ciekawe!
Uśmiechnął się z goryczą.
— Wydałaś ośm tysięcy franków! 8000 franków! pani! 8000 franków! I dała pani pokwitowanie za dziesięć mieszkań po sto franków: to znaczy: tysiąc franków dochodu mniej! Pozostaje 25.000. Pomnóż pani 12 przez 8 ile to czyni?
— Ach, to wiem, 96.
— A zatem, jakże pani zapłaci 96, mając wszystkiego 25?
— Na pierwszy rzut oka wydaje się to obliczeniem, które przechodzi moje zdolności.
— Na pierwszy rzut oka, moja pani! a na drugi, na trzeci, na wszystkie?
Był rzeczywiście rozgniewany i obawiałam się, że wybuchnę śmiechem. Kochał mnie tak szczerze! Fakt jest, że miał słuszność; to bardzo trudno zapłacić 96.000 franków, mając 25.000. I nagle rozjaśniło mi się w umyśle.
— Zapominasz o nadziejach, kochany panie Desosteux, o nadziejach, stary mój przyjacielu, o 70 lasach, z których każdy ma mi przynieść 500.000 franków.
Zamknął swoją tekę ze złością.
— Nie będę miał siły patrzeć na to staczanie się w przepaść długów. zawołał. — Wpadał w sposób mówienia Tontona w chwilach uniesienia.
Biedne jego pomarszczone ręce drżały, a zaczerwienione i pełne serdecznej troski oczy, mrugały, jak gdyby z trudem łzy powstrzymując.
— Niechaj pan tu na mnie poczeka — rzekłam.
Wróciłam ze szkatułką.
— Oto niektóre z moich klejnotów, które nie mają wartości artystycznej i nie wiążą się z żadnemi wspomnieniami rodzinnemi. Jest ich tutaj, wiem na pewne, na przeszło 60.000 franków. Pański pierwszy dependent jest uczciwym, zdolnym człowiekiem i wcale nie głupim; ma zapewne ochotę odbyć podróż do Paryża, powinien mieć ochotę. Proszę go tam wysłać z tą szkatułką. Dam mu adres dwu uczciwych jubilerów Francuzów, których znam. Obiecuję panu, że skoro tych 60.000 franków zostanie pożartych przez nędzarzy z Boulonnais, położę tamę mojej rozrzutności.
Tym razem nie wytrzymał, dał folgę łzawemu rozczuleniu, porwał mnie za ręce okrył je pocałunkami, szepcząc:
— Zasługujesz pani, żeby być szczęśliwą. Czemuż zacny mój przyjaciel nie może wrócić z tamtego świata, by panią widzieć w tej chwili!
Nie byłam już złośliwym kamieniem, jak dawniej, to też serdecznie uścisnęłam mu ręce.
A— leż, kochany panie, nie mam żadnej zasługi. Daleko wolę uśmiechy setek dzieci, które mnie witają czułemi spojrzeniami i wesołem dzień dobry, niż te perły, które mi się wydają wyszłe z mody, niż te głupie kawały złota i te szmaragdy, które mnie zawsze raziły swoją brzydką wielkością.
Pożegnawszy mnie, pan Desosteux, który był starym kawalerem, pobiegł otworzyć swój testament i umieścił mnie w nim w kodycylu.
Jestem pewna, że wszyscy się dziwią, iż nie spotkałam nigdy pana de Roselle. Wszyscy są przekonani, że to jego właśnie muszę poślubić i że mamy się spotkać przy łożu jakiego starego łotra, którego będę poić ziółkami, podczas gdy on będzie go nawracał.
Ja także temu się dziwiłam. Faktem jest, że oboje bywaliśmy w tem samem towarzystwie. Moje posiadłości nie były zbyt oddalone od jego majątku, a u naszych wspólnych granic znajdowało się wiele biedaków, którzy byli na neutralnem terytoryum, jak się wyrażał Tonton w swoich wojennych opowiadaniach.
Mógłby mnie spotkać.... przypadkiem zresztą. A jednak nigdy go nie zobaczyłam.
Zdaje mi się, że mi to było nieprzyjemne. Jego pogarda była mi nieznośna i łatwo mi przyszło zrozumieć, że obawiając się mnie przedtem i uciekając przedemną, doszedł do tego, że stałam mu się obojętna.
Gdybym była miała swoją dawniejszą śmiałość, byłabym o niego się dowiadywała. Ale zrobiłam się teraz bardzo niewinną młodą wdówką, pełną skromności po za obrębem chałup i dzieciaków, wobec których grałam rolę poważnej matrony.
Chociaż upoważniłam moje dwie pokojówki do rozmawiania, gdy mi usługiwały przy stole, aby mieć lepszy apetyt, zwyczaj milczenia o panu de Roselle tak się zakorzenił, że mówiły o całej okolicy, nie wymieniając ani razu jego nazwiska.
Jednak, dnia pewnego w początkach sierpnia Finetka nie wytrzymała.
— Zdaje się przecież — rzekła — spozierając na mnie z pod oka — że pan de Roselle nie umrze z tego. Jest mu nawet lepiej i wychodzi już od kilku dni.
Nie widywałam nikogo. Z nikim nie rozmawiałam. Nie pisałam listów. Zostawiłam bez odpowiedzi ostatni list pani Castelnau. Minął już miesiąc, jak pisała do mnie. Byłam zajęta jedynie strzyżeniem głów dziecinnych i bieleniem chat.
— Nic nie wiedziałam o jego chorobie — rzekłam zimno. — Nie masz potrzeby patrzeć na mnie z pod oka, Finetko, nie życzę wcale śmierci panu de Roselle. I cóż mu było?
— To nie dlatego, żeby pani dokuczyć — rzekła mała łotrzyca, byłabym jej z chęcią wymierzyła policzek, jak za dawnych czasów, — tylko, żeby panią uprzedzić, by pani uważała. W okolicy panuje straszna ospa i odra i ciągnie w te strony: sześcioro dzieci, trzech mężczyzn i pięć młodych dziewcząt umarło w ostatnim tygodniu w jednej wsi. Wszyscy się boją i kto może ucieka. Pan de Roselle tak pilnie chodził koło chorych, że sam się rozchorował temu miesiąc. Teraz już wychodzi z pokoju, ale mówią, że to za wcześnie, że może znowu zapaść i tym razem już się nie wywinie. Pani może lepiej by zrobiła, żeby w domu siedziała, bo to bardzo nieprzyjemnie umierać, ale stać się brzydką z dziobami po całej twarzy jak rzeszoto, to jeszcze gorzej.
— Nie mam co robić z mojem życiem i urodą, moje dziecko — rzekłam z ponurą filozofią. A więc, gdybym dostała ospy, uciekłybyście odemnie?
— Ja — rzekła Peretka bez zastanowienia — nie chciałabym uciekać, a zresztą. Wincenty nigdyby tego nie przebaczył. Bedzie mnie kochał choćbym była brzydka, jak straszydło, ale nie kochałby, gdybym panią opuściła.
Finetka także protestowała, trochę słabiej, widocznie nie była pewna gustu swego narzeczonego co do rzeszota.
— Trzeba więc przedsięwziąć ostrożności. Pojmujecie to, moje dzieci, że gdybym przestała odwiedzać ludzi dlatego, że są chorzy, obawa, o której mi mówicie, jeszcze więcej by się spotęgowała i nikt ich nie chciałby doglądać. Oto co zrobicie, gdybym zachorowała: Wincenty pojedzie natychmiast do Boulogne po siostrę miłosierdzia, która będzie mnie doglądać razem z Margot. Peretka zostanie w saloniku poprzedzającym mój pokój a ty, Finetko, będziesz w dalszym pokoju, po za salonikiem, w ten sposób niebezpieczeństwo będzie dla was mniejsze; do mego pokoju nie będzie się wpuszczać nikogo oprócz doktora.
Pomyślałam o wuju i o tym księdzu, który mi obiecał, że spotkam się z jego kochaną duszą i dodałam:
— I oprócz księdza proboszcza.
Pytam się ciągle: Bywają więc przeczucia?
Zabrałam się do pisania mego testamentu i znalazłam w tem zadowolenie. Jest to przyjemność, którą polecam ludziom mającym wiele czasu do stracenia, samotnym, lub znudzonym.
Zapisałam turecki pałasz don Luizowi, zadziwiającą fajke Edwardowi, mnóstwo różnych rzeczy różnym ludziom, wszystkie klejnoty mojej kochanej matce, wszystką broń wuja panu d’Hauraucourt, bibliotekę panu Castelnau, srebro Albertynie wraz z zamkiem Désert.
Resztę moich ziemskich posiadłości... panu de Roselle. Oto jest! Uciekam, ukrywając twarz zarumieniona.


IV.
Staję się bohaterką.

Nadszedł dzień św. Klary; było to imię kochanej matki i dobrze się do niej stosowało.
Byłam tak oddzielona od reszty świata, tak oddana niwom wiejskim, kwiatom, czarnym wieśniakom i brudnym dzieciakom, że oddawna już do niej nie pisałam. Kochałam ją zawsze jednakowo i z okazyi imienin napisałam jej tysiące dziecinnych serdeczności, zaznaczając moją radość, że ujrzę ją wkrótce w Hervelinghem.
