Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część pierwsza/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.
Narzeczony Albertyny.

Niema na świecie pułkownika, z którymby trudniej było podróżować niż z moim wujaszkiem Bourgougnon. Posiada odrębne swoje zapatrywania etnograficzne, które mu utrudniają zbliżenie się do cudzoziemskich narodów.
Nie mówię już nawet o Anglikach. Włochach i Niemcach; nienawidził ich jako nieprzyjaciół swojej ojczyzny.
Łagodniej nieco zapatrywał się na Rossyan, ale istniała przecież Berezyna, a na tej Berezynie most jakiś, który wraz z armatami był powodem nienawiści wujaszka.
Hiszpanie, był to możliwy naród i zaliczony pomiędzy „dzielne“. Ale nie mógł im darować, że zostali pobici przez wojska Restauracyi, a przeciwnie, pobili wojska Cesarstwa.
W jaką stronę się udać? Wuj skłaniał się ku Japonii, gdyż tam podobno schroniła się rycerskość i ludzie wypuszczali sobie wnętrzności przy nadarzonej okazyi. Ta operacya nie zachwycała mnie wcale i głosowałam za Stanami Zjednoczonymi. Dlaczego? Bo tam kobiety panują absolutnie i są szanowane we wszystkiem, co czynią; tam, urzeczywistniają one typ, o którym marzę, a który polega na tej zasadzie: „Całkowita swoboda w cnocie i dla cnotliwych“. Pułkownik starał się wprawdzie przypomnieć mi, że Amerykanie są tylko wolnymi Anglikami. Ale Bóg chce tego, czego ja chcę. Pojechaliśmy więc do Ameryki.
Nie zapominam tego, co rzekł mi kiedyś pan d’Hauraucourt: „Kobieta może się źle wyrażać o każdej kobiecie w szczególności, ale nie powinna mówić źle o kobietach wogóle. Na to są mężczyźni“. Nie powiem więc nie o Amerykankach. Są one, razem wziąwszy, piękne, cnotliwe i zabawne. Ale mam żal do nich, że odebrały mi jedną z trzech broni, które są konieczne, aby odnieść zupełny tryumf w walce życiowej, aby być samodzielną, zwolnioną ze wszystkiego, co zawadza naszemu osobistemu szczęściu.
Dotychczas używałam chętnie tej potrójnej broni, mianowicie swobody umysłu, swobody serca i swobody w zachowaniu się. Tę broń ostatnią, podróż do Ameryki mi obmierziła i moja osobistość uczuła się o tyle mniej uzbrojoną. Niesłychanie trudno mi było przyzwyczaić się do nowej zalety, która jest przeciwieństwem swobody w postępowaniu, a która, w mowie Tonton, nazywa się: Przyzwoitość.
Jestto wyraz bardzo źle zastosowany; bo cnota ta zmusza młode kobiety i dziewczęta siedzieć na brzeżku krzesła i wyglądać jak trusie. Ale to zawsze jeszcze lepsze od tego, na co się tam napatrzyłam.
Muszę coś powiedzieć na moją pochwale. Do owej „Przyzwoitości“ pociągała mnie myśl, że dzięki jej podobam się więcej panu d’Hauraucourt i będę miała prawo jeszcze bardziej mu dokuczać. Wracałam z Ameryki zdecydowana go poślubić. Sprawa skończona. Nie mówmy już o tem dłużej.
Przyjechaliśmy do Nicei w styczniu i zatrzymaliśmy się u jakiegoś Barbarosy, posiadającego ładny hotel.
Natychmiast po przyjeździe, dowiedzieliśmy się, że pan de Roselle znajduje się w Nicei. On, tak! Stanowczo jakąś tajemnicę posiadał ten nieznośny człowiek, że zdołał dowiedzieć się zawsze o miejscu mego pobytu. Bylo to tembardziej nie do wytłumaczenia, że podczas naszej podróży do Ameryki nie dałam swego adresu nikomu z naszych znajomych, chcąc przez przeciąg sześciu miesięcy nie wiedzieć co się dzieje w świecie cywilizowanym.
