Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część pierwsza/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.
Kochana, bardzo kochana teściowa.

—Oto dzień szczęśliwy dla mnie. Oczekuję dwóch kobiet, które są ozdobą ludzkości. Kocham moją teściowę i bratowę Angelę bez wątpienia, więcej jeszcze niż samego wujaszka.
Było to w sobotę, 7 maja, na trzeci dzień po naszym przyjeździe. Na domiar tego szczęścia, otrzymałam od Angeli karteczkę, w której mi donosi, że Albertyna, z powodu lekkiej niedyspozycyi, przybędzie dopiero w poniedziałek wieczorem, w wigilię obławy.
Trzeba mi zaprezentować Albertynę, póki jej tutaj niema.
Jestto już stara panna, ma dwadzieścia dwa lata. Zresztą, majestatyczna i wyniosła, jak Junona, bardzo piękna dla śmiesznych mężczyzn, którzy lubią gmachy kobiece i myśl ubliżenia jej, mogłaby się zrodzić w umysłach takich tylko ludzi, którzy byliby zdolni porwać naprzykład posąg Strasburga. Mogła więc śmiało podróżować w towarzystwie panny służącej. Miałam przed sobą dwa dni niezmąconej radości, bez tej przyjaciółki pana de Roselle. Zauważyłam, że dumna Albertyna ukrywa swoje pazurki wobec tego nieznośnego człowieka. Gdyby mogła zostać jego żoną!
Ale oto wujaszek wybiera się w drogę wielką landarą, za którą jedzie wóz po rzeczy pani Hervelinghem. Biedny, kochany wujaszek! Gdyby umiał, byłby okrutnie zazdrosny o moje uczucie dla teściowej. Ale ponieważ jest dobry, rycerski, najszlachetniejszy z ludzi, wyjeżdża naprzeciw tej rywalki z najszczerszą uprzejmością i staroświecką galanteryą.
Wyszłam naprzeciw przyjeżdżających aż na koniec ogrodu, który rozciąga się na południowym krańcu wałów i schodzi pochyłością, aż do pierwszych domów miasteczka.
Ach, tak! szczęśliwy dzień! świeżością swoją przypomina mi Angelę, a łagodnem ciepłem ukochaną moją świekrę. Dziś rano, przechadzałam się w parku pod wielkiemi drzewami, strzegącemi zamku od wichrów północy i zachodu. Zdawało mi się, że powietrze było przesiąknięte wonią fiołków. Wiadomo, że każda młoda kobieta posiada swoją woń kwiatową. Ileż to razy, mówiłam do Angeli: „Moje serce pachnie różą a twoje fiołkami“. Tego poranku, przechadzałam się z widmem, utworzonem z tej woni dziewiczej. W obecnej chwili, w ogrodzie, gdzie siedzę, woń jest tak samo słodka, ale bardziej przenikająca: to moja teściowa.
Piękna Flora jeszcze nie bardzo się rozwinęła na tych wyżynach, w początkach maja. A jednak widzę rozciągający się wspaniały dywan pomiędzy drogą, a zamkiem, jak na przyjęcie monarchini. Składa się on z mnóstwa różnych kwiatuszków, pierwiosnków, anemonów czerwonych i róż liliowych... Ale to są kwiaty bez woni. A przecież są także inne, pełne przenikającego zapachu: narcyzy, hyacenty, tuberozy, bzy, które zaczynają się otwierać. Tak, tak, wszystkie te wonie razem, to moja teściowa, ukochana teściowa.
Nie mogę się dość o niej nagadać. Trzeba się na to przygotować. — Czemu nie jesteś moją matką? — mówiłam jej nieraz. — Ależ jestem nią, szalone dziecko; to prawda, że dostałaś tę matkę trochę późno, ale wynagrodzimy sobie czas stracony. — Wtedy rzucam się jej na szyję i całuję malutki dołeczek, który ma na policzku i który nadaje jej pozór tak młodej...
Zdaje mi się, że ma trochę poza czterdzieści lat. Teraz panuje jakaś pasya wcześnie za mąż wychodzić. Mówiła mi, że była młodszą odemnie, gdy ją wydano za pana d’Hervelinghem, a ja nie miałam lat szesnastu wychodząc za mąż. Syn jej miał lat dwadzieścia, gdy się ze mną żenił, a jest temu lat pięć, ponieważ skończę dwadzieścia jeden we wtorek. Ale ona wcale nie wygląda na lat czterdzieści, ma trzydzieści sześć, gdy jest chora, a trzydzieści równo przez cały rok. Straciła męża, gdy miała dwadzieścia trzy lata. Angela właśnie się urodziła. Tych siedmnaście lat, spędzonych w skromnem wdowieństwie, uczyniły, że wygląda jak młoda panna. Ma szczupłą figurkę, białe ręce takie gładziutkie i paznokcie takie błyszczące i zęby takie świeże, żadnego brzydkiego siwego włoska w kasztanowatych włosach i żadnej zmarszczki. Po pod jej błękitnemi źrenicami, błyszczącemi i jakby nieco lękliwemi, jest rodzaj czarnej obwódki, która nadaje jakiś namiętny odcień tej twarzy, pełnej skromności. Jestem pewna, że mężczyzna wyraziłby lepiej wrażenie, jakie ona wywiera. Jest otoczona atmosferą gorącą, a zarazem czystą. Odczuwa się w niej mieszaninę — jakby się wyrazić — zapału i skromności, potęgę, która gwałtownie przyciąga, a jednocześnie zmusza do głębokiego szacunku. Powiedziałam jej kiedyś: Zdaje mi się, kochana matko, że ty od lat piętnastu oszczędzasz swoje uczucia, aby kiedyś zamienić w szczęśliwego bożka Olympu człowieka, którego raczysz pokochać.
