Milionowa wdowa/Część pierwsza/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Milionowa wdowa |
| Redaktor | Adam Krechowiecki |
| Data wyd. | 1910-1911 |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une veuve millionaire |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Przyjechaliśmy wczoraj dość późno do Liembrune. Jest to ogromny pałac, niegdyś sławny, o ośmdziesiąt mil od Paryża, w głębi Pikardyi, w pobliżu morza.
Przyspieszyliśmy o kilka tygodni nasz przyjazd na letni pobyt. Idzie tu o moją pełnoletność, moje zamążpójście i o polowanie na dziki.
Obudziło mnie nagle przerażające czerwone światło. Jestem osóbką bardzo odwaźną — mam wiele innych zalet, które z przyjemnością zaznaczę w ciągu tego opowiadania. Ale boję się wielu rzeczy, a przedewszystkiem pożaru. Przerażona, nie wiedząc na razie, gdzie się znajduję, zapominając w tej chwili, że nie jesteśmy już na avenue Montaigne, zaczęłam dzwonić raz po raz gwałtownie, zamykając oczy. Peretka i Finetka nadbiegły z włosami dziwacznie rozburzonymi.
— Ogień, ogień! — zawołałam, pokazując tę straszną czerwoność, oświecającą moje okna.
— Ależ pani wicehrabino — rzekła Peretka, która jest bardzo rozsądną dziewczyną — to słońce wschodzi tak czerwono, na znak, że będzie burza wieczorem.
— Tak sądzisz? Być może. Idź się uczesać. Negliż wcale ci nie do twarzy.
Położyłam się na nowo.
— Przyjdziecie mnie obudzić za trzy godziny. Powiedzcie memu wujowi, że chcę z nim pomówić przed śniadaniem. Idźcie, zabierajcie się, jesteście szkaradne! Z pewnością będę miała zmorę, żem na was patrzyła.
Odeszły spokojnie, wcale nie zastraszone. Jestem dobrą istotą, szczerą, śmiałą, wyższą nad opinię. Jestem kochana przez cały prawie świat, a szczególniej przez moją teściową. To prawda, że moje szczęście byłoby zupełne, gdyby nie to, że mój mąż uczynił mnie sławną we wszystkich częściach świata, gdzie dochodzą dzienniki, a to dzięki swojej śmiesznej śmierci i gdybym nie była kochana przez pana de Roselles. Na szczęście, mój wuj, pułkownik Bourgongnon, jest znany z odwagi; nienawidzi tak samo, jak ja, pana de Roselles i obiecał mi, że palnie go szabla za każdym razem, kiedy poprosi o moją rękę.
Układam się znowu w poduszki. Patrzę przez chwilę na te łunę pożarową, oświetlającą moje okna. Przychodzą mi na myśl kwiaty, liście, świeżość wiosenna. Obiecuję sobie, że wybiorę się na długą przejażdżkę konno do lasu Hardelot, chociaż właśnie w starym zamku tej nazwy mieszka pan de Roselles. Ale on nie opuścił jeszcze Paryża. Nie wie, żeśmy już przyjechali.
Prawdę mówiąc, bardzobym chciała wiedzieć, jakim tajemniczym sposobem dowiaduje się on zawsze o tem, co ja robię, znajduje się ciągle na mojej drodze i zmusza, żebym nieustannie z nim się spotykała. Ach! nieznośny człowiek!
Najprzód, wstrętny jest dla mnie z powodu swego nazwiska kwiatowego i dla tego, że jest potwornie poważny. Następnie, że swojemi przenikliwemi czarnemi oczami zdaje się ciągle mówić, patrząc na mnie: „Oto prześliczna kobieta, najcnotliwsza, jaką można wymarzyć; ale to nie potrwa długo, nie może potrwać. Powinnaby pójść do spowiedzi. Bardzo bym chciał wiedzieć, kiedy spowiadała się raz ostatni?“
Razu pewnego, nie mogłam się powstrzymać, aby nie odpowiedzieć głośno na ten wzrok:
— Raz jeden tylko spowiadałam się od lat ośmiu: w przeddzień mego ślubu.
Było to w pewnym salonie w Paryżu. Narobiło to trochę hałasu, a potem nabrało tajemniczego znaczenia. Ponieważ jednak jestem w istocie bardzo cnotliwa, ponieważ wszyscy są przyzwyczajeni do moich wybryków, przebaczono mi to razem z innemi memi fantazyami. Sądzę zresztą, że wiele mi uchodzi dlatego, że mam sto tysięcy franków dochodu i... nadzieje na przyszłość ładne słówko, którem doprowadzam do wściekłości pułkownika Bourgongnon.
