Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część pierwsza/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.
Pan de Roselle zjawia się jak meteor.

Oto więc brykam sobie po lesie Hardelot. Nedji czuje, że jest tutaj dla własnej przyjemności, staje, zmienia krok, gdy mu się podoba, podnosi głowę, otwiera szeroko nozdrza, podszyte różowem; spogląda od czasu do czasu na Minosa, wyskakującego z pomiędzy krzaków, jak gdyby chciał iść za jego przykładem. Wincenty jedzie za mną poważnie, na żywym mierzynku. Wiem, że jest śmieszny, ale gdyby siedział na wielkim koniu angielskim, wyglądałby przy nim jak kot, w towarzystwie słonia.
Przyjechałam do tego lasu zamiast przebiegać moje lasy w Liembrune, raz dlatego, że aleje tutaj są szersze, a następnie, aby się przekonać, czy szkaradny de Roselle stanowczo jest czarownikiem i czy domyśli się, że przejeżdżam w jego pobliżu.
Wkrótce o wszystkiem zapomniałam.
Żadnej czułostkowości!“ — to niezupełnie się udało, a raczej cała moja „czułostkowość“, przeniosła się na „piękną przyrodę“. Chciałabym żyć w czasach, w których wielbiono piękną Florę. Pomonę, z jej uśmiechniętą twarzą, w koronie z liści i gron winnych, Dryady, Hamadryady i Artemizę, boginię fontanny. Ileż to razy, będąc małą dziewczynką, marzyłam, że jestem czystą Dyaną, z całą armią psów i nimf, wyrzucającą strzały.
To prawda, że słońce, powietrze, efekty cieniów i świateł, słoneczne aleje, błękitnawe pespektywy w dali lasu, złotawe niebo, chmury z purpurową frendzlą, gazony zasypane tysiącami kwiatów i gałęzie poznaczone żółtymi promieniami, płynące wody, śpiew ptasząt, woń kapryfolium i kępek dzikiej mięty, spokojna orkiestra miryadów różnych owadów, wszystkie te cudowne dzieła przyrody, pieściły moją osóbkę i wprawiały moje nerwy nie w upojenie, bo to wyraz brzydki i pospolity, ale w zachwyt. To majowe popołudnie było cudowne a ja wspaniale usposobiona, aby odczuć cały ten urok. Wczoraj jeszcze znajdowałam się wśród zamętu i gorączki Paryża. Wszystko tu było dla mnie nowe i rozkosznie nagłe. Gdyby to nie było brzydkie porównanie, powiedziałabym, że wszystkie pory mojej skóry otwierały się rozkosznie na pieszczotę świeżego powietrza i czystej atmosfery. Przypuszczam, że w naszym umyśle, w naszej wyobraźni, znajdują się pory, które także tak samo się otwierają i rozkoszują się nowością obrazów, nagłością myśli. Mój umysł zapominał o wszystkiem, aby zająć się zającem, przebiegającym przez ścieżkę, dwoma żółtymi motylami, goniącymi jeden za drugim leniwie, promieniem słońca wytryskującym z pomiędzy gałęzi dębu i padającym na gęstwinę krzaków orzechowych, lub rozsypującym się po kobiercu margieritek, otwierających wielkie, żółte oczy. Nie myślałam o niczem, marzyłam, chociaż istniał zakaz: „Żadnej czułostkowości“. Ach! oto tor kolei żelaznej. Byłam dobrą panią; starym i zaufanym sługom dawałam wiele swobody. Wincenty zbliżył się do mnie. — Jeżeli pani wicehrabina zechce przejść na drugą stronę, to o sto kroków ztąd jest szlaban. Moja krewna jest żoną dozorcy; ma malutka, dwuletnią dziewczynkę, ślicznotę, jakich mało. Pani sobie przypomina moją krewnę, której pani dała w podarunku dziesięć par prześcieradeł. — Chodźmy odwiedzić twoją krewnę i tę małą ślicznotę; dowiemy się, czy te prześcieradła nie potrzebują być zastąpione nowemi. Wjechaliśmy na boczną ścieżkę i wkrótce byliśmy u szlabanu. Długi czas potem drżałam, przypominając sobie co zaszło