Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część pierwsza/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
Idealny wujaszek.

Kochany wujaszek oczekiwał na mnie. Podniósł się z miejsca, gdym weszła, gdyż był to mąż rycerski i odkąd wyrosłam na młodą dziewczynę, traktował mnie z szacunkiem, jaki mężowie rycerscy mają nawet wobec panien służących. Skoczyłam mu na szyję. Pociągnęłam go za szpakowatą bródkę, nastroszyłam wąsy, poburzyłam krótkie i gęste włosy.
— Wuju Tonton — rzekłam surowo — pamiętaj, że musisz teraz pozwolić rosnąć swoim włosom: najprzód, wyglądasz jak żandarm, a nie życzę sobie, gdy wychodzimy razem, wyglądać jak kobieta, którą prowadzą do więzienia. Jeżeli nie zapuścisz dłuższych włosów, oświadczam, że nie wyjdę już z tobą inaczej, tylko w kajdankach na rękach.
Patrzył na mnie ze zwykłym swoim wyrazem osłupiałego zachwytu. Nigdy nie widziałam piękniejszej postawy wojskowej. Był słusznego wzrostu i tył już trochę; silny był jak wół i pomimo tuszy zwinny nadzwyczajnie. Świeża cera, szerokie czoło, śliczny zarost włosów harmonizowały z szaremi oczami o wyrazie prawie zawsze pełnym refleksyi, mówię „prawie“, bo kochany wujaszek łatwo się gniewem unosił.
— Właśnie o tem myślałem — odrzekł oddając mi moje pocałunki — zawsze się zdarzało, że „właśnie myślał“ o moich najdziwaczniejszych wymaganiach. nie chciał bym bowiem wyglądać jak stary strażnik cłowy na twojem weselu. Ale! ale! mam ci dwie ważne rzeczy do powiedzenia. Czy jesteś dobrze usposobiona?
— To zależy od tego, co nazywasz poważnemi rzeczami.
— Ależ, zdaje mi się, Izabelo, że więzy małżeńskie i dary fortuny...
Tupnęłam nogą z gniewem.
— Więc to nazywasz poważnemi — rzeczami! — rzekłam pociągając go za brodę. Mamy co innego do roboty. Ja to właśnie mam ci mówić o poważnych sprawach. Najprzód, słuchaj, przybierz twoją zakłopotaną minę i odpowiedz szczerze na to pytanie: Wuju Tonton, czy jesteś całkiem pewny, że dobrze wychowałeś twoją siostrzenicę? Co do mnie, jestem gotowa uznać cię za doskonałość i traktować z góry tych zacnych ludzi, którzy mnie uważają za egoistkę, zalotnicę, szaloną, tyrana, za dziecko i którzy sobie myślą, że byłam wychowana jak biała myszka.
Powstał z miejsca z powagą.
— Oto moja odpowiedź, całkiem stanowcza.
Skierował się do swego sypialnego pokoju, gdzie była cała kolekcya pistoletów, rusznic i szabel niezdolnych do użycia i szkaradna kasa ogniotrwała, która się otwierała za pomocą wyrazów, jak pieczara Ali-Baby. Po chwili wyszedł ztamtąd z twarzą przejętą i uroczystym nosem, właściwym proboszczom i starym wojskowym, trzymając papier w ręku, złożony we czworo, żółty, postrzępiony na brzegach, którego nienawidziłam, chociaż kochałam zarazem. Nienawidziłam, bo dobrze wiedziałam, że ani ja, ani wujaszek, nie będziemy go mogli oglądać bez łez. Mój wujaszek kochany stawał się bardzo brzydkim, gdy mu łzy spływały po długim nosie, a cóż ja dopiero! Kochałam jednakże ten papier, bo nie posiadam tego niedobrego serca papugi, którem ku zgorszeniu publicznemu obdarzają mnie pogardliwe usta Albertyny i badawcze spojrzenia pana de Roselles.
Wujaszek rozłożył papier i oczy jego zaczynały już wilgotnieć. Było to trochę dla mnie za wcześnie.
— Ty znasz to, pieszczoszko? — spytał mnie głosem bez dźwięku.
— Potwierdziłam w milczeniu. Wiedziałam, że będzie ciągle jedno i to samo powtarzał, a gdybym mu odpowiadała, nigdybyśmy tej rozmowy nie skończyli.
