Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część trzecia/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.
W marcu.

Znalazłam nowy sposób zwalczania i zwyciężania ubóstwa. Otworzę kurs wykładów o Nudzie. Jestem dyplomowaną doktorką w tym przedmiocie, a bardzo szybko zdobyłam ten stopień. Nikt się nie będzie temu dziwił, jeżeli się zastanowi, że przez cały miesiąc nie miałam żadnej innej rozrywki, prócz towarzystwa pana Desosteux.
I jeszcze, gdyby był pozostał tym samym dzikiem z gór Ardeńskich, mógłby dodać ognia memu złemu charakterowi i nudy byłyby się choć na chwilę rozproszyły. Ale nie. Najprzód, nie posiadam już charakteru, ani dobrego, ani złego.
Wuj mi opowiadał w chwilach, gdy Berezyna i most słynny przychodziły mu na myśl, o parze młodych małżonków, których pewien car rossyjski kazał zamurować w pałacu lodowym. Pułkownik rozczulał się nad tymi młodymi małżonkami. Kochany Tonton! jakżeby on nademną się rozczulał! To ja byłam zamurowana w pałacu lodowym; moje serce było zamarznięte, myśli także i pozostawało mi tylko tyle ciepła w mózgu, abym mogła widzieć rodzaj sztywnego widma, które chodziło, mówiło, myślało za mnie. Nie byłam już Izabelą, byłam lunatyczką — cieniem Izabeli.
Pan Desosteux, mój towarzysz z lodu, zatracił ową dzikość, która była jego wdziękiem. Nie ma już grzywy, nie ma kłów, nie ma nastroszonej szerści, ani siły w racicach. Kochał mnie jak pradziadek. Zastępował Tontona, jak stary niedołęga, jak figurka z kartonu. On także uległ „czarowi“, temu czarowi, któremu nikt z tych, co mnie otaczali, oprzeć się nie zdołał.
Pan Desosteux zajmował się moimi interesami z pasyą psa myśliwskiego. Spędzał całe popołudnia w Liembrune, a całe wieczory na spisywaniu cyfr w kolumnach, które wypełniłyby całą kolumnę de Juillet w Paryżu, na pisaniu listów, telegramów, wyprawianiu posłów, którzy mieli dodawać ostrogi paryskiemu juryście.
Po tem wszystkiem przyjechał mi oznajinić z tragiczną fizyognomią, że długi pułkownika, oprócz 1,200.000 franków, które mnie obciążały — (lubił w ten sposób się wyrażać) — wynosiły jeszcze 1,100.000 franków. Zacny wujaszek, aby zadowolić wszystkie moje kosztowne fantazye i zwiększyć mój osobisty majątek, całkiem się zrujnował.
Pan Desostenx nadmieniał, że nie było to postępowanie światłego ekonomisty. To mnie gniewało. Cóż w tem złego, mówiłam łagodnie, gdy człowiek sam straci swój majętek, byle nie stracił majątku drugich!
Dawniej, podobna teorya byłaby pana Desosteux pobudziła do walki, obecnie, wszystko, co tylko powiedziałam, potęgowało jego zachwyt i poświęcenie.
— Panie Dasosteux, błagam pana, rozgniewaj się! — prosiłam czasami.
Uśmiechał się tylko czule, ukazując mi jedyny swój żółty ząb. Aby ukryć radość, jaką mu ta moja prośba sprawiała, wyciągał ohydną swoją tabakierę z jakimś portretem na wierzchu i przerażającą chustką w żółte kraty. Nawet ta chustka i ta tabakiera, nawet ten portret i zażywanie tabaki, którą zdawał się zapychać do samych oczu, mnie nie gniewały.
Gdybym przynajmniej posiadała chciwą duszę. owe kolumny cyfr byłyby mnie może wzruszały, a to wzruszenie byłoby stopiło lód, otaczający mnie dokoła; ale co mnie obchodziły te wszystkie cyfry! Zadecydowałam, co następuje: Oddam wszystko, co posiadam, a potem będę jadła suchy chleb i nosiła ten sam kapelusz przez sześć miesięcy w roku. Tak, byłam zdecydowana! Cieszyłam się nawet, wyobrażając sobie minę pana de Roselle, gdy mnie spotka w kapeluszu kupionym w bazarze!
