Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część pierwsza/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.
Narzeczony Angeli.

Niema nic nudniejszego, jak niedziele w Paryżu, z wyjątkiem dnia „Grand Prix“. Wszyscy ci ludzie przybrani odświętnie, ponieważ mają na sobie nowe suknie, wyobrażają sobie, że wyglądają wspaniale i patrzą z góry na wszystkich. Na wsi, ludzie odświętni są bardziej dobroduszni; są tacy zadowoleni, że mogą wypoczywać, że o niczem innem nie myślą i poprostu zdają się ubolewać nad tymi, którzy nie wyczerpują się przez sześć dni w tygodniu, aby mieć rozkosz wypocząć siódmego. Zresztą, niech sobie mówią co chcą, ale prawdą jest, że przyroda wypoczywa także w tym dniu, na wsi. Liście są bardziej zielone, kwiaty ładniejsze, a słońce wspanialsze.
Wystąpiła kwesty a kościoła. Załatwiłam ją odrazu. Chodzę na Mszę tylko wtedy, gdy kochana matka jest obecna w Liembrune. Żadnej dewoteryi!
— Nie proszę pana, pułkowniku, żebyś nam towarzyszył — rzekła hrabina, gdy pierwsze odgłosy dzwonów się odezwały, wzywając na nabożeństwo.
— Ależ jakto! — odrzekł rycerski Tonton — jest to moim obowiązkiem i życzeniem; poszedłbym za panią nawet do piekła.
— Nie tam chcę pana zaprowadzić — odrzekła z dyskretnym uśmiechem.
Z zamku do kościoła był jeden kilometr drogi. Ranek był prześliczny, więc nie kazano zaprzęgać do powozu. Oto schodzimy przez aleje ogrodu. Czy powiedziałam, że cała moja czułostkowość skupiła się na kwiatach, a dewoterya na słońcu? Słońce było takie pieszczotliwe, hyacenty towarzyszyły mi tak przejmującym zapachem, że czułam się dobrze usposobiona względem Stwórcy. Powiedziałam sobie, że z czasem stanę się szanowną matroną i że trzeba się starać, aby angielska rodzina Edwarda nie potrzebowała się oburzać.
Być może, iż przykład Angeli i pani Hervelinghem przyczynił się do mojej powagi. Miały oblicza tak pełne uroczystego nastroju i słodyczy, że zachęcały do myślenia o rzeczach, o których one myślały i wymawiania tych samych co one wyrazów.
Wuj Tonton był bardzo piękny. Stał prosto, jak gromochron. Wyobrażał sobie, — przynajmniej tak podejrzywam — że był obecny na cesarskiej Mszy św. 15 sierpnia. Wyglądał jakby chciał powiedzieć całemu światu: „Jestem tu podług rozkazu: prezentuj broń! Na kolana!“
Po śniadaniu, zabrałam Angelę do parku, bardzo pięknego lasu objętości 200 hektarów o starych, wysokich drzewach i gęstych krzakach. Dziko tu było. Nie było tu żadnych ławek, ale znajdowało się dużo pni ściętych drzew, których dotychczas nie uprzątnięto.
Usiadłyśmy na jednym z nich, przy drożynie. Muszę mieć w sobie nieco krwi druidów. Czyż można czuć się nieszczęśliwą w lesie? Widzę przed sobą śliczną polankę zaokrąglającą się przed nami, z której kilka drożyn prowadziło w różne strony: Jedna schodziła w parów, druga znikała nagle, inna kryła się pod gałęzie, które sklepienie po nad nami tworzyły, czwarta unosiła się w górę, ku polom i ukazywała nam w dali, jak na końcu latarni magicznej, kółko cudownego błękitu, wiszące nad kobiercem jasnej zieleni. Dęby nie miały jeszcze liści i słońce dostawało się aż do nas, ale było to jeszcze młode słońce, delikatne, pełne galanteryi. Zdawało się pieścić swoimi promieniami i nas i zielone zarośla, już okryte liśćmi i schodziło aż na murawę pełną stokrotek, pierwiosnków i konwalij, aby nam przynieść całą czarę leśnych zapachów.