wtedy. Trzeba pamiętać, że opisuję to wszystko powoli, szczegółowo, a przecież to stało się z szybkością huraganu, a ruchy były jak błyskawice. Baryera była zamknięta. Zsiadłam z konia. Przypięłam tren mojej amazonki do paska według systemu mego pomysłu, który jestem gotowa udzielić na żądanie każdemu. Oczekiwano na pociąg. Przeszłam przez furtkę dla pieszych i widząc, że kobieta po tamtej stronie była zajęta zamykaniem drugiej baryery, skierowałam się do domku, którego drzwi stały otworem. Słychać było huk przybywającego pociągu po za zakrętem, po prawej stronie domku. Dziewczyneczka była w pierwszej izbie. Bawiła się drewnianym żołnierzem. Widzę to wszystko przed sobą i śliczną różową twarzyczką pomazaną na czarno. Czy to mój kapelusz, ubranie, czy pióro było tego powodem? Mała się przełękła i wybiegła z domku płacząc i krzycząc: — Mamo! mamo! Szła ku matce, która wydała straszny okrzyk przerażenia. Dziecko wchodziło na tor i nóżka jej już stawała na pierwszej szynie. Pociąg ukazał się na zakręcie drogi, pociąg pospieszny, kierowany właśnie na te szyny, na których dziecko stało. Nigdy jeszcze żaden hałas nie wydał mi się równie przerażający, a bieg pociągu tak zawrotny: pociąg leciał jak szatański huragan. Myśl mi błysnęła: uratować dziecko! Nic już innego w mózgu nie miałam; niebezpieczeństwo, pewność śmierci, wszystko to rozpłynęło się w niezłomnej woli ratowania dziecka. Zdawało mi się, że był to obowiązek konieczny i że wahać się byłoby podłością, która uczyniła by mnie nieszczęśliwą na resztę życia. Rzuciłam się. Od tej chwili pozostał mi tylko instynkt; żadnej refleksyi, nic tylko przelotne poczucie, błyski świadomości, halasu, urywki spostrzeżeń. Pociąg było 200 metrów, a może o 100 jak go spostrzegłam? Wiem tylko, że zbliżał się przerażająco groźny. Matka, tak samo oszalała jak ja, rzucała się z drugiej strony ku dziecku. Widzę ją z twarzą nagle zmienioną, jak biegnie unosząc ręce w górę, jakgdyby pociąg chciała zatrzymać: „Maryniu! Maryniu! uciekaj! uciekaj, mówię ci, ach! Jezu, miłosierdzia!“ A następnie, cóż jeszcze? usłyszałam głos Wincentego. Nie słyszałam, co mówił, odczuwałam tylko przerażenie wszystkich i coraz bardziej zbliżający się pociąg. Widzę jeszcze mego poczciwego pieska, który także wybiegł no tor i szczekał zajadle na lokomotywę, jakby także chcąc ją powstrzymać. Ze dwadzieścia głów skamieniałych ze strachu ukazało się w oknach wagonów, a pomiędzy niemi zdawało mi się, że widzę głowę Edwarda Belfort.
Dziewczynka, zamiast się zwrócić, szła dalej ku matce, wyciągając rączki do tej, która do niej się zbliżała nie po co innego, tylko chyba, aby los jej podzielić. Dziecko już przeszło pierwsze szyny, ja do nich dobiegałam, gdy lokomotywa była już blisko. Potrąci nas! przewróci zmiażdży! Wiedziałam o tem i wiedziałam, że mam tylko tyle czasu, aby uciec; powinnam tylko odskoczyć. Nie chciałam.
Ruch matki zmusił mnie, że podniosłam głowę. Oto pociąg! Tym razem nie mam już czasu odskoczyć.
Wszystko wokoło jeszcze bardziej się zmąciło. Miałam świadomość, że słońce pięknie świeci, słyszałam wyraźnie śpiew ptaszka na wielkiem drzewie, na liście którego padały promienie tego słońca, przyjaciela, którego więcej już nie zobaczę. Powiedziałam sobie, że to jest pliszka i przyszło mi na myśl, że tak właśnie nazywała mnie Albertyna w chwilach, gdy była w dobrym humorze. Ujrzałam jak w widzeniu moją drogą bratowę i teściowę, które za mnie się modliły!