Ta lodowata nuda czyniła mnie zupełnie uległą radon tego notaryusza pradziadka. Podpisywałam wszystko co chciał, pisałam, co sobie życzył, wykonywałam wszystko, co za rozsądne uznawał.
W ciągu miesiąca lutego odprawiłam w Paryżu tak samo jak w Liembrune około tuzina pasożytów, którzy nazywają się służbą, posprzedawałam powozy, konie, psy, odprawiłam dozorców i dojeżdżaczy. Zachowałam chwilowo jeden powozik i konia do zaprzęgu, a przytem Nedii, która stanowczo mnie prosiła wielkiemi swojemi wymownemi oczami, abym nigdy z nią się nie rozłączała. Obiecałam to jej, chociaż zawadzała mi trochę. Nie mogłam jej przecież umieścić w mieszkaniu na piątem piętrze przy ulicy Varennes i przewidywałam, że mnie zniewoli do wyjazdu do Ameryki.
Pozostawiłam przy sobie, także chwilowo, Finetkę i Peretkę, starą kucharkę, Wincentego i sapera, którzy byli tacy sami jak Nedii, błagali mnie, kobiety nawet ze łzami, żebym ich zachowała przy sobie.
Nie widziałam również sposobu, w jaki będę mogła rozmieścić ich na piątem piętrze, o którem mówiłam, albo jak ich zabrać do Ameryki. Nic więc im nie obiecywałam. Źle mówię „im“, bo saper do tego nie należał. Zadecydował w głupiej swej głowie, że mnie nie opuści, czy zechcę czy nie.
Z wyjątkiem jego, wysłałam wszystkich naprzód, żeby zaprowadzili jaki taki porządek w zamku.
Opuściłam Paryż, jak mówiłam, 5 marca. Po raz pierwszy w życiu podróżowałam drugą klasą. Wydało mi się to nad wyraz ponure. Byłam sama jedna przez cały czas podróży. Wkrótce zmarzłam, pomimo moich futer.
Był to tłusty wtorek, jak także już wspomniałam. Na dworcach kolejowych widać było wielkie ożywienie. Wszyscy ci wieśniacy lub mieszczanie brodzili w śniegu, śmiejąc się, krzycząc i śpiewając, jak gdyby żadnych bankructw na świecie nie było.
Przybyłam do Samer już o zmroku. Zimno było jak nigdy. Ujrzałam najprzód Wincentego a potem długi, bardzo czerwony nos pana Desosteux. P. Desosteux chciał mi towarzyszyć aż do Liembrune. Odesłałam go, żeby w domu kłapał zębami.
Gdzie się podziały czasy, kiedy to pięciu lub sześciu służących i około dziesięciu niecierpliwych przyjaciół oczekiwało na mnie!
Wincenty zostawił mi nie najgorszego konia. Jechaliśmy jednakże powoli. Wszystko było białe w około mnie, ową błękitnawą białością śniegu oświeconego blaskiem księżyca, co nasuwa wspomnienie cmentarza. Wzdłuż drogi kilka domów, które zdawały się patrzeć z poważnym smutkiem, gdym przejeżdżała, znikało wnet po za mną; kilka szyb oświetlonych; czerwono połyskująca kuźnia, pomimo świętowania; karczma, z której słyszeć się dawały śpiewy; i oto jestem w Liembrune!
Teraz to z większą jeszcze słusznością mogę powiedzieć: „Gdzie się te czasy podziały? Dawniej zamek był cały oświetlony; peron, westybul, pełne tych istot, których praca, usługi oddawane lub pożądane, tradycyonalne pieczeniarstwo, przywiązują do każdego możnego domu wiejskiego; służba wybiega, na dziedzińcu psy szczekają, ze stajen słychać rżenie koni! Dzisiaj, cisza!
Trzy punkty świetlane zaznaczają się tylko na tej długiej fasadzie. Oto niepewne, migotliwe światełko w oknach kuchni; nikły blask, jakby świecy, po za oknami mniejszej sali jadalnej; a na progu, Peretka, wznosząca zapaloną latarnię po nad głowę! A przecież, moje serce doznaje małego, bardzo nieznacznego wstrząśnienia radości: na pierwszem piętrze, trzy okna mego salonu goreją jasnym blaskiem!