— Nie znałaś swego ojca. Był już bardzo wiekowy, gdy się ożenił. Był to stary gderacz, przed którym wszystko się trzęsło, ale najuczciwszy z ludzi. Zupełnie mój portret. Był prezydentem Izby w Douai. Ojciec jego, również urzędnik, naraził się Karolowi X. i ówczesnemu monarchicznemu stronnictwu. Był przyjacielem Diderota. Twój ojciec był jeszcze bardziej liberalny. Ale to nas nie obchodzi; to był twój ojciec. Przywołał mnie do siebie, — gdy miałaś rok życia — do swego śmiertelnego łoża i rzekł:
— „Bourgongnon, wiesz, nie chcę, aby Izabela była dewotką. Będziesz jej opiekunem. Rozumiesz? Moja żona, a twoja siostra, pozostanie sama jedna. Ty wiesz, że młode wdowy chętnie popadają w dewocyę. Ty jesteś za klasztorami, jak każdy człowiek czułostkowy. Ale jesteś uczciwym człowiekiem; więc pamiętaj żadnej dewoteryi, przysięgasz? Walka o życie, Bourgongnon, wiesz! Żadnej dewoteryi. Zdrowie ciała i umysłu! Przysięgasz?“
— Przysiągłem. W kilka lat później umarła także twoja matka. Przypominasz ją sobie dobrze. Widzę ją jeszcze siedzącą na łóżku. Pięknemi swojemi oczami przerażonego kociaka patrzyłaś na jej twarz bladą i zbliżałaś się na czterech łapkach, czołgając się, aż dotarłaś blisko i wtedy rzuciłaś się ku niej, mówiąc „Zanadtoś blada, mamusiu mamo, masz!“ I podałaś jej słoik z czerwoną pomadą.
Mówiąc to, zacny wujaszek wybuchnął łkaniem. Skoczyłam mu na szyję, ucałowałam serdecznie, otarłam jego i swoje łzy i wyrzekłam:
— A więc, mój wuju, co ci powiedziała mama?
— Powiedziała „Będziesz jednocześnie ojcem i matką dla tej małej. Nie żeń się dopóki ona za mąż nie wyjdzie. Wydaj ją wcześnie zamąż. Nie mam takich samych przesądów, jak mój mąż przeciw szlachcie. Wybierz jej młodzieńca, bardzo młodego, bardzo kochającego, a mniejsza o to, gdyby miał jaki tytuł. Zatrzymaj ją przy sobie póki zamąż nie pójdzie, ale przedewszystkiem, przedewszystkiem, żadnej czułostkowości, żadnych romansów. Byłam bogata, dość ładna i miałam wiernego męża; a nie byłam szczęśliwa; nadto romansów czytałam; powiedz to jej. Dawaj jej poważne książki, żadnych dzieł wyobraźni. Niechaj odbędzie pierwszą Komunię św. nie trzeba, żeby ją wytykali palcami, ale żadnej czułostkowości, przysięgnij“.
— Przysiągłeś i dotrzymałeś słowa także i w tym przypadku. Przed mojem zamążpójściem, czytałam tylko Pawła i Wirginię. Dosyć mnie to nudziło. Miałam iść zamąż za kilka miesięcy. Dałeś mi tę książkę, aby mnie wtajemniczyć w czułości hymenu, jak mówiłeś.
Zacny wujaszek, otarłszy sobie oczy, rozłożył uroczyście papier, na którym były streszczone te ostatnie polecenia.
— Żadnej dewoteryi, powiedział twój ojciec. Żadnej czułostkowości, powiedziała twoja matka; a teraz, powiedz mi: czy widziałaś kiedy księdza u nas w domu, czy to w Paryżu, czy na wsi?
— Nie widziałam, tak samo, jak nie czytałam żadnych romansów, mój poczciwy wujaszku.
— Widzisz więc, pieszczoszko — zakończył tryumfalnie pułkownik — że byłaś cudownie wychowana, ponieważ postępowałem krok za krokiem według woli twego ojca i matki. A zresztą, i cóż? czy jest na na świecie kobieta, którąby więcej od ciebie wielbiono i szanowano? Czyż to nie dowód dobrego wychowania? Czegoż bo mężczyźnie potrzeba? honoru, więcej nic; a kobiecie? cnoty, nic więcej. A ty posiadasz honor i cnotę. Czegoż więcej potrzeba, aby zadowolić męża?
— Tak! właśnie na to czekałam, już jest maż! — rzekłam wybuchając śmiechem. Słuchaj wujaszku Tonton, kogoż mi masz do ofiarowania?
— Najprzód, jest pan d’Hauraucourt, któryby się twojej matce podobał.
— Czy oświadczył się prawidłowo?
— Nie, — bo za mało dodawałaś mu odwagi. Następnie, jest pan Castelnau, który podobałby się ojcu twemu.
— Czy postawił swoją kandydaturę?