Zaczerwieniła się jak młoda dziewczyna. Następnie, przybierając swój zwykły dyskretny uśmiech.
— Co za nieszczęście — rzekła, wpatrując się we mnie badawczym wzrokiem — że byłaś tak źle wychowana!
Ten raz jedyny tylko wyrzekła do mnie te głupie wyrazy, które Albertyna powtarza mi co miesiąc, a spojrzenia pana de Roselle mówią za każdym razem, gdy na mnie patrzy, co zgadza się zresztą z opinią ogólną. Oburzam się zawsze, ilekroć mnie spotka ten komplement, ale moja teściowa ma prawo wszystko mi powiedzieć, więc dodałam:
— Wiesz dobrze, kochana matko, jak bardzo jestem szczera. Nie zdaje mi się, abym kiedykolwiek skłamała. A więc, powiem ci całkiem szczerze, iż nie rozumiem dlaczego wszyscy mężczyźni nie pragną z tobą się ożenić i wolą takie zaspane lalki jak Angela i ja, zamiast tak upajającego bukietu jaśminu, jakim ty jesteś.
Zdawało mi się, że patrzy na mnie z wyrzutem. Jednak, nie jestem pewna, czy całkowicie wyrzekła się myśli ponownego wstąpienia w związki małżeńskie. Wiem, że często oświadczano się o jej rękę. Odpowiadała za każdym razem nie, że nie chce iść zamąż, tylko, że nie pojmuje jak matka może pomyśleć o sobie, nie ustaliwszy wprzód losu swoich dzieci. Podobno mąż jej był z tego samego surowego materyalu, co Albertyna. Nie mogła go kochać, bo jest wesoła jak dziecko, gdy wyjdzie ze swojej przybranej powagi.
Ubóstwiam moją teściowę, a kocham moją bratowę, to znaczy, że gdyby umarła, takby mi było smutno, że musiałabym chyba zmieniać dziesięć razy dziennie tualetę, aby się rozerwać; gdyby zaś moja teściowa umarła, cały miesiąc chodziłabym w szlafroku.
Co powiedzieć o Angeli? Otóż, to głupie i przestarzałe, ale znajduję tylko słowa Tonton, aby ją odmalować: Jest anielska. Gdy ujrzę ją nagle, zawsze myślę o Beatriczy:

Una rosa venuta
Dal cielo in terra.

A gdy widzę kwiat piękny, świeży, powiewny, rozkosznie wonny, także o niej myślę. Ze swoją cerą, którą wzięła po połowie z róży białej i róży herbacianej, z oczami blado-błękitnemi, jak poranek letni, z pociągłym owalem twarzy i prostym noskiem posagów greckich, z figurką wysmukłą i nieco szczupłą (ma dopiero 17 lat), jest obrazem wdzięku, słodyczy i czystości. Jest słusznego wzrostu i wcale nie głupia, co należy do rzadkości. Gdyby sobie na to pozwoliła, mogłaby być uszczypliwa, dostrzega z wielkim sprytem wszystko co śmieszne i miewa bardzo dowcipne wyrażenia. Wtedy to, gdy zrobi dowcipną uwagę i wypowie sprytne słówko, ciekawa jest do widzenia. Czuje się taka nieszczęśliwa, że przez resztę dnia pozostaje milcząca, zawstydzona, jak przygnębiona; i to jeszcze bardziej mi przypomina Béatrix, Benignamente d’umilta vestuta. Zdobywa się wówczas na mnóstwo przymilają cych się pieszczot względem osób, z których sobie zażartować pozwoliła.
Słowem, byłaby doskonałością, gdyby nie miała pewnej wybitnej śmieszności: jest dewotką! Moja teściowa, która jest tylko religijna, pozostawia mnie w spokoju, Angela mnie zamęcza. Ale jakże jej to mieć za złe? Modli się z taką gorliwością, z taką podniosłością ducha, że raz mi się zdarzyło jej powiedzieć:
— Czemu nie wstąpisz do klasztoru?
Popatrzyła na mnie zrazu z nieokreślonym wyrazem, a potem gwałtownie się zaczerwieniła.
— Dlatego — odpowiedziała półgłosem — bo ja kogoś kocham.
Wstałam i zaczęłam tańczyć po pokoju.
