Milionowa wdowa/Część trzecia/V
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Milionowa wdowa |
| Redaktor | Adam Krechowiecki |
| Data wyd. | 1910-1911 |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une veuve millionaire |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Gdy odzyskałam nieco przytomności — ileż to godzin, ile dni minęło! — stało się to jedynie z powodu cierpień, których doznawałam, bolu głowy, straszliwego bolu, z którym, jestem pewna, nic się nie da porównać. Cała skóra mnie piekła, umierałam z pragnienia, a usta zdawały mi się zbliżone do rozżarzonych węgli. Dano mi czegoś się napić, sama niewiem co i zapadłam na nowo w senność, cierpiąc bez ustanku.
Skoro obudziłam się po raz drugi, straszliwe cierpienia zniknęły, ale zdawało mi się, że na całem mojem ciele pełzały ogniki, które nie tyle piekły, co drażniły. Byłam cała złamana i zbolała, jakby mnie bito przez cały tydzień.
Nie majaczyłam już i wracała mi zwolna przytomność. Poznawałam mój pokój, jak przez sen. Mało było w nim światła. A przecież miałam świadomość, że nie była to noc. Spostrzegłam trzy osoby u stóp mego łóżka. Wzrok mi się wzmacniał. Te trzy osoby wpatrywały się we mnie z natężoną uwagą, z uczuciem i politowaniem.
Była tam jedna postać nieznana, w czarnym welonie. Miałam dość rozgarnienia, żeby poznać w niej zakonnicę. Rysy jej poważne i bardzo spokojne mówiły, że widywała już inne cierpienia. Obok niej, nie mylę się, widziałam moją kochaną teściowę, z blademi rękami i wyszczuplałymi rysami, a słodkie jej oczy były pełne tak głębokiego i szczerego współczucia! Trzecią była moja stara Margot. Wyglądała wojowniczo, jakby pragnęła stanąć wobec choroby oko w oko i wyzwać ją do walki, aby ją zgnębić.
— Kochana mamo — szepnęłam.
Po raz pierwszy ten wyraz wybiegł na moje usta. Zawdzięczałam go dzieciom Argentyny. Stałam się taka dobra, że wspomnienie Argentyny, której przecież jedynie zawdzięczałam obecne cierpienia, słodkie mi było.
Teściowa, słysząc mój szept, pochyliła się, żeby mnie pocałować: zakonnica ją powstrzymała. Domyśliłam się, że miałam ospę. Wpadłam znowu w pół sen, po którym nastąpiła gorączka. Zaczynał się okres ropienia.
Przypominam sobie jeszcze, jak pierwszy raz oprzytomniałam podczas tej gorączki Zdawało mi się, że byłam przemieniona, że nie byłam istotą żyjącą, tylko jakąś rzeczą nabrzmiałą. Była noc i mój pokój był oświecony lampą. Padało z niej przyćmione światło przez różową jedwabną narzutkę, na osobę uśpioną na fotelu u stóp mego łóżka. Otworzyłam z trudem oczy. Trzeba mi było dość czasu, aby wzrok mój przedostał się przez pół przymknięte powieki. Udało mi się przecież poznać w tej śpiącej moją teściowę. Takie miała rysy zmienione, mizerne!
Moje ręce wydawały mi się tak ciężkie, że spojrzałam na nie. Zaledwie mogłam rozpoznać, że to są ręce ludzkie. Była to jakaś rzecz nabrzmiała, jak poduszka. Spróbowałam podnieść je do twarzy; była tak samo nabrzmiała, jak ręce. Zrozumiałam teraz, dla czego ledwie oczy mogłam otworzyć, nic prawie nie widząc. Moje powieki również były opuchłe i usta także, bo okrzyk rozpaczy, który wydalam przy tem odkryciu, nie mógł przejść przez nie. Czułam ciężar na piersiach, a w gardle, jakby ukłucia szpilkami.
Opanował mnie wreszcie pół sen, w którym pozostałam przez dni kilka.
Nie będę opowiadać wszystkich okropności, które później nastąpiły; tysiące strupów, które pokryły ładną moją twarz, nie były jeszcze najwstrętniejszą rzeczą. Miałam zawsze dla mego ciała wielkie poszanowanie, rodzaj kultu bez miary, pielęgnowałam je z zamiłowaniem, a chociaż w ostatnich czasach poświęciłam ten kult dla serca, owo ubóstwianie piękności nie ustało.
W chwili, gdy wróciłam do przytomności i ujrzałam szkaradę moich rąk, miałam tylko jedną myśl: zobaczyć twarz. Była to myśl uparta, która mnie prześladowała, która mię całą ogarnęła, która we mnie budziła upór ludzi szałem dotkniętych.
