Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część druga/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


MILIONOWA WDOWA.

(Ch. d'Hericault: "Une veuve millionaire“).


CZĘŚĆ DRUGA.

I.
Obietnica małżeństwa.

Zadziwię wszystkich tych, którzy są przekonani, że wyjdę zamąż za pana de Roselle. Pułkownik wszystkim rozpowiada, że przyrzekłam moją rękę komuś zupełnie innemu. To prawda. Nie jestem całkiem pewna, czy serce także oddałam. Ale przyrzekłam i dotrzymam obietnicy... „z zapałem?“ nie, może nawet nie z uszczęśliwieniem, ale z przyjemnością. Nie obiecuje to księciu i mnie, przyszłości à la Filemon i Baucis. Opowiadam, jak czuję. W samej rzeczy jestem jakby zaręczona a ślub odbędzie się w przyszłym miesiącu kwietniu.
Podobno, że to najlepsza pora na podróż do Hiszpanii. Postanowiłam, że to, co Tonton nazywa miesiącem miodowym, spędzimy w Andaluzyi, na restaurowaniu starego zamku, który książę Ciudad-Coeli posiada i w którym pułkownik jest zakochany odkąd mu powiedziałam, że ostatni z Abencerages’ów „skierował tam swoje kroki“.
Niewiem nic o tem, ale wynalazłam ten sposób, aby uszczęśliwić swego kochanego. wuja... i siebie także.
A więc poślubiam pana de Ciudad-Coeli. Już o nim z lekka napomknęłam. Dość mi się podobał. Jakże być mogłoby, żeby człowiek tak dystyngowany nie podobał się kobiecie z dobrego towarzystwa? Tem więcej mi się podobał, że uchodził za pełnego rezerwy, prawie lekceważącego, a nie ukrywał się z tem, że go zachwyciłam, co złościło inne kobiety.
W Paryżu, w czerwcu, po obrazach, doznanych od Edwarda, pana d’Hauraucourt i pana Castelnau, nie licząc kułaków, które otrzymałam od pana de Roselle, nie zwracałam wcale uwagi na księcia.
Gdyśmy wrócili w październiku do Liembrune, pan de Ciudad, zaprzyjaźniony z margrabią d’Hauraucourt, przyjechał polować do pałacu Monthulin, nie zbyt oddalonego od Liembrnne, jak wiadomo. Odwiedził nas. Przekonał się, jak porządną i pewną sytuacyę mamy na prowincyi, nie wątpił już w urok naszych milionów i zaczął od zdobywania serca pułkownika.
Była to rzecz łatwa: wziął go, jak się bierze grubą rybę na wędkę. Tonton, jako stary liberalny burżuj, wymyśla w zasadzie na arystokracyę, ale nie może się oprzeć wysokiej sztuce kurtuazyi, która jest wrodzoną wszystkim potomkom starych rodów.
Książę jest z Andaluzyi, a więc tej narodowości, którą ze wszystkich cudzoziemskich wuj najbardziej łaskawie znosi. Istniało wprawdzie, jak już wspominałam, niemiłe oblężenie Saragosy i kapitulacya Baylen, ale to łatwiej znieść niż Berezynę, Waterloo, brutalność siły niemieckiej lub niewdzięczność włoską. A przytem, ten Hiszpan jest typem kurtuazyi. Przenosi swoje względy nawet na barany Tonton.
Jestem pewna, że don Luis dotychczas ani spojrzał nawet na barana. A teraz zachwycał się pięknością Dishley’ów i Sonthdown’ów, czem ostatecznie podbił pułkownika.
Ta wizyta don Luisa w naszej okolicy trwała aż do końca października i wróciliśmy do Paryża w początkach listopada. Nie było to całkiem pschutt. Lecz Angela i Albertyna miały przeszkody — Angela na pewne, a Albertyna zaczynała je mieć — i chciałam dopomódz kochanej matce urządzić się w Paryżu. Pan Castelnau został wybrany senatorem.
Od tej wizyty i od pierwszych dni naszego przyjazdu don Luis „zaprzągł się do mego rydwanu“. Naturalnie, że to są słowa Tonton. Zaczął coraz silniej ciągnąć ten rydwan, a wuj popychał koła. Co do mnie, wahałam się. Dlaczego? książę podobał mi się, ale nie zupełnie. Zapewne, że nie mogłam zamarzyć o znakomitszem nazwisku, ani o wyższej sytuacyi, ani o mężu bardziej szanowanym. Znakomitość nazwiska, tak samo, jak i człowieka, miała rozgłos prawie europejski. Przyznawał otwarcie, że majątek jego był mały i rzecz szczególna, zachował ogólny szacunek, chociaż jawnie czynił to, co zwykle potępiają, to jest: szukał otwarcie znacznego posagu.
Moje pierwsze wrażenie o nim było niekorzystne. Wydał mi się zrazu banalnym i mówiłam, że jest zakochany w różnych posagach.
Lecz wrażenie to nie długo trwała. Nie omieszkałam przyznać, że książę wcale banalnym nie jest.
Rzecz rzadka u Hiszpanów, jest blondynem słusznego wzrostu. Pan d’Hauraucourt powiada, że jest to oznaką starożytności rodu wśród grandów hiszpańskich i że wysoki wzrost i jasna barwa włosów jest cechą rasy zdobywczej Wizygotów, bez domieszki krwi maurytańskiej, cygańskiej lub żydowskiej. Tonton drwił sobie z Wizygotów, ale chwalił głośno brak domieszki krwi żydowskiej. Co do Maurów, pogardzał nimi.
Do pięknego wzrostu don Luis dołączał pańską postawę, chociaż nie posiadał owych manier magnatów francuskich, ich swobodnej uprzejmości, która charakteryzowała pana d’Hauraucourt. Okazywał ową kurtuazyę hiszpańską, która jest przede wszystkiem godnością, wypływa z silnej woli, a nie z dobroci, z pychy, a nie z wdzięku.
Tak się dotychczas myliłam na ludziach, że daremnie bym się chwaliła moją przenikliwością, Niechaj sobie myślą, co się komu podo\ba. Ale byłam pewna, że w tem oku, w tym poważnym a zimnym wyrazie, był jakiś odblask nieujarzmionej dzikości i mściwego zapału. Włosy stawały na głowie Tonton, gdym mu mówiła o Pizarze i Montezumie, zapewniając go, że Hiszpanie są zdolni do ludożerstwa i że don Luis skończy na tem, że swoją żonę na rożen nadzieje, aby ją upiec żywcem.
Pułkownik jednak lubił wszystko co jest dumne i wyniosłe, a przytem w dzieciństwie niańki kołysały go piosenką przy akompaniamencie gitary, gdzie była mowa o „starym zamku w Andaluzyi“.
Książę posiadał kilka gór nagich, pełno ruin, całą armię kóz i chudych psów, brudnych pastuchów i ten stary zamek, który zachwycał pułkownika Bourgongnon, ale który był na pół zrujnowany. Wszystko to razem, psy, kozy, pastuchy i inne stworzenia przynosiły z wielką trudnością około dwudziestu tysięcy franków rocznego dochodu. Tonton obliczał, że kosztem kilku milionów odbuduje się tę olbrzymią posiadłość, oczyści się ją, utuczy zwierzęta i ludzi, aby w ten sposób urządzić sobie małe księstwo.
Ta dzikość w charakterze, którą zauważyłam, zarówno jak te ruiny sprawiły, że don Luis stał mi się miłym. Z takim mężem, mówiłam sobie, nie będę się nudziła, a nudy, jest to jedyny wróg, którego się lękam.
Mój hidalgo nie omieszkał zrozumieć, że moja tygrysia mość łagodnieje względem niego. Poprosił uroczyście pułkownika o chwilę rozmowy. Upoważniłam wujaszka, żeby mu udzielił posłuchania i dodałam, że wolno mu kierować się swoją sympatyą do starych zamków w Andaluzyi.
Po raz pierwszy wujaszek podszedł mnie chytrze. Powtórzył mi rozmowę z księciem ozdabiając ją wszakże dyplomatycznemi barwami. Dobry, kochany wujaszek, dowiedziałam się później co go wtedy kłopotało. Ileż to boleści oszczędziłby sobie i mnie, gdyby był zrozumiał, że jestem dziwaczką tylko w wyjątkowych okolicznościach!
Nie wiem już jak zręcznymi wyrazami don Luiz się posługiwał, aby zdobyć moje dochody i moją „dyabełkowatość“, na całe życie. Można sobie wyobrazić, że powaga Tontona okazała się bardzo uroczystą w tej okoliczności.
— Mości książę — rzekł pułkownik — pańska propozycya bardzo mnie wzrusza, lecz ręka mojej siostrzenicy nie jest rzeczą, którą mogę rozporządzać. Jest sama panią swoich czynów, a to z trzech powodów: najprzód prawnie, ponieważ jest pełnoletnia, powtóre, historycznie, według zwyczaju uznanego przez wszystkie narody, ponieważ jest wdową, a po trzecie, z naturalnego biegu rzeczy, ponieważ zawsze czyniła wszystko, co jej się podoba. Jednakże, z pomiędzy wielbicieli, których wdzięki jej zaprzęgły do jej rydwanu, jesteś pan, oświadczam, tym, którego bym sobie najbardziej życzył; jeżeli mi wolno tłumaczyć sobie jej ukryte myśli na mocy pewnych wskazówek, o których pozwoli pan, że zamilczę, nie wątpię, że serce jej skłoni się do pana i że kwieciste więzy waszego dobrze dobranego związku, uwieńczą pańskie zapały.
Pułkownik nadużywał retoryki z czasów cesarstwa. Sposobność była jedyna. Don Luiz został mu rzucony na pastwę, nie mogąc się bronić. Na jego miejscu byłabym natychmiast uciekła raczej, niż naraziła się na posiadanie takiego wuja. Dałby był Bóg, żeby to był uczynił! Była to jakby ostatnia przestroga, dana mu dla jego szczęścia, a przede wszystkiem mojego!
— Zanim pan się stanowczo zobowiąże — mówił dalej pułkownik — trzeba, żebym panu zadał jedno pytanie. W lecie zeszłego roku ogłosiłem publicznie, że moja siostrzenica będzie miała do 500.000 franków rocznego dochodu. I mam jeszcze nadzieję, że tak będzie. Ale nie jestem już tego pewny. Bardzo być może, iż będzie skazana na nedzę, najakich dwadzieścia tysięcy rocznego dochodu. Uprzedzam pana o tem w tym celu, abyś pan zaprzestał swoich starań, jeżeli posag jest ważną pobudką w pańskich przysięgach wiekuistej miłości.
Don Luiz powstał z miejsca gwałtownie. Złowrogi ogień w źrenicy zaiskrzył się. Książę rzekł wyniośle:
— Odwołuję się do pana, czy to jest pytanie, które można zadać szlachcicowi? Czy nie widzi pan w tem nic obelżywego?...
Jeżeli oko Hiszpana paliło ogniem, to wąsy wuja nasrożyły się tak, jakby przebić chciały na wylot. Jeżyły się z taką samą szybkością, jak się rozpłomieniała źrenica Hiszpana.
— Eh! mój panie — rzekł wuj porywczo — nie ma się przecież zamiaru obrażać człowieka, któremu się pozwala starać o rękę siostrzenicy. Niechaj pan sobie zresztą myśli co chce, ale nie będzie powiedziane, że pułkownik Bourgongnon kogokolwiek oszukał, a jeżeli pański honor czuje się tą kwestyą dotknięty, to mój honor mi nakazuje ją postawić. Proszę więc pana odpowiedzieć mi otwarcie: Chcesz, czy nie, poślubić moją siostrzenicę z posagiem zmniejszonym do... dwudziestu tysięcy franków dochodu najwyżej?
Don Luiz przeszedł się chwilę po pokoju i wrócił na miejsce.
— Nie myśl pan — odparł — że się wahałem, lecz pragnąłem ochłonąć... Zresztą, jesteś pan człowiekiem, który potrafi zrozumieć, że można być drażliwym pod względem honoru. Odpowiadam szczerze. Gdybym przed poznaniem pani d’Hervelinghem wiedział, że majątek jej jest tak skromny, byłbym przewalczył silny urok, jaki na mnie jej wdzięki rzuciły. Marzyłem, iż znaczny majątek pozwoli mi udzielić dobrobytu setkom biednych ludzi; to marzenie mniejszą jednak na wartość od miłości, którą czuję dla pańskiej siostrzenicy i jeżeli ona raczy mnie uszczęśliwić...
Uszczęśliwiłam go. Ta bezinteresowność mi się podobała. Mój wuj, hipokryta po raz pierwszy w życiu, powiedział mi, że ta nędza, którą mi narzucał, była tylko podstępem, aby się przekonać, czy rzeczywiście don Luiz był łowcą posagowym, o co go pomawiano.
Jeszcze wtedy, gdyby mi był powiedział prawdę, uniknęlibyśmy większej części naszych nieszczęść.
Pozwoliłam więc don Luizowi uważać się za mego narzeczonego, ale pod kilkoma warunkami, dość szalonymi, które go rozgniewały. Gniew jego był mi zupełnie obojętny. Czy to jest dowód, żem go nie kochała? Zadawałam sobie nieraz to pytanie i odpowiadałam sobie, że to było tylko dowodem, iż pragnę go utrzymać w karności.