— To bardzo nudne, że trzeba będzie kiedyś wyjść zamąż — rzekłam śmiejąc się. — To taka niemądra rzecz, małżeństwo. Wzdrygam się na samą myśl, że oto wychodzisz już z łona fiołków, aby wejść w rodzinę róż bengalskich. Ale zawsze jesteś uroczy, kochany kwiatuszku! A teraz, opowiedz że mi swój romans. Potem ci opowiem o sobie.
Zdaje mi się, że nie bardzo słyszała co mówię i że moje słowa wcale jej nie wzruszyły. Odrzekła mi ze spuszczonemi oczami:
— Byłam pewna, że mnie kocha, tak samo, jak on był pewny, że ja go kocham. Jak przyszło do tego? Wyobrażam sobie, że z miłością to tak samo, jak z wiarą. Wierzy się, czuje się, że się ma słuszność wierzyć; umarłoby się raczej, niżby się wierzyć przestało, a takie to zdaje się widoczne, że można ręką dotknąć. Ale nie wie się zazwyczaj, jak to przyszło, ani jak się to odczuwa. Kocha się, jest się kochanym; nic się nie powiedziało, ani słowem, ani spojrzeniem, ale wszystko się rozumie. Przedwczoraj przyjechał prosić mamę, aby mu pozwoliła starać się o moją rękę. Jest trochę trudności z powodów majątkowych. Ale to się zrobi i zresztą, dość już na raz tego szczęścia, że wyznał swoją miłość. A teraz na ciebie kolej, kochana „tarninko“, bo rzeczywiście do tarniny jesteś podobna z tą zdecydowaną, szczerą wonią i ostrymi kolcami. A znasz przysłowie: Tarnina rośnie tylko na wyżynach.
— Mów dalej, kochanie — odrzekłam. — Ja jestem zimna jak ryba i zmroziłabym twoje milutkie serduszko. Jakież to są owe trudności?
— Daruj, żem ci jeszcze jego nazwiska nie powiedziała; obiecałam mojej matce, że nikt nie będzie wiedział. Otóż jest to p. Edward Belfort.
Razu pewnego, przyłożyłam rękę Peretki do stosu elektrycznego. Śmiałam się potem długo z grymasu, jaki zrobiła. Musiałam zrobić teraz podobny. Zdawało mi się, jakby snop płomieni przez mózg mi się przewalił i skoczyłam, sama nie wiem w jakim celu. Obawiam się, że nie w przyjaznych zamiarach względem Angeli. Na szczęście, pośliznęłam się na suchych liściach, których słońce jeszcze z wilgoci nie osuszyło i upadłam.
Ona nie podniosła oczu, nie mogła więc widzieć grymasu, który spłoszyłby nawet samego pana Hauraucourt, tego z moich otwartych konkurentów, który prawdopodobnie najbardziej mną się zachwycał. Pochyliła się ku mnie. Anielska jej twarzyczka miała wyraz tak serdecznie zaniepokojony i tak było widoczne, że kocha mnie szczerze, całą siłą swego niewinnego serca, że wściekłość moja zniknęła odrazu.
— Co się stało, moja droga? — zapytała zaniepokojona.
— Nigdy jeszcze nie skłamałam. Trzeba było to zrobić po raz pierwszy. Winna temu była miłość, którą odesłałam do stu — beczek mojego wuja.
— To nic, Angelo, małe oszołomienie. Nie połyka się bezkarnie całego pociągu kolei żelaznej. Ale to już przeszło, mów dalej, to mnie do reszty oprzytomni. Lecz powiedz mi, od jak dawna on ciebie już kocha?
Odpowiedź interesowała mnie więcej, niż wszystko inne; serce biło z niepokoju.
