Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część pierwsza/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


MILIONOWA WDOWA.

(Ch. d'Hericault: "Une veuve millionaire“).


CZĘŚĆ PIERWSZA.

I.
Wdowa się prezentuje.

Przyjechaliśmy wczoraj dość późno do Liembrune. Jest to ogromny pałac, niegdyś sławny, o ośmdziesiąt mil od Paryża, w głębi Pikardyi, w pobliżu morza.
Przyspieszyliśmy o kilka tygodni nasz przyjazd na letni pobyt. Idzie tu o moją pełnoletność, moje zamążpójście i o polowanie na dziki.
Obudziło mnie nagle przerażające czerwone światło. Jestem osóbką bardzo odwaźną — mam wiele innych zalet, które z przyjemnością zaznaczę w ciągu tego opowiadania. Ale boję się wielu rzeczy, a przedewszystkiem pożaru. Przerażona, nie wiedząc na razie, gdzie się znajduję, zapominając w tej chwili, że nie jesteśmy już na avenue Montaigne, zaczęłam dzwonić raz po raz gwałtownie, zamykając oczy. Peretka i Finetka nadbiegły z włosami dziwacznie rozburzonymi.
— Ogień, ogień! — zawołałam, pokazując tę straszną czerwoność, oświecającą moje okna.
— Ależ pani wicehrabino — rzekła Peretka, która jest bardzo rozsądną dziewczyną — to słońce wschodzi tak czerwono, na znak, że będzie burza wieczorem.
— Tak sądzisz? Być może. Idź się uczesać. Negliż wcale ci nie do twarzy.
Położyłam się na nowo.
— Przyjdziecie mnie obudzić za trzy godziny. Powiedzcie memu wujowi, że chcę z nim pomówić przed śniadaniem. Idźcie, zabierajcie się, jesteście szkaradne! Z pewnością będę miała zmorę, żem na was patrzyła.
Odeszły spokojnie, wcale nie zastraszone. Jestem dobrą istotą, szczerą, śmiałą, wyższą nad opinię. Jestem kochana przez cały prawie świat, a szczególniej przez moją teściową. To prawda, że moje szczęście byłoby zupełne, gdyby nie to, że mój mąż uczynił mnie sławną we wszystkich częściach świata, gdzie dochodzą dzienniki, a to dzięki swojej śmiesznej śmierci i gdybym nie była kochana przez pana de Roselles. Na szczęście, mój wuj, pułkownik Bourgongnon, jest znany z odwagi; nienawidzi tak samo, jak ja, pana de Roselles i obiecał mi, że palnie go szabla za każdym razem, kiedy poprosi o moją rękę.
Układam się znowu w poduszki. Patrzę przez chwilę na te łunę pożarową, oświetlającą moje okna. Przychodzą mi na myśl kwiaty, liście, świeżość wiosenna. Obiecuję sobie, że wybiorę się na długą przejażdżkę konno do lasu Hardelot, chociaż właśnie w starym zamku tej nazwy mieszka pan de Roselles. Ale on nie opuścił jeszcze Paryża. Nie wie, żeśmy już przyjechali.
Prawdę mówiąc, bardzobym chciała wiedzieć, jakim tajemniczym sposobem dowiaduje się on zawsze o tem, co ja robię, znajduje się ciągle na mojej drodze i zmusza, żebym nieustannie z nim się spotykała. Ach! nieznośny człowiek!
Najprzód, wstrętny jest dla mnie z powodu swego nazwiska kwiatowego i dla tego, że jest potwornie poważny. Następnie, że swojemi przenikliwemi czarnemi oczami zdaje się ciągle mówić, patrząc na mnie: „Oto prześliczna kobieta, najcnotliwsza, jaką można wymarzyć; ale to nie potrwa długo, nie może potrwać. Powinnaby pójść do spowiedzi. Bardzo bym chciał wiedzieć, kiedy spowiadała się raz ostatni?“
Razu pewnego, nie mogłam się powstrzymać, aby nie odpowiedzieć głośno na ten wzrok:
— Raz jeden tylko spowiadałam się od lat ośmiu: w przeddzień mego ślubu.
Było to w pewnym salonie w Paryżu. Narobiło to trochę hałasu, a potem nabrało tajemniczego znaczenia. Ponieważ jednak jestem w istocie bardzo cnotliwa, ponieważ wszyscy są przyzwyczajeni do moich wybryków, przebaczono mi to razem z innemi memi fantazyami. Sądzę zresztą, że wiele mi uchodzi dlatego, że mam sto tysięcy franków dochodu i... nadzieje na przyszłość ładne słówko, którem doprowadzam do wściekłości pułkownika Bourgongnon.
Zadrzemałam wkrótce, myśląc o innych moich konkurentach, bo mam ich całe zastępy, a pomiędzy nimi czterech bardzo poważnych jednego do miasta, jednego na wieś, dwu na zagranicę. Pan de Roselles jest na wszystko razem. Mieszka w Paryżu w zimie, jest naszym sąsiadem w lecie i zawsze wlecze się za nami, gdy jesteśmy w podróży. Konkurentem paryskim jest pan d’Hourancourt; konkurentem na prowincyę pan Castelnau, radca generalny naszego kantonu. Jest oprócz tego szanowny Edward Belford i książę de Ciudad-Celi.
Pomówię o nich innym razem, gdyż oto zasypiam. Ach! tak, rozbudzam się na chwilę, aby powiedzieć, że nie miałby słuszności ten, ktoby mnie wziął za kokietkę, która myśli tylko o wydaniu się za mąż. Doprawdy, że nie.
Siostra mego męża, Albertyna, jedyna osoba, która mnie nienawidzi, zapewnia, że nie jestem zdolna do prawdziwego uczucia. Ale cóż? sama wiem, że jestem śmieszną wdówką: nie ma nic głupszego, jak mąż umierający po miesiącu małżeństwa! Albertyna nie omieszkała tego wyzyskać i utrzymuje, że jeżeli mój mąż umarł tak rychło, to dlatego, że młoda małżonka była tak nieznośna, że młody małżonek wolał umrzeć, niż żyć z nią dłużej.
Było to powtarzane, nieraz, a więc, czyż nie mam prawa, po czterech latach śmiesznego wdowieństwa postarać się o zmianę nazwiska, nie będąc posądzoną o zalotność?
Gdym się obudziła, słońce rzucało już przez moje szyby dwa ogromne pasma złote, przy których bladły róże na dywanie, a potem, całą chmurę małych połyskujących strzałek, z których jedna koniecznie wciskała się w gruby warkocz moich włosów.
Peretka i Finetka przechadzały się, jak księżniczki z bajki pośród tych złotych błysków.
— Peretko — wyrzekłam nagle — powiesz Wincentemu, że będzie mi dziś towarzyszył na Dom Garcia, a ja sama dosiędę Nedii, słyszysz?
Spodziewam się, że mnie słyszała. Poczerwieniała, jak podgarle indyka. Była mowa o małżeństwie pomiędzy nią a tym Wincentym. Od pięciu miesięcy się nie widzieli. Dziewczęta były ze mną w Paryżu, a chłopak, rodzaj majstra do wszystkiego, a nie wiele mający do roboty, pozostał w domu. Co za dziwna rzecz, że takie dziewczęta od krów mają czułe serca i że marzy się im miłość, gdy takie kobiety, jak ja, nie mogą dojść do tego! Jako dobra z gruntu osoba, otaczałam moją łaską tych uczciwych zakochanych.
— Ty, Finetko, pójdziesz do miasteczka poszukać mi tam czegoś, co mogłoby mi posłużyć za welonik.
Wydało mi się, że oblicze Finetki rozpromieniło się na myśl pojechania do Samer: czyżby tam gdzieś był także jaki Wincenty? Ale nie przywiązywałam do tego zbytniej uwagi.
— A co powiedział pułkownik?
— Powiedział, że oczekuje w bibliotece na panią wicehrabinę i prosi, żeby mu poświęciła trochę czasu. Ma pomówić o rzeczach bardzo ważnych.
Ważnych! Jeżeli nie chodziło o małżeństwo, będzie mowa o zdaniu rachunków z opieki. Niema nie bardziej metodycznego, jak stary wojskowy i chociaż mnie ubóstwia i byłby niezdolny oprzeć się najbardziej dziwacznym moim fantazyom, poprzysiągł sobie, że odda mi administracyę mego majątku, skoro skończę dwadzieścia jeden lat. Właśnie w poniedziałek czeka mnie ta awantura. Wszyscy Hervelinghemowie mają się tu zjechać na kilka dni w celu uczczenia mego zbliżania się ku starości. Kochany wuj zaprosił także pana Castelnau i szanownego Edwarda Belfort.
Co do pana de Roselles, byłabym bardzo zdziwiona, gdyby nie wziął udziału w obławie na dziki, która ma się odbyć we wtorek. Zwyczaj chce, aby wszyscy okoliczni myśliwi mieli prawo przybyć, nawet bez zaproszenia. Pułkownik będzie zmuszony przyjąć go jako tako. Gdyż ostatecznie, jest to człowiek pewnego znaczenia w prowincyi, najbardziej szanowany w niebie i na ziemi i chyba zapomocą szabli pułkownik mógłby go się pozbyć.
Zabieram się z całą drobiazgowością do mojej toalety. Znaną jest moja prostota; tutaj, jestem tylko wieśniaczką, ale wieśniaczką, która się ubiera w pierwszych magazynach.
— Pozwól wejść słońcu, Peretko.
Ona otworzyła okna, a ja weszłam na balkon, górujący nad doliną. Od pięciu miesięcy wsi nie widziałam.
— Ach! cudowna okolica! — zawołałam. — Przynieś mi tu zaraz moje sztalugi, tutaj w to miejsce, abym mogła odmalować tę dal błękitną wśród wzgórz.


II.
Idealny wujaszek.

Kochany wujaszek oczekiwał na mnie. Podniósł się z miejsca, gdym weszła, gdyż był to mąż rycerski i odkąd wyrosłam na młodą dziewczynę, traktował mnie z szacunkiem, jaki mężowie rycerscy mają nawet wobec panien służących. Skoczyłam mu na szyję. Pociągnęłam go za szpakowatą bródkę, nastroszyłam wąsy, poburzyłam krótkie i gęste włosy.
— Wuju Tonton — rzekłam surowo — pamiętaj, że musisz teraz pozwolić rosnąć swoim włosom: najprzód, wyglądasz jak żandarm, a nie życzę sobie, gdy wychodzimy razem, wyglądać jak kobieta, którą prowadzą do więzienia. Jeżeli nie zapuścisz dłuższych włosów, oświadczam, że nie wyjdę już z tobą inaczej, tylko w kajdankach na rękach.
Patrzył na mnie ze zwykłym swoim wyrazem osłupiałego zachwytu. Nigdy nie widziałam piękniejszej postawy wojskowej. Był słusznego wzrostu i tył już trochę; silny był jak wół i pomimo tuszy zwinny nadzwyczajnie. Świeża cera, szerokie czoło, śliczny zarost włosów harmonizowały z szaremi oczami o wyrazie prawie zawsze pełnym refleksyi, mówię „prawie“, bo kochany wujaszek łatwo się gniewem unosił.
— Właśnie o tem myślałem — odrzekł oddając mi moje pocałunki — zawsze się zdarzało, że „właśnie myślał“ o moich najdziwaczniejszych wymaganiach. nie chciał bym bowiem wyglądać jak stary strażnik cłowy na twojem weselu. Ale! ale! mam ci dwie ważne rzeczy do powiedzenia. Czy jesteś dobrze usposobiona?
— To zależy od tego, co nazywasz poważnemi rzeczami.
— Ależ, zdaje mi się, Izabelo, że więzy małżeńskie i dary fortuny...
Tupnęłam nogą z gniewem.
— Więc to nazywasz poważnemi — rzeczami! — rzekłam pociągając go za brodę. Mamy co innego do roboty. Ja to właśnie mam ci mówić o poważnych sprawach. Najprzód, słuchaj, przybierz twoją zakłopotaną minę i odpowiedz szczerze na to pytanie: Wuju Tonton, czy jesteś całkiem pewny, że dobrze wychowałeś twoją siostrzenicę? Co do mnie, jestem gotowa uznać cię za doskonałość i traktować z góry tych zacnych ludzi, którzy mnie uważają za egoistkę, zalotnicę, szaloną, tyrana, za dziecko i którzy sobie myślą, że byłam wychowana jak biała myszka.
Powstał z miejsca z powagą.
— Oto moja odpowiedź, całkiem stanowcza.
Skierował się do swego sypialnego pokoju, gdzie była cała kolekcya pistoletów, rusznic i szabel niezdolnych do użycia i szkaradna kasa ogniotrwała, która się otwierała za pomocą wyrazów, jak pieczara Ali-Baby. Po chwili wyszedł ztamtąd z twarzą przejętą i uroczystym nosem, właściwym proboszczom i starym wojskowym, trzymając papier w ręku, złożony we czworo, żółty, postrzępiony na brzegach, którego nienawidziłam, chociaż kochałam zarazem. Nienawidziłam, bo dobrze wiedziałam, że ani ja, ani wujaszek, nie będziemy go mogli oglądać bez łez. Mój wujaszek kochany stawał się bardzo brzydkim, gdy mu łzy spływały po długim nosie, a cóż ja dopiero! Kochałam jednakże ten papier, bo nie posiadam tego niedobrego serca papugi, którem ku zgorszeniu publicznemu obdarzają mnie pogardliwe usta Albertyny i badawcze spojrzenia pana de Roselles.
Wujaszek rozłożył papier i oczy jego zaczynały już wilgotnieć. Było to trochę dla mnie za wcześnie.
— Ty znasz to, pieszczoszko? — spytał mnie głosem bez dźwięku.
— Potwierdziłam w milczeniu. Wiedziałam, że będzie ciągle jedno i to samo powtarzał, a gdybym mu odpowiadała, nigdybyśmy tej rozmowy nie skończyli.
— Nie znałaś swego ojca. Był już bardzo wiekowy, gdy się ożenił. Był to stary gderacz, przed którym wszystko się trzęsło, ale najuczciwszy z ludzi. Zupełnie mój portret. Był prezydentem Izby w Douai. Ojciec jego, również urzędnik, naraził się Karolowi X. i ówczesnemu monarchicznemu stronnictwu. Był przyjacielem Diderota. Twój ojciec był jeszcze bardziej liberalny. Ale to nas nie obchodzi; to był twój ojciec. Przywołał mnie do siebie, — gdy miałaś rok życia — do swego śmiertelnego łoża i rzekł:
— „Bourgongnon, wiesz, nie chcę, aby Izabela była dewotką. Będziesz jej opiekunem. Rozumiesz? Moja żona, a twoja siostra, pozostanie sama jedna. Ty wiesz, że młode wdowy chętnie popadają w dewocyę. Ty jesteś za klasztorami, jak każdy człowiek czułostkowy. Ale jesteś uczciwym człowiekiem; więc pamiętaj żadnej dewoteryi, przysięgasz? Walka o życie, Bourgongnon, wiesz! Żadnej dewoteryi. Zdrowie ciała i umysłu! Przysięgasz?“
— Przysiągłem. W kilka lat później umarła także twoja matka. Przypominasz ją sobie dobrze. Widzę ją jeszcze siedzącą na łóżku. Pięknemi swojemi oczami przerażonego kociaka patrzyłaś na jej twarz bladą i zbliżałaś się na czterech łapkach, czołgając się, aż dotarłaś blisko i wtedy rzuciłaś się ku niej, mówiąc „Zanadtoś blada, mamusiu mamo, masz!“ I podałaś jej słoik z czerwoną pomadą.
Mówiąc to, zacny wujaszek wybuchnął łkaniem. Skoczyłam mu na szyję, ucałowałam serdecznie, otarłam jego i swoje łzy i wyrzekłam:
— A więc, mój wuju, co ci powiedziała mama?
— Powiedziała „Będziesz jednocześnie ojcem i matką dla tej małej. Nie żeń się dopóki ona za mąż nie wyjdzie. Wydaj ją wcześnie zamąż. Nie mam takich samych przesądów, jak mój mąż przeciw szlachcie. Wybierz jej młodzieńca, bardzo młodego, bardzo kochającego, a mniejsza o to, gdyby miał jaki tytuł. Zatrzymaj ją przy sobie póki zamąż nie pójdzie, ale przedewszystkiem, przedewszystkiem, żadnej czułostkowości, żadnych romansów. Byłam bogata, dość ładna i miałam wiernego męża; a nie byłam szczęśliwa; nadto romansów czytałam; powiedz to jej. Dawaj jej poważne książki, żadnych dzieł wyobraźni. Niechaj odbędzie pierwszą Komunię św. nie trzeba, żeby ją wytykali palcami, ale żadnej czułostkowości, przysięgnij“.
— Przysiągłeś i dotrzymałeś słowa także i w tym przypadku. Przed mojem zamążpójściem, czytałam tylko Pawła i Wirginię. Dosyć mnie to nudziło. Miałam iść zamąż za kilka miesięcy. Dałeś mi tę książkę, aby mnie wtajemniczyć w czułości hymenu, jak mówiłeś.
Zacny wujaszek, otarłszy sobie oczy, rozłożył uroczyście papier, na którym były streszczone te ostatnie polecenia.
— Żadnej dewoteryi, powiedział twój ojciec. Żadnej czułostkowości, powiedziała twoja matka; a teraz, powiedz mi: czy widziałaś kiedy księdza u nas w domu, czy to w Paryżu, czy na wsi?
— Nie widziałam, tak samo, jak nie czytałam żadnych romansów, mój poczciwy wujaszku.
— Widzisz więc, pieszczoszko — zakończył tryumfalnie pułkownik — że byłaś cudownie wychowana, ponieważ postępowałem krok za krokiem według woli twego ojca i matki. A zresztą, i cóż? czy jest na na świecie kobieta, którąby więcej od ciebie wielbiono i szanowano? Czyż to nie dowód dobrego wychowania? Czegoż bo mężczyźnie potrzeba? honoru, więcej nic; a kobiecie? cnoty, nic więcej. A ty posiadasz honor i cnotę. Czegoż więcej potrzeba, aby zadowolić męża?
— Tak! właśnie na to czekałam, już jest maż! — rzekłam wybuchając śmiechem. Słuchaj wujaszku Tonton, kogoż mi masz do ofiarowania?
— Najprzód, jest pan d’Hauraucourt, któryby się twojej matce podobał.
— Czy oświadczył się prawidłowo?
— Nie, — bo za mało dodawałaś mu odwagi. Następnie, jest pan Castelnau, który podobałby się ojcu twemu.
— Czy postawił swoją kandydaturę?
— Nie, — bo ty tak ostro z nim postępujesz. Jest także książę de Ciudad, który mnie znowu bardzo się podoba.
Jest jeszcze jeden konkurent — wyrzekłam, spuszczając oczy z hipokryzyą. — Ma całkiem odrębną fizyognomię. Znasz go dobrze, a nawet lubisz od kiedy oświadczył w swoim anglo-saskim dyalekcie, że ożeniłby się tylko z Francuską.
— A, tak szanowny Edward Belfort! Czy z tej strony wiatr wieje? Dlaczegoźby nie? Jest trochę za młody, — dwadzieścia pięć lat ale nie brak mu powagi. Przystojny chłopak, prawie tego wzrostu co ja. Zdaje się być szczerym, chociaż jest Anglikiem. Twoja teściowa zna dobrze jego rodzinę. Nie jest bogaty. Ale ma odziedziczyć, według prawa, które ci łotrzy Anglicy nazywają substytucyą, tytuł i znaczny majątek. Długo może będzie na to czekał, ale ty zato jesteś bogata za dwoje. Ale à propos, czy wyznał ci swoje zapały?
Wzruszyłam ramionami.
— Jakże ty dziwnie jesteś naiwny, wujaszku Tonton! Ciągle ci się marzą śpiewki koszarowe i obrazki, na których kanonier rzuca się do nóg kucharce. Czy sądzisz, że to konieczne?... Czyż nie zauważyłeś, z jaką przyjemnością on ze mną rozmawia? Patrzy na mnie z takim uporem, że gdyby nie był Anglikiem, szukałabym z nim sprzeczki i mogłabym się skompromitować. Czyż nie stara się wszelkimi sposobami, aby się ze mną spotykać, aż do tego stopnia, że jak najczęściej bywa u mojej teściowej, gdy ja tam jestem? Czyż nie szuka sposobności widywania się z tobą i myślisz, że to może z wielkiej czci dla armii francuskiej? Pułkowniku Bourgongnon, upoważniam ciebie, abyś się uśmiechnął jak najprzyjaźniej, gdy pan Edward Belfort przyjdzie z wielkiem wzruszeniem prosić ciebie o wstęp do mego serca.
— Jeżeli jesteś dziś tak poważnie usposobiona, pozostań jeszcze chwilę i pomówmy o interesach.
— Ach! co to, to nie! — zawołałam — dość jednej nieprzyjemności na dzień.
Wincenty stuka do drzwi.
— List do pana pułkownika, który przyniesiono z prośbą o odpowiedź.
— Mam nadzieję — rzekłam, biorąc list z rąk służącego — że nie pozwolisz sobie czytać listów bez mego upoważnienia wuju Tonton. Ale oto właśnie. Gdy się mówi o aniołach, słychać szelest ich skrzydeł. Oto list od szanownego pana Belfort, który prosi, „aby mógł wziąć udział w polowaniu na dzika i ucałować rączki pani wicehrabiny w dniu jej urodzin“. Słyszysz, wuju, czy to nie dość jasne? Obawiam się tylko jednej rzeczy, a to, żeby oznajmienie o jego szczęściu nie zdziwiło go do tego stopnia, by mnie nie spotkało drugie, jeszcze śmieszniejsze owdowienie. Wdowa przed ślubem? Tym razem wyszłabym stanowczo za pana de Roselles, aby się pozbyć wszystkich innych.
Powstał z miejsca rozgniewany.
— Ha, do milion kroć! Uciekłam ze śmiechem, aby wujaszek mógł kłąć dowoli. Moja obecność krępowałaby go oczywiście w dosadnych wyrażeniach, któremni ozdabiał swoje przekleństwa.
Istotnie też, zaledwie odeszłam, usłyszałam jakby huk gromu, wraz z hałasem rozbijanych krzeseł.
Wróciwszy do siebie poszłam przejrzeć się w zwierciedle, w dziesięciu zwierciadłach, gdyż lubiłam nadewszystko podziwiać siebie. Pod tym względem naśladowałam to, co wszyscy czynili. Czyż rzeczywiście mam tak nadzwyczajną urodę? Jestem ładna, nie zaprzeczam, ale znowu nie tak nadzwyczajnie. Nie zachwycam, nie czaruję, pociągam, jak muzyka walca, podniecam, jak wino szampańskie.
Kiedyś, z pewnością opiszę mój portret, ale nie dzisiaj. Nie jestem we właściwem usposobieniu. Wolę składać setki pokłonów przed mojem zwierciadłem, powtarzając:
How are you, Milady Belfort?
Czy kocham Edwarda Belfort? Jakto! ależ bez wątpienia: o tyle, o ile się kocha, jeżeli się kochać nie może. Od kiedy się urodziłam, czułam, że jestem uwielbianą przez wszystkich, którzy mnie otaczali. Zrozumiałam wybornie, że najważniejszą rzeczą na świecie jest to, aby być szczęśliwą. Kochać, to znaczy poświęcać się, krępować, upokarzać. Wystarcza być kochaną.
Z wyjątkiem mego wuja, który jest moim niewolnikiem, z wyjątkiem młodej mojej bratowej, Angeli i teściowej, które są najsłodszemi istotami — moja teściowa szczególnie i nie pojmuję dlaczego, ona, pomimo swoich lat czterdziestu, nie ma setek konkurentów — z wyjątkiem tych trzech osób, wszystkich innych kocham na równi. Jestem dobra i życzliwa, aż mnie to nudzi czasami. Ale oto będę miała dwadzieścia jeden lat, a to przecież rzecz bardzo monotonna, mieć tylko ciągle jednego tylko wuja, aby mu dokuczać. On za mało się broni. A nawet nigdy nie starał się bronić, chyba tylko wtedy, gdy chodziło o oznajmienie mi tego, co nazywa uroczyście „tajemnicą mego życia“. Ta tajemnica, to powód jego nienawiści do pana de Roselles.
Wujaszek miał także, miał raz zachciankę oprzeć mi się, gdy będąc jeszcze dzieckiem, zmuszałam go do nabycia pałacu Lienbrune wraz z 500 hektarami gruntu i lasu. Lecz ustąpił. Ale dlaczego ten zamek tak mnie pociągał? Albertyna utrzymuje, że dlatego, iż był równie dziwaczny jak ja i że tyleż samo było dziwnych pomysłów w moim mózgu, co niespodzianek w tym zamku.
Z jego sławy feudalnej pozostała mu tylko warowna brama z czternastego wieku, pomiędzy dwiema zębatemi wieżami. Długi dziedziniec łączy te wieże z tegoczesnym pałacem. Ten dziedziniec otoczony jest zabudowaniami od zachodniej strony. Dwie linie, które tworzą te budynki, otwierają się pośrodku bramami z północnej i południowej strony, jedna prowadzi do parku, a druga, naprzeciw do ogrodu. Zabudowania, znajdujące się pomiędzy temi bramami a wieżami, służą na mieszkania dla służby, na stajnie i szopy. Pomiędzy temi bramami a zamkiem w małych domkach, mieszkają starzy słudzy, gajowi, a także ojciec Wincenty, który pomimo podeszłego wieku jest zawsze pierwszym leśniczym.
Wszystko to wygląda patryarchalnie i bardzo mi się podoba. Tego by się po mnie nikt nie spodziewał. Ale mój kurzy mózg skłonny jest do patryarchalności.
A jednak sam zamek nie jest wcale patryarchalny. Długa, długa maszyna o jednem piętrze; maszyna z pilastrami, z oknami we framugach, z wysoką bramą banalnie monumentalna i balkonem ciągnącym się przez całą fasadę frontową.
Było to budowane przez pośledniego architekta z czasów pierwszego cesarstwa, który miał pojęcia z ośmnastego stulecia i — z tamtego świata. Można tu pomieścić całą hordę. Często powtarzałam wujowi, że ten pałac zachęca do małżeństwa i licznego potomstwa.
Ten gmach, wzniesiony na kredowym gruncie najbardziej wyniosłego pagórka z pasma otaczającego kotlinę Boulogne, góruje nad całą okolicą. Gdy stanę na swoim balkonie, mogłabym podziwiać roztaczającą się z łatwością na dolinie armię, złożoną z dziesięciu tysięcy ludzi. Ale gdyby pan Edward Belfort chciał mi urządzić serenadę, musiałby wejść po drabinie, mającej 180 stóp wysokości.
Oto siedzę już na moim Nedji, pięknym wierzchowcu, przyjacielu, o miękkiej szerści, o wielkiem wymownem oku, cienkich pęcinach i wydatnej piersi. Wybornie znam się na koniach, bo kochany mój wujaszek uznał, że niema w tem nic niestosownego, nic coby zakrawało albo na dewoteryę, albo na czułostkowość. Nedji chodzi za mną jak pies. Rzuciłby się za mną w ogień. Bardzo często był on moim powiernikiem. Siedząc pomiędzy nim a moim pieskiem Minos, zwierzałam im się, a oni obydwa przyznali mi, że nie zasłużyłam wcale na to, aby być taką komiczną wdową, jak jestem.


