Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część druga/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.
Ciągłe katastrofy.

Nazajutrz około południa, Angela przysłała prosząc, żebym ją odwiedziła. Była cierpiąca. Pobiegłam natychmiast. Leżała na szezlągu rozczulająco brzydka z czerwonemi powiekami, z zapuchniętym nosom i policzkami. Płakała. Zobaczywszy mnie, zaczęła łkać jeszcze gorzej.
— To tak od wczoraj wieczorem — rzekła mi panna służąca. Pani nie chciała się położyć.
Angela podała mi rękę i uścisnęła moją ruchem szybkim, gorączkowym. Miałaby wielką ochotę mnie nienawidzić, ale serce jej było takie dobre! a przede wszystkiem, sumienie jej wyrzucałoby, że jest niesprawiedliwa.
— Ile złego wyrządziłaś nam, Izabelo! Ale nie można mieć żalu do ciebie! Nie możesz poślubić człowieka, którego nie kochasz, to pewne. I ja także wolałabym była umrzeć, niż ulegać człowiekowi, którym pogardzałabym. Ale poco było z taką lekkomyślnością przyjmować go! W tem leży przyczyna wszystkiego złego, co się stało.
Nie wiem, co zniewoliło mnie, że upokorzyłam się po raz pierwszy w życiu. Widząc przed sobą tę wdzięczną istotę, kochającą, czystą i nabożną, tak zrozpaczoną, odpowiedziałam łagodnie:
— To prawda, kochana siostro, byłam lekkomyślna; ale co się właściwie stało? Nowy potok łez i łkań nią wstrząsnął. Przeraziłam się stanu, w jakim ją widziałam. Uczyniła mi znak, że zaraz się uspokoi i że nie potrzeba nikogo wzywać.
— Edward — rzekła mi — poszedł się bić z panem de Ciudad.
Przez całe życie słyszałam ciągle tylko o pojedynkach. Pułkownik Bourgongnon miał ich ze dwadzieścia.
— A więc — odrzekłam spokojnie — lord Belfort zabije księcia de Ciudad i nwolni nas od niego.
— A gdyby stało się przeciwnie? Czy o tem nie pomyślałaś?... zawołała z rozdzierającym okrzykiem.
Może to się wyda nieprawdopodobne, a może mnie kto nazwie głupią, ale rzeczywiście, nie pomyślałam o tem, a teraz ta myśl uderzyła mnie, jakgdyby strzała żelazna mózg mi przeszyła. Musiałam zblednąć. Mignęła mi w myśli straszna boleść tego serca, tak czułego i dobrego... Widząc, że patrzy na mnie badawczo, zesztywniałam. A ona mówiła dalej:
— Ach! odpowiadaj że mi! na to posłałam po ciebie. Powiedz ni otwarcie wszystko, czy Edward ranny?
— Ależ nie wiem nic, absolutnie. Ty pierwsza mnie o tem powiadomiłaś. Mam nawet ochotę myśleć, że się mylisz. Gdzie jest twój mąż?
— Nie mam pojęcia. Wczoraj przez cały dzień było jakieś zamieszanie. Wieczorem, bardzo był wesół. Ucałował mnie, jak zwykle. Powiedział, że będzie zmuszony wyjechać na dwadzieścia cztery godzin. Tak mnie to zdziwiło, że nie zrozumiałam dobrze co mi opowiadał: jakąś historyjkę, która mi się wydała dość niezręcznie ułożoną, o jakimś zjeździe z notaryuszem w Belgii, w sprawie spadku po lordzie Belfort. Wszystko to bardzo niezręcznie obmyślane. Ale był taki spokojny i wesół!
Powiedział mi pomiędzy innemi: „Czy wiesz, co umyśliłem. Będę brał lekcye gry na gitarze od Izabeli, raz na miesiąc, po tysiąc franków za godzinę!“ Widzisz, jaki jest dobry i jak ciebie lubi. Ach! nie mam żalu do ciebie. Byłoby to niegodnie. Ale drogo mnie kosztujesz, kochana Izabelo!
Jeszcze i teraz nie znalazłam łez, aby płakać razem z tą tak słodką przyjaciółką, której może, w obecnej chwili zabierałam całe jej szczęście!
— Rzecz naturalna, że nie przeżyłabym tego nieszczęścia — mówiła ona dalej. To mnie nieco pociesza. Ale co się stanie z mojem biednem dzieciątkiem. Liczę w tem na ciebie. Wychowasz je inaczej niż sama byłaś wychowana. Ach! twoja lekkomyślność drogo mnie kosztuje!
Pożegnałam ją, powtarzając ze trzydzieści razy, że spotkanie z notaryuszem było prawdopodobne i zdobyłam się nawet na bohaterstwo obiecując, że będę dawać lekcye gry na gitarze Edwardowi. Długośmy debatowały nad honoraryum i nareszcie stanęło na pięciuset frankach za godzinę. Zaznaczam ze wstydem dla natury ludzkiej, że ta niedorzeczność jedynie zdołała ją uspokoić i przekonać, że Edward nie ma pojedynku.
Wróciłam do siebie o zmroku; zastałam żółtego pana.
Spojrzałam na niego z pogardą. Boleść Angeli doprowadziła do szczytu moje rozjątrzenie przeciw temu, którego był ambasadorem.
— Czego pan sobie życzy? — spytałam.
— Lord Belfort otrzymał postrzał, który zgruchotał mu lewą rękę. Książę de Ciudad ma nadzieję, że lepiej mu się poszczęści na przyszły raz. Mam honor zapytać panią w jego imieniu, czy zgadza się pani go poślubić.
Ukazałam mu drzwi ruchem tragicznym; wyleciał wściekły, ma się rozumieć.
Tego samego wieczora poszłam do Angeli. Edward wrócił rzeczywiście z ręką zgruchotaną. Ale tak dobrze ukrywał swoje cierpienie i wesołą rozmową tak umiał odwrócić uwagę od swojej bladości, że Angela była na pół uspokojona. Doktor ją zapewnił, że nietylko Edward nie umrze, ale nawet nie zostanie kaleką. Musi tylko zachować się spokojnie przez sześć tygodni.
— Mówię pani, pani Izabela — rzekł Edward, gdym odchodziła — że niema tylko pan de Roselle, ten