Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część trzecia/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
Tryumf łez.

Pani Castelnau i lady Belfort przyjechały spędzić miesiąc maj w Hervelinghem. Kochana matka opuściła swego najdroższego małżonka, swoich senatorów, „swoją chatkę i całą trzodę“, jak mówi piosenka, którą Tonton lubił nucić, aby mnie wyrwać z ucisku lodowatego morza. Była uderzona ponurym tonem moich listów, moją oziębłością nawet dla niej. Była przerażona widząc mnie uleczoną bez powodu z swawolnego roztrzepania, które stanowiło główną siłę mego „czaru“.
Angela przyjechała, ponieważ po wstrząśnieniu, jakiego doznała z mego powodu, stała się nerwową, chorobliwie wrażliwą i ktoś jej poradził, aby odetchnęła powietrzem okolic rodzinnych.
Błogosławiła temu doradcy. Szczególne ta istota miała serce: o mało nie spowodowałam śmierci jej męża, którego ubóstwiała, a ona jeszcze doświadczała wyrzutów sumienia. Chcąc mi dać zapomnieć, że się na mnie boczyła, podwajała uprzejmość i przyjaźń względem mnie. Albertyna kazała mi oświadczyć cały swój żal, że nie mogła towarzyszyć matce.
Przywiązanie tych kobiet do mnie spotężniało widocznie wskutek ciosów, które im zadałam. Za to mężowie, jak już wspominałam, znosić mnie nie mogli. Ktoś, którego nazwiska nie powinnam jeszcze wymieniać, wyjaśnił mi tę tajemnicę psychologiczną. To wielkie słowo wszystko tłumaczy. Utrzymywał on, że mężczyźni patrzą na rzeczy z ogólnego stanowiska, a kobiety z drobiazgowego i że pierwsi widzieli całość mego postępowania z don Luizem, które było obraźliwe, gdy przeciwnie, wszystkie kobiety, jak gdybym walczyła w obronie sprawy kobiet całego świata, pochwalały mnie, żem na wszystko narazić się była gotowa, byle nie wyjść zamąż za człowieka, którego nie kochałam.
Angela nie mogła się ruszać z miejsca, więc pani Castelnau prosiła, żebym często przyjeżdżała do Hervelinghem. Bywałam tam prawie codziennie.
Moja matka, znając mój buntowniczy charakter, wystrzegała się, żeby mi nie prawić żadnego kazania. Znakomicie zastępowała ją Angela. Milutki jej umysł rozwinął się i nabrał pewności siebie, w skutek uwielbienia, jakiem otaczał ją Edward i wielu innych lordów. Inteligencya jej miała w sobie coś macierzyńskiego; i widziałam, że ćwiczyła się na mnie w systemie wychowania, jakie dać miała wielu przyszłym swoim dzieciom i synkowi, który przyszedł na świat W zeszłym roku.
Napominając mnie — przyczem moja lodowatość zastępowała mi całą cierpliwość — równocześnie w przerażająco śmieszny sposób psuła to szkaradne niemowlę, krzykliwą małpeczkę, którą nazywano Jack i która ryczała, ilekroć spojrzała na mnie. Według matki i pół tuzina panien służących, Jack był istnym cudem zesłanym z nieba. Co do mnie, bardzo lubię dzieci, ale nienawidzę zwierzątek i ciągle starałam się wyperswadować Angeli, że człowiek, liczący mniej niż cztery, lub pięć lat, jest tylko bardzo krzykliwym instrumentem muzycznym.
Te sprzeczki nie oziębiały naszych stosunków przyjaźni, ale rozwijały w Angeli gwałtowną namiętność ulepszenia mojej osoby i poprawienia moich błędów.
Pozwalałam jej mówić, cofałam się wgłąb mojej cieśniny Behringa i dotychczas, apostolstwo Angeli czyniło mi wrażenie, że pochodzi z bardzo daleka, z przeciwnego brzegu na horyzoncie. Lecz dnia pewnego....
Stanowczy dzień nadszedł! Czemu ten dzień, a nie inny? Tego nie wiem. Człowiek, którego i teraz jeszcze nazwać nie mogę, utrzymywał później, że była to nagroda za moją wrodzoną cnotliwość. Zgadzał się z moją kochaną matką i nazywał to Opatrznością.