Byla to znowu niedziela, widocznie, niedziela coś do mnie cierpi. Co za rozkoszny upał! Pisałam na balkonie, od promieni słońca chroniły mnie gałęzie olbrzymiej fuksyi, prawdziwe cudo, obsypane tysiącem białych i czerwonych dzwoneczków. Słońce się zniżało, zasnuwając złotym pyłkiem kopce świeżo zżętego żyta, porozrzucane na dolinie, które sztywne i poważne spoglądały z pogardą na szare zagony dojrzewającego owsa.Dzwon kości elny oznajmiał koniec nieszporów... Zaczynam nabierać wprawy w nabożeństwach.
Kilka par ludzi przechodziło drogą w głębi doliny, wiodącą do lasu. Przypuszczam, że Peretka ze swoim narzeczonym i ojcem Wincentym należy do tego towarzystwa. Finetka zapewne poszła na spotkanie swojej Tajemnicy. Myślę, że zapewne saper i Margot, z powagą kloców drzewa, rozmawiają o swoich zapowiedziach. Mają oboje razem sto dziesięć lat. Miłość jest silniejsza od śmierci.
Miałam już zakończyć list. Saper się ukazuje. Ma minę grobową. Znam to oblicze: ten wrażliwy wojak przybiera zawsze taki wyraz, gdy ma spełnić bolesną misyę. Wolałby umrzeć niż ją spełnić, a przecież spełnia.
— Pani, to Artemiza, córka Argentyny.
— Rzeczywiście, już więcej niż dziesięć dni jak nie miałam o nich żadnych wiadomości. Cóż się stało?
Wahał się; powstałam z miejsca, uczynił ruch jakgdyby chciał mi drogę zagrodzić.
Stanowczo bywają przeczucia.
Poszłam. Mała była w przedpokoju. Była teraz czyściutka i zakochana we mnie. Dałam jej znak, żeby się zbliżyła chcąc ją pocałować. Zaczerwieniła się, nie poruszyła się z miejsca i wybuchnęła płaczem. Wzięłam ją za ręce, pomimo oporu.
— Bo nie chciałabym, żeby pani dostała zarazy.... — szepnęła biedaczka.
— Powiedz pani wszystko! — zawołała Margot, która z nią przyszła — tak będzie najlepiej.
— Już ośm dni, jak choroba wybuchnęła....
Biedna mała musiała się zatrzymać, bo tak bardzo szlochała. Wzięłam ją na kolana. Tak, ja ją wzięłam na kolana!
— Mama nie chciała, żeby pani o tem donosiła, bo mówiła: Pani przyjdzie i może sama zachorować.
— Ależ co takiego?
— Ospa, pani! troje małych już umarło.
Wydałam okrzyk i szybko powstałam. Margot chciała mnie zatrzymać. Oparłam się. Ucałowałam dziewczynkę, jakby przez nią chcąc pocieszyć matkę i dzieci.
— Inni także chorzy. Tylko ja i Wiktor jeszcze nie.
Powiedziała to z właściwą wieśniakom rezygnacya, która mnie się anielską wydała.
— Mama zapadła dziś rano. Wszyscy się boją; nikt nie chce wejść do domu, tylko ksiądz proboszcz i doktor. Ale ja nie wiem co robić i Wiktor także. Wtedy, skoro mama nie ma już przytomności, żeby nam przeszkodzić, a ksiądz proboszcz, który także chciał nam zabronić, poszedł, namyśliłam się z Wiktorem, że pójdę pani powiedzieć. Mama zawsze mówi, że pani jest dla nas boską Opatrznością.
— Pani tam nie pójdzie — zawołała Margot — chyba po to, żeby złapać śmierć i dzioby po całej twarzy!
Brrr! dzioby! Trzeba mi darować, lecz moje bohaterstwo mocno się zachwiało, a wyraz dawnego egoizmu odbił się na mojej twarzy. Stawała się to żółtą, to zieloną, to czerwoną jestem pewna, że przechodziłam te wszystkie barwy. „Umrzeć, to nic, to nasze przeznaczenie“ — czytałam w jakiejś książce. Ale dzioby! I dlaczego, dla kogo? dla ludzi, których znam zaledwie, których już obdarzyłam do syta i którzy nadużywali mojej dobroci, grożąc mi teraz oszpeceniem!
Poczciwy, słodki i wygodny egoizm, który wypielęgnowałam przez dwadzieścia trzy lata, przytaczał mi mnóstwo argumentów, cudownie wymownych.
Walka była ciężka. Nie miałam żadnego słusznego argumentu na przeciwstawienie tym, które mi wskazywały niebezpieczeństwo i kazały go unikać, ale czułam, że jest to chwila stanowcza, węzeł gordyjski mego życia. Jeżeli się cofnę, jestem na zawsze stracona. Czułam, że stanę się nikczemną, jeżeli nie pochwycę tej sposobności zerwania raz na zawsze ze starym moim wrogiem, samolubstwem.
— Zaprzęgać! — rzekłam do sapera, który z surowem współczuciem przypatrywał się wyrazowi mojej twarzy.
— Ja pojadę, proszę pani — — zawołała Margot — moja stara skóra niema czego się obawiać, ale pani, taka delikatna, że możnaby powiedzieć, że się widzi niebo przez skórkę pani....
Była we mnie żywość wrażeń, która zawsze we wszystkiem mnie ratowała. Wybuchnęłam śmiechem. Myśl, że Margot obdarzała mnie krwią barwy błękitnej, była tak śmieszna, że oprzeć się nie mogłam.
— Obiecuję ci, że będę dbać o moją cerę. Daj mi duży kapelusz ogrodowy. Zapytaj sapera, który tu stoi patrząc na mnie z bezmyślnością latarni ulicznej, czy nie było by to hasłem do ogólnego popłochu. Czyż to nie wstyd! cała wieś ucieka przed biednymi chorymi ludźmi, jak gdyby i tak już nie byli dość nieszczęśliwi! Ci nikczemni pozwalają umierać swoim znajomym bez opieki i pociechy!
Dziewczynka pożerała mnie oczami; stała z otwartemi usty, ze złożonemi rękami, połykając każde moje słowo. Można by myśleć, że od mojej decyzyi zależy zbawienie całego świata, w szczególności jej matki i braci.
Gdy zobaczyła, żem się zdecydowała, wydała niewyraźny okrzyk i kilka słów ledwie dosłyszalnych, z pomiędzy których zdawało mi się, że odróżniam: Jezus, Marya!
— Pani wicehrabina ma słuszność — wyrzekł surowy saper, — byłoby to podłością niegodną pułkownika.
W pół godziny później wysiadaliśmy w niejakiej odległości od małej zagrody. Powóz nie mógł dojechać do samego domku.
Dziewczynka, która nie wyrzekła ani jednego słowa z ust zaciśniętych, ściskała moją rękę. Nie śmiała sama jedna wejść do domu. Obawiała się nowych nieszczęść, od których moja obecność miała ją uchronić.
Nic się nie zmieniło w tej miejscowości, która dotychczas była mi tak miłą i pełną wdzięku. Brzegi wąwozu zawsze były usiane kwiatami, trawa więcej zielona, niż kiedykolwiek, strumyk płynął ze szmerem, a pszczoły brzęczały wokoło lilii wodnej. A przecież, po raz pierwszy uczułam, że ta zagroda miała w sobie coś groźnie ponurego.
Słońce schodzące coraz niżej, kładło na trawą zarośniętej płaszczyźnie cienie wysokich drzew, otaczających strumyk. Rysowały one na ziemi potworne obrazy, pokręcone jak instrumenty tortury, jak pokurczone i wykrzywione trupy ludzkie. Owady brzęczały w zapamiętały sposób, a ptaki sprzeczały się o swoje mieszkania pod liśćmi z zapalczywością mowców klubów anarchistycznych. Zdawało mi się, że nawet potulny strumyczek skarżył się swoim szmerem i biegnąc wśród wysokich traw, groźnych jak miecze, wyśpiewywał melodyę złożoną z łkań powściąganych.
Rzeczywiście były tam płacze i szlochania. Dziewczynka puściła moją rękę i pobiegła wołając:
— To Wiktor!
Biedny chłopczyna, pozostawiony sam jeden w tym zapowietrzonym domu z pamięcią jeszcze świeżą o śmierci swoich braciszków, przerażony chorobą innych, przestraszony przede wszystkiem bredzeniem gorączkowem tej matki rozsądnej i szanowanej, biedny chłopczyna stracił głowę. Czynił co mógł, aby opanować swój strach, odpowiadając na bezładne słowa matki, powstrzymując braci, którzy w gorączce rzucali się z łóżek na ziemię. Lecz strach wziął górę i mały wybiegł z domu, nie śmiąc jednakże zanadto się oddalać.
Chłopak siedział teraz na progu i płakał jak mógł najciszej, starając się w swojej delikatności dziecinnej „nie robić zmartwienia matce, która i tak już miała dosyć“. Tak opowiadał potem swojej dużej siostrze, która miała jedenaście lat; on sam miał lat ośm.
Gdy mnie zobaczył, zaczynałam brać nagrodę za moje bohaterstwo. Już nie będę wyliczać faktów tego bohaterstwa, tylko je zaznaczę. Niechaj mi tego nikt za złe nie bierze. To była wtedy jedyna moja nagroda. Zresztą, jestem z rzędu tych ładnych kobiet, które lubią się chwalić i zanim wejdę w pokorę, obowiązkową niestety, pragnę olśnić po raz ostatni.