Leżałam senna, mówiąc nie wiele, widząc źle; umysł mój się mącił. Domyślałam się, że moje trzy dozorczynie czuwały nademną kolejno co nocy, Nie znałam zakonnicy, ale wiedziałam, że pani Castelnau miała sen lekki. Czekałam na kolej Margot, która mogła iść w zawody z Siedmiu Braćmi śpiącymi.
Ta kolej nadeszła na drugi dzień, w którym widziałam moją teściowę drzemiącą w fotelu. Było to, o ile mi się zdaje, w trzecim dniu okresu ropienia.
Skoro ujrzałam Margot wyciągniętą wygodnie w fotelu i głęboko uśpioną, wyszłam cichutko z łóżka. Dobrze uważałam, że pozakrywano zasłonami wszystkie zwierciadła w pokoju, że stawiano zawsze lampę na kominku i że tej nocy, dzięki szczęśliwemu trafowi, jedna strona zasłony zahaczyła się o zegar i pozostawiała część lustra odkrytą. W tę stronę skierowałam się cichym krokiem.
Niepadłam martwa. Ale jeszcze nie zapomniałam — czy kiedykolwiek zapomnę? — straszliwego potwora, którego tam ujrzałam. Żadne najokropniejsze opowiadania, żadna zmora, w której widzi się trędowatych, żaden opis najohydniejszych chorób nie pozwoliłby mi przypuszczać, że istota ludzka może dojść do tego stanu. Zbliżyłam lampę, żeby nie stracić ani jednego szczegółu tej okropności.
Skończone więc moje życie! Jeżeli inni mogą nie wiedzieć o tej okropności, ja znam ją dobrze. Nie, nigdy nie zapomnę tego potwora, tych ropą ociekających policzków, tej ohydnej głowy pełnej pryszczów, tych ust grubych jak palce odarte ze skóry, tego nosa bezkształtnego, tego czoła zaczynającego pokrywać się łuską, tych powiek błękitnych, napuchniętych, a wśród tego ciała lepkiego od ropy małych mrugających oczu, z których spływają nie łzy, lecz krew!
Tak! skończyło się już wszystko dla Izabeli! Była odtąd skazana na życie w towarzystwie tego potwora. Rękę potwora wyciągnie teraz witając którą ze swoich znajomych; a jeżeliby kiedy się pokusiła oddać swoje serce, zawsze będzie pamiętać, że to jest serce tego potwora.
Wróciłam na łóżko i zaczęła się nowa gorączka, którą lekarze nazwali gorączką powrotną. Podobno, że opisywałam rozmaite rodzaje straszliwych potworów i przeklinałam całą ludzkość wogóle.
Podobno także zakonnica, która była bardzo zręczna i doświadczona, miała cierpliwość przekalać mi każdą krostę, żeby dzioby nie pozostały. Nie bardzo jasno sobie to przypominam. Rzeczywiście, zostały mi tylko dwa znaczki, które odegrały pewną rolę w mojem życiu.
Krosty znikły, łuski opadły, stałam się czerwona, jak stary rondel miedziany, potem różowa i nareszcie wróciła mi moja ładna cera.
Rekonwalescencya zaczęła się w połowie września. Zawsze słyszałam, że istota delikatna i subtelna powinna sobie życzyć od czasu do czasu jakiejś niebezpiecznej choroby, żeby rozkoszować się później powrotem do zdrowia. Ja tego nie użyłam: potwór mnie nie odstępował. Nie rozkoszowałam się także pięknością jesieni, którą dawniej nad wszystko przekładałam, tak samo jak przekładałam wdzięk mojej teściowej nad wszystkie wdzięki jej córek.
Tak, widziałam ciągle mego potwora! Był we mnie, nigdy się jawnie nie ukazywał, ale mnie nie opuszczał.
Cała okolica zjeżdżała się, aby mnie uczcić; kilku lepszych znajomych mnie wielbiło; biedna Argentyna do stóp mi się rzuciła, wydając okrzyki i błagając mnie o przebaczenie. Kilka dumnych parweniuszek z sąsiedniego miasteczka trzymało się na uboczu. Dawniej byłabym je wydrwiła. Pomyślałam o moim potworze i przebaczyłam im, że nie chcą się zbliżać do niego. Ta ohydna istota pokorną mnie czyniła.
Trudno mi było o nim zapomnieć. Dwie dziureczki, które uszły uwagi zakonnicy, otwierały się u samej nasady brwi po prawej i lewej stronie, w ten sposób, że moje brwi, o których kochany wujaszek zawsze mówił, że wyglądają jakby nakreślone „pendzlem Apellesa“, zdawały się z nich wychodzić. — Drażniły mnie niepomiernie te dwa dzioby; wyszydzałam je rozmai temi drwiącemi przezwiskami, Nazywałam je najczęściej źródłem moich brwi. Nie mogłam spojrzeć na nie w lustrze, żeby nie skupiły w sobie całego mego wzroku; one zakrywały mi całą twarz. Dotykałam ich bezustannie rękami. Było to szaleństwo, halucynacya.