Jednakże, nie chciałam tam wejść, dopóki nie wstąpiłam na chwilę do pokoju wuja. Było tam straszliwie zimno. Łzy marzły na mojej twarzy, bo teraz umiałam już płakać. Ale na nieszczęście, prawie nigdy nie chciałam płakać, chociaż łzy, zarówno jak nadzieja, są najpotężniejszem lekarstwem na nudy.
Zanim weszłam na górę, do siebie, zapragnęłam popatrzeć na dziedziniec, całkowicie tonący w ciemnościach. Wieże wydawały się ponure. Niowiem co za szaleństwo przyszło mi do głowy, ale zdawało mi się, że te wieże tryumfują, widząc w ruinie majątkowej tych Bourgongnonów, którzy się ośmielili osiedlić tutaj po książętach Luksemburskich, niegdyś panach na Liembrune.
Przyjazd mój stał się wypadkiem dnia w departamencie. Ruina najbogatszego z właścicieli ziemskich w okolicy, upokorzenie najdumniejszej damy w tym okręgu, były to fakty, które mogły zadziwić i rozradować ludzi. Nie gniewało mnie to. Jeżeli lubiłam zwyciężać w walce o byt i przyciągać wszystko do siebie, głupią nigdy nie byłam. Pojmowałam radość, z jaką przecierali sobie oczy biedacy, których olśniewałam; a jeżeli ludzie, na których nie raczyłam patrzeć, stojąc na wyżynach, rzucają na mnie kamieniem, aby ściągnąć moją uwagę teraz, gdy jestem na dole, przyznaję im słuszność i uczyniłabym tak samo na ich miejscu.
Wgniotłam się w samotność i w tem całe szczęście, żem to zrobiła z własnej woli. Nikt nie czynił wysiłków, aby mnie z tej samotności wyciągnąć.
Tylko co nadmieniłam, że byłam nadto bogata, nadto lekceważąca, niedostępna, wyłączna to też opuścili mnie prawie wszyscy bogaci burżuje i obywatele tej prowincyi. Zjawiło się kilku ciekawych, kilka miłosiernych osób, wiele ze świata maluczkich, bo dla nich byliśmy zawsze wspaniałomyślni.
Nie przyjmowałam nikogo, do czego gruba żałoba mnie upoważniała, a zresztą pokazywałam zęby i pięści całemu rodzajowi ludzkiemu.
Nadsyłano mi mnóstwo biletów wizytowych, ale biletu pana de Roselle nie było w tym tłumie.
Jak mój czas spędzałam? Zajmowałam się tem tylko, aby być piękną. Dla kogo? Dla siebie samej. Nie widywałam innej ludzkiej twarzy prócz tej, na którą patrzyłam w źwierciadle.
Nie oczekiwałam nikogo; tak mi się zdaje przynajmniej. Pragnęłam rozkoszować się moją urodą, zanim popadnę w całkowitą nędzę.
Spędziwszy kilka godzin przed tualetą, spozierałam na moje sztalugi, na fortepian; ale ani malowałam, ani grałam. Bo i po co? Za to czytywałam wszystko, nawet romanse. Resztę czasu spędzałam na czekaniu na pana Desosteux. Na to zeszłam.
Wielka jego rudawa teka, obrzydliwa tabaka i szeregi cyfr, stanowiły katastrofe dnia. Nie słuchałam tych rachunków, nie patrzyłam ani na niego, ani na jego portfel, ten przybytek strasznych szpargałów. A przecież, jego wizyta była wypadkiem, jedynym wypadkiem życia wice-hrabiny d’ Hervelinghem!
Gdy nie przyjeżdżał, miałam inną rozrywkę: patrzyłam na padający śnieg całemi godzinami, myśląc — o czem? jedynie o tem, że patrzę na śnieg.
Czy czego żałowałam? Czy pragnęłam czego? Czy o czem marzyłam? Czy przeklinałam kogoś, lub los mój? Nie myślałam o tem. Byłam bardzo dobra dla małego światka, który mnie otaczał. Byłam nią mimowoli, z tego samego powodu, dla którego nie przeklinałam, nie żałowałam i nie czekałam na nikogo.