Natychmiast więc, jak mały chłopak mnie zobaczył, zaczął uśmiechać się radośnie przez łzy, które wnet potem oschły. Oczy jego zabłysły, jak gdyby zobaczył czarodziejkę, panią życia i śmierci. Odczuł, że cała rodzina będzie uratowana z chwilą, gdym się pojawiła. Chłopczyna wyciągnął do mnie ręce, a potem, ze wzruszającym wdziękiem podał mi twarz swoją do pocałowania.
Biedny malec! Od dni dziesięciu nie miał czasu nawet pomyśleć o umywaniu się. A jednak ucałowałam go. Jestem pewna, że będzie mi to policzone tam, gdzie zapisują piękne czyny.
Weszłam. Oboje ukrywali się po za mną. Czego się obawiali? Mieli niejasną obawę śmierci, która była tam, groźna i z którą ja tylko sama mogłam stanąć oko w oko. Z początku, przybrałam odważną minę, lecz serce moje drżało.
U samego wejścia odczułam, że jestem całkowicie pokonana i łzy mi napłynęły do oczu; otarłam je ukradkiem, żeby nie wywołać łkania u tych, co we mnie ufność pokładali. Trzy kołyski, gdzie sypiało trzech zmarłych chłopczyków, były ustawione rzędem w głębi; szarfa z czarnej krepy spływała z daszku sitowianego każdej z nich, a mały różaniec leżał na środku każdego materacyka. Był to znak nadziei spotkania się w niebie, który matka według tamecznego zwyczaju tam ułożyła, zanim sama zachorowała. Obok różańców, wonne bukiety z liści dzikiej mięty, przypominające radość szczęśliwych dni, gdy dzieci żyły. Wszystko to mnie wstrząsnęło; wzięłam oboje dzieci za ręce i ruchem gorączkowym weszłam sama z niemi do pokoju.
Nie śniło mi się nigdy coś równie bolesnego. Ściśnienie serca było u mnie tak wielkie, że nie miałam już siły łez ukrywać po moich policzkach płynęły strumienie.
Na jednem z łóżek spała mała dziewczynka: ciężki sen ją zmorzył po długich narzekaniach na głód. Dwóch chłopczyków miało spać na drugiem łóżku, lecz jeden z nich zsunął się na ziemię w porywach gorączki; leżał całkiem nagi, a czerwony jak upior. Drugi różowy, to znaczy, o ile mogłam zrozumieć, rekonwalescent, leżał na łóżku w koszulce wiszącej w strzępach, wpatrując się we mnie ogłupiałemi oczami, które nic nie widziały.
Miałam odwagę — Panie Boże, racz mi to zapisać, gdyż będę potrzebowała całej Twojej łaski — wziąć małego czerwonego i z pomocą towarzyszących mi dwojga dzieci, bo bardzo się wyrywał, ułożyłam go na łóżku.
W głębi izby, matka także cała czerwona bredziła urywanemi słowami, pomiędzy któremi wracało nieustannie moje nazwisko wraz z imionami trojga zmarłych dzieci. Całą troską tego zacnego serca było, żebym nie dowiedziała się o tym wypadku, gdyż „pani umarłaby, żeby przyszła do nas, a jednak tylko pani mogła ich uratować“.
Oto wyrazy, które zdołałam zrozumieć.
Pojmowałam wybornie, że byłam już nietylko zagrożona, lecz osądzona i skazana. Niemiły dreszcz, trzeba mi to wybaczyć, nie trwał długo. Byłam przede wszystkiem wzruszona dobrocią tego wdzięcznego serca. A zresztą, nie na tem był jeszcze koniec mojej próby.
Obok łóżka Argentyny, w kołysce, leżała trzyletnia dziewczynka, nieruchoma, sina, z zamkniętemi oczami. Dotknęłam jej, była zimna.
Tym razem przeraziłam się na prawdę i umknęłam z pokoju, a za mną oboje dzieci, które rozpaczliwym wzrokiem śledziły każdy mój ruch, a teraz wybiegły za mną krzycząc, same nie wiedziały dla czego...
Zanim, doszłam do drzwi tego strasznego pokoju, ujrzałam przed sobą, że się tak wyrażę, uosobienie bezpieczeństwa. To, co mówię, może nie jest całkowicie zrozumiałe.
Osoba, która wchodziła, była uspokajająca. Odgadywało się, że jest jednocześnie spokojna i czynna, stanowcza i dobra, panująca nad sobą i nad wypadkami.
Była to kobieta silna, mogąca mieć około pięćdziesięciu lat, na pół wieśniaczka, a na pół mieszczka, wyglądająca na gospodynię jakiegoś starego mieszczanina, zamieszkałego na wsi; połyskująca czystością, okrągła i czerwona na twarzy, z szaremi oczami łagodnie przenikliwemu, bacznemi i pełnemi życzliwości. Miała ostre ruchy; rzuciła na mnie tylko jedno spojrzenie, ale wydało mi się, że mnie przeniknęła do głębi. Rzuciła także bacznem okiem dokoła. Zdawało się, że tem jednem spojrzeniem wszystko zrozumiała i przeniknęła, wice-hrabinę d’Hervelinghem z jej lekkomyślnością, bohaterską duszą i dumnem sercem, Argentynę, sześcioro dzieci i sytuacyę domową.
Zdjęła z głowy rodzaj kapelusza całkiem nowego, ale którego moda była starsza odemnie. Widocznie miała zamiar osiedlić się w tym domu. Włożyła do szafy dość duży worek podróżny, który miała z sobą.
Zbliżyła się do kołyski, w której leżała dziewczynka, dotknęła jej i potrząsnęła głową.
— Idźcie dzieci — rzekła głosem łagodnym a stanowczym — przynieście mi garść słomy.
Gdy dzieci wyszły, powiedziała mi, wskazując na małą:
— Szkoda, była bardzo ładniutka.
Pochwyciła żywo słomę przyniesioną przez dzieci, przedzieliła ją na dwie części, zrobiła z niej szybko krzyż i poszła go powiesić na drzwiach zewnętrznych. Jest to znak tradycyjny, oznajmiający, że w domu jest umarły i każdy może wejść, aby się pomodlić i pocieszyć pozostałych przy życiu.
— Ksiądz proboszcz z Liembrune pewnie tu był, nieprawdaż, mała? Jak się nazywasz?
— Artemiza. Ksiądz był i powiedział, że jeszcze przyjdzie.
— Dobrze, a doktor?
— Także był i napisał coś na kawałku papieru, oto ten.
Wzięła papier, przeczytała i biorąc chłopczyka za uszko przyjaznym ruchem, rzekła:
— Pójdziesz do miasteczka, do apteki. Powiesz tam, żeby ci to natychmiast wydali i że pan de Roselle zapłaci.
Pan de Roselle! Czy nie poruszyło się tam coś w mojem sercu kamiennem?
— Pani — rzekłam — jest tutaj mój powóz. Będzie tam prędzej, niż ten mały.
— Lepiej dla niego, że się trochę przebiega i że tu nie zostanie. To biedne kurczątko... W jego wieku można oszaleć widząc to wszystko. Ty dziewczynko, jesteś silna, masz dobre serduszko, a główkę pewnie rozsądną. Zresztą niema tu tak wiele do roboty, tylko trzeba być czujną, przezorną, a staranną około chorych.
Słuchałam cierpliwie, prawie w osłupieniu. Byłam jak znieczulona.
— Słuchaj mała, musicie mieć jakie koszulki, żeby przebrać swoją siostrzyczkę?
— Tak, pani, bielizny dużo pani przysłała.
Podczas kiedy szukano koszulki, żwawa kobieta porwała szczotkę i dając mi z szacunkiem znak, bym wyszła, zaczęła zamiatać zapamiętale izbę.
Wkrótce wyszła do mnie przed dom, gdzie siedziałam zadumana, oszołomiona ruchliwością tej dziwnej infirmierki.
— Dziś rano dopiero, wychodząc z sumy pan Karol — przypuszczała, że wiem, kto jest ten pan Karol — dowiedział się o nieszczęściu tych biednych Chamousu i o tem, że już w kilku domach chorują we wsi pani. Epidemia nas opuściła, żeby się tu przenieść. Straciliśmy piętnaście osób w przeciągu dwóch miesięcy, a pan Karol tak się namęczył, chociaż zaledwie sam podnosi się z choroby. O mało nie umarł, ale nie chce słuchać nikogo. Byłabym tu prędzej przyszła, bo przed trzydziestu laty znałam dobrze te okolicę. Byłam tu nawet z nieboszczykiem Bazylim, którego właśnie wówczas poślubiłam. Miał on tutaj krewnych. Mówiłam zawsze panu Karolowi, że trzeba tu przyjść, zobaczyć. Mój Bazyli umarł już więcej niż dwadzieścia lat temu, a z krewnymi jego nie wiem co się stało.
Mówiła z oszołamiającą szybkością, przerywając sobie co chwila, aby wejść do domu, zkąd znów słychać było jak napominała Argentynę i groziła malcom. że dostana bicie, gdyby ruszać się ośmielili.
Nie miałam już tutaj nie do roboty, pozostawiałam chorych w dobrych rękach. Pożegnałam więc tę kobietę. Nie byłabym się gniewała, żeby mi coś więcej powiedziała o panu Karolu. Nie dodała nic więcej. A ja, jak łatwo się domyśleć, nie pytałam.