— Powiedział mi, że mnie kocha prawie od dwóch lat. Ty wiesz, jaki on we wszystkie dokładny.
A więc od chwili, kiedy postąpiłam z nim szorstko, ta myśl pocieszyła trochę, bardzo niewiele, moją miłość własną.
— Ale — mówiła dalej Angela — powstrzymywał się z powodu kwestyj pieniężnych. Wiesz, że kiedyś ma być bardzo, bardzo bogaty i wraz ze spadkiem ma otrzymać tytuł po dalekim krewnym, lordzie Belfort. Ten lord go nienawidzi; nie zna go wcale i jest protestantem, gdy Edward należy do katolickiej linii Belfortów. Nie może go wydziedziczyć (jest to bowiem to, co nazywają substytucyą czy majoratem). Ale nie daje mu ani grosza ze swego majątku. Edward utrzymuje, że on jest w swojem prawie i o nic go nie prosi. Posiada obecnie tylko 400 funtów dochodu, co wynosi około 10.000 franków, a ja mam w posagu 100.000 franków. Mama w zasadzie dała swoje przyzwolenie. Lecz mówi, że trzeba czekać. A więc, będziemy czekać dwanaście lat i więcej, jeżeli będzie potrzeba. Edward pojedzie do Australii. Mama wymagała, aby lord Belfort został pierwszy o tem zawiadomiony i żeby, o ile to możebne, zdobyć jego przyzwolenie. Dla tego to Edward pojechał natychmiast do Londynu, ale wróci z pewnością na wtorkowe polowanie. Kazał mi tobie powiedzieć, że bardzo żałuje, jako jeden z twoich starych przyjaciół, że nie będzie obecny w dniu twoich urodzin. Tembardziej, że tobie swoje szczęście zawdzięcza. Nigdy nie byłby się ośmielił prosić o moją rękę, gdybyś go nie była zapewniła, że nie mówi zbyt śmiesznie po francusku. Domyślisz się teraz, dla czego ciebie prosiłam, abyś mnie nauczyła po angielsku.
Buch! buch! buch! wszystko to na mnie spadało, jak grad. A więc to ja prowadzę tych zakochanych do ołtarza.
Powiedziałam Angeli, że później kiedyś opowiem jej o moich awanturach miłosnych, a teraz chcę wrócić do siebie, by trochę wypocząć.
Opuściłam ją bardzo szybko, ale była taka zadumana o Edwardzie, że gdybym jej była nawet język pokazała, nie byłaby tego zauważyła. Pobiegłam do wuja i skoczyłam mu do gardła. Musiałam mieć zły wyraz twarzy, bo zacny wujaszek spojrzał na mnie z przerażeniem.
— A więc uwziąłeś się na mnie, wuju! Pod pretekstem, że mnie kochasz, chcesz mnie pogrążyć w śmieszność, wprawiasz mnie we wściekłość i narażasz na upokorzenia. Wydawszy mnie za mąż za człowieka, który co prędzej pospieszył umrzeć, chcesz mnie teraz narzucić drugiemu, który żeni się z inną. Pan Belfort oświadczył się przedwczoraj o Angelę!
Zachwiał się, bijąc rękami powietrze. Spostrzegłam, że grozi mu znowu jedno z owych dziwnych omdleń. Zawołałam na służbę. Wszedł saper. Zrozumiał, że popełniłam jakąś złośliwość względem jego ubóstwianego pana. Rzucił mi ponure spojrzenie. Zdaje mi się, że chętnie byłby mnie zabił, gdyby to nie stało się nową przykrością dla jego pułkownika. To spojrzenie, zamiast mnie zirytować, spowodowało, że zastanowiłam się nad sobą i pobudziłam odrobinę moich dobrych instynktów. Okryłam pocałunkami drogie, pożółkłe oblicze wuja.