W Nicei więc dopiero odebrałam listy Angeli, która była tak bezczelnie szczęśliwą, że odtąd nie nazywałam jej już inaczej, tylko cieniem szanownego Anglika.
Otrzymałam także listy od mojej teściowej, zawsze czułej, serdecznej, ale odpowiadającej z niejakim przymusem, o ile mi się wydało, na propozycyę gorąco serdeczną, aby przyjechała zobaczyć się ze mną tutaj, w Alpes-Maritimes. Wiedziała dobrze, iż nie podobna mi było opuścić mego wuja, a on nie mógł jechać o tej tak zimnej porze do Boulonnais i że przecież szalenie pragnęłam posłyszeć jej tak słodki i spokojny głos. Odpisała mi, że „jak na teraz, było to niemożliwe. Chodziło o małżeństwo Albertyny“. Było w tem coś, co ją niepokoiło, a o czem powie mi później.
Przesyłała mi przytem wiele wiadomości z naszej okolicy. Mandat senatora zawakował. Już od razu zgłosiło się kilku kandydatów, a pomiędzy nimi pan de Roselle, który zostanie senatorem, jeśli tylko zechce. Jeden z nich usunął się od razu“.
Któż to był ten jeden?
Ale wracam do rzeczy. Więc pan de Roselle, chociaż był w Nicei, równocześnie cały był zajęty robieniem mi na złość i ubieganiem się o mandat senatora?
Byłam bardzo zirytowana i to było powodem pewnej oziębłości pomiędzy mną a nową moją towarzyszką: Przyzwoitością.
Opowiem całą sprawę bardzo krótko. W kilka dni po naszym przyjeździe, przechadzałam się sama jedna, po amerykańsku, po „Promenade des Anglais“. Nie była to pora, w której wielki świat się pokazuje. Muszę przyznać się do tego. Ale byłam poważna, wcale nie roztrzepana, ani rzucająca oczami; można mi wierzyć. Rozmyślałam o moim dobroczynnym prześladowcy. Drab wysokiego wzrostu z jasną czupryną, w którym odgadywałam wojskowego i który, jak się później dowiedziałam, był baronem pomorskim, kończącym się na erg, zbliżył się. Przemówił do mnie, a ja spojrzałam na niego z pogardą. Położył rękę na mojem ramieniu; dałam mu w twarz i odeszłam do mego hotelu.
Kilku znajomych, którzy szli za nim, zaczęli drwić z niego w sposób bardzo pospolity. Drwiny te powtórzyły się po południu w jednej kawiarni, gdzie przypadkiem znajdował się pan de Roselle. Baron doprowadzony do ostateczności, okazał się w całem swojem grubiaństwie. Oświadczył, że nie jest taki głupi, jak myślą. Sądził, że powinien milczeć, chociaż osoba, o której mowa, na to nie zasługuje. Ale ów policzek był tylko komedyą, dla tego, że widziała w około wielu obcych. Nie po raz pierwszy mnie spotyka. Byliśmy już prawie w porozumieniu. Nie wiele byłam warta. Co najmniej, byłam bezwstydną zalotnicą, a miał powody mniemać, że jeszcze czemś gorszem.
Towarzysze nie bardzo chcieli temu wierzyć. On upierał się przy swojem, przytaczając jako dowód, że mieszkam u Barbarosy, że byłam fałszywą wice-hrabiną, goniącą po świecie z jakimś starym wojskowym, niby krewnym. Zasięgał przecież wiadomości w hotelu.
Baron opisał mnie przytem tak dokładnie, że pan Roselle domyślił się, że to o mnie mowa. Poprosił najpierw grzecznie barona, żeby zaprzestał tej rozmowy, bo „pani d’Hervelinghem była jego sąsiadką i kuzynką“ — to była prawda, w dwunastym stopniu, czem się jeszcze nie pochwaliłam. — Olbrzym, zobaczywszy przed sobą mężczyznę szczupłego i grzecznego, odpowiedział:
— Idź pan do tyapla! śmieje się z kopiet, jak mi sze potopa, jest pan insolent, że smi mi gadać, żebym był cicho. Ja bede mówil o ta kopieta jak kce!