Powiedziałam mu więc, że nie przyjmę żadnego podarunku pod grozą zerwania, nienawidziłam ciętych kwiatów, a nasz mały pałacyk przy ulicy Penthievre, tak samo jak Liembrune, był pełen po brzegi różnych cennych gracików i klejnotów. Następnie, ślub odbędzie się dopiero na wiosnę, gdyż chciałam, jak mu mówiłam, zbadać jego wady ukryte.
Nigdy jeszcze nie widziano tak zadziwiających narzeczonych; dwa promienie księżyca mogą zaledwie dać pojęcie o chłodzie naszego stosunku. Ani razu nie nazwał mnie inaczej tylko pani: podałam mu rękę do pocałowania w dzień Nowego Roku. Oto były wszystkie wybryki naszych uczuć. Traktowałam go czasami jak szwagra, a czasami czynił mi wrażenie ambasadora, który przyjechał poślubić królowę przez zastępstwo. Towarzyszył mi prawie codziennie do Bois de Boulogne, na przedstawienia w teatrze, tańczył ze mną na wieczorach, a dziewięć razy na dziesięć, wchodząc lub wychodząc, składał mi ukłon, zamiast ująć moją rękę. A przecież kochał mnie szczerze, namiętnie, przynajmniej tak mi się zdawało.
A ja?
Ja nic o tem nie wiedziałam.
Dotychczasowe podstawy mego życia, egoizm, pycha, niewinne, ale pełne swobody fantazye, które odebrały kilka srogich szturchańców ostatnimi czasy, wszystko to się zacierało, ustępując miejsca pewnego rodzaju skromnym marzeniom. Wyobraźnia snuła przedemną obrazy życia domowego z mężem bardzo kochanym, dla którego miło się poświęcić, z dziećmi hałaśliwemi i ślicznemi, którym się daje klapsy i które się ubóstwia. Śniłam o życiu domowem pośród szacunku, uznania ludzkiego, życzliwości i miłosierdzia dla wszystkich. Żadnej zalotności, oryginalności, egoizmu. Być pieszczoną jak Albertyna, ubóstwianą jak Angela, szanowaną jak kochana matka!
A więc po cóż przyjmować tego biedaka? A no, jeżeli już trzeba wszystko wyznać, to dla tego, że czułam się szczęśliwą, mogąc się uwolnić od pana de Roselle. Nie znalazłam nikogo godniejszego od don Luiza i brałam go sobie.
Następnie ja także zaczęłam przywiązywać się do myśli o starem zamczysku w Andaluzyi. Odbudowywaliśmy go, mój wuj, don Luiz i ja, przeszło sto razy. Wyznaczałam także nowe linie dróg komunikacyjnych; w kraju tak dzikim była to także pewna zasługa. Zajmowałam się mocno budową pewnego mostu, który przerzucałam z rzadką śmiałością po nad przepaście. Owe inżynierskie pomysły stanowiły rozrywkę naszego narzeczeństwa. „Nasze czułe rozmowy“ miały zwykle za przedmiot najpozytywniejsze potrzeby wiejskich zaniedbanych dzieci.
Serce moje coraz bardziej rozczulało się nad dolą moich przyszłych poddanych; przygotowywałam więc proklamacye, w których wyznaczałam nagrody dla młodych dziewcząt, które najczęściej będą używać grzebienia.
Kochany Tonton ze swojej strony nie wymagał niczego więcej, tylko zaprowadzenia pięknej rasy baranów w Hiszpanii. A przecież, te wszystkie wzruszenia zmąciły się nagle w początkach grudnia. Pułkownik dnia 4 grudnia doznał nowego ataku.
Był to trzeci od naszego powrotu do Paryża. Doktor H.... szepnął: „To się za często powtarza....“ I dodał ze swoim dobrym, uśmiechniętym wzrokiem: „To jest choroba, która może trwać i dwadzieścia lat; proszę go nie kłopotać, nie robić mu żadnej przykrości, trzeba, aby się czuł jak w watowanem gniazdeczku....
— Wyperfumowanem, doktorze; widzę, do czego pan dąży, wyperfumowanem wonią Hiszpanii i baranów. Będziemy posłuszni.
Odtąd pułkownik zakładał w imaginacyi dziwy na olbrzymich przestrzeniach, które zasiewał tymiankiem i macierzanką i zaludniał angielskimi baranami, mającymi uczynić z Hiszpanii „Skarbnicę dwóch światów. i dać mi setki milionów“.
Po za obrębem tych projektów, wuj stawał się ponury. Byłam skazana na milczenie o tym przedmiocie, tak się wydawał przerażony, gdym o tem mówić zaczynała.
A moja matka, co o tem wszystkiem mówiła? Miłość jej dla męża nie zmniejszyła jej przywiązania do mnie, a zajęcia w politycznym salonie pana senatora nie przeszkadzały jej dbać o moje szczęście. Zdawało mi się, że nie bardzo lubi don Luiza. Szacowała go. Zresztą, zachowała ona niektóre z przesądów wielkiej damy i mniemała, że panna Lalande może pewne ponieść ofiary, aby wyjść zamąż za potomka królów.
Podobno don Luiz pochodził od pewnego króla Wizygotów. Ten antecesor był mi dość przyjemny, a przecież nie mogłam się zdecydować na oznaczenie dnia ślubu.
Od 14 grudnia do 15 stycznia wujaszek coraz więcej pogrążał się w smutek. 15 stycznia przyszła mu nie wiem jaka dobra wiadomość, dość, że wesołość wróciła i wróciły plany gospodarskie na łąkach Andaluzyi. Don Luiz rozpoczął na nowo zamęczać mnie z wielką galanteryą, o wyznaczenie dnia ślubu. Nie było już sposobu się cofać. Oświadczyłam, że 1 marca.... wyznaczę dzień stanowczo.
Don Luiz myślał, że z niego żartuję i usta mu pobladły. Miał w oczach błysk okrucieństwa. Zdaje mi się, że te oczy były jedyną rzeczą, która mi się w nim podobała. Podałam mu rękę z zachwycający uśmiechem.
D. 4 lutego był to poniedziałek, dzień jasny, słoneczny. Ach! nie zapomnę nigdy żadnego szczegółu dnia tego.
Po raz pierwszy byłam zdecydowana, obiecywałam sobie zostać szczęśliwą. Może to było na mnie widać. Don Luiz był rozpromieniony.
Zamierzaliśmy wszyscy, wuj, narzeczona i narzeczony, odbyć przejażdżkę do lasku. Don Luiz wróci na obiad, a po obiedzie ja „postanowię o jego losie“.
Czekaliśmy na wuja w salonie już od jakiegoś czasu. Ale czas ten nie wydawał nam się za długi. Don Luiz mówił głosem pieszczotliwym, który wzruszać mnie zaczynał. Po raz pierwszy nie obawiałam się pana de Roselle.
Otwarły się drzwi od salonu. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że można ujrzeć tak zmienione oblicze jak te, które saper nam ukazał. Stoi w obramowaniu drzwi. Jest zielony. Nie może mówić. Patrzy na mnie niewiem z jakim wyrazem, jakgdyby mnie przeklinał czy żałował. Nareszcie, mówi głosem bez dźwięku:
— Tym razem, już nie żyje!
Co ze mną się stało? Zdawało mi się, że nagle dusza moja wyszła z ciała. Nie czułam siebie. Widziałam wszystko wyraźnie, ale w tej chwili nie było to jeszcze cierpienie. Był to rodzaj somnambulizmu, ale świadomego i przytomnego. Muszę to podkreślić, aby wytłumaczyć moje postępowanie względem pana de Ciudad-Coeli, które nie było piękne.
Rzuciwszy mi ten okrzyk rozpaczy, saper uciekł. Pobiegłam ku drzwiom, które pozostawił otwarte. Zapomniałam o wszystkiem. Widziałam przed sobą twarz don Luiza, nic tylko twarz, nie tylko wyraz tej twarzy. Miałam dokładne poczucie, że pragnął wyzyskać rozpacz serca, w której się znajdowałam, aby mnie zmusić do szukania w nim oparcia.
— Niech pani nie zapomina — wyrzekł — że cały jestem jej oddany i że nikt bardziej odemnie nie pragnie i niema większych praw do dania jej pomocy w tej wielkiej boleści.
— Praw! — podchwyciłam porywczo — co to znaczy?
Gdy zaczął nalegać, usunęłam go. Zdawało mi się, że widziałam budzący się w nim wyraz okrucieństwa. Weszłam do pokoju wuja. Znajdowało się tam kilka osób, których widok powinien był mnie zadziwić, ale mnie nic nie dziwiło. Widziałam tylko jego samego i nigdy nie wyobrażałam sobie czegoś tak strasznego, jak wyraz jego twarzy.
Siedział skulony we dwoje, a ręce jego, białe jak śnieg, złożone były na kolanach; twarz była także biała i pokryta potem, który był podobny do oliwy. Przerażający wyraz jego skurczonych rysów stawał się jeszcze straszniejszy z powodu tej bladości i tego potu, który ściekał grubemi, powolnemi kroplami z tej trupiej twarzy.
Na twarzy tej był wyraz nieopisanego przestrachu. Możnaby było przypuszczać, że ujrzał śmierć, zanim skonał i że ta śmierć go pochwyciła, zadając mu nieopisane męczarnie.
Nie śmiałam dłużej patrzeć na niego i ucałowałam jedną z rąk białych.
Ręka jakaś spoczęła na mojem ramieniu. Podniosłam się jednym rzutem! Czy to nie druga biała ręka mnie dotknęła? Głos łagodny a stanowczy wyrzekł:
— Ależ on nie umarł!
Był to doktor H.... I jeszcze inna osoba się tutaj znajdowała, ksiądz! ksiądz! Ale nie mogłam niczemu dziwić się w tej chwili.
Przeszło od godziny trwał atak i zaraz stosując się do rozkazu, wydanego przez pułkownika w przewidywaniu podobnych wypadków, saper posłał po doktora. Lekarz spojrzał na chorego swojem bystrem i stanowczem okiem, zbadał go i dając bilecik Wincentemu, rzekł: Do najbliższej apteki, szybko! — a do sapera: Rozebrać go!
A teraz zwrócił się do mnie:
— Lepiej, żeby pani odeszła ztąd na chwilę, Zdaje mi się, że mogę pani obiecać, że ujrzysz go jeszcze żywym. Będziemy go teraz męczyć synapizmamni i bańkami.
Usłuchałam. Wróciłam do salonu. Don Luiz ciągle tam był. Czułam rodzaj żalu do siebie, żem się za ostro z nim obeszła. Zresztą, byłam tak dotknięta, że powiedziałam mu tylko obojętnie:
— Źle pan czynisz, że tu zostajesz....
Sama nie wiem, co mi odpowiedział. Mój umysł i słuch skupiły się na tych drzwiach, zkąd oczekiwałam znaku. Wincenty po mnie przyszedł.
— Pan się obudził rzekł.
Już byłam przy nim. Siedział otulony w kołdry, mnóstwo kropelek krwi plamiło dywan. Nic w nim żyjącego nie było, z wyjątkiem oczu, zawsze tak dobrych, serdecznych, które zwrócił ku mnie z wyrazem rozpaczy i pokory, co mi serce rozdzierało.
Po raz pierwszy wróciłam do przytomności; tak, powtarzam raz jeszcze, dotychczas, działałam jak zamagnetyzowana. Rzuciłam mu się na szyję, okryłam pocałunkami białe i zimne policzki. Dał znak, że chce sam ze mną pozostać.
Doktor mu powiedział:
— Wrócę tu za godzinę.
Uśmiechnął się smutnie i szepnął do księdza głosem bardzo głuchym:
— Proszę się nie oddalać; za kilka minut będę służył. Niech ksiądz będzie tak dobry i poczeka w sąsiednim pokoju.
Zostaliśmy sami. Dał mi znak, żebym się zbliżyła. Z trudem rozplótł palce; z błagalnym wzrokiem szeptał głosem przerywanym:
— Przebacz mi. dziecko biedne.... nadto chciałem twego szczęścia.... wynieść ciebie po nad wszystkich.... zrobić z ciebie królowe... Doprowadziłem cię do nędzy....
Grube łzy spływały wzdłuż jego policzków i pokrywały moje, które przyciągnął do swoich, aby nie widzieć mojej rozpaczy w obec podobnego odkrycia.
Wybuchnęłam nagle śmiechem, szczerze i głośno.
— I to dla tego, niemądry wujaszku, doprowadzasz się do choroby?... Ależ ja dawno już pragnę się dowiedzieć, jak to jest być ubogim. Wiesz dobrze, iż posiadam tylko jednego wroga, nudę. Zapewniam ciebie, wujaszku, że gdy będę zmuszona zarabiać na chleb, nie będę się nudzić. Jakże dobry jesteś wujaszku! Zawsze zadowalałeś wszystkie moje życzenia, nawet to!
Klaskałam w rece.
— Zapewniam ciebie, Tonton, że to będzie bardzo zabawne. Jestem zręczna, jak wróżka, nieprawda? A co powiesz na taki n. p. szyld: Pułkownik Bourgongnon i wicehrabina d’Hervelinghem, salon mód? Za rok odzyskamy nasze miliony.
Patrzył na mnie sztywnie, potrząsając głową ze smutkiem. Próbował podnieść ręce, aby mi pogłaskać policzki. Dopomogłam mu, podtrzymując mu łokcie.
— Zrujnowałem także twoją duszę i wyziębiłem serce. Co do tego, nie jestem winien. Honor tego wymagał.
Wyprostował się nieco. To słowo, to poczucie było jego życiem i teraz go galwanizowało.