III.
Pan de Roselle zjawia się jak meteor.

Oto więc brykam sobie po lesie Hardelot. Nedji czuje, że jest tutaj dla własnej przyjemności, staje, zmienia krok, gdy mu się podoba, podnosi głowę, otwiera szeroko nozdrza, podszyte różowem; spogląda od czasu do czasu na Minosa, wyskakującego z pomiędzy krzaków, jak gdyby chciał iść za jego przykładem. Wincenty jedzie za mną poważnie, na żywym mierzynku. Wiem, że jest śmieszny, ale gdyby siedział na wielkim koniu angielskim, wyglądałby przy nim jak kot, w towarzystwie słonia.
Przyjechałam do tego lasu zamiast przebiegać moje lasy w Liembrune, raz dlatego, że aleje tutaj są szersze, a następnie, aby się przekonać, czy szkaradny de Roselle stanowczo jest czarownikiem i czy domyśli się, że przejeżdżam w jego pobliżu.
Wkrótce o wszystkiem zapomniałam.
Żadnej czułostkowości!“ — to niezupełnie się udało, a raczej cała moja „czułostkowość“, przeniosła się na „piękną przyrodę“. Chciałabym żyć w czasach, w których wielbiono piękną Florę. Pomonę, z jej uśmiechniętą twarzą, w koronie z liści i gron winnych, Dryady, Hamadryady i Artemizę, boginię fontanny. Ileż to razy, będąc małą dziewczynką, marzyłam, że jestem czystą Dyaną, z całą armią psów i nimf, wyrzucającą strzały.
To prawda, że słońce, powietrze, efekty cieniów i świateł, słoneczne aleje, błękitnawe pespektywy w dali lasu, złotawe niebo, chmury z purpurową frendzlą, gazony zasypane tysiącami kwiatów i gałęzie poznaczone żółtymi promieniami, płynące wody, śpiew ptasząt, woń kapryfolium i kępek dzikiej mięty, spokojna orkiestra miryadów różnych owadów, wszystkie te cudowne dzieła przyrody, pieściły moją osóbkę i wprawiały moje nerwy nie w upojenie, bo to wyraz brzydki i pospolity, ale w zachwyt. To majowe popołudnie było cudowne a ja wspaniale usposobiona, aby odczuć cały ten urok. Wczoraj jeszcze znajdowałam się wśród zamętu i gorączki Paryża. Wszystko tu było dla mnie nowe i rozkosznie nagłe. Gdyby to nie było brzydkie porównanie, powiedziałabym, że wszystkie pory mojej skóry otwierały się rozkosznie na pieszczotę świeżego powietrza i czystej atmosfery. Przypuszczam, że w naszym umyśle, w naszej wyobraźni, znajdują się pory, które także tak samo się otwierają i rozkoszują się nowością obrazów, nagłością myśli. Mój umysł zapominał o wszystkiem, aby zająć się zającem, przebiegającym przez ścieżkę, dwoma żółtymi motylami, goniącymi jeden za drugim leniwie, promieniem słońca wytryskującym z pomiędzy gałęzi dębu i padającym na gęstwinę krzaków orzechowych, lub rozsypującym się po kobiercu margieritek, otwierających wielkie, żółte oczy. Nie myślałam o niczem, marzyłam, chociaż istniał zakaz: „Żadnej czułostkowości“. Ach! oto tor kolei żelaznej. Byłam dobrą panią; starym i zaufanym sługom dawałam wiele swobody. Wincenty zbliżył się do mnie. — Jeżeli pani wicehrabina zechce przejść na drugą stronę, to o sto kroków ztąd jest szlaban. Moja krewna jest żoną dozorcy; ma malutka, dwuletnią dziewczynkę, ślicznotę, jakich mało. Pani sobie przypomina moją krewnę, której pani dała w podarunku dziesięć par prześcieradeł. — Chodźmy odwiedzić twoją krewnę i tę małą ślicznotę; dowiemy się, czy te prześcieradła nie potrzebują być zastąpione nowemi. Wjechaliśmy na boczną ścieżkę i wkrótce byliśmy u szlabanu. Długi czas potem drżałam, przypominając sobie co zaszło wtedy. Trzeba pamiętać, że opisuję to wszystko powoli, szczegółowo, a przecież to stało się z szybkością huraganu, a ruchy były jak błyskawice. Baryera była zamknięta. Zsiadłam z konia. Przypięłam tren mojej amazonki do paska według systemu mego pomysłu, który jestem gotowa udzielić na żądanie każdemu. Oczekiwano na pociąg. Przeszłam przez furtkę dla pieszych i widząc, że kobieta po tamtej stronie była zajęta zamykaniem drugiej baryery, skierowałam się do domku, którego drzwi stały otworem. Słychać było huk przybywającego pociągu po za zakrętem, po prawej stronie domku. Dziewczyneczka była w pierwszej izbie. Bawiła się drewnianym żołnierzem. Widzę to wszystko przed sobą i śliczną różową twarzyczką pomazaną na czarno. Czy to mój kapelusz, ubranie, czy pióro było tego powodem? Mała się przełękła i wybiegła z domku płacząc i krzycząc: — Mamo! mamo! Szła ku matce, która wydała straszny okrzyk przerażenia. Dziecko wchodziło na tor i nóżka jej już stawała na pierwszej szynie. Pociąg ukazał się na zakręcie drogi, pociąg pospieszny, kierowany właśnie na te szyny, na których dziecko stało. Nigdy jeszcze żaden hałas nie wydał mi się równie przerażający, a bieg pociągu tak zawrotny: pociąg leciał jak szatański huragan. Myśl mi błysnęła: uratować dziecko! Nic już innego w mózgu nie miałam; niebezpieczeństwo, pewność śmierci, wszystko to rozpłynęło się w niezłomnej woli ratowania dziecka. Zdawało mi się, że był to obowiązek konieczny i że wahać się byłoby podłością, która uczyniła by mnie nieszczęśliwą na resztę życia. Rzuciłam się. Od tej chwili pozostał mi tylko instynkt; żadnej refleksyi, nic tylko przelotne poczucie, błyski świadomości, halasu, urywki spostrzeżeń. Pociąg było 200 metrów, a może o 100 jak go spostrzegłam? Wiem tylko, że zbliżał się przerażająco groźny. Matka, tak samo oszalała jak ja, rzucała się z drugiej strony ku dziecku. Widzę ją z twarzą nagle zmienioną, jak biegnie unosząc ręce w górę, jakgdyby pociąg chciała zatrzymać: „Maryniu! Maryniu! uciekaj! uciekaj, mówię ci, ach! Jezu, miłosierdzia!“ A następnie, cóż jeszcze? usłyszałam głos Wincentego. Nie słyszałam, co mówił, odczuwałam tylko przerażenie wszystkich i coraz bardziej zbliżający się pociąg. Widzę jeszcze mego poczciwego pieska, który także wybiegł no tor i szczekał zajadle na lokomotywę, jakby także chcąc ją powstrzymać. Ze dwadzieścia głów skamieniałych ze strachu ukazało się w oknach wagonów, a pomiędzy niemi zdawało mi się, że widzę głowę Edwarda Belfort.
Dziewczynka, zamiast się zwrócić, szła dalej ku matce, wyciągając rączki do tej, która do niej się zbliżała nie po co innego, tylko chyba, aby los jej podzielić. Dziecko już przeszło pierwsze szyny, ja do nich dobiegałam, gdy lokomotywa była już blisko. Potrąci nas! przewróci zmiażdży! Wiedziałam o tem i wiedziałam, że mam tylko tyle czasu, aby uciec; powinnam tylko odskoczyć. Nie chciałam.
Ruch matki zmusił mnie, że podniosłam głowę. Oto pociąg! Tym razem nie mam już czasu odskoczyć.
Wszystko wokoło jeszcze bardziej się zmąciło. Miałam świadomość, że słońce pięknie świeci, słyszałam wyraźnie śpiew ptaszka na wielkiem drzewie, na liście którego padały promienie tego słońca, przyjaciela, którego więcej już nie zobaczę. Powiedziałam sobie, że to jest pliszka i przyszło mi na myśl, że tak właśnie nazywała mnie Albertyna w chwilach, gdy była w dobrym humorze. Ujrzałam jak w widzeniu moją drogą bratowę i teściowę, które za mnie się modliły!
Potem nie zostało już nic więcej tylko oczy, para wielkich czarnych oczu wśród powiek szeroko otwartych. Patrzyły na mnie z drugiej strony toru z tak rozkazującym wyrazem, żem się aż wstrząsnęła. Co wyrażały? przestrach, nadludzkie postanowienie, wolę tak gwałtowną i rozdzierający lek, tak potężnie magnetyczny, że nic już więcej prócz nich nie widziałam. Twarz, postać nie istniały wcale, tylko te oczy. A przecież ujrzałam tę postać było to jak piorun. Postać ta odrzuciła kobietę wstecz, uczyniła skok olbrzymi prawie przed samą lokomotywą, kopnięciem nogi odtrąciła dziecko po za obręb szyn, rzucając mnie na ziemię i padając obok. Wszystko to było jednym tylko gestem.
Gdy powstałam z ziemi, pociąg już znikał w dali. Mój wybawca jeszcze leżał na ziemi. O ile mi się zdaje, został lekko draśnięty osią lokomotywy. To właśnie uderzenie rzuciło go na mnie silniej, i stało się powodem, żem upadła. Nie myślałam jednak w tej chwili o tem wszystkiem. Porwał mnie gniew, gniew szalony. Być potrąconą w ten sposób i to jeszcze przez pana de Roselle! bo jemu to wszystkie trzy zawdzięczałyśmy życie.
Wincenty był przy mnie i pomógł mi się podnieść. Matka trzymała małą na ręku, pieszcząc ją, błogosławiąc, dziękując Matce Boskiej i wszystkim świętym. Potem nagle, wycałowawszy dziecko, podniosła jej sukienkę i dając klapsy, mówiła:
— Masz, masz, brzydka, nieposłuszna! A co ci mówiłam? Nie wychodź nigdy sama! Masz, żebyś pamiętała, aby nie wychodzić już nigdy sama z domu!
Przerwała swoją naukę, aby spojrzeć na mnie w zdumieniu.
Gdy pan de Roselle z trudem podnosił się z ziemi, ja, z gołą głową, z rozpiętymi i opadającymi na ramiona włosami w dwu warkoczach, cała zapylona z powodu upadku, z podartymi rękawami i rękawiczką zakrwawioną, bo się dotknęłam twarzy, która była podrapana, zwróciłam się ku niemu: byłam wściekła, że mnie popchnął, że mnie rzucił na ziemię, że znalazłam się w śmiesznej sytuacyi, że zostałam uratowana przez człowieka, którego nienawidziłam, który doprowadzał mnie do rozpaczy swoją pogodą i spokojnym śmiechem, zdając się nieustannie karcić moje wady.
Wszyscy wiedzą przynajmniej, że jestem szczera. Nic mnie nigdy nie powstrzyma i nigdy, pod żadnym względem, nie ukrywałam moich wrażeń. Wolałam zawsze być szczerą, szczerość przekładałam nawet po nad sprawiedliwość, nawet po nad dobry ton.
— Jest to zuchwalstwo nie do darowania, mój panie — rzekłam zirytowanym tonem. — Tysiąc razy lepiej dla kobiety jest umrzeć, niż zostać rzuconą w ten sposób na ziemię i tarzać się w kurzu razem z nienawistnemi osobami. Tak! — i tupeęłam nogą wolałabym, żeby mnie pociąg był zmiażdży!! I po co pan się w to mieszał?
Z pomocą Wincentego p. de Roselle powstał z trudnością. Pomimo poważnej sytuacyi, widać było w jego oczach błyski wesołej ironii, co wyprowadzało mnie mnie z cierpliwości. Ta ironia, połączona z wyrazem surowych, myślących oczu, jeszcze bardziej wstrętnym i go uczyniła. Moje słowa: „po co się pan w to miesza“, przypomniały mu snadź Martynę z „Doktora z musu“ — bo z uśmiechem, który rozjaśnił blade i skurczone jego oblicze, zacytował szeptem:
„A jeżeli ja chcę, żeby mnie bił? Mieszaj się do swoich własnych interesów! Patrzcie go tego impertynenta!“
Fizygnomia Wincentego była w tej chwili do odmalowania.
Uczucie sprawiedliwości oburzyło żonę strażnika. Ona także popatrzyła na mnie jak na jaki posąg i zbliżywszy się do pana de Roselle, podała mu dziecko.
— Pocałuj pana, niegrzeczna, tak, uściśnij go dwoma rączkami. Zrobił dla ciebie więcej, niż ojciec i matka. Ach! panie de Roselle, nigdy, nie, nigdy!...
Wybuchnęła płaczem i popatrzyła na młodego człowieka wzrokiem pokornym, który mówił:
„Gdybym wiedziała, że ci to zrobi przyjemność, także bym ciebie ucałowała i byłabym zadowolona; ale wiem, że jestem brzydka i brudną wieśniaczką“.
— Uściskajmy się, Florentyno — rzekł głosem rozśmieszonym, ale nie bij już tej małej. Posiedzę chwilkę u was, zanim kto nie będzie tędy przechodził, którego bym mógł posłać po mój powóz.
Ukłonił mi się ruchem swobodnym, z rozjaśnioną twarzą tak, jak się traktuje mrukliwe dziecko, którego dąsy nie mają znaczenia. To już dopełniło miary mego oburzenia! Gdybym miała broń przy sobie! Miałam tylko spicrutę i rzuciłam nią na niego; widział jak padała; obrócił się, podniósł spicrutę i zabrał ją z sobą. Spojrzałam w około; tak, zdaje mi się, że szukałam jakiejś broni. Ale w tem — zadrżałam.
— Mój biedny piesek leżał na torze w kałuży krwi, przecięty na dwoje. Pomyślałam, że i ze mną by tak było, gdyby nie ten ohydny człowiek. Chciałam umrzeć, tak, to prawda, wolałam umrzeć niż znaleźć się w upokarzającej sytuacyi, w którą on mnie wprowadził. Ale nie, nie chciałam być przeciętą na dwoje i leżeć tak, jak piesek! To byłoby jeszcze gorsze niż rzucenie w pył przydrożny, czarny, który, jestem pewna, miałam i na twarzy, co mnie czyniło komiczną. Szybko się odwróciłam, gdyż jeden tylko Nedji mnie nie potępiał. Patrzył na tę scenę, z uszami naprzód nastrzyżonemi, wielkiemi przerażonemi oczami, prawie takiemi, jak pan de Roselle. I miałam odtąd często widywać w snach ciężkich ten wyraz przestrachu. Mierzynek uciekł, skoro tylko pociąg się zbliżył.
— Życzę sobie, żeby zabrano zwłoki tego dzielnego i wiernego psiny, aby mu piękny pogrzeb sprawić — rzekłam do Wincentego surowym głosem.
Bez kapelusza, z rozwianymi włosami, nie myśląc nawet o otrzepaniu amazonki z kurzu, wskoczyłam na siodło. Dałam „Nedji“ ostrogę; pierwszy raz się to zdarzyło. Puścił się w zawrotny galop i podobna do umarłej dziewczyny z ballady, która przebiega pola i łąki na rozbieganym koniu, przejechałam trzy mile, które mnie dzieliły od zamku Liembrune. Brali mnie za szaloną. Ale to niedługo trwało. Nie omieszkano się dowiedzieć, że zaryzykowałam życie, aby uratować córeczkę Florentyny, a ponieważ tutejsi wieśniacy są dobrymi ludźmi, zapomniano o moim biegu szalonym i rozwianych włosach, żeby pamiętać tylko o bohaterstwie.
Zwykły mój dobry humor wrócił mi niebawem i gdyby nie moja biedna psina, śmiałabym się z zadziwionej miny mego nieznośnego zbawcy, gdy dostał nagle w głowę moją spicrutą. Ponieważ, prawdę mówiąc, przeszkodził, żebym nie była przecięta na dwoje, postanowiłam sobie, że mu jej nie odbiorę.
Wróciwszy do zamku, ujrzałam całą służbę w ruchu i twarze zmienione. Pomyślałam sobie, że prawdopodobnie doszła już tu jakaś niejasna, ale ponura wiadomość o zaszłym wypadku. Tak było rzeczywiście, a nawet trochę więcej.
Rzeczywiście była to twarz Edwarda Belfort, którą spostrzegłam w oknie wagonu. Wysiadłszy na stacyi kolei w Samer, najął powóz i przygnał do zamku. Tam, bez żadnych ogródek, w twardem swojem szwargocie oznajmił memu wujowi, że byłam w niebezpieczeństwie na drodze kolei żelaznej w miejscowości, którą zowią: droga Piekielna.
Wujaszek, ku ogólnemu zdumieniu, omdlał. Właśnie odzyskał przytomność, gdym nadjechała.
Z natury był on energicznymi silnym. Przyszło mi odrazu na myśl, że to omdlenie musiało być oznaką jakiejś choroby.
Nie spojrzałam nawet na Edwarda; skoczyłam na szyję mego kochanego, najdroższego wujaszka i kilka łez popłynęło.
— A Wincenty? — zapytał wuj.
— Nikomu nic się nie stało z wyjątkiem biednego Minosa, który sam jeden chciał cały pociąg zatrzymać.
— Och! bardzo głupia bestya, ale bardzo odważna, jak heroina — dał się słyszeć głos męski nieco gardłowy po za mną.
To Anglik Edward przemawiał.
Wujaszek przycisnął mnie gorąco do serca, następnie podał rękę Anglikowi, którego zresztą znał od lat kilku — (Belfortowie byli przyjaciółmi rodziny Hervelinghem) — i traktował z poufałością, do której go upoważniała znaczna różnica wieku.
— A teraz, pozostawcie mnie na chwilę samym z Ménagem.
Ménage był to stary, odwieczny saper, który tak impertynencko się nazywał.
Popatrzyłam uważnie na wujaszka, a skoro nas opuścił, napisałam słówko do doktora, do Samez, który miał więcej sprytu, niż nauki, prosząc go, żeby przyjechał jutro zobaczyć się ze mną. Zadzwoniłam, dałam ten list do odniesienia i obróciłam się do Edwarda. Patrzył na mnie z zachwytem.
— Beautiful! — zawołał.
Zachwyt jego był szczery, ale mieściło się w nim wiele owej ciekawości, z jaką przypatrujemy się zwierzątkom i to mnie rozdrażniało.
— Czy pan wychowywał kiedy białe myszki? — spytałam go nagle.
Umiałam zawsze go zdetonować. Ale powracał szybko do wielkobrytańskiej flegmatyczności. To jedna rzecz, którą w nim lubię.
Miał także inne, bardzo piękne zalety. Szedł prosto do celu, jak dzik. Był szczery i stanowczy. Był dość przyjemny z wyglądu. Świeża jego cera, duże, bardzo białe zęby, broda nieco wystająca, oczy jasno błękitne i śliczne, wszystko tchnęło w nim młodością i uczciwością. Nie czułam obawy przed stanowczością tego, który miał być moim mężem, jeżeli bowiem pragnę zwycięstwa, lubię także i walkę. Był słusznego wzrostu, jak wszyscy Anglicy. To też nazywałam go czasami szanownym wielkoludem.
— Nie zrozumiałem co to białe myszka. Ale ja proszę mnie dać ładne pani paluszka. Włożyłbym trzy takie ręka w jedna moja.
Z całą bezczelnością zdecydowałam się spalić za sobą jeden z moich mostów.
— Pocóż aż trzy ręce, daję panu chętnie jedną i to wystarczy.
Nie wiem, czy dlatego, że moja fryzura była za mało poważna, a on nie mógł przypuszczać, żeby uroczystość oświadczyn stosowna była w takiem rozczochraniu, dość, że nie zrozumiał i ciągle patrzył na mnie z owym zachwytem, którym młode narody obdarzają każdy fenomen. I nagle, zdawało się, jakby się obudził.
— Idę zobaczyć, jak się ma dobrze pułkownik.
Położył swoje usta na mojej ręce. — A przecież, te oświadczyny wydały mi się bardzo dziwaczne. Poszłam do moich pokoi i powierzyłam się staraniom moich dwu pokojowych.
W pół godziny później, Edward kazał mnie poprosić do salonu.
— Pułkownik ma bardzo dobra, pani ma bardzo dobra, Wincent ma bardzo dobra, Nedji ma bardzo dobra, mierzynek ma bardzo dobra, pan de Roselle ma bardzo dobra. Nigdy nie widziałem odważniejsza clown. To pierwszy bohatyry i skoczki. Zazdroszczę jego skoczenia i odwaga. Wszyscy mają bardzo dobra; na ten powód chcę iść powiedzieć pani Hervelinghein, że wszyscy mają bardzo dobra. Bo hałas, że pani rozcięta na dwie musi biegać po całej drodze koleją i w okolicy, a pani i panna Angela, oni będzie niespokojny, bo oni bardzo mocno pani kochają. Nim włosy sobie wydzierają z rozpaczy, pójdę im powiedzieć, że to pies.
Wydało mi się to objawem delikatności serca bardzo poczciwego, ale niezbyt zakochanego. Zdawało mi się, że gdybym była mężczyzną zakochanym w niezrównanej Izabeli, pozostałabym przy niej, aby się cieszyć jej ocaleniem, a służącego posłałabym z zawiadomieniem.
— Pan pułkownik chciał mnie zaprosić wrócić z tymy damy i zostać aż do o.... oł.... obława dzikie świnie. Pójdę do hotelu w miasto, obok, dla konfi....
— ....tur — dodałam nieco rozweselona. Nie, pan chciał zapewne powiedzieć dla konwenansu?
— Tak — odrzekł z powagą, — dziękuję. Mam nadzieje, że pani za.... za.... rata....
— ....fia, nie, ratyfikuję! Tak, potwierdzam ten układ, ale na miłość Boską mówże pan po angielsku.
Popatrzył na mnie zaniepokojony.
— Czy pani znajduje, że nie mówże dość dobra języka francuska, aby zapytać o ręki młoda dziewczyna francuska?
—Proszę, proszę, pomyślałam — nigdy bym nie znalazła tak oryginalnego sposobu wyznania moich zapałów miłosnych. Ostatecznie, sposób wcale nie głupi.
— Całkiem dostatecznie — odrzekłam — jeżeli młoda dziewczyna choć trochę mówi po angielsku.
— Ona umie. Oh! mercey, mercey!
Fizyognomia jego, nieco komicznie poważna, rozjaśniła się tak rozczulającą szczerością uczucia, że raz jeszcze rękę mu podałam. Przyjął. Myślałam, że pocałuje. Zadowolił się silniejszym uściskiem. Widocznie zdawało mu się, że laskę w ręku zaciska.
Następnie, wydłuży wszy olbrzymie swoje nogi, zniknął mi z oczu, biegnąc prawie. A przecież ciągle miałam wrażenie, że te oświadczyny były jakieś dziwaczne.
Poszłam do pułkownika. Chciałam go wybadać co do tego omdlenia. Ale nie trzeba go uważać za głupiego; umie on doskonale w pole mnie wyprowadzić. To też z całą obrzydliwą hypokryzyą zadał mi pytanie, czy obawa, że mogłam być przecięta na dwoje, nie tłumaczyła dostatecznie silnego wzruszenia wuja, który nie miał na świecie żadnej innej radości, prócz swojej siostrzenicy.
Kazałam zawołać sapera. Chciałam się od niego dowiedzieć, czy pułkownik podpadał czasami takiemu omdleniu. Na jednoby wyszło, gdybym zmuszała jaki posąg do przemówienia.
Przez resztę dnia i podczas kolacyi, pułkownik był zamyślony. Myślałam, że to było wskutek kongestyi. Nie otworzył przedemną swojego serca, żegnając mnie na dobranoc.
— Nie mogę przecież kopnięciem nogą poczęstować człowieka, który ci życie uratował. Bo niema wątpliwości, że ten łotr życie ci uratował. Miałem zamiar szukać z nim zaczepki na przyszły wtorek. Ale byłoby to niesprawiedliwe.
Tupnął nogą o ziemię, rozgniewany.
— Mam tylko jednego wroga na świecie i jest tylko jedna osoba, którą kocham nadewszystko, i trzeba trafu, by ów wróg uratował życie tej istocie!
— Ech wujaszku, dajmy temu pokój; wolę, żebyś mi powiedział, jakie jest twoje zdanie o Edwardzie.
— Jest to człowiek, pełen hamowanego uczucia, jak wszyscy Anglicy. Zresztą szczery, prawy, delikatny, bardzo dobry chłopiec.
— A więc, poślubię go.