Masz tobie! Chrześciańska pokora pana de Roselle poszła w strzępy, a zbyt przedsiębiorczy baron dostał parę policzków, które go nauczyły z kim ma do czynienia. Przekonany, że jest herkulesem, rzucił się na małego Francuza, który zwinny, jak akrobata, zasypał go tak razami, że Niemcowi tchu zabrakło, zanim mógł dosięgnąć przeciwnika. Rozłączono ich; rozeszli się i zostało postanowione, że bić się będą jutro, na terytoryum włoskiem.
Wkrótce wiadomość o tem zdarzeniu doszła do naszego hotelu. Wuj był wściekły przez cały dzień. Myśl, że ten wstrętny człowiek ośmielił się stanąć w mojej obronie, wkraczając w jego prawa, do pasyi go doprowadzała. Wujaszek był człowiekiem czynu. Kazał szukać de p. Roselle po całem mieście, mając nadzieję, że jeszcze nie wyjechał.
Zapewne wszyscy myślą, że czyniłam w duchu śluby, aby porządne pchnięcie szpady uwolniło mnie raz na zawsze od tego upartego protektora. A jednak nie! Najprzód, nienawidzę Prusaków więcej jeszcze, niż pana de Roselle. Następnie, muszę się przyznać do tej słabości, nie mogę mu darować, że mi ocalił życie, ale godzące w cześć obelgi gorsze są i cięższe mi się wydają, od samej śmierci.
Nazajutrz, przez cały dzień, pułkownik rady dać sobie nie mógł. Pan de Roselle wrócił na trzeci dzień. Był tylko lekko ranny; pan, kończący się na erg, ciężko.
Obawiam się, czy Tonton nie okrył się śmiesznością w rozmowie, którą miał z moim wybawcą i zaprzysięgłym protektorem. Oto co wiem o tem: Pan de Roselle, zawsze tak otwarty, tak spokojnie ironiczny i wesoły z natury, pomimo swojej powagi, był ponury i jakby przygnębiony wyrzutami sumienia. Zimno i z roztargnieniem wysłuchał pułkownika, który z szeroką swoją wymową z największą zresztą uprzejmością, gdyż kochany wujaszek pomimo swojej nienawiści, nie przestał być sprawiedliwym, prosił go, aby odtąd zechciał nie mieszać się w nasze sprawy, oświadczając, że ja wolałabym raczej umrzeć, niż być uratowaną przez niego. To zdało się go budzić na chwilę, bo rzucając na pułkownika żywe spojrzenie, rzekł:
— Czy przysięgniesz mi na swój honor, pułkowniku Bourgongnon, że mógłbyś słuchać obelg rzucanych na kobietę i nie ująć się za nią?
Tonton złapany we własne sidła, został pobity na głowę.
A pan de Roselle przybrał znowu swój ponury wyraz i mówił dalej zwykłym już tonem:
— Zresztą, będę uciekał od pani d’Hervelinghem równie pilnie, jak dotychczas starałem się jej szukać. Mam obrzydzenie do pojedynków. Poprzysiągłem sobie, że nigdy bić się nie będę. Byłem o tyle słaby, że złamałem słowo. Jest to dla mnie wyrzutem sumienia, który długo będzie mnie prześladować. Trzeba było, aby mnie do tego zniewoliła, moja... moja... mój wielki... szacunek dla pani d’Hervelinghem... To tylko mogło mnie popchnąć do popełnienia tej... nikczemności. Widzę, że uczucie, jakie mam dla niej, jest niezdrowem uczuciem, skoro mnie do złego popycha. Będę z niem walczyć o ile siły starczą. Opuściłbym dziś jeszcze Niceę, gdyby nie stan zdrowia mego przeciwnika. Nie mogę się oddalić, póki się nie dowiem, że wyszedł z niebezpieczeństwa. Jest to brutalny głupiec, ale odważny. Wyjadę, skoro tylko doktor powie, że jest uratowany. Obiecuję sobie, że nie zobaczę pani d’Hervelinghem, ani teraz, ani nigdy później.