Zadrzemałam wkrótce, myśląc o innych moich konkurentach, bo mam ich całe zastępy, a pomiędzy nimi czterech bardzo poważnych jednego do miasta, jednego na wieś, dwu na zagranicę. Pan de Roselles jest na wszystko razem. Mieszka w Paryżu w zimie, jest naszym sąsiadem w lecie i zawsze wlecze się za nami, gdy jesteśmy w podróży. Konkurentem paryskim jest pan d’Hourancourt; konkurentem na prowincyę pan Castelnau, radca generalny naszego kantonu. Jest oprócz tego szanowny Edward Belford i książę de Ciudad-Celi.
Pomówię o nich innym razem, gdyż oto zasypiam. Ach! tak, rozbudzam się na chwilę, aby powiedzieć, że nie miałby słuszności ten, ktoby mnie wziął za kokietkę, która myśli tylko o wydaniu się za mąż. Doprawdy, że nie.
Siostra mego męża, Albertyna, jedyna osoba, która mnie nienawidzi, zapewnia, że nie jestem zdolna do prawdziwego uczucia. Ale cóż? sama wiem, że jestem śmieszną wdówką: nie ma nic głupszego, jak mąż umierający po miesiącu małżeństwa! Albertyna nie omieszkała tego wyzyskać i utrzymuje, że jeżeli mój mąż umarł tak rychło, to dlatego, że młoda małżonka była tak nieznośna, że młody małżonek wolał umrzeć, niż żyć z nią dłużej.
Było to powtarzane, nieraz, a więc, czyż nie mam prawa, po czterech latach śmiesznego wdowieństwa postarać się o zmianę nazwiska, nie będąc posądzoną o zalotność?
Gdym się obudziła, słońce rzucało już przez moje szyby dwa ogromne pasma złote, przy których bladły róże na dywanie, a potem, całą chmurę małych połyskujących strzałek, z których jedna koniecznie wciskała się w gruby warkocz moich włosów.
Peretka i Finetka przechadzały się, jak księżniczki z bajki pośród tych złotych błysków.
— Peretko — wyrzekłam nagle — powiesz Wincentemu, że będzie mi dziś towarzyszył na Dom Garcia, a ja sama dosiędę Nedii, słyszysz?
Spodziewam się, że mnie słyszała. Poczerwieniała, jak podgarle indyka. Była mowa o małżeństwie pomiędzy nią a tym Wincentym. Od pięciu miesięcy się nie widzieli.
Dziewczęta były ze mną w Paryżu, a chłopak, rodzaj majstra do wszystkiego, a nie wiele mający do roboty, pozostał w domu. Co za dziwna rzecz, że takie dziewczęta od krów mają czułe serca i że marzy się im miłość, gdy takie kobiety, jak ja, nie mogą dojść do tego! Jako dobra z gruntu osoba, otaczałam moją łaską tych uczciwych zakochanych.
— Ty, Finetko, pójdziesz do miasteczka poszukać mi tam czegoś, co mogłoby mi posłużyć za welonik.
Wydało mi się, że oblicze Finetki rozpromieniło się na myśl pojechania do Samer: czyżby tam gdzieś był także jaki Wincenty? Ale nie przywiązywałam do tego zbytniej uwagi.
— A co powiedział pułkownik?
— Powiedział, że oczekuje w bibliotece na panią wicehrabinę i prosi, żeby mu poświęciła trochę czasu. Ma pomówić o rzeczach bardzo ważnych.
Ważnych! Jeżeli nie chodziło o małżeństwo, będzie mowa o zdaniu rachunków z opieki. Niema nie bardziej metodycznego, jak stary wojskowy i chociaż mnie ubóstwia i byłby niezdolny oprzeć się najbardziej dziwacznym moim fantazyom, poprzysiągł sobie, że odda mi administracyę mego majątku, skoro skończę dwadzieścia jeden lat. Właśnie w poniedziałek czeka mnie ta awantura. Wszyscy Hervelinghemowie mają się tu zjechać na kilka dni w celu uczczenia mego zbliżania się ku starości. Kochany wuj zaprosił także pana Castelnau i szanownego Edwarda Belfort.
Co do pana de Roselles, byłabym bardzo zdziwiona, gdyby nie wziął udziału w obławie na dziki, która ma się odbyć we wtorek. Zwyczaj chce, aby wszyscy okoliczni myśliwi mieli prawo przybyć, nawet bez zaproszenia. Pułkownik będzie zmuszony przyjąć go jako tako. Gdyż ostatecznie, jest to człowiek pewnego znaczenia w prowincyi, najbardziej szanowany w niebie i na ziemi i chyba zapomocą szabli pułkownik mógłby go się pozbyć.
Zabieram się z całą drobiazgowością do mojej toalety. Znaną jest moja prostota; tutaj, jestem tylko wieśniaczką, ale wieśniaczką, która się ubiera w pierwszych magazynach.
— Pozwól wejść słońcu, Peretko.
Ona otworzyła okna, a ja weszłam na balkon, górujący nad doliną. Od pięciu miesięcy wsi nie widziałam.
— Ach! cudowna okolica! — zawołałam. — Przynieś mi tu zaraz moje sztalugi, tutaj w to miejsce, abym mogła odmalować tę dal błękitną wśród wzgórz.