Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część pierwsza/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII.
Nieznajomy, w którym się kochała moja teściowa.

Wkrótce goście zjechali. Naturalnie, że jednym z pierwszych był pan d’Hauraucourt. Okazał się bardzo swobodny, a ja przyjęłam go tak samo. Zdawał się niewiedzieć, że o mało nie zawiązał się pomiędzy nami silniejszy węzeł od przyjaźni. Znalazłam go tak wzorowym i tak pełnym uprzejmej prostoty, że zapomniałam o „egoizmie“, którym mnie napiętnował.
Tonton dąsał się czas jakiś, ale to taki dobry człowiek! Pan d’Hauraucourt posiadał zresztą znajomość świata, która jest udoskonaleniem dyplomacyi i rozbraja złą wolę dzięki temu, że zdaje się nie zwracać na nią uwagi.
Pan Castelnau także nadjechał i muszę jedno wyznać: nie wiem, czy dlatego, że stałam się poważniejsza, bardziej inteligentna, ale wiele mi dopomógł do przebaczenia panu d’Hauraucourt. Znalazłam go jeszcze milszym intelektualnie niż dawniej, a to wiele znaczy: wiadomo przecież, jak żywą sympatyą zawsze go darzyłam. Nosił młodzieńczo swoje lata, dzięki przyzwyczajeniu do ćwiczeń fizycznych, do chodzenia wiele piechotą, polowania, podróży, we wszystkich wolnych chwilach od pracy.
Stanowczo mi się podobał. Nie wiem, czy mogłabym go pokochać tak, jak mówią, że niektóre kobiety kochają swoich mężów, ale mogłabym być z niego dumna, nie bardzo mu dokuczać, a z czasem szanować, chociaż to nie jest rola, którą najlepiej umiem odgrywać „w koncercie życia“ (Tonton).
Czy pan Castelnau starał się o mnie? Wcale nie był ze mną miły, jak ze wszystkimi, ale jednakże bardziej uprzedzający, zemną najwięcej rozmawiał, jak z osobą, która jedynie dobrze zrozumieć go mogła. Była pomiędzy nami tak wielka różnica wieku, a mój majątek przewyższał o tak wiele to, czego on mógłby kiedykolwiek się spodziewać, że zachęta z mojej strony była konieczna.
Z drugiej strony, niepodobna mi było dojść do zupełnego uspokojenia, przed rozstrzygnięciem z panem d’Hauraucourt kwestyi wyborczej. Traktował on tę kwestyę lekko, ironicznie.
— Byłem już skłonny — mówił — do szczerego uznania zasady władzy ludu, lecz skoro zobaczyłem, że nawet mój ogrodnik odmawia wstawienia się za mną do tej potęgi, zrozumiałem, że byłoby to walczyć przeciw woli Opatrzności: nie stworzyła mnie widocznie na służbę tej monarchini o tyle wyżej stojącej nademną, — złożyłem więc broń.
— A pan, panie Castelnau, czy nie zda mi pan sprawy ze swoich usiłowań, aby mi się przypodobać?
— A więc, doznałem porażki i pani to zawdzięczam. Roselle, który byłby wybrany, gdyby chciał, zatrzymał się w pół drogi, ale nie zdołałem już przeciągnąć na moją stronę wielkiego stronnictwa umiarkowanych, duchowieństwa, szlachty wiejskiej, stowarzyszeń uczonych i wszystkich, którzy byliby za mną, gdyby z początku nie związali się z moim przeciwnikiem i przyjacielem. Będą niedługo drugie wybory, z których wyjdę, jeżeli się tak podoba panu de Roselle. Zapewne, że porażka na początku karyery politycznej jest przykra, lecz mam nadzieję otrzymać w nagrodę pewne dobro, którego pożądam daleko więcej niż władzy.