Wszyscy moi starzy znajomi wrócili do mnie z pieszczotliwą serdecznością. Opatrzność nawet zapragnęła wziąć w tem udział i przyniosła mi wielki los. wygranę sto tysięcy franków.
Poczciwy Desosteux chciał we mnie wmówić, że to było wynagrodzenie za moją chorobę i że zapłata po 50.000 franków za każdy znaczek, który mi pozostał, była dowodem wspaniałomyślności wielkiej. Miałam ochotę język mu wydrzeć. Gdy na mnie spojrzał, zawsze oko jego spoczęło naprzód na tych dwóch „przepaściach“. Spoglądał na nie z uprzejmością, pieścił wzrokiem, jak źródło fortuny. O mało co nie poróżnił mnie z Opatrznością.
Stanowczo, nie mogłam patrzeć na niego bez irytacyi i mogę przysiądz, że nigdy mnie nie przywitał, nie rzuciwszy wprzód pieszczotliwego wzroku na te „błogosławieństwa niebios“.
Moja teściowa była tak promieniejąca, jak gdybym z tamtego świata wróciła na ziemię. Sama się tego nie domyślała, ale wszyscy wiedzieli, że tylko jej staraniom zawdzięczałam wyzdrowienie i twarz, piękniejszą niż kiedykolwiek.
A pan de Roselle? Trzeba go nareszcie pokazać. Oto jest:
W ciągu mojej choroby przysyłał codziennie dowiadywać się o mnie, ku wielkiej radości Finetki, której narzeczonym był kamerdyner „pana Karola“, Był to ów nieznajomy, z którym tak starannie się ukrywała i w ten sposób, bez żadnych czarów tłumaczy się, zkąd pan de Roselle był tak dobrze powiadomiony o każdym moim kroku.
Od czasu mego wyzdrowienia głosił wszędzie o naszem pokrewieństwie, zbliżając to kuzynostwo o kilka stopni, aby mieć słuszny powód do częstego bywania. Cała jego istota, najmniejszy ruch, głos, spojrzenia, wszystko świadczyło jak bardzo mnie kochał.
Był miłością uosobioną, miłością doskonałą, pieszczotliwą, a pełną szacunku, niemą, a wymowną. A ja? ja z wyjątkiem jego nikogo nie widziałam na całym świecie. A więc, ludzie, przygotowujcie się na weselę!
O, nie! dla tego właśnie mu odmówiłam. Wszystko, co było we mnie dobrego, szlachetnego, wzniosłego, wszystko to ciągnęło mnie ku niemu, cnoty dawniejsze, tak samo, jak obecne zasługi. Moja próżność szczególnie dumną była z niego; moja płochość znikała w jego obecności; moje szaleństwo cieszyłoby się, gdyby mogło podróżować obok jego powagi. Tak i dlatego wszystkiego odmówiłam mu.
Niechaj to kto nazywa halucynacyą, szałem, obłędem; nie bronie się. Pozwalam nawet powiedzieć, że niktby mnie bronić nie śmiał. Ale za każdym razem, gdy go zobaczyłam, przypominałam sobie ohydnego potwora, którego wówczas w lustrze ujrzałam. Im więcej mi okazywał miłości, tem bardziej wracały mi na myśl te przerażające policzki, te usta opuchłe, któremi miałam całować mego małżonka i krwawe spojrzenia, któreby mu miłość wyznały.
Moja teściowa przyniosła mi jego prośbę o moją rękę. Odmówiłam. O mało nie zemdlała. Musiało być bardzo silne moje postanowienie, jeżeli jemu, którego tak kocham i któremu tyle zawdzięczam, odmówiłam urzeczywistnienia marzeń o mojem szczęściu.
Przychodził kilka razy. Nie ukrywałam tego, żem go zawsze kochała, że teraz kochałam go więcej, niż kiedykolwiek, że nie należąc do niego, nigdy za mąż nie wyjdę. I odmawiałam, ciągle odmawiałam. Płakał, odmawiałam. Płakał i klęczał u moich stóp. Płakałam z nim razem, błagałam go o miłosierdzie i przebaczenie. Odmawiałam! Jaki był powód? nigdy mu nie powiedziałam. Wiedziałam, że powód ten dla mnie niezwalczony, był takim tylko dla mnie, a dla kogo innego to było szaleństwem. Otóż tak, wiem o tem dobrze. Niechaj mi już o tem nie mówią.