Byłam martwa. Wiedziałam o tem i nie wydawało mi się to dziwne. Nie byłam chora. Nigdy jeszcze nie czułam się taka silna i żwawa; a ponieważ nie jestem wybredna, dodaję, że nigdy nie miałam lepszego snu i apetytu.
To życie, które pan de Roselle nazwałby niewątpliwie marną wegetacyą, byłoby bardzo przyjemne dla kogoś, ktoby nie doznawał owej głupiej choroby zwanej nudą.
Czyż wszystkiego byłam pozbawiona? Kochana matka mnie nie opuściła. Listy jej przychodziły bardzo regularnie. Zdaje mi się, że były rozsądne i bardzo czułe. Przerzucałam je z roztargnieniem.
Angela i Albertyna szybko zapomniały swoich uraz do mnie. Angela wróciła mi swoją serdeczność, Albertyna szacunek. Trzej mężowie jeszcze się opierali. Nie mogli się pozbyć myśli, że byłam milutką klęską dla rodzaju ludzkiego wogóle, a dla ich żon w szczególności.
Otóż, ciężko mi to wyznać, ale w tym dziwnym miesiącu marcu, nawet serdeczność pani Castelnau była mi obojętna: jest to największa zbrodnia, jaką w życiu popełniłam, i żadna kara za nią nie wydawałaby mi się za wielka.
Miewałam jednakże niektóre przyjemne chwile, czując zadowolenie, że siedzę przy dobrym ogniu na kominku, gdy był taki mróz, że aż kamienie prawie pękały i będąc pod dachem, gdy na dworze deszcz lał strumieniami.
Bardzo często, gdy mój mały światek do snu się ułożył i nie było już żadnego ludzkiego odgłosu w około mnie, wychodziłam z mego milutkiego saloniku przez jedne z drzwi parapetowych na balkon. Jak wiadomo, balkon ten wychodził na dolinę i miał obszerny widok na kilka mil wokoło.
Stawałam tam, patrząc na olbrzymie morze śniegu ponurej bladości, pod bladem i ponurem światłem z nieba. Gwiazdy błyszczały w części nie oświetlonej księżycem i migały, jakby się wykrzywiając z obumarłej ziemi. Czasami jedna z nich się odrywała, lecąc prosto ku mnie. Żadnych odgłosów ludzkich! Moje spojrzenia przesuwały się z bladych wzgórz na szarą dolinę, zatrzymując się na kilku czarnych plamach na drzewach ogołoconych z liści, lub drzemiących chałupach. Spojrzenia moje daremnie szukały na tej przestrzeni choć jednego z tych świateł, które widziałam tyle razy rozweselające te pustkę w czasie ubiegłej wiosny.
Słuchałam, prawie nie oddychając, czy jaki okrzyk, lub szczekanie, albo przynajmniej krakanie puszczyka nie zaznaczy, że nie jestem jedyną istotą żyjącą wśród tej nekropolii wsi i osad. Nie! samotność tak wielka i ciemna, tak lodowata, jak ta, z której życie moje było utkane! A kiedy już bylam na pół zamarzła, kiedy wszystkie moje myśli, wszystkie porywy wyobraźni, zlodowaciały pod wrażeniem bezlitośnej pustki, a zmysły zamarły wśród zimna, wracałam do salonu, ciepłego i równie wykwintnego, jak za czasów mojej świetności, do olśniewającej lampy i wesołego ogniska na kominku; zwijałam się w kłębek w tem cieple i świetle, w wonnej i błyskotliwej samotności. Odczytywałam wtedy listy kochanej matki, myślałam o ukochanym wuju, mózg wracał do równowagi. Gdybym była mogła płakać w takich chwilach! Lecz drogi dar łez trwał czas nie długi i znowu go utraciłam.
W ostatnich dniach marca pan Desosteux nie pojawiał się wcale. Stanowczo mi go brakowało.
W nieobecności jego rozrywką były mi burzo, na które poszłam patrzeć z bliska na wysokości starych wież. Nastała bowiem odwilź, a z nią wiosna. Ale już raz opisywałam ten piękny kwiecień.
Rok tylko minął, a ileż to przewrotów od tego czasu! Świeża trawa wydaje mi się bezbarwna, jak śnieg.