— Wszyscy myśleli, że jestem bezbożnikiem. Wcale nie. Ale przysiągłem twemu ojcu i twojej matce: Żadnej czułostkowości, żadnej dewoteryi. Przeklinałem dzień, w którym to poprzysiągłem. Widziałem dobrze, iż było to głupie i niebezpieczne. Ta właśnie walka pomiędzy zdrowym rozsądkiem a honorem, zabiła mnie. Kiedy saper widział mnie tak chorym, stosownie do otrzymanego rozkazu, poszedł po księdza; jest to ksiądz rozumny i rozsądny, on wie, co znaczy honor, ale ty, co ja z ciebie zrobiłem!...
Opadł na poduszki. Zamknął oczy, a ręka jego ciągle moją zatrzymywała. Szepnął zaledwie dosłyszalnym głosem:
— To bankructwo.... sprzedałem prawie wszystko, cośmy posiadali.... aż do dziś miałem nadzieję... Nie wychodź za don Luiza... nigdy, nigdy.... przysięgnij....
Przez chwilę był zgnębiony. Lecz niebawem otworzył oczy i rzekł głosem silniejszym:
— Znam moją chorobę. Nie zawsze się z niej umiera: ale się cierpi! ach! Desosteux sam jeden zna sytuacyę. Nie wyjdziesz za mąż za don Luiza, prawda? Idź do salonu, czekaj aż ciebie zawołam. Powiedz księdzu, że go proszę, aby przyszedł.
Byłam mu posłuszna, opuściłam go, Ksiądz wszedł, a ja wróciłam do salonu. Don Luiz jeszcze tam był.
Nie ustawał w swojej dyplomatycznej kampanii i pragnął, nie skompromitować mnie, bo nadto był dumny, aby się poniżyć do hańbiącej intrygi, lecz zająć stanowczą sytuacyę w obec mnie. Stałam się aniołem cierpliwości. Chciałam go zjednać dobrocią.
— Jestem pewna — rzekłam — że potępiłbyś pan w każdym innym, niż w księciu de Ciudad-Coeli, bezczelną tyranię lub nieczułość mężczyzny, który chce zmusić kobietę, aby mu powiedziała: „Odejdź“.
Moja łagodność została źle zrozumiana. Policzki jego przeszły w pomarańczową barwę; prawie czarne plamy ukazały się w zagłębieniach, usta zbielały. Przystąpił krok ku mnie.
— Boleść tłumaczy wiele rzeczy — rzekł, w każdym jednak razie słowa te nie mogą się odnosić do don Luiza de Ciudad. Nigdy nie słyszał podobnych. Żaden mężczyzna, kimby nie był, nie zniósłby ich od narzeczonej. Zostałem tu, bo moja sytuacya mnie do tego upoważnia. Któż, jeżeli nie ja, ma prawo złożyć swoje usługi u twoich stóp?
Ponieważ dyplomacya mi nie posłużyła, wróciłam do mego zwykłego postępowania i rzekłam krótko a stanowczo:
— Mój panie, za wcześnie brać mnie w jarzmo niewoli; proszę uważać za niebyłe wszystko, co zaszło między nami. Zwracam panu słowo i moje odbieram.
Ukłonił się i zrobił krok, aby się oddalić, mówiąc:
— Jeszcze raz powtarzam, jestem nadto dobrze wychowany, aby rozumieć wzburzenie, jakie boleść wywołuje w umyśle. Będę miał zaszczyt wrócić za kilka godzin....
To niepotrzebne, drzwi pałacu będą zamknięte dla pana.
Oko hidalga zabłysło, a ja zbliżyłam się do kominka. Czułam, że do wszystkiego jest zdolny w furyi.
— Czy mogę wiedzieć powód tego postępowania.... niezrozumiałego? — zapytał głosem bez dźwięku.
— Mogę panu powiedzieć, nie czyniąc przez to uszczerbku prawu, jakie posiadają kobiety do zmiany zamiarów, skoro im się tak podoba. Otóż wuj mój przed chwilą kazał mi przysiądz, że pana nie poślubię.
Uśmiechnął się z goryczą. Gniew ustąpił miejsca ironii.
— A! a! ta przysięga nie jest równa przysiędze małżeńskiej, nie jest zapisana w niebie. I czy mogę wiedzieć powód, który skłonił tego umierającego starca do występowania przeciwko mnie?
Popatrzyłam mu prosto w oczy.
— Bo jesteśmy, on i ja, skazani na niedostatek.
Cień, jakgdyby niesmaku przemknął mu po twarzy, a potem znowu gniew wybuchnął.
— To znaczy, że pułkownik Bourgongnon chce mnie znieważyć. Ale tego nikt nie jest wstanie uczynić. Nie będzie powiedziane, że don Luiz de Ciudad postąpił jak niecny finansista, który porzuca swoją narzeczonę, gdy posagu jej zabrakło. Byłbym szczęśliwy dzieląc z panią jej majątek. Teraz pani podzieli ze mną mój niedostatek. Przysięgam, że tak się stanie, choćby Bóg sam się sprzeciwiał.
Spojrzałam raz jeszcze na niego i tym razem dobrze go zrozumiałam. Bez wątpienia on mnie kochał, ale był to przedewszystkiem człowiek pyszny. Nie chciał, żeby ktoś mógł powiedzieć, że się sprzedał, że kupiłam go za swój posag. Prócz tego, zapowiedział już całej Europie, że będę jego żoną. Trzeba żebym nią została, choćby miał mnie potem zabić.
— Odprowadź księcia — rzekłam surowo do Wincentego, który ukazał się we drzwiach.
Don Luiz się ukłonił.
— Będzie pani moją żoną — wyrzekł z zimną krwią. — Mogę to powiedzieć wobec lokaja, tak samo, jak wobec całej Francyi.
Obróciłam się do niego plecami i czas jakiś pozostałam w zamyśleniu... Ale nie miałam czasu dobrze się zastanowić.
Baltazar ukazał się znowu we drzwiach salonu. Tym razem nic nie powiedział. Nie potrzebował mówić!
Idzie przedemną jak człowiek pijany. A ja postępuję za nim krokiem pewnym. Nie płaczę, jestem twarda, zła. Nie myślę o niczem, chyba tylko o tem, że odtąd nigdy nikogo już nie będę miała, ktoby mnie kochał. Czuję, że wkraczam jakby w pustynię.
Spotykam księdza na progu drzwi pokoju wuja. Mówi do mnie łagodnie:
— Pani, trzeba być mężną, zgodzić się z wolą Bożą.
— E! co mnie to wszystko obchodzi! Wola Boga nie wróci mi już tego, który jedyny na całym świecie mnie kochał!
— Owszem, pani — odrzekł ze spokojem.
Podskoczyłam. Popatrzyłam na niego, a potem wybuchnęłam gorzkim śmiechem.
— Ach! tak, na tamtym świecie! E! proszę mi dać spokój!
Spojrzał na mnie ze smutkiem, który dobrze odpowiadał surowej jego twarzy, ukłonił się i odszedł.
Weszłam, miałam jeszcze, tak, miałam cień nadziei! może się pomylili?
Leżał wyciągnięty na łóżku z zamkniętemi oczami i spokojnem obliczem. Miał znowu swój dobry, poczciwy wyraz twarzy, jak gdyby drzemał. Wyciągnęłam piórko z poduszki i przypominając sobie, jak często budziłam go w ten sposób, otrzymując w zamian od niego uśmiech i pocałunek, musnęłam mu usta tem piórkiem i pocałowałam.... Ale on nie oddał pocałunku!
Nigdy już nie miałam otrzymywać od niego tej pieszczoty.
Przesiedziałam u stóp łóżka długie godziny, nie spuszczając z niego oczu, wierząc ciągle, że ujrzę poruszające się usta, powieki. Gdybym umiała płakać! Moje serce, przyzwyczajone od dzieciństwa do zamykania się w sobie, nie chciało się otworzyć. Mój mózg cierpiał męczarnie, których wypowiedzieć nie potrafię. Był jednocześnie przepełniony i pusty. Nie nienawiedziłam nikogo, niczego nie żałowałam, o nikim nie myślałam; wszystko straciłam.
Po upływie dwu godzin nadeszła moja kochana matka. Obsypała mnie pocałunkami, pieszczotami, czułością, pocieszała. Byłam kawałkiem drzewa, którego nie rozgrzać nie zdoła. Przeraziła się.
Podała mi papier, którego naturalnie sama nie czytała, zawierający ostatnie myśli tego słodkiego serca.
„Umieram jako chrześcianin.... pragnę być pogrzebany po chrześciańsku.... kochana Izabela doprowadzona do nędzy.... Złą zasadą jest egoizm.... Byłem niesprawiedliwy.... wobec.... Ros....“
Kochana matka miała nadzieję, że ta kartka serce mi otworzy. Dałam znak, aby mnie zostawiła samą. Zostałam przy wuju. Nadeszły zakonnice, księża, grabarze. Siedziałam ciągle w tym pokoju, w kąciku.
Finetka i Peretka mnie ubrały. Byłam na pogrzebie; bez łez, opuściłam cmentarz dopiero wtedy, gdy już nikogo nie było przy mogile. Przez cały czas ceremonii miałam tylko jedną myśl:
„On mnie kochał, kochał tylko mnie, żył tylko dla mnie“.
Przekonałam się, że był wszystkiem dla mnie i że tylko jego miałam na całym świecie. Nie dziwiłam się dziwnej rozpaczy, której doznawałam, rozpaczy spokojnej, zimnej, stanowczej i zadowolonej, że jest rozpaczą.
Prawdopodobnie miałam w pierwszych dniach chwile halucynacyi.
Oto przypomniałam sobie, że w podróży do Szwajcaryi przejeżdżaliśmy przez długi tunel; światło w wagonie zgasło. Było cał kiem ciemno, a pociąg przejeżdżał przez ten grób z zawrotną szybkością. Wyobrażałam sobie teraz, że jestem w tym pociągu i że w nim miałam pozostać przez całe życie. Już nigdy nie miałam oglądać światła dziennego.
Peretka powiedziała mi później, że kilka razy potrząsałam głową, cień uśmiechu przesuwał mi się po ustach i szeptałam:
— Jestem w tunelu!


II.
Don Luiz wydaje na mnie wyrok.

Powtarzałam zawsze wujowi: „Nie posiadam wrogów“. Nie chciał wierzyć, że wrogowie są najpotrzebniejsi do szczęścia ludzi, a przedewszystkiem kobiet. Bez nieprzyjaciół i bez nieszczęść życie byłoby bankietem, na którym niema nic więcej oprócz słodyczy. Wrogowie są pieprzem społeczeństwa.
Miałam ich tylko trzech, a właściwie dwu i pół: Roselle, don Luiz i stary notaryusz Desosteux, który przedstawia ową połowę. Posiadałam tysiące przyjaciół, najprzód cały Paryż, który zgłosił się biletami wizytowymi, listami i osobiście u bramy pałacu; następnie, moich służących, z których pięciu co najmniej byłoby poniosło ofiarę, aby mnie tylko pocieszyć. Pani i pan Castelnau wcale mnie nie opuszczali Lord Belfort i Angela, pomimo ociężałości ciągłego macierzyństwa, pan d’Hauraucourt i Albertyna, zjawili się przy mnie z pospiechem. A więc, czy od nich wszystkich przyszedł ratunek?
Nie, to ten znienawidzony Roselle, ten dziki don Luiz — oni tylko wyprowadzili mnie z owego strasznego tunelu. Stary gderacz notaryusz, jedyny człowiek, który zawsze stawiał mi czoło, postarał się dla mnie o pierwszą pociechę.
Trzeciego dnia po pogrzebie moi przyjaciele byli przy mnie, starając się mnie rozerwać. Muszę się przyznać, że nie rozumiałam ani słowa z tego wszystkiego, co mówili do mnie przez te trzy dni. Nagle, odezwałam się głośno:
— Ależ Ros.... to znany oczywiście Roselle!
Myślano naprawdę, żem zwaryowała. Uwierzono w to stanowczo, gdy powstałam z miejsca sztywnym ruchem. Wyszłam z pokoju i wróciłam za chwilę. Trzymałam w ręku papier, na którym mój wuj pisać coś próbował. Wręczyłam go panu Castelnau, wskazując mu ostatnie wyrazy: „Byłem.... niesprawiedliwy.... względem Ros....“
— Co to ma znaczyć? — spytałam.
Po raz pierwszy okazałam rodzaj zajęcia się czemkolwiek.
— Ależ — odrzekła moja matka — to znaczy to, o czem wszyscy wiedzą: „Byłem niesprawiedliwy względem Roselle“.
— Ach, a czy wie kto, dlaczego go nie mógł znosić, on, który był najlepszym z ludzi?
— Nigdy o tem nie wspominał. Ci, co go znali w młodości, podobno się domyślali. Był bardzo zajęty panną d’Hesdigneul. Dali sobie nawet słowo. Niedługo przed dniem wyznaczonym na wesele, narzeczona zdawała się coraz bardziej obojętna i wkońcu zwróciła słowo. W kilka miesięcy później poślubiła pana de Roselle. W tem wszystkiem było wiele rzeczy, które zraziły bardzo czułe, a także bardzo dumne serce twojego wuja. Zrodziła się w nim nienawiść, równie silna jak miłość, której przedtem doznawał. Ta nienawiść, która nigdy nie złagodniała względem rodziców, nie oszczędziła ich syna.
Zdaje mi się, że to opowiadanie sprawiło mi przyjemność. Od tego momentu, oczekiwałam co chwilę na zjawienie się mojego wroga. Nie przyszedł; ta impertynencya rozbudziła moją energię.