Dożyłam w ten sposób do końca września. Czem miałam się zająć? Jaki cel nadać memu życiu? Nie mogłam przecież pędzić dni na pielęgnowaniu ospy u żebraków okolicznych. Słyszałam nieraz o młodych, ładnych dziewczętach, które sobie myślały, że ten świat nie wart, żeby żyć w nim i wstępowały do klasztoru. Moja religia, bardzo jeszcze młodziutka, nie dobrze się na tem rozumiała; ale zdawało mi się, że nie miałam już nic innego do roboty, jak tylko drzemać, pragnąc śmierci.
Jedyne tylko wybryki don Luiza mogły stanąć do współzawodnictwa z moimi. I otóż się zjawił.
Prawdę mówiąc, nie powinnam drwić z niego; jest on pięknym przykładem wiernej miłości. Chyba tylko legendarni rycerze mogliby „walczyć z nim o palmę pierwszeństwa“.
Kochany Tonton! Podwoiłabym czułość względem niego, gdyby żył; on jeden mógłby stawić czoło potworowi. Zabawiałam się przypominając sobie jego wyrażenia i muszę się przyznać, że chociaż się tego wystrzegałam, „rydwan hymenu“ ciągle mi myśli zaprzątał.
Było to w początkach października. Napisałam do Karola — tak go nazywałam w głębi serca, aby się pocieszyć, że go odrzuciłam — że przyjmę go po raz ostatni.
Wróciła mi ochota do malowania (muzyka raziła mój smutek, a nie rozumiałam nic z tego, co czytałam). Byłam na balkonie. Przyszło mi na myśl, że wystarczyłoby mi rzucić się ztąd w głębię doliny, a skończyłaby się udręka z prześladującem mnie widziadłem potworu. Otrząsnęłam się jednak z tych niegodnych myśli i starałam się oddać na papierze cud promieni słońca. Zabarwiały one purpurą wysokie gęstwiny buków spływających jak olbrzymie fale brunatnego złota ze stoków zalesionego wzgórza.
Wszedł Karol. Chciałam go przyjąć tutaj na tym balkonie, aby sobie, a przedewszystkiem jemu, — bo kochałam go z całą siłą subtelnych uczuć — oszczędzić rozpaczy tego pożegnania wśród czterech ścian. Nie wiedział co mówić do mnie...
Te dwa miesiące przeróżnych cierpień w obawie o moje życie, następnie pewność, że go odrzucam, czyniły go jak nieprzytomnym. Co do mnie, byłam zajęta wypędzaniem potwora, który zdając się obawiać, żebym nie uległa w tej ostatniej chwili, jeszcze ohydniejszym mi się przedstawiał.
Wincenty przyszedł mi oznajmić, że książę de Ciudad prosi o zaszczyt rozmówienia się ze mną przez chwilę. Roselle się obudził; oczy mu zabłysły potężnym blaskiem a potem, siłą woli, przygasły. Zrozumiałam, że powściągał gniew, który wybuchał zawsze na wspomnienie o postępowaniu tego szlachetnego Wizygota.
— Zostaw mnie pan z nim samą na chwilę — rzekłam — i wróć jak książę będzie wychodził; zobaczę, czego chce odemnie a potem pożegnam się z panem. Wincenty, poproś księcia.
Don Luiz spotkał się z wychodzącym Karolem i bardzo poczerwieniał. Pan d’Hauraucourt, który się z nim pogodził, nie ukrywał przed nim tego, co sam wiedział, to znaczy, że Boselle starał się o mnie i że prawdopodobnie będzie przyjęty.
Nie opowiadam już żadnej sceny szczegółowo; późno jest i sam czytelnik pewnie już powziął wstręt do moich halucynacyj o potworze.
Książę, ten wielki pan ze szlachetnego kraju, był istotnie bardzo uprzejmy, prawy i kochający don Kiszot... Kochał mnie zawsze i nie mógł się wyleczyć z tej miłości. „Zdawało mu się, że tylko ubóstwo trzyma mnie zdała od niego. Znajdował mnie jeszcze piękniejszą, bardziej uroczą niż kiedykolwiek — dwa pozostałe znaczki po ospie nie istniały dla jego zachwyconych oczu. Otrzymał znaczny spadek, który go czynił bardzo bogatym. Moglibyśmy wrócić do naszych marzeń gospodarczych, które tak zachwycały pułkownika“.
Oto, co mi powiedział w streszczeniu.