Potem nie zostało już nic więcej tylko oczy, para wielkich czarnych oczu wśród powiek szeroko otwartych. Patrzyły na mnie z drugiej strony toru z tak rozkazującym wyrazem, żem się aż wstrząsnęła. Co wyrażały? przestrach, nadludzkie postanowienie, wolę tak gwałtowną i rozdzierający lek, tak potężnie magnetyczny, że nic już więcej prócz nich nie widziałam. Twarz, postać nie istniały wcale, tylko te oczy. A przecież ujrzałam tę postać było to jak piorun. Postać ta odrzuciła kobietę wstecz, uczyniła skok olbrzymi prawie przed samą lokomotywą, kopnięciem nogi odtrąciła dziecko po za obręb szyn, rzucając mnie na ziemię i padając obok. Wszystko to było jednym tylko gestem.
Gdy powstałam z ziemi, pociąg już znikał w dali. Mój wybawca jeszcze leżał na ziemi. O ile mi się zdaje, został lekko draśnięty osią lokomotywy. To właśnie uderzenie rzuciło go na mnie silniej, i stało się powodem, żem upadła. Nie myślałam jednak w tej chwili o tem wszystkiem. Porwał mnie gniew, gniew szalony. Być potrąconą w ten sposób i to jeszcze przez pana de Roselle! bo jemu to wszystkie trzy zawdzięczałyśmy życie.
Wincenty był przy mnie i pomógł mi się podnieść. Matka trzymała małą na ręku, pieszcząc ją, błogosławiąc, dziękując Matce Boskiej i wszystkim świętym. Potem nagle, wycałowawszy dziecko, podniosła jej sukienkę i dając klapsy, mówiła:
— Masz, masz, brzydka, nieposłuszna! A co ci mówiłam? Nie wychodź nigdy sama! Masz, żebyś pamiętała, aby nie wychodzić już nigdy sama z domu!
Przerwała swoją naukę, aby spojrzeć na mnie w zdumieniu.
Gdy pan de Roselle z trudem podnosił się z ziemi, ja, z gołą głową, z rozpiętymi i opadającymi na ramiona włosami w dwu warkoczach, cała zapylona z powodu upadku, z podartymi rękawami i rękawiczką zakrwawioną, bo się dotknęłam twarzy, która była podrapana, zwróciłam się ku niemu: byłam wściekła, że mnie popchnął, że mnie rzucił na ziemię, że znalazłam się w śmiesznej sytuacyi, że zostałam uratowana przez człowieka, którego nienawidziłam, który doprowadzał mnie do rozpaczy swoją pogodą i spokojnym śmiechem, zdając się nieustannie karcić moje wady.
Wszyscy wiedzą przynajmniej, że jestem szczera. Nic mnie nigdy nie powstrzyma i nigdy, pod żadnym względem, nie ukrywałam moich wrażeń. Wolałam zawsze być szczerą, szczerość przekładałam nawet po nad sprawiedliwość, nawet po nad dobry ton.
— Jest to zuchwalstwo nie do darowania, mój panie — rzekłam zirytowanym tonem. — Tysiąc razy lepiej dla kobiety jest umrzeć, niż zostać rzuconą w ten sposób na ziemię i tarzać się w kurzu razem z nienawistnemi osobami. Tak! — i tupeęłam nogą wolałabym, żeby mnie pociąg był zmiażdży!! I po co pan się w to mieszał?
Z pomocą Wincentego p. de Roselle powstał z trudnością. Pomimo poważnej sytuacyi, widać było w jego oczach błyski wesołej ironii, co wyprowadzało mnie mnie z cierpliwości. Ta ironia, połączona z wyrazem surowych, myślących oczu, jeszcze bardziej wstrętnym i go uczyniła. Moje słowa: „po co się pan w to miesza“, przypomniały mu snadź Martynę z „Doktora z musu“ — bo z uśmiechem, który rozjaśnił blade i skurczone jego oblicze, zacytował szeptem:
„A jeżeli ja chcę, żeby mnie bił? Mieszaj się do swoich własnych interesów! Patrzcie go tego impertynenta!“
Fizygnomia Wincentego była w tej chwili do odmalowania.