Udzieliwszy ni powyższego wyjaśnienia, pani Castelnau rzuciła znowu wzrokiem na papier, który trzymała w ręku. I zwolna, widziałam jak bardzo bladła. Przeczytała, że jestem skazana na nędzę. Popatrzyła na mnie zaniepokojona.
Zwróciła się do swoich córek i rzekła im głosem drżącym:
— Izabela jest zrujnowana!
Nie widziałam twarzy obu moich bratowych. Kochana matka rzuciła się ku mnie i okrywała mnie pocałunkami.
— Ty wiesz, kochanko, nieprawdaż, że jesteś zawsze moją córką!
Zbliżyła się Albertyna i wzięła mnie za obie ręce.
— Pojmujesz, Izabelo, że nie zachowamy przy sobie tego, coś nam tak wspaniałomyślnie oddała.
Drżała nieco mówiąc to i miała w tem nie małą zasługę. Pani Castelnau posiadała ładny majątek. Angela Belfort i jej mąż byli do śmieszności bogaci. Lecz Albertyna miała zaledwie dobrobyt, a pozbywając się 15.000 franków dochodu, mogła się znaleźć prawie w niedostatku.
Moje serce przenikała złość; nie byłam wcale rozczulona tym dowodem przyjaźni; zrobiłam pogardliwą minę i odrzekłam sztywnie:
— Jeszcze nikogo nie proszę o jałmużnę... Oddałam wam to, co do was należało. Czułabym się zhańbiona, gdybym przyjęła choć cząstkę majątku pana d’Hervelinghem. Jeżeli nie życzycie sobie, abym się z wami przestała widywać, to tylko pod tym jedynym i absolutnym warunkiem, że nigdy mi o tem mówić nie będziecie.
Pani Castelnau przybrała wyraz wyniosły, którego nigdy jeszcze u niej nie widziałam.
— Pani d’Hervelinghem — rzekła zimno — jesteś panią swoich czynów, ale nie swego nazwiska. Nie chcemy ci dawać jałmużny, chociaż to słowo dziwnie brzmi pomiędzy nami. Ale te dobra, które nam, jak mówisz, zwróciłaś, zachowamy tylko pod tym warunkiem, jeżeli pułkownik nie pozostawił długów, które mogłyby tobie zaciężyć.
Zadzwoniłam. Ukazał się saper. Wyglądał jeszcze bardziej trupio niż przed trzema dniami.
— Mój wuj — rzekłam — pokładał w tobie całkowite zaufanie. Musisz wiedzieć, w jakim stanie są jego interesy. Powiedział on mi przed śmiercią, że czeka mnie nędza. Powiedz mi, co wiesz o tem.
— Wiem wszystko, mniej więcej. Było to w dniu pełnoletności pani. Pułkownik kazał pani podpisać papiery z upoważnieniem do sprzedaży wszystkich dóbr i do dysponowania całym pani majątkiem. Chciał dawniej kupić papiery kanału w Egipcie. Byłby zarobił setki tysięcy, miliony. Pan Desosteux się sprzeciwił. Był tam jakiś inny kanał w Ameryce, który pan pułkownik nazywał Panama. Tym razem oparł się panu Desosteux; kupił za cztery miliony dziesięć tysięcy tych papierów, o ile mi się zdaje. Sprzedał dużo dóbr z wielką stratą. Mówił, że to nic nie szkodzi, ponieważ te papiery przyniosą mu dziesięć razy więcej; miał więc tylko trzy miliony, a potrzebował czterech. Dopożyczył co najmniej milion. Gdy interesy przestały iść pomyślnie, doznał kilkakrotnie tych ataków, które go czyniły na pół umarłym. Zmusił doktora, aby mu wyznał, co to była za choroba. Słyszałem nazwę i aby nie zapomnieć, podyktowałem ją natychmiast Finetce. Oto jest notatka....
Podał kawałek papieru pani Castelnau, którą bardzo cenił; przeczytała: „Angina pectoris“.
— Tak... tak.... Z początkiem grudnia podobno źle się działo z tymi papierami Panamy. Pan poszedł do jednego wielkiego pana, który puszczał w kurs te papiery. Ten wielki pan już go był omotał, a teraz złudził go do reszty. Pan pułkownik wrócił bardzo zadowolony. Powiedział mi, że interesy się poprawią i że teraz właśnie jest chwila, żeby zakupić więcej tych papierów, bo one pójdą w górę. Udałem, że rozumiem, aby mu zrobić przyjemność. Wtedy wysłał do pana Desosteux rozkaz zaciągnięcia dużej pożyczki. Podobno, że te papiery, to tak, jak balony. Dnia 15 stycznia otrzymały cios taki, że pękły. Nie warte już były nic. Pułkownik chciał iść kopnąć nogą tego wielkiego pana. Ale na myśl, że nie będzie mógł zapłacić wszystkiego, co pożyczył i że zrujnuje nietylko panią, ale wielu uczciwych ludzi, którzy mu zaufali, chwyciła go rozpacz. Upadł na ziemię i tym razem był to już cios śmiertelny.
Wypowiedział te słowa z łkaniem, wyprostował się i dodał:
— Postanowiliśmy — Wincenty, stara Margot, Finetka, Peretka i ja — że oddamy wszystko to, cośmy zarobili, wszystkie nasze zasługi, byle tylko nie narzekano na kochanego pana. Będzie tego razem sto tysięcy franków. Pani także wszystko odda, aby pan pułkownik nie był zawstydzony tam, w górze i aby honor nie był mu odjęty przez Pana Boga, na skargę biednych ludzi.
Przerwałam saperowi. Byłam w takim stanie umysłu, że ta mowa, która do łez rozrzewniła Angelę, wydawała mi się przedewszystkiem impertynencką.
— Widzicie, moje panie — rzekłam — że nie macie się czem kłopotać, oto moi dawni słudzy płacą moje długi.
Teściowa spojrzała na mnie ze smutkiem; Albertyna odwróciła głowę, zapewne chcąc ukryć niezadowolenie. Saper zaś był przyzwyczajony traktować mnie, jak rozpieszczone dziecko.
— Przytem — dodał — gdyby pani, nie chcąc czytać setki listów, które nadeszły tutaj od dni czterech, raczyła przynajmniej przeczytać list pana Desosteux, dowiedziałaby się daleko więcej.
— Byłoby to bardzo rozsądnie, Izabelo — rzekła moja matka, ze swojem niewyczerpanem przywiązaniem do małego potworka, jakim byłam wtedy.
— Przeczytaj go więc, matko; zaraz ci ten list przyniosę.
Tego Desosteux nie dość dobrze przedstawiłam. On to trzyma ster tych zawikłanych interesów finansowych, jak biedny Tonton lubił się wyrażać. Jestto człowiek rzadki, surowej prawości, czynny, pełen poświęcenia, dobry a szorstki, działający wiele i dobrze, w przekonaniu, że postępuje doskonale. Dnia pewnego, gdy mnie zniecierpliwił — często mu się to zdarzało, ale nic sobie z tego nie robił — powiedziałam mu, że jest dzikiem, z ogonem pawia. Ten nadzwyczajny obraz wybornie go maluje.
Saper kazał napisać do niego w początkach stycznia, donosząc, że, o ile mu się zdaje, interesa wuja, zarówno jak zdrowie, znajdują się w bardzo złym stanie. W chwili śmierci wuja, posłał mu nawet telegram.
List, który moja matka zaczęła czytać głośno, nadszedł na drugi dzień po śmierci wuja. Brzmiał on:
„Pani, pułkownik Bourgongnon był bezwątpienia człowiekiem, którego najbardziej kochałem ze wszystkich ludzi. Mam jednak coś ważniejszego do czynienia, jak myśleć o mojem zmartwieniu. Tymczasem, radzę pani zająć się swoimi interesami, gdyż nic lepiej nie działa na rozproszenie smutku. Zresztą, te interesy nie są w świetnym stanie: gdybym nie był widział rzeczy jasno i nie postępował z energią, która mogła mnie skompromitować, została by pani bez grosza, a pamięć mego przyjaciela byłaby poniżona w całej okolicy, a przede wszystkiem u poczciwych ludzi, których byłby pociągnął z sobą w przepaść. Nie wiem jeszcze dokładnie, w jakiem położeniu pani się znajdzie. W każdym razie tylko pani sama będzie nieszczęśliwa; honor pułkownika zostanie uratowany.
„Dnia 5 maja, w dniu pełnoletności pani, otrzymałem od pani wuja i opiekuna rozkaz, podpisany przez panią, polecający mi sprzedać wszystkie prawie dobra pani i zaciągnąć pożyczkę na znaczną sumę. Po chwilowym oporze usłuchałem, tembardziej, że spekulacya, z powodu której uskuteczniały się te sprzedaże, mogła przynieść świetne rezultaty. Stało się przeciwnie, ale transakcye były już rzeczą dokonaną. W grudniu zeszłego roku, mój klient i przyjaciel, dając się znowu oszukać, prosił mnie, abym mu dostał jeszcze 500.000 franków i sprzedał wszystko co jeszcze pozostało. Tym razem oparłem się — nie bezpośrednio, gdyż zaślepiony pułkownik mógłby był poszukać innego notaryusza, mniej przewidującego. Przeciągałem tę sprawę, prosząc o zwłokę. Nic nie sprzedałem ani pożyczyłem i dlatego ma pani jeszcze 1,500.000 franków. Lecz pozostaje pani dłużna co najmniej 1,200.000 fr.
„Przytem, miałem przeczucie, że ta spekulacya zły obrót weźmie. To też, nie mówiąc ani słowa pułkownikowi i korzystając z rozległego pełnomocnictwa, jakiego mi od dawna udzielił, już w początkach stycznia kazałem sprzedawać zakupione przedtem akcye. Nie omyliłem się, likwidacya ogłoszona 15 stycznia, sprowadziła znaczną zniżkę papierów.
„Streszczając rzecz całą, sprzedaż tych akcyj i pałacyku, zamieszkiwanego przez panią w Paryżu, wystarczy do spłacenia długów, wynoszących około półtora miliona franków. Wtedy honor pułkownika będzie ocalony, jeżeli, jak mam pewne powody przypuszczać, nie zaciągnął po za mojemi plecami innych pożyczek. W takim razie wpadamy znowu w kabałę. Wkrótce dokładnie panią o wszystkiem powiadomię.
„Tymczasem, oto moja rada:
„Nie porywaj się pani na swoje życie. Ogranicz się natychmiast we wszystkiem, pozostawiając sobie tylko to, co koniecznie potrzebne. Nie podpisuj żadnych zobowiązań“.
Zapewniając mnie o swojem bezgranicznem poświęceniu, podpisał się wykrętasem, który przedstawiał kulę ziemską z ogonem latawca Teściowa pożegnała mnie stanowczemi słowami:
— Mamy nadzieję, Izabelo, że nie zawsze będziesz odrzucać pomoc, pochodzącą z serca. W każdym razie nie zapominaj tego, co ci powiedziałam: Cały majątek pana d’Hervelinghem, mego syna, będzie użyty na zapłacenie długów zaciągniętych na imię jego żony.
Zaczęłam postępować według rady sapera i otwierałam wszystkie listy. Nie było żadnego od pana de Roselle.
Usłuchałam następnie rady tego barbarzyńskiego jurysty. Zaczęłam robić oszczędności. Najprzód sprzedałam wszystkie powozy i konie, z wyjątkiem „Nedii“, którego nie miałam odwagi skazać na wygnanie. Kazalam ogłosić mającą nastąpić w niedługim przeciągu czasu sprzedaż pałacyku, mebli, obrazów i wszystkich drogocennych drobiazgów.
Katastrofa ta, wywołała ogromny rozgłos w Paryżu, gdzie należeliśmy do najlepszego towarzystwa. Rozgłos ten był mi obojętny.
Cały świat uznawał, że dotychczas byłam najszczęśliwszą z kobiet, że moje szczęście jest niezmierzone. Szczęście! nie posiadałam go: szczęśliwe chwile, tak, ale ich nie użyłam. Wielki majątek, wielka uroda, wielka inteligencya; na co mi się to wszystko przydało? na to, żeby skłonić do ucieczki pana de Roselle, którego rycerskość zaczynała mnie interesować i na to, żeby być prześladowaną przez pana de Ciudad, do którego powzięłam obrzydzenie od tych dni kilku.
W ośm dni po pogrzebie wuja, przyniesiono mi bilet wizytowy jakiegoś nieznajomego pana, który prosił o zaszczyt rozmowy ze mną. Przychodził w imieniu pana de Ciudad; przyjęłam go.
Był to pan, żółty na twarzy, dobrze ubrany, niski w ukłonach, widocznie z dobrego towarzystwa, który mi się przedstawił z poważną uprzejmością sekundanta. Oświadczył mi, że książę żałuje porywczości, której dał się unieść. Trzeba to wytłumaczyć miłością, którą czuł do mnie, a którą narzeczony, oficyalnie przyjęty, ma prawo wyznawać. Błagał mnie, abym go nie doprowadzała do rozpaczy i nie znieważała.
Pozostało jeszcze we mnie, pośród pustki mego serca i umysłu, poczucie prawości, które jest podstawą mego charakteru. Spostrzegłam, że jest pewna słuszność w tem, co mówi ten uprzejmy człowiek. Odrzekłam zimno, że obojętną mi jest rozpacz księcia de Ciudad, ale przyznaję, że nie miałam prawa go znieważać; to też nie omieszkam mu udowodnić, że nie miałam zamiaru tego uczynić.