Odmówiłam don Luizowi z wielką słodyczą. Ta słodycz była błędem. Nie mówię tego, aby usprawiedliwiać moje dawniejsze „wybryki“ wtedy, gdy wszystkich zanoś wodziłam, postępując ostro, impertynencko, według własnej fantazyi. Lecz nie trzeba także przesadzać w łagodności, a dobroć, ta macocha wszystkich cnót, jak lubi utrzymywać moja teściowa, robi głupstwa czasami. Z największą pewnością, gdybym była jak dawniej, wyjechała z mojem niewinnem zuchwalstwem, don Luiz nie mógłby zachować najmniejszej nadziei i nie byłby zakończył tego romansu nowymi wybrykami.
Opuścił mnie więc, przekonany, że miłość jego mnie wzruszyła, że nie wyrzekłam ostatniego słowa i że pan de Roselle był jedyną, a może bardzo nieznaczną przeszkodą do urzeczywistnienia jego życzeń.
Ale dlaczegóż kochał on mnie tak namiętnie? Jedno zdanie Tontona, budziło zachwyt mojej wyobraźni: „Tajemnica miłości jest niezbadana“. Tylko to chyba może tłumaczyć szalony upór tego granda hiszpańskiego.
Wyszedłszy odemnie, spotkał pana de Eoselle, który powracał w ponurem usposobieniu, aby mnie pożegnać.
— Panie — rzekł do niego don Luiz, ze swoją wyniosłą uprzejmością — gdzie mógłbym mieć przyjemność spotkać się z panem?
Roselle spróbował być grzecznym i udało mu się łagodnie odrzec:
— Ależ tutaj, panie, w parku, skoro tylko pani d’Hervelinghem oznajmi mi swoje rozkazy, po które przyszedłem.
Don Luiz musiał zacisnąć pięści w tej chwili.
Roselle pożegnał mnie zgnębiony i zrozpaczony, jak nim może być człowiek tak jak on rozumny.
Powiedziałam mu, powtarzałam kilkakrotnie, że go kocham, cenię, szanuję, że stawiam go wyżej od wszystkich innych mężczyzn. Przytoczyłam dowód, wyznając, że tylko co odmówiłam panu de Ciudad, chociaż był bogaty, wierny i zakochany. A przecie nigdy nie zostanę jego żoną, nigdy, nigdy!
Nie mógł sobie zdać sprawy z tego szaleństwa, które jego także szalonym czyniło.
Gdyby widział, jak wpatrywałam się w lustro, czyniąc mu tę przysięgę, może bystry jego umysł byłby trafił na „drogę prawdy“ pomimo, że ta prawda była taka niedorzeczna, szalona!
Opuścił mnie bez pożegnania, wyprowadzony ze zwykłej sobie zimnej krwi. Spotkał się w parku z don Luizem, wrzącym wściekłością.
Tylko w głównych zarysach jestem powiadomiona o tej rozmowie tych dwóch mężczyzn, zarówno dumnych. Pierwszy z nich, przyzwyczajony do panowania nad sobą, przezorny, pragnął zadość uczynić prawom religijnym i moralnym, które stawiał wyżej niż wszystko w świecie, ponademnie i siebie samego. Drugi, słuchał jedynie tylko głosu swojej dumy.
Nie zaznaczam szczegółowo pierwszych starć tej rozmowy, przechodząc odrazu do zdań, w których już słychać szczękanie pałaszy.
— Jestem dobrze powiadomiony o pańskich zaletach — wyrzekł don Luiz z wyniosła oschłością.
— Pańskie zalety także są mi dobrze znane — odrzekł Roselle z lodowatą sztywnością.
— Wiem, że pan jesteś mistrzem we wszystkich ćwiczeniach fizycznych, że szpada, pistolet, szabla, a nawet lokomotywa nie mają żadnych tajemnic dla pana.
— Wiadomo mi również, że ubezwładniwszy kilku ludzi żonatych, którzy nie chcieli pozwolić na porwanie swojej krewnej według mody dzikich ludzi, jednem cięciem pałasza zmusiłeś pan szanownego senatora do milczenia przez trzy dni.
— Porzućmy tę szermierkę słów mnie niegodnych, która nie może mi się podobać.
— Spostrzegam to. Cóż więc chciałeś mi pan powiedzieć, naznaczając mi to spotkanie?
— Chciałem powiedzieć, że jeden z nas jest tutaj zbyteczny.
— O! mój panie, nie widzę żadnej przeszkody, abyś pan sobie ztąd odszedł.
— Pan mnie dobrze rozumie? — zawołał don Luiz tracąc zimną krew. — Nie potrzebujemy tłumaczeń. Jeden z nas musi zniknąć z tego świata, gdzie zabiera szczęście drugiemu. Wyzywam pana na walkę śmiertelna!
— Nie przyjmuję — odrzekł Roselle, którego spokój potężniał w miarę, jak słabła gorączka boleści po naszej poprzedniej rozmowie.