To mi się wydało jasne i chcąc mu podziękować, rzuciłam mu spojrzenie, które sądzę, że było nad wyraz urocze i o którem wujaszek śpiewał: „Dla jednego twego spojrzenia skoczyłbym w otchłań“... Pan Castelnau nie zdawał się być w wenie. Przypuszczałam, że nawet nie zauważył tego zachęcającego spojrzenia i pomyślałam sobie, że przyjdzie mi samej dać mu do poznania, jakie są moje życzenia.
Przypuszczam, że porażki, jakich doznałam, musiały mi odebrać łagodność charakteru i przyjemną równowagę usposobienia. Wydało mi się, że moja teściowa, przy naszem spotkaniu ucałowała mnie z mniejszą serdecznością niż zwykle. Przykrość mi to zrobiło i rzekłam cicho:
— Zbudowałam ołtarz dla „dumy“ i „egoizmu“ z wdzięczności za to, że przeszkodziły mi w wyborze męża, który to wybór byłby uczynił moje nieszczęście, a zarazem Angeli i Albertyny.
Po tych słowach wróciła jej słodycz niezrównana. Albertyna promieniała urodą i uprzejmością, była zupełnie inna, niż dawniej. Ucałowała mnie bardzo milutko.
Angela miała wrócić dopiero na wesele Albertyny. Była w Anglii z mężem. Stary lord Belfort był umierający. Rzeczywiście, Angela wróciła do nas 10 maja, jako już lady Belfort.
Nie widziałam nigdy weselszej żałoby, niż tej młodej pary. Na Angeli czarne suknie zdawały się uśmiechać, a Edward przerywał sobie nagle wybuchy śmiechu, żeby sobie przypomnieć, że stracił sprawcę swojego obecnego dobrobytu.
Ślub Albertyny odbył się 15 maja. Nie będę opisywać tego arystokratycznego wesela. Powiem tylko, że byłam mocno zirytowana na pana Castelnau. Nie zdawał się zwracać uwagi na moją cudowną urodę. I to jeszcze byłabym mu przebaczyła, ale uszczęśliwiałam moimi uśmiechami więcej niż dwudziestu adoratorów, a on zdawał się tego nie widzieć.
Otoczony powagami z sąsiedztwa, zachwycał ich swoją wymową, gdy ja kokietowałam młodzież, a wujaszek sztywny i majestatyczny opowiadał kilku obecnym synom Marsa o jakichś krwawych potyczkach.
Lord Belfort miał oczy tylko dla lady Belfort. Pan d’Hauraucourt, opuszczając towarzystwo, aby zabrać żonę do pałacu Monthulin, uścisnął mi rękę z rozrzewniającą serdecznością. Nie mogłam mieć żadej wątpliwości, że był uszczęśliony, że się ze mną nie ożenił.
Przekonałam się wkrótce, że obmówiłam niesłusznie pana Castelnau. Skoro tylko tłum gości nas opuścił, przyszedł dotrzymywać nam towarzystwa. Nigdy jeszcze nie wydawał mi się bardziej korzystnie, a przedewszystkiem bardziej uprzejmym względem mnie.
Zadecydowałam, że pozostaniemy w Liebmrune do końca maja, a potem wyjedziemy do Paryża na cały miesiąc wyścigowy. Wuj czuł się bardzo dobrze. Ja w dalszym ciągu przyjaźniłam się z „Przyzwoitością“. Zaczynałam także wydzierać włosy „Dumie“.
Stałam się taka dobrotliwa, że pułkownik ośmielił się czytać mi wiersze. O mało mnie to nie zachęciło znowu do walki.
Szczęśliwi są ludzie źli, bo nikt ich nie zanudza.
Pułkownik napisał poemat o Rolnictwie. Nie będę się mściła nad czytelnikami, i ani jednego wiersza nie przytoczę.
Poemat składał się z dwunastu pieśni. A ja wszystkie wysłuchałam!... Po dwunastej pieśni, wujaszek uszczęśliwiony, aby mi podziękować, oznajmił. że odtąd mam nie sto tysięcy franków dochodu, ale pięćkroć.