Oto wszystko, co wiem. Gdy wujaszek przyszedł do mnie z tem pięknem poselstwem, przyjęłam go z zaciśniętymi kulakami. Dlaczego? Nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Aby skończyć z tą awanturą, dodam, że z przyjemnością się dowiedziałam, iż ten brutal na erg na resztę życia pozostanie mańkutem.
Co do pana de Roselle, wcale nie pytałam o niego.
Przez cały miesiąc luty go nie widziałam. Myślałam, że znajduje się gdzieś w Indyach. To też byłam ogromnie ździwiona, spotkawszy go w początkach marca. Ździwiona i zadowolona. Wytłumaczyłam sobie, że nie miał siły dotrzymać obietnicy, iż będzie mnie unikał. Udałam, że go nie widzę.
Można sobie łatwo wyobrazić, że nie brakło mi wielbicieli. Było ich około tuzina. Nie ośmielałam ich nadto. Przygotowywałam się, żeby być tak wierną, jak Baucis mojemu Filemonowi d’Hauraucourt; a ponieważ po mojej awanturze pruskiej zawarłam znowu wielką przyjaźń z moją nową przyjaciółką, „Przyzwoitością“, czyniłam wuja Tonton najszczęśliwszym z ludzi. Saper mnie zapewniał, że wuj był zupełnie wyleczony i że miał już tylko pragnienie wrócić do Boulonnais, gdzie miał swoich ubogich, wdowy, sieroty i barany, które mu bardzo były drogie.
Należało mi się to szczęście od losu. Nagle otrzymałam cios taki, że można było stracić głowę. To też ją straciłam.
Oto list mojej teściowej:
„D. 7 marca. Całuję ciebie z całego serca moja pieszczotko, ponieważ twoje serce może dozna pewnego bolu. Trzeba, żebyś pierwsza się dowiedziała i to odemnie, którą kochasz i która ciebie kocha, o bliskiem małżeństwie Albertyny z panem d’Hauraucourt“.
Co? to niemożliwe! Odczytuję po raz drugi, tak Albertyna z panem d’Hauraucourt!
Taka obelga! mnie! I to ta kobieta, którą nienawidzę, którą pogardzam, odbiera mi mego narzeczonego! Tego człowieka, o którym myślałam, że jest uszczęśliwiony kilku nieokreślonemi słowami nadziei, którą mu uczyniłam, — tego człowieka, o którym sądziłam, że leży u moich stóp, w pyle, gotowy na wszystko, aby uzyskać jeden uśmiech! A on lekceważy mnie! porzuca, bez powodu, nie starając się nawet dowiedzieć, co ja o tem myślę; on się cofa, a nie ja! A przez ten czas, ja ćwiczę się w „przyzwoitości“ na jego cześć, męcząc się czuwaniem nad każdem mojem słowem, nawet spojrzeniem!
Na szczęście, moje serce nie grało w tem żadnej roli; nie dałam ani odrobiny serca nikomu, tak samo panu d’Hauraucourt, jak innym. Była to boleść z powodu rany zadanej miłości własnej, obrażonej dumie, była to żądza zemsty. Chciałabym mieć przed sobą tego nędznika, aby go na śmierć zapoliczkować i tę dumną dziewczynę, aby ją podrapać paznokciami. Nogami bił m o ziemię. Rzuciłam list na posadzkę nie chcąc czytać więcej.
Moją pierwszą myślą było pobiedz do pułkownika i krzyczeć, że to on był powodem tej zniewagi. Przyszedł mi błysk rozsądku. Pomyślałam sobie, że mogłabym go tem zabić. Wysiłek, który uczyniłam, spotęgował moją wściekłość. Stałam się prawdziwem zniszczeniem: potłukłam zwierciadła, wazony, a potem zemściłam się nad Apollem, który stojąc na szkaradnym zegarze, grał na lirze, ubrany w spodnicę i majtki. Moje panny służące nie śmiały się pokazać, lecz saper nadbiegł. Rzuciłam krzesło na głowę flegmatycznego żołnierza. Przyjął cios z powagą i zapytał mnie o rozkazy. Przyszła mi dzika myśl do głowy.