— To nic nie szkodzi, Tonton, drwię sobie z tego. Doprowadzę do szaleństwa resztę moich konkurentów, aby się pomścić i pomnożyć ich liczbę, że będzie ich tylu, ile masz na głowie siwych włosów, których farba nie chce się czepić.
Saper, widząc, że wszystko w porządku, kręcił się jak żołnierz drewniany i wyszedł z pokoju. Zapomniałam powiedzieć, że ten blaszany żołnierz nazywał się nie tylko Ménage, ale przytem jeszcze Baltazar.
Wróciłam do siebie. Dokuczyłam moim obu pokojówkom, darłam, tłukłam różne cenne przedmioty, których szczątki na głowę im rzucałam i w ten sposób dotarłam do wspaniałomyślnej i oryginalnej głębi mojej istoty.
Kazałam zaprządz i pojechałam do miasteczka pomówić z naszym zacnym przyjacielem, notaryuszem Désosteux.
Nazajutrz, jak się łatwo domyślić, cała okolica była poruszona. Mój dwudziesty pierwszy rok wszystkie dzwony wydzwaniały. Ileż to pocałunków i bukietów! Nadeszło mi ich także wiele z zewnętrz, mianowicie od pana d’Hauraucourt, od księcia Ciudad-Coeli, od pana Castelnau, który tłumaczył się z rozpaczą, że nie może wziąć udziału w jutrzejszej obławie. I mnie było żal, że nie przybędzie. Nie wiem, czy go kochałam, ale był to mężczyzna okazałej postawy, a przedewszystkiem wyższej umysłowej kultury. Mówiono, że przeznaczeniem jego jest wejść wysoko na drabinę społeczną, — cóż za śmieszna pozycya!
Gdybym nie była porwana gorączkowym i wesołym wirem tego dnia, a szczególnie zajęta myślą o pewnej fantazyi, która w ciągu popołudnia miała wszystkim głowy pozawracać, byłabym na nowo w gniew wpadła.
Pan de Roselle odesłał mi moją szpicrutę, która tym razem służyła za podstawę wspaniałego bukietu kwiatów. Bukiet pochodził widocznie z Paryża i dowiedziałam się, że ten pan umyślnie tam jeździł, aby wybrać kwiaty. Bukiet otoczony był zieloną wstęgą! Kolor nadziei, nieprawdaż?
Rzuciłam bukiet na ziemię, zdeptałam go nogami. Pułkownik usta zaciskał z gniewu.
Albertyna przybyła o godzinie zapowiedzianej. Nie trzeba przypuszczać, że rzucamy się na siebie z gniewem, przy pierwszem zaraz spotkaniu. Jesteśmy dobrze wychowane, czekamy zawsze, żeby znaleźć się sam na sam i wtedy mówimy sobie rzeczy nieprzyjemne. I to jeszcze czynimy bez gniewu, bez skandalu, z uśmiechem. Ona z natury posiada wiele dumy, a przytem pewien rodzaj nabytej siły moralnej, która hamuje wybuchy tej dumy. Jest tak samo enotliwa jak i ja, tylko, że ja jestem nią, jak Bradamante, a ona jak posąg. Ucałowała mnie z uprzejmą oziębłością.
Około wieczora, w chwili, gdy w całej wsi śpiewano tak głośno, że można było oszaleć albo ogłuchnąć, mój dobry, poczciwy notaryusz nadjechał pod pretekstem, że wuj Tonton stanowczo chciał zdać mi wszystkie rachunki. Kazałam prosić panią i panny d’Hervelinghem, żeby zechciały zejść do nas, do małego saloniku.
Gdybym nie miała tylu rzeczy do opisywania, odmalowałabym mój salonik. Krótko mówiąc był on bardzo miły. Cały różowy, a kolor różowy dobrze przypadał do mojej rozczochranej urody. Salonik ten znajdował się na parterze i miał cztery okna, z których dwa wychodziły na dębową aleję, wiodącą aż do parku, a dwa drugie na dolinę, rozciągającą się u stóp parku.