Nie przypominam sobie całej rozmowy, wiem tylko, jak się skończyła — i stała się awantura.
Byliśmy więc w miłym pałacu d’Hervelinghem. Pani Castelnau siedziała w salonie przy oknie, wychodzącem na czyściutki taras, o któryin już wspominałam. Pisała list. Lubi pisać listy. Nie twierdziłam nigdy, aby była doskonała.
Angela czerwona, raz omdlewająca, to znów podniecona, leżała na otomanie. Rozprawiała z zapałem. Biedactwo kochane, także nie było doskonałością: nie pisała listów, lecz mówiła. Następnie, proszę sobie tylko pomyśleć, mówiła o moich wadach, chciała mnie poprawić; jest to jedna z najsłodszych rzeczy dla serca kobiety.
Nie wiem dotychczas co mi powiedziała, ani co ja jej odpowiedziałam; byłam przykucnięta na moim przylądku, okryta stalaktytami. Nagle, doprawdy nagle, jak w dramacie, gdy wybija godzina!! słyszę jeden frazes. Nie miał w sobie nic przygnębiającego, ani olśniewającego. Musiałam go syłszeć ze sto razy. A jednak usłyszałam go tak po raz pierwszy i od razu stopniały moje stalaktyty, zniknął przylądek, biegun północny, pałac lodowy.
— Czy wiesz, kochana Izabelo, czemu się nudzisz? rzekła Angela. Czy chcesz się dowiedzieć?
Nie zależało mi na tem tak samo jak na wszystkiem innem. Ale nie zależało mi także nawet na tem, aby się przyznać, że mi o to nie chodziło.
— Po prostu dlatego — ciągnęła Angela — że niema z ciebie żadnego pożytku. Na nic się nie zdasz. Dzięki temu, że myślisz przedewszystkiem o sobie, doszłaś do tego, że nikomu szczęścia nie przynosisz, nawet sobie samej.
To wszystko, a przynajmniej wszystko.
A więc ta myśl bez głębszego zastanowienia, ten frazes wypowiedziany z mieszczańskim spokojem, to wszystko sprawiło, że lody w moim mózgu topnieć zaczęły; w początkach powiał mały siroco, który niebawem wprawił mnie w taniec świętego Wita w miniaturze, jak to zaraz zobaczymy.
Nie odpowiedziałam Angeli. Byłam zdecydowana wyryć sobie dyamentowemi literamni te słowa w pamięci. Mówiła dalej z równym skutkiem. Piękne jej błękitne oczy ożywiły się, a śliczne krąglutkie policzki, które przybladły od kilku miesięcy, „mieniły się różą i lilią“. (Kochany Tonton!)
— Bo widzisz, — mówiła dalej — ty nie znasz wcale życia realnego. Powiedziano ci, że jest to droga, po której trzeba iść wygodnie, zabierając najwięcej miejsca, wybierając pozycye najprzyjemniejsze i najwygoniejsze, odpychając tych, którzy także chcieliby się ogrzać w słońcu. Nie, moja kochana życie jest drogą bardzo ciężką, a jeżeli po chrześciańsku znosi się trudy, droga ta prowadzi wreszcie do krainy cudów.
Była to rzecz bardzo śmieszna, widzieć tę mała, która dwa lata temu nie śmiała patrzeć dalej niż po rzęsy, wygłaszającą ten wykład filozoficzny.
Oświadczam, że nie miałam żadnych złych zamiarów, a nawet żadnych zamiarów, wogóle. Zabrałam głos, bo trzeba było odpowiedzieć, sama nie wiedząc dobrze co mówię, instynktownie, tak jak kot, kiedy miauczy.
— Dobrze tobie mówić, Angelo i bardzo mnie bawi słyszeć ciebie prawiącą o przepaściach na drodze, po której się idzie pomiędzy mężem, który cię ubóstwia i dziećmi, które są zdrowe. Ale poczekaj, niechby naprzykład dzieci twoje niebezpiecznie zachorowały, a wtedy powiedziałabyś coś nowego o chrześciańskiej cierpliwości.