IV.
Kochana, bardzo kochana teściowa.

—Oto dzień szczęśliwy dla mnie. Oczekuję dwóch kobiet, które są ozdobą ludzkości. Kocham moją teściowę i bratowę Angelę bez wątpienia, więcej jeszcze niż samego wujaszka.
Było to w sobotę, 7 maja, na trzeci dzień po naszym przyjeździe. Na domiar tego szczęścia, otrzymałam od Angeli karteczkę, w której mi donosi, że Albertyna, z powodu lekkiej niedyspozycyi, przybędzie dopiero w poniedziałek wieczorem, w wigilię obławy.
Trzeba mi zaprezentować Albertynę, póki jej tutaj niema.
Jestto już stara panna, ma dwadzieścia dwa lata. Zresztą, majestatyczna i wyniosła, jak Junona, bardzo piękna dla śmiesznych mężczyzn, którzy lubią gmachy kobiece i myśl ubliżenia jej, mogłaby się zrodzić w umysłach takich tylko ludzi, którzy byliby zdolni porwać naprzykład posąg Strasburga. Mogła więc śmiało podróżować w towarzystwie panny służącej. Miałam przed sobą dwa dni niezmąconej radości, bez tej przyjaciółki pana de Roselle. Zauważyłam, że dumna Albertyna ukrywa swoje pazurki wobec tego nieznośnego człowieka. Gdyby mogła zostać jego żoną!
Ale oto wujaszek wybiera się w drogę wielką landarą, za którą jedzie wóz po rzeczy pani Hervelinghem. Biedny, kochany wujaszek! Gdyby umiał, byłby okrutnie zazdrosny o moje uczucie dla teściowej. Ale ponieważ jest dobry, rycerski, najszlachetniejszy z ludzi, wyjeżdża naprzeciw tej rywalki z najszczerszą uprzejmością i staroświecką galanteryą.
Wyszłam naprzeciw przyjeżdżających aż na koniec ogrodu, który rozciąga się na południowym krańcu wałów i schodzi pochyłością, aż do pierwszych domów miasteczka.
Ach, tak! szczęśliwy dzień! świeżością swoją przypomina mi Angelę, a łagodnem ciepłem ukochaną moją świekrę. Dziś rano, przechadzałam się w parku pod wielkiemi drzewami, strzegącemi zamku od wichrów północy i zachodu. Zdawało mi się, że powietrze było przesiąknięte wonią fiołków. Wiadomo, że każda młoda kobieta posiada swoją woń kwiatową. Ileż to razy, mówiłam do Angeli: „Moje serce pachnie różą a twoje fiołkami“. Tego poranku, przechadzałam się z widmem, utworzonem z tej woni dziewiczej. W obecnej chwili, w ogrodzie, gdzie siedzę, woń jest tak samo słodka, ale bardziej przenikająca: to moja teściowa.
Piękna Flora jeszcze nie bardzo się rozwinęła na tych wyżynach, w początkach maja. A jednak widzę rozciągający się wspaniały dywan pomiędzy drogą, a zamkiem, jak na przyjęcie monarchini. Składa się on z mnóstwa różnych kwiatuszków, pierwiosnków, anemonów czerwonych i róż liliowych... Ale to są kwiaty bez woni. A przecież są także inne, pełne przenikającego zapachu: narcyzy, hyacenty, tuberozy, bzy, które zaczynają się otwierać. Tak, tak, wszystkie te wonie razem, to moja teściowa, ukochana teściowa.
Nie mogę się dość o niej nagadać. Trzeba się na to przygotować. — Czemu nie jesteś moją matką? — mówiłam jej nieraz. — Ależ jestem nią, szalone dziecko; to prawda, że dostałaś tę matkę trochę późno, ale wynagrodzimy sobie czas stracony. — Wtedy rzucam się jej na szyję i całuję malutki dołeczek, który ma na policzku i który nadaje jej pozór tak młodej...
Zdaje mi się, że ma trochę poza czterdzieści lat. Teraz panuje jakaś pasya wcześnie za mąż wychodzić. Mówiła mi, że była młodszą odemnie, gdy ją wydano za pana d’Hervelinghem, a ja nie miałam lat szesnastu wychodząc za mąż. Syn jej miał lat dwadzieścia, gdy się ze mną żenił, a jest temu lat pięć, ponieważ skończę dwadzieścia jeden we wtorek. Ale ona wcale nie wygląda na lat czterdzieści, ma trzydzieści sześć, gdy jest chora, a trzydzieści równo przez cały rok. Straciła męża, gdy miała dwadzieścia trzy lata. Angela właśnie się urodziła. Tych siedmnaście lat, spędzonych w skromnem wdowieństwie, uczyniły, że wygląda jak młoda panna. Ma szczupłą figurkę, białe ręce takie gładziutkie i paznokcie takie błyszczące i zęby takie świeże, żadnego brzydkiego siwego włoska w kasztanowatych włosach i żadnej zmarszczki. Po pod jej błękitnemi źrenicami, błyszczącemi i jakby nieco lękliwemi, jest rodzaj czarnej obwódki, która nadaje jakiś namiętny odcień tej twarzy, pełnej skromności. Jestem pewna, że mężczyzna wyraziłby lepiej wrażenie, jakie ona wywiera. Jest otoczona atmosferą gorącą, a zarazem czystą. Odczuwa się w niej mieszaninę — jakby się wyrazić — zapału i skromności, potęgę, która gwałtownie przyciąga, a jednocześnie zmusza do głębokiego szacunku. Powiedziałam jej kiedyś: Zdaje mi się, kochana matko, że ty od lat piętnastu oszczędzasz swoje uczucia, aby kiedyś zamienić w szczęśliwego bożka Olympu człowieka, którego raczysz pokochać.
Zaczerwieniła się jak młoda dziewczyna. Następnie, przybierając swój zwykły dyskretny uśmiech.
— Co za nieszczęście — rzekła, wpatrując się we mnie badawczym wzrokiem — że byłaś tak źle wychowana!
Ten raz jedyny tylko wyrzekła do mnie te głupie wyrazy, które Albertyna powtarza mi co miesiąc, a spojrzenia pana de Roselle mówią za każdym razem, gdy na mnie patrzy, co zgadza się zresztą z opinią ogólną. Oburzam się zawsze, ilekroć mnie spotka ten komplement, ale moja teściowa ma prawo wszystko mi powiedzieć, więc dodałam:
— Wiesz dobrze, kochana matko, jak bardzo jestem szczera. Nie zdaje mi się, abym kiedykolwiek skłamała. A więc, powiem ci całkiem szczerze, iż nie rozumiem dlaczego wszyscy mężczyźni nie pragną z tobą się ożenić i wolą takie zaspane lalki jak Angela i ja, zamiast tak upajającego bukietu jaśminu, jakim ty jesteś.
Zdawało mi się, że patrzy na mnie z wyrzutem. Jednak, nie jestem pewna, czy całkowicie wyrzekła się myśli ponownego wstąpienia w związki małżeńskie. Wiem, że często oświadczano się o jej rękę. Odpowiadała za każdym razem nie, że nie chce iść zamąż, tylko, że nie pojmuje jak matka może pomyśleć o sobie, nie ustaliwszy wprzód losu swoich dzieci. Podobno mąż jej był z tego samego surowego materyalu, co Albertyna. Nie mogła go kochać, bo jest wesoła jak dziecko, gdy wyjdzie ze swojej przybranej powagi.
Ubóstwiam moją teściowę, a kocham moją bratowę, to znaczy, że gdyby umarła, takby mi było smutno, że musiałabym chyba zmieniać dziesięć razy dziennie tualetę, aby się rozerwać; gdyby zaś moja teściowa umarła, cały miesiąc chodziłabym w szlafroku.
Co powiedzieć o Angeli? Otóż, to głupie i przestarzałe, ale znajduję tylko słowa Tonton, aby ją odmalować: Jest anielska. Gdy ujrzę ją nagle, zawsze myślę o Beatriczy:

Una rosa venuta
Dal cielo in terra.

A gdy widzę kwiat piękny, świeży, powiewny, rozkosznie wonny, także o niej myślę. Ze swoją cerą, którą wzięła po połowie z róży białej i róży herbacianej, z oczami blado-błękitnemi, jak poranek letni, z pociągłym owalem twarzy i prostym noskiem posagów greckich, z figurką wysmukłą i nieco szczupłą (ma dopiero 17 lat), jest obrazem wdzięku, słodyczy i czystości. Jest słusznego wzrostu i wcale nie głupia, co należy do rzadkości. Gdyby sobie na to pozwoliła, mogłaby być uszczypliwa, dostrzega z wielkim sprytem wszystko co śmieszne i miewa bardzo dowcipne wyrażenia. Wtedy to, gdy zrobi dowcipną uwagę i wypowie sprytne słówko, ciekawa jest do widzenia. Czuje się taka nieszczęśliwa, że przez resztę dnia pozostaje milcząca, zawstydzona, jak przygnębiona; i to jeszcze bardziej mi przypomina Béatrix, Benignamente d’umilta vestuta. Zdobywa się wówczas na mnóstwo przymilają cych się pieszczot względem osób, z których sobie zażartować pozwoliła.
Słowem, byłaby doskonałością, gdyby nie miała pewnej wybitnej śmieszności: jest dewotką! Moja teściowa, która jest tylko religijna, pozostawia mnie w spokoju, Angela mnie zamęcza. Ale jakże jej to mieć za złe? Modli się z taką gorliwością, z taką podniosłością ducha, że raz mi się zdarzyło jej powiedzieć:
— Czemu nie wstąpisz do klasztoru?
Popatrzyła na mnie zrazu z nieokreślonym wyrazem, a potem gwałtownie się zaczerwieniła.
— Dlatego — odpowiedziała półgłosem — bo ja kogoś kocham.
Wstałam i zaczęłam tańczyć po pokoju.
— Ach! jakże się cieszę! Ja nie kocham nikogo. Mam serce, ale ono jest jak bębenek. Nie chcę nigdy kochać, aby nigdy nikomu nie ulegać. Ale niema nic przyjemniejszego jak słyszeć takie serduszko, jak twoje, mówiące o miłości.
— I któż to taki?
— Jedna tylko mama wie o tem.
Otworzyłam szeroko oczy.
— Jakto, twoja mama wie? Ale w takim razie to nie miłość!
— Jakże możesz mówić coś podobnego! Ależ pierwszą rzeczą, którą uczyniłam, to zwierzenie się z tem mamie. Zabroniła mi wymawiać jego nazwisko i kazała starać się o nim zapomnieć. Nie mogę. Pojmujesz zresztą, że on się nie domyśla, iż ja go kocham.
— O, la, la! W takim razie niema w tem nic zabawnego. A czy przynajmniej on kocha ciebie?
— Nie wiem.
N— o, byłam pewna. I jakże moglibyście kiedyś się pobrać, jeżeli mu nie okażesz, że go kochasz?
Nic mi nie odpowiedziała.
— Aha! — zawołałam wybuchając śmiechem — modlisz się do Boga, żeby mu to objawił!
— Bezwątpienia. I on to uczyni, jeżeli, jak mam nadzieję, zechce, żebym wyszła za niego. Oto już rok, jak go kocham. Nigdy nie spotkałam bardziej prawego młodzieńca. Ale nie chcę już o tem mówić i ciebie proszę, nie mów już o tem ze mną ani słowa...
Ale oto z pewnością powóz zajeżdża. Schodzę aż do kraty, wychodzącej na drogę, która ciągnie się lekkiem wzniesieniem aż pod zamek.
Landara się otwiera; wujaszek wyskakuje i podaje rękę Angeli, która szybko wysiada i biegnie ku mnie. Wuj wsiada napowrót; kochana „belmera“, pomimo, że młoda i zwinna, nadto jest delikatna, aby zmuszać pułkownika do drapania się po alejach ogrodu, stromych jak drabina; uśmiecha się do mnie, a ja rzucam jej całus. Powóz wspina się zwolna pod górę, a ja tulę moją siostrę W objęciach.
Cała jest różowa a źrenice jej błyszczą. Jestem domyślna, wszystko mi się nagle wyjaśnia.
— On przemówił — mówię półgłosem.
— Nie pytaj mnie o nic; aż jutro powiem ci wszystko — odrzekła z żywością.
I oto skaczemy jak dwie kozy, wybierając najbardziej strome aleje. Przybywamy w samą porę na przyjęcie drogiej teściowej, którą całuję i ściskam po wiele razy. Potem, szepczę zicha do ucha Angeli:
— Jak mi powiesz swoją tajemnicę, wyznam ci moją, która do twojej podobna, ale należy się, żebyś ty pierwsza zaczęła.
Zapominam powiedzieć, że obrzucono mnie pochwałami aż po samą szyję, z powodu owej córeczki dozorcy. Przyjęłam je wszystkie. Nie posiadam żadnej hypokryzyi i lubię stroić się w swoje klejnoty. Nie sprzeciwiałam się więc gdy orzeczono, że jestem bohaterką. Nieprzyjemnie mi tylko było, że musiałam dzielić tę chwałę z panem de Roselle. Lecz hrabina, która jest sprytna i zna się na rzeczy, szybko się załatwiła z tą osobistością, wiedząc jak bardzo jest wstrętny dla mego wuja i antypatyczny dla mnie.
Pułkownik zapytał o Edwarda. Pani d’Hervelinghem odpowiedziała, że był zmuszony odjechać natychmiast do Londynu, lecz zamierzał wrócić w poniedziałek wieczorem, aby się stawić na obławę.
Jego pośpiech nie dziwił mnie wcale. Zdawało mi się, że moja miłość miała większą wartość niż wszystkie miłości i niż świat cały. A dlaczego? Bo to była moja miłość, bo pochodziła odemnie i żałowałam każdego mężczyzny, który był zniewolony kochać inną kobietę, a nie mnie. Czynię może wyjątek dla mojej teściowej i tego jeszcze nie jestem bardzo pewna; gdy ją kiedy przyrównywałam do innych, znajdowałam ją o wiele wyższą; gdy do siebie samej... lepiej nie mówić.
Co do Edwarda, byłam przekonana, że wiodę go do raju. Przypominam sobie, jak był uważający, zakochany, oszalały niemal z miłości przed dwoma laty. Od tego czasu zrozumiał, że powinien być bardziej dyskretny. Rzeczywiście drwiłam sobie z niego, gdym mu w gniewie powiedziała, że jeżeli spodziewał się zmusić mnie, abym wyszła za niego, kompromitując mnie, bardzo się przerachował, bo jak na teraz, ani mi się śni o małżeństwie; a jeżeli w dalszym ciągu będzie snuł się za mną, wpatrując się we mnie obumierającym wzrokiem, jak wielki wierny pies, to ja także, jak psa go będę traktować.