Siła mego wrodzonego czaru osłabła nieco, przestała działać na panów i zwracała się ku demokracyi, gdzie czyniła cuda. Byłam, jak już wspominałam, nieprawdaż? ubóstwiana przez chłopów i ta wieśniaczka nie oparła się czarowi. Pożegnała mnie bardzo czule. Byłam z tego bardzo zadowolona. Rzeczywiście, to wielkie dzieciństwo z mojej strony, przyznawać się do tego. Ale przeczuwałam, że pan de Roselle, jeżeli mnie nie nienawidził, stracił gwałtowną sympatyę, którą czuł do mnie; byłam pewna, że moje wybryki, mój egoizm i to, co kochana matka nazywała, brakiem zasad, odjęły mi jego szacunek.
Poszłam odwiedzać innych „trędowatych“. Tak, zrobiłam to. Ta choroba przerażała wieśniaków, zazwyczaj tak czułych lub flegmatycznych wobec chorób. Kilku mieszezan z sąsiedztwa nagadało im, że trzeba przedsiębrać tysiące ostrożności, a pierwszą z pomiędzy nich było unikać zetknięcia. Ten wyraz nadał ospie straszliwe znaczenie i tem gorzej się jej bali.
Powiem natychmiast, bo później będę miała co innego do roboty, że skutek, którego sobie życzyłam, nastąpił. Skoro ujrzano „królowę okolicy“ śmiejącą się i drwiącą sobie z „epidemii“, odwiedzającą chorych nie będąc do tego zmuszoną tak, jak ksiądz lub doktor, w trzy dni ludność się uspokoiła i chorzy mieli tak samo, jak w każdej innej chorobie, odwiedziny, pomoc i pociechę.
Wróciwszy późnym wieczorem, dodałam parę słów do listu pisanego do pani Castelnau: „Nie przyjeżdżaj matko do naszej okolicy, a przedewszystkiem, nie przyjeżdżaj mnie odwiedzić. Mój wuj lubił namiętnie małe zwierzątka. zwane „bakcylami“. Odziedziczyłam po nim to zamiłowanie. Spędzam moje życie pośród nich, wśród tych, które wnoszą ospę do wszystkich domów. Wyzywam je i przyswajam, karmię własnemi rękami, ale są bardzo złośliwe dla innych, a szczególnie dla ślicznych, kochanych i dobrych teściowych, które posiadają subtelność serca i czułą duszę. Nie śmiem nawet ucałować ciebie matko, za pośrednictwem tego papieru; później to sobie wynagrodzę“.
W następny wtorek doprowadziłam do szczytu zapał ogólny. Był pogrzeb małej dziewczynki z Ru du Coulomb. Zamówiłam dla niej Mszę anielską.
Lecz nie to wycisnęło łzy z oczu tych natek wiejskich.
Artemiza i Wiktor stali przy trumience siostry, onieśmieleni swoim strojem żałobnym. Płakali, przypominając sobie, że to już piąta trumna z ich domu wychodzi matka i troje dzieci jeszcze było w niebezpieczeństwie. Przypuszczam, że właśnie to wszystko „otwarło fontannę łez“. Gdy w grubej żałobie, wzięłam oboje dzieci za ręce i poszłam za tą trumienką, prawdziwy wybuch łkań dał się słyszeć.
Przyłączyłam i moje łzy, chociaż się powstrzymywałam. Byłam bezsilna, zmęczona. Nie chciałam się skarżyć, lecz mój „naród“ z saperem na czele, który przywołał pana Desosteux do pomocy, zadręczał mnie, chcąc mnie zniewolić, żebym zaprzestała moich przechadzek po królestwie bakcylów.
Przed tymi, co to czytają, nie będę ukrywać, że miałam ciężką głowę. Natomiast, serce moje było tak lekkie, upojenie bohaterstwem tak słodkie, że nie chciałam przestać niem się odurzać. Może, gdybym wtedy zgodziła się na niektóre ostrożności.... Zresztą, istnieje Opatrzność, nieprawdaż?
Argentyna i oba chłopczyki wyzdrowieli. Chodziłam ciągle ich odwiedzać. Dozorczyni, która ich jeszcze nie opuściła, przypatrywała mi się z taką uwagą, że mnie to niepokoiło. Zdawało mi się, że badawczy jej wzrok dostrzeże, iż cierpię na ból głowy. Byłyśmy bardzo wzruszone. Ona nie przestawała mówić mi o swoim wychowanku, panu Karolu. Czy mówiłam, że była jego mamką?
Dziwiłam się, że nigdy go nie spotykam w mojej wiosce, pomimo, że był zapamiętały w odwiedzaniu chorych; czy mu chodziło o to, żeby mnie nie widzieć, czy wielka delikatność z jego strony kazała mu się wystrzegać tego rodzaju schadzek?
W piątek otrzymałam list od pani Castelnau:
„Jestem odporna na małe żyjątka, o których mówisz, drogie dziecko, a chociażbym się ich bała, jakże mogłabym się wahać odwiedzić ciebie, droga córko, którą kocham z całego serca, gdy ty nie wahasz się odwiedzać wieśniaków, którzy są tobie obojętni. „Wszyscy“ w około mnie kochają ciebie i podziwiają. Muszę osobiście zanieść ci te serdeczności.
„Jestem sama jedna w Hervelinghem od trzech dni. Jeżeli chcesz, przyjadę na przyszłą niedzielę na sumę do Liembrune, gdzie spotkasz się ze mną i pojadę do ciebie na obiad. Przedstawię ci pewnego nieznajomego, którego proszę, abyś uprzejmie przyjeła“.
To prawda, że mój ból głowy i osłabienie coraz bardziej się wzmagały, lecz jestem pewna, że nigdy nie byłam tak ładna, jak właśnie tej niedzieli. Kto to ten nieznajomy? Nie dla niego się przystroiłam, tylko dla siebie samej. Długo zachwycałam się sobą w zwierciadle. Zawsze te przeczucia! Zachowuję we wspomnieniu obraz tego oblicza bez zarzutu, które widziałam po raz ostatni.
Kochana matka czekała mnie na cmentarzu otaczającym kościół w Liembrune. Jakże pieszczotliwe było słońce, jakie nicho przejrzyste, jak świeżą i ładną była moja świekra, patrząca na mnie kochającym wzrokiem! Z jaką życzliwością witali mnie ci wszyscy ludzie! nawet cmentarz nie miał w sobie nic ponurego!
Ucałowała mnie z rodzajem namiętności, rzadko się zdarzającej u tej wielkiej damy, pełnej miary. Zrozumiałam, że chciała w ten sposób przebłagać mnie za niesprawiedliwe usunięcie się swego męża i zięciów od bohaterki, jaką byłam.
Nieznajomym, który ukazał się z po za jednego z grobowców, był pan de Roselle.
Nie był już tym samym co zawsze, rzeczywiście. Brzydka jego żółta cera zmieniła się w brunatną, z którą było mu bardzo do twarzy; spojrzenia jego, zawsze takie jasne i otwarte, nie miały już w sobie dawnej, drażniącej ironii; były słodkie i kochające. Dłuższe teraz wąsy, zakrywały usta, które dawniej często kurczyły się w sardonicznym uśmiechu, — ukazywały tylko końce zębów, których białość uwydatniała się przy opalonej cerze. Choroba, nie zacierając tej opalenizny, pozostawiła w tej twarzy pewną miękkość, którą wolałam od dawniejszego imponującego wyrazu.
Czy się zarumieniłam? A on? Wydało mi się, że w jego źrenicach dojrzałam owo drżenie, które jest objawem miłości. Wzrok jego nie pytał mnie już teraz od jak dawna na Mszy nie byłam. Mówił mi o szacunku i — zdawało mi się, że — o uwielbieniu, serdecznem uwielbieniu. Podałam mu rękę owym szczerym ruchem, który, jak utrzymywano dawniej, był czarowny i pociągający. On widział, że nie byłam już roztrzepaną, samolubną i płochą wdową, którą pogardzał i od której uciekał, chociaż ją kochał, a ja odgadywałam, że tym razem „składał broń przed moją urodą“. (Styl kochanego Tontona!)
Przekonałam się wtedy, żem go zawsze kochała, nienawidząc go, a przywoływałam często, chociaż uciekałam przed nim. Uważałam, że moja egzystencya do tej chwili była snem tylko, podróżą, w której cienie spotykałam i że w tym momencie zaczynało się życie rzeczywiste. Niestety! jakże to było późno! Miałam przynajmniej tę minutkę szczęścia.
Weszliśmy do kościoła i zajęliśmy nasze miejsca. Moja ukochana matka modliła się obok mnie i za mnie z podwójną i gorliwą pobożnością, której Bóg bezwątpienia nie mógł się oprzeć. Pan de Roselle, stojąc ze skrzyżowanemi ramionami i skupieniem na obliczu, modlił się z rodzajem poważnego zaniepokojenia, wpatrując się w krzyż nad ołtarzem. Zdawał mi się być uosobieniem męskiej pobożności, tak, jak moja matka była uosobieniem pobożności kobiecej.
Nie umiałam się modlić, ale miałam silną wolę połączyć moje myśli z myślami tych dwojga szlachetnych istot.
Co za dziwną mam wyobraźnię! Zapomniałam o wszystkiem, aby patrzeć na odblask czerwonego światła, który słońce rzucało przez jeden z witraży i umieściło na nosie małego człowieczka, zakrystyana! Ta czerwoność nosa przypominała arlekina.