— Nie, — bo ty tak ostro z nim postępujesz. Jest także książę de Ciudad, który mnie znowu bardzo się podoba.
Jest jeszcze jeden konkurent — wyrzekłam, spuszczając oczy z hipokryzyą. — Ma całkiem odrębną fizyognomię. Znasz go dobrze, a nawet lubisz od kiedy oświadczył w swoim anglo-saskim dyalekcie, że ożeniłby się tylko z Francuską.
— A, tak szanowny Edward Belfort! Czy z tej strony wiatr wieje? Dlaczegoźby nie? Jest trochę za młody, — dwadzieścia pięć lat ale nie brak mu powagi. Przystojny chłopak, prawie tego wzrostu co ja. Zdaje się być szczerym, chociaż jest Anglikiem. Twoja teściowa zna dobrze jego rodzinę. Nie jest bogaty. Ale ma odziedziczyć, według prawa, które ci łotrzy Anglicy nazywają substytucyą, tytuł i znaczny majątek. Długo może będzie na to czekał, ale ty zato jesteś bogata za dwoje. Ale à propos, czy wyznał ci swoje zapały?
Wzruszyłam ramionami.
— Jakże ty dziwnie jesteś naiwny, wujaszku Tonton! Ciągle ci się marzą śpiewki koszarowe i obrazki, na których kanonier rzuca się do nóg kucharce. Czy sądzisz, że to konieczne?... Czyż nie zauważyłeś, z jaką przyjemnością on ze mną rozmawia? Patrzy na mnie z takim uporem, że gdyby nie był Anglikiem, szukałabym z nim sprzeczki i mogłabym się skompromitować. Czyż nie stara się wszelkimi sposobami, aby się ze mną spotykać, aż do tego stopnia, że jak najczęściej bywa u mojej teściowej, gdy ja tam jestem? Czyż nie szuka sposobności widywania się z tobą i myślisz, że to może z wielkiej czci dla armii francuskiej? Pułkowniku Bourgongnon, upoważniam ciebie, abyś się uśmiechnął jak najprzyjaźniej, gdy pan Edward Belfort przyjdzie z wielkiem wzruszeniem prosić ciebie o wstęp do mego serca.
— Jeżeli jesteś dziś tak poważnie usposobiona, pozostań jeszcze chwilę i pomówmy o interesach.
— Ach! co to, to nie! — zawołałam — dość jednej nieprzyjemności na dzień.
Wincenty stuka do drzwi.
— List do pana pułkownika, który przyniesiono z prośbą o odpowiedź.
— Mam nadzieję — rzekłam, biorąc list z rąk służącego — że nie pozwolisz sobie czytać listów bez mego upoważnienia wuju Tonton. Ale oto właśnie. Gdy się mówi o aniołach, słychać szelest ich skrzydeł. Oto list od szanownego pana Belfort, który prosi, „aby mógł wziąć udział w polowaniu na dzika i ucałować rączki pani wicehrabiny w dniu jej urodzin“. Słyszysz, wuju, czy to nie dość jasne? Obawiam się tylko jednej rzeczy, a to, żeby oznajmienie o jego szczęściu nie zdziwiło go do tego stopnia, by mnie nie spotkało drugie, jeszcze śmieszniejsze owdowienie. Wdowa przed ślubem? Tym razem wyszłabym stanowczo za pana de Roselles, aby się pozbyć wszystkich innych.
Powstał z miejsca rozgniewany.
— Ha, do milion kroć! Uciekłam ze śmiechem, aby wujaszek mógł kłąć dowoli. Moja obecność krępowałaby go oczywiście w dosadnych wyrażeniach, któremni ozdabiał swoje przekleństwa.
Istotnie też, zaledwie odeszłam, usłyszałam jakby huk gromu, wraz z hałasem rozbijanych krzeseł.
Wróciwszy do siebie poszłam przejrzeć się w zwierciedle, w dziesięciu zwierciadłach, gdyż lubiłam nadewszystko podziwiać siebie. Pod tym względem naśladowałam to, co wszyscy czynili. Czyż rzeczywiście mam tak nadzwyczajną urodę? Jestem ładna, nie zaprzeczam, ale znowu nie tak nadzwyczajnie. Nie zachwycam, nie czaruję, pociągam, jak muzyka walca, podniecam, jak wino szampańskie.
Kiedyś, z pewnością opiszę mój portret, ale nie dzisiaj. Nie jestem we właściwem usposobieniu. Wolę składać setki pokłonów przed mojem zwierciadłem, powtarzając:
How are you, Milady Belfort?