V.
Narzeczony Angeli.

Niema nic nudniejszego, jak niedziele w Paryżu, z wyjątkiem dnia „Grand Prix“. Wszyscy ci ludzie przybrani odświętnie, ponieważ mają na sobie nowe suknie, wyobrażają sobie, że wyglądają wspaniale i patrzą z góry na wszystkich. Na wsi, ludzie odświętni są bardziej dobroduszni; są tacy zadowoleni, że mogą wypoczywać, że o niczem innem nie myślą i poprostu zdają się ubolewać nad tymi, którzy nie wyczerpują się przez sześć dni w tygodniu, aby mieć rozkosz wypocząć siódmego. Zresztą, niech sobie mówią co chcą, ale prawdą jest, że przyroda wypoczywa także w tym dniu, na wsi. Liście są bardziej zielone, kwiaty ładniejsze, a słońce wspanialsze.
Wystąpiła kwesty a kościoła. Załatwiłam ją odrazu. Chodzę na Mszę tylko wtedy, gdy kochana matka jest obecna w Liembrune. Żadnej dewoteryi!
— Nie proszę pana, pułkowniku, żebyś nam towarzyszył — rzekła hrabina, gdy pierwsze odgłosy dzwonów się odezwały, wzywając na nabożeństwo.
— Ależ jakto! — odrzekł rycerski Tonton — jest to moim obowiązkiem i życzeniem; poszedłbym za panią nawet do piekła.
— Nie tam chcę pana zaprowadzić — odrzekła z dyskretnym uśmiechem.
Z zamku do kościoła był jeden kilometr drogi. Ranek był prześliczny, więc nie kazano zaprzęgać do powozu. Oto schodzimy przez aleje ogrodu. Czy powiedziałam, że cała moja czułostkowość skupiła się na kwiatach, a dewoterya na słońcu? Słońce było takie pieszczotliwe, hyacenty towarzyszyły mi tak przejmującym zapachem, że czułam się dobrze usposobiona względem Stwórcy. Powiedziałam sobie, że z czasem stanę się szanowną matroną i że trzeba się starać, aby angielska rodzina Edwarda nie potrzebowała się oburzać.
Być może, iż przykład Angeli i pani Hervelinghem przyczynił się do mojej powagi. Miały oblicza tak pełne uroczystego nastroju i słodyczy, że zachęcały do myślenia o rzeczach, o których one myślały i wymawiania tych samych co one wyrazów.
Wuj Tonton był bardzo piękny. Stał prosto, jak gromochron. Wyobrażał sobie, — przynajmniej tak podejrzywam — że był obecny na cesarskiej Mszy św. 15 sierpnia. Wyglądał jakby chciał powiedzieć całemu światu: „Jestem tu podług rozkazu: prezentuj broń! Na kolana!“
Po śniadaniu, zabrałam Angelę do parku, bardzo pięknego lasu objętości 200 hektarów o starych, wysokich drzewach i gęstych krzakach. Dziko tu było. Nie było tu żadnych ławek, ale znajdowało się dużo pni ściętych drzew, których dotychczas nie uprzątnięto.
Usiadłyśmy na jednym z nich, przy drożynie. Muszę mieć w sobie nieco krwi druidów. Czyż można czuć się nieszczęśliwą w lesie? Widzę przed sobą śliczną polankę zaokrąglającą się przed nami, z której kilka drożyn prowadziło w różne strony: Jedna schodziła w parów, druga znikała nagle, inna kryła się pod gałęzie, które sklepienie po nad nami tworzyły, czwarta unosiła się w górę, ku polom i ukazywała nam w dali, jak na końcu latarni magicznej, kółko cudownego błękitu, wiszące nad kobiercem jasnej zieleni. Dęby nie miały jeszcze liści i słońce dostawało się aż do nas, ale było to jeszcze młode słońce, delikatne, pełne galanteryi. Zdawało się pieścić swoimi promieniami i nas i zielone zarośla, już okryte liśćmi i schodziło aż na murawę pełną stokrotek, pierwiosnków i konwalij, aby nam przynieść całą czarę leśnych zapachów.
— To bardzo nudne, że trzeba będzie kiedyś wyjść zamąż — rzekłam śmiejąc się. — To taka niemądra rzecz, małżeństwo. Wzdrygam się na samą myśl, że oto wychodzisz już z łona fiołków, aby wejść w rodzinę róż bengalskich. Ale zawsze jesteś uroczy, kochany kwiatuszku! A teraz, opowiedz że mi swój romans. Potem ci opowiem o sobie.
Zdaje mi się, że nie bardzo słyszała co mówię i że moje słowa wcale jej nie wzruszyły. Odrzekła mi ze spuszczonemi oczami:
— Byłam pewna, że mnie kocha, tak samo, jak on był pewny, że ja go kocham. Jak przyszło do tego? Wyobrażam sobie, że z miłością to tak samo, jak z wiarą. Wierzy się, czuje się, że się ma słuszność wierzyć; umarłoby się raczej, niżby się wierzyć przestało, a takie to zdaje się widoczne, że można ręką dotknąć. Ale nie wie się zazwyczaj, jak to przyszło, ani jak się to odczuwa. Kocha się, jest się kochanym; nic się nie powiedziało, ani słowem, ani spojrzeniem, ale wszystko się rozumie. Przedwczoraj przyjechał prosić mamę, aby mu pozwoliła starać się o moją rękę. Jest trochę trudności z powodów majątkowych. Ale to się zrobi i zresztą, dość już na raz tego szczęścia, że wyznał swoją miłość. A teraz na ciebie kolej, kochana „tarninko“, bo rzeczywiście do tarniny jesteś podobna z tą zdecydowaną, szczerą wonią i ostrymi kolcami. A znasz przysłowie: Tarnina rośnie tylko na wyżynach.
— Mów dalej, kochanie — odrzekłam. — Ja jestem zimna jak ryba i zmroziłabym twoje milutkie serduszko. Jakież to są owe trudności?
— Daruj, żem ci jeszcze jego nazwiska nie powiedziała; obiecałam mojej matce, że nikt nie będzie wiedział. Otóż jest to p. Edward Belfort.
Razu pewnego, przyłożyłam rękę Peretki do stosu elektrycznego. Śmiałam się potem długo z grymasu, jaki zrobiła. Musiałam zrobić teraz podobny. Zdawało mi się, jakby snop płomieni przez mózg mi się przewalił i skoczyłam, sama nie wiem w jakim celu. Obawiam się, że nie w przyjaznych zamiarach względem Angeli. Na szczęście, pośliznęłam się na suchych liściach, których słońce jeszcze z wilgoci nie osuszyło i upadłam.
Ona nie podniosła oczu, nie mogła więc widzieć grymasu, który spłoszyłby nawet samego pana Hauraucourt, tego z moich otwartych konkurentów, który prawdopodobnie najbardziej mną się zachwycał. Pochyliła się ku mnie. Anielska jej twarzyczka miała wyraz tak serdecznie zaniepokojony i tak było widoczne, że kocha mnie szczerze, całą siłą swego niewinnego serca, że wściekłość moja zniknęła odrazu.
— Co się stało, moja droga? — zapytała zaniepokojona.
— Nigdy jeszcze nie skłamałam. Trzeba było to zrobić po raz pierwszy. Winna temu była miłość, którą odesłałam do stu — beczek mojego wuja.
— To nic, Angelo, małe oszołomienie. Nie połyka się bezkarnie całego pociągu kolei żelaznej. Ale to już przeszło, mów dalej, to mnie do reszty oprzytomni. Lecz powiedz mi, od jak dawna on ciebie już kocha?
Odpowiedź interesowała mnie więcej, niż wszystko inne; serce biło z niepokoju.
— Powiedział mi, że mnie kocha prawie od dwóch lat. Ty wiesz, jaki on we wszystkie dokładny.
A więc od chwili, kiedy postąpiłam z nim szorstko, ta myśl pocieszyła trochę, bardzo niewiele, moją miłość własną.
— Ale — mówiła dalej Angela — powstrzymywał się z powodu kwestyj pieniężnych. Wiesz, że kiedyś ma być bardzo, bardzo bogaty i wraz ze spadkiem ma otrzymać tytuł po dalekim krewnym, lordzie Belfort. Ten lord go nienawidzi; nie zna go wcale i jest protestantem, gdy Edward należy do katolickiej linii Belfortów. Nie może go wydziedziczyć (jest to bowiem to, co nazywają substytucyą czy majoratem). Ale nie daje mu ani grosza ze swego majątku. Edward utrzymuje, że on jest w swojem prawie i o nic go nie prosi. Posiada obecnie tylko 400 funtów dochodu, co wynosi około 10.000 franków, a ja mam w posagu 100.000 franków. Mama w zasadzie dała swoje przyzwolenie. Lecz mówi, że trzeba czekać. A więc, będziemy czekać dwanaście lat i więcej, jeżeli będzie potrzeba. Edward pojedzie do Australii. Mama wymagała, aby lord Belfort został pierwszy o tem zawiadomiony i żeby, o ile to możebne, zdobyć jego przyzwolenie. Dla tego to Edward pojechał natychmiast do Londynu, ale wróci z pewnością na wtorkowe polowanie. Kazał mi tobie powiedzieć, że bardzo żałuje, jako jeden z twoich starych przyjaciół, że nie będzie obecny w dniu twoich urodzin. Tembardziej, że tobie swoje szczęście zawdzięcza. Nigdy nie byłby się ośmielił prosić o moją rękę, gdybyś go nie była zapewniła, że nie mówi zbyt śmiesznie po francusku. Domyślisz się teraz, dla czego ciebie prosiłam, abyś mnie nauczyła po angielsku.
Buch! buch! buch! wszystko to na mnie spadało, jak grad. A więc to ja prowadzę tych zakochanych do ołtarza.
Powiedziałam Angeli, że później kiedyś opowiem jej o moich awanturach miłosnych, a teraz chcę wrócić do siebie, by trochę wypocząć.
Opuściłam ją bardzo szybko, ale była taka zadumana o Edwardzie, że gdybym jej była nawet język pokazała, nie byłaby tego zauważyła. Pobiegłam do wuja i skoczyłam mu do gardła. Musiałam mieć zły wyraz twarzy, bo zacny wujaszek spojrzał na mnie z przerażeniem.
— A więc uwziąłeś się na mnie, wuju! Pod pretekstem, że mnie kochasz, chcesz mnie pogrążyć w śmieszność, wprawiasz mnie we wściekłość i narażasz na upokorzenia. Wydawszy mnie za mąż za człowieka, który co prędzej pospieszył umrzeć, chcesz mnie teraz narzucić drugiemu, który żeni się z inną. Pan Belfort oświadczył się przedwczoraj o Angelę!
Zachwiał się, bijąc rękami powietrze. Spostrzegłam, że grozi mu znowu jedno z owych dziwnych omdleń. Zawołałam na służbę. Wszedł saper. Zrozumiał, że popełniłam jakąś złośliwość względem jego ubóstwianego pana. Rzucił mi ponure spojrzenie. Zdaje mi się, że chętnie byłby mnie zabił, gdyby to nie stało się nową przykrością dla jego pułkownika. To spojrzenie, zamiast mnie zirytować, spowodowało, że zastanowiłam się nad sobą i pobudziłam odrobinę moich dobrych instynktów. Okryłam pocałunkami drogie, pożółkłe oblicze wuja.
— To nic nie szkodzi, Tonton, drwię sobie z tego. Doprowadzę do szaleństwa resztę moich konkurentów, aby się pomścić i pomnożyć ich liczbę, że będzie ich tylu, ile masz na głowie siwych włosów, których farba nie chce się czepić.
Saper, widząc, że wszystko w porządku, kręcił się jak żołnierz drewniany i wyszedł z pokoju. Zapomniałam powiedzieć, że ten blaszany żołnierz nazywał się nie tylko Ménage, ale przytem jeszcze Baltazar.
Wróciłam do siebie. Dokuczyłam moim obu pokojówkom, darłam, tłukłam różne cenne przedmioty, których szczątki na głowę im rzucałam i w ten sposób dotarłam do wspaniałomyślnej i oryginalnej głębi mojej istoty.
Kazałam zaprządz i pojechałam do miasteczka pomówić z naszym zacnym przyjacielem, notaryuszem Désosteux.
Nazajutrz, jak się łatwo domyślić, cała okolica była poruszona. Mój dwudziesty pierwszy rok wszystkie dzwony wydzwaniały. Ileż to pocałunków i bukietów! Nadeszło mi ich także wiele z zewnętrz, mianowicie od pana d’Hauraucourt, od księcia Ciudad-Coeli, od pana Castelnau, który tłumaczył się z rozpaczą, że nie może wziąć udziału w jutrzejszej obławie. I mnie było żal, że nie przybędzie. Nie wiem, czy go kochałam, ale był to mężczyzna okazałej postawy, a przedewszystkiem wyższej umysłowej kultury. Mówiono, że przeznaczeniem jego jest wejść wysoko na drabinę społeczną, — cóż za śmieszna pozycya!
Gdybym nie była porwana gorączkowym i wesołym wirem tego dnia, a szczególnie zajęta myślą o pewnej fantazyi, która w ciągu popołudnia miała wszystkim głowy pozawracać, byłabym na nowo w gniew wpadła.
Pan de Roselle odesłał mi moją szpicrutę, która tym razem służyła za podstawę wspaniałego bukietu kwiatów. Bukiet pochodził widocznie z Paryża i dowiedziałam się, że ten pan umyślnie tam jeździł, aby wybrać kwiaty. Bukiet otoczony był zieloną wstęgą! Kolor nadziei, nieprawdaż?
Rzuciłam bukiet na ziemię, zdeptałam go nogami. Pułkownik usta zaciskał z gniewu.
Albertyna przybyła o godzinie zapowiedzianej. Nie trzeba przypuszczać, że rzucamy się na siebie z gniewem, przy pierwszem zaraz spotkaniu. Jesteśmy dobrze wychowane, czekamy zawsze, żeby znaleźć się sam na sam i wtedy mówimy sobie rzeczy nieprzyjemne. I to jeszcze czynimy bez gniewu, bez skandalu, z uśmiechem. Ona z natury posiada wiele dumy, a przytem pewien rodzaj nabytej siły moralnej, która hamuje wybuchy tej dumy. Jest tak samo enotliwa jak i ja, tylko, że ja jestem nią, jak Bradamante, a ona jak posąg. Ucałowała mnie z uprzejmą oziębłością.
Około wieczora, w chwili, gdy w całej wsi śpiewano tak głośno, że można było oszaleć albo ogłuchnąć, mój dobry, poczciwy notaryusz nadjechał pod pretekstem, że wuj Tonton stanowczo chciał zdać mi wszystkie rachunki. Kazałam prosić panią i panny d’Hervelinghem, żeby zechciały zejść do nas, do małego saloniku.
Gdybym nie miała tylu rzeczy do opisywania, odmalowałabym mój salonik. Krótko mówiąc był on bardzo miły. Cały różowy, a kolor różowy dobrze przypadał do mojej rozczochranej urody. Salonik ten znajdował się na parterze i miał cztery okna, z których dwa wychodziły na dębową aleję, wiodącą aż do parku, a dwa drugie na dolinę, rozciągającą się u stóp parku.
Dolina ta na samym początku mająca jeden kilometr szerokości, roztaczała się dalej wachlarzowato i tworzyła jakby jezioro pól, wiosek, lasów, osad, — jezioro, mające 30 mil obwodu.
Ten salonik stanowił moje królestwo; wszystko nasycone tam było moją wyłączną wonią; pełno tam było drobiazgów, różnych fantazyj i miało cechę tego oryginalnego nieładu, który jest moim specyalnym wdziękiem. Było tam kilka obrazków, które ni się podobały, tysiące drobnostek, przypominających mi wypadki moich podróży, portret mojej matki, której wzrok zdawał mi się zawsze mówić: „Żadnej czułostkowości!“ „Mogła spokojnie zamknąć te oczy nieco smutne, o nieśmiałym, pełnym wahania wyrazie.
Gdy byłam młodsza, zadawałam sobie czasami pytanie, czy ten wzrok nie wskazywał, iż nie miała zupełnej pewności, czy jej przykazanie było dobre i czy egoizm, który, jak to zaleciła memu wujowi, aby był regułą mojego postępowania, mógł być rzeczywiście źródłem szczęścia. Lecz samowola, pełna wymagań i fantazyj, czyniła mnie dotychczas szczęśliwą i powiedziałam sobie, że stanowczo lepiej zmuszać innych, aby nam ulegali, niż samemu im się kłaniać. Z dumą uśmiechałam się do tego portretu, powtarzając, że nigdy nikomu nie ustąpiłam, nigdy nie płakałam i łzy uznawałam za objaw poniżający.
Biblioteczka, złożona z książek „nieczułych“ i dzieł klasycznych, naukowych, opisów podróży, godziła się, jak mogła, z koliami, bransoletami, pierścionkami, a przedewszystkiem z lekką dubeltówką, którą miałam się posługiwać jutro, tam, w lasach Mont-Corbeau, rozciągających się naprzeciw zamku.
Czuję się przecie tak samo zadowolona z tego, że jestem dobra, jak że jestem fantastyczką, a ponieważ zamierzałam popełnić coś dobrego, chciałam to uczynić tutaj, gdzie lubię przesiadywać, aby często i żywo sobie to przypominać.
Nadszedł wuj, rozmawiając z notaryuszem, który miał minę zirytowaną. Był to jurysta szorstki, wyniosłej i niezłomnej prawości. Bardzo był do nas przywiązany i martwił się czasem naszymi wybrykami, którym nie mógł zapobiedz.
Kochana teściowa weszła z kolei z obydwiema córkami. O ile to było możliwe dla kobiety, która tak umie panować nad sobą, zdawała się nieco zaniepokojona tem zaproszeniem. Jestem pewna, że zadawała sobie pytanie, jakie nowe szaleństwo urodziło się w moim ptasim mózgu. Jednakże, uśmiech jej zapewniał mnie, że nie posądzała mnie o żadną złośliwość.
Byłam niewypowiedzianie szczęśliwą z niespodzianki, którą miałam jej sprawić.
— Wiesz już — rzekłam — kochana matko, że posiadam wuja, który jest bardziej uparty niż wszystkie muły całej Hiszpanii. Mam także notaryusza, który co do uporu, wcale mu nie ustępuje. Oto już cztery lata mija, jak ci dwaj uparci ludzie zatruwają mi życie, chcąc mi zdać rachunek z opieki, jakgdybym ja była kobietą, któraby ścierpiała nad sobą jakąkolwiek opiekę. Chcąc się uwolnić od tych dwu mułów hiszpańskich, poprzysięgłam sobie, że nie będę znosić tych nieprzyjemności od chwili, w której skończę dwadzieścia jeden lat. I oto nadszedł ten dzień, jak o tem świadczą stosy kwiatów, od których nas głowa boli. Prosiłam ciebie matko, abyś mnie nie odstępowała w tej niebezpiecznej chwili, bo bardzo cię kocham. Następnie, skoro pułkownik jest takim człowiekiem, którego możnaby obwozić na pokaz po jarmarkach, przyjemnie mi będzie okazać w całym blasku jego zalety, jako zarządcy. Podobno więcej niż potroił mój majątek przez lat dwadzieścia. To prawda, że pozwolił sobie mnie żywić, odziewać, ogrzewać, opierać, obsypywać mnie klejnotami i guwernantkami, dać mi jak najgorsze wychowanie, wszystko to ze swojej pensyi oficerskiej, nie biorąc ani grosza z moich pieniędzy.
Poczciwy wujaszek, który oprócz tej pensyi posiada około pięćdziesięciu tysięcy rocznego dochodu, nie mógł się powstrzymać od śmiechu, widząc mnie tak wesołą. Pan Desosteux zabrał teraz głos; przedtem jednak musiał mi przysiądz, że nie będzie czytał żadnych aktów, tylko słownie je streści.
Z tego wynikało, że panna Izabela Lalande posiadała z dniem śmierci swoich rodziców majątek, przynoszący 40.000 franków dochodu, składający się w części z gruntów i lasów, a w części z akcyj i obligacyj kolei żelaznych i kopalni węgla. Owe 40.000 dochodu, dzięki mądrej administracyi Leopolda Bourgongnon, pensyonowanego pułkownika kawaleryi, wuja macierzystego i opiekuna wzmiankowanej panny, wzrosły z dniem dzisiejszym, jako dochód z ziemskich posiadłości, zamków, pałaców, akcyj, kopalni i t. d. do sumy rocznej 109.000 franków z centymami. Do majątku rzeczonej panny, prócz wymienionych, należą dobra, które jej przypadły ze ślubnego kontraktu z Adalbertem wicehrabią d’Hervelinghem. Z tego bowiem kontraktu wynika, że w razie bezdzietności cały majątek małżonka, który zmarł, przechodzi na małżonka, pozostającego przy życiu. Dobra te, które wymieniony pan d’Hervelinghem wnosił do kontraktu, nie uległy żadnej zmianie. Składają się one z zamku zwanego Désert z parkiem i ogrodem, rozległości 16 hektarów, położonego we wsi Désert, stanowiącego tylko pamiątkę, posiadłość ta bowiem przyjemna jako miejsce pobytu, nie przynosi żadnych dochodów; dalej, z trzech posiadłości, przynoszących łącznie 25.000 franków rocznego dochodu.
Po tych słowach, surowy mój notaryusz zrobił ruch nosem, aby strącić binokle i spojrzał na mnie z surowym wyrazem. Ja mu posłałam uśmiech uprzejmy i ozwałam się w te słowa:
— Hrabia d’Hervelinghem, mąż twój, droga matko, niezasłużenie obdarzył swego syna z krzywdą żony i córek.
— Nie jesteś w prawie o tem decydować, drogie dziecko — przerwała moja teściowa z taką surowością, na jaką tylko jej wrodzona łagodność pozwalała. — Uważamy za słuszne, co mu się podobało uczynić.
— Nie, to nie jest słuszne, kochana matko — odrzekłam z zimną krwią, jak to sobie postanowiłam. Najlepszym tego dowo dem, że syn twój miał dwa razy tyle majątku, co wy wszystkie trzy razem, ty, matko, 10.000. a każda z sióstr po 5.000 franków dochodu. Wiesz sama dobrze, jak ciężko wam z tego wyżyć. To niegodne. Postanowiłam sobie zwrócić ten majątek.
Angela pobladła: zbliżał się bożek miłości. Albertyna zachowywała ciągle swoją oziębłą godność.
Nie miała chciwości w duszy. A jednak po nerwowym ruchu jej rąk widziałam, że ta zmiana losu żywo ją poruszyła; zmiana, która mogła od niej oddalić groźne niebezpieczeństwo pozostania starą panną.
Pani d’Hervelinghem, po chwili namysłu, podniosła głowę.
— Jesteś wspaniałomyślna, drogie dziecko — wyrzekła wzruszona — poznaję w tem twoje dobre, szlachetne serduszko. Ale odmawiamy; nasza rodzina, nasi przyjaciele, potępili by nas, gdybyśmy to przyjęli. Nie nalegaj. Albertyna i Angela są tego samego zdania.
— Bez wątpienia, ale ja, kochana matko, myślę inaczej i sprzeciwię ci się z całym szacunkiem i serdecznością. Wiesz, iż na całym świecie nie kocham nikogo więcej od ciebie. Ale kocham po nad wszystko sprawiedliwość i moją wolę. Ten majątek mnie zawstydza, upokarza, do rozpaczy doprowadza, czyni mnie nieszczęśliwą. Zresztą, sprawiedliwość wymaga, aby do was powrócił.
Pani Hervelinghem, ciągle z tym samym spokojnym uśmiechem i spokojną stanowczością, potrząsała głową.
W tej chwili pułkownik powstał z miejsca, położył rękę na piersiach i wyrzekł uroczystym głosem:
— Sam honor przemawia przez usta mojej siostrzenicy. Musi pani przyznać, że sprawiedliwość oświeciła ją swoim blaskiem. Uznaje to pani tak dalece, że gdyby przeciwnie się stało, gdyby Izabela umarła — (zatrzymał się, jakby przerażony tem przypuszczeniem) — i gdyby pozostawiła matkę i siostrę, nie zachowałaby pani przy sobie jej majątku. Uważałaby pani to za rzecz niegodziwą. My także w ten sposób na to się zapatrujemy.
Podniósł z dumą głowę.
— Daję pani na to słowo honoru, że tak jest sprawiedliwie i tak być musi.
Moja teściowa była jednak niewzruszona.
— A zatem — zawołałam — jeśli skoro mnie do tego zmuszają i słuszne powody wystarczyć nie mogą, potłukę szyby, — będę się prawować! Zaraz jutro, zamiast obławy na dziki, wniosę tę sprawę na drogę sądową. I pani hrabina d’Hervelinghem będzie sądownie wezwana do odebrania tego, co jej się należy.
Pułkownik stawał się bardzo czerwony. Gniew w nim wrzał. Wyprostował się jeszcze bardziej, jeżeli to było możliwe.
— Pani — wyrzekł zdławionym głosem — dałem moje słowo honoru.
Pani d’Hervelinghem zadrżała, ona także się wyprostowała i popatrzyła bacznie na wuja i na mnie. Spostrzegła, że był w osłupieniu, zrozpaczony. Co do mnie, wiedziała, że nigdy się nie cofałam przed niczem, że nie obawiałam się niczego, że bez wahania rozpoczęłabym ów śmieszny proces, który mógł się stać skandalicznym. Wiedziała, że mój wuj nigdy nie przebaczy tego, co uważał za obrazę. Przekonała się nareszcie, że słuszność była po naszej stronie.
— A zatem, pułkowniku — rzekła — twoja wola i despotyzm Izabeli odnoszą zwycięstwo. Opierając się, szłam być może za popędem raczej mojej miłości własnej, niż sprawiedliwości. Niechże więc się stanie tak, jak tego chcecie.
Ton jej mowy był dźwięczniejszy niż zwykle. Widać było, że czyni wysiłek, aby nie okazać irytacyi, ale wkrótce wrócił na jej usta dobry, łagodny uśmiech.
— Dobre masz serce, Izabelo. Ale jak zawsze, okazujesz je z pewnym dzikim despotyzmem i po nad wszelką miarę. Będziesz jednak musiała kiedyś pochylić głowę.
Pomyślałam, że nie niemiła nagana, lecz podziękowanie mnie się należało. W każdym razie moja szalona główka zaczynała okazywać wielką zdolność do interesów.
— Nie czynię darowizny, lecz restytucyę; prawo jednak jest tak niedorzeczne, że nie mogę zwrócić cudzej własności jej właścicielowi bez aktu darowizny. a tego aktu uczynić nie mogę, bo nie byłby ważny. Oto co jednak wydobyłam z jurydycznej mądrości pana Désosleux, który mi stawiał zrazu zaciętą opozycyę. Doszłam do przekonania, że należy zawrzeć układ, umowę, czy jak to się tam nazywa w waszym prawniczym języku, panie Désosteux? Tranzakcya, czy kompromis. Zresztą, mniejsza o to. Nie ulega wętpliwości, że uprzywilejowanie majątkowe, przyznane przez hrabiego d’Hervelinghem synowi, jest nieprawne. Podobno nawet jest to jeden z czynów, który ustawa, tak droga panu Désosteux, uznaje za najbardziej krzywdzący i przeciw któremu najsilniej powstaje. Możnaby więc przypuszczać, że gdybym zachowała ten majątek dany nieprawnie, jeden z twoich zięciów, matko, małżonek przyszły Albertyny lub Angeli, mógłby zaprotestować i zrobić mi nieprzyjemność.
Wuj nie ukrywał już swego zachwytu, płakał.
— Zrobimy więc taką ugodę, aby uniknąć wszelkich... wszelkich...
— Sporów — dokończył pan Désosteux ponurym głosem.
— Tak, wszelkich sporów. Układ, mocą którego wyżej wymieniona pani Izabela, oddaje swojej teściowej posiadłość przynoszącą 10.000 franków, a siostrom swego męża posiadłości przynoszące 15.000 dochodu.
— Ależ — rzekła moja teściowa — nigdy jeszcze nie widziano tak dziwnego podziału pomiędzy czterma osobami, z których czwarta nic nie dostaje.
— To prawda, nie zastanowiłam się, Trzeba koniecznie, żebym i ja coś otrzymała, bo inaczej ustawa pana Désosteux, chociaż jest zdziecinniałą już staruszką, gotowa się pogniewać.
Powstałam szybko z miejsca.
— Jakże jestem szczęśliwa i jak bardzo masz słuszność kochana Angelo, mówiąc, że cnota zawsze bywa wynagrodzoną! Od lat już wielu upodobałam sobie zamek Désert. To nie jest własność rodowa d’Hervelinghen’ów. Dostało się im to, niewiem już jakim sposobem, po starej jakiejś krewnej. Nikt z was nigdy tam niebył. Zdawałam sobie nieraz pytanie, w jaki sposób mogłabym posiąść ten klejnocik. Proszę więc dodać, panie Désosteux: „Wymienione powyżej panie ze swojej strony, oddają, zrzekają się — proszę nie zapomnieć „zrzekają się“ — zamku, ogrodu i parku Désert.
Tym razem stanowczo zwyciężyłam; moja teściowa, patrzyła na mnie znowu swojemi kochającemi, prześlicznemi oczami, Angela myślała o Edwardzie, rzucając mi czułe spojrzenia. Albertyna powstała i uścisnęła mi rękę.
— Zdaje mi się, że postąpiłabym tak samo, jak ty, Izabelo — rzekła zawsze majestatycznie. — W każdym razie jest to z twojej strony szlachetnie i bardzo ładnie. Czy chcesz mnie ucałować, zanim się pokłócimy, bo jesteś dzielna i wspaniałomyślna, chociaż czasami bardzo nieznośna, kochana Izabelo.
Tak przeszedł mój dzień urodzin. Gdy wieczorem kładłam się do łóżka, mogłam sobie powiedzieć, że wprawdzie straciłam narzeczonego i doznałam strasznego upokorzenia, lecz uszczęśliwiłam kilka osób. Peretka, która lubiła dzielić się ze mną swojemi myślami, czesząc mnie na noc, powiedziała mi, że w całej wsi śpiewano, moje pochwały, każdy na inną nutę.