W ten to sposób don Luiz, którego okrutnie nienawidziłam, — a mogę wyznać dla czego, bo moja duma z jego dumą się ścierała — w ten to sposób zaczął on rozgrzewać mój umysł, zmuszając mnie do zainteresowania się tą sprawą. Wydała mi się ona daleko ważniejszą, niż mój majątek i gderliwy notaryusz nie tyle mnie wstrząsnął swojemi groźbami, jak ten Hiszpan, który chciał odnieść nademną zwycięstwo.
Zaprosiłam don Luiza, jego przyjaciela i około tuzina moich bliskich, aby zeszli się u mnie wieczorem, 4 lutego. Ma się rozumieć, że prosiłam także teściową i obie bratowe z ich mężami. Paryż bardzo się mną zajmował. Zaproszeni stawili się na godzinę oznaczoną. Wiele osób z wyższego towarzystwa paryskiego, byłoby z chęcią zapłaciło cząstkę moich długów, aby się znaleźć na ich miejscu.
Angela i kochana matka źle ukrywały swój niepokój; nie ufały mojej szalonej głowie tembardziej obecnie, gdy się ona pozbyła wpływu mego zwykle dobrego serca. Przewidywały jakąś katastrofę; a więc naprawdę bywają przeczucia!
Don Luiz wyglądał bardzo korzystnie, pełen wdzięku. Czuł się tryumfatorem. Czy kochał mnie naprawdę? wcale się tem nie troszczyłam.
Czułam się bardzo dobrze, pełna pogardy dla losu, świata i fortuny, wyższa po nad wszystko, niezdobyta, niedotykalna. Zebranie było ponure w tym domu żałoby, którego gospodyni konie swoje sprzedawała. Każdy, tak samo jak moje bratowe, przeczuwał nieprzyjemną awanturę.
Mówiono półgłosem, jak na pogrzebie. Czekano na moją przemowę, widocznie. Myślałam o tem przez cały dzień i przygotowałam się, mówiąc sobie, że może będę zmuszona, aby zarobić na kawałek chleba, wygłaszać wykłady o prawach kobiety. Bo nic dobrze nie umiałam, z wyjątkiem gry na cytrze, a to koncertowo; ale czyż znalazłoby się w Paryżu dość uczenie, aby otworzyć kurs tej nauki?
W chwili, gdy głos miałam zabrać, przekonałam się, że zapomniałam moją mowę. Tem lepiej. Spróbuję improwizować.
— Proszę mi darować, że zgromadziłam tutaj wszystkich, aby mówić o moich własnych sprawach; wolałabym by pozostały były mojemi własnemi, lecz zmuszają mnie gwałtem, żeby się stały sprawami publicznemi, nawet europejskiemi i dlatego zaprosiłam tutaj, obok moich przyjaciół, elitę kolonii cudzoziemskiej w Paryżu.
Tryumfujący wyraz don Luiza zaczął się zmieniać w twardy. Spostrzegł, że walka jego dumy z moją jeszcze się nie zakończyła. Policzek, który mu wymierzyłam, sprawił mi przyjemność.
— Pozwoliłam, temu trzy miesiące księciu de Ciudad, uważać się za mego narzeczonego. Mogłabym powiedzieć, że pod tym względem uległam przymusowi ze strony mego wuja i wszystkoby się skończyło. Ale nie chcę czynić tej obelgi jego pamięci. Niezdolny był w czekolwiek mi się sprzeciwiać. Co najwięcej, mogę przyznać, że do tego czynu zniewoliło mnie pragnienie zrobienia mu przyjemności. Muszę bowiem oświadczyć, iż rzeczywiście nigdy nie kochałam księcia de Ciudad.
Spojrzałam na don Luiza, zadając mu ten cios, który tak stanowczo pognębiał jego miłość własną. Pozieleniał jeszcze bardziej, i silnie usta zaciskał, ale wyraz jego twarzy był znowu flegmatyczny.
— Miałam dla niego szacunek. Sądziłam, że jest człowiekiem delikatnym, dobrych manier, inteligentnym. Myślałam, że w danych okolicznościach, gdy będzie nam wolno prowadzić bardzo zewnętrzny tryb życia i czynić wiele dobrego, mógłby się stać dość znośnym mężem. Temi danemi okolicznościami był mój majątek, wynoszący cztery miliony, który według słów wuja, miał wkrótce dojść do 12 milionów.
Zatrzymałam się chwilę, sądząc, że don Luiz, który się poruszył, chciał coś przemówić. Lecz on zacisnął silniej usta, pozieleniał jeszcze więcej i milczał.
— Muszę powiedzieć po prostu, że jestem całkowicie zrujnowana majątkowo. Mój wuj, w ostatnich chwilach życia oznajmił mi to, dodając, że przyjdzie mi żebrać na chleb powszedni.
Rozległy się szmery, z czego mogłam wnosić, że większa część uczciwych ludzi, którzy się tutaj znajdowali, nie odmówi mi kredytu u swoich piekarzy.
— Wobec takich warunków, zwróciłam słowo don Luizowi. Pan de Ciudad, z uczuciem, które powinnam uważać za rycerską wspaniałomyślność, nie chciał zwrócić mi swego słowa. Zmuszał mnie prawie, abym dotrzymała przyrzeczenia. Gniewał się nawet, zapewniając, że będzie zhańbiony, ponieważ ludzie będą myśleli, że porzucił narzeczoną, gdy ona majątek straciła i że chciał tylko dla pieniędzy się z nią ożenić. To gwałtowne naleganie pana de Ciudad, nie pozostawiało mi wielkiego wyboru środków do odzyskania wolności. Pragnęłam więc państwa wszystkich zebrać u siebie, żebyście mogli wszędzie rozpowiedzieć, że to ja zrywam z księciem de Ciudad-Coeli, dla tego, że go nie kocham. To ja zrywam, nie on. W ten sposób, jeżeli jego miłość własna, której mi nie pozwolił oszczędzić, otrzyma małe zadraśnięcie, honor jego za to będzie ocalony.
— Ja sądzę inaczej — wyrzekł książę zimno — a jestem sam sędzią mojego honoru. Od dnia, w którym pani zrobiła mi zaszczyt przyjęcia mnie jako narzeczonego, uważałem się już jako jej małżonek. Oznajmiłem moje szczęście całej Europie. Nie myślałem już o niczem tylko o tem, całe moje życie zastosowałem do tej nadziei szczęścia. Nie stałem się niegodny szacunku, jaki pani miała dla mnie, nie powinienem ponosić kary dla tego, że pani jest nieszczęśliwa. Wolę niedostatek z panią, niż majątek bez niej.
Był to bardzo piękny sposób wyrażania się ale ton, gesta, fizoygnomia, kłam zadawały tym słowom szlachetnym. Czego chciał? Czy sądził, żem go oszukiwała, mówiąc o swojej biedzie? czy chciał za każdą cenę zwyciężyć mnie w tym niby pojedynku, na który ośmieliłam się go wyzwać. Byłam przekonana, że jedynie pycha mówiła przez niego. Odparłam więc?
— Powiem już tylko jedno słowo, ponieważ pan mnie do tego zmusza: co do mnie, wolę tortury zdala od pana, niż tron z panem podzielany.
— Oto, co przecina całą sprawę — rzekł stary oficer, wielki przyjaciel mego wuja.
— Panie — odrzekł książę oschle — jesteś pan bardzo stary.
Edward powstał żywo z miejsca.
— Jestem tego samego zdania; myślę tak, jak ten szanowny weteran. Nigdy też nie było zwyczajem, chyba w najodleglejszej starożytności, wydawać przymusem za mąż kobietę która tego nie chce. Może pan powie, że jeżeli ten wojskowy jest zanadto stary, ja jestem za młody?
— Nie — odrzekł gwałtownie don Luiz.
Odpowiedź ta wypadła jak kula z pistoletu.
— Faktem jest, kochany książę — odezwał się pan d’Hauraucourt ze zwykłą sobie nonszalancyą — że pomięszałeś pan zaręczyny z małżeństwem. Jest to omyłka bardzo nieprzyjemna, która daleko mogłaby zaprowadzić. Bywają podobno ludzie, którzy posyłają żandarmów śladem żon swoich, aby je przyprowadzić napowrót do domowego ogniska. Ale nie słyszałem, żeby używano żandarmów do prowadzenia narzeczonej do ślubu.
Don Luiz rzucił mu spojrzenie, które margrabia przyjął ze swoim spokojnym pół uśmiechem.
— Takie jest zdanie margrabiego d’Hauraucourt? — zapytał książę wyniosłym tonem.
— Ależ tak, wszystkich margrabiów i wszystkich d’Hauraucourtów i wszystkich uczciwych ludzi Francyi i Hiszpanii.
— To dobrze. Poddaję się. Ale jeżeli pani d’Hervelinghem mnie nie poślubi, przysięgam wobec Boga, że niepoślubi nikogo innego, gdyż pozabijam jej wszystkich konkurentów.
Te słowa uczyniły na wszystkich osłupiające wrażenie. Pan Castelnau, który milczał dotychczas, powstał z kolei.
— Doprawdy, mój panie — wyrzekł poważnie — że to przechodzi wszelkie granice. Byłem gotów współczuć z panem, gdyż w zmianie zamiarów pani d’Hervelinghem mieści się coś, co rzeczywiście może boleśnie dotknąć zakochanego. Ale pan sądzisz prawdopodobnie, że znajdujesz się wśród Czerwonoskórych. Francya posiada swoje ustawy i wyprowadza po za swoje granice cudzoziemców, którzy nadużywają jej gościnności.
— Panie, nie jesteśmy w Senacie i wykażę to panu. Powiedziałem, że pani d’Hervelinghem nie wyjdzie zamąż.
Zadzwoniłam gwałtownie. Saper i Wincenty ukazali się na progu.
— Odprowadzić księcia, a jeżeli doda jeszcze słowo do obelg. które wypowiedział, wyprowadzić go.... trochę prędzej.
Książę spojrzał na mnie z drwiącym wyrazem, tryumfował. Ukłonił mi się z szacunkiem, zarówno jak trzem innym paniom.
Pozostaliśmy przez chwilę w milczeniu. Edward, daremnie starał się mnie rozchmurzyć. Ta scena podrażniła jego angielską powagę. Nigdy nie widziałam u niego tak iskrzącego wzroku: gdyby nie moja żałoba. jestem pewna, że byłby mnie zaprosił do tańca. Panie były bardzo poważne. Rozmowa, pomimo usiłowań zawsze uśmiechniętego margrabiego, rwała się. Zostawiono wreszcie mnie samą.
Byłam szczęśliwa, że ostatecznie pozbyłam się don Luiza i z radości zrobiłam wycieczkę poza obręb mego tunelu. Odczytałam list otrzymany dziś rano od pana Desosteux.
Zaczął od tego, że radził mi podziękować Bogu, iż posiadam takiego, jak on, notaryusza. Nie zdołał jeszcze całkowicie rozwikłać interesów. ale chociaż nie chce mówić przed czasem o zwycięstwie, ma nadzieję, że wszystkie długi bedą popłacone. Wzywał mnie energicznie, abym wróciła natychmiast na wieś. Najprzód uniknę nieprzyjemności pozostawania w Paryżu w chwili, gdy będą sprzedawać moje meble, a następnie, potrzebował miewać często ze mną narady; wiek jego i zajęcia nie pozwalają mu na ciągłe wyjazdy. Mogę z całem zaufaniem pozostawić opiekę nad moimi interesami paryskimi adwokatowi Légat, którym zresztą on, pan Desosteux, obiecuje kierować.
Następstwem tego listu będzie to, że sprzedam wszystko, co tylko posiadam. z wyjątkiem czterech obrazów Lépicié, Chardin, Corot i Millet. które szczególnie są mi drogie.


III.
Ciągłe katastrofy.

Nazajutrz około południa, Angela przysłała prosząc, żebym ją odwiedziła. Była cierpiąca. Pobiegłam natychmiast. Leżała na szezlągu rozczulająco brzydka z czerwonemi powiekami, z zapuchniętym nosom i policzkami. Płakała. Zobaczywszy mnie, zaczęła łkać jeszcze gorzej.
— To tak od wczoraj wieczorem — rzekła mi panna służąca. Pani nie chciała się położyć.
Angela podała mi rękę i uścisnęła moją ruchem szybkim, gorączkowym. Miałaby wielką ochotę mnie nienawidzić, ale serce jej było takie dobre! a przede wszystkiem, sumienie jej wyrzucałoby, że jest niesprawiedliwa.
— Ile złego wyrządziłaś nam, Izabelo! Ale nie można mieć żalu do ciebie! Nie możesz poślubić człowieka, którego nie kochasz, to pewne. I ja także wolałabym była umrzeć, niż ulegać człowiekowi, którym pogardzałabym. Ale poco było z taką lekkomyślnością przyjmować go! W tem leży przyczyna wszystkiego złego, co się stało.
Nie wiem, co zniewoliło mnie, że upokorzyłam się po raz pierwszy w życiu. Widząc przed sobą tę wdzięczną istotę, kochającą, czystą i nabożną, tak zrozpaczoną, odpowiedziałam łagodnie:
— To prawda, kochana siostro, byłam lekkomyślna; ale co się właściwie stało? Nowy potok łez i łkań nią wstrząsnął. Przeraziłam się stanu, w jakim ją widziałam. Uczyniła mi znak, że zaraz się uspokoi i że nie potrzeba nikogo wzywać.