Czy kocham Edwarda Belfort? Jakto! ależ bez wątpienia: o tyle, o ile się kocha, jeżeli się kochać nie może. Od kiedy się urodziłam, czułam, że jestem uwielbianą przez wszystkich, którzy mnie otaczali. Zrozumiałam wybornie, że najważniejszą rzeczą na świecie jest to, aby być szczęśliwą. Kochać, to znaczy poświęcać się, krępować, upokarzać. Wystarcza być kochaną.
Z wyjątkiem mego wuja, który jest moim niewolnikiem, z wyjątkiem młodej mojej bratowej, Angeli i teściowej, które są najsłodszemi istotami — moja teściowa szczególnie i nie pojmuję dlaczego, ona, pomimo swoich lat czterdziestu, nie ma setek konkurentów — z wyjątkiem tych trzech osób, wszystkich innych kocham na równi. Jestem dobra i życzliwa, aż mnie to nudzi czasami. Ale oto będę miała dwadzieścia jeden lat, a to przecież rzecz bardzo monotonna, mieć tylko ciągle jednego tylko wuja, aby mu dokuczać. On za mało się broni. A nawet nigdy nie starał się bronić, chyba tylko wtedy, gdy chodziło o oznajmienie mi tego, co nazywa uroczyście „tajemnicą mego życia“. Ta tajemnica, to powód jego nienawiści do pana de Roselles.
Wujaszek miał także, miał raz zachciankę oprzeć mi się, gdy będąc jeszcze dzieckiem, zmuszałam go do nabycia pałacu Lienbrune wraz z 500 hektarami gruntu i lasu. Lecz ustąpił. Ale dlaczego ten zamek tak mnie pociągał? Albertyna utrzymuje, że dlatego, iż był równie dziwaczny jak ja i że tyleż samo było dziwnych pomysłów w moim mózgu, co niespodzianek w tym zamku.
Z jego sławy feudalnej pozostała mu tylko warowna brama z czternastego wieku, pomiędzy dwiema zębatemi wieżami. Długi dziedziniec łączy te wieże z tegoczesnym pałacem. Ten dziedziniec otoczony jest zabudowaniami od zachodniej strony. Dwie linie, które tworzą te budynki, otwierają się pośrodku bramami z północnej i południowej strony, jedna prowadzi do parku, a druga, naprzeciw do ogrodu. Zabudowania, znajdujące się pomiędzy temi bramami a wieżami, służą na mieszkania dla służby, na stajnie i szopy. Pomiędzy temi bramami a zamkiem w małych domkach, mieszkają starzy słudzy, gajowi, a także ojciec Wincenty, który pomimo podeszłego wieku jest zawsze pierwszym leśniczym.
Wszystko to wygląda patryarchalnie i bardzo mi się podoba. Tego by się po mnie nikt nie spodziewał. Ale mój kurzy mózg skłonny jest do patryarchalności.
A jednak sam zamek nie jest wcale patryarchalny. Długa, długa maszyna o jednem piętrze; maszyna z pilastrami, z oknami we framugach, z wysoką bramą banalnie monumentalna i balkonem ciągnącym się przez całą fasadę frontową.
Było to budowane przez pośledniego architekta z czasów pierwszego cesarstwa, który miał pojęcia z ośmnastego stulecia i — z tamtego świata. Można tu pomieścić całą hordę. Często powtarzałam wujowi, że ten pałac zachęca do małżeństwa i licznego potomstwa.
Ten gmach, wzniesiony na kredowym gruncie najbardziej wyniosłego pagórka z pasma otaczającego kotlinę Boulogne, góruje nad całą okolicą. Gdy stanę na swoim balkonie, mogłabym podziwiać roztaczającą się z łatwością na dolinie armię, złożoną z dziesięciu tysięcy ludzi. Ale gdyby pan Edward Belfort chciał mi urządzić serenadę, musiałby wejść po drabinie, mającej 180 stóp wysokości.
Oto siedzę już na moim Nedji, pięknym wierzchowcu, przyjacielu, o miękkiej szerści, o wielkiem wymownem oku, cienkich pęcinach i wydatnej piersi. Wybornie znam się na koniach, bo kochany mój wujaszek uznał, że niema w tem nic niestosownego, nic coby zakrawało albo na dewoteryę, albo na czułostkowość. Nedji chodzi za mną jak pies. Rzuciłby się za mną w ogień. Bardzo często był on moim powiernikiem. Siedząc pomiędzy nim a moim pieskiem Minos, zwierzałam im się, a oni obydwa przyznali mi, że nie zasłużyłam wcale na to, aby być taką komiczną wdową, jak jestem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.