I oto zapowiedziana katastrofa. Jeszcze raz powtarzam, nie miałam w sobie żadnej złośliwości i byłam tak zdumiona, jakgdyby mi kto czapkę błazeńską nałożył nagle na głowę. Angela stanęła wyprostowana jak świeca. Stała się żółta i patrzyła na mnie z przestrachem. Podniosła obie ręce w górę, wołając:
— Co ja jej złego zrobiłam, że oto ściąga przekleństwa na Jacka i na tych, co jeszcze się nawet nie porodzili! Ach! mój Boże, mój Boże, cośmy jej zrobili tak złego?
Upadła na otomanę w gwałtownym ataku nerwowy, z zamkniętemi oczami, trupio blada, wydając piski zranionego ptaszka, załamując ręce.
Matka jej i kilka kobiet rzuciło się na ratunek. Zabrano ją z pokoju. Byłam z początku jak ogłupiała. Następnie wpadłam we wściekłość. Tupałam nogą w gniewnem uniesieniu.
— Ależ to okropne! straszne! ohydne! Ja nie chciałam powiedzieć tego wszystkiego! Ależ ja ją kocham z całego serca tę biedną pieszczoszkę. Oddałabym chętnie moje nikomu niepotrzebne życie za jej życie, a nawet za tego małego potworka, jej dziecko. Nigdy mi się nie śniło źle jej życzyć.
Pani Castelnau, która właśnie nadeszła i słyszała moje słowa, zaczęła mnie uspokajać...
— Wiem o tem dobrze, biedna Izabelo. Ale Angela jeszcze nie przyszła do siebie po owych wstrząśnieniach z przed trzech miesięcy. Stała się chorobliwie wrażliwą, prawie przesądną. Słyszała nieraz od jakiegoś czasu, że ty nam nieszczęście przynosisz. Miara się przepełniła. Lepiej będzie, moja droga, aby ciebie nie widywała. Czy chcesz oddać mi przysługę i pojechać do Samer; przyszlesz nam ztamtąd jakiegoś doktora tymczasem, nim nasz nie przyjedzie z Paryża.
Przez kilka dni Angela była bardzo chora a ja żyłam w niepokoju, którego opisać nie potrafię, którego nigdy dotychczas nie doznawałam.
Ten niepokój przyczynił się do stopienia ostatnich lodowców i do zainkrustowania pamiętnych wyrazów w mojem sercu.
Kochana matka codziennie mi przysyłała wiadomości o zdrowiu Angeli. Edward chciał mnie zabić. Zdaje mi się, że nie odmówiłby był sobie tego słusznego zadośćuczynienia, gdyby się nie był obawiał że to sprawi przykrość Angeli i pogorszy jej stan zdrowia. Nie miałam mu tego za złe.
Czuję, że będąc na jego miejscu, miałabym myśl podobną i kto wie, czy byłabym się jej oparła.
Groźny wypadek, którego się obawiano, nie nastąpił. Angela wróciła do Paryża. Nie chciała widzieć się ze mną.
Kochana matka przybyła mnie uściskać. Nigdy mnie nie bardziej nie wzruszyło i gdyby jeszcze były pozostały we mnie jakie płatki śniegu, byłyby stopniały. Była taka dobra, delikatna, kochała mnie tak bardzo, że płakała nademną, nad mojem położeniem. Bolała, widząc, że moje osamotnienie stanie się jeszcze więcej ponure. Obiecała mi w ostatnim pocałunku łzami oblanym, że wróci jak najprędzej, aby się ze mną widzieć. Nie ukrywała przedemną, że pan Castelnau, bardzo potępiający moją lekkomyślność, nie zachęcał jej wcale do tego, by mnie kochała. Opuściła mnie, szepcząc ze swoją delikatną rezerwą:
— Staraj się być użyteczną!
Były to ciągle te same wyrazy, ten sam frazes! Użyteczną! ależ niczego więcej nie pragnęłam! Byłam taka nieszczęśliwa od dawna, a od dwu tygodni czułam taką niesprawiedliwość losu i rozpacz, że uczyniłam nieszczęśliwemi jedyne istoty, które kochałam! Tak, byłam gotowa na wszystko, ale na co?
Stało się, że pani Tymoteuszowa, wdowa Tymoteuszowa Chamousu odpowiedź na to mi przyniosła. Mój Boże, w jakichże łachmanach ukazała mi się ta posłanka Opatrzności! A gdyby to tylko łachmany!! Wkraczałam na błotniste drogi, o których mówiła Angela.