— Edward — rzekła mi — poszedł się bić z panem de Ciudad.
Przez całe życie słyszałam ciągle tylko o pojedynkach. Pułkownik Bourgongnon miał ich ze dwadzieścia.
— A więc — odrzekłam spokojnie — lord Belfort zabije księcia de Ciudad i nwolni nas od niego.
— A gdyby stało się przeciwnie? Czy o tem nie pomyślałaś?... zawołała z rozdzierającym okrzykiem.
Może to się wyda nieprawdopodobne, a może mnie kto nazwie głupią, ale rzeczywiście, nie pomyślałam o tem, a teraz ta myśl uderzyła mnie, jakgdyby strzała żelazna mózg mi przeszyła. Musiałam zblednąć. Mignęła mi w myśli straszna boleść tego serca, tak czułego i dobrego... Widząc, że patrzy na mnie badawczo, zesztywniałam. A ona mówiła dalej:
— Ach! odpowiadaj że mi! na to posłałam po ciebie. Powiedz ni otwarcie wszystko, czy Edward ranny?
— Ależ nie wiem nic, absolutnie. Ty pierwsza mnie o tem powiadomiłaś. Mam nawet ochotę myśleć, że się mylisz. Gdzie jest twój mąż?
— Nie mam pojęcia. Wczoraj przez cały dzień było jakieś zamieszanie. Wieczorem, bardzo był wesół. Ucałował mnie, jak zwykle. Powiedział, że będzie zmuszony wyjechać na dwadzieścia cztery godzin. Tak mnie to zdziwiło, że nie zrozumiałam dobrze co mi opowiadał: jakąś historyjkę, która mi się wydała dość niezręcznie ułożoną, o jakimś zjeździe z notaryuszem w Belgii, w sprawie spadku po lordzie Belfort. Wszystko to bardzo niezręcznie obmyślane. Ale był taki spokojny i wesół!
Powiedział mi pomiędzy innemi: „Czy wiesz, co umyśliłem. Będę brał lekcye gry na gitarze od Izabeli, raz na miesiąc, po tysiąc franków za godzinę!“ Widzisz, jaki jest dobry i jak ciebie lubi. Ach! nie mam żalu do ciebie. Byłoby to niegodnie. Ale drogo mnie kosztujesz, kochana Izabelo!
Jeszcze i teraz nie znalazłam łez, aby płakać razem z tą tak słodką przyjaciółką, której może, w obecnej chwili zabierałam całe jej szczęście!
— Rzecz naturalna, że nie przeżyłabym tego nieszczęścia — mówiła ona dalej. To mnie nieco pociesza. Ale co się stanie z mojem biednem dzieciątkiem. Liczę w tem na ciebie. Wychowasz je inaczej niż sama byłaś wychowana. Ach! twoja lekkomyślność drogo mnie kosztuje!
Pożegnałam ją, powtarzając ze trzydzieści razy, że spotkanie z notaryuszem było prawdopodobne i zdobyłam się nawet na bohaterstwo obiecując, że będę dawać lekcye gry na gitarze Edwardowi. Długośmy debatowały nad honoraryum i nareszcie stanęło na pięciuset frankach za godzinę. Zaznaczam ze wstydem dla natury ludzkiej, że ta niedorzeczność jedynie zdołała ją uspokoić i przekonać, że Edward nie ma pojedynku.
Wróciłam do siebie o zmroku; zastałam żółtego pana.
Spojrzałam na niego z pogardą. Boleść Angeli doprowadziła do szczytu moje rozjątrzenie przeciw temu, którego był ambasadorem.
— Czego pan sobie życzy? — spytałam.
— Lord Belfort otrzymał postrzał, który zgruchotał mu lewą rękę. Książę de Ciudad ma nadzieję, że lepiej mu się poszczęści na przyszły raz. Mam honor zapytać panią w jego imieniu, czy zgadza się pani go poślubić.
Ukazałam mu drzwi ruchem tragicznym; wyleciał wściekły, ma się rozumieć.
Tego samego wieczora poszłam do Angeli. Edward wrócił rzeczywiście z ręką zgruchotaną. Ale tak dobrze ukrywał swoje cierpienie i wesołą rozmową tak umiał odwrócić uwagę od swojej bladości, że Angela była na pół uspokojona. Doktor ją zapewnił, że nietylko Edward nie umrze, ale nawet nie zostanie kaleką. Musi tylko zachować się spokojnie przez sześć tygodni.
— Mówię pani, pani Izabela — rzekł Edward, gdym odchodziła — że niema tylko pan de Roselle, ten heroina, któryby chciał teraz ożenić się z ręką pani. Wyzwać tego Hiszpan na pojedynek na lokomotywy.
— Byłoby to wpaść z deszczu pod rynnę. Mam nadzieję, że nigdy nie będę zmuszona wybierać pomiędzy wściekłym, a nudziarzem.
Wymknęłam się.
Na drugi dzień wróciłam zasięgnąć wiadomości. Angela miała się dobrze, nos jej już nie był spuchnięty. Edward nie miał goraczki. Zostawiła mnie na chwilę z nim samym.
— Trzeba koniecznie — rzekł mi po angielsku — żeby pani wstąpiła do d’Hauraucourt’ów i przyszła mi powiedzieć, co się tam dzieje. Romulus na tem nie zakończy, on pragnie koniecznie zdobyć swoją Sabinkę. Jestem pewny, że nie pozostawi margrabiego w spokoju. Trzeba, żeby mnie pani uspokoiła. Niepewność sprowadzi ni gorączkę.
Gdy weszłam do salonu d’Hauraucourt’ów, Albertyna była sama jedna, w podróżnym stroju, bardzo blada, bardzo poważna. Uderzył mnie wyraz energiczny jej twarzy.
Uścisnęła mnie silnie za rękę.
— Nie myśl, żebym była zawzięta na ciebie, Izabelo. Nie; starałam się zawsze być sprawiedliwa. Naturalnie, że nie możesz poślubić tego sinobrodego. Ale twoja lekkomyślność drogo kosztuje rodzinę d’Hervelinghem. Nie gniewaj się. Pan d’Hauraucourt znalazł, że pan de Ciudad postąpił obelżywie względem ciebie, mnie, mojej siostry i naszej matki, względem niego samego przede wszystkiem i dziś rano wyzwał go. Przyznałam mu słuszność, co by nie zaszło. Wczoraj, Edward był w Belgii. My wyjeżdżamy dziś do Księstwa Luksemburskiego. Mówię my, ponieważ nalegałam, żeby towarzyszyć Norbertowi. Przystał na to. Chcę być przy nim, pielęgnować go w razie nieszczęścia. Gdybyś była inna, nie taka, jaką ciebie uczyniono. powiedziałabym módl się za nas. To jedyna przysługa, którą możesz mi wyrządzić.
Ucałowała mnie. Podziwiałam jej bohaterstwo. zarówno, jak jej sprawiedliwość; i rzeczywiście, żałowałam, że modlić się nie umiem.
Udałam się ztamtąd w odwiedziny do mojej teściowej. Boleść Angeli mnie wzruszyła, męstwo Alberty rozgrzało. Pomyślalam sobie, że kochana matka może potrzebuje pieszczoty. Wiedziałam, że żywo odczuwała troski swoich trzech córek. Mówię trzech i nie mylę się; moja ruina majątkowa, moje zmartwienia, prześladowanie tego Wizygota, boleść po stracie wuja, wszystko to odczuwała.
Zycie codzienne wydaje się „jakby nigdy nie“; a tymczasem to jest straszna rzecz. Jedzie się do Champs-Elysées na własnym koniu, lub własnym powozem, jak się to czyni codziennie, i wraca, mając mniej o jedną rękę, lub o jednego przyjaciela.
Nie domyślałam się idąc z ulicy Varennes, gdzie mieszka pani d’Hauraucourt, na ulicę Toumon, do domu pani Castelnau, że otrzymam jeden z owych ciosów, który wpłynie na zmianę całej mojej istoty. Czy to był cios? Nie. Tylko przemowa. Słyszałam mów z pięćset i żadnego wrażenia na mnie nie wywarły.
Zastałam moją teściowa w stanie, który mnie zadziwił, taką, jaką nigdy jej nie widziałam. Dano jej znać, że z raną Edwarda było gorzej i że gorączka się objawiła po mojem odejściu. W stanie, w jakim się znajdowała Angela, wszystkie te wstrząśnienia i niepokoje mogły życiu jej zagrażać. A przytem, co będzie z panem d’Hauraucourt!
A Izabela — myślała — co z nią się stanie, z nią, pełną buntu w sobie, niezdolną się powściągnąć, niedostępną ani bojaźni Bożej, ani obawie opinii, bardzo piękną, szaloną, ubogą i pogardzaną?
Poruszała te wszystkie myśli, a przytem z osobistych względów była także niespokojna. Domyślała się, że po Edwardzie i panu d’Hauraucourt, don Luiz znieważy pana Castelnau, który będąc dumny i odważny, nie cofnie się. A wtedy?
Zastałam ją więc rozegzaltowaną; troska i niepokój odkryła głębię jej duszy; egzaltacya wzięła górę nad rezerwą, delikatnością, która czyniła ją zazwyczaj nieco nieśmiałą, jeżeli ważny obowiązek do spełnienia nie zmieniał jej w dzielną.
Powiedziała mi wszystko, co miała na sercu co do mnie, od lat wielu. Powiedziała mi to z rozrzewniającą czułością, stanowczością, dziwną jak na nią i z gorącą wymową, która mnie przejęła. Przypominam sobie dokładnie co mi powiedziała.
Dała mi wyraźnie do zrozumienia, że byłam głupia i niewdzięczna, że otrzymałam wszystkie dary, urodę, spryt, majątek, prawość charakteru i nic z tego wszystkiego nie użyłam dla swego szczęścia w przyszłości. Wszystko zmarnowałam i doszłam do tego mając tyle darów, że można by nimi obdzielić cały pensyonat młodych dziewcząt, że jestem uprzykrzeniem dla siebie samej, a klęską dla ludzi, którzy mnie kochają. Zapewne. że moje wychowanie było opłakane. Jednakże z moją inteligencyą i z pomocą porównań z innemi, porównań, jakie musiałam czynić, — łatwo mi było naprawić to złe wychowanie, które widocznie było powodem, że stałam się ciężarem dla siebie i drugich.
W tej ostatniej sprawie ja wszystkiemu byłam winna śmierci wuja, mojej ruiny majątkowej, rozpaczy trzech kobiet, które mnie tak wiernie kochały, a może śmierci ich mężów.
Zrozumiała to wszystko bardzo dobrze i przez chwilę, niestety bardzo krótko! ujrzatam w czarnych zarysach mój egoizm, moją lekkomyślność i płochość. Już dawniej także to spostrzegłam, jak się spostrzega małą chmurkę na błękicie nieba. Jakąż wagę mogłam przywiązywać do tej plamki białawej, podróżującej przez błękity, tuż obok wspaniałego słońca na mojem niebie? Tym razem mały obłoczek stał się chmurą niosącą burzę.
Widziałam teraz jasno, że gdybym była nie uważała za jedyne szczęście w życiu świetności i rozgłosu, kochany wuj nie starałby się był za każdą cenę podwoić mego majątku, aby mi zapewnić większe powodzenie w świecie. Gdybym była choć trochę zechciała wglądać w stan moich interesów, nie byłabym pozwoliła wajowi, którego zaślepienie znałam, gdy o mnie chodziło, rzucić całego mego majątku na jedną kartę w grze z ludźmi, którzy używali kart fałszowanych. Gdybym się nie była lekkomyślnie zaręczyła z człowiekiem, którego nie kochałam, gdybym nie była dała obietnicy, którą on był w prawie uważać za uroczysta, a ja w mojej płochości uznawałam za nic nieznaczącą, nie byłabym naraziła życia i szczęścia tych wszystkich, których kochałam.
Kiedy wyszłam na ulicę, obsypana pocałunkami i oblana Izami mojej teściowej, zdawało mi się, że widzę przed sobą inną egzystencyę, która miała na celu już nie fantazyę i egoizm, lecz poświęcenie.
— Zapamiętaj sobie dobrze to zdanie, które wszystko w sobie zawiera — zakończyła moja teściowa: „Szczęście nie zależy od robienia tego, co się podoba, ale tego, co się robić powinno“. Jest to to, co nazywają duchem poświęcenia.
Ten duch był mi tak samo antypatyczny, jak suknia źle zrobiona. Jednakże, dusza moja tak zmiękła, a serce było tak upokorzone, że w obecnej chwili byłam gotowa na wszystko. Zresztą owa sroga potęga, którą Opatrznością zowią, podkreśliła jeszcze słowa mojej teściowej. Otrzymałam od niej trzy ciosy, które mnie oszołomiły i uczyniły — w danej chwili — niezdolną do owego dumnego oporu, z którym dotychczas zwycięsko stawiałam czoło wszystkim uprzejmym podszepton, tak samo, jak groźnym grymasom rozsądku.
W ciągu wieczora tego dnia, o którym nie powinnabym nigdy zapomnieć, pani Castelnau przysłała mi telegram wysłany do niej z Luksemburga przez pannę służącą, którą Albertyna z sobą zabrała: „Pan d’Hauraucourt, ranny w pachwinę bardzo ciężko. Nie może jechać. Pani zrozpaczona, ale mężna, zostaje przy nim. Doktorzy nie mogą nic orzec przed trzema dniami“.