Uczucie sprawiedliwości oburzyło żonę strażnika. Ona także popatrzyła na mnie jak na jaki posąg i zbliżywszy się do pana de Roselle, podała mu dziecko.
— Pocałuj pana, niegrzeczna, tak, uściśnij go dwoma rączkami. Zrobił dla ciebie więcej, niż ojciec i matka. Ach! panie de Roselle, nigdy, nie, nigdy!...
Wybuchnęła płaczem i popatrzyła na młodego człowieka wzrokiem pokornym, który mówił:
„Gdybym wiedziała, że ci to zrobi przyjemność, także bym ciebie ucałowała i byłabym zadowolona; ale wiem, że jestem brzydka i brudną wieśniaczką“.
— Uściskajmy się, Florentyno — rzekł głosem rozśmieszonym, ale nie bij już tej małej. Posiedzę chwilkę u was, zanim kto nie będzie tędy przechodził, którego bym mógł posłać po mój powóz.
Ukłonił mi się ruchem swobodnym, z rozjaśnioną twarzą tak, jak się traktuje mrukliwe dziecko, którego dąsy nie mają znaczenia. To już dopełniło miary mego oburzenia! Gdybym miała broń przy sobie! Miałam tylko spicrutę i rzuciłam nią na niego; widział jak padała; obrócił się, podniósł spicrutę i zabrał ją z sobą. Spojrzałam w około; tak, zdaje mi się, że szukałam jakiejś broni. Ale w tem — zadrżałam.
— Mój biedny piesek leżał na torze w kałuży krwi, przecięty na dwoje. Pomyślałam, że i ze mną by tak było, gdyby nie ten ohydny człowiek. Chciałam umrzeć, tak, to prawda, wolałam umrzeć niż znaleźć się w upokarzającej sytuacyi, w którą on mnie wprowadził. Ale nie, nie chciałam być przeciętą na dwoje i leżeć tak, jak piesek! To byłoby jeszcze gorsze niż rzucenie w pył przydrożny, czarny, który, jestem pewna, miałam i na twarzy, co mnie czyniło komiczną. Szybko się odwróciłam, gdyż jeden tylko Nedji mnie nie potępiał. Patrzył na tę scenę, z uszami naprzód nastrzyżonemi, wielkiemi przerażonemi oczami, prawie takiemi, jak pan de Roselle. I miałam odtąd często widywać w snach ciężkich ten wyraz przestrachu. Mierzynek uciekł, skoro tylko pociąg się zbliżył.
— Życzę sobie, żeby zabrano zwłoki tego dzielnego i wiernego psiny, aby mu piękny pogrzeb sprawić — rzekłam do Wincentego surowym głosem.
Bez kapelusza, z rozwianymi włosami, nie myśląc nawet o otrzepaniu amazonki z kurzu, wskoczyłam na siodło. Dałam „Nedji“ ostrogę; pierwszy raz się to zdarzyło. Puścił się w zawrotny galop i podobna do umarłej dziewczyny z ballady, która przebiega pola i łąki na rozbieganym koniu, przejechałam trzy mile, które mnie dzieliły od zamku Liembrune. Brali mnie za szaloną. Ale to niedługo trwało. Nie omieszkano się dowiedzieć, że zaryzykowałam życie, aby uratować córeczkę Florentyny, a ponieważ tutejsi wieśniacy są dobrymi ludźmi, zapomniano o moim biegu szalonym i rozwianych włosach, żeby pamiętać tylko o bohaterstwie.
Zwykły mój dobry humor wrócił mi niebawem i gdyby nie moja biedna psina, śmiałabym się z zadziwionej miny mego nieznośnego zbawcy, gdy dostał nagle w głowę moją spicrutą. Ponieważ, prawdę mówiąc, przeszkodził, żebym nie była przecięta na dwoje, postanowiłam sobie, że mu jej nie odbiorę.
Wróciwszy do zamku, ujrzałam całą służbę w ruchu i twarze zmienione. Pomyślałam sobie, że prawdopodobnie doszła już tu jakaś niejasna, ale ponura wiadomość o zaszłym wypadku. Tak było rzeczywiście, a nawet trochę więcej.