Dnia pewnego — czemuż go nie określam bliżej? Wiem przecież dobrze, jaki to był dzień. Było to 6 kwietnia. Przejechałam się na Nedji dość daleko. Wróciwszy do domu, zastałam bilet pana de Roselle. Osobiście go złożył, ale nawet nie zapytał, czy jestem w domu.
Dawniej, byłabym wpadła we wściekłość. Tym razem, musiałam się zarumienić, bo oczy Peretki były zwrócone na mnie z serdecznością psa przywiązanego; widziałam, że błyszczały i powiedziałam jej, niech sobie idzie gdzieindziej myśleć o Wincentym.
Od tego dnia próbowałam interesować się pierwiosnkami. Pan Desosteux przerwał mi tę rozrywkę. Wrócił z Paryża. Był cały świecący, źrenice próbowały połyskiwać, w ręku miał tabakierę dwa razy większą niż zwykle.
Ujrzawszy mnie, otarł sobie oczy chustką całkiem czerwoną.
— Nie męcz pan tej bawełnianej szmatki, która puszcza farbę. Podobny pan jesteś do maku. Niczego od losu spodziewać się już nie mogę, chyba, że mi pan oznajmi, że wujaszek zmartwychwstał.
Potrząsnał chustką jak sztandarem, z którego posypał się deszcz czarnych grudek. Był taki wzruszony, że mówić nie mógł.
— Moje kochane dziecko, pozwól mi tak się nazwać....
Było mi to obojętne. Stałam się teraz tak łagodna, że nic nie odpowiedziałam.
— Opatrzność nam pobłogosławiła.
Wybuchnął kaniem.
— Honor mego starego przyjaciela ocalony. Wszystkie długi — umniejszałem trochę przed panią — wynoszące 2 miliony 500.000 franków, zapłacone całkowicie bez udawania się o pomoc do Hervelinghemów. A nawet, a nawet....
Znowu zaszlochał.
— Pozostaje pani Liembrune....
Usiadł ciężko i dodał:
— I nadzieje....
Tkwił we mnie rodzaj szału, szału nieczułości, upartego buntu rozpieszczonego dziecka, które kułaczki pokazuje nadto dobrym rodzicom i drwi sobie tak samo z kary, jak i wszelkiej nagrody. Podziękowałam z całym spokojem zacnemu człowiekowi, wyczerpanemu zmęczeniem, którego podtrzymywała przedewszystkiem nadzieja, że sprawi mi wielką radość.
Ta oziębłość go rozgniewała. Zapomniał na chwile o ojcowskiej serdeczności, którą wmówił w siebie, że dla mnie odczuwa i przybrał dawniejszą srogą minę. Rozbroiłam go, wyciagając do niego obie ręce. To wszystko, co mogłam uczynić. Myśl ucałowania tej śmiesznej twarzy o dreszcz mnie przyprawiała.
Gdy uścisk ręki obudził w nim na nowo serdeczność ojcowską, p. Desosteux zaczął mi wszystko wyjaśniać. Najprzód, sprzedaż dziesięciu tysięcy akcyj zbankrutowanego przedsiębiorstwa, przezornie uskuteczniona przed ostateczną katastrofą, przyniosła ładną sumkę. Chciałabym to wszystko ze swej strony wytłumaczyć, ale trwałoby to bardzo długo, a były chwile, w których myślałam o czem innem, właściwie o niczem.
Najlepiej się udało z licytacyą pałacyku, z tem, co pan Desosteux nazywał „nieruchomością z przynależnościami“, to znaczy z ogródkiem, obrazami, dziełami sztuki, cennymi drobiazgami, rzeczywiście licznymi i wyborowymi, na czem znałam się dobrze. Opatrzność namn dopomogła zapomocą różnych agentów, Anglików, pod wodzą lorda Belfort, Hiszpanów pod wodzą księcia de Ciudad i szlachetnie urodzonych Francuzów, którymi dowodził pan d’Hauraucourt, a wreszcie tłumów bogatych burżujów, nie chcących dać się ubiedz wspaniałomyślności magnatów.
Był to prawdziwy szał licytacyjny, który Paryż dotychczas pamięta.