Pani Tymoteuszowa przyszła do mnie przy odgłosie bębna (może to był nawet wielki kocioł); w każdym razie towarzyszyło mu dwoje skrzypiec i jeden z tych fletów, które wywołują u ludzi żal, że na świat się narodzili.
Była to trzecia niedziela czerwca, dzień święta wiejskiego. Ta muzyka Eskimosów wzywała do tańca krępu nimfy z Liembrune.
Wiatr powiewał z południa. Było parno. To jednak wcale nie zniechęcało pasterek. Co do mnie, nie mogłam znieść skwaru; kazałam pozamykać tę stronę zamku, która zwracała się ku dolinie i usiadłam przy otwartem oknie od strony północy, starych wież, parku i lasów.
Byłam sama jedna; niedawna śmierć pana nie pozwalała moim ludziom udać się na zabawę. Lecz Peretka poszła z Wincentym i jego ojcem w odwiedziny do swoich rodziców, sama nie wiem gdzie. Finetka zamknęła się w swoim pokoju, żeby pisać do tajemniczej osobistości, której rękę swoją przyrzekła i oddawała mu ją po kawałeczku każdej niedzieli po południu. Saper poszedł na cmentarz, wybrać miejsce na krzyż, który miał zamiar postawić na pamiątkę swego pułkownika. W zamku była tylko stara Margot.
Powinnam była ją przedstawić, bo jest jednym z ciekawych okazów mojej menażeryi. Już teraz zapóźno. Jest to rówieśniczka Tontona, bardzo dobrze wyglądająca na swoje lata i wierna, jak pies.
Siedziała sobie w cieniu muru u stóp mego otwartego okna, trzymając w rękach starą książkę do nabożeństwa, co było teoretycznem tylko wyznaniem wiary, ponieważ czytać nie umiała.
Nigdy dotychczas nie używałam w całej pełni pieszczotliwej słodyczy niedzieli na wsi. W czasach, gdy byłam dumną i pieszczoną przez cały świat, był to dzień hałaśliwy, jak wszystkie inne. Dzisiaj, byłam melancholijnie drzemiąca w rozkoszach tego pięknego lata; i na pół leżąc, widziałam roztaczające się przed mojemi oczami wierzchołki tysięcy drzew całowanych ognistymi promieniami słońca.
Tworzyło to olbrzymi błyszczący kobierzec. poznaczony tysiące odcieni złotawo-zielonych. przysypany brylantowemi iskrami. Mgła leciutka, jak w bajce, przysłaniała tę przestrzeń, utworzoną ze szczytów i kulistych kształtów wierzchołków drzew, szczytów brunatno zielonych i okrągłości blado-zielonych. U stóp tego kobierca szalona muzyka: protestacya tysięcy ptaków przeciw ostrym zgrzytom skrzypiec.
Gdy wściekła muzyka ludzka ustawała na chwilę, szczebiot ptaszków witał tę ciszę, jak zwycięstwo. Owady mięszały się do tego koncertu swojem melodyjnem brzęczeniem, które wydaje się być szeptem nieskończoności. Po nad tem wszystkiem unosiło się melancholijne gruchanie turkawki, która wysławia szczęście domowego ogniska z tem samem drzemiącem zadowoleniem co pieśń miłosną.
Nagle, wszystko się ucisza. Wydaje mi się, że jestem sama jedna we Wszechświecie, z tym kobiercem zielonym, z temi wszystkiemi chmurami, które tworzą straszliwe wozy, fantastyczne zwierzęta, wybrzeża, płaszczyzny, oazy, palmy, przesuwając się nademną w białych szatach z frendzlą z purpury lub płynnego złota, po niebie ciemno-błękitnem.
Mówię sobie, że jestem bardzo samotna ani ten wielki bęben, ani ta bajeczna pogoda, ani ten złudny krajobraz białych obłoków nie udzieli mi towarzystwa, przywiązania i szczęścia. Wkrótce, wpływ pana Castelnau odbierze mi przywiązanie mojej matki z wyjątkiem dzikiego notaryusza, nie mam już przyjaciół na szerokim świecie.
I oto zapuszczam się w rozmyślania, w których mój egoizm doznaje srogiego potępienia.