Dolina ta na samym początku mająca jeden kilometr szerokości, roztaczała się dalej wachlarzowato i tworzyła jakby jezioro pól, wiosek, lasów, osad, — jezioro, mające 30 mil obwodu.
Ten salonik stanowił moje królestwo; wszystko nasycone tam było moją wyłączną wonią; pełno tam było drobiazgów, różnych fantazyj i miało cechę tego oryginalnego nieładu, który jest moim specyalnym wdziękiem. Było tam kilka obrazków, które ni się podobały, tysiące drobnostek, przypominających mi wypadki moich podróży, portret mojej matki, której wzrok zdawał mi się zawsze mówić: „Żadnej czułostkowości!“ „Mogła spokojnie zamknąć te oczy nieco smutne, o nieśmiałym, pełnym wahania wyrazie.
Gdy byłam młodsza, zadawałam sobie czasami pytanie, czy ten wzrok nie wskazywał, iż nie miała zupełnej pewności, czy jej przykazanie było dobre i czy egoizm, który, jak to zaleciła memu wujowi, aby był regułą mojego postępowania, mógł być rzeczywiście źródłem szczęścia. Lecz samowola, pełna wymagań i fantazyj, czyniła mnie dotychczas szczęśliwą i powiedziałam sobie, że stanowczo lepiej zmuszać innych, aby nam ulegali, niż samemu im się kłaniać. Z dumą uśmiechałam się do tego portretu, powtarzając, że nigdy nikomu nie ustąpiłam, nigdy nie płakałam i łzy uznawałam za objaw poniżający.
Biblioteczka, złożona z książek „nieczułych“ i dzieł klasycznych, naukowych, opisów podróży, godziła się, jak mogła, z koliami, bransoletami, pierścionkami, a przedewszystkiem z lekką dubeltówką, którą miałam się posługiwać jutro, tam, w lasach Mont-Corbeau, rozciągających się naprzeciw zamku.
Czuję się przecie tak samo zadowolona z tego, że jestem dobra, jak że jestem fantastyczką, a ponieważ zamierzałam popełnić coś dobrego, chciałam to uczynić tutaj, gdzie lubię przesiadywać, aby często i żywo sobie to przypominać.
Nadszedł wuj, rozmawiając z notaryuszem, który miał minę zirytowaną. Był to jurysta szorstki, wyniosłej i niezłomnej prawości. Bardzo był do nas przywiązany i martwił się czasem naszymi wybrykami, którym nie mógł zapobiedz.
Kochana teściowa weszła z kolei z obydwiema córkami. O ile to było możliwe dla kobiety, która tak umie panować nad sobą, zdawała się nieco zaniepokojona tem zaproszeniem. Jestem pewna, że zadawała sobie pytanie, jakie nowe szaleństwo urodziło się w moim ptasim mózgu. Jednakże, uśmiech jej zapewniał mnie, że nie posądzała mnie o żadną złośliwość.
Byłam niewypowiedzianie szczęśliwą z niespodzianki, którą miałam jej sprawić.
— Wiesz już — rzekłam — kochana matko, że posiadam wuja, który jest bardziej uparty niż wszystkie muły całej Hiszpanii. Mam także notaryusza, który co do uporu, wcale mu nie ustępuje. Oto już cztery lata mija, jak ci dwaj uparci ludzie zatruwają mi życie, chcąc mi zdać rachunek z opieki, jakgdybym ja była kobietą, któraby ścierpiała nad sobą jakąkolwiek opiekę. Chcąc się uwolnić od tych dwu mułów hiszpańskich, poprzysięgłam sobie, że nie będę znosić tych nieprzyjemności od chwili, w której skończę dwadzieścia jeden lat. I oto nadszedł ten dzień, jak o tem świadczą stosy kwiatów, od których nas głowa boli. Prosiłam ciebie matko, abyś mnie nie odstępowała w tej niebezpiecznej chwili, bo bardzo cię kocham. Następnie, skoro pułkownik jest takim człowiekiem, którego możnaby obwozić na pokaz po jarmarkach, przyjemnie mi będzie okazać w całym blasku jego zalety, jako zarządcy. Podobno więcej niż potroił mój majątek przez lat dwadzieścia. To prawda, że pozwolił sobie mnie żywić, odziewać, ogrzewać, opierać, obsypywać mnie klejnotami i guwernantkami, dać mi jak najgorsze wychowanie, wszystko to ze swojej pensyi oficerskiej, nie biorąc ani grosza z moich pieniędzy.