Jest to ostatnia rzecz, którą sobie przypominam. Żegnajcie wszyscy! Niema już zaczarowanej Armidy! Czuję w mózgu uderzenie młota, które mi sprawia ból szalony, nie do zniesienia i padam na ziemię.


V.
Choroba.

Gdy odzyskałam nieco przytomności — ileż to godzin, ile dni minęło! — stało się to jedynie z powodu cierpień, których doznawałam, bolu głowy, straszliwego bolu, z którym, jestem pewna, nic się nie da porównać. Cała skóra mnie piekła, umierałam z pragnienia, a usta zdawały mi się zbliżone do rozżarzonych węgli. Dano mi czegoś się napić, sama niewiem co i zapadłam na nowo w senność, cierpiąc bez ustanku.
Skoro obudziłam się po raz drugi, straszliwe cierpienia zniknęły, ale zdawało mi się, że na całem mojem ciele pełzały ogniki, które nie tyle piekły, co drażniły. Byłam cała złamana i zbolała, jakby mnie bito przez cały tydzień.
Nie majaczyłam już i wracała mi zwolna przytomność. Poznawałam mój pokój, jak przez sen. Mało było w nim światła. A przecież miałam świadomość, że nie była to noc. Spostrzegłam trzy osoby u stóp mego łóżka. Wzrok mi się wzmacniał. Te trzy osoby wpatrywały się we mnie z natężoną uwagą, z uczuciem i politowaniem.
Była tam jedna postać nieznana, w czarnym welonie. Miałam dość rozgarnienia, żeby poznać w niej zakonnicę. Rysy jej poważne i bardzo spokojne mówiły, że widywała już inne cierpienia. Obok niej, nie mylę się, widziałam moją kochaną teściowę, z blademi rękami i wyszczuplałymi rysami, a słodkie jej oczy były pełne tak głębokiego i szczerego współczucia! Trzecią była moja stara Margot. Wyglądała wojowniczo, jakby pragnęła stanąć wobec choroby oko w oko i wyzwać ją do walki, aby ją zgnębić.
— Kochana mamo — szepnęłam.
Po raz pierwszy ten wyraz wybiegł na moje usta. Zawdzięczałam go dzieciom Argentyny. Stałam się taka dobra, że wspomnienie Argentyny, której przecież jedynie zawdzięczałam obecne cierpienia, słodkie mi było.
Teściowa, słysząc mój szept, pochyliła się, żeby mnie pocałować: zakonnica ją powstrzymała. Domyśliłam się, że miałam ospę. Wpadłam znowu w pół sen, po którym nastąpiła gorączka. Zaczynał się okres ropienia.
Przypominam sobie jeszcze, jak pierwszy raz oprzytomniałam podczas tej gorączki Zdawało mi się, że byłam przemieniona, że nie byłam istotą żyjącą, tylko jakąś rzeczą nabrzmiałą. Była noc i mój pokój był oświecony lampą. Padało z niej przyćmione światło przez różową jedwabną narzutkę, na osobę uśpioną na fotelu u stóp mego łóżka. Otworzyłam z trudem oczy. Trzeba mi było dość czasu, aby wzrok mój przedostał się przez pół przymknięte powieki. Udało mi się przecież poznać w tej śpiącej moją teściowę. Takie miała rysy zmienione, mizerne!
Moje ręce wydawały mi się tak ciężkie, że spojrzałam na nie. Zaledwie mogłam rozpoznać, że to są ręce ludzkie. Była to jakaś rzecz nabrzmiała, jak poduszka. Spróbowałam podnieść je do twarzy; była tak samo nabrzmiała, jak ręce. Zrozumiałam teraz, dla czego ledwie oczy mogłam otworzyć, nic prawie nie widząc. Moje powieki również były opuchłe i usta także, bo okrzyk rozpaczy, który wydalam przy tem odkryciu, nie mógł przejść przez nie. Czułam ciężar na piersiach, a w gardle, jakby ukłucia szpilkami.
Opanował mnie wreszcie pół sen, w którym pozostałam przez dni kilka.
Nie będę opowiadać wszystkich okropności, które później nastąpiły; tysiące strupów, które pokryły ładną moją twarz, nie były jeszcze najwstrętniejszą rzeczą. Miałam zawsze dla mego ciała wielkie poszanowanie, rodzaj kultu bez miary, pielęgnowałam je z zamiłowaniem, a chociaż w ostatnich czasach poświęciłam ten kult dla serca, owo ubóstwianie piękności nie ustało.
W chwili, gdy wróciłam do przytomności i ujrzałam szkaradę moich rąk, miałam tylko jedną myśl: zobaczyć twarz. Była to myśl uparta, która mnie prześladowała, która mię całą ogarnęła, która we mnie budziła upór ludzi szałem dotkniętych.
Leżałam senna, mówiąc nie wiele, widząc źle; umysł mój się mącił. Domyślałam się, że moje trzy dozorczynie czuwały nademną kolejno co nocy, Nie znałam zakonnicy, ale wiedziałam, że pani Castelnau miała sen lekki. Czekałam na kolej Margot, która mogła iść w zawody z Siedmiu Braćmi śpiącymi.
Ta kolej nadeszła na drugi dzień, w którym widziałam moją teściowę drzemiącą w fotelu. Było to, o ile mi się zdaje, w trzecim dniu okresu ropienia.
Skoro ujrzałam Margot wyciągniętą wygodnie w fotelu i głęboko uśpioną, wyszłam cichutko z łóżka. Dobrze uważałam, że pozakrywano zasłonami wszystkie zwierciadła w pokoju, że stawiano zawsze lampę na kominku i że tej nocy, dzięki szczęśliwemu trafowi, jedna strona zasłony zahaczyła się o zegar i pozostawiała część lustra odkrytą. W tę stronę skierowałam się cichym krokiem.
Niepadłam martwa. Ale jeszcze nie zapomniałam — czy kiedykolwiek zapomnę? — straszliwego potwora, którego tam ujrzałam. Żadne najokropniejsze opowiadania, żadna zmora, w której widzi się trędowatych, żaden opis najohydniejszych chorób nie pozwoliłby mi przypuszczać, że istota ludzka może dojść do tego stanu. Zbliżyłam lampę, żeby nie stracić ani jednego szczegółu tej okropności. Skończone więc moje życie! Jeżeli inni mogą nie wiedzieć o tej okropności, ja znam ją dobrze. Nie, nigdy nie zapomnę tego potwora, tych ropą ociekających policzków, tej ohydnej głowy pełnej pryszczów, tych ust grubych jak palce odarte ze skóry, tego nosa bezkształtnego, tego czoła zaczynającego pokrywać się łuską, tych powiek błękitnych, napuchniętych, a wśród tego ciała lepkiego od ropy małych mrugających oczu, z których spływają nie łzy, lecz krew!
Tak! skończyło się już wszystko dla Izabeli! Była odtąd skazana na życie w towarzystwie tego potwora. Rękę potwora wyciągnie teraz witając którą ze swoich znajomych; a jeżeliby kiedy się pokusiła oddać swoje serce, zawsze będzie pamiętać, że to jest serce tego potwora.
Wróciłam na łóżko i zaczęła się nowa gorączka, którą lekarze nazwali gorączką powrotną. Podobno, że opisywałam rozmaite rodzaje straszliwych potworów i przeklinałam całą ludzkość wogóle.
Podobno także zakonnica, która była bardzo zręczna i doświadczona, miała cierpliwość przekalać mi każdą krostę, żeby dzioby nie pozostały. Nie bardzo jasno sobie to przypominam. Rzeczywiście, zostały mi tylko dwa znaczki, które odegrały pewną rolę w mojem życiu.
Krosty znikły, łuski opadły, stałam się czerwona, jak stary rondel miedziany, potem różowa i nareszcie wróciła mi moja ładna cera.
Rekonwalescencya zaczęła się w połowie września. Zawsze słyszałam, że istota delikatna i subtelna powinna sobie życzyć od czasu do czasu jakiejś niebezpiecznej choroby, żeby rozkoszować się później powrotem do zdrowia. Ja tego nie użyłam: potwór mnie nie odstępował. Nie rozkoszowałam się także pięknością jesieni, którą dawniej nad wszystko przekładałam, tak samo jak przekładałam wdzięk mojej teściowej nad wszystkie wdzięki jej córek.
Tak, widziałam ciągle mego potwora! Był we mnie, nigdy się jawnie nie ukazywał, ale mnie nie opuszczał.
Cała okolica zjeżdżała się, aby mnie uczcić; kilku lepszych znajomych mnie wielbiło; biedna Argentyna do stóp mi się rzuciła, wydając okrzyki i błagając mnie o przebaczenie. Kilka dumnych parweniuszek z sąsiedniego miasteczka trzymało się na uboczu. Dawniej byłabym je wydrwiła. Pomyślałam o moim potworze i przebaczyłam im, że nie chcą się zbliżać do niego. Ta ohydna istota pokorną mnie czyniła.