Ta marząca ospałość, która mnie ogarnęła, była już lepsza od zwykłych nudów. Poddałam się z błogością tej skromnej rozkoszy rekonwalescencyi mego umysłu. Niewyraźna jakaś rozmowa na podwórzu, niedaleko moich okien, obudziła mnie z zadumy.
Głos pokorny, a jednak stanowczy, dopytywał się, czy można widzieć się z panią. Margot odpowiadała łagodnie, ale także stanowczo, że pani śpi. Pokorny głos podnosil niejakie wątpliwości co do tego snu w biały dzień, przy odgłosie bębna. Margot byłaby oddała dla mnie swój grosz ostatni, odpowiadała z całą szorstką naiwnością prostej duszy, odpowiadała tonem stanowczym, że jej pani mogła spać, kiedy jej się podoba, że zresztą sypiała przez cały dzień i całą noc jak bezduszna kłoda i że żaden bęben by jej nie obudził.
To zdanie duszy prostej, ale dobrej, do reszty mnie rozbudziło. Zadzwoniłam. Öblicze starej kobiety ukazało się wkrótce w drzwiach na pół otwartych.
Wytworność mego apartamentu onieśmielała tę staroświecką kucharkę i nigdy wejść się nie odważyła, jeżeli od niej tego koniecznie nie wymagałam.
— Co tam się dzieje, Margot? — spytałam. — Zdawało mi się, że słyszałam twój głos podniesiony.
— To z powodu bębna, proszę pani, nie można nie słyszeć, przy tej niezwykłej muzyce. To wdowa po nieboszczyku Tymoteuszu chciała się widzieć z panią.
— A ty jej odpowiedziałaś, że nie można widzieć się z panią, bo pani śpi cały dzień.
— To prawda — odrzekła stara ko bieta ze szczerą naiwnością. — Pani ma do tego prawo, chociaż, gdyby tak wszyscy spali dzień i noc! Mówiłam to głównie dlatego, żeby nie weszła do domu: cała w łachmanach.
— Więc cóż? — odrzekłam, przygnębiona nieco tą straszliwą szczerością — nigdy nie odpędzałam od siebie biednych ludzi, ty, nielitościwa poganko!
— Jak się pani podoba, ale że ona nietylko obdarta... przytem strasznie brudna ot, jak zwykle wdowa! Gdybym miała czas się zadziwić, byłabym pewnie osłupiała wobec podobnej konsekwencyi wdowieństwa.
Margot nie spostrzegła mego ździwienia. Wstrząsnęłam się. Zdaje mi się, że nie potrzebuję zapewniać, iż jestem odważna, a przecież są cztery rzeczy, których śmiertelnie się boję wściekłych psów, ospy, tych pasożytów, o których Margot mówiła, i zostać żywcem pogrzebaną. Wstrząsnęłam się więc.
Byłabym się jeszcze bardziej wstrząsnęła, gdybym była wiedziała, że ta łachmaniarka trzymała w ręku „nić mego przeznaczenia“. Biedny, kochany Tonton! jakże on lubił tę nić i to przeznaczenie!
Miałam przeciąć tę nitkę i wpaść niewiem w co otworzyłam usta, aby powiedzieć Margot, by oddaliła tę nieprzyjemną sąsiadkę, gdy podniosłam oczy....
Czy ci, którzy to czytają, wierzą w halucynacye? W takim razie, doskonale. Byłam prześladowana przez wiadomy frazes. A więc, ujrzałam część jego wypisaną na niebie. Snuły się właśnie po niebie białe i różowe obłoezki, tworząc na tle błękitu kilkanaście liter: Nieużyteczna. To obwieszczenie niebieskie wyprowadziło mnie z równowagi i uczyniłam pierwszy krok na drodze bohaterstwa, po której miałam iść krokiem olbrzyma, jakby się wuj wyraził, choć to niemiła perspektywa dla moich małych, tak bardzo małych stóp.
— Dlaczegoż — wyrzekłam z udanym spokojem — nie wprowadzisz jej do małego pokoiku obok przedpokoju? Tam nikt nigdy nie wchodzi. Jak odejdzie, pasożyty pozdychają z głodu.... brrr.....