Udałam, że jestem zachwycona. W gruncie rzeczy, nie dobrze rozumiałam o ile to może przyczynić się do mego szczęścia. Następnie, powiedziałam sobie, że pan Castelnau będzie wiedział co z tem zrobić.
Moja teściowa przyjechała mnie odwiedzić w jakiś czas po odczytaniu poematu.
Była bardzo piękna; cera bardzo przejrzysta, włosy bujne, połyskujące, spojrzenie pełne życia; prawie ani śladu tych ciemnych linij, które oczy jej podkrążały.
— Całe szczęście, kochana matko, że nie masz trzeciej córki na wydaniu. Za każdą z córek, którą szczęściem obdarzasz, młodniejesz przynajmniej o pięć lat. Gdyby jeszcze jedna, byłabyś w równym wieku ze mną.
Ten dowcip się nie udał. Nie odczułam, jak zazwyczaj, słodyczy jej duszy i spokojnego wdzięku. Gdy mnie opuściła, pomyślałam, że jakieś czarne motyle latają pomiędzy nami.
Cały dzień rozmyślałam nad tem dziwnem usposobieniem mojej drogiej matki i nazajutrz, oto już siedzę w powoziku zaprzężonym w dwa konie i wyrywam lejce z rąk wujaszka, który powozi jak karawaniarz. Jedziemy do Hervelinghem.
Ach! co za piękny poranek majowy! i jak cudownie wyglądał pałac d’Hervelinghem w otoczeniu starannie utrzymanych trawników z koszami kwiatów, których tak pełno, że dochodzą aż do skraju lasu! Tonton utrzymywał, że ręka wróżki kierowała urządzeniem tych kwietników. Wróżka była w tym domu.
Przerwałam Tontonowi jego komplementa i wysłałam go, aby zobaczył nadzwyczajne okazy baranów. Sama zabrałam się natychmiast do kochanej matki.
Nie znam się, jak wiadomo, na wybiegach, powiedziałam jej po prostu, że musi być coś, co zamąca jej serdeczność względem mnie: „Nie potrzebuję zapewniać, że wolałabym wszystko raczej, niż stracić jej szacunek i przywiązanie“. Ona była tak samo, jak ja, prawdą chodzącą; jeżeli się wahała, to tylko z obawy, żeby mi przykrości nie wyrządzić.
Wahała się; przeczułam, że spadnie na mnie nowy cios dotkliwy. Na szczęście, uzbroiłam się w przezorność i nieufność; i nigdy więcej nie byłam zadowolona z mojej domyślności. Jeszcze odrobina mojej dawnej egoistycznej lekkomyślności, którą uważałam dotąd za swój przywilej, a.... Lecz oddaję głos pani d’Hervelinghem.
— A więc, tak, droga moja, jest coś, ale czy rozsądnie będzie, jeśli tobie to powiem?
W chwilach ważnych w życiu, matka przybierała względem mnie ton niezwykle poufały, co też teraz odczułam i ztąd wniosłam, że cios się zbliża. Skupiam się w sobie, jak dyplomata.
— Trzeba mi wszystko powiedzieć, — matko rzekłam — powiedzieć szczerze, po prostu, chociażbym miała na tem ucierpieć. Obiecujesz mi wszystko, nieprawdaż, absolutnie wszystko powiedzieć?
— No, więc tak. Otóż, powiedz mi, co myślisz o panu Castelnau?
— Dyplomata — niby ja — cofa się w swoją chmurę i ztamtąd odpowiada ze swobodą Talleyrandowską:
— Ha! myślę to, co wszyscy, że jest inteligentny i że będzie prezydentem republiki.
Przenikliwy wzrok, którym teściowa mnie przeszywała, a który niepokoił trochę moją dyplomatyczną pozę, złagodniał nieco. Następnie, stał się jeszcze bardziej niespokojny, gdy zadała mi to pytanie:
— Czy nie masz dla niego bardziej wyłącznego uczucia?