Trudno mi było o nim zapomnieć. Dwie dziureczki, które uszły uwagi zakonnicy, otwierały się u samej nasady brwi po prawej i lewej stronie, w ten sposób, że moje brwi, o których kochany wujaszek zawsze mówił, że wyglądają jakby nakreślone „pendzlem Apellesa“, zdawały się z nich wychodzić. — Drażniły mnie niepomiernie te dwa dzioby; wyszydzałam je rozmai temi drwiącemi przezwiskami, Nazywałam je najczęściej źródłem moich brwi. Nie mogłam spojrzeć na nie w lustrze, żeby nie skupiły w sobie całego mego wzroku; one zakrywały mi całą twarz. Dotykałam ich bezustannie rękami. Było to szaleństwo, halucynacya.
Wszyscy moi starzy znajomi wrócili do mnie z pieszczotliwą serdecznością. Opatrzność nawet zapragnęła wziąć w tem udział i przyniosła mi wielki los. wygranę sto tysięcy franków.
Poczciwy Desosteux chciał we mnie wmówić, że to było wynagrodzenie za moją chorobę i że zapłata po 50.000 franków za każdy znaczek, który mi pozostał, była dowodem wspaniałomyślności wielkiej. Miałam ochotę język mu wydrzeć. Gdy na mnie spojrzał, zawsze oko jego spoczęło naprzód na tych dwóch „przepaściach“. Spoglądał na nie z uprzejmością, pieścił wzrokiem, jak źródło fortuny. O mało co nie poróżnił mnie z Opatrznością.
Stanowczo, nie mogłam patrzeć na niego bez irytacyi i mogę przysiądz, że nigdy mnie nie przywitał, nie rzuciwszy wprzód pieszczotliwego wzroku na te „błogosławieństwa niebios“.
Moja teściowa była tak promieniejąca, jak gdybym z tamtego świata wróciła na ziemię. Sama się tego nie domyślała, ale wszyscy wiedzieli, że tylko jej staraniom zawdzięczałam wyzdrowienie i twarz, piękniejszą niż kiedykolwiek.
A pan de Roselle? Trzeba go nareszcie pokazać. Oto jest:
W ciągu mojej choroby przysyłał codziennie dowiadywać się o mnie, ku wielkiej radości Finetki, której narzeczonym był kamerdyner „pana Karola“, Był to ów nieznajomy, z którym tak starannie się ukrywała i w ten sposób, bez żadnych czarów tłumaczy się, zkąd pan de Roselle był tak dobrze powiadomiony o każdym moim kroku.
Od czasu mego wyzdrowienia głosił wszędzie o naszem pokrewieństwie, zbliżając to kuzynostwo o kilka stopni, aby mieć słuszny powód do częstego bywania. Cała jego istota, najmniejszy ruch, głos, spojrzenia, wszystko świadczyło jak bardzo mnie kochał.
Był miłością uosobioną, miłością doskonałą, pieszczotliwą, a pełną szacunku, niemą, a wymowną. A ja? ja z wyjątkiem jego nikogo nie widziałam na całym świecie. A więc, ludzie, przygotowujcie się na weselę!
O, nie! dla tego właśnie mu odmówiłam. Wszystko, co było we mnie dobrego, szlachetnego, wzniosłego, wszystko to ciągnęło mnie ku niemu, cnoty dawniejsze, tak samo, jak obecne zasługi. Moja próżność szczególnie dumną była z niego; moja płochość znikała w jego obecności; moje szaleństwo cieszyłoby się, gdyby mogło podróżować obok jego powagi. Tak i dlatego wszystkiego odmówiłam mu.
Niechaj to kto nazywa halucynacyą, szałem, obłędem; nie bronie się. Pozwalam nawet powiedzieć, że niktby mnie bronić nie śmiał. Ale za każdym razem, gdy go zobaczyłam, przypominałam sobie ohydnego potwora, którego wówczas w lustrze ujrzałam. Im więcej mi okazywał miłości, tem bardziej wracały mi na myśl te przerażające policzki, te usta opuchłe, któremi miałam całować mego małżonka i krwawe spojrzenia, któreby mu miłość wyznały.
Moja teściowa przyniosła mi jego prośbę o moją rękę. Odmówiłam. O mało nie zemdlała. Musiało być bardzo silne moje postanowienie, jeżeli jemu, którego tak kocham i któremu tyle zawdzięczam, odmówiłam urzeczywistnienia marzeń o mojem szczęściu.
Przychodził kilka razy. Nie ukrywałam tego, żem go zawsze kochała, że teraz kochałam go więcej, niż kiedykolwiek, że nie należąc do niego, nigdy za mąż nie wyjdę. I odmawiałam, ciągle odmawiałam. Płakał, odmawiałam. Płakał i klęczał u moich stóp. Płakałam z nim razem, błagałam go o miłosierdzie i przebaczenie. Odmawiałam! Jaki był powód? nigdy mu nie powiedziałam. Wiedziałam, że powód ten dla mnie niezwalczony, był takim tylko dla mnie, a dla kogo innego to było szaleństwem. Otóż tak, wiem o tem dobrze. Niechaj mi już o tem nie mówią.
Dożyłam w ten sposób do końca września. Czem miałam się zająć? Jaki cel nadać memu życiu? Nie mogłam przecież pędzić dni na pielęgnowaniu ospy u żebraków okolicznych. Słyszałam nieraz o młodych, ładnych dziewczętach, które sobie myślały, że ten świat nie wart, żeby żyć w nim i wstępowały do klasztoru. Moja religia, bardzo jeszcze młodziutka, nie dobrze się na tem rozumiała; ale zdawało mi się, że nie miałam już nic innego do roboty, jak tylko drzemać, pragnąc śmierci.
Jedyne tylko wybryki don Luiza mogły stanąć do współzawodnictwa z moimi. I otóż się zjawił.
Prawdę mówiąc, nie powinnam drwić z niego; jest on pięknym przykładem wiernej miłości. Chyba tylko legendarni rycerze mogliby „walczyć z nim o palmę pierwszeństwa“.
Kochany Tonton! Podwoiłabym czułość względem niego, gdyby żył; on jeden mógłby stawić czoło potworowi. Zabawiałam się przypominając sobie jego wyrażenia i muszę się przyznać, że chociaż się tego wystrzegałam, „rydwan hymenu“ ciągle mi myśli zaprzątał.
Było to w początkach października. Napisałam do Karola — tak go nazywałam w głębi serca, aby się pocieszyć, że go odrzuciłam — że przyjmę go po raz ostatni.
Wróciła mi ochota do malowania (muzyka raziła mój smutek, a nie rozumiałam nic z tego, co czytałam). Byłam na balkonie. Przyszło mi na myśl, że wystarczyłoby mi rzucić się ztąd w głębię doliny, a skończyłaby się udręka z prześladującem mnie widziadłem potworu. Otrząsnęłam się jednak z tych niegodnych myśli i starałam się oddać na papierze cud promieni słońca. Zabarwiały one purpurą wysokie gęstwiny buków spływających jak olbrzymie fale brunatnego złota ze stoków zalesionego wzgórza.
Wszedł Karol. Chciałam go przyjąć tutaj na tym balkonie, aby sobie, a przedewszystkiem jemu, — bo kochałam go z całą siłą subtelnych uczuć — oszczędzić rozpaczy tego pożegnania wśród czterech ścian. Nie wiedział co mówić do mnie...
Te dwa miesiące przeróżnych cierpień w obawie o moje życie, następnie pewność, że go odrzucam, czyniły go jak nieprzytomnym. Co do mnie, byłam zajęta wypędzaniem potwora, który zdając się obawiać, żebym nie uległa w tej ostatniej chwili, jeszcze ohydniejszym mi się przedstawiał.
Wincenty przyszedł mi oznajmić, że książę de Ciudad prosi o zaszczyt rozmówienia się ze mną przez chwilę. Roselle się obudził; oczy mu zabłysły potężnym blaskiem a potem, siłą woli, przygasły. Zrozumiałam, że powściągał gniew, który wybuchał zawsze na wspomnienie o postępowaniu tego szlachetnego Wizygota.
— Zostaw mnie pan z nim samą na chwilę — rzekłam — i wróć jak książę będzie wychodził; zobaczę, czego chce odemnie a potem pożegnam się z panem. Wincenty, poproś księcia.
Don Luiz spotkał się z wychodzącym Karolem i bardzo poczerwieniał. Pan d’Hauraucourt, który się z nim pogodził, nie ukrywał przed nim tego, co sam wiedział, to znaczy, że Boselle starał się o mnie i że prawdopodobnie będzie przyjęty.
Nie opowiadam już żadnej sceny szczegółowo; późno jest i sam czytelnik pewnie już powziął wstręt do moich halucynacyj o potworze.
Książę, ten wielki pan ze szlachetnego kraju, był istotnie bardzo uprzejmy, prawy i kochający don Kiszot... Kochał mnie zawsze i nie mógł się wyleczyć z tej miłości. „Zdawało mu się, że tylko ubóstwo trzyma mnie zdała od niego. Znajdował mnie jeszcze piękniejszą, bardziej uroczą niż kiedykolwiek — dwa pozostałe znaczki po ospie nie istniały dla jego zachwyconych oczu. Otrzymał znaczny spadek, który go czynił bardzo bogatym. Moglibyśmy wrócić do naszych marzeń gospodarczych, które tak zachwycały pułkownika“.
Oto, co mi powiedział w streszczeniu.