Rzeczywiście była to twarz Edwarda Belfort, którą spostrzegłam w oknie wagonu. Wysiadłszy na stacyi kolei w Samer, najął powóz i przygnał do zamku. Tam, bez żadnych ogródek, w twardem swojem szwargocie oznajmił memu wujowi, że byłam w niebezpieczeństwie na drodze kolei żelaznej w miejscowości, którą zowią: droga Piekielna.
Wujaszek, ku ogólnemu zdumieniu, omdlał. Właśnie odzyskał przytomność, gdym nadjechała.
Z natury był on energicznymi silnym. Przyszło mi odrazu na myśl, że to omdlenie musiało być oznaką jakiejś choroby.
Nie spojrzałam nawet na Edwarda; skoczyłam na szyję mego kochanego, najdroższego wujaszka i kilka łez popłynęło.
— A Wincenty? — zapytał wuj.
— Nikomu nic się nie stało z wyjątkiem biednego Minosa, który sam jeden chciał cały pociąg zatrzymać.
— Och! bardzo głupia bestya, ale bardzo odważna, jak heroina — dał się słyszeć głos męski nieco gardłowy po za mną.
To Anglik Edward przemawiał.
Wujaszek przycisnął mnie gorąco do serca, następnie podał rękę Anglikowi, którego zresztą znał od lat kilku — (Belfortowie byli przyjaciółmi rodziny Hervelinghem) — i traktował z poufałością, do której go upoważniała znaczna różnica wieku.
— A teraz, pozostawcie mnie na chwilę samym z Ménagem.
Ménage był to stary, odwieczny saper, który tak impertynencko się nazywał.
Popatrzyłam uważnie na wujaszka, a skoro nas opuścił, napisałam słówko do doktora, do Samez, który miał więcej sprytu, niż nauki, prosząc go, żeby przyjechał jutro zobaczyć się ze mną. Zadzwoniłam, dałam ten list do odniesienia i obróciłam się do Edwarda. Patrzył na mnie z zachwytem.
— Beautiful! — zawołał.
Zachwyt jego był szczery, ale mieściło się w nim wiele owej ciekawości, z jaką przypatrujemy się zwierzątkom i to mnie rozdrażniało.
— Czy pan wychowywał kiedy białe myszki? — spytałam go nagle.
Umiałam zawsze go zdetonować. Ale powracał szybko do wielkobrytańskiej flegmatyczności. To jedna rzecz, którą w nim lubię.
Miał także inne, bardzo piękne zalety. Szedł prosto do celu, jak dzik. Był szczery i stanowczy. Był dość przyjemny z wyglądu. Świeża jego cera, duże, bardzo białe zęby, broda nieco wystająca, oczy jasno błękitne i śliczne, wszystko tchnęło w nim młodością i uczciwością. Nie czułam obawy przed stanowczością tego, który miał być moim mężem, jeżeli bowiem pragnę zwycięstwa, lubię także i walkę. Był słusznego wzrostu, jak wszyscy Anglicy. To też nazywałam go czasami szanownym wielkoludem.
— Nie zrozumiałem co to białe myszka. Ale ja proszę mnie dać ładne pani paluszka. Włożyłbym trzy takie ręka w jedna moja.
Z całą bezczelnością zdecydowałam się spalić za sobą jeden z moich mostów.
— Pocóż aż trzy ręce, daję panu chętnie jedną i to wystarczy.
Nie wiem, czy dlatego, że moja fryzura była za mało poważna, a on nie mógł przypuszczać, żeby uroczystość oświadczyn stosowna była w takiem rozczochraniu, dość, że nie zrozumiał i ciągle patrzył na mnie z owym zachwytem, którym młode narody obdarzają każdy fenomen. I nagle, zdawało się, jakby się obudził.
— Idę zobaczyć, jak się ma dobrze pułkownik.
Położył swoje usta na mojej ręce. — A przecież, te oświadczyny wydały mi się bardzo dziwaczne. Poszłam do moich pokoi i powierzyłam się staraniom moich dwu pokojowych.
W pół godziny później, Edward kazał mnie poprosić do salonu.