Gdyby nie to przenikliwe spojrzenie, byłabym bezwątpienia zanuciła jakiś urywek z pieśni o hymenie. Odpowiedziałam z hipokryzyą, co zaliczam do najmilszych moich wspomnień.
— Wiesz matko, że Albertyna, w czasach, gdy była sprytna — obecnie jest już tylko dobra — utrzymywała, że moje zwierciadło jest jedynym powiernikiem najskrytszych moich myśli. Czy chcesz, żebym posłała po nie kogoś, który nie zna mowy zwierciadła i nie potrafi go podmówić w drodze? Zobaczysz, że ono ci odpowie, iż nigdy z niem nie rozmawiałam o panu Castelnau.
Odpowiedź była dwuznaczna, czy pani d’Hervelinghem to zauważyła?
— A przecież, kochanko — głos jej drżał, wymawiając ten pieszczotliwy wyraz, chociaż dobroć jej duszy nad wszystkiem górowała — zdawało mi się, że od jakiegoś czasu spostrzegam.... Czy pan Castelnau starał się kiedy twoje względy?
— O moje względy? Zdaje mi się, że niema na całej kuli ziemskiej mężczyzny, któryby tego nie uczynił, skoro tylko mnie zobaczy!
— Chcę wiedzieć czy.... ale odpowiesz całą prawdę, obiecujesz? nieprawdaż?
— Powiem tylko prawdę.
— Czy p. Castelaa w postępowaniu swem, lub mowie, dał ci kiedykolwiek do poznania, że ma zamiar starać się o twoją rękę?
Można myśleć co się komu podoba, ale twierdzę, że posiadam złote serce. Odpowiedziałam z obojętna powagą:
— Pozwól mi matko, zastanowić się przez chwilę.
Ta obojętność wróciła, nieco barwy na jej zbladłe policzki. Udałam; więc, że się zastanawiam i wkrótce się zastanowiłam. Dyplomata zniknął bez śladu. Poczerwieniałam silnie. Spostrzegłam nagle, że tylko próżność grała rolę w moich stosunkach z tym poważnym człowiekiem. Prawdę mówiąc, nie powiedział mi nigdy ani jednego wyrazu, który wybiegałby po za zwykłą salonową uprzejmość. Moja miłość własna zawrzała gniewem. Tak, na podstawie kilku słów uznania dla mojej inteligencyi, ja, tak dumna, byłam gotowa wolność swoją zaprzedać!
Jestem uczciwa, nie starałam się stawać w obronie mojej próżności i powiedziałam prawdę:
— Pilnie szukałam w pamięci, lecz oprócz uprzejmości, szacunku, nie znalazłam nie w postępowaniu i słowach p. Castelnau, coby wychodziło po za granicę banalnej uprzejmości.
I któżby się był tego spodziewał! Ta kobieta tak pełna rezerwy, taka delikatna w każdej okoliczności, rzuciła mi się na szyję! Powieki jej były wilgotne, a całe oblicze promieniało.
— I on mi to mówił, zaręczał — szepnęła — ale ja.... zdawało mi się, że dostrzegam w tobie.... Ach! jakże to źle, żem mu nie ufała.
Gdyby była chociaż odrobina prawdy w figurze retorycznej, tak przez wujaszka umiłowanej, a przedstawiającej, jak to w pewnych chwilach włosy stają na głowie, ujrzano by piękny widok w salonie pani d’Hervelinghem. Rzecz stawała się jasną. Jeszcze raz dałam się oszukać mojej próżności i pozwoliłam zdeptać moją dumę....
— Słuchaj, drogie dziecko — mówiła dalej moja teściowa — trzeba, abyś o wszystkiem wiedziała. Nie miałabym ci wcale za złe, gdyby ktoś przeniósł ciebie nademnie. Ale jestem szczęśliwa, bardzo szczęśliwa!