— Gdzie mieszka pan de Roselle?
— W hotelu „Univers“.
— Dobrze. Będziesz mi towarzyszył.
Skłonił się. Nałożyłam jakbądź pierwszy lepszy kapelusz na włosy, jak przypuszczam mocno rozburzone, i wyszłam, dysząc ze złości.
Co zamierzałam uczynić? Coś, co mi się wydawało całkiem naturalne. Powiedzieć panu de Roselle, że zgadzam się wyjść za niego, jeżeli spoliczkuje pana d’ Hauraucourt.
Powiedziano mi w hotelu, że pan de Roselle już od dwu dni opuścił Niceę.
Wróciłam do domu. Zapytałam, gdzie jest pułkownik.
Pojechał, zdaje się, do Monaco i nie wróci aż wieczorem.
Kazałam saperowi zaprządz do powozu i wieźć mnie prosto przed siebie, najdalej i najprędzej jak można.
Wkrótce potem już miałam tylko jedno pragnienie wrócić, żeby dokończyć czytania listu. Obawa, aby go nie zarzucono lub nie podarto, skupiła nieco moje wzburzone myśli. Upokarza mnie to wyznanie.
List był jeszcze na swojem miejscu. Zabrałam się do czytania. „Wiem — pisała dalej teściowa — że jesteś uosobioną prawością, kochane dziecko: z tobą niema się co wdawać w żadne wykręty. Jesteś stanowcza i niema sprawiedliwszej istoty od ciebie, jeżeli kto z całą szczerością do ciebie przemawia.
„Jeszcze w listopadzie pan d’ Haurancourt powiedział mi, że czułby się szczęśliwy, gdyby mu było wolno starać się o rękę Albertyny.
„Chyba nikt więcej odemnie nie mógł być zdumiony i zbity z tropu. Ależ — powiedziałam mu — byłam pewna, kochany Norbercie, że jesteś związany wobec Izabeli.
„Popatrzył na mnie zdziwiony.
„Związany! Muszę oświadczyć, że nigdy nie otrzymałem żadnej zachęty ze strony pani d’ Hervelinghem i nic w jej postępowaniu nie zauważyłem, co mogłoby mi dać nadzieję, że skłoni się ku mnie. Bez wątpienia, że odczułem urok, jaki ona roztacza w około siebie, a jest on potężny, jak pani wiadomo. Zachwycałem się nią przez kilka miesięcy i myślałem sobie, że człowiek, którego pokocha, będzie najszczęśliwszy z ludzi. Usiłowałem się przekonać, czy pozwoli mi mieć nadzieję, że mógłbym być tym człowiekiem. Nie ośmielała mnie do tego. Nie uczyniłem jej żadnego stanowczego wyznania. W chwili jej wyjazdu, à propos tego śmiesznego żartu z wyborami, z powszechnem głosowaniem, próbowałem bardzo dyskretnie przeniknąć głębię jej myśli i nie znalazłem nic stałego ani serdecznego. Mogłem tylko tyle zrozumieć, że pani d’ Hervelinghem ma dla mnie szacunek, na który sądzę, że zasługuję i przyjaźń, jako dla człowieka, którego zna od dzieciństwa. Więcej nie. Postanowiłem jednak spróbować jej się przypodobać zajmując się tą nierozsądną sprawą wyborów do Senatu.
„Zdala od niej i uroku, który wywiera, wrócił mi rozsądek i zrozumiałem, że....
„Kochanie moje, pisała dalej moja teściowa, zawahałam się, czy mam ci wszystko powiedzieć; obawiam się, że to, co następuje, przykrość ci sprawi i znowu jestem zmuszona sobie przypominać, że prawdę przekładasz nad wszystko inne.