Poczciwy wujaszek, który oprócz tej pensyi posiada około pięćdziesięciu tysięcy rocznego dochodu, nie mógł się powstrzymać od śmiechu, widząc mnie tak wesołą. Pan Desosteux zabrał teraz głos; przedtem jednak musiał mi przysiądz, że nie będzie czytał żadnych aktów, tylko słownie je streści.
Z tego wynikało, że panna Izabela Lalande posiadała z dniem śmierci swoich rodziców majątek, przynoszący 40.000 franków dochodu, składający się w części z gruntów i lasów, a w części z akcyj i obligacyj kolei żelaznych i kopalni węgla. Owe 40.000 dochodu, dzięki mądrej administracyi Leopolda Bourgongnon, pensyonowanego pułkownika kawaleryi, wuja macierzystego i opiekuna wzmiankowanej panny, wzrosły z dniem dzisiejszym, jako dochód z ziemskich posiadłości, zamków, pałaców, akcyj, kopalni i t. d. do sumy rocznej 109.000 franków z centymami. Do majątku rzeczonej panny, prócz wymienionych, należą dobra, które jej przypadły ze ślubnego kontraktu z Adalbertem wicehrabią d’Hervelinghem. Z tego bowiem kontraktu wynika, że w razie bezdzietności cały majątek małżonka, który zmarł, przechodzi na małżonka, pozostającego przy życiu. Dobra te, które wymieniony pan d’Hervelinghem wnosił do kontraktu, nie uległy żadnej zmianie. Składają się one z zamku zwanego Désert z parkiem i ogrodem, rozległości 16 hektarów, położonego we wsi Désert, stanowiącego tylko pamiątkę, posiadłość ta bowiem przyjemna jako miejsce pobytu, nie przynosi żadnych dochodów; dalej, z trzech posiadłości, przynoszących łącznie 25.000 franków rocznego dochodu.
Po tych słowach, surowy mój notaryusz zrobił ruch nosem, aby strącić binokle i spojrzał na mnie z surowym wyrazem. Ja mu posłałam uśmiech uprzejmy i ozwałam się w te słowa:
— Hrabia d’Hervelinghem, mąż twój, droga matko, niezasłużenie obdarzył swego syna z krzywdą żony i córek.
— Nie jesteś w prawie o tem decydować, drogie dziecko — przerwała moja teściowa z taką surowością, na jaką tylko jej wrodzona łagodność pozwalała. — Uważamy za słuszne, co mu się podobało uczynić.
— Nie, to nie jest słuszne, kochana matko — odrzekłam z zimną krwią, jak to sobie postanowiłam. Najlepszym tego dowo dem, że syn twój miał dwa razy tyle majątku, co wy wszystkie trzy razem, ty, matko, 10.000. a każda z sióstr po 5.000 franków dochodu. Wiesz sama dobrze, jak ciężko wam z tego wyżyć. To niegodne. Postanowiłam sobie zwrócić ten majątek.
Angela pobladła: zbliżał się bożek miłości. Albertyna zachowywała ciągle swoją oziębłą godność.
Nie miała chciwości w duszy. A jednak po nerwowym ruchu jej rąk widziałam, że ta zmiana losu żywo ją poruszyła; zmiana, która mogła od niej oddalić groźne niebezpieczeństwo pozostania starą panną.