W samej rzeczy, była piękna, jak marzenie, i powiedziałam sobie, że gdyby w tej chwili ktoś nas z sobą porównał, moje dwadzieścia jeden lat musiałyby ustąpić przed jej czterdziestu; nie na długo w każdym razie i ta myśl mnie pocieszała.
— Utraciłam rodziców bardzo wcześnie — ciągnęła pani d’Hervelinghem — wydano mnie za mąż w piętnastu latach. Pan d’Hervelinghem był ponurego usposobienia. Nie kochałam go wychodząc za niego, a on nie pozwolił, abym go potem kochała. Umarł, gdy miałam dwadzieścia trzy lata. Nie bardzo go żałowałam.
Była nadto dyskretna; wiedziałam, że była nad wyraz nieszczęśliwa.
— Po trzech latach wdowieństwa — mówiła dalej pani d’Hervelinghem — pan Castelnau oświadczył się o moją rękę. Znaliśmy się od dziecka. Jestem trzy lata starsza od niego i uważałam go za dziecko, ale on kochał mnie, odkąd serce jego przemówiło. Powiedział mi to ze szczerością, która mnie wzruszyła. Odpowiedziałam, że wdowie wolno niewątpliwie po raz drugi wyjść zamąż, lecz może to uczynić dopiero wtedy, gdy los dzieci ustali.
W kilka lat potem ponowił swoją prośbę. Moje serce już do niego należało. Zwróciłam jednak jego uwagę, że jestem o trzy lata od niego starsza. Potrafił mi wytłumaczyć, że nie jest to żadną przeszkodą. Wtedy mu stanowczo oświadczyłam, że trwam i będę trwała przy postanowieniu niewychodzenia zamąż, dopóki moje dzieci nie będą miały ustalonego losu. Ale wyznałam, że mam do niego przywiązanie i szacunek i że będę jego żoną, jeżeli zechce poczekać, i jeżeli nie będę za stara, gdy dzieci mnie opuszczą. Prosiłam go przede wszystkiem, abyśmy przy sobie zachowali tajemnicę naszego wzajemnego przywiązania. Dotrzymał słowa. Nikt nie mógł się domyślać, że on mnie kocha, a ja jego. Kształcił swój umysł, uspokajał porywy serca pracą i ambicyą i stał się człowiekiem wyższym, jakiego znasz.
Zaraz nazajutrz po ślubie Albertyny przyjechał przypomnieć mi moją obietnicę. Nie potrzebuję mówić, jak bardzo jestem do niego przywiązana, ale ciebie także bardzo kocham, droga Izabelo. Dałam ci tego dowód, który nie mało mnie kosztował. Mogę o tem dzisiaj mówić. Wiesz, jak bardzo kochałam mego syna. Wiedziałam, że wspomnienie o nim przykre jest dla ciebie. Mogłaś zauważyć, że nigdy o nim przy tobie nie mówiłam. Ileż to razy spłakałam się, opuszczając ciebie, na wspomnienie tego dziecka! Ale nie mówmy już o tem. Byłam gotowa jeszcze więcej uczynić dla ciebie. Zdawało mi się spostrzegać, że kochasz pana Castelnau i uważałabym za bardzo nieładną rzecz z mojej strony, gdybym stanęła na drodze do twego szczęścia. Zapytałam go otwarcie. Zdawał się zdziwiony. Zapewnił mnie, że nie okazywał ci żadnych szczególniejszych względów.
I otóż nagroda za moje spojrzenia, zalotność, zachęcające uśmiechy. Nawet ich nie widział!
— Nie chciałam wierzyć, żeby mógł przejść obok ciebie, tak bardzo uroczej....
— A jednak! — pomyślałam z goryczą.
— I żeby urokowi temu nie uległ. Zapewnił mnie, że nie. Znam jego prawość, a przecież chciałam ciebie jeszcze wybadać i zaręczam ci, moja droga, że gdybym widziała w tem twoje szczęście....