„Zrozumiałem, mówił pan d’Hauraucourt, że pani Izabela, otrzymała od Boga najpiękniejsze i najwznioślejsze zalety, lecz bardzo spaczone, wskutek złego wychowania. Górę w niej bierze zawsze egoizm, z którym źle bardzo wchodzić w związki małżeńskie, jak o tem pani wie dobrze; to bardzo niepewny warunek szczęścia dla człowieka kochającego, wrażliwego i dumnego. To przekonanie stłumiło nagle uczucie, które miałem dla pani d’Hervelinghem. Może pani z tego wnosić, że nie było bardzo głębokie, ani stałe. Słowem, pani d’Hervelinghem nie jest stworzona na kapłankę domowego ogniska; zawsze skłonna do drwin i krytyki, przyznająca sobie absolutne prawo sadzenia o wszystkiem, mówienia wszystkiego, nie zdoła również znaleźć szczęścia w świecie. Chociaż jestem przygotowany, że od czasu do czasu może mi się zdarzyć otrzymać pchnięcie szpadą w pojedynku, to jednak spędzać całe życie z bronią w ręku nie wydaje mi się ideałem szczęścia na tej ziemi!
„Nie potrzebuję ci mówić, droga moja, w jaki sposób wyznał mi swoją miłość dla Albertyny. Dodam tylko, że mnie całkiem przekonał.
„Pomimo tego, odłożyłam moją odpowiedź nieco na później. Nie wątpiłam w prawdę słów pana d’Hauraucourt, lecz zdawało mi się, że w każdym razie było w tem coś nie bardzo ładnego względem ciebie. Wkrótce przekonałam się, że Albertyna już od dzieciństwa żywi uczucie dla pana d’Hauraucourt, że to uczucie zwalczane i ukrywane z powodu jego pozornej obojętności, było powodem nierówności usposobienia i szorstkości charakteru tej dziewczyny, która z natury jest równie łagodna, jak jej siostra. Wtedy, nie mogłam się już wahać. Slub odbędzie się 15 kwietnia“.
O ile mi się zdaje, mam serce dość lekkomyślne. Skończywszy czytać ten list, pragnęłam zapłakać, aby módz zapomnieć. Nie umiem płakać. Jednakże czułam w duszy coś nieznanego. Zaczęłam od podziękowania przypadkowi, że nie zastałam pana de Roselle, z którym związałabym moje życie, na jego zgubę. Następnie zaczęłam rozmyślać, czy nie mają słuszności ludzie, którzy mówią, że moje życie jest na złej drodze.
Pierwszy z moich narzeczonych ucieka odemnie, bo jestem „rozkazująca“, drugi, ponieważ jestem „egoistką“.
Niema wątpliwości, że „walka o życie“ jest bardzo przyjemna w teoryi. Miło jest ujarzmiać ludzi, wyzyskiwać życie innych, aby sobie szczęście zapewnić, nie troszcząc się o szczęście niczyje, a jednak nie wielu jest takich, którzy pozwoliliby się wyzyskiwać. Lecz przynajmniej, — powiedziałam sobie — nikt mi nie zarzuci, że jestem głupia lub niezdara.
Napisałam do mojej teściowej list pełen serdecznego przywiązania i dodałam: „Pan d’Hauraucourt powiedział ci, matko, szczerą prawdę, nigdy go nie zachęcałam“.
Doktor H... pozwolił wujowi powrócić do Liembrune. Przyjechaliśmy w sam czas, aby być obecni na ślubie. Powiedziałam Albertynie, że źle zrobiła, nie zwierzając mi swojej tajemnicy, byłybyśmy zyskały obie kilka lat przyjaźni. „Ale odzyskamy czas stracony“.
I cóż czy niema we mnie dobrych stron?
To prawda jednak, że spieszno mi było okazać panu d’Hauraucourt całą moją obojętność, objawiając sympatyę, którą zawsze czułam do pana Castelnau.
Działo się we mnie coś nowego, coś analogicznego z tem, co spostrzegłam w parku i ogrodach, gdyśmy przybyli do Liembrune na początku kwietnia.