Odmówiłam don Luizowi z wielką słodyczą. Ta słodycz była błędem. Nie mówię tego, aby usprawiedliwiać moje dawniejsze „wybryki“ wtedy, gdy wszystkich zanoś wodziłam, postępując ostro, impertynencko, według własnej fantazyi. Lecz nie trzeba także przesadzać w łagodności, a dobroć, ta macocha wszystkich cnót, jak lubi utrzymywać moja teściowa, robi głupstwa czasami. Z największą pewnością, gdybym była jak dawniej, wyjechała z mojem niewinnem zuchwalstwem, don Luiz nie mógłby zachować najmniejszej nadziei i nie byłby zakończył tego romansu nowymi wybrykami.
Opuścił mnie więc, przekonany, że miłość jego mnie wzruszyła, że nie wyrzekłam ostatniego słowa i że pan de Roselle był jedyną, a może bardzo nieznaczną przeszkodą do urzeczywistnienia jego życzeń.
Ale dlaczegóż kochał on mnie tak namiętnie? Jedno zdanie Tontona, budziło zachwyt mojej wyobraźni: „Tajemnica miłości jest niezbadana“. Tylko to chyba może tłumaczyć szalony upór tego granda hiszpańskiego.
Wyszedłszy odemnie, spotkał pana de Eoselle, który powracał w ponurem usposobieniu, aby mnie pożegnać.
— Panie — rzekł do niego don Luiz, ze swoją wyniosłą uprzejmością — gdzie mógłbym mieć przyjemność spotkać się z panem?
Roselle spróbował być grzecznym i udało mu się łagodnie odrzec:
— Ależ tutaj, panie, w parku, skoro tylko pani d’Hervelinghem oznajmi mi swoje rozkazy, po które przyszedłem.
Don Luiz musiał zacisnąć pięści w tej chwili.
Roselle pożegnał mnie zgnębiony i zrozpaczony, jak nim może być człowiek tak jak on rozumny.
Powiedziałam mu, powtarzałam kilkakrotnie, że go kocham, cenię, szanuję, że stawiam go wyżej od wszystkich innych mężczyzn. Przytoczyłam dowód, wyznając, że tylko co odmówiłam panu de Ciudad, chociaż był bogaty, wierny i zakochany. A przecie nigdy nie zostanę jego żoną, nigdy, nigdy!
Nie mógł sobie zdać sprawy z tego szaleństwa, które jego także szalonym czyniło. Gdyby widział, jak wpatrywałam się w lustro, czyniąc mu tę przysięgę, może bystry jego umysł byłby trafił na „drogę prawdy“ pomimo, że ta prawda była taka niedorzeczna, szalona!
Opuścił mnie bez pożegnania, wyprowadzony ze zwykłej sobie zimnej krwi. Spotkał się w parku z don Luizem, wrzącym wściekłością.
Tylko w głównych zarysach jestem powiadomiona o tej rozmowie tych dwóch mężczyzn, zarówno dumnych. Pierwszy z nich, przyzwyczajony do panowania nad sobą, przezorny, pragnął zadość uczynić prawom religijnym i moralnym, które stawiał wyżej niż wszystko w świecie, ponademnie i siebie samego. Drugi, słuchał jedynie tylko głosu swojej dumy.
Nie zaznaczam szczegółowo pierwszych starć tej rozmowy, przechodząc odrazu do zdań, w których już słychać szczękanie pałaszy.
— Jestem dobrze powiadomiony o pańskich zaletach — wyrzekł don Luiz z wyniosła oschłością.
— Pańskie zalety także są mi dobrze znane — odrzekł Roselle z lodowatą sztywnością.
— Wiem, że pan jesteś mistrzem we wszystkich ćwiczeniach fizycznych, że szpada, pistolet, szabla, a nawet lokomotywa nie mają żadnych tajemnic dla pana.
— Wiadomo mi również, że ubezwładniwszy kilku ludzi żonatych, którzy nie chcieli pozwolić na porwanie swojej krewnej według mody dzikich ludzi, jednem cięciem pałasza zmusiłeś pan szanownego senatora do milczenia przez trzy dni.
— Porzućmy tę szermierkę słów mnie niegodnych, która nie może mi się podobać.
— Spostrzegam to. Cóż więc chciałeś mi pan powiedzieć, naznaczając mi to spotkanie?
— Chciałem powiedzieć, że jeden z nas jest tutaj zbyteczny.
— O! mój panie, nie widzę żadnej przeszkody, abyś pan sobie ztąd odszedł.
— Pan mnie dobrze rozumie? — zawołał don Luiz tracąc zimną krew. — Nie potrzebujemy tłumaczeń. Jeden z nas musi zniknąć z tego świata, gdzie zabiera szczęście drugiemu. Wyzywam pana na walkę śmiertelna!
— Nie przyjmuję — odrzekł Roselle, którego spokój potężniał w miarę, jak słabła gorączka boleści po naszej poprzedniej rozmowie.
Don Luiz literalnie podskoczył. Popatrzył na swego przeciwnika, szepcząc:
— Nie będzie chyba mnie pan zmuszał, abym czynnie zelżył tego, którego dotychczas uważałem za człowieka honoru. A jednak uczynię to.
W duszy pana de Roselle zawrzała burza.
— Nie mogę przeszkodzić szalonemu rzucić się na mnie. Ale gdyby mnie dotknął, takbym go obił, że wszystkie ślady jego obelgi zatarłyby się.
Don Luiz stał chwilę, jakby nie mogąc złapać oddechu.
— Nie podobna, aby ona kochała tego człowieka! I ten człowiek miał opinię odważnego!
— Nigdy nie dałem „większego dowodu mojej odwagi, jak w tej chwili! Lecz słuchaj pan, mam litość nad panem i nad sobą. Jesteśmy oba nieszczęśliwi. Szczerość, wierność uczucia pańskiego wzrusza mnie. — A gdyby pan znał głębię mego uczucia! Niema żadnej nadziei, ani dla pana, ani dla mnie!
Zatrzymał się chwilę, jakby w zamyśleniu. Don Luiz słuchał go z pogardą, która wyprowadziła by z równowagi każdego innego człowieka z wyjątkiem takiego, który jest duchem wyższy od wszystkich.
— Chcesz się pan bić ze swoim rywalem — mówił dalej Roselle — chcąc się dowiedzieć, który z nas będzie odważniejszy, lub szczęśliwszy i aby jeden z nas zniknął. Posłuchaj mnie pan spokojnie i rozważnie. Przedewszystkiem zważ pan, że jestem tak samo jak on zrozpaczony, a ta myśl rozjaśni panu w mózgu i rozsądnie usposobi. Ojczyzna pana, kraj rycerski, który cenię więcej, niż wiele innych, z nikim obecnie nie jest na stopie wojennej. Co do nas, my walczymy po całym świecie. Czy lubi pan Chińczyków?
Była taka szczerość, taka prostota w słowach pana da Roselle, że don Luiz, zdumiony, zaczynał wracać do równowagi i odpowiedział z rodzajem uprzejmości:
— Wstręt we mnie budzą.
— A zatem! Oto co panu proponuję: obiecałem sobie solennie, że nie przyjmę już żadnego pojedynku, potępionego przez zasady chrześciańskie, które kierują wszystkimi czynami mego życia. Jeżeli pan chce, udamy się na walkę z chińskimi korsarzami. Pojedziemy oba do Tonkinu i jako ochotnicy weźmiemy udział we wszystkich wyprawach najniebezpieczniejszych. Będziemy się trzymać obaj w pierwszych szeregach. Opatrzność zadecyduje. Myli się pan, sądząc, że śmierć pana, lub moja zmieni w czemkolwiek postanowienie pani d’Hervelinghem. Ale przynajmniej nie zmusi mnie pan, abym postąpił jak pierwszy lepszy parobek, a pan sam jak dziki człowiek. W dodatku, wyrządzimy przysługę cywilizacyi.
— Panie — odrzekł don Luiz — drwię sobie z cywilizacyi, ale pańska propozycya jest honorowa, podoba mi się i przyjmuję ją.
— W gruncie rzeczy, zdaje mi się, że ja także drwię sobie z cywilizacyi tak samo, jak pan. Porzućmy więc tę hipokryzyę, to błazeństwo wszystkich europejskich pedantów. Przypuszczam, że dziesięć lat spędzonych pośród żółtych ludzi, uleczą pana, jeżeli nie zostaniesz zabity; co do mnie, pozostaje mi zawsze lekarstwo.
Nie powiedział jakie!
Przebyłam ten koniec roku i cały rok następny, nie powiem w cierpieniu, ani znudzeniu, lecz w sytuacyi daleko gorszej. Byłam jak ktoś, kto nie ma gdzie i na czem usiąść, czeka nieustannie na krzesło, które się nie zjawia. Wszystko wydawało mi się tymczasowe w życiu i w sercu. Była w tem wszystkiem jakaś tak ciężka, przygnębiająca ciągłość, że czasami żałowałam owych czasów przykrego znudzenia, a nawet strapień i rozpaczy, które nastąpiły po śmierci mego kochanego wujaszka.
Opatrzność w dalszym ciągu łaskawą dla mnie się okazywała. Ta sprawa bankructwa, która wszystkich zrujnowała, mnie wzbogaciła. Słowem, pan Desosteux tak skutecznie pracował, że posiadałam teraz 35.000 franków dochodu, co mi wystarczało; a trzeba dodać, że teraz już tylko po kilka setek znajdowałam różnicy pomiędzy dochodem a rozchodem.