Poszłam tam, to prawda, tak, jak się idzie na męki; ale ostatecznie poszłam i jak się pokaże, na męki.
Ujrzałam wchodzącą kobietę około trzydziesto pięcio letnią, która musiała być kiedyś piękną wieśniaczką, słuszną, krągłą, czerwoną. Była tak skurczona, że zdawała się małą, chudą, bladą pod opaleniem.
Miała bardzo piękne włosy, tak bujne i kręte, że wyglądały, jakby pozaplatane w warkocze. Musiały mieć kiedyś piękną złotawo-blond barwę ale powietrze zmieniło tę barwę i uczyniło ją martwą. Czarne oczy także miały ten sam odcień martwy, bezbarwny, wypełzły nie pod działaniem powietrza, ale z powodu rezygnacyi.
Miała na sobie podarte trzewiki, pończochy popielate, cerowane błękitną włóczką, spodnicę krótką, zużytą i tak postrzępiona, że wyglądała dołem jakby wycinana w nieregularne zęby. Biedna kobieta włożyła przecież swoje klejnoty, aby mnie odwiedzić, a tymi klejnotami był wielki czerwony parasol, który niosła ostentacyjnie i mała chusteczka z zielonej włóczki, bardzo porządna, ostatni ślad zaginionej świetności.
Miała poczciwą, otwartą fizyognomię, bez śladu obleśności. Skoro tylko mówić zaczęła, uderzył mnie szczerością ton mowy. Nie była to żebraczka, jak mi to później Margot powiedziała.
Kazałam jej usiąść... w niejakiem oddaleniu, na krześle, któremu w myśli przyrzekłam całopalenie, po odejściu tej, która je zająć miała. Co do mnie, stałam, zdaje mi się z tą ukrytą myślą, że w ten sposób lepiej potrafię obronić się przed skaczącym nieprzyjacielem. Byłam bardzo czerwona, jak wypada dla początkującej bohaterki i smutnie się uśmiechałam.
— Nazywam się Argentyna — rzekła wdowa — straciłam mego męża, Tymoteusza Chamousu temu ośmnaście miesięcy. Jestem pani lokatorką, najmuję domek, własność pani, za sto franków rocznie.
Tym razem opadłam na krzesło zgnębiona. Lekkie drżenie po mnie przeszło.... „Jakto, ja wymagałam stu franków rocznie od tej nędzoty, od tej żebraczki?“ Przez chwilę byłam bez głosu. A ona ciągnęła dalej:
— Miałam cośkolwiek po moich rodzicach. Widzi pani — pokazała olbrzymi parasol czerwony i chusteczkę. — To wszystko, co zostało z tego, co nieboszczyk Tymoteusz dał mi, żeniąc się ze mną. Nie byliśmy nieszczęśliwi. Mieliśmy ośmioro dzieci, zdrowo się chowały. On był stolarzem, czyli cieślą przygodnym, jak mówią w mieście. Był porządny, pracowity, nie pijak. Zarabiał 3 franki dziennie.
Miała tyle dzieci, a ja żądałam od niej stu franków rocznie! Przyznam się, chociaż to bardziej rozczulające, niż poetyczne, że kilka kropel potu zrosiło jak perły — (ten wyraz mnie pogodzi z potem) — moje czoło. Otarłam czoło chustka, którą odrzuciłam z gniewem, widząc, że była z haftowanego batystu, a ja biorę sto franków od kobiety, która ma taką spódnicę!
Patrzyła na mnie bez zazdrości, a nawet, zdaje mi się, z ukrytem zadowoleniem — które w jej osobie przynosi honor niewieściemu rodzajowi — że widzi we mnie coś ładnego i świetnego. I ciągnęła dalej swoją spokojną, a ponurą opowieść:
— Temu ośmnaście miesięcy przyniesiono mi mego biednego Tymoteusza. Spadł z rusztowania tak nieszczęśliwie, że trzy miesiące leżał, a potem umarł. Wtedy właśnie miałam moją małą Izabelkę, którą tak nazwano na cześć pani. Jest to mały hultaj, za przeproszeniem pani, ale także będzie kiedyś ładna.
Wszystko to było wypowiedziane szczerze, po prostu.