— Pułkownik ma bardzo dobra, pani ma bardzo dobra, Wincent ma bardzo dobra, Nedji ma bardzo dobra, mierzynek ma bardzo dobra, pan de Roselle ma bardzo dobra. Nigdy nie widziałem odważniejsza clown. To pierwszy bohatyry i skoczki. Zazdroszczę jego skoczenia i odwaga. Wszyscy mają bardzo dobra; na ten powód chcę iść powiedzieć pani Hervelinghein, że wszyscy mają bardzo dobra. Bo hałas, że pani rozcięta na dwie musi biegać po całej drodze koleją i w okolicy, a pani i panna Angela, oni będzie niespokojny, bo oni bardzo mocno pani kochają. Nim włosy sobie wydzierają z rozpaczy, pójdę im powiedzieć, że to pies.
Wydało mi się to objawem delikatności serca bardzo poczciwego, ale niezbyt zakochanego. Zdawało mi się, że gdybym była mężczyzną zakochanym w niezrównanej Izabeli, pozostałabym przy niej, aby się cieszyć jej ocaleniem, a służącego posłałabym z zawiadomieniem.
— Pan pułkownik chciał mnie zaprosić wrócić z tymy damy i zostać aż do o.... oł.... obława dzikie świnie. Pójdę do hotelu w miasto, obok, dla konfi....
— ....tur — dodałam nieco rozweselona. Nie, pan chciał zapewne powiedzieć dla konwenansu?
— Tak — odrzekł z powagą, — dziękuję. Mam nadzieje, że pani za.... za.... rata....
— ....fia, nie, ratyfikuję! Tak, potwierdzam ten układ, ale na miłość Boską mówże pan po angielsku.
Popatrzył na mnie zaniepokojony.
— Czy pani znajduje, że nie mówże dość dobra języka francuska, aby zapytać o ręki młoda dziewczyna francuska?
—Proszę, proszę, pomyślałam — nigdy bym nie znalazła tak oryginalnego sposobu wyznania moich zapałów miłosnych. Ostatecznie, sposób wcale nie głupi.
— Całkiem dostatecznie — odrzekłam — jeżeli młoda dziewczyna choć trochę mówi po angielsku.
— Ona umie. Oh! mercey, mercey!
Fizyognomia jego, nieco komicznie poważna, rozjaśniła się tak rozczulającą szczerością uczucia, że raz jeszcze rękę mu podałam. Przyjął. Myślałam, że pocałuje. Zadowolił się silniejszym uściskiem. Widocznie zdawało mu się, że laskę w ręku zaciska.
Następnie, wydłuży wszy olbrzymie swoje nogi, zniknął mi z oczu, biegnąc prawie. A przecież ciągle miałam wrażenie, że te oświadczyny były jakieś dziwaczne.
Poszłam do pułkownika. Chciałam go wybadać co do tego omdlenia. Ale nie trzeba go uważać za głupiego; umie on doskonale w pole mnie wyprowadzić. To też z całą obrzydliwą hypokryzyą zadał mi pytanie, czy obawa, że mogłam być przecięta na dwoje, nie tłumaczyła dostatecznie silnego wzruszenia wuja, który nie miał na świecie żadnej innej radości, prócz swojej siostrzenicy.
Kazałam zawołać sapera. Chciałam się od niego dowiedzieć, czy pułkownik podpadał czasami takiemu omdleniu. Na jednoby wyszło, gdybym zmuszała jaki posąg do przemówienia.
Przez resztę dnia i podczas kolacyi, pułkownik był zamyślony. Myślałam, że to było wskutek kongestyi. Nie otworzył przedemną swojego serca, żegnając mnie na dobranoc.
— Nie mogę przecież kopnięciem nogą poczęstować człowieka, który ci życie uratował. Bo niema wątpliwości, że ten łotr życie ci uratował. Miałem zamiar szukać z nim zaczepki na przyszły wtorek. Ale byłoby to niesprawiedliwe.
Tupnął nogą o ziemię, rozgniewany.
— Mam tylko jednego wroga na świecie i jest tylko jedna osoba, którą kocham nadewszystko, i trzeba trafu, by ów wróg uratował życie tej istocie!
— Ech wujaszku, dajmy temu pokój; wolę, żebyś mi powiedział, jakie jest twoje zdanie o Edwardzie.
— Jest to człowiek, pełen hamowanego uczucia, jak wszyscy Anglicy. Zresztą szczery, prawy, delikatny, bardzo dobry chłopiec.
— A więc, poślubię go.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.