Pani d’Hervelinghem, po chwili namysłu, podniosła głowę.
— Jesteś wspaniałomyślna, drogie dziecko — wyrzekła wzruszona — poznaję w tem twoje dobre, szlachetne serduszko. Ale odmawiamy; nasza rodzina, nasi przyjaciele, potępili by nas, gdybyśmy to przyjęli. Nie nalegaj. Albertyna i Angela są tego samego zdania.
— Bez wątpienia, ale ja, kochana matko, myślę inaczej i sprzeciwię ci się z całym szacunkiem i serdecznością. Wiesz, iż na całym świecie nie kocham nikogo więcej od ciebie. Ale kocham po nad wszystko sprawiedliwość i moją wolę. Ten majątek mnie zawstydza, upokarza, do rozpaczy doprowadza, czyni mnie nieszczęśliwą. Zresztą, sprawiedliwość wymaga, aby do was powrócił.
Pani Hervelinghem, ciągle z tym samym spokojnym uśmiechem i spokojną stanowczością, potrząsała głową.
W tej chwili pułkownik powstał z miejsca, położył rękę na piersiach i wyrzekł uroczystym głosem:
— Sam honor przemawia przez usta mojej siostrzenicy. Musi pani przyznać, że sprawiedliwość oświeciła ją swoim blaskiem. Uznaje to pani tak dalece, że gdyby przeciwnie się stało, gdyby Izabela umarła — (zatrzymał się, jakby przerażony tem przypuszczeniem) — i gdyby pozostawiła matkę i siostrę, nie zachowałaby pani przy sobie jej majątku. Uważałaby pani to za rzecz niegodziwą. My także w ten sposób na to się zapatrujemy.
Podniósł z dumą głowę.
— Daję pani na to słowo honoru, że tak jest sprawiedliwie i tak być musi.
Moja teściowa była jednak niewzruszona.
— A zatem — zawołałam — jeśli skoro mnie do tego zmuszają i słuszne powody wystarczyć nie mogą, potłukę szyby, — będę się prawować! Zaraz jutro, zamiast obławy na dziki, wniosę tę sprawę na drogę sądową. I pani hrabina d’Hervelinghem będzie sądownie wezwana do odebrania tego, co jej się należy.
Pułkownik stawał się bardzo czerwony. Gniew w nim wrzał. Wyprostował się jeszcze bardziej, jeżeli to było możliwe.
— Pani — wyrzekł zdławionym głosem — dałem moje słowo honoru.
Pani d’Hervelinghem zadrżała, ona także się wyprostowała i popatrzyła bacznie na wuja i na mnie. Spostrzegła, że był w osłupieniu, zrozpaczony. Co do mnie, wiedziała, że nigdy się nie cofałam przed niczem, że nie obawiałam się niczego, że bez wahania rozpoczęłabym ów śmieszny proces, który mógł się stać skandalicznym. Wiedziała, że mój wuj nigdy nie przebaczy tego, co uważał za obrazę. Przekonała się nareszcie, że słuszność była po naszej stronie.
— A zatem, pułkowniku — rzekła — twoja wola i despotyzm Izabeli odnoszą zwycięstwo. Opierając się, szłam być może za popędem raczej mojej miłości własnej, niż sprawiedliwości. Niechże więc się stanie tak, jak tego chcecie.
Ton jej mowy był dźwięczniejszy niż zwykle. Widać było, że czyni wysiłek, aby nie okazać irytacyi, ale wkrótce wrócił na jej usta dobry, łagodny uśmiech.
— Dobre masz serce, Izabelo. Ale jak zawsze, okazujesz je z pewnym dzikim despotyzmem i po nad wszelką miarę. Będziesz jednak musiała kiedyś pochylić głowę.
Pomyślałam, że nie niemiła nagana, lecz podziękowanie mnie się należało. W każdym razie moja szalona główka zaczynała okazywać wielką zdolność do interesów.