— Ach! jakże się cieszę! Ja nie kocham nikogo. Mam serce, ale ono jest jak bębenek. Nie chcę nigdy kochać, aby nigdy nikomu nie ulegać. Ale niema nic przyjemniejszego jak słyszeć takie serduszko, jak twoje, mówiące o miłości.
— I któż to taki?
— Jedna tylko mama wie o tem.
Otworzyłam szeroko oczy.
— Jakto, twoja mama wie? Ale w takim razie to nie miłość!
— Jakże możesz mówić coś podobnego! Ależ pierwszą rzeczą, którą uczyniłam, to zwierzenie się z tem mamie. Zabroniła mi wymawiać jego nazwisko i kazała starać się o nim zapomnieć. Nie mogę. Pojmujesz zresztą, że on się nie domyśla, iż ja go kocham.
— O, la, la! W takim razie niema w tem nic zabawnego. A czy przynajmniej on kocha ciebie?
— Nie wiem.
N— o, byłam pewna. I jakże moglibyście kiedyś się pobrać, jeżeli mu nie okażesz, że go kochasz?
Nic mi nie odpowiedziała.
— Aha! — zawołałam wybuchając śmiechem — modlisz się do Boga, żeby mu to objawił!
— Bezwątpienia. I on to uczyni, jeżeli, jak mam nadzieję, zechce, żebym wyszła za niego. Oto już rok, jak go kocham. Nigdy nie spotkałam bardziej prawego młodzieńca. Ale nie chcę już o tem mówić i ciebie proszę, nie mów już o tem ze mną ani słowa...
Ale oto z pewnością powóz zajeżdża. Schodzę aż do kraty, wychodzącej na drogę, która ciągnie się lekkiem wzniesieniem aż pod zamek.
Landara się otwiera; wujaszek wyskakuje i podaje rękę Angeli, która szybko wysiada i biegnie ku mnie. Wuj wsiada napowrót; kochana „belmera“, pomimo, że młoda i zwinna, nadto jest delikatna, aby zmuszać pułkownika do drapania się po alejach ogrodu, stromych jak drabina; uśmiecha się do mnie, a ja rzucam jej całus. Powóz wspina się zwolna pod górę, a ja tulę moją siostrę W objęciach.
Cała jest różowa a źrenice jej błyszczą. Jestem domyślna, wszystko mi się nagle wyjaśnia.
— On przemówił — mówię półgłosem.
— Nie pytaj mnie o nic; aż jutro powiem ci wszystko — odrzekła z żywością.
I oto skaczemy jak dwie kozy, wybierając najbardziej strome aleje. Przybywamy w samą porę na przyjęcie drogiej teściowej, którą całuję i ściskam po wiele razy. Potem, szepczę zicha do ucha Angeli:
— Jak mi powiesz swoją tajemnicę, wyznam ci moją, która do twojej podobna, ale należy się, żebyś ty pierwsza zaczęła.
Zapominam powiedzieć, że obrzucono mnie pochwałami aż po samą szyję, z powodu owej córeczki dozorcy. Przyjęłam je wszystkie. Nie posiadam żadnej hypokryzyi i lubię stroić się w swoje klejnoty. Nie sprzeciwiałam się więc gdy orzeczono, że jestem bohaterką. Nieprzyjemnie mi tylko było, że musiałam dzielić tę chwałę z panem de Roselle. Lecz hrabina, która jest sprytna i zna się na rzeczy, szybko się załatwiła z tą osobistością, wiedząc jak bardzo jest wstrętny dla mego wuja i antypatyczny dla mnie.
Pułkownik zapytał o Edwarda. Pani d’Hervelinghem odpowiedziała, że był zmuszony odjechać natychmiast do Londynu, lecz zamierzał wrócić w poniedziałek wieczorem, aby się stawić na obławę.
Jego pośpiech nie dziwił mnie wcale. Zdawało mi się, że moja miłość miała większą wartość niż wszystkie miłości i niż świat cały. A dlaczego? Bo to była moja miłość, bo pochodziła odemnie i żałowałam każdego mężczyzny, który był zniewolony kochać inną kobietę, a nie mnie. Czynię może wyjątek dla mojej teściowej i tego jeszcze nie jestem bardzo pewna; gdy ją kiedy przyrównywałam do innych, znajdowałam ją o wiele wyższą; gdy do siebie samej... lepiej nie mówić.
Co do Edwarda, byłam przekonana, że wiodę go do raju. Przypominam sobie, jak był uważający, zakochany, oszalały niemal z miłości przed dwoma laty. Od tego czasu zrozumiał, że powinien być bardziej dyskretny. Rzeczywiście drwiłam sobie z niego, gdym mu w gniewie powiedziała, że jeżeli spodziewał się zmusić mnie, abym wyszła za niego, kompromitując mnie, bardzo się przerachował, bo jak na teraz, ani mi się śni o małżeństwie; a jeżeli w dalszym ciągu będzie snuł się za mną, wpatrując się we mnie obumierającym wzrokiem, jak wielki wierny pies, to ja także, jak psa go będę traktować.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.