Przybrałam pogardliwą minę. Dyplomata wracał w pełnej chwale.
— I jakimiż argumentami przekonał cię, droga matko? Obiecałaś mi zupełną szczerość, a oto zamilczasz o najbardziej zajmującej części. Jestem pewna, że powiedział ci o mnie rzeczy nieprzyjemne, a właśnie to chcę wiedzieć.
Wahała się, ale ją przekonałam mówiąc, że jej obowiązkiem macierzyńskim jest nie ukrywać przedemną nic z tego, co mogło mi do poprawy pomódz.
Ten wyraz „poprawa“, był od tak niedawna w moim słowniku i tak drżąco wyszedł na moje usta, że kochana matka, rzeczywiście wzruszona nadzieją, że ujrzy we mnie zmianę na korzyść, wyjawiła przedemną zdanie, jakie wygłosił o mnie pan Castelnau.
Zaczął więc naturalnie od dobrze znanego frazesu. I jego także zdaniem, byłam uposażona przez Boga we wszystkie zalety. Jednakże, otrzymałam dziwaczne wychowanie, dzięki człowiekowi, niewątpliwie zacnemu, ale bardzo słabego charakteru, przesiąkniętemu zresztą ową maksymą, która usiłuje zmienić świat dzisiejszy: „Pogardzać religią, a czcić honor. Z tem łączyła się jeszcze egoistyczna zasada, ochrzczona mianem:, walki o byt“. „Biedne dziecko: zamiast iść za wrodzonemi cnotliwemi skłonnościami, weszła na drogę wadliwą i stała się tem, czem ją widzimy, samowolną i egoistką“.
Zadrżałam. „Samowolna, rozkazująca“, to było zdanie Edwarda! „Egoistka“, to argument pana d’Hauraucourt. Cóż doda jeszcze pan Castelnau do tego skarbca prawd gorzkich?
„Przyznam ci się, hrabino, że gdybym nawet ciebie nie znał i gdyby mój wiek i stanowisko pozwalały mi myśleć o pannie Lalande, bardzobym się zawahał. Co począć z żoną, która podnosi do zasady prawo kobiety do niepodległości umysłu i serca i „walkę o byt“ przenosi do domowego ogniska? Gdy przynajmniej jest miłość, można darować wiele, unika się goryczy nieporozumień słodkie wspomnienia rozbrajają gniew, powstrzymują wyrazy i czyny, które mogłyby się stać nie do powetowania. Lecz niepodległość uczuć, obok niezależności umysłu! A przytem „walka o byt i żadnego sposobu uspokojenia!“
W taki to sposób runęły mi na głowę wszystkie mury gmachu, który osłaniał całe moje życie.
Pani d’Hervelingbem widziała, że po raz pierwszy w życiu doznawałam chwilowej rozpaczy. Powstała z miejsca, aby mnie przycisnąć do serca, gdy wszedł służący i zaanonsował — kogo? czyż kto się domyśli? Tak, naturalnie, ten szkaradny człowiek, zjawia się zawsze w najboleśniejszych chwilach.
— Wchodzi — pan de Roselle. Ale nie ma już na twarzy tego spokojnego i ironicznego uśmiechu, który we mnie gniew wzbudza. Jest smutny, prawie przygnębiony. Wzrok jego, który iskrzył się zadowoleniem zawsze, gdy mnie zobaczył, jest obojętny.
Uścisnąwszy serdecznie rękę pani d’Hervelinghem, która go bardzo ceniła, skłonił mi się sztywnie. Byłam podrażniona, zapomniałam surowej nauki, którą tylko co otrzymałam i przybrałam pozór swobodnej wesołości w złym smaku.
— Możnaby powiedzieć, panie de Roselle — rzekłam — że patrzy pan na mnie, jak na dyabła.
— Staram się o to ze wszystkich sił — odpowiedział poważnie, odrzucając mi moją własną piłkę.