Zima była ostra. Snieg pozostaje tutaj długo na ziemi. I nagle słońce wyszło gorące ze swoich leż zimowych, jak się pułkownik wyrażał. Ta pierwsza połowa kwietnia była rozkoszna; kwiaty i trawy wyskakiwały szybko z czarnej ziemi, jak snopy życia i barw. Nie odpędzałam już od siebie poezyi, jak to czyniłam dotychczas; przepędzałam większą część czasu od naszego powrotu, patrząc, jak w mojej duszy, tak samo jak w lasach wyrastały tysiące kwiatów i listków. Była to niespodzianka, której z początku się wstydziłam, a która wkrótce wydała mi się pełna słodyczy.
— Stanowczo, mój wujaszku — rzekłam kiedyś nagle — twoja filozofia jest głupstwem: „walka o życie“ jest prawdą tylko wtedy, gdy się w niej rany odniesie.
— To nie jest moja filozofia, moja droga, tylko twego ojca.
Powiedział mi to z powagą i ze smutkiem, który powinien był mnie uderzyć. Ale ja byłam cała oddana tej jutrzence wiosny, tej wiośnie wiosny.
Doznawałam więc szczęścia, którego nigdy nie byłabym podejrzywała, widząc co dnia wystrzelający nowy kwiatek, widząc, jak co dnia otwiera coraz bardziej swój kielich i ukazuje delikatny aksamit, tak żywo zabarwiony, swoich listeczków. Czasami, całą godzinę wpatrywałam się w błękit niezapominajek. Oczem myślałam? Ten błękit, czystszy i świeższy niż wszystko, co znałam i co mogłam wyrazić, budził we mnie tysięczne natchnienia, tysiączne sny lekkie i wdzięczne. Iluż to jeszcze innych przyjaciół moja wyobraźnia sobie nie wytworzyła podczas dni jasnych, które mi były dane po długich godzinach smutku i przed ciężkiemi chwilami, które mnie czekały!
Były to wszystko urocze wróżki, które królowa klejnotów, barw subtelnych i przelotnych woni, przysłała mi z głębi swego królestwa, ukrytego w łonie ziemi! Zaprzyjaźniłam się z całą gromadą prymulek, przylaszczków, białych, purpurowych, i fiołków i wszystkich innych kwiatów, różnych barw i kształtów.
Moje spojrzenia przesuwały się od srebrnych płatków anemonów, od czerwonych kardynałków do gwoździków żółtych.
Po raz pierwszy zrozumiałam, że w mojej duszy tkwiła iskra słodkiej poezyi. Mój wuj był zaniepokojony tem rozbudzeniem sentymentalności, ale czyż mógł mi się sprzeciwiać? Zmuszałam go, żeby wraz ze mną zachwycał się krzakami, młodymi pędami i czerwonymi pączkami krzaków porzeczkowych i cudownym rozwojem gruszy, podobnej do szmatu wiecznego śniegu, oderwanego z wysokich lodowców i zawieszonego nad nami.
Następnie, zabierałam go do lasu. Po nad ziemią bielejącą od kwiatów, kilka pęków wierzb, kilka blado-zielonych listków głogu, brzozy, klematytu i orzechów laskowych rzucało jakby błyski nadziei wśród czarnych jeszcze i ponurych drzew większych. Wujaszek wracał pogodzony z kwiatami i liśćmi. Czuł, że w takich chwilach posiadał całe moje serce i był gotów przebaczyć mi te poezyę, tak różną od poezyi Bérangera, jedyną, którą znał dotychczas.
Zasady znane i powtarzane tylekroć o szkodliwości sentymentalizmu, były chwilowo puszczone w niepamięć. Upłynęło mu tak dni kilka w największem szczęściu, którego doznał w życiu. Kiedy myślę o tej całkowitej szczęśliwości, którą mu dałam, serce mi się otwiera. Kochany, drogi wujaszek, taki dobry, słodki, a taki nieszczęśliwy!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.