Spróbowałam życia światowego bardzo umiarkowanie, ma się rozumieć. Pojechałam spędzić kilka miesięcy w Paryżu, gdzie pomimo moich dwu znaczków, cały świat składał mi hołdy. Wraz z całą serdecznością moich bratowych odzyskałam szacunek szwagrów i pełno przyjaciół, jak się zdawało, szczerych.
Wróciłam potem na wieś, gdzie oddałam się wspomaganiu nędzy. Wieża, na której obecnie umieściła mnie opinia publiczna, przechodziła wysokością dzwonnicę kościelną.
Otóż tej dzwonnicy i tego kościoła także próbowałam; przeczytałam „Żywoty świętych“ i wybrałam sobie z nich wielu, których prosiłam z sercem małej dziewczynki o to krzesło, którego ciągle mi brakowało.
Nic nie pomagało. On nie przychodził. Jaki on? A więc, Roselle. Nie miałam o nim żadnych wiadomości. Wydałam zamąż Finetkę za jej nieznajomego nadziei, że posłyszę coś o nim. Szczęśliwy małżonek nic nie wiedział. Owa niewiasta, mamka „pana Karola“, która stała się moją przyjaciółką odkąd nie miała chorych na ospę do pielęgnowania. także nic nie wiedziała. Czy umarł? A ten biedny don Luiz?
Spędziłam wiele nocy pełnych niepokoju. Kochana matka poznała się na tem. Martwiła się moją bladością i nieustannem roztargnieniem. Mówiłyśmy o nim nieraz.
Kazała mi się przyznać, że jestem nierozsądna. Przyznawałam, ale trwałam w postanowieniu, żeby nie zostać jego żoną. Pozostało we mnie nadto dumy, aby mu dać żonę ze śladami brzydoty po ospie, jemu, który nawet fizycznie był najdoskonalszym z ludzi. Przewidywałam, że na później będzie to powód oziębienia stosunków pomiędzy nami i upokorzenia dla mnie.
Zresztą nie byłam przeciwna małżeństwu.... dla drugich. Wszystkich pożeniłam wokoło siebie; wydałam Peretkę i Finetkę, starą Margot, która ostatecznie uszczęśliwiła sapera i obdarowywałam koszulami, spódnicami, porcelaną, a czasem nawet krową córki wieśniaków wychodzące zamąż. Zaszła potrzeba nowej sprzedaży klejnotów. Oburzenie pana Desosteux przyniosło mi kilka chwil wesołych, ale szybko przemijających.
Przy końcu drugiego roku otrzymałam wiadomości z Tonkinu. Był to list od don Luiza.
„Pani, pan de Roselle odniósł zwycięstwo. Stał się najdroższym z moich przyjaciół. Uratował mi życie trzy razy, a ja jemu raz tylko jeden. Mam o jedno ucho mniej; jestem uleczony z mojej miłości. Wracam do Andaluzyi i mam nadzieję, że zanim dwa lata upłyną, poproszę panią o pozwolenie zaprezentowania jej księżnej de Ciudad-Coeli“.
O panu de Roselle ani słówka. Nosiłam dalej po salonach Paryża moją duszę potępieńca. Kochana matka ciągle mi powtarzała:
— Smażysz się na wolnym ogniu, pieszczoszko. Twoje postanowienie jest bez sensu, a zawsze potępienia godne. Stać się powodem nieszczęścia dwojga istot, które się kochają — bo ty go kochasz — jedynie dla tego, że ma się twarz ohydną, tobym jeszcze rozumiała; ale jeżeli z tej maski nie zostało nic tylko dwa znaczki na czole! Tak, to jest karygodne, przeciwne woli bożej. Powiedz tylko jedno słówko, a Edward jest gotów wybrać się do Tonkinu, zkąd przywiezie pana de Roselle. Jestto podróż, która go nęci już od dawna i trzeba mu tego pretekstu dla Angeli, zawsze nieco drażliwej, jak ci wiadomo.
Trwałam przy swojem i taka byłam znudzona temi kazaniami, że wróciłam do Liembrune wcześniej, niż zwykle. Kwiecień roztaczał wszystkie swoje skarby. Na co się to zdało?
Była to niedziela przewodnia. Wiedziałam teraz dobrze o wszystkich świętach. Nie odczuwałam jednak nic więcej, prócz pewnego rodzaju sympatyi dla siły moralnej religii. Lubiłam bywać w kościele. Tego poranku czułam się tam taka spokojna, że powiedziałam sobie, że kto wie, czy nie skończę na przybraniu się w biały czepek ze skrzydłami, aby z większą uroczystością pielęgnować chorych.
Marzyłam o tem w salonie dobrze znanym. Usłyszałam nagle okrzyki dwóch kobiet, okrzyki radości. Margot, bez żadnej uwagi na swoją godność matrony, Peretka bez poszanowania tajemniczości, jaką powinna mieć każda panna służąca, przybiegły jak dwie waryatki, wołając:
— Oto jest!
Był to on, czarny jak murzyn i bez jednego palca.
Ten mały malec rozwiązał sytuacyę; moje czoło nie miało już czego się rumienić. I.... oto wszystko.
Co zaszło? prawie nic; podałam mu rękę i spojrzałam na niego. Więcej nic. Oto jest, co Tonton nazywał „nieprzeniknioną tajemnicą miłości“.
Postanowiliśmy, że się pobierzemy, skoro Karol nie będzie już taki czarny. To nastąpiło 26 maja.
Właśnie w czasie tych szczęśliwych ośmiu tygodni spełniłam najdroższe marzenie kochanej matki, robiąc z siebie przyzwoitą chrześciankę. Powiedziała mi z tego powodu pewne wyrazy, które do łez mnie wzruszyły, tak były zapożyczone ze zwykłego słownika Tontona; utrzymywała, że było to „uwieńczeniem mojej cnoty“.
Prawdę mówiąc, to się Karolowi podobało; a jakże nie być tego samego zdania z człowiekiem tak rozsądnym, inteligentnym, którego kochałam. W końcu przyszła mi pewna myśl, którą zmusiłam Karola, że uczcił mianem filozoficznej.
Byłam szczęśliwa i zdawało mi się całkiem naturalne i logiczne nią być, gdyż to odpowiadało temu wszystkiemu, co żyło we mnie i żyć chciało. Powiedziałam więc sobie: „Jest rzeczą niemożliwą, aby nie było gdzieś miejsca, gdziebyśmy nie mieli na zawsze zadowolenia z tej chwili, miejscowości, gdzie wiecznie pozostanę w tym błogim stanie narzeczeństwa“.
Nie powiem już nic więcej o mojem szczęściu. Składało się ono z woni wszystkich kwiatów, ze świeżości przejrzystej wody, ze światła nieba wiosennego, ze wszystkiego, co było wdzięczne, czyste i promienne w około mnie, a szczególnie we mnie. I byłam wesoła, lekka, dobra, uprzejma i wszystkich w zachwyt wprawiałam. Jeden tylko był cień na tem wszystkiem. Czemu nie było tutaj Tontona, aby mnie widzieć tak opromienioną szczęśliwością!
Cała okolica, mieszczanie, wieśniacy, duchowni, arystokracya, byli obecni na tem weselu. Co się napili, najedli, nakrzyczeli, ile było strzałów moździeżowych, ile kwiatów sypano, ile podarunków naniesiono do salonu zamkowego, tego zliczyć niepodobna. Zdaje mi się, że wszyscy byli szczęśliwi, przede wszystkiem moja teściowa, taka piękna, świeża, młoda, taka, jakby się wyrazić, — w aureoli kochającego i pieszczotliwego macierzyństwa, że nie mogłam się jej dość nacałować.
Źle mówię, że ona była najszczęśliwsza; był ktoś jeszcze szczęśliwszy, a był nim dziki jurysta.
Opowiedziałam dokładnie panu de Roselle moje przejścia z konkurentami w ten sposób, że uśmiał się całkiem szczerze.
Z jego też upoważnienia, wybrałam sobie na świadków mego ślubu panów Castelnau, d’Hauraucourt i lorda Belfort. Następnie, ku ogólnemu zachwytowi, wybrałam pana Desosteux jako tego, który miał mnie do ołtarza poprowadzić.
Mam nadzieję, że to mi wyjedna przebaczenie moich impertynencyj, nietylko ze względu na szczęście pani Castelnau, Angeli i Albertyny, ale przedewszystkiem wobec majestatycznego wyglądu pan Desosteux. Jakiż on ma szeroki frak czarny, co za wspaniały biały krawat i jakie poczciwe łzy wylewa obok sapera, także łzy roniącego! Zaszczyt, który mu uczyniłam, stawia go w jego przekonaniu w roli przybranego ojca.
Nie ukrywał jednakże przed panem de Roselle, że muszę koniecznie wprawić się w prowadzenie rachunków, bez czego 50.000 franków dochodu małżonka, 35.000 małżonki i 15.000, które on, mój ojciec przybrany, do tego dołącza, stopniałyby wkrótce „jak masło na słońcu“. Bo chociaż nareszcie posiadłam wszystkie cnoty, jeszcze co miesiąca znajdował się w mojej kasie deficyt stu kilku franków.
Pan de Roselle obiecał z największą powagą, że mnie tego nauczy. Co do mnie, obiecałam sobie, że stanę się dobrą, słodką i uległą, jak moja kochana matka. Dlatego też kłaniam się szanownemu zgromadzeniu i już milczę. Karol mi zabronił opowiadać o mojem szczęściu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.