Następnie, zwracając się do pani d’Hervelinghem, miał bezczelność jej opowiadać, że przebywał w jednem z tych chrześciańskich więzień, które nazywają klasztorem, gdzie całymi dniami nic się nie mówi, słuchając kogoś, co prawi o rzeczach przyszłego świata. Dodał, że przychodzi się pożegnać, gdyż wyjeżdża w podróż na kilka miesięcy.
Wstałam z miejsca.

― Nie ruszaj się, kochana matko — rzekłam — ja uciekam, wkrótce się zobaczymy. Pójdę oderwać wuja od jego owiec.
Nie wiem, czy dla tego, że pragnęłam pokazać, że nie mam szponów, lecz najpiękniejszą białą rączkę z różowymi i błyszczącymi paznokciami, — dość, że po raz pierwszy podałam rękę panu de Roselle. Ujął ją obojętnie. Mój czwarty konkurent przyłączał się do poprzednich, odchodząc w daleką przestrzeń. Pozostawał mi jedyny książę Ciudad-Coeli.
Nigdy jeszcze nie byłam bardziej bohaterska, jak jadąc z Hervelinghem do Liembrane. Wówczas rozwinęły się wszystkie moje cnoty i ostatecznie, zdobyłam się, żeby nie powiedzieć wujowi tego, co gwałtem z ust mi się wyrywało; powiedziałam tylko sobie samej z cicha. „Wychowałeś mnie jak dobosza!“ Skończyło się na tem, że przez trzy dni nie przemówiłam do pułkownika ani słowa.
Nie mogłam jednak utaić dłużej tego, co miałam na sercu.
— Tonton rzekłam do niego — jak śmiesz jeszcze patrzeć mi w oczy, kiedy z twojego powodu uciekają odemnie wszyscy konkurenci? Nie przybieraj miny uciemiężonej niewinności! To ja jestem prześladowana. Pragniesz tego, abym nie wyszła zamąż, by mieć mnie zawsze przy sobie. Jeżeli tak, wyznaj otwarcie. Będę wiedziała, czego się mam trzymać i urządzę się stosownie.
— Ależ. Izabelo — rzekł, kładąc rękę na sercu — ubliżasz mi. Nie znam wprawdzie słodyczy małżeńskiego pożycia, ale całem mojem pragnieniem jest widzieć tłumy kawalerów zaprzężonych do twego rydwanu....
— Zobaczymy — odparłam. — Daję ci jeszcze kilka miesięcy czasu. Aż do przyszłego stycznia pozostanę twoją niewolnica, kiedy już zmuszasz mnie do tego. Pojedziemy za dwa tygodnie do Paryża, na Grand-Prix. Następnie, uczynię co zechcesz, przyjadę tutaj, będziemy podróżować, gdzie tylko zechcesz. Ale skoro nadejdzie styczeń, musisz mi się postarać o męża. Inaczej, wyjdę za kogo bądź, choćby za pana de Roselle!
Myślałam, że skoczy, usłyszawszy to przeklęte nazwisko. Ale on myślał wyłącznie o mnie.
— Ma się rozumieć, pieszczoszko — odrzekł. Jedźmy więc najprzód do Paryża.
Zdaje się jednak, że wujaszek był w tym razie sprytniejszy odemnie i przewidział, co się stanie.
W Paryżu, podczas tego jarmarku Próżności, który zowia Grand Prix, zapomniałam o moich katastrofach. Byłam sprytną, piękną, świetną. Przez cały czerwiec byłam istną królową Pól Elizejskich.
Książę Ciudad-Coeli ubóstwiał mnie taką, jaką jestem. Nie uważał bynajmniej, abym była egoistką, rozkazującą, lekkomyślną, ani „dyabełkowatą“, jak to odkrył p. de Roselle. Tego pana niecierpiałam teraz więcej, niż kiedykolwiek. A jednak ta obojętność, jaką mi okazał przy pożegnaniu, utkwiła mi w pamięci i często o tem myślałam.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.