Don Luiz literalnie podskoczył. Popatrzył na swego przeciwnika, szepcząc:
— Nie będzie chyba mnie pan zmuszał, abym czynnie zelżył tego, którego dotychczas uważałem za człowieka honoru. A jednak uczynię to.
W duszy pana de Roselle zawrzała burza.
— Nie mogę przeszkodzić szalonemu rzucić się na mnie. Ale gdyby mnie dotknął, takbym go obił, że wszystkie ślady jego obelgi zatarłyby się.
Don Luiz stał chwilę, jakby nie mogąc złapać oddechu.
— Nie podobna, aby ona kochała tego człowieka! I ten człowiek miał opinię odważnego!
— Nigdy nie dałem „większego dowodu mojej odwagi, jak w tej chwili! Lecz słuchaj pan, mam litość nad panem i nad sobą. Jesteśmy oba nieszczęśliwi. Szczerość, wierność uczucia pańskiego wzrusza mnie. — A gdyby pan znał głębię mego uczucia! Niema żadnej nadziei, ani dla pana, ani dla mnie!
Zatrzymał się chwilę, jakby w zamyśleniu. Don Luiz słuchał go z pogardą, która wyprowadziła by z równowagi każdego innego człowieka z wyjątkiem takiego, który jest duchem wyższy od wszystkich.
— Chcesz się pan bić ze swoim rywalem — mówił dalej Roselle — chcąc się dowiedzieć, który z nas będzie odważniejszy, lub szczęśliwszy i aby jeden z nas zniknął. Posłuchaj mnie pan spokojnie i rozważnie. Przedewszystkiem zważ pan, że jestem tak samo jak on zrozpaczony, a ta myśl rozjaśni panu w mózgu i rozsądnie usposobi. Ojczyzna pana, kraj rycerski, który cenię więcej, niż wiele innych, z nikim obecnie nie jest na stopie wojennej. Co do nas, my walczymy po całym świecie. Czy lubi pan Chińczyków?
Była taka szczerość, taka prostota w słowach pana da Roselle, że don Luiz, zdumiony, zaczynał wracać do równowagi i odpowiedział z rodzajem uprzejmości:
— Wstręt we mnie budzą.
— A zatem! Oto co panu proponuję: obiecałem sobie solennie, że nie przyjmę już żadnego pojedynku, potępionego przez zasady chrześciańskie, które kierują wszystkimi czynami mego życia. Jeżeli pan chce, udamy się na walkę z chińskimi korsarzami. Pojedziemy oba do Tonkinu i jako ochotnicy weźmiemy udział we wszystkich wyprawach najniebezpieczniejszych. Będziemy się trzymać obaj w pierwszych szeregach. Opatrzność zadecyduje. Myli się pan, sądząc, że śmierć pana, lub moja zmieni w czemkolwiek postanowienie pani d’Hervelinghem. Ale przynajmniej nie zmusi mnie pan, abym postąpił jak pierwszy lepszy parobek, a pan sam jak dziki człowiek. W dodatku, wyrządzimy przysługę cywilizacyi.
— Panie — odrzekł don Luiz — drwię sobie z cywilizacyi, ale pańska propozycya jest honorowa, podoba mi się i przyjmuję ją.
— W gruncie rzeczy, zdaje mi się, że ja także drwię sobie z cywilizacyi tak samo, jak pan. Porzućmy więc tę hipokryzyę, to błazeństwo wszystkich europejskich pedantów. Przypuszczam, że dziesięć lat spędzonych pośród żółtych ludzi, uleczą pana, jeżeli nie zostaniesz zabity; co do mnie, pozostaje mi zawsze lekarstwo.
Nie powiedział jakie!
Przebyłam ten koniec roku i cały rok następny, nie powiem w cierpieniu, ani znudzeniu, lecz w sytuacyi daleko gorszej. Byłam jak ktoś, kto nie ma gdzie i na czem usiąść, czeka nieustannie na krzesło, które się nie zjawia. Wszystko wydawało mi się tymczasowe w życiu i w sercu. Była w tem wszystkiem jakaś tak ciężka, przygnębiająca ciągłość, że czasami żałowałam owych czasów przykrego znudzenia, a nawet strapień i rozpaczy, które nastąpiły po śmierci mego kochanego wujaszka.
Opatrzność w dalszym ciągu łaskawą dla mnie się okazywała. Ta sprawa bankructwa, która wszystkich zrujnowała, mnie wzbogaciła. Słowem, pan Desosteux tak skutecznie pracował, że posiadałam teraz 35.000 franków dochodu, co mi wystarczało; a trzeba dodać, że teraz już tylko po kilka setek znajdowałam różnicy pomiędzy dochodem a rozchodem.