Słowem — a to słowo jest dość długie, mój Boże — zachowałam Liembrune z „ruchomościami i przynależytościami“, składającemi się z zamku, podwórza, wież i t. d., i z gruntów rentowych, to znaczy: (panowałam nad sobą usilnie, aby nie zgrzytać zębami, a zostało mi to pewnie policzone pomiędzy zasługi) — folwarku o 220 hektarach ziemi, wydzierżawianego za 11.000 franków, lasu o 200 hektarach, przynoszącego „w złym czy dobrym roku“ 8000 franków; około dziesięciu domków z ogródkami w miasteczku Liembrune, przynoszących około tysiąca dukatów.
Nareszcie, jako szczyt szczęścia, w tym samym dniu, w którym nasi przyjaciele dowiedzieli się o szczęśliwem rozwiązaniu interesów i że pozostawał mi jeszcze zamek Desert, jakiś Anglik się zgłosił i najął go za 3000 franków. Notaryusz pospieszył przyjąć tę propozycyę, śmiejąc się w duszy z naiwności Anglika: zamek wynajmowany był zawsze tylko za 2000 franków.
Domyślałam się, że Opatrzność posłużyła się tu pośrednictwem Edwarda. Tak było istotnie. Dawniej, moja miłość własna byłaby wyszczerzyła zęby; teraz nie wyłamałam się z mego lodu dla rzeczy tak błahej. Coś w rodzaju zdrowego rozsądku, który mroził we mnie wady, mówił ini, że przyjaciel, posiadający 600.000 franków dochodu, ma przecież prawo nająć za drogo dom przyjaciela, znajdującego się w kłopotach majątkowych.
— Otóż, moje kochane dziecko — (pozwalał sobie tak mówić pan notaryusz w zamian za swoje dobrodziejstwa, gdy dotychczas nazywał mnie kochaną panią) — otóż kochane dziecko, masz teraz 25.000 franków dochodu, który może wzrośnie, ponieważ liczyłem wszystko jak najniżej. A przytem, nadzieje. Ach, tak! Zdawało mi się, że powinienem zrobić tę przyjemność pamięci mego starego przyjaciela, pułkownika Bourgongnon. Zachowałem 70 losów. Zależało mu na nich i spodziewał się wygrać niespodziewanie majątek. Był przekonany, że wygra kilka losów po 500,000 franków.
Oto co nazywamy — nadziejami.
Owe losy, które nigdy czegoś podobnego się nie spodziewały, zastąpiły miejsce dziadków i niezamężnych ciotek milionowych....
— Aha! Zręcznieśmy się zabrali do pracy! — wołał pan Desosteux.
Rzuciłam jeden kawałek lodu na to samochwalstwo.
— Mój drogi panie — rzekłam — kocham pana z całego serca, dziękuję za pułkownika, który w niebie musi być z pana zadowolony. Jesteś pan bez wątpienia najlepszym z przyjaciół, ale nie znasz pan zasad odejmowania. Wszak na jednej z kolumn tych okropnych cyfr, któremi dręczysz mnie od miesiąca, po kilka godzin dziennie, w rubryce długów fikcyjnych, widziałam sumę „6000 franków rocznie“. Te 6000 franków, to pensye po 400 franków, wypłacane przez mego wuja kilku gderliwym wdowom i kilku sierotom, z których zamierzał porobić szewców, czy nauczycieli ludowych. Te pensye będą dalej wypłacane. Pozostaje mi więc tylko 19.000 franków.
P Desosteux upuścił swoją chustkę do nosa.
— Ależ pani, tak rozrzutna i nieporządna, jaką jesteś — (znał mnie od urodzenia) — zaledwie potrafisz wyżyć z tych 25.000 franków. Czy wie pani przynajmniej, co znaczy książka rachunkowa i ułożenie domowego budżetu?
Wyznałam z dumą, że nie mam o tem pojęcia.
— To więc byłaby niedorzeczność! pozwól pani, że w imię starej przyjaźni — tak się wyrażę tak, niedorzeczność wypłacać pensye ludziom bogatszym od siebie.
Chciałam szczerze się zaśmiać, lecz pomimo wysiłków nie mogłam się na to zdobyć. Byłam sztywna, jak skazany na śmierć. Odzyskanie tego mająteczku nie zdołało mnie rozchmurzyć.
Wzięłam ćwiartkę papieru i napisałam:
„Proszę sprzedać natychmiast cztery obrazy, które zarezerwowałam“.