— Nie czynię darowizny, lecz restytucyę; prawo jednak jest tak niedorzeczne, że nie mogę zwrócić cudzej własności jej właścicielowi bez aktu darowizny. a tego aktu uczynić nie mogę, bo nie byłby ważny. Oto co jednak wydobyłam z jurydycznej mądrości pana Désosleux, który mi stawiał zrazu zaciętą opozycyę. Doszłam do przekonania, że należy zawrzeć układ, umowę, czy jak to się tam nazywa w waszym prawniczym języku, panie Désosteux? Tranzakcya, czy kompromis. Zresztą, mniejsza o to. Nie ulega wętpliwości, że uprzywilejowanie majątkowe, przyznane przez hrabiego d’Hervelinghem synowi, jest nieprawne. Podobno nawet jest to jeden z czynów, który ustawa, tak droga panu Désosteux, uznaje za najbardziej krzywdzący i przeciw któremu najsilniej powstaje. Możnaby więc przypuszczać, że gdybym zachowała ten majątek dany nieprawnie, jeden z twoich zięciów, matko, małżonek przyszły Albertyny lub Angeli, mógłby zaprotestować i zrobić mi nieprzyjemność.
Wuj nie ukrywał już swego zachwytu, płakał.
— Zrobimy więc taką ugodę, aby uniknąć wszelkich... wszelkich...
— Sporów — dokończył pan Désosteux ponurym głosem.
— Tak, wszelkich sporów. Układ, mocą którego wyżej wymieniona pani Izabela, oddaje swojej teściowej posiadłość przynoszącą 10.000 franków, a siostrom swego męża posiadłości przynoszące 15.000 dochodu.
— Ależ — rzekła moja teściowa — nigdy jeszcze nie widziano tak dziwnego podziału pomiędzy czterma osobami, z których czwarta nic nie dostaje.
— To prawda, nie zastanowiłam się, Trzeba koniecznie, żebym i ja coś otrzymała, bo inaczej ustawa pana Désosteux, chociaż jest zdziecinniałą już staruszką, gotowa się pogniewać.
Powstałam szybko z miejsca.
— Jakże jestem szczęśliwa i jak bardzo masz słuszność kochana Angelo, mówiąc, że cnota zawsze bywa wynagrodzoną! Od lat już wielu upodobałam sobie zamek Désert. To nie jest własność rodowa d’Hervelinghen’ów. Dostało się im to, niewiem już jakim sposobem, po starej jakiejś krewnej. Nikt z was nigdy tam niebył. Zdawałam sobie nieraz pytanie, w jaki sposób mogłabym posiąść ten klejnocik. Proszę więc dodać, panie Désosteux: „Wymienione powyżej panie ze swojej strony, oddają, zrzekają się — proszę nie zapomnieć „zrzekają się“ — zamku, ogrodu i parku Désert.
Tym razem stanowczo zwyciężyłam; moja teściowa, patrzyła na mnie znowu swojemi kochającemi, prześlicznemi oczami, Angela myślała o Edwardzie, rzucając mi czułe spojrzenia. Albertyna powstała i uścisnęła mi rękę.
— Zdaje mi się, że postąpiłabym tak samo, jak ty, Izabelo — rzekła zawsze majestatycznie. — W każdym razie jest to z twojej strony szlachetnie i bardzo ładnie. Czy chcesz mnie ucałować, zanim się pokłócimy, bo jesteś dzielna i wspaniałomyślna, chociaż czasami bardzo nieznośna, kochana Izabelo.
Tak przeszedł mój dzień urodzin. Gdy wieczorem kładłam się do łóżka, mogłam sobie powiedzieć, że wprawdzie straciłam narzeczonego i doznałam strasznego upokorzenia, lecz uszczęśliwiłam kilka osób. Peretka, która lubiła dzielić się ze mną swojemi myślami, czesząc mnie na noc, powiedziała mi, że w całej wsi śpiewano, moje pochwały, każdy na inną nutę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.