VI.
Wielki święty Hubert w chwale.

Budziłam się zwolna. Jutrzenka zapalała różowe światła i jakby mnie witała. Przez czas jakiś nie mogłam przyjść do siebie.
Wedle umowy mieliśmy wstać wraz ze słońcem, ale ono widocznie jeszcze oczy sobie przecierało, gdy się ozwały tony jakiejś muzyki. Z wysokości moich okien, które, jak to mówiłam, wychodziły na wschodnią stronę, dostrzegłam szmat jasno błękitnego nieba, poznaczonego białemi chmurkami, zaróżowionemi po brzegach, tę jutrzenkę, która zapowiadała piękny dzień. Muzyka szła z tej strony i była wyborna. Pod balkonem, na szerokim peronie, ponad doliną grały rogi myśliwskie jedne po drugich; z drugiej strony domu, na dziedzińcu, chór innych rogów odpowiadał. Znałam prawie wszystkie te dźwięki.
Finetka poszła zaglądnąć do okna.
— Proszę ― rzekła, rzucając mi ukośne spojrzenie — to pan margrabia zagrał drugą aryę, a pan de Roselle ostatnią.
Skoczyłam rzuciłam się ku balkonowi: byłabym rzuciła cokolwiek bądź temu intruzowi na głowę, na szczęście przypomniałam sobie, że jestem zupełnie nieubrana.
— Jakto! — myślałam — więc ten pan nie połamał sobie jeszcze kości, jak miałam nadzieję! Bezczelny ma tę niedelikatność, że nadużywa przysługi, którą mi wyrządził, aby się nam narzucić. Będziemy go ciągle mieli na karku będę musiała chyba uciekać z tych okolic, z tych pięknych stron, gdzie mi tak dobrze, z tego mieszkania, urządzonego z miejskim komfortem, otoczonego całym urokiem wiejskim. A pan d’Hauraucourt! jakiż to idyota! W tej właśnie chwili czule rozmawia z człowiekiem, którego nienawidzę! Nie zważa bynajmniej na moją antypatyę i zdaje się nawet niedomyślać, że pan de Roselle mnie ubóstwia! Nie, nie można już być większym idyotą!
Pomyślałam chwilę i znalazłam dobry sposób, aby się pomścić, najprzód, traktować pana de Roselle jak obcego, który, naprzykład, poratował mnie parasolem podczas deszczu; następnie, okazać panu d’ Hauraucourt najkompletniejszą oziębłość.
— Peretko — rzekłam — idź do pułkownika i powiedz, że za godzinę będę na dole. Niechaj śniadanie będzie gotowe na siódmą. Zawiadom panny służące tych pań. A ty, Finetko, uczesz mnie we dwa warkocze, które upnę pod toczkiem.
Peretka wróciła.
— Pan pułkownik wróci na śniadanie o siódmej. Już o świcie wyszedł z ojcem Wincentym, żeby oznaczyć granice.
Wiedziałam o co chodziło, ponieważ wuj dość mi nabił głowę szczegółami, tyczącymi się polowania.
Zeszłam nieco przed siódmą na dziedziniec, który przedstawiał najmilszy widok dla mojej wyobraźni. Był tak obszerny, że mieścił całkiem wygodnie około stu wieśniaków, dzieci i starców, uzbrojonych w miotły, stare rondle, miednice, rogi i trąby przedpotopowe. Wincenty i dwaj inni leśni uzbrojeni, dowodzili tym tłumem.
Na przodzie stoi starzec, chudy jak szczypce, w bluzie i kaszkiecie w kształcie melona. Jest cały pomarszczony, poważny i skupiony w sobie, jak człowiek, na którym cięży odpowiedzialność dnia dzisiejszego. To ojciec Wincenty, stary dozorca sfory. Ma przeszło siedmdziesiąt pięć lat. Obok niego pies, ze spuszczoną głową, ze zwisającemi uszami i zamkniętemi oczami, chwieje się melancholijnie na wysokich nogach; to stary Plumeau, pies gończy, wzorowy i sprawny. Pod samym domem, około dwudziestu myśliwych, szlachty okolicznej i kilku dalszych znajomych, rozmawiają wesoło, oczekując na moje pojawienie się, a raczej na śniadanie. Pani d’Hervelinghem i obie jej córki właśnie w tej chwili zeszły.
Z uprzejmym uśmiechem powitałam gości i podałam rękę niektórym. Pani d’ Hervelinghem i Angela nie chciały osobiście brać udziału w polowaniu i miały zamiar umieścić się na balkonie, zkąd za pomocą dobrej lornety mogły się przypatrywać całemu przebiegowi dramatu. Albertyna, Junona łowczyni, nam towarzyszyła. Ja nie wzięłam noża myśliwskiego, uważając, że byłoby to w złym guście, miałam tylko dobrą strzelbę, lekką a solidną, którą miałam się posługiwać. Albertyna nic nie miała z sobą. Konwenanse zadecydowały, że zostanie powierzona saperowi, który znał las wybornie i był gotów raczej umrzeć niż pozwolić jej spotkać się oko w oko z dzikiem — „oko w oko“ tak mi się podobało, że zaczęłam śpiewać ten frazes na nutę myśliwskiej piosenki.
Pan d’Hauraucourt nie omieszkał ukazać się z tej strony w sieni, która wychodzi na peron. Zbliżył się do mnie z pośpiechem. Wiedziałam, że się we mnie kocha. Cała jego natura, pogardliwie leniwa i szlachetnie obojętna, widocznie się ożywiała, skoro tylko zbliżał się do mnie; spojrzenie jego zimne i zaspane, budziło się i zaiskrzyło. Byłam pewna, że moje oczy wydawały mu się jeszcze bardziej pociągające i piękniejsze, niż moja szkatuła. W każdym razie 150.000 franków rocznej renty nie były do pogardzenia. Nazwisko jego, stosunki i nędzne 25.000 franków dochodu, aż piszczały, aby się z moimi połączyć.
Jednakże, żył z wielką godnością i zamiast robić długi, lub ożenić się dla pieniędzy, wolał, raczej zjeżdżać na śmiertelne nudy, przez sześć miesięcy w roku, do swojej ciotki, pani de Montholieu, naszej sąsiadki. Miał on także posiadłość niedaleko od nas, gdzie był szanowany i lubiony, bo był bardzo dobry, pomimo tego pozoru pogardliwego lekceważenia, które było cechą jego charakteru. Chociaż zdarzało mu się dać trafne odpowiedzi i chociaż miał rodzaj sprytu w rozmowie, nie posiadał wybitnej inteligencyi. Za to spokrewniony był z całą dobrą szlachtą we Francyi i Niemczech. Mniej mi przypadał do serca, niż ten głupiec Edward, mniej dogadzał próżności od mojego księcia hiszpańskiego, mniej imponował inteligencyi mojej od pana Castelnau, ale bez wątpienia, z nich czterech był najbardziej do przyjęcia na męża; a zważywszy na znaczny majątek, jakibym mu wniosła w posagu, moglibyśmy być godną zazdrości parą małżeńską. Posiadał najpiękniejszą, jaka być może, twarz, dumną i zimną postawę, przytem słuszną, sprężystą, muskularną.
Po mojem rozczarowaniu, zadecydowałam, że oddam mu cały mój majątek, a z mego serca to wszystko, co w niem tylko jest trochę solidniejszego. Zapewne, chcąc się pomścić za to, że w myśli oddawałam mu siebie i przyzwyczaić go do dobrych zwyczajów ogniska domowego, przywitałam go bardzo sztywnie.
Wysłuchałam zimno ładnego komplementu, wypowiedzianego o mojem bohaterstwie i obróciłam się plecami skinąwszy mu zlekka głową. Stał przez chwilę zdziwiony, tembardziej, że w głębi serca odczuwał szczerą radość, iż uniknęłam niebezpieczeństwa. Następnie, wracając do swojej obojętnej miny, poszedł przywitać się z paniami d’Hervelinghem, których był dalekim krewnym i z któremi jego ciotka żyła w ścisłych stosunkach przyjaźni.
Ujrzawszy wracającego wujaszka, wybiegłam na jego spotkanie, aż na koniec kurytarza. Rzuciłam mu się na szyję. Był rozpromieniony. Tropy zwierza, które poszedł oglądnąć, aby skontrolować raport dozorcy psiarni, zapowiadały wspaniałe polowanie. Był taki zadowolony, że spotkawszy u wejścia na peron pana de Roselle, powiedział mu, po dość oschłem jednakże powitaniu:
— Panie, uznaję w całej pełni przysługę, którą mi pan wyrządził. Proszę, niech pan wejdzie, wice-hrabina d’Hervelinghem panu podziękuje.
Pan de Roselle postąpił ku mnie kilka kroków. Kulał z lekka; to wszystko, co mu pozostało z wypadku. Znajdowałam, że to za mało za szczęście, jakiego dostąpił, ratując mi życie.
Czym go opisywała? niedokładnie, o ile mi zdaje, pobieżnie, gdy skakał przed lokomotywą. Oto cała prawda: Jest to mężczyzna miernego wzrostu, szeroki w ramionach, szczupłej postaci, rodzaj latawca, lekkiego, a zarazem silnego, stworzonego na to, aby się mógł opierać wichrom i wzlatywać w powietrze. Włosy czarne, jak noc, oczy duże, błyszczące, patrzące prosto, także czarne, w otoczeniu białek śnieżnych, jak u murzyna, zęby białe, które wilczymi nazywają, cera oliwkowa, wąsy bujne, nos nieco spłaszczony, broda tak kwadratowa, że podobnej w życiu nie widziałam i tak uparta, że do wściekłości mnie doprowadzała. Oto rysopis. Zresztą, grzeczny, zimny, pełen rezerwy, podobno śmieje się jak dziecko, gdy jest w towarzystwie przyjaciół lub wieśniaków. Krótko mówiąc, z całej jego istoty wionie porywająca śmiałość i uparta refleksya. Posiadał on nieco majątku, z którego, o ile mógł, oszczędzał, aby wyrestaurować zamek d’Hardelot, który był feudalną fortecą. Zajmował się tysiącem rzeczy, archeologią, historyą lokalną, ubogimi chłopami, proboszczami. Prezydował jakiejś Akademii w departamencie, a uciekając przed politycznemi dyskusyami i prowincyonalnemi kłótniami, większą część roku spędzał w bibliotekach Paryża i Londynu, a resztę czasu zużywał na ćwiczeniach sportowych.
Spojrzałam dumnie na niego; utopił we mnie to doprowadzające do rozpaczy spojrzenie, które tak jasno mówiło: „Jakież to nowe głupstwo popełniła ta szalona pałka od czasu, gdym jej nie widział?“
— Myślę — rzekłam, z trudem się powściągając — że gdybym panu nie podziękowała za kułak otrzymany od niego, trzoda głupców, którą pan szanuje pod nazwą opinii publicznej, obszczekała by mnie za niewdzięczność.
Wesoły i szczery uśmiech odchylił jego usta, ukazując końce wilczych zębów.
— To prawda, że musiałem za silnie panią uderzyć. Trzeba przebaczyć początkującemu; obiecałem sobie, że będę się ćwiczyć, aby na drugi raz delikatniej panią dotknąć.
— Och bardzo dobrze! Zamawiam ja pana nauczyć mnie ćwiczenie. Ale pozwól pan, że ja naprzód podziękuję pani Izabela.
Mówił to mój dziki Edward, który wchodząc przez ogród, zamienił kilka słów z paniami d’Hervelinghem. Dowiedział się od Albertyny o ustępstwie, jakie uczyniłam i leciał mi podziękować. Bydlę to było takie zadowolone, że nie potrzebuje żenić się ze mną, iż mało mi ręki nie wyłamało w uścisku. Następnie zbliżył się do pana de Roselle.
— To panu zawdzięczyć cały mój szczęście — mówił — bo, żeby pani była pokrajany na kawałki od kolej żelazny, co dobrze zasługiwała przez swój piękna postępek z mała dziewczynka, nie byłoby ta darowizna, które zaraz zrobi moje szczęście.
Porwał rękę p. de Roselle i potrząsnął nią z zapałem.
I say, chciał powiedzieć to: pan jest największa heroin ze wszystkich heroin. Ja chciał rozszerzyć w Anglii sport koleja żelazna.
Wuj zbliżył się do nas i rzekł do p. de Roselle:
— Proszę, abyś pan był łaskaw powiększyć grono tych, którzy czynią mi zaszczyt, przyjmując u mnie śniadanie.
— Bardzo panu dziękuję — odrzekł mój wróg z pół uśmiechem, który czynił go mniej żółtym — ale obiecałem już kilku poczciwcom, że z nimi śniadać będę.
Ukłonił mi się z ugrzecznioną swobodą, która oburzyła mnie do najwyższego stopnia. Udałam, że go nie widzę. Oddalił się, a za nim służący z chytrą miną, który niósł jego strzelbę i olbrzymi kosz.
Za chwilę potem widać go było schodzącego w dolinę. Poszedł usiąść w głębi tej doliny, na połowie drogi pomiędzy zamkiem a lasem Mont-Corbeau, gdzie miało się odbyć polowanie. Spotkał tam ze trzydziestu towarzyszy, pragnących dobrze sobie podjeść. Należeli do klasy drobnych właścicieli, majętnych dzierżawców, kapitalistów i emerytów, których pan de Roselle traktował z przyjaźnią, a oni go ubóstwiali i podziwiali. Za mało znaczący, aby otrzymać imienne zaproszenie, a nadto dumni, aby iść na śniadanie bez zaproszenia, urządzili sobie piknik, pilnie uważając, kiedy my wyruszymy z zamku, aby udać się na stanowiska, które jeden z leśniczych miał im wyznaczyć.
Mój wuj wyszedł z sieni i wszedł na dziedziniec pomiędzy myśliwych.
— Ojcze Wincenty — wyrzekł głosem wojskowego dowódcy — zbliżcie się do raportu i oznajmijcie tym panom, coście uczynili.
Stary zdjął szybko kaszkiet i pociągnął linewkę, na której gończy był uwiązany. Pies od razu przestał rozmyślać melancholijnie. Wyprostował się i zdawał się słuchać z dumą myśliwskiej gwary, do której stary dozorca przywykł w pańskich domach. Byłam tego samego zdania, co pies, i zachwycałam się tą gwarą.
— Mnie się widzi — rzekł ojciec Wincenty złożywszy przedtem uroczysty ukłon, zdejmując kaszkiet ruchem zaokrąglonym — widzi mi się, jeżeli mnie wzrok i mój pies nie mylą, że wytropiłem w lasach Mont Corbeau trzy „czarne bestye“. Pierwszym jest „młodzik“, którego znam już dawno z tego, że jest „chytry“. Siedzi w cierniach u dołu lasu, niedaleko od miejsca, gdzie się zacznie obława. Drugi, którego osądziłem, że jest „wielki stary wyga“, obwarował się w „forcie“, z którego nie łatwo wyjdzie i radziłbym nagonce, aby „brała nogi za pas“ jeżeli wpadnie na nich, bo jestto wielka sztuka; na mój rachunek waży on pewnie ze trzysta funtów i potrafiłby zwalić z nóg cały batalion. Trzeci jest na przeciwnej stronie, koło miejsca, gdzie wielki las łączy się z wyrębem zeszłego roku. Jestto maciora z dwunastoma warchlakami. Znajduje się w Trou-au-Loup. Ruszy za pierwszym hałasem i pójdzie prosto pod wiatr, w wyrąb. Trzeba nakazać, aby strzelano do maciory, a nie do małych, bo stanie się wściekłą i bardziej niebezpieczną, od starego samotnika.
W ten sposób mniej więcej przemawiał Nestor myśliwych. Włożył napowrót swój kaszkiet i oba z psem przybrali znowu zamyśloną minę.
Podeszłam ku niemu. Powiedziałam mu kilka życzliwych słów powinszowania, co go z pewnością na cały miesiąc szczęśliwym uczyniło.
Wtedy Tonton zabrał głos znowu:
— Oto już wiemy, czego się trzymać, ojcze Wincenty, spisałeś się znakomicie. Sam osobiście się przekonałem. Proszę wszystkich, niech się zachowują karnie i uważnie. Leśni zrobią porządek i wyznaczą miejsca dla obcych. Paniom wyznaczą stanowiska dwaj Wincentowie. Naganiacze już wyruszyli, bo trzeba daleko okrążyć, aby nie iść pod wiatr i dojść do południowego krańcu lasu, zkąd zacznie się obława. Mamy przed sobą całą godzinę, aby zająć nasze stanowiska. O jedenastej zacznie się granie.
Ranek był ciągle bardzo piękny. Zasiedliśmy wesoło do śniadania, obznajamiając obcych z miejscowością, na której obława odbyć się miała.
Las przedstawia się jak wielki kwadrat około czterech kilometrów długości, a dwu szerokości. Jest położony zupełnie w tym samym kierunku, co wiatr dzisiejszy, z południa na północ. Jeden z długich boków kwadratu, strona wschodnia, rozciąga się ku dolinie, całkiem naprzeciw okien zamku.
Poszłam naturalnie zająć najlepsze stanowisko, na południowym krańcu, naprzeciw zeszłorocznego wyrębu.
Wysokie drzewa kończyły się tutaj, jakby ścięte pod sznur. Przedstawiały ścianę czarno zieloną, mur pni i liści, przed którym rozciągała się płaszczyzna lekko wzniesiona po samym środku, pozwalając oku sięgnąć swobodnie w szeroką przestrzeń trawy i młodych latorośli, zaledwie wyzierających z ziemi. Dalej, dwuletni zapust roztaczał się olbrzymią falą zieleni.
Miejsce, które zajęłam, mniej więcej po środku tej ściany zieleni, o której wspominałam, obok wązkiej drożyny kołowej, jeżeli było najlepsze, to także najniebezpieczniejsze. Ta droga musiała być ulubiona przez dziki, bo nosiła tysiące śladów ich racic.
Oparłam się o stary dąb, wybierając najgrubszy, najprzód dla tego, żeby nie być dojrzaną przez dziki, wychodzące z gęstwiny, a także, aby nie dostać postrzału.
Przede wszystkiem starałam się rozeznać w mojem sąsiedztwie. Mogłam widzieć tylko tych myśliwych, którzy stali po mojej prawej i lewej stronie. Z prawej strony w kierunku doliny, ujrzałam toczek Albertyny. Saper, sztywny, jak drzewiec jego starej siekiery, stał pod drzewem, na którem umieścił Albertynę. Zamieniłyśmy z moją nieprzyjaciółką znak porozumienia, naturalnie uprzejmy.
Któż się znajdował z lewej strony? Powiedziałam sobie, że przebaczyłabym panu d’Hauraucourt, gdyby geniusz miłości o tyle go oświecił, aby go tutaj sprowadzić. Ale nikogo nie dostrzegłam. Ten sąsiad, jeszcze sprytniejszy odemnie, wsunął się w gęstwinę laskowych orzechów i nie widziałam nic więcej tylko koniec lufy od strzelby, połyskującej od czasu do czasu w słońcu.
Spojrzałam na zegarek. Jeszcze kwadransa brakowało do rozpoczęcia zabawy.
Przytuliłam się do mego drzewa i wbrew zasadzie: „żadnej czułostkowości“, zaczęłam marzyć. O czem? Po prostu, sama nie wiem. Myśli moje goniły szczęśliwe, jak owe boginie o których mówią, że lekką i śliczną nóżką muskają czubki kwiatów. Bo też, pomimo wszystkiego, nie mogłam się obronić marzeniom w ten ranek majowy, pełny słońca i woni. One to, owe marzenia, wysyłały moje myśli na te fale zielone świeżo ściętego lasu.
Nic niema bardziej wzruszającego dla wyobraźni, jak ten aksamitny, mieniący się kobierzec młodego lasu. Kępki drobnych gałązek czerwono-purpurowych, z malutkimi, blado zielonymi pączkami, wyrastały nieśmiało w około żółtawych śladów pozostałych po ściętych drzewach. Wysokie trawy spiczaste, ostre a wiotkie, ochraniały te wątłe gałązki, z których miały wyrosnąć drzewa. Tysiące odmian leśnych kwiatów, przez czas długi gnębionych przez krzaki, pokrywające je swoim cieniem, po raz pierwszy rozkoszowały się widokiem nieba. Rozsypywały się wszędzie, wystrzelając po nad trawy i zakrywając młode pędy drzew, nad któremi brały odwet nareszcie. Pięły się ku słońcu, jak gdyby na pociechę, że przez lat dziesięć pozostawały uwięzione.
Ale o tej porze roku, w początkach wiosny, słońce jeszcze nie piecze i nie udziela swego płomienia kwiatkom; najwięcej też pomiędzy nimi jest białych. Są jakby śniegiem wiosennym. Anemony, stokrótki, potrząsają blademi swojemi główkami. Prawie jeszcze zima panuje, ale zima pełna uroku.
Oto już pierwiosnki nie takie drzące i blade, błękitne hyacenty i żółte jaskry. Po nad tym olbrzymim haftem, rozciągającym się na ziemi, wielkie dęby, wznoszące tysiące swoich ramion, jeszcze czarnych; buki, brzozy i klony zaczynają otwierać pęczki. Krzak cierniowy zieje w około różowe listeczki. Gęstwiny orzechów laskowych, topol i wierzb zielenieją; a na ciemno błękitnem niebie, zasianem przejrzystemi chmurkami, Febus-Apollo wyrzuca strzały pomiędzy pół nagie gałęzie, które znaczą drobnemi plamami ciemnemi kobierzec haftowany w tysiączne odcienia zielone.
Ach cóż to jest? dzwon kościoła w Liembrune. O tej godzinie, nie może to być nic innego tylko pogrzeb. Czy podobna, żeby się umierało w maju?
A to co znowu za odgłos; towarzyszy zawsze pięknej pogodzie; i lubię to stworzenie ma ten rozum, że każe innym na siebie pracować.
Ach! oto rozpoczyna się straszliwa kocia muzyka naganiaczy! Niema nic okropniej komicznego od tego hałasu. Do wszystkich instrumentów, o których wspominałam, przyłączają się wycia, okrzyki, wściekłe wrzaski.
Pośród tej powszechnej muzyki, szlachetny róg myśliwski odzywa się to sam jeden, gdy wyczerpani ludzie spoczywają na chwilę, to znowu górując nad grzmotem popękanych rondli. Ten hałas w podziw wprawił śpiewaków przyrody — jak Tonton lubi się wyrażać, — zamilkli wokoło mnie. Jedna tylko turkawka, która zachwycała swoją połowicę łagodnem gruchaniem, nie ustała.
Wyjąca banda zbliżała się zwolna, bardzo powoli; jestto warunkiem dobrej nagonki. Przez czas długi słyszałam tylko rogi, potem kilka strzałów jeden po drugim i jeszcze większy hałas! Dwa wystrzały tam, w górze, na lewo i wrzaski tak gwałtowne, że nie słyszałam już odgłosu rogów!
Nastała długa chwila milczenia. Pierwszy okręg się skończył, przystępowano do drugiego. Wśród milczenia dały się znów słyszeć myśliwskie rogi. Zaczęłam półgłosem nucić tę melodyę. Dało się słyszeć lekkie gwizdanie. Spojrzałam wokoło siebie. Mój zdrajca, Edward, jako dobry Anglik, praktyczny i nieprzyjaciel wszelkiej niewygody, wybrał sobie, o jakie sto kroków odemnie, gruby dąb, pomiędzy gałęziami którego zasiadł sobie dość wygodnie, o dwadzieścia metrów nad ziemią.
Drugi sąsiad, ten, który ukrył się w gęstwinę, wcale się nie ruszał. Widziałam ciągle tylko szczyt lufy od strzelby, która w słońcu, jak gwiazda błyszczała.
Kocia muzyka znowu się rozpoczęła. Zające i króliki zaczęły ukazywać się przed nami. Nigdy jeszcze nie widziałam tych zwierząt w takiem oszołomieniu. Biegły pędem, ze spuszczoną głową, jak gdyby o czemś rozmyślały. Potem zatrzymywały się nagle, jak gdyby nie mogąc już opanować swojej ciekawości, siadały, nastawiały uszu i patrzyły w kierunku, zkąd hałas dolatywał. Prawdopodobnie, zadawały sobie pytanie, co znaczyło to nowe, niebywałe szaleństwo, które ludzi napadło. Wreszcie, gdy nas spostrzegły, rozpoczął się pierzchliwy galop odwrotu.
Nagle, krzyki stały się jeszcze głośniejsze, odgłosy rogów także. Od dołu do góry, na całej linii słyszeć się dały jedne po drugich melodye myśliwskie. Były to hasła, oznajmiające, że „stary samotnik“ się ruszył i usiłuje przebić się przez nagonkę.
Drugi okrąg został już wzięty.
A więc do trzeciego! Na nas kolej. Doznawałam nieco wzruszenia, nie obawy; była to chwila oczekiwania, gorączka myśliwska.
Rogi brzmiały jeszcze od czasu do czasu i znowu ozwały się głośniej. Byłażby to maciora? Serce coraz więcej mi bije. Znam ten odgłos. To wściekłe chrapanie dzika, tak.... tak.... nic innego! Hałas się zbliża. Dziesięć mruczących tenorów towarzyszy temu grzmiącemu basowi. Rzucam okiem na moją strzelbę. Nie śmiem zrobić żadnego ruchu. Zaledwie oddycham. Hałas staje się jeszcze bliższy jest to jakby przygłuszone bębnienie. Już o sto kroków poza mną! o dwadzieścia! o dziesięć! Słyszę kroki, tratujące z hałasem ziemię, chrapanie staje się potężne, prawie przerażające. To rzeczywiście stara maciora, o której mówiono. Przejdzie tędy, tuż obok mnie. Serce mi już nie bije; chciałam odzyskać zimną krew i oto ją mam. Ukazał się czarny potwór, otoczony tuzinem małych stworzeń rudo-brunatnych, z siwemi pręgami wzdłuż ciała.
Przykładam do ramienia strzelbę. Coś mnie zatrzymuje. Wysterczający kawałek odłamanej gałązki. Poprawiam się i to mi zajmuje kilka sekund. Wystrzelam. Słyszę kwik żałośny i cienki. Trafiłam w jednego z warchlaczków. Maciora się zatrzymuje. Odzywają się dwa inne strzały; to mój Anglik z drzewa. Ale znajduje się za daleko: on także trafik w dwa warchlaczki, które dołączają swoje piskliwe skargi do jęków braciszka. Maciora wydaje syk wściekły; zobaczyła mnie, idzie prosto ku mnie. Szerść jej najeżona czyni ją podwójnie wielką, wydaje mi się olbrzymia.
Drżę trochę, bez wątpienia, lecz jestem odważna, chcę być odważną. Widzę wprawdzie, że lufa mojej strzelby nieco się chwieje; strzelam jednak — nieco za nizko; i znowu trafiam w małe.
Nikt nie jest wstanie opisać wściekłości — całkiem zresztą uzasadnionej, — starej matki. Słyszę, jak szczęki jej zgrzytają. Przypominam sobie co mówił stary Wincenty „Zęby maciory są bardziej niebezpieczne, niż kły dzika“. Czuję już, że będę podeptana a potem zmiażdżona.
Chcę się schować za drzewo w chwili, gdy ten ruch zrobiłam, bestya już jest tuż przy niem. Uderza mnie ryjem i rzuca na ziemię. Widzę jej rozpłomienione oczy. Czuję jej pysk blizko mojej twarzy. Zamykam na pół oczy.
Widzę jednakże, że coś skacze; i oto jestem zalana jakimś gorącym płynem, który płynie i płynie. To krew. Jeden z moich towarzyszy wyskoczył na kark maciory. Porwał ją za prawe ucho; gwałtownym ruchem zmusił do przekręcenia głowy i podciał jej gardło, jak rzeźnik.