Pani Castelnau dołączyła słów kilka do tej depeszy: „Trzeba ukryć nieszczęście przed Angelą: doktor obawia się komplikacyj. Gorączka Edwarda się zmniejsza. Modlę się całą duszą. Gdybyś mogła przyłączyć się do nas, zdaje mi się, że Bóg oszczędziłby nam gorszych nieszczęść, które grożą“.
Modlić się nie umiałam. Zresztą, czyż nie będzie lepiej powołać do czynu moją inteligencyę?
Cóż ona mi mówiła? Że istniał sposób położenia kresu tej rzezi rodziny, a tym sposobem było przyjąć tego okropnego człowieka za małżonka. Tak, zapewne, był to pewny sposób. Lecz moja pokora znajdowała się jeszcze w kolebce. I spędzić całe życie pod władzą tego tyrana!
Czy można było aż tak wiele wymagać odemnie? Tak! tysiąc razy tak. Odłożyłam decyzyę do jutra i wydałam rozkaz nie przyjmowania wizyty przyjaciela don Luiza.
Nazajutrz byłam mizerna, szkaradna. Miałam w nocy najokropniejszą zmorę. Widziałam siebie, wychodzącą z merostwa i strzelającą do don Luiza, do mera i do posagu, który wykrzywiał się do mnie w merostwie; to znowu widziałam siebie przemienioną w murzynkę i zrywającą trzcinę cukrową pod grozą bata trzymanego przez dozorcę murzynów, którego rysy podobne były do rysów don Luiza.
Przez cały dzień siliłam się, aby napisać do don Luiza. Ale po cóż mam długo opisywać katusze tych godzin nieskończonych! Byłam sama jedna; żadnego przyjaciela, któryby mnie pocieszył, a przynajmniej chciał słuchać słów moich. Dość już cierpień wyrządziłam tym, którzy mnie kochali, nic więc dziwnego, że teraz oni zajęci byli wyłącznie własnemi zmartwieniami.
Nie śmiałam nawet posyłać po wiadomości do pani Castelnau. Cóż mnie tak pozbawiało mojej zwykłej odwagi? Czy to przypadkiem nie ten wróg tajny, to znaczy sentymentalizm, który zaczynał obejmować mnie w posiadanie!
Jeżeli nie miałam odwagi posyłać po wiadomości, oczekiwałam ich niecierpliwie; serce mocniej mi uderzało za każdym odgłosem dzwonka. Czyż nowa boleść ma uderzyć w te kochające serca.... i moje także! Dzień przeszedł bez żadnego wypadku.
Nazajutrz był to dzień moich przyjęć. Można się domyślać, że dotychczas bywałam otaczaną i uwielbianą. Tego piątku, nikogo, żadnych wizyt, z wyjątkiem kilku przelotnych odwiedzin, ludzi, nie zasługujących na uwagę.
Wytłumaczyłam sobie, że moje ubóstwo i niepowodzenie były znane całemu Paryżowi i że cały świat mnie opuszczał, wyśmiewał, pogardzał mną. Ta bezczelność społeczeństwa wzburzyła mnie. I ogarnęło mnie dawne, najbardziej wojownicze usposobienie. Walka o byt ukazała się znowu w całej chwale. Czyż nie byłam zawsze tak samo piękną, czarującą nawet, pełną sprytu, talentów? Czy to rzeczywiście prawda, że jestem taka uboga?
Myśl nie płacenia długów mego wuja ani przez głowę mi nie przeszła. Ale ten podstępny jurysta może umyślnie przesadził? W takim razie, jeżeli nic się nie zmieniło, po cóż ja mam się zmieniać i z królowej, którą byłam w społeczeństwie, stawać się sługą? Czyż nie miałam dowodów, że tylko ci, którzy dużo wymagają i egoiści otrzymują wszystko, czego sobie życzą, tak samo w rodzinie jak w społeczeństwie?
W sobotę, obudziłam się dobrze wypoczęta, bardzo odświeżona, olśniewająca i wojownicza. Pan de Roselle, który pojawił się kilkakrotnie w mojej wyobraźni, podczas tych dni burzliwych, ukazywał mi się już tylko jak szary punkcik na horyzoncie. Wyliczałam dla własnej przyjemności ludzi, którzy tej zimy zdawali się mnie uwielbiać.
Wybiła godzina dziesiąta. Kobieta, przysłonięta gęstym welonem weszła do pokoju. Podniosła welon. Nie mogłam powstrzymać lekkiego okrzyku: te powieki nabrzmiałe, usta spuchnięte, cera w plamki czerwone, te czarne obwódki pod oczami z żółtym odcieniem, włosy bezbarwne, oblicze zmięte, na którem paliły się oczy w gorączce, usta zaciśnięte kurczowo: wszystko to świadczyło o bezgranicznej rozpaczy, z którą walczyć niepodobna. Była to moja kochana matka.
Brakowało jej głosu; przerażała po prostu. Co mnie najbardziej uderzyło, że suknia jej była powalana błotem. Ona i nieporządek, ona i błoto! ona i plamy! Tak mi się to wydało sprzeczne z nią samą, takie nieprawdopodobne, że nie w świecie nie było nie w stanie więcej ździwić.
Weszła krokiem szybkim, jak ktoś kogo gonią, albo kto szuka przystani, obrony, i rzuca się na oślep. Nie jestem pewna, czy mnie widziała. Upadła na fotel, raptownym ruchem zdjęła z głowy kapelusz i odpięła płaszcz. Potem ukryła czoło w dłonie i wybuchnęła płaczem, takim płaczem, jakiego nigdy nie słyszałam, konwulsyjnem łkaniem, pomieszanem z jękiem i żałośnymi okrzykami.
Serce moje i głowa były tem mocno dotknięte. Zdaje mi się, że w tej chwili straciłam zimną krew, która mnie opuszczała zawsze, gdy chodziło o żarty, ale nigdy w wypadkach ważnych. Nie wiem sama, co jej powiedziałam, ale nic mi nie odrzekła.
Usunęłam się do jej kolan. Wzięłam łagodnie jedną z jej rąk i zatrzymałam w moich dłoniach. Nie starałam się ani wypytywać, ani pocieszać. Domyślałam się, że trzeba czekać, aż się nieco ukoi ta straszna rozpacz.
Muszę wyznać wszystko. Ta szalona rozpacz istoty tak panującej nad sobą, była bardziej jeszcze zdumiewająca, niż plamy i błoto na sukni tej wielkiej pani. Czyż ta rozpacz szalona mnie także groziła?
Nareszcie łkania stawały się mniej gwałtowne, pierś lżej się unosiła. Otarła oczy popatrzyła na mnie. Biedne jej oczy, pełne rozpaczy, odnalazły błysk zwykłej swojej serdeczności.
Pierwsze jej słowa były zadziwiające i o ile mi się zdaje, najlepiej malują głębię jej duszy delikatnej, cnotliwej i będącej w wiecznej walce z całkiem naturalnym egoizmem.
— Daję ci bardzo zły przykład, moje biedne dziecko. Mam nadzieję, że Bóg mnie za to nie ukarze. Walczę już blisko od dwudziestu czterech godzin. Jestem pokonana.
Dalsze słowa były jeszcze więcej niespodziewane. Zdaje mi się, że instynktownie pragnęła oddalić myśl od chwili obecnej, bredząc nieco. Spojrzała na mnie z przejmującą czułością.
— Tak, bardzo ciebie kochałam. Widziałam ciebie bez ojca i matki, prawie dzieckiem, a już wdową, bez żadnej podpory, z duszą tak prawą, z gruntu cnotliwą, z inteligencyą tak rozwiniętą i sercem tak szlachetnem a idącą ku ruinie tego wszystkiego, dzięki owemu nierozsądnemu wychowaniu, jakie otrzymałaś! Przywiązałam się do ciebie całem sercem i kochałam cię, jak moje córki, jak moje dziecko rodzone.
Wiedziałam o tem dobrze. Objęłam jej szyję ramionami, jak gdybym była dzieckiem; okryłam pocałunkami jej powieki i czoło, pieściłam i głaskałam jej włosy, a w głębi serca miałam myśl prawdziwie niemowlęcą. Chciałam jej powiedzieć:
— Kochana matko, nie płacz, będę już bardzo grzeczna.
Fala rozpaczy wróciła, matka rzekła przyspieszonym tonem:
— Przebacz mi. Pozwól mi płakać. Po to tutaj przyszłam.
Usiadłam przy niej, prawie naprzeciw.
Zamknęłam oczy przez instynkt delikatności, aby jej nie przeszkadzać płakać swobodnie i nie wyglądać, jakbym chciała śledzić jej boleść. Ja także myślałam:
To prawda, że ona kochała mnie, jak tylko matka kochać umie, i że bardzo często w jej oczach, myślach, widziałam mniej może poufałości, lecz nie mniej uczucia, jak dla własnych córek.
One zaś kochały mnie, szczególnie Angela, także serdecznie, ale z większą już rezerwą. Ona, matka, nie zdawała się nigdy myśleć o sobie. Tam nawet, gdzie o całe szczęście jej chodziło, moje szczęście na pierwszym postawiła planie.
Z wielkim wysiłkiem otrząsnęła się znowu z bolesnego przygnębienia.
— Tylko tutaj mogę się wypłakać — rzekła mi głosem miękkim, który mnie przenikał i także rozrzewniał, — a czując, że już nie mogę się wstrzymać, przybiegłam tutaj jak szalona.
— Lecz, matko kochana — zapytałam z wahaniem — nie powiedziałaś mi, co się stało?
Zacisnęła czoło dłonią.
— Czyż nie wiesz? To prawda. Jestem rzeczywiście winną, że się tak poddaję.
Załamała ręce konwulsyjnie i ciągnęła dalej spokojniejszym głosem, ale bardzo szybko:
— Pan de Ciudad obraził wczoraj pana Castelnau, gdy wychodzili z senatu. Znasz go, jaki jest dumny i jak dba o opinię publiczną. Chociaż pojedynek sprzeciwia się jego zasadom i niedorzecznym mu się zdaje, nie zawahał się. On umie się wprawdzie bić, ale tamten, to pierwszorzędna siła, zabije go! Do tej chwili od samego rana toczą się układy. Mają jechać dziś wieczorem, sama nie wiem gdzie. Walczę od wczoraj, walczyłam całą noc, aby ukryć moją rozpacz i łzy powstrzymać. Nie chciałam ani go zasmucać, ani osłabiać jego odwagi. Nie mogłam, już nie mogłam! Ach! jakże gorąco się modliłam. Ale to mnie nie uspokoiło. Nie mogłam pójść do Angeli. nie powinna o niczem wiedzieć. Czyż ona także nie jest śmiertelnie zagrożona i Albertyna i Edward, i Norbert! Biegałam od jednego kościoła do drugiego. Ile czasu upłynęło? Nie wiem; zachowywałam się skandalicznie! Gdzie iść? Przybiegłam tutaj.
Łzy jej płynęły zawsze tak obficie, może z większą łatwością. Wzięła mnie za ręce, przyciągnęła do siebie, myślałam że weźmie mnie na kolana. Z anielską słodyczą zatonęła wzrokiem w moich oczach.
— Widzisz, gdyby chodziło tylko o śmierć, ach! mogłabym się pocieszyć. Wiesz dobrze, iż nie żyję dla tego świata i myślę ciągle o przyszłym. Wolałabym była go nie poślubiać! Ale chciałam żyć przy nim ciągle, zawsze; i wychodziłam za mąż nietylko na tych kilka lat ciężkiego istnienia, jakie mamy na tym świecie, ale, aby żyć z nim przez całą wieczność.
Porwała mnie za ręce ruchem gwałtownym.
— Czy rozumiesz teraz? Bo pojedynek dla nas, chrześcian, jest zbrodnią, a jeżeli zostanie zabity spełniając tę zbrodnię, jesteśmy rozłączeni na zawsze!
Oczy jej wyrażały w tej chwili takie przerażenie, że byłam zmuszona przymknąć powieki. Opuściła znowu czoło na dłonie i długo tak milcząc siedziała.
Ja, myślałam, marzyłam, serce moje było na wskroś przeniknione; nie było ani jednego zakątka, w którymby rzewne uczucie niepodzielnie nie panowało. To prawda, że ona kochała mnie niezmierzoną miłością.
Z biegiem myśli łatwych do zrozumienia, wspomnienie o moim wuju tak kochaJącym, przyłączyło się do myśli o tej kochającej matce. Czego on mi z siebie nie dawal, on także! a jakże się im wypłaciłam!
Uczułam w sercu rodzaj próżni i jak się mam wyrazić? jakby pogardę dla siebie samej. Ujrzałam w całej pełni swój egoizm, dziecinny despotyzm, swoje uparte wymagania i nieustanne ofiary, których wymagałam od innych na swoją korzyść.
Wypowiadam to wszystko sucho, po prostu, tak, jak mi te myśli napływały do głowy. Otrzymałam ostatni cios.
Kochana matka nie czyniła mi żadnego wyrzutu. Słysząc ją, niktby się nie domyślał, że to ja przyczyniłam się w czemkolwiek do tej katastrofy; a tymczasem ja byłam jedyną jej przyczyną.
Ta wspaniałomyślność, ta delikatność, do ziemi mnie przygniotły.
Zastanowiłam się chwilę. Nie trwało to długo. Wiedziałam, że w tej minucie decyduję o całej mojej przyszłości.
— Moja matko — rzekłam poważnie — pociesz się, nie się nie stanie. Jestem pokonana. Poddaję się. Napiszę do pana de Ciudad, że przyjmuję go, że go zaślubię!