Było to zaadresowane do notaryusza w Paryżu, który prowadził tamtejsze interesy.
Pomimo mego zlodowacenia przykrość mi to zrobiło. Sama kupowałam te płótna, pragnęłam je posiadać, przywiązywałam do nich wielką cenę. Ale wśród zamętu, w jakim się znajdowałam, miałam przecież niejakie błyski rozsądku i dobroci. Zamek, jak mówiłam, wspaniale był urządzony; zachowałam moje srebra i klejnoty. Czyż trzeba było, aby dla większego zbytku wtrącić w niedostatek około piętnaścioro ludzi, których mój wuj lubił i którzy go może także kochali?
Opatrzność ciągle tryumfowała w tej sprawie, a ja ją naśladowałam. Te cztery obrazy przyniosły mi 7000 franków dochodu, to znaczy, że spełniając w dalszym ciągu szlachetne zobowiązania wuja, wzbogaciłam się o 1000 franków rocznie.
Pan Desosteux zacierał ręce, mówiąc mi, że prędzej, czy później wdowy poumierają, a sieroty zostaną szewcami i W ten sposób będę miała 32.000 franków renty, nie licząc nadziei. Zdawał się, zapominać, że wdowy i sieroty rosną na poczekaniu.
Chociaż nie wiedziałam dobrze, jak wyżyć można, mając 26.000 franków dochodu rocznego, odzyskałam jednak szacunek ogółu, który mnie traktował jak zmartwychpowstała. Z wyjątkiem ludzi bardzo dumnych lub nadto rozdrażnionych krytyką mojej impertynenckiej Wysokości, wszyscy wrócili do mnie, nisko się kłaniając.
Ja wszakże nie przyjmowałam nikogo i odpowiadałam zimno na niezliczone listy, które otrzymywałam.
Zresztą być może, iż stałam się nieco inniej samolubna niż dawniej; zdaje się, że dlatego, iż nudy nie pozostawiały miejsca na żadne gorące pragnienia, na stanowczą wolę w czemkolwiek. Byłam zawsze pogrążona w najgłębszej nieświadomości co do tego, czem jest poświęcenie i znowu zatraciłam to słabe poczucie przyjemności w ponoszeniu ofiar.
Urządziłam sobie życie, stosownie do nudów, jakie na zawsze miały być moim udziałem w Liembrune. Otaczająca mnie pustka była przynajmniej wonna i ukwiecona przez lato; a w zimie, miałam ten śnieg, ten kącik przy kominku, te potężne wichry rozbijające się po drogach i miotające gałęziami drzew o stare mury.
W przystępie rozsądku, nie dowierzając moim rachunkowym zdolnościom, zamianowałam sapera kasyerem. Spędziliśmy cały kwiecień jak w komedyi. Można było podziwiać widok rachmistrza, który rachować nie umiał, wdowy, zamiłowanej w oszczędności, która tylko umiała wydawać, i notaryusza, wyrywającego sobie włosy, gdy każdego tygodnia stwierdzał różnicę stu dukatów pomiędzy przychodem a rozchodem.
Pan de Roselle nie przyjechał już ponownie do Liembrune. Spotykałam go czasami. Kłaniał mi się z wielką swobodą. Ani mnie nie poszukiwał, ani nie uciekał przedemna.
Zrozumiałam zmianę, która w nim zaszła: Stał się obojętnym.
Był całkowicie zajęty jakiemś cmentarzyskiem starożytnem i chorobami nagminnemi. Kierował wykopaliskami. To mu przebaczałam. Ale pielęgnować wieśniaków, których wcale nie znał, pod pretekstem, że choroba była groźna, a epidemia szerzyła się gwałtownie we wioskach sąsiadujących z nami, i że nikt nie chciał chorymi się zająć to wydawało mi się dziwactwem.
Mówiłam sobie nieraz, że jeżeli się nie pokazywał, to dlatego, że obawiał się przynieść mi zarazę i powinnam mu była być wdzięczna. A przecież.... Zresztą, nie potrzeba robić otworu w powłoce lodowej, żeby zobaczyć, co się dziać może w głębi mego serca.
Moje serce zamarło dla całego świata.
Serce pana de Roselle zamarło dla mnie.
Zdaje mi się, że nie można sobie życzyć nic lepszego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.