Spróbowałam życia światowego bardzo umiarkowanie, ma się rozumieć. Pojechałam spędzić kilka miesięcy w Paryżu, gdzie pomimo moich dwu znaczków, cały świat składał mi hołdy. Wraz z całą serdecznością moich bratowych odzyskałam szacunek szwagrów i pełno przyjaciół, jak się zdawało, szczerych.
Wróciłam potem na wieś, gdzie oddałam się wspomaganiu nędzy. Wieża, na której obecnie umieściła mnie opinia publiczna, przechodziła wysokością dzwonnicę kościelną.
Otóż tej dzwonnicy i tego kościoła także próbowałam; przeczytałam „Żywoty świętych“ i wybrałam sobie z nich wielu, których prosiłam z sercem małej dziewczynki o to krzesło, którego ciągle mi brakowało.
Nic nie pomagało. On nie przychodził. Jaki on? A więc, Roselle. Nie miałam o nim żadnych wiadomości. Wydałam zamąż Finetkę za jej nieznajomego nadziei, że posłyszę coś o nim. Szczęśliwy małżonek nic nie wiedział. Owa niewiasta, mamka „pana Karola“, która stała się moją przyjaciółką odkąd nie miała chorych na ospę do pielęgnowania. także nic nie wiedziała. Czy umarł? A ten biedny don Luiz?
Spędziłam wiele nocy pełnych niepokoju. Kochana matka poznała się na tem. Martwiła się moją bladością i nieustannem roztargnieniem. Mówiłyśmy o nim nieraz.
Kazała mi się przyznać, że jestem nierozsądna. Przyznawałam, ale trwałam w postanowieniu, żeby nie zostać jego żoną. Pozostało we mnie nadto dumy, aby mu dać żonę ze śladami brzydoty po ospie, jemu, który nawet fizycznie był najdoskonalszym z ludzi. Przewidywałam, że na później będzie to powód oziębienia stosunków pomiędzy nami i upokorzenia dla mnie.
Zresztą nie byłam przeciwna małżeństwu.... dla drugich. Wszystkich pożeniłam wokoło siebie; wydałam Peretkę i Finetkę, starą Margot, która ostatecznie uszczęśliwiła sapera i obdarowywałam koszulami, spódnicami, porcelaną, a czasem nawet krową córki wieśniaków wychodzące zamąż. Zaszła potrzeba nowej sprzedaży klejnotów. Oburzenie pana Desosteux przyniosło mi kilka chwil wesołych, ale szybko przemijających.
Przy końcu drugiego roku otrzymałam wiadomości z Tonkinu. Był to list od don Luiza.
„Pani, pan de Roselle odniósł zwycięstwo. Stał się najdroższym z moich przyjaciół. Uratował mi życie trzy razy, a ja jemu raz tylko jeden. Mam o jedno ucho mniej; jestem uleczony z mojej miłości. Wracam do Andaluzyi i mam nadzieję, że zanim dwa lata upłyną, poproszę panią o pozwolenie zaprezentowania jej księżnej de Ciudad-Coeli“.
O panu de Roselle ani słówka. Nosiłam dalej po salonach Paryża moją duszę potępieńca. Kochana matka ciągle mi powtarzała:
— Smażysz się na wolnym ogniu, pieszczoszko. Twoje postanowienie jest bez sensu, a zawsze potępienia godne. Stać się powodem nieszczęścia dwojga istot, które się kochają — bo ty go kochasz — jedynie dla tego, że ma się twarz ohydną, tobym jeszcze rozumiała; ale jeżeli z tej maski nie zostało nic tylko dwa znaczki na czole! Tak, to jest karygodne, przeciwne woli bożej. Powiedz tylko jedno słówko, a Edward jest gotów wybrać się do Tonkinu, zkąd przywiezie pana de Roselle. Jestto podróż, która go nęci już od dawna i trzeba mu tego pretekstu dla Angeli, zawsze nieco drażliwej, jak ci wiadomo.
Trwałam przy swojem i taka byłam znudzona temi kazaniami, że wróciłam do Liembrune wcześniej, niż zwykle. Kwiecień roztaczał wszystkie swoje skarby. Na co się to zdało?
Była to niedziela przewodnia. Wiedziałam teraz dobrze o wszystkich świętach. Nie odczuwałam jednak nic więcej, prócz pewnego rodzaju sympatyi dla siły moralnej religii. Lubiłam bywać w kościele. Tego poranku czułam się tam taka spokojna, że powiedziałam sobie, że kto wie, czy nie skończę na przybraniu się w biały czepek ze skrzydłami, aby z większą uroczystością pielęgnować chorych.
Marzyłam o tem w salonie dobrze znanym. Usłyszałam nagle okrzyki dwóch kobiet, okrzyki radości. Margot, bez żadnej uwagi na swoją godność matrony, Peretka bez poszanowania tajemniczości, jaką powinna mieć każda panna służąca, przybiegły jak dwie waryatki, wołając:
— Oto jest!
Był to on, czarny jak murzyn i bez jednego palca.
Ten mały malec rozwiązał sytuacyę; moje czoło nie miało już czego się rumienić. I.... oto wszystko.
Co zaszło? prawie nic; podałam mu rękę i spojrzałam na niego. Więcej nic. Oto jest, co Tonton nazywał „nieprzeniknioną tajemnicą miłości“.
Postanowiliśmy, że się pobierzemy, skoro Karol nie będzie już taki czarny. To nastąpiło 26 maja.
Właśnie w czasie tych szczęśliwych ośmiu tygodni spełniłam najdroższe marzenie kochanej matki, robiąc z siebie przyzwoitą chrześciankę. Powiedziała mi z tego powodu pewne wyrazy, które do łez mnie wzruszyły, tak były zapożyczone ze zwykłego słownika Tontona; utrzymywała, że było to „uwieńczeniem mojej cnoty“.
Prawdę mówiąc, to się Karolowi podobało; a jakże nie być tego samego zdania z człowiekiem tak rozsądnym, inteligentnym, którego kochałam. W końcu przyszła mi pewna myśl, którą zmusiłam Karola, że uczcił mianem filozoficznej.
Byłam szczęśliwa i zdawało mi się całkiem naturalne i logiczne nią być, gdyż to odpowiadało temu wszystkiemu, co żyło we mnie i żyć chciało. Powiedziałam więc sobie: „Jest rzeczą niemożliwą, aby nie było gdzieś miejsca, gdziebyśmy nie mieli na zawsze zadowolenia z tej chwili, miejscowości, gdzie wiecznie pozostanę w tym błogim stanie narzeczeństwa“.
Nie powiem już nic więcej o mojem szczęściu. Składało się ono z woni wszystkich kwiatów, ze świeżości przejrzystej wody, ze światła nieba wiosennego, ze wszystkiego, co było wdzięczne, czyste i promienne w około mnie, a szczególnie we mnie. I byłam wesoła, lekka, dobra, uprzejma i wszystkich w zachwyt wprawiałam. Jeden tylko był cień na tem wszystkiem. Czemu nie było tutaj Tontona, aby mnie widzieć tak opromienioną szczęśliwością!
Cała okolica, mieszczanie, wieśniacy, duchowni, arystokracya, byli obecni na tem weselu. Co się napili, najedli, nakrzyczeli, ile było strzałów moździeżowych, ile kwiatów sypano, ile podarunków naniesiono do salonu zamkowego, tego zliczyć niepodobna. Zdaje mi się, że wszyscy byli szczęśliwi, przede wszystkiem moja teściowa, taka piękna, świeża, młoda, taka, jakby się wyrazić, — w aureoli kochającego i pieszczotliwego macierzyństwa, że nie mogłam się jej dość nacałować.
Źle mówię, że ona była najszczęśliwsza; był ktoś jeszcze szczęśliwszy, a był nim dziki jurysta.
Opowiedziałam dokładnie panu de Roselle moje przejścia z konkurentami w ten sposób, że uśmiał się całkiem szczerze.
Z jego też upoważnienia, wybrałam sobie na świadków mego ślubu panów Castelnau, d’Hauraucourt i lorda Belfort. Następnie, ku ogólnemu zachwytowi, wybrałam pana Desosteux jako tego, który miał mnie do ołtarza poprowadzić.
Mam nadzieję, że to mi wyjedna przebaczenie moich impertynencyj, nietylko ze względu na szczęście pani Castelnau, Angeli i Albertyny, ale przedewszystkiem wobec majestatycznego wyglądu pan Desosteux. Jakiż on ma szeroki frak czarny, co za wspaniały biały krawat i jakie poczciwe łzy wylewa obok sapera, także łzy roniącego! Zaszczyt, który mu uczyniłam, stawia go w jego przekonaniu w roli przybranego ojca.
Nie ukrywał jednakże przed panem de Roselle, że muszę koniecznie wprawić się w prowadzenie rachunków, bez czego 50.000 franków dochodu małżonka, 35.000 małżonki i 15.000, które on, mój ojciec przybrany, do tego dołącza, stopniałyby wkrótce „jak masło na słońcu“. Bo chociaż nareszcie posiadłam wszystkie cnoty, jeszcze co miesiąca znajdował się w mojej kasie deficyt stu kilku franków.
Pan de Roselle obiecał z największą powagą, że mnie tego nauczy. Co do mnie, obiecałam sobie, że stanę się dobrą, słodką i uległą, jak moja kochana matka. Dlatego też kłaniam się szanownemu zgromadzeniu i już milczę. Karol mi zabronił opowiadać o mojem szczęściu.