Wyprostowała się.
— Tybyś to uczyniła?
— Już się stało — odrzekłam, zbliżając się do stołu, na którym stał kałamarz.
— Pozwól mi zastanowić się chwilę, kochana córko, mam umysł zmącony.
Podała mi obie ręce i kilka minut pozostała w zamyśleniu.
— Nie przyjęłabym tej ofiary za nic, gdybym nie wiedziała, że pan de Ciudad wart jest więcej, daleko więcej niż się nam zdaje w tej chwili. Jest doprowadzony do ostateczności. Był traktowany z początku lekko, następnie ostro, a to może służyć za wymówkę człowiekowi z subtelnem poczuciem honoru.
Znowu się zawahała.
— Poczekaj jeszcze! poczekaj, poczekaj! Trzeba się dowiedzieć, czy ofiara przyda się na co. Nie czyń nic, póki nie otrzymasz odemnie słówka na piśmie, lub mojej wizyty.
Wycałowawszy mnie z gwałtownością, która poruszyła mnie do głębi duszy, odeszła.
Może kto myśleć, że zdziecinniałam. Ale przez całą następującą godzinę nie myślałam ani o postanowieniu, które powzięłam, ani o don Luizie, ani o mojem ubóstwie, trochę tylko o panu de Roselle, a prawie ciągle o szczytności mego poświęcenia. Byłam dumna z siebie samej i szczęśliwa, że mogłam wyrządzić tę wielką radość mojej teściowej.
W dwie godziny później otrzymałam od niej następujący list, prawie nieczytelny:
„Nie mam siły pójść do ciebie moje dziecko. Tak, ty jesteś naprawdę mojem dzieckiem. Wszystkie ofiary nadaremne. Pan Castelnau czułby się zhańbiony; „tak samo, mówi, jak gdyby uprzedził żandarmeryę“. Prawie gniewał się na mnie, że byłam u ciebie. Oto już pojechał. Przysięgał mi, że ma pewność, iż wróci. Niestety! tamten jest bardzo zręczny i zażarty. A jeżeli p. Castelnau wróci dzisiaj, kto wie, czy wróci następnym razem! Podobno bowiem don Luiz zamierza ponawiać pojedynki aż do skutku. Nie przychodź do mnie; zamykam się w klasztorze, aby się modlić bez wytchnienia, aż do jego powrotu. Do jutra! mój Boże, do jutra! Udziel mi, Boże, rezygnacyi!“
Ten list wydał mi się niewdzięczny i.... irytujący. Jakto, więc taka była moja cała nagroda? Ani słowa wdzięczności ze strony pana Castelnau, który, miałam nadzieję — muszę się przyznać do tego — będzie się zachwycał mojem bohaterstwem. A on miał może żal do mnie, tak samo, jak do żony. Ona zaś nie pozwalała mi się odwiedzić!
Jeżeli tylko tyle miałam się spodziewać na drodze bohaterstwa, którą sobie wytknęłam, to nie było zachęcające. Jednakże, byłam zdecydowana. Całe to popołudnie spedziłam na ćwiczeniu się w duchu poświęcenia.
Ostatecznie, tryb życia, który wiodłam, był nie do zniesienia. Byłam jakby ciągle na huśtawce. Trzeba było z tem skończyć, albo rozkazać zamordować don Luiza, albo go poślubić.
We wtorek, w ciągu dnia, otrzymałam słówko od pani Castelnau.
„Wrócił, ranny lekko w prawą dłoń. Dziękowałabym Bogu, gdyby don Luiz nie wyrzekł okrutnym tonem: — Do widzenia! — Ani słowa Angeli i Albertynie“.
To „do widzenia“ rozproszyło ostatnie moje wahania. Napisałam do pana de Ciudad, że oczekuję na niego jutro.
Byłam olśniewająca, nazajutrz. Gruba żałoba cudownie była mi do twarzy, jak wszystkim osobom dobrze zbudowanym, a moje włosy połyskujące, czarne, usta silnie czerwone i źrenice ciemno-błękitne, uwydatniały się przy matowej barwie czarnej krepy. Moja suknia tym razem jeszcze pochodziła z pracowni Wortha; było to ostatnie szaleństwo, ostatnia ofiara, którą czyniłam muzom tualety.
W godzinie, którą oznaczyłam, zadzwoniono do drzwi. To był on z pewnością.
Moje serce nie uderzało silniej. Można było widzieć we mnie wiele błędów, ale przynajmniej jestem stanowcza. Była to pierwsza ofiara uczyniona przezemnie dla bliźniego. Zdawało mi się cudem, że odczuwam w tem pewne zadowolenie. Doprawdy, byłabym w to nie uwierzyła, a jednak tak było istotnie.
Wszedł. Był wyniosły tak samo, jak ja i tak samo zimny. We dwoje, moglibyśmy pokryć krater Etny wiecznym śniegiem. Był pełen dumnej godności, bynajmniej jednak nie impertynencki.
Ukłonił mi się z największym szacunkiem. Stałam, nie chcąc go prosić, aby usiadł.
— Jak długo jeszcze będzie trwać ta rzeź? — spytałam nagle.
Uczynił ruch ramionami, oznaczający, że to nie od niego zależało, i że to będzie trwać tak długo, jak zechcę. Zdaje mi się, że gdybym była miała w ręku rewolwer.... W gruncie rzeczy, ciężko było dawać pozór, że się sprzedaję ze strachu. A więc dopiął swego i byłam jego niewolnica, związaną na całe życie!...
Nastąpiła chwila dręczącego niepokoju... Raz jeszcze powtarzam, nie chcę nic ukrywać! Czy jeszcze się mam opierać? czy pozwolę pozabijać jedynych ludzi, którzy mnie na świecie kochali?
Zadzwoniono po raz drugi. Serce mi zadrżało, czy byłby to pan de Roselle? On, jestem pewna, że uratowałby mnie, uratowałby nas wszystkich! Była to myśl szalona... Nikt nie wszedł.
— Panie — rzekłam głosem, który przynajmniej pozostał spokojny — poddaję się, zgadzam, jestem pokonana. Pójdę do merostwa i do kościoła w dniu, który raczysz pan wyznaczyć. Ile tygodni udziela mi pan zwłoki z powodu mojej żałoby?
Mówiłam przed chwilą o wiecznych śniegach. Niechaj sobie kto wyobrazi podmuch wiatru z krainy wróżek, usuwający nagle wszystek śnieg i odkrywający natomiast wspaniały kobierzec zieleni pełen kwiatów! A jednak tak było. Nigdy nie wierzyłam w możliwość tak szybkiej zmiany wyrazu. Oblicze don Luiza wyrażało już nic więcej, prócz kurtuazyi, uprzejmości, szacunku.
Ukłonił mi się tak nisko, że myślałam, iż uderzy czołem o ziemię.
— Ach! pani — zawołał. — To wystarcza, aż nadto wystarcza. Pani mnie zawstydza, pani mnie źle zrozumiała. Błagam, niechaj pani pomyśli, że tu tylko mój honor przemawiał. Nie zna ten szlachcica hiszpańskiego, kto mniema, że on byłby zdolny zdobywać gwałtem względy damy. Mogłem wymówić w gniewie słowa, których żałuję i które chciałbym zatrzeć za cenę krwi własnej. Ten gniew był słuszny. Nie mogłem za żadną cenę dać pozoru, że chciałem sprzedać swoje nazwisko i osobę. Nie mogłem za żadną cenę pozwolić, żeby myślano, iż się niegodnie przechwalałem, oznajmiając wszędzie, że pani raczyła przyznać mi oficyalnie swą rękę. Gdy mi pani zaprzeczyła, dotknęła mnie pani w mojej prawdomowności i godności, która należy nie tylko do mnie, ale do wszystkich noszących mojo nazwisko w przyszłości, jak i w przeszłości. Raczyła pani zniżyć swoją dumę wobec mojej słusznej sprawy. I oto ja jestem pokonany. Przyjaciele pani potępili mnie. Musiałem ich za to ukarać. Jestem gotów obecnie uznać, że nie mogli postąpić inaczej, tak samo, jak ja, nie mogłem uczynić inaczej, tylko wziąć odwet.
— Jesteś pan bardzo wymowny — rzekłam zawsze z wielką oschłością. — I jakiż wniosek pan z tego wyciąga?
— Jaki wniosek? — odrzekł tym samym uprzejmym tonem. Zdaje mi się, że już pani powiedziałem. Odzyskuje pani swoją wolność. A jako najwyższą łaskę, racz pozwolić, abym dodał, że moja miłość dla niej była szczera. Nie zmniejszyła się i teraz bynajmniej. Czyż to rzeczywiście prawda, że pani nigdy mi nie sprzyjała, chociaż upowaźniłaś mnie do nadziei, że wkrótce zostanę twoim małżonkiem? Ach! błagam panią, pozwól mi myśleć, że to tylko także gniew przemawiał w ten sposób przez usta pani! Czyż nie możnaby mieć nadziei, że kiedyś....
— Nigdy — odrzekłam zimno. — Moje serce nie jest z tych, które się zdobywa przestrachem. Nie kochającą żoną, lecz niewolnicą byłabym dla pana. Uznając niegodziwość swego postępowania, odzyskujesz pan nieco mego szacunku. Oto wszystko i raz na zawsze.
Miał rzeczywiście minę zgnębioną. Może naprawdę szczerze mnie kochał. Ale nie byłam wstanie ocenić sprawiedliwie, ile dzikiej wielkości mieściło się w tej szalonej dumie hiszpańskiej.
Ukłoniłam mu się, dając mu znak, że chciałabym, aby mnie pożegnał. Wahał się, pragnąc, o ile mi się zdawało, spróbować mnie wzruszyć, bo nadto był dobrze wychowany, aby mi jeszcze grozić.
— A co byłoby nastąpiło, gdybym nie była uległa? — zapytałam.
— Bardzo możliwe — odrzekł z uprzejmym uśmiechem — żebym był stracił życie. Nie omieszkałbym zapewne, prędzej czy później, spotkać się ze szpadą zręczniejszą od mojej.
— Czy pan wie, że miałam ochotę pana zamordować?
— Miała pani do tego zupełne prawo — odrzekł z powagą.
— Albo przynajmniej, zapłacić siepaka, żeby uwolnił moich przyjaciół od pana?
— Było to nawet pani obowiązkiem.
I rzekłszy to pożegnał mnie nareszcie.
Pospieszyłam udzielić moim przyjaciołom wiadomości o tem rozwiązaniu sprawy. Przypuszczałam, że godząc się na pozostanie w niewoli przez całe życie, dla oswobodzenia innych od strapień, zasłużyłam na podziękowanie. Ale droga rozsądku i poświęcenia, coraz trudniejszą się stawała.
Owi trzej panowie wyobrazili sobie, że ich obraziłam, stając pomiędzy nimi, a ich wrogiem. Albertyna otwarcie mi napisała, że takie było przekonanie jej męża. Angela, zawsze chora i nerwowa, zdawała się obawiać moich odwiedzin. Kochana matka nie bawiła się w żadne subtelności. Była szczerze zadowolona. Przyklaskiwała memu postępowaniu, ale sama tylko. Nie ukrywała przedemną, że pan Castelnau niechętnie by mnie widział.
Przekonałam się z radością, że organizacye ludzkie, nawet najbardziej udoskonalone, nie są bez wad; i że nie ja sama byłam próżna i samolubna. To śmieszne, ale mi to dodało odwagi.
Spełniłam wreszcie czyn heroiczny, przed którym cofałam się od dni dziesięciu. Wsiadłam do omnibusu! Ach! jakże są ciężkie początki życia w ubóstwie i ileż cierpiałam w towarzystwie tych podróżnych, którzy mnie dotykali, często brutalnych, śmiesznych, lub... nie pachnących! Przez kilka dni ćwiczyłam się w ten sposób; zdawało mi się, że oszaleję!
Moja matka radziła mi, żebym pojechała rozpatrzyć z p. Desosteux moje interesy, o których pojęcia nie miałam.
Wysłałam już była naprzód do Liembrune srebro i klejnoty, pod pieczą Wincentego i Peretki. Byłam z tego teraz niezadowolona. Z taką łatwością biegłam po drodze poświęceń i taka ogarnęła mnie pasya płacenia długów, że i to byłabym sprzedała.
Cała reszta, pałac, meble, miały być wystawione na licytacyę w tydzień po moim wyjeździe.
Porozsyłałam bilety z pożegnaniem. Kochana matka przybyła mnie pożegnać. Ona jedyna! A trzy miesiące temu, miałam setki przyjaciół, którzy rozrywali sobie moje zaproszenia! To opuszczenie nie sprawiło mi takiej goryczy, jak się spodziewałam. Byłam po prostu upojona rozsądkiem; a Tonton utrzymywał nieraz, że ludzie pijani nie odczuwają zadawanych ciosów.
Wybrałam się więc do Liembrune, a w tej podróży ścigała mnie nieustannie maksyma wygłoszona niegdyś przez pana de Roselle, a która zdawała mi się wówczas równie, jak on, wstrętna: „Egoizm pociąga z konieczności w następstwie osamotnienie; przychodzi zawsze chwila, w której ludzie samowolni, dokuczliwi i despotyczni, wyczerpują nadużyciami swemi cierpliwość innych i pozostają w opuszczeniu“.
Tak więc, jak gdyby w towarzystwie siedmiu Mędrców greckich, przybyłam do Liembrune o 7 wieczorem dnia 5 marca, w sam dzień zapustnego wtorku.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.