— Na mnie przyszła kolej chorować i przez sześć miesięcy leżałam w łóżku. Wszyscy mnie bardzo dobrze pielęgnowali, ksiądz proboszcz, doktor i sąsiedzi. Jeszcze nam coś było zostało i w tym roku mogliśmy jeszcze zapłacić czynsz.
Czułam, że się wściekam na siebie samą. Powstałam z miejsca raptownie. Szłam do niej, żeby podać jej rękę i prosić o przebaczenie... Byłam jeszcze nowicyuszką w heroizmie, zatrzymałam się. Nie prośba o przebaczenie mnie mieszała, tylko ręka. Ona mówiła dalej, a żółta jej cera ożywiła się nieco pod opalenizną. Dla niej chodziło tu o kwestyę życia lub śmierci.
— Proszę pani, trzeba mi wybaczyć. Później, może będę mogła zapłacić. Mam starego wuja, który jest lichwiarzem, bogaty i kocha mnie bardzo. Nie chce nic dla nas teraz uczynić, ale zostawi mi swój majątek. Tego roku nie mogłam zapłacić czynszu i urzędnik pana Desosteux mi napisał, że jak nie zapłacę, pani mnie wyrzuci. To nie ze złości, proszę pani, ten dependent jest uczciwym człowiekiem, zarówno jak p. Desosteux, jak i pani także. Wiadomo, że każdy musi żyć i odebrać swoje pieniądze. Ale jeżeli pani nas wyrzuci, będziemy musieli zostać chyba na ulicy. bo nikt nie zechce mi nająć mieszkania z ośmiorgiem małych dzieci i kilku gałganami jako rękojmią. A więc, możeby pani chciała poczekać...
Zatrzymała się, przerażona, widząc, że nic nie mówię i będąc pewną, że wszystko stracone. Bo też literalnie dławiłam się z gniewu, a może z rozpaczy. Nudy, walka o byt, brak sentymentalności, wszystko to zmykało w piekielnym galopie. Gardło mi się nareszcie rozkleiło. Tak mi dziwnie umysł ukształtowano, że zamiast uspokoić tę biedną kobietę, pierwszą moją myślą było szukać atramentu i papieru, żeby wylać mój gniew na pana Desosteux i jego dependenta. Nie było tu kałamarza.
Tym razem o wszystkiem zapomniałam; bohaterstwo doszło do temperatury, w której pomarańcze dojrzewają; wzięłam za rękę Argentynę.
— Bądźcie spokojni. Przed — chciałam powiedzieć: przed stu laty, ale się rozsądnie powściągnęłam — przed trzema laty nikt od was grosza nie zażąda.
Ucałowała moją rękę w sposób tak pełen wdzięczności, że o wszystkiem zapomniałam. Upajałam się bohaterstwem. nurzałam w męczeństwie i miałam przerażającą nieprzezorność powiedzieć:
— Tak, urządzimy wszystko jak najlepiej. Przyjdę was odwiedzić.
Ugryzłam się w usta. Zapóźno! Już było zapóźno.
— Nie, nie — rzekła żywo — nie trzeba przychodzić, pani nie przyzwyczajona do widoku nędzy.
Odczułam tę uwagę! to taka prawda! A ona mówiła dalej naiwnie.
— Bo widzi pani, z początku robiłam co mogłam, żeby utrzymać dzieci czysto, a jak wszystko się zdarło, nie miałam czem zastąpić.... Nie zawsze mam czas prać; moja najstarsza córka myje i czesze tamtych; ale także nadążyć nieraz nie może.
Wystarcza pokazać mi przeszkodę, żeby mi udzielić szalonej chęci przez nią przeskoczyć.
— Przyjdę do was — powtórzyłam — przed upływem tygodnia.
Byłam właśnie w takim stanie umysłu, jak najsłynniejsi bohaterowie świata.
Brak sentymentalności wrócił z przestrzeni i podstępnie język pokazał mojemu bohaterskiemu upojeniu. Wahałam się przez pięć dni. Drżałam, bladłam i rumieniłam się. Straciłam sen i apetyt przez tych całych pięć dni.
Nareszcie, w tygodniu po Zielonych świętach, opuściłam mój zamek Liembrunne dla mojego domku, w którym mieszkała nędza, prowadzona przez ową „nić mego przeznaczenia“, tak drogą kochanemu Tontonowi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.