Powstałam szybko z ziemi. Byłam trochę potłuczona, bardzo mało: bestya uderzyła mnie głową powyżej kłęba i wpadłam w krzaki. Naprzeciw siebie ujrzałam, więcej krwią zlanego niż moja suknia, z nożem zakrwawionym w ręku, mego wściekłego wybawcę On! zawsze on! — pan de Roselle!
Był bledszy niż kiedykolwiek, a spojrzenie jego wyrażało śmiertelny niepokój.
— Pani się nic nie stało? — zapytał głosem zdyszanym, w którym nie było ani cienia jego zwykłej ironii.
Może mi kto weźmie za złe moją słabość i będzie miał słuszność; przyznaję, że w tej pierwszej chwili zapomniałam o mojej nienawiści i o tem, że pan de Roselle okrywał mnie ciężko śmiesznością, dzięki swemu uporowi, aby zawsze być obecnym wtedy, kiedy trzeba mnie było ratować z niebezpieczeństwa. Odrzekłam mu grzecznie:
— Nie jestem wcale zraniona, jestem tylko zabrukana.
Dał wtedy znak swemu służącemu; ten przybiegł z rogiem i podniósł strzelbę, którą jego pan odrzucił o dziesięć kroków dalej. Służący zaczął wygrywać „hallali“ z mocą i — czuło się to wybornie — radością, która sprowadziła wkrótce cały tłum w około nas.
Przybiegła Albertyna. Niecierpiała mnie, ale była kobietą. Otarła mi starannie twarz, zalaną krwią. Co do mnie, śmiałam się jak jeszcze nigdy. Byłam uradowana, że moja ładna osóbka nie zamieniła się w bezkształtną masę. Zresztą, któżby się mógł powstrzymać ud śmiechu przed nami stał Edward, niosąc pod pachą żywe warchlaczki, które kwiczały, i przypatrywał się panu de Roselle ze zwykłą swoją flegmą.
Widząc mnie w niebezpieczeństwie, pospieszył zleźć z drzewa. Zanim jednak to uczynić zdołał, ujrzał pana de Roselle, który by onym ukrytym w krzakach myśliwym, który rzucił się ku mnie, skoro tylko usłyszał mój wystrzał.
Szanowny Anglik zbliżył się do mego zbawcy, nie puszczając warchlaczków.
— Jesteś pan najbardziej heroin z heroin! trzeba, żebym ucałował pana.
Przystąpił i uściskał pana de Roselle, a tymczasem małe sierotki szarpały ubranie całowanego.
Kochany wujaszek nadbiegł. Widząc mnie krwią oblaną, doznał znowu lekkiego oszołomienia; ale natychmiast mu się lepiej zrobiło, gdym mu powiedziała, że nic mi się nie stało.
Pan de Roselle nie czekał na podziękowanie.
— Będę pana prosił — rzekł — o pozwolenie towarzyszenia panu d’Hauraucourt. On utrzymuje, że zranił starego samotnika w drugim okręgu i poszedł w jego ślady, wraz z ojcem Wincentym i wyżłem.
Pułkownik skłonił się na znak zgody i wydał rozkaz Wincentemu, aby pobiegł do zamku i kazał wysłać ludzi śladem zranionego dzika.
— Och! —rzekł Edward do p. de Roselle — trzeba, nim pan pójdzie, żeby mi powiedział, czemu pan nie strzelił do grubej bestyi ze strzelby a rzucił się na nią, żeby zabić ją z nożem i kułakiem.
— Dlatego — odrzekł pan de Roselle z wiecznym swoim uśmiechem — że się obawiałem, aby bestya nie upadła na panią. Czytałem w myśliwskich książkach, że w ten sposób polował jeden z najsławniejszych myśliwych, zwany Clamart, zabijał potwora „jadąc na nim wierzchem“, jak się wyrażał.
— Bardzo dobra, teraz będę zanieść te dwa małe zwierze pannie d’Hervelinghem.
Pan de Roselle poszedł w kierunku, w którym go wyprzedzili pan d’Hauraucourt ze starym Wincentym i psem. Pomyślałam sobie, że pan margrabia, opuszczając mnie na to, aby pójść śladem starego samotnika, okazał się więcej myśliwym, niż zakochanym. Nie mogłabym powiedzieć, aby mnie to nieco nie dotknęło i nie stało się, powodem fantazyi, która strzeliła mi nieco później do głowy, a co nudni ludzie nazywają szaleństwem. Jak na teraz, postanowiłam sobie, że w dalszym ciągu będę mu dokuczać. Zabrano łupy i puściliśmy się w drogę do domu.
Po dłużej nieco trwającej, ma się rozumieć, toalecie, ukazałam się, świetniejsza od jutrzenki. Pan d’Hauraucourt już był wrócił. Ani nie spojrzałam na niego.
Kilka pań, naszych znajomych, przybyło na obiad, który miał w sobie jakiś dziwny urok. Było nas trzydzieści sześć osób. Apetyty były z czasów patryarchalnych, a zapijano, co się zmieściło. Ta uczta, według zwyczaju, panującego w okolicy, przeciągnęła się dłużej: spijano koniak, kirsch, palono papierosy, śpiewano piosnki miłosne i wojenne. Niektóre osoby, którym się zdawało, że jeszcze dość jasno na dworze, zabawiały się w różne odwieczne gry lokalne; moderniści zasiedli do dziwacznego jakiegoś wista, a około północy, zdaje się, wszyscy do domów wrócili.
Kobiety o dziesiątej opuściły salę jadalną. Nie potrzebuję mówić, że ludzie poważni i ugrzecznieni pospieszyli za nami do salonu. Edward i Angela bezczelnie popisywali się swoją czułością. Pan d’Hauraucourt, coraz zimniej przezemnie traktowany, kokietował z Albertyną, która nie brała tego tak na seryo, jak bym sobie była tego życzyła. Byłam pewna, że zdołam jej go, kiedy zechcę, odebrać.
Zresztą, byłam bardzo zajęta rozmową z moją teściową. Napominała mnie za moją niewdzięczną niegrzeczność dla pana de Roselle, a ja — nie wiem co mi przyszło do głowy, lecz jakbyın doznała nagłego rozjaśnienia w umyśle, — rzekłam jej nagle:
— Czy chcesz, matko, abym ci powiedziała, o czem myślisz w chwili, gdy mówisz do mnie? Oto kochasz kogoś, którego nikt nigdy znać nie będzie, bo.... bo.... twój wybór nie jest rozsądny.
Nawet nie zadrżała i ciągle z tym samym spokojem:
— Przerażasz mnie po prostu — odparła całując mnie. — Nie mówmy o tem, powiedz mi raczej, dla czego jesteś niegrzeczna nie tylko dla pana de Roselle, ale także dla pana d’Hauraucourt?
Nie było żadnych powodów; to przyznać sama musiałam. To też, gdy margrabia odjeżdżał, przypomniałam mu, że podczas pobytu pań d’Hervelinghem w Liembrune, odbędą się jeszcze dwa polowania z nagonką. Kochał mnie na prawdę. Piękne jego oblicze się rozpromieniło.
Miałam do zadania Edwardowi trzy pytania, które bardzo mnie zajmowały. Odprowadziłam go na stronę:
— Niech no mi pan szczerze odpowie: Czy kochałeś mnie przed dwoma laty?
— Bardzo, wiele, mocno, z biciem mojego serca, kiedy panią widziałem i kiedy pani nie widziałem.
— A więc, w jaki sposób pan stracił to uczucie?
Ten barbarzyniec mógłby śmiało być posągiem szczerości.
— To nie było tak trudno — odrzekł. — Kiedy widziałem, że pani jest egoistką, powiedziałem sobie, że brał zawsze szczęście dla siebie samego. Potem, słyszałem zawsze pułkownika mówić o wolności myśli, o wolności manier i panią mówić, że „walka o byt“ jest wszystko na tym świecie. Powiedziałem sobie, że się nie żeni, żeby walczyć. Wydarłem miłość z serca i zobaczyłem, że panna Angela nie myśli o walka; ale ona myślała tak, jak moja matka myślała, tak, jak cała ludzkość kobiet myśli dotychczas, że małżeństwo nie jest, żeby wydzierać włosy mężowi.
Byłam naprawdę wściekła, ale gdybym to okazała, ten głupiec mógłby myśleć, że za nim żałuję. Powiedziałam tylko:
— Teraz rozumiem sympatyę pana do warchlaczków.
Nazajutrz, schodząc na dół, ujrzałam pana Castelnau, przechadzającego się w ogrodzie z paniami d’Hervelinghem.
Nie mogę zataić, że gdybym się znalazła na pustej wyspie, przeniosłabym go nad pana d’Hauraucourt. Przewyższał inteligencyą wszystkich mężczyzn, których znałam i wpadałam w gniew, ile razy ktoś twierdził, że pan de Roselle więcej był wart od niego.
Pan Castelnau, miał, o ile mi się zdaje, trzydzieści pięć lat, lecz że był zwinny, ruchliwy i silny, pomimo pewnej godności w zachowaniu, wydawał się całkiem młody. Różowa jego cera, twarz okrągła, nieco papinkowata, ale ozdobiona piękną czarną brodą, krótko przyciętą i starannie utrzymaną, potęgowały to wrażenie młodości. Ciemne oczy, bardzo błyszczące, świadczyły o naturze otwartej, szerokim umyśle, a wrodzona powaga była łagodzona zachowaniem się pełnem słodyczy.
W swojej osobie był on przedstawicielem śmietanki wysokiej prowincyonalnej burżuazyi. Jego przodkowie byli rzeczywiście mieszczanami szlachetnie żyjącymi, jak się wtedy wyrażano, to znaczy, nie zajmującymi płatnych urzędów. Zajmowali zawsze pewne stanowisko w zgromadzeniach prowincyonalnych przed rewolucyą; a po powołaniu do życia stanów generalnych (jaka jestem uczona!) pradziad jego był reprezentantem trzeciego Stanu (bardzo mądra!)
Mówiąc szczerze, nie imponował mi jak pan de Roselle, ale gdybym mogła kogoś szanować, to tylko jego. Tylko w jego obecności najmniej się nudziłam i najmniej miałam ochoty szyby wybijać sąsiadom.
Żył, jak się tutaj wyrażają, z własnych dochodów, które, jeżeli nie stanowiły wielkiego majątku, to przynajmniej dawały mu szeroki dobrobyt, około dwudziestu tysięcy franków rocznie. Uchodził za bezinteresownego.
Bardzo kochał swoją matkę, którą stracił dwa lata temu i właśnie dla tego, żeby być obecnym na nabożeństwie w rocznicę śmierci, nie stawił się na wczorajszą obławę. Bo jeżeli nie był tak gorliwym chrześcianinem, jak pan de Roselle, to w każdym razie więcej, niż pan d’Hauraucourt, który był chrześcianiem okolicznościowym, dlatego, że wypada nim być ludziom z wyższego towarzystwa.
Jestem powna, że serce pana Castelnau zabiło, gdy mnie zobaczył. Było to widoczne w wyrazie jego wzroku.
Gdyśmy wrócili do domu, mego drogiego wujaszka znowu napadły owe duszności, które mnie tak niepokoiły od dni kilku. Tym razem wpadłam w taką złość, że saper musiał mi powiedzieć parę słów prawdy. Już od kilku miesięcy pułkownik doznawał podobnych ataków. Nikt mi przynajmniej nie zdoła zarzucić, że jestem kobietą bez zastanowienia. Posłałam natychmiast Wincentego na kolej. Kazałam mu, żeby przywiózł mi jutro żywego czy umarłego, jednego z czterech sławnych lekarzy, których najbardziej ceniłam w Paryżu, zacząwszy od doktora H....
Ten ostatni który nie życzy sobie, aby wymienić jego nazwisko — przybył nazajutrz około drugiej.
Po dokładnem zbadaniu i wypytaniu pułkownika, dał mi znak i pod tym pretekstem, że udzieli mi rady co do mego zdrowia, odeszliśmy do innego pokoju.
— Nie widzę natychmiastowego niebezpieczeństwa — rzekł mi z uczciwą swoją szczerością; — jednakże, nie radzę spędzać całego lata tak blisko morza, trzeba unikać prędkiego chodzenia, żywszych ruchów, a przedewszystkiem zmartwienia. Podróżujcie sobie państwo zwolna aż do zimy, którą spędzicie w Nicei.
Ach to nie było rzeczą tak łatwą, ponieważ będąc zmuszoną oszczędzać mu gwałtownych wzruszeń, nie mogłam już, jak również, gdy wujaszek się opierał, grozić swoim gniewem i otrzymać gwałtem to, czego chciałam. Ostatecznie, zdecydował się jechać. Przedtem jednak, życzył sobie zgromadzić u siebie wszystkich naszych znajomych. On to sam, mimowoli, podsunął mi myśl fantastyczną, zdolną podpalić całą prowincyę z czterech rogów.
— Nie mówisz mi już nic o swojem amążpójściu — rzekł mi pewnego dnia, — a więc chyba muszę być bardzo chory?
Jak wszyscy wojskowi, rozumiał śmierć tylko na polu bitwy. Starałam się mu wyperswadować, że zdrada szanownego Anglika zbrzydziła mi wszystkich mężczyzn. Nie chciał temn wierzyć.
Wtedy to, na kilka dni przed naszym wyjazdem, w chwili, gdy mieliśmy wstawać od stołu, przy którym wypiliśmy zdrowie wszystkich naszych przyjaciół obecnych, złożyłam to uprzejme a szalone oświadczenie:
— Panowie — rzekłam — opuszczamy te okolice na kilka miesięcy. Mój wuj jest przekonania, że należy zawierać związki małżeńskie. Dał przecież tego z siebie najlepszy dowód. Przekonany jest, z drugiej strony, że tutaj, a może i gdzieindziej (co za dziwna lekkomyślność poddała mi to „gdzieindziej “) znajdują się uczciwi ludzie, którzy oceniają moje zalety, czemu nie myślę zaprzeczać. Od dziś za rok będzie się odbywać tutaj, w tej prowincyi, jakiś wybór na senatora. Oznajmiam, że nie dopuszczę do zaszczytu otrzymania mojej ręki tylko tego, który zostanie senatorem.
Albertyna nie ukrywała, że był to godny mnie wybryk. Miała słuszność, to się wydało szalone, a było rozsądne: zyskiwałam przynajmniej jeden rok, w ciągu którego wuj nie będzie się kłopotał pytaniem, dlaczego nie myślę o wychodzeniu za mąż.
Drogi mój Tonton! nigdy jeszcze oczy jego nie miały tak serdecznego wyrazu, jak nazajutrz, gdy przyszedł rano do mnie, powiewając tryumfalnie szkaradnymi kawałkami żółtawych papierów, które trzeszczały przy dotknięciu i na czele których widniały kółka z portretami obrzydliwych staruch z wagami w ręku, takich, jak w sklepie korzennym. Nazywają to stemplowanym papierem.
— Położysz swój podpis na tych papierach — rzekł wujaszek ze swojem obliczem starego marszałka Francyi, promieniejącem radością. Oto dla czego — mówił dalej. Wczoraj, ze wspaniałomyślnością, po której poznałem moją siostrzenicę, wyrzekłaś się 44.000 franków rocznego dochodu. Chcę, żebyś była za to wynagrodzona. Gdybym był szedł za mojem natchnieniem, miałabyś dzisiaj nie 4 lecz 15 milionów majątku. Désosteux oparł się temu. Obecnie, trafia się podobna sposobność. Postąpię według mojej woli i będziesz miała 15 milionów!
— Ależ pułkowniku Tonton, — odrzekłam surowo. — Czyż nie mam dosyć 150.000 franków dochodu, aby żyć w skromnym dobrobycie, jak przystało takiej, jak ja, wiejskiej burżujce.
Oblicze mu się wydłużyło, a dobre jego błękitnawe oczy posmutniały. Cóż bym nie zrobiła, żeby oszczędzić smutku temu niewolnikowi przywiązania! Podpisałam się na sześciu tych szkaradnych papierach i poczciwiec ucałował mnie serdecznie.
Do reszty w podziw go wprawiłam moją wspaniałomyślnością, prosząc, aby w mojem imieniu ofiarował Angeli naszyjnik z wielkich pereł, który tak doskonale będzie odpowiadał opalowej jej cerze.
Tak się skończył romans z Edwardem. Tu leży pochowany.
Margrabia d’Hauraucourt wiele na tem zyskał. Powiedziałam sobie, że wyjdę za niego w roku przyszłym, choćby nie został senatorem. Ale zachowałam przy sobie ten milłosierny zamiar, prosząc tylko pułkownika, aby go zapraszał przed naszym wyjazdem. Był kilka razy i okazał się tak rozmiłowany, o ile jego delikatna, subtelna i pełna rezerwy natura na to pozwalała.
Byłam już dość starą wdową, aby się nie obawiać pozostawać samą z mężczyznami. Spędziłam kilka pięknych wiosennych poranków na przechadzaniu się z nim po cienistych alejach w tym parku, romantycznym swoją dzikością.
Czy mnie kochał namiętnie? zdawało mi się, że prawie całem sercem rwał się ku mnie, ale go coś powstrzymywało. W każdym razie nie pozwalałam wyjść poza granice ścisłej kurtuazyi.
A ja, czy go kochałam? Poprostu, nie wiedziałam. Miałam nadzieję, że nie. Zadecydowałam w mojej małej główce, obdarzonej zmysłem praktycznym, że nie potrzeba kochać mężczyzny, którego się ma poślubić, bo miłość obniża siłę potrzebną kobiecie, aby nie potrzebowała się poświęcać.
Dzień poprzedzający nasz wyjazd poświęcony całkowicie został kochanej matce, Angeli, której serce woniało jak klomb fiołków na wiosnę i Albertynie, bardziej mrukliwej, niż zwykle. Co jej było? Później dopiero się domyśliłam.
Na dzień przedtem pan d’Hauraucourt przyjechał pożegnać się ze mną. Był jednocześnie smutny, czuły i jakby przymus sobie zadawał. Podałam mu rękę z wylaniem.
Zatrzymał ją w swoich dłoniach, na poły w roztargnieniu, a na poły z instynktowną serdecznością. Wahał się. Nareszcie, zdobył się na odwagę.
— Czy podobna, aby pani wystawiała na tak śmieszną próbę człowieka takiego, jak ja, który nie posiada żadnej politycznej ambicyi, który pogardza gadułami i nie rozumie się wcale na popularności? Czy podobna, żeby mi trzeba było działać rozpaczliwie, mnie, który nienawidzę zbytecznego ruchu?
Miał minę tak zdetonowaną, że o mało co się nie zlitowałam już nad nim. Ale się spostrzegłam, że jeżeli ustąpię, cała moja przyszłość przepadnie i stoczę się w przepaść czułości i niewoli.
— Ależ panie — rzekłam, uśmiechając się zachęcająco — niepodobna, żeby człowiek, który nosi pańskie nazwisko, nie słyszał nic o rycerskości, mocą której każdy pretendent jest obowiązany zasłużyć na łaski wybranej damy. Zdarzało mu się nawet czasami, że bywał przemieniony w zwierzę. Otóż ja pana zachęcam do takiej dzielności rycerskiej. Zdaje mi się, że pan tylko zyskać na tem może. Związek małżeński będzie ci potem słodszy, skoro przejdziesz przez tortury powszechnego głosowania. Wreszcie, ponieważ jestem uosobioną dobrocią, nie zataję przed panem, że ostatecznie nie jest rzeczą niemożebną, iż nagrodzę poniesioną szlachetną porażkę.
— A czy pani uważałaby za szlachetną porażkę, gdybym nie otrzymał żadnego głosu z wyjątkiem głosu mego starego ogrodnika? — zapytał z komiczną powagą. — To stary pijak przemówiwszy do niego w stosownej chwili, mógłbym mieć nadzieję....
— Nie, bez wątpienia! Pan chyba sobie ze mnie żartuje!
— Uczynię co możliwe — szepnął. — Traktowałem zawsze z wielką wyrozumiałością kłusowników, a z szacunkiem aptekarzy. Będę musiał z nimi się zetknąć i umówić.
Było sądzone, że nie uchronię się przed moim katem zbawcą.
Pożegnawszy pana d’Hauraucourt, wybrałam się, aby po raz ostatni przed wyjazdem zobaczyć się z d’Hervelinghami.
Wsiadłam, nie na mego poczciwego i łagodnego „Nedji“, ale na „Mahometa“, starego mojego, dzielnego konia, w gruncie bardzo dobrego, ale ulegającego chwilami porywon złego humoru. Jest to mój stary przyjaciel, a ponieważ wierzę, iż zwierzęta mają bardzo czułe serce, pragnęłam przed wyjazdem sprawić mu rzadko już zdarzającą się przyjemność niesienia na grzbiecie mojej osóbki. Wincenty jechał za mną.
Wracałam wieczorem, pożegnana pieszczotami kochanej matki, Izami Angeli i wzdymaniem nozdrzy Albertyny.
Rozkoszowałam się tem czemś nieokreślonem, co pani de Sévigné nazywa „tryumfem miesiąca maja“. Wśród wielkich drzew na stoku wzgórz słyszałam miłe spiewy kosa i kukułki. Ptaszęta, ukryte w wonnych zaroślach, lekkim trylem wtórowały bezmyślnemu gruchaniu turkawki, kryjącej się w gałęziach dębu, zaledwie poczynającego zielenieć. Obiecywałam sobie, że tego wieczora długo siedzieć będę w oknie mego pokoju, żeby posłuchać po raz ostatni śpiewu słowików w parku i hukania puszczyków w starych murach zamku.
Opuściłam gościniec paryski i wjechałam na drogę, która pod górę wiedzie do Liembrune. Puściłam Mahometa wyciągniętym kłusem, co mu się bardzo podobało. Zobaczyłam nagle mego szatana, pana de Roselle, który zjeżdżał galopem z góry, w zgrabnym i lekkim tilbury, powożonyin przez służącego. Z wytworną uprzejmością jechał złożyć swoją kartę wizytową w Liembrune.
Tak się bałam, żeby mnie znowu z jakiego niebezpieczeństwa nie uratował! Skoro już zrównał się ze mną, zatrzymałam mego konia ruchem nagłym i zapewne tak gwałtownym, jak mój gniew. Koń Wincentego, idący za mną, uderzył głową o tył mojego wierzchowca; i oto mój stary złośnik, wpadając w uniesienie młodości, kładzie głowę pomiędzy nogi i wygina grzbiet, jak gdyby chciał bawić się w wolanta z moją osobą.
Jestem dobrym jeźdźcem i wcale nie tchórzem, panuję więc nad nim przez chwilę. Następnie, wylatuję w powietrze. I całkiem oszołomiona znajduję się znowu W ramionach pana de Roselle!
Było to bardzo szczęśliwie, gdyż spódnica mojej amazonki, chociaż krótka, zaplątała się w siodło i byłabym ciągniona przez konia, głową na dół. Żegnajcie koszyki! żegnaj moja ładna twarzyczko, a może żegnaj życie!
Pan de Roselle widząc, co się dzieje, wyskoczył ze swojego tilbury, przyjął mnie w swoje ramiona i gwałtownym ruchem szarpnął suknię, której szmat został przy siodle, a Wincenty, który zeskoczył także ze swego spokojnego wierzchowca, przybiegł i pochwycił rozzłoszczonego Mahometa za uzdę.
Nie doznałam żadnego szwanku, zachowałam całkowitą przytomność umysłu, ale się nie posiadałam z gniewu. Już po raz trzeci w przeciągu kilku dni ten nienawistny przychodził mi z ratunkiem!
Chciałabym go mieć u moich stóp, aby mu okazać, jak nim pogardzam, że jestem od niego o tyle wyższą, o ile nią jest bogini od anachorety, a tymczasem za każdym razem ja i tylko ja, znajdowałam się w śmiesznem położeniu. Nietylko, że dobrodziejstwa jego wprost mnie przygnębiały, nietylko, że on miał taką minę, jakby nie domyślał się nawet, że mi życie ratuje, ale przytem byłam komiczna pierwszym razem, wywrócona na plecach, otrzymałam od niego uderzenie kułakiem w piersi, drugim razem, zlana krwią, krwią wieprza, trzecim razem, w jego ramionach.
Kiedy spojrzałam na niego, wyraz najwyższego niepokoju, z którym patrzył na mnie, znikał z jego źrenic tak szybko, że odgadłam go raczej, niż zobaczyłam. Zastąpił go inny wyraz, spokojnej kurtuazyi i pełnej poszanowania ironii, co sprawiło, że z przyjemnością bym go była zadławiła, gdyby to było możebne. Lecz zamordować swojego wybawcę z tego powodu, że patrzy na ciebie z szacunkiem, którego odcień ci się nie podoba, to jeszcze nie jest przyjętym u kobiet zwyczajem. A przecież byłam zirytowana więcej, niż kiedykolwiek; spojrzenia jego przypominały mi słowa Edwarda i mówiły tak samo: „Mój Boże, oto jest kobieta, obdarzona wszelkiemi zaletami, a otrzymała tak dziwaczne wychowanie!“
Nie miałam pod ręką nic takiego, cobym mu mogła rzucić na głowę; moja szpicruta kołysała się śmiesznie na wierzchołku rozkwitłego głogu. Rzuciłam mu impertynencyę, która może nie była w najlepszym smaku.
— Panie — wyrzekłam — czy wiesz pan, dlaczego opuszczam te strony? Oto dlatego, żeby uniknąć człowieka, którego wszędzie spotykam, który nie rozumie, że obecność jego jest mi nieprzyjemna i który posuwa swoją impertynencyę do tego stopnia, że znajduje się zawsze, aby oddawać przysługi ludziom, którzy woleliby umrzeć, niż mieć mu coś do zawdzięczenia!
Pokazuje się, że to, co mówiłam, musiało być bardzo śmieszne, gdyż pomimo wielkiej zimnej krwi, którą celował, promień wesołości zabłysnął mu w oczach; i doprawdy — jestem sprawiedliwa — więcej mu z tem było do twarzy, niż z surowym wyrazem. Lecz wyraz ten szybko mu powrócił.
— Umrzeć jest niczem! — wyrzekł ze swoją niewzruszoną kurtuazyą, zdającą się drwić z zadawanych mu udręczeń.
— Tak śpiewają w jakiejś piosence — odrzekłam tupiąc nogą.
Tym razem nie mógł wytrzymać i wybuchnął śmiechem. Myślałam, że go wypoliczkuję.
Po chwili, odzyskując swoją zwykłą powagę, pan de Roselle mówił dalej:
— Nadto pragnę przypodobać się pani, abym pozwolił pani umrzeć; ale widzieć oblicze kobiece poszarpane kamieniami, z wyłupionemi oczami, z wyłamanymi zębami, tego nie mógłbym przenieść. Pozwoli mi pani sobie powiedzieć, że nie pani powinna opuścić tę okolicę dlatego, że ja do tego stopnia pani się nie podobam. Proszę mi udzielić kilku dni zwłoki, abym się przygotował wyjechać na studya buddyzmu w jego ojczyźnie.
Obróciłam się do niego plecami.
A on rzekł łagodnie do Wincentego:
— Pomóżcie pani wsiąść do mego powoziku i odwieźcie ją do Liembrune. Justyn pojedzie za wami na waszym koniu. Powrócicie z nim razem odwieźć mi powozik i zabrać Mahometa. Co do tego starego poczciwca, czekając na was, spróbuję poharcować nieco na nim, aby mu krew ochłodzić.
Wsiadłam za Wincentym i wróciłam do zamku, w nadziei, że dzielny Mahomet odnajdzie w sobie tyle dawnej swojej złośliwości, żeby połamać kości memu wybawcy.
Niestety tak się nie stało.


VII.
Narzeczony Albertyny.

Niema na świecie pułkownika, z którymby trudniej było podróżować niż z moim wujaszkiem Bourgougnon. Posiada odrębne swoje zapatrywania etnograficzne, które mu utrudniają zbliżenie się do cudzoziemskich narodów.
Nie mówię już nawet o Anglikach. Włochach i Niemcach; nienawidził ich jako nieprzyjaciół swojej ojczyzny.
Łagodniej nieco zapatrywał się na Rossyan, ale istniała przecież Berezyna, a na tej Berezynie most jakiś, który wraz z armatami był powodem nienawiści wujaszka.
Hiszpanie, był to możliwy naród i zaliczony pomiędzy „dzielne“. Ale nie mógł im darować, że zostali pobici przez wojska Restauracyi, a przeciwnie, pobili wojska Cesarstwa.
W jaką stronę się udać? Wuj skłaniał się ku Japonii, gdyż tam podobno schroniła się rycerskość i ludzie wypuszczali sobie wnętrzności przy nadarzonej okazyi. Ta operacya nie zachwycała mnie wcale i głosowałam za Stanami Zjednoczonymi. Dlaczego? Bo tam kobiety panują absolutnie i są szanowane we wszystkiem, co czynią; tam, urzeczywistniają one typ, o którym marzę, a który polega na tej zasadzie: „Całkowita swoboda w cnocie i dla cnotliwych“. Pułkownik starał się wprawdzie przypomnieć mi, że Amerykanie są tylko wolnymi Anglikami. Ale Bóg chce tego, czego ja chcę. Pojechaliśmy więc do Ameryki.
Nie zapominam tego, co rzekł mi kiedyś pan d’Hauraucourt: „Kobieta może się źle wyrażać o każdej kobiecie w szczególności, ale nie powinna mówić źle o kobietach wogóle. Na to są mężczyźni“. Nie powiem więc nie o Amerykankach. Są one, razem wziąwszy, piękne, cnotliwe i zabawne. Ale mam żal do nich, że odebrały mi jedną z trzech broni, które są konieczne, aby odnieść zupełny tryumf w walce życiowej, aby być samodzielną, zwolnioną ze wszystkiego, co zawadza naszemu osobistemu szczęściu.
Dotychczas używałam chętnie tej potrójnej broni, mianowicie swobody umysłu, swobody serca i swobody w zachowaniu się. Tę broń ostatnią, podróż do Ameryki mi obmierziła i moja osobistość uczuła się o tyle mniej uzbrojoną. Niesłychanie trudno mi było przyzwyczaić się do nowej zalety, która jest przeciwieństwem swobody w postępowaniu, a która, w mowie Tonton, nazywa się: Przyzwoitość.
Jestto wyraz bardzo źle zastosowany; bo cnota ta zmusza młode kobiety i dziewczęta siedzieć na brzeżku krzesła i wyglądać jak trusie. Ale to zawsze jeszcze lepsze od tego, na co się tam napatrzyłam.
Muszę coś powiedzieć na moją pochwale. Do owej „Przyzwoitości“ pociągała mnie myśl, że dzięki jej podobam się więcej panu d’Hauraucourt i będę miała prawo jeszcze bardziej mu dokuczać. Wracałam z Ameryki zdecydowana go poślubić. Sprawa skończona. Nie mówmy już o tem dłużej.
Przyjechaliśmy do Nicei w styczniu i zatrzymaliśmy się u jakiegoś Barbarosy, posiadającego ładny hotel.
Natychmiast po przyjeździe, dowiedzieliśmy się, że pan de Roselle znajduje się w Nicei. On, tak! Stanowczo jakąś tajemnicę posiadał ten nieznośny człowiek, że zdołał dowiedzieć się zawsze o miejscu mego pobytu. Bylo to tembardziej nie do wytłumaczenia, że podczas naszej podróży do Ameryki nie dałam swego adresu nikomu z naszych znajomych, chcąc przez przeciąg sześciu miesięcy nie wiedzieć co się dzieje w świecie cywilizowanym.
W Nicei więc dopiero odebrałam listy Angeli, która była tak bezczelnie szczęśliwą, że odtąd nie nazywałam jej już inaczej, tylko cieniem szanownego Anglika.
Otrzymałam także listy od mojej teściowej, zawsze czułej, serdecznej, ale odpowiadającej z niejakim przymusem, o ile mi się wydało, na propozycyę gorąco serdeczną, aby przyjechała zobaczyć się ze mną tutaj, w Alpes-Maritimes. Wiedziała dobrze, iż nie podobna mi było opuścić mego wuja, a on nie mógł jechać o tej tak zimnej porze do Boulonnais i że przecież szalenie pragnęłam posłyszeć jej tak słodki i spokojny głos. Odpisała mi, że „jak na teraz, było to niemożliwe. Chodziło o małżeństwo Albertyny“. Było w tem coś, co ją niepokoiło, a o czem powie mi później.
Przesyłała mi przytem wiele wiadomości z naszej okolicy. Mandat senatora zawakował. Już od razu zgłosiło się kilku kandydatów, a pomiędzy nimi pan de Roselle, który zostanie senatorem, jeśli tylko zechce. Jeden z nich usunął się od razu“.
Któż to był ten jeden?
Ale wracam do rzeczy. Więc pan de Roselle, chociaż był w Nicei, równocześnie cały był zajęty robieniem mi na złość i ubieganiem się o mandat senatora?
Byłam bardzo zirytowana i to było powodem pewnej oziębłości pomiędzy mną a nową moją towarzyszką: Przyzwoitością.
Opowiem całą sprawę bardzo krótko. W kilka dni po naszym przyjeździe, przechadzałam się sama jedna, po amerykańsku, po „Promenade des Anglais“. Nie była to pora, w której wielki świat się pokazuje. Muszę przyznać się do tego. Ale byłam poważna, wcale nie roztrzepana, ani rzucająca oczami; można mi wierzyć. Rozmyślałam o moim dobroczynnym prześladowcy. Drab wysokiego wzrostu z jasną czupryną, w którym odgadywałam wojskowego i który, jak się później dowiedziałam, był baronem pomorskim, kończącym się na erg, zbliżył się. Przemówił do mnie, a ja spojrzałam na niego z pogardą. Położył rękę na mojem ramieniu; dałam mu w twarz i odeszłam do mego hotelu.
Kilku znajomych, którzy szli za nim, zaczęli drwić z niego w sposób bardzo pospolity. Drwiny te powtórzyły się po południu w jednej kawiarni, gdzie przypadkiem znajdował się pan de Roselle. Baron doprowadzony do ostateczności, okazał się w całem swojem grubiaństwie. Oświadczył, że nie jest taki głupi, jak myślą. Sądził, że powinien milczeć, chociaż osoba, o której mowa, na to nie zasługuje. Ale ów policzek był tylko komedyą, dla tego, że widziała w około wielu obcych. Nie po raz pierwszy mnie spotyka. Byliśmy już prawie w porozumieniu. Nie wiele byłam warta. Co najmniej, byłam bezwstydną zalotnicą, a miał powody mniemać, że jeszcze czemś gorszem.
Towarzysze nie bardzo chcieli temu wierzyć. On upierał się przy swojem, przytaczając jako dowód, że mieszkam u Barbarosy, że byłam fałszywą wice-hrabiną, goniącą po świecie z jakimś starym wojskowym, niby krewnym. Zasięgał przecież wiadomości w hotelu.
Baron opisał mnie przytem tak dokładnie, że pan Roselle domyślił się, że to o mnie mowa. Poprosił najpierw grzecznie barona, żeby zaprzestał tej rozmowy, bo „pani d’Hervelinghem była jego sąsiadką i kuzynką“ — to była prawda, w dwunastym stopniu, czem się jeszcze nie pochwaliłam. — Olbrzym, zobaczywszy przed sobą mężczyznę szczupłego i grzecznego, odpowiedział:
— Idź pan do tyapla! śmieje się z kopiet, jak mi sze potopa, jest pan insolent, że smi mi gadać, żebym był cicho. Ja bede mówil o ta kopieta jak kce!
Masz tobie! Chrześciańska pokora pana de Roselle poszła w strzępy, a zbyt przedsiębiorczy baron dostał parę policzków, które go nauczyły z kim ma do czynienia. Przekonany, że jest herkulesem, rzucił się na małego Francuza, który zwinny, jak akrobata, zasypał go tak razami, że Niemcowi tchu zabrakło, zanim mógł dosięgnąć przeciwnika. Rozłączono ich; rozeszli się i zostało postanowione, że bić się będą jutro, na terytoryum włoskiem.
Wkrótce wiadomość o tem zdarzeniu doszła do naszego hotelu. Wuj był wściekły przez cały dzień. Myśl, że ten wstrętny człowiek ośmielił się stanąć w mojej obronie, wkraczając w jego prawa, do pasyi go doprowadzała. Wujaszek był człowiekiem czynu. Kazał szukać de p. Roselle po całem mieście, mając nadzieję, że jeszcze nie wyjechał.
Zapewne wszyscy myślą, że czyniłam w duchu śluby, aby porządne pchnięcie szpady uwolniło mnie raz na zawsze od tego upartego protektora. A jednak nie! Najprzód, nienawidzę Prusaków więcej jeszcze, niż pana de Roselle. Następnie, muszę się przyznać do tej słabości, nie mogę mu darować, że mi ocalił życie, ale godzące w cześć obelgi gorsze są i cięższe mi się wydają, od samej śmierci.
Nazajutrz, przez cały dzień, pułkownik rady dać sobie nie mógł. Pan de Roselle wrócił na trzeci dzień. Był tylko lekko ranny; pan, kończący się na erg, ciężko.
Obawiam się, czy Tonton nie okrył się śmiesznością w rozmowie, którą miał z moim wybawcą i zaprzysięgłym protektorem. Oto co wiem o tem: Pan de Roselle, zawsze tak otwarty, tak spokojnie ironiczny i wesoły z natury, pomimo swojej powagi, był ponury i jakby przygnębiony wyrzutami sumienia. Zimno i z roztargnieniem wysłuchał pułkownika, który z szeroką swoją wymową z największą zresztą uprzejmością, gdyż kochany wujaszek pomimo swojej nienawiści, nie przestał być sprawiedliwym, prosił go, aby odtąd zechciał nie mieszać się w nasze sprawy, oświadczając, że ja wolałabym raczej umrzeć, niż być uratowaną przez niego. To zdało się go budzić na chwilę, bo rzucając na pułkownika żywe spojrzenie, rzekł:
— Czy przysięgniesz mi na swój honor, pułkowniku Bourgongnon, że mógłbyś słuchać obelg rzucanych na kobietę i nie ująć się za nią?
Tonton złapany we własne sidła, został pobity na głowę.
A pan de Roselle przybrał znowu swój ponury wyraz i mówił dalej zwykłym już tonem:
— Zresztą, będę uciekał od pani d’Hervelinghem równie pilnie, jak dotychczas starałem się jej szukać. Mam obrzydzenie do pojedynków. Poprzysiągłem sobie, że nigdy bić się nie będę. Byłem o tyle słaby, że złamałem słowo. Jest to dla mnie wyrzutem sumienia, który długo będzie mnie prześladować. Trzeba było, aby mnie do tego zniewoliła, moja... moja... mój wielki... szacunek dla pani d’Hervelinghem... To tylko mogło mnie popchnąć do popełnienia tej... nikczemności. Widzę, że uczucie, jakie mam dla niej, jest niezdrowem uczuciem, skoro mnie do złego popycha. Będę z niem walczyć o ile siły starczą. Opuściłbym dziś jeszcze Niceę, gdyby nie stan zdrowia mego przeciwnika. Nie mogę się oddalić, póki się nie dowiem, że wyszedł z niebezpieczeństwa. Jest to brutalny głupiec, ale odważny. Wyjadę, skoro tylko doktor powie, że jest uratowany. Obiecuję sobie, że nie zobaczę pani d’Hervelinghem, ani teraz, ani nigdy później.
Oto wszystko, co wiem. Gdy wujaszek przyszedł do mnie z tem pięknem poselstwem, przyjęłam go z zaciśniętymi kulakami. Dlaczego? Nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Aby skończyć z tą awanturą, dodam, że z przyjemnością się dowiedziałam, iż ten brutal na erg na resztę życia pozostanie mańkutem.
Co do pana de Roselle, wcale nie pytałam o niego.
Przez cały miesiąc luty go nie widziałam. Myślałam, że znajduje się gdzieś w Indyach. To też byłam ogromnie ździwiona, spotkawszy go w początkach marca. Ździwiona i zadowolona. Wytłumaczyłam sobie, że nie miał siły dotrzymać obietnicy, iż będzie mnie unikał. Udałam, że go nie widzę.
Można sobie łatwo wyobrazić, że nie brakło mi wielbicieli. Było ich około tuzina. Nie ośmielałam ich nadto. Przygotowywałam się, żeby być tak wierną, jak Baucis mojemu Filemonowi d’Hauraucourt; a ponieważ po mojej awanturze pruskiej zawarłam znowu wielką przyjaźń z moją nową przyjaciółką, „Przyzwoitością“, czyniłam wuja Tonton najszczęśliwszym z ludzi. Saper mnie zapewniał, że wuj był zupełnie wyleczony i że miał już tylko pragnienie wrócić do Boulonnais, gdzie miał swoich ubogich, wdowy, sieroty i barany, które mu bardzo były drogie.
Należało mi się to szczęście od losu. Nagle otrzymałam cios taki, że można było stracić głowę. To też ją straciłam.
Oto list mojej teściowej:
„D. 7 marca. Całuję ciebie z całego serca moja pieszczotko, ponieważ twoje serce może dozna pewnego bolu. Trzeba, żebyś pierwsza się dowiedziała i to odemnie, którą kochasz i która ciebie kocha, o bliskiem małżeństwie Albertyny z panem d’Hauraucourt“.
Co? to niemożliwe! Odczytuję po raz drugi, tak Albertyna z panem d’Hauraucourt!
Taka obelga! mnie! I to ta kobieta, którą nienawidzę, którą pogardzam, odbiera mi mego narzeczonego! Tego człowieka, o którym myślałam, że jest uszczęśliwiony kilku nieokreślonemi słowami nadziei, którą mu uczyniłam, — tego człowieka, o którym sądziłam, że leży u moich stóp, w pyle, gotowy na wszystko, aby uzyskać jeden uśmiech! A on lekceważy mnie! porzuca, bez powodu, nie starając się nawet dowiedzieć, co ja o tem myślę; on się cofa, a nie ja! A przez ten czas, ja ćwiczę się w „przyzwoitości“ na jego cześć, męcząc się czuwaniem nad każdem mojem słowem, nawet spojrzeniem!
Na szczęście, moje serce nie grało w tem żadnej roli; nie dałam ani odrobiny serca nikomu, tak samo panu d’Hauraucourt, jak innym. Była to boleść z powodu rany zadanej miłości własnej, obrażonej dumie, była to żądza zemsty. Chciałabym mieć przed sobą tego nędznika, aby go na śmierć zapoliczkować i tę dumną dziewczynę, aby ją podrapać paznokciami. Nogami bił m o ziemię. Rzuciłam list na posadzkę nie chcąc czytać więcej.
Moją pierwszą myślą było pobiedz do pułkownika i krzyczeć, że to on był powodem tej zniewagi. Przyszedł mi błysk rozsądku. Pomyślałam sobie, że mogłabym go tem zabić. Wysiłek, który uczyniłam, spotęgował moją wściekłość. Stałam się prawdziwem zniszczeniem: potłukłam zwierciadła, wazony, a potem zemściłam się nad Apollem, który stojąc na szkaradnym zegarze, grał na lirze, ubrany w spodnicę i majtki. Moje panny służące nie śmiały się pokazać, lecz saper nadbiegł. Rzuciłam krzesło na głowę flegmatycznego żołnierza. Przyjął cios z powagą i zapytał mnie o rozkazy. Przyszła mi dzika myśl do głowy.
— Gdzie mieszka pan de Roselle?
— W hotelu „Univers“.
— Dobrze. Będziesz mi towarzyszył.
Skłonił się. Nałożyłam jakbądź pierwszy lepszy kapelusz na włosy, jak przypuszczam mocno rozburzone, i wyszłam, dysząc ze złości.
Co zamierzałam uczynić? Coś, co mi się wydawało całkiem naturalne. Powiedzieć panu de Roselle, że zgadzam się wyjść za niego, jeżeli spoliczkuje pana d’ Hauraucourt.
Powiedziano mi w hotelu, że pan de Roselle już od dwu dni opuścił Niceę.
Wróciłam do domu. Zapytałam, gdzie jest pułkownik.
Pojechał, zdaje się, do Monaco i nie wróci aż wieczorem.
Kazałam saperowi zaprządz do powozu i wieźć mnie prosto przed siebie, najdalej i najprędzej jak można.
Wkrótce potem już miałam tylko jedno pragnienie wrócić, żeby dokończyć czytania listu. Obawa, aby go nie zarzucono lub nie podarto, skupiła nieco moje wzburzone myśli. Upokarza mnie to wyznanie.
List był jeszcze na swojem miejscu. Zabrałam się do czytania. „Wiem — pisała dalej teściowa — że jesteś uosobioną prawością, kochane dziecko: z tobą niema się co wdawać w żadne wykręty. Jesteś stanowcza i niema sprawiedliwszej istoty od ciebie, jeżeli kto z całą szczerością do ciebie przemawia.
„Jeszcze w listopadzie pan d’ Haurancourt powiedział mi, że czułby się szczęśliwy, gdyby mu było wolno starać się o rękę Albertyny.
„Chyba nikt więcej odemnie nie mógł być zdumiony i zbity z tropu. Ależ — powiedziałam mu — byłam pewna, kochany Norbercie, że jesteś związany wobec Izabeli.
„Popatrzył na mnie zdziwiony.
„Związany! Muszę oświadczyć, że nigdy nie otrzymałem żadnej zachęty ze strony pani d’ Hervelinghem i nic w jej postępowaniu nie zauważyłem, co mogłoby mi dać nadzieję, że skłoni się ku mnie. Bez wątpienia, że odczułem urok, jaki ona roztacza w około siebie, a jest on potężny, jak pani wiadomo. Zachwycałem się nią przez kilka miesięcy i myślałem sobie, że człowiek, którego pokocha, będzie najszczęśliwszy z ludzi. Usiłowałem się przekonać, czy pozwoli mi mieć nadzieję, że mógłbym być tym człowiekiem. Nie ośmielała mnie do tego. Nie uczyniłem jej żadnego stanowczego wyznania. W chwili jej wyjazdu, à propos tego śmiesznego żartu z wyborami, z powszechnem głosowaniem, próbowałem bardzo dyskretnie przeniknąć głębię jej myśli i nie znalazłem nic stałego ani serdecznego. Mogłem tylko tyle zrozumieć, że pani d’ Hervelinghem ma dla mnie szacunek, na który sądzę, że zasługuję i przyjaźń, jako dla człowieka, którego zna od dzieciństwa. Więcej nie. Postanowiłem jednak spróbować jej się przypodobać zajmując się tą nierozsądną sprawą wyborów do Senatu.
„Zdala od niej i uroku, który wywiera, wrócił mi rozsądek i zrozumiałem, że....
„Kochanie moje, pisała dalej moja teściowa, zawahałam się, czy mam ci wszystko powiedzieć; obawiam się, że to, co następuje, przykrość ci sprawi i znowu jestem zmuszona sobie przypominać, że prawdę przekładasz nad wszystko inne.
„Zrozumiałem, mówił pan d’Hauraucourt, że pani Izabela, otrzymała od Boga najpiękniejsze i najwznioślejsze zalety, lecz bardzo spaczone, wskutek złego wychowania. Górę w niej bierze zawsze egoizm, z którym źle bardzo wchodzić w związki małżeńskie, jak o tem pani wie dobrze; to bardzo niepewny warunek szczęścia dla człowieka kochającego, wrażliwego i dumnego. To przekonanie stłumiło nagle uczucie, które miałem dla pani d’Hervelinghem. Może pani z tego wnosić, że nie było bardzo głębokie, ani stałe. Słowem, pani d’Hervelinghem nie jest stworzona na kapłankę domowego ogniska; zawsze skłonna do drwin i krytyki, przyznająca sobie absolutne prawo sadzenia o wszystkiem, mówienia wszystkiego, nie zdoła również znaleźć szczęścia w świecie. Chociaż jestem przygotowany, że od czasu do czasu może mi się zdarzyć otrzymać pchnięcie szpadą w pojedynku, to jednak spędzać całe życie z bronią w ręku nie wydaje mi się ideałem szczęścia na tej ziemi!
„Nie potrzebuję ci mówić, droga moja, w jaki sposób wyznał mi swoją miłość dla Albertyny. Dodam tylko, że mnie całkiem przekonał.
„Pomimo tego, odłożyłam moją odpowiedź nieco na później. Nie wątpiłam w prawdę słów pana d’Hauraucourt, lecz zdawało mi się, że w każdym razie było w tem coś nie bardzo ładnego względem ciebie. Wkrótce przekonałam się, że Albertyna już od dzieciństwa żywi uczucie dla pana d’Hauraucourt, że to uczucie zwalczane i ukrywane z powodu jego pozornej obojętności, było powodem nierówności usposobienia i szorstkości charakteru tej dziewczyny, która z natury jest równie łagodna, jak jej siostra. Wtedy, nie mogłam się już wahać. Slub odbędzie się 15 kwietnia“.
O ile mi się zdaje, mam serce dość lekkomyślne. Skończywszy czytać ten list, pragnęłam zapłakać, aby módz zapomnieć. Nie umiem płakać. Jednakże czułam w duszy coś nieznanego. Zaczęłam od podziękowania przypadkowi, że nie zastałam pana de Roselle, z którym związałabym moje życie, na jego zgubę. Następnie zaczęłam rozmyślać, czy nie mają słuszności ludzie, którzy mówią, że moje życie jest na złej drodze.
Pierwszy z moich narzeczonych ucieka odemnie, bo jestem „rozkazująca“, drugi, ponieważ jestem „egoistką“.
Niema wątpliwości, że „walka o życie“ jest bardzo przyjemna w teoryi. Miło jest ujarzmiać ludzi, wyzyskiwać życie innych, aby sobie szczęście zapewnić, nie troszcząc się o szczęście niczyje, a jednak nie wielu jest takich, którzy pozwoliliby się wyzyskiwać. Lecz przynajmniej, — powiedziałam sobie — nikt mi nie zarzuci, że jestem głupia lub niezdara.
Napisałam do mojej teściowej list pełen serdecznego przywiązania i dodałam: „Pan d’Hauraucourt powiedział ci, matko, szczerą prawdę, nigdy go nie zachęcałam“.
Doktor H... pozwolił wujowi powrócić do Liembrune. Przyjechaliśmy w sam czas, aby być obecni na ślubie. Powiedziałam Albertynie, że źle zrobiła, nie zwierzając mi swojej tajemnicy, byłybyśmy zyskały obie kilka lat przyjaźni. „Ale odzyskamy czas stracony“.
I cóż czy niema we mnie dobrych stron?
To prawda jednak, że spieszno mi było okazać panu d’Hauraucourt całą moją obojętność, objawiając sympatyę, którą zawsze czułam do pana Castelnau.
Działo się we mnie coś nowego, coś analogicznego z tem, co spostrzegłam w parku i ogrodach, gdyśmy przybyli do Liembrune na początku kwietnia.
Zima była ostra. Snieg pozostaje tutaj długo na ziemi. I nagle słońce wyszło gorące ze swoich leż zimowych, jak się pułkownik wyrażał. Ta pierwsza połowa kwietnia była rozkoszna; kwiaty i trawy wyskakiwały szybko z czarnej ziemi, jak snopy życia i barw. Nie odpędzałam już od siebie poezyi, jak to czyniłam dotychczas; przepędzałam większą część czasu od naszego powrotu, patrząc, jak w mojej duszy, tak samo jak w lasach wyrastały tysiące kwiatów i listków. Była to niespodzianka, której z początku się wstydziłam, a która wkrótce wydała mi się pełna słodyczy.
— Stanowczo, mój wujaszku — rzekłam kiedyś nagle — twoja filozofia jest głupstwem: „walka o życie“ jest prawdą tylko wtedy, gdy się w niej rany odniesie.
— To nie jest moja filozofia, moja droga, tylko twego ojca.
Powiedział mi to z powagą i ze smutkiem, który powinien był mnie uderzyć. Ale ja byłam cała oddana tej jutrzence wiosny, tej wiośnie wiosny.
Doznawałam więc szczęścia, którego nigdy nie byłabym podejrzywała, widząc co dnia wystrzelający nowy kwiatek, widząc, jak co dnia otwiera coraz bardziej swój kielich i ukazuje delikatny aksamit, tak żywo zabarwiony, swoich listeczków. Czasami, całą godzinę wpatrywałam się w błękit niezapominajek. Oczem myślałam? Ten błękit, czystszy i świeższy niż wszystko, co znałam i co mogłam wyrazić, budził we mnie tysięczne natchnienia, tysiączne sny lekkie i wdzięczne. Iluż to jeszcze innych przyjaciół moja wyobraźnia sobie nie wytworzyła podczas dni jasnych, które mi były dane po długich godzinach smutku i przed ciężkiemi chwilami, które mnie czekały!
Były to wszystko urocze wróżki, które królowa klejnotów, barw subtelnych i przelotnych woni, przysłała mi z głębi swego królestwa, ukrytego w łonie ziemi! Zaprzyjaźniłam się z całą gromadą prymulek, przylaszczków, białych, purpurowych, i fiołków i wszystkich innych kwiatów, różnych barw i kształtów.
Moje spojrzenia przesuwały się od srebrnych płatków anemonów, od czerwonych kardynałków do gwoździków żółtych.
Po raz pierwszy zrozumiałam, że w mojej duszy tkwiła iskra słodkiej poezyi. Mój wuj był zaniepokojony tem rozbudzeniem sentymentalności, ale czyż mógł mi się sprzeciwiać? Zmuszałam go, żeby wraz ze mną zachwycał się krzakami, młodymi pędami i czerwonymi pączkami krzaków porzeczkowych i cudownym rozwojem gruszy, podobnej do szmatu wiecznego śniegu, oderwanego z wysokich lodowców i zawieszonego nad nami.
Następnie, zabierałam go do lasu. Po nad ziemią bielejącą od kwiatów, kilka pęków wierzb, kilka blado-zielonych listków głogu, brzozy, klematytu i orzechów laskowych rzucało jakby błyski nadziei wśród czarnych jeszcze i ponurych drzew większych. Wujaszek wracał pogodzony z kwiatami i liśćmi. Czuł, że w takich chwilach posiadał całe moje serce i był gotów przebaczyć mi te poezyę, tak różną od poezyi Bérangera, jedyną, którą znał dotychczas.
Zasady znane i powtarzane tylekroć o szkodliwości sentymentalizmu, były chwilowo puszczone w niepamięć. Upłynęło mu tak dni kilka w największem szczęściu, którego doznał w życiu. Kiedy myślę o tej całkowitej szczęśliwości, którą mu dałam, serce mi się otwiera. Kochany, drogi wujaszek, taki dobry, słodki, a taki nieszczęśliwy!


VIII.
Nieznajomy, w którym się kochała moja teściowa.

Wkrótce goście zjechali. Naturalnie, że jednym z pierwszych był pan d’Hauraucourt. Okazał się bardzo swobodny, a ja przyjęłam go tak samo. Zdawał się niewiedzieć, że o mało nie zawiązał się pomiędzy nami silniejszy węzeł od przyjaźni. Znalazłam go tak wzorowym i tak pełnym uprzejmej prostoty, że zapomniałam o „egoizmie“, którym mnie napiętnował.
Tonton dąsał się czas jakiś, ale to taki dobry człowiek! Pan d’Hauraucourt posiadał zresztą znajomość świata, która jest udoskonaleniem dyplomacyi i rozbraja złą wolę dzięki temu, że zdaje się nie zwracać na nią uwagi.
Pan Castelnau także nadjechał i muszę jedno wyznać: nie wiem, czy dlatego, że stałam się poważniejsza, bardziej inteligentna, ale wiele mi dopomógł do przebaczenia panu d’Hauraucourt. Znalazłam go jeszcze milszym intelektualnie niż dawniej, a to wiele znaczy: wiadomo przecież, jak żywą sympatyą zawsze go darzyłam. Nosił młodzieńczo swoje lata, dzięki przyzwyczajeniu do ćwiczeń fizycznych, do chodzenia wiele piechotą, polowania, podróży, we wszystkich wolnych chwilach od pracy.
Stanowczo mi się podobał. Nie wiem, czy mogłabym go pokochać tak, jak mówią, że niektóre kobiety kochają swoich mężów, ale mogłabym być z niego dumna, nie bardzo mu dokuczać, a z czasem szanować, chociaż to nie jest rola, którą najlepiej umiem odgrywać „w koncercie życia“ (Tonton).
Czy pan Castelnau starał się o mnie? Wcale nie był ze mną miły, jak ze wszystkimi, ale jednakże bardziej uprzedzający, zemną najwięcej rozmawiał, jak z osobą, która jedynie dobrze zrozumieć go mogła. Była pomiędzy nami tak wielka różnica wieku, a mój majątek przewyższał o tak wiele to, czego on mógłby kiedykolwiek się spodziewać, że zachęta z mojej strony była konieczna.
Z drugiej strony, niepodobna mi było dojść do zupełnego uspokojenia, przed rozstrzygnięciem z panem d’Hauraucourt kwestyi wyborczej. Traktował on tę kwestyę lekko, ironicznie.
— Byłem już skłonny — mówił — do szczerego uznania zasady władzy ludu, lecz skoro zobaczyłem, że nawet mój ogrodnik odmawia wstawienia się za mną do tej potęgi, zrozumiałem, że byłoby to walczyć przeciw woli Opatrzności: nie stworzyła mnie widocznie na służbę tej monarchini o tyle wyżej stojącej nademną, — złożyłem więc broń.
— A pan, panie Castelnau, czy nie zda mi pan sprawy ze swoich usiłowań, aby mi się przypodobać?
— A więc, doznałem porażki i pani to zawdzięczam. Roselle, który byłby wybrany, gdyby chciał, zatrzymał się w pół drogi, ale nie zdołałem już przeciągnąć na moją stronę wielkiego stronnictwa umiarkowanych, duchowieństwa, szlachty wiejskiej, stowarzyszeń uczonych i wszystkich, którzy byliby za mną, gdyby z początku nie związali się z moim przeciwnikiem i przyjacielem. Będą niedługo drugie wybory, z których wyjdę, jeżeli się tak podoba panu de Roselle. Zapewne, że porażka na początku karyery politycznej jest przykra, lecz mam nadzieję otrzymać w nagrodę pewne dobro, którego pożądam daleko więcej niż władzy.
To mi się wydało jasne i chcąc mu podziękować, rzuciłam mu spojrzenie, które sądzę, że było nad wyraz urocze i o którem wujaszek śpiewał: „Dla jednego twego spojrzenia skoczyłbym w otchłań“... Pan Castelnau nie zdawał się być w wenie. Przypuszczałam, że nawet nie zauważył tego zachęcającego spojrzenia i pomyślałam sobie, że przyjdzie mi samej dać mu do poznania, jakie są moje życzenia.
Przypuszczam, że porażki, jakich doznałam, musiały mi odebrać łagodność charakteru i przyjemną równowagę usposobienia. Wydało mi się, że moja teściowa, przy naszem spotkaniu ucałowała mnie z mniejszą serdecznością niż zwykle. Przykrość mi to zrobiło i rzekłam cicho:
— Zbudowałam ołtarz dla „dumy“ i „egoizmu“ z wdzięczności za to, że przeszkodziły mi w wyborze męża, który to wybór byłby uczynił moje nieszczęście, a zarazem Angeli i Albertyny.
Po tych słowach wróciła jej słodycz niezrównana. Albertyna promieniała urodą i uprzejmością, była zupełnie inna, niż dawniej. Ucałowała mnie bardzo milutko.
Angela miała wrócić dopiero na wesele Albertyny. Była w Anglii z mężem. Stary lord Belfort był umierający. Rzeczywiście, Angela wróciła do nas 10 maja, jako już lady Belfort.
Nie widziałam nigdy weselszej żałoby, niż tej młodej pary. Na Angeli czarne suknie zdawały się uśmiechać, a Edward przerywał sobie nagle wybuchy śmiechu, żeby sobie przypomnieć, że stracił sprawcę swojego obecnego dobrobytu.
Ślub Albertyny odbył się 15 maja. Nie będę opisywać tego arystokratycznego wesela. Powiem tylko, że byłam mocno zirytowana na pana Castelnau. Nie zdawał się zwracać uwagi na moją cudowną urodę. I to jeszcze byłabym mu przebaczyła, ale uszczęśliwiałam moimi uśmiechami więcej niż dwudziestu adoratorów, a on zdawał się tego nie widzieć.
Otoczony powagami z sąsiedztwa, zachwycał ich swoją wymową, gdy ja kokietowałam młodzież, a wujaszek sztywny i majestatyczny opowiadał kilku obecnym synom Marsa o jakichś krwawych potyczkach.
Lord Belfort miał oczy tylko dla lady Belfort. Pan d’Hauraucourt, opuszczając towarzystwo, aby zabrać żonę do pałacu Monthulin, uścisnął mi rękę z rozrzewniającą serdecznością. Nie mogłam mieć żadej wątpliwości, że był uszczęśliony, że się ze mną nie ożenił.
Przekonałam się wkrótce, że obmówiłam niesłusznie pana Castelnau. Skoro tylko tłum gości nas opuścił, przyszedł dotrzymywać nam towarzystwa. Nigdy jeszcze nie wydawał mi się bardziej korzystnie, a przedewszystkiem bardziej uprzejmym względem mnie.
Zadecydowałam, że pozostaniemy w Liebmrune do końca maja, a potem wyjedziemy do Paryża na cały miesiąc wyścigowy. Wuj czuł się bardzo dobrze. Ja w dalszym ciągu przyjaźniłam się z „Przyzwoitością“. Zaczynałam także wydzierać włosy „Dumie“.
Stałam się taka dobrotliwa, że pułkownik ośmielił się czytać mi wiersze. O mało mnie to nie zachęciło znowu do walki.
Szczęśliwi są ludzie źli, bo nikt ich nie zanudza.
Pułkownik napisał poemat o Rolnictwie. Nie będę się mściła nad czytelnikami, i ani jednego wiersza nie przytoczę.
Poemat składał się z dwunastu pieśni. A ja wszystkie wysłuchałam!... Po dwunastej pieśni, wujaszek uszczęśliwiony, aby mi podziękować, oznajmił. że odtąd mam nie sto tysięcy franków dochodu, ale pięćkroć.
Udałam, że jestem zachwycona. W gruncie rzeczy, nie dobrze rozumiałam o ile to może przyczynić się do mego szczęścia. Następnie, powiedziałam sobie, że pan Castelnau będzie wiedział co z tem zrobić.
Moja teściowa przyjechała mnie odwiedzić w jakiś czas po odczytaniu poematu.
Była bardzo piękna; cera bardzo przejrzysta, włosy bujne, połyskujące, spojrzenie pełne życia; prawie ani śladu tych ciemnych linij, które oczy jej podkrążały.
— Całe szczęście, kochana matko, że nie masz trzeciej córki na wydaniu. Za każdą z córek, którą szczęściem obdarzasz, młodniejesz przynajmniej o pięć lat. Gdyby jeszcze jedna, byłabyś w równym wieku ze mną.
Ten dowcip się nie udał. Nie odczułam, jak zazwyczaj, słodyczy jej duszy i spokojnego wdzięku. Gdy mnie opuściła, pomyślałam, że jakieś czarne motyle latają pomiędzy nami.
Cały dzień rozmyślałam nad tem dziwnem usposobieniem mojej drogiej matki i nazajutrz, oto już siedzę w powoziku zaprzężonym w dwa konie i wyrywam lejce z rąk wujaszka, który powozi jak karawaniarz. Jedziemy do Hervelinghem.
Ach! co za piękny poranek majowy! i jak cudownie wyglądał pałac d’Hervelinghem w otoczeniu starannie utrzymanych trawników z koszami kwiatów, których tak pełno, że dochodzą aż do skraju lasu! Tonton utrzymywał, że ręka wróżki kierowała urządzeniem tych kwietników. Wróżka była w tym domu.
Przerwałam Tontonowi jego komplementa i wysłałam go, aby zobaczył nadzwyczajne okazy baranów. Sama zabrałam się natychmiast do kochanej matki.
Nie znam się, jak wiadomo, na wybiegach, powiedziałam jej po prostu, że musi być coś, co zamąca jej serdeczność względem mnie: „Nie potrzebuję zapewniać, że wolałabym wszystko raczej, niż stracić jej szacunek i przywiązanie“. Ona była tak samo, jak ja, prawdą chodzącą; jeżeli się wahała, to tylko z obawy, żeby mi przykrości nie wyrządzić.
Wahała się; przeczułam, że spadnie na mnie nowy cios dotkliwy. Na szczęście, uzbroiłam się w przezorność i nieufność; i nigdy więcej nie byłam zadowolona z mojej domyślności. Jeszcze odrobina mojej dawnej egoistycznej lekkomyślności, którą uważałam dotąd za swój przywilej, a.... Lecz oddaję głos pani d’Hervelinghem.
— A więc, tak, droga moja, jest coś, ale czy rozsądnie będzie, jeśli tobie to powiem?
W chwilach ważnych w życiu, matka przybierała względem mnie ton niezwykle poufały, co też teraz odczułam i ztąd wniosłam, że cios się zbliża. Skupiam się w sobie, jak dyplomata.
— Trzeba mi wszystko powiedzieć, — matko rzekłam — powiedzieć szczerze, po prostu, chociażbym miała na tem ucierpieć. Obiecujesz mi wszystko, nieprawdaż, absolutnie wszystko powiedzieć?
— No, więc tak. Otóż, powiedz mi, co myślisz o panu Castelnau?
— Dyplomata — niby ja — cofa się w swoją chmurę i ztamtąd odpowiada ze swobodą Talleyrandowską:
— Ha! myślę to, co wszyscy, że jest inteligentny i że będzie prezydentem republiki.
Przenikliwy wzrok, którym teściowa mnie przeszywała, a który niepokoił trochę moją dyplomatyczną pozę, złagodniał nieco. Następnie, stał się jeszcze bardziej niespokojny, gdy zadała mi to pytanie:
— Czy nie masz dla niego bardziej wyłącznego uczucia?
Gdyby nie to przenikliwe spojrzenie, byłabym bezwątpienia zanuciła jakiś urywek z pieśni o hymenie. Odpowiedziałam z hipokryzyą, co zaliczam do najmilszych moich wspomnień.
— Wiesz matko, że Albertyna, w czasach, gdy była sprytna — obecnie jest już tylko dobra — utrzymywała, że moje zwierciadło jest jedynym powiernikiem najskrytszych moich myśli. Czy chcesz, żebym posłała po nie kogoś, który nie zna mowy zwierciadła i nie potrafi go podmówić w drodze? Zobaczysz, że ono ci odpowie, iż nigdy z niem nie rozmawiałam o panu Castelnau.
Odpowiedź była dwuznaczna, czy pani d’Hervelinghem to zauważyła?
— A przecież, kochanko — głos jej drżał, wymawiając ten pieszczotliwy wyraz, chociaż dobroć jej duszy nad wszystkiem górowała — zdawało mi się, że od jakiegoś czasu spostrzegam.... Czy pan Castelnau starał się kiedy twoje względy?
— O moje względy? Zdaje mi się, że niema na całej kuli ziemskiej mężczyzny, któryby tego nie uczynił, skoro tylko mnie zobaczy!
— Chcę wiedzieć czy.... ale odpowiesz całą prawdę, obiecujesz? nieprawdaż?
— Powiem tylko prawdę.
— Czy p. Castelaa w postępowaniu swem, lub mowie, dał ci kiedykolwiek do poznania, że ma zamiar starać się o twoją rękę?
Można myśleć co się komu podoba, ale twierdzę, że posiadam złote serce. Odpowiedziałam z obojętna powagą:
— Pozwól mi matko, zastanowić się przez chwilę.
Ta obojętność wróciła, nieco barwy na jej zbladłe policzki. Udałam; więc, że się zastanawiam i wkrótce się zastanowiłam. Dyplomata zniknął bez śladu. Poczerwieniałam silnie. Spostrzegłam nagle, że tylko próżność grała rolę w moich stosunkach z tym poważnym człowiekiem. Prawdę mówiąc, nie powiedział mi nigdy ani jednego wyrazu, który wybiegałby po za zwykłą salonową uprzejmość. Moja miłość własna zawrzała gniewem. Tak, na podstawie kilku słów uznania dla mojej inteligencyi, ja, tak dumna, byłam gotowa wolność swoją zaprzedać!
Jestem uczciwa, nie starałam się stawać w obronie mojej próżności i powiedziałam prawdę:
— Pilnie szukałam w pamięci, lecz oprócz uprzejmości, szacunku, nie znalazłam nie w postępowaniu i słowach p. Castelnau, coby wychodziło po za granicę banalnej uprzejmości.
I któżby się był tego spodziewał! Ta kobieta tak pełna rezerwy, taka delikatna w każdej okoliczności, rzuciła mi się na szyję! Powieki jej były wilgotne, a całe oblicze promieniało.
— I on mi to mówił, zaręczał — szepnęła — ale ja.... zdawało mi się, że dostrzegam w tobie.... Ach! jakże to źle, żem mu nie ufała.
Gdyby była chociaż odrobina prawdy w figurze retorycznej, tak przez wujaszka umiłowanej, a przedstawiającej, jak to w pewnych chwilach włosy stają na głowie, ujrzano by piękny widok w salonie pani d’Hervelinghem. Rzecz stawała się jasną. Jeszcze raz dałam się oszukać mojej próżności i pozwoliłam zdeptać moją dumę....
— Słuchaj, drogie dziecko — mówiła dalej moja teściowa — trzeba, abyś o wszystkiem wiedziała. Nie miałabym ci wcale za złe, gdyby ktoś przeniósł ciebie nademnie. Ale jestem szczęśliwa, bardzo szczęśliwa!
W samej rzeczy, była piękna, jak marzenie, i powiedziałam sobie, że gdyby w tej chwili ktoś nas z sobą porównał, moje dwadzieścia jeden lat musiałyby ustąpić przed jej czterdziestu; nie na długo w każdym razie i ta myśl mnie pocieszała.
— Utraciłam rodziców bardzo wcześnie — ciągnęła pani d’Hervelinghem — wydano mnie za mąż w piętnastu latach. Pan d’Hervelinghem był ponurego usposobienia. Nie kochałam go wychodząc za niego, a on nie pozwolił, abym go potem kochała. Umarł, gdy miałam dwadzieścia trzy lata. Nie bardzo go żałowałam.
Była nadto dyskretna; wiedziałam, że była nad wyraz nieszczęśliwa.
— Po trzech latach wdowieństwa — mówiła dalej pani d’Hervelinghem — pan Castelnau oświadczył się o moją rękę. Znaliśmy się od dziecka. Jestem trzy lata starsza od niego i uważałam go za dziecko, ale on kochał mnie, odkąd serce jego przemówiło. Powiedział mi to ze szczerością, która mnie wzruszyła. Odpowiedziałam, że wdowie wolno niewątpliwie po raz drugi wyjść zamąż, lecz może to uczynić dopiero wtedy, gdy los dzieci ustali.
W kilka lat potem ponowił swoją prośbę. Moje serce już do niego należało. Zwróciłam jednak jego uwagę, że jestem o trzy lata od niego starsza. Potrafił mi wytłumaczyć, że nie jest to żadną przeszkodą. Wtedy mu stanowczo oświadczyłam, że trwam i będę trwała przy postanowieniu niewychodzenia zamąż, dopóki moje dzieci nie będą miały ustalonego losu. Ale wyznałam, że mam do niego przywiązanie i szacunek i że będę jego żoną, jeżeli zechce poczekać, i jeżeli nie będę za stara, gdy dzieci mnie opuszczą. Prosiłam go przede wszystkiem, abyśmy przy sobie zachowali tajemnicę naszego wzajemnego przywiązania. Dotrzymał słowa. Nikt nie mógł się domyślać, że on mnie kocha, a ja jego. Kształcił swój umysł, uspokajał porywy serca pracą i ambicyą i stał się człowiekiem wyższym, jakiego znasz.
Zaraz nazajutrz po ślubie Albertyny przyjechał przypomnieć mi moją obietnicę. Nie potrzebuję mówić, jak bardzo jestem do niego przywiązana, ale ciebie także bardzo kocham, droga Izabelo. Dałam ci tego dowód, który nie mało mnie kosztował. Mogę o tem dzisiaj mówić. Wiesz, jak bardzo kochałam mego syna. Wiedziałam, że wspomnienie o nim przykre jest dla ciebie. Mogłaś zauważyć, że nigdy o nim przy tobie nie mówiłam. Ileż to razy spłakałam się, opuszczając ciebie, na wspomnienie tego dziecka! Ale nie mówmy już o tem. Byłam gotowa jeszcze więcej uczynić dla ciebie. Zdawało mi się spostrzegać, że kochasz pana Castelnau i uważałabym za bardzo nieładną rzecz z mojej strony, gdybym stanęła na drodze do twego szczęścia. Zapytałam go otwarcie. Zdawał się zdziwiony. Zapewnił mnie, że nie okazywał ci żadnych szczególniejszych względów.
I otóż nagroda za moje spojrzenia, zalotność, zachęcające uśmiechy. Nawet ich nie widział!
— Nie chciałam wierzyć, żeby mógł przejść obok ciebie, tak bardzo uroczej....
— A jednak! — pomyślałam z goryczą.
— I żeby urokowi temu nie uległ. Zapewnił mnie, że nie. Znam jego prawość, a przecież chciałam ciebie jeszcze wybadać i zaręczam ci, moja droga, że gdybym widziała w tem twoje szczęście....
Przybrałam pogardliwą minę. Dyplomata wracał w pełnej chwale.
— I jakimiż argumentami przekonał cię, droga matko? Obiecałaś mi zupełną szczerość, a oto zamilczasz o najbardziej zajmującej części. Jestem pewna, że powiedział ci o mnie rzeczy nieprzyjemne, a właśnie to chcę wiedzieć.
Wahała się, ale ją przekonałam mówiąc, że jej obowiązkiem macierzyńskim jest nie ukrywać przedemną nic z tego, co mogło mi do poprawy pomódz.
Ten wyraz „poprawa“, był od tak niedawna w moim słowniku i tak drżąco wyszedł na moje usta, że kochana matka, rzeczywiście wzruszona nadzieją, że ujrzy we mnie zmianę na korzyść, wyjawiła przedemną zdanie, jakie wygłosił o mnie pan Castelnau.
Zaczął więc naturalnie od dobrze znanego frazesu. I jego także zdaniem, byłam uposażona przez Boga we wszystkie zalety. Jednakże, otrzymałam dziwaczne wychowanie, dzięki człowiekowi, niewątpliwie zacnemu, ale bardzo słabego charakteru, przesiąkniętemu zresztą ową maksymą, która usiłuje zmienić świat dzisiejszy: „Pogardzać religią, a czcić honor. Z tem łączyła się jeszcze egoistyczna zasada, ochrzczona mianem:, walki o byt“. „Biedne dziecko: zamiast iść za wrodzonemi cnotliwemi skłonnościami, weszła na drogę wadliwą i stała się tem, czem ją widzimy, samowolną i egoistką“.
Zadrżałam. „Samowolna, rozkazująca“, to było zdanie Edwarda! „Egoistka“, to argument pana d’Hauraucourt. Cóż doda jeszcze pan Castelnau do tego skarbca prawd gorzkich?
„Przyznam ci się, hrabino, że gdybym nawet ciebie nie znał i gdyby mój wiek i stanowisko pozwalały mi myśleć o pannie Lalande, bardzobym się zawahał. Co począć z żoną, która podnosi do zasady prawo kobiety do niepodległości umysłu i serca i „walkę o byt“ przenosi do domowego ogniska? Gdy przynajmniej jest miłość, można darować wiele, unika się goryczy nieporozumień słodkie wspomnienia rozbrajają gniew, powstrzymują wyrazy i czyny, które mogłyby się stać nie do powetowania. Lecz niepodległość uczuć, obok niezależności umysłu! A przytem „walka o byt i żadnego sposobu uspokojenia!“
W taki to sposób runęły mi na głowę wszystkie mury gmachu, który osłaniał całe moje życie.
Pani d’Hervelingbem widziała, że po raz pierwszy w życiu doznawałam chwilowej rozpaczy. Powstała z miejsca, aby mnie przycisnąć do serca, gdy wszedł służący i zaanonsował — kogo? czyż kto się domyśli? Tak, naturalnie, ten szkaradny człowiek, zjawia się zawsze w najboleśniejszych chwilach.
— Wchodzi — pan de Roselle. Ale nie ma już na twarzy tego spokojnego i ironicznego uśmiechu, który we mnie gniew wzbudza. Jest smutny, prawie przygnębiony. Wzrok jego, który iskrzył się zadowoleniem zawsze, gdy mnie zobaczył, jest obojętny.
Uścisnąwszy serdecznie rękę pani d’Hervelinghem, która go bardzo ceniła, skłonił mi się sztywnie. Byłam podrażniona, zapomniałam surowej nauki, którą tylko co otrzymałam i przybrałam pozór swobodnej wesołości w złym smaku.
— Możnaby powiedzieć, panie de Roselle — rzekłam — że patrzy pan na mnie, jak na dyabła.
— Staram się o to ze wszystkich sił — odpowiedział poważnie, odrzucając mi moją własną piłkę.
Następnie, zwracając się do pani d’Hervelinghem, miał bezczelność jej opowiadać, że przebywał w jednem z tych chrześciańskich więzień, które nazywają klasztorem, gdzie całymi dniami nic się nie mówi, słuchając kogoś, co prawi o rzeczach przyszłego świata. Dodał, że przychodzi się pożegnać, gdyż wyjeżdża w podróż na kilka miesięcy.
Wstałam z miejsca.

― Nie ruszaj się, kochana matko — rzekłam — ja uciekam, wkrótce się zobaczymy. Pójdę oderwać wuja od jego owiec.
Nie wiem, czy dla tego, że pragnęłam pokazać, że nie mam szponów, lecz najpiękniejszą białą rączkę z różowymi i błyszczącymi paznokciami, — dość, że po raz pierwszy podałam rękę panu de Roselle. Ujął ją obojętnie. Mój czwarty konkurent przyłączał się do poprzednich, odchodząc w daleką przestrzeń. Pozostawał mi jedyny książę Ciudad-Coeli.
Nigdy jeszcze nie byłam bardziej bohaterska, jak jadąc z Hervelinghem do Liembrane. Wówczas rozwinęły się wszystkie moje cnoty i ostatecznie, zdobyłam się, żeby nie powiedzieć wujowi tego, co gwałtem z ust mi się wyrywało; powiedziałam tylko sobie samej z cicha. „Wychowałeś mnie jak dobosza!“ Skończyło się na tem, że przez trzy dni nie przemówiłam do pułkownika ani słowa.
Nie mogłam jednak utaić dłużej tego, co miałam na sercu.
— Tonton rzekłam do niego — jak śmiesz jeszcze patrzeć mi w oczy, kiedy z twojego powodu uciekają odemnie wszyscy konkurenci? Nie przybieraj miny uciemiężonej niewinności! To ja jestem prześladowana. Pragniesz tego, abym nie wyszła zamąż, by mieć mnie zawsze przy sobie. Jeżeli tak, wyznaj otwarcie. Będę wiedziała, czego się mam trzymać i urządzę się stosownie.
— Ależ. Izabelo — rzekł, kładąc rękę na sercu — ubliżasz mi. Nie znam wprawdzie słodyczy małżeńskiego pożycia, ale całem mojem pragnieniem jest widzieć tłumy kawalerów zaprzężonych do twego rydwanu....
— Zobaczymy — odparłam. — Daję ci jeszcze kilka miesięcy czasu. Aż do przyszłego stycznia pozostanę twoją niewolnica, kiedy już zmuszasz mnie do tego. Pojedziemy za dwa tygodnie do Paryża, na Grand-Prix. Następnie, uczynię co zechcesz, przyjadę tutaj, będziemy podróżować, gdzie tylko zechcesz. Ale skoro nadejdzie styczeń, musisz mi się postarać o męża. Inaczej, wyjdę za kogo bądź, choćby za pana de Roselle!
Myślałam, że skoczy, usłyszawszy to przeklęte nazwisko. Ale on myślał wyłącznie o mnie.
— Ma się rozumieć, pieszczoszko — odrzekł. Jedźmy więc najprzód do Paryża.
Zdaje się jednak, że wujaszek był w tym razie sprytniejszy odemnie i przewidział, co się stanie.
W Paryżu, podczas tego jarmarku Próżności, który zowia Grand Prix, zapomniałam o moich katastrofach. Byłam sprytną, piękną, świetną. Przez cały czerwiec byłam istną królową Pól Elizejskich.
Książę Ciudad-Coeli ubóstwiał mnie taką, jaką jestem. Nie uważał bynajmniej, abym była egoistką, rozkazującą, lekkomyślną, ani „dyabełkowatą“, jak to odkrył p. de Roselle. Tego pana niecierpiałam teraz więcej, niż kiedykolwiek. A jednak ta obojętność, jaką mi okazał przy pożegnaniu, utkwiła mi w pamięci i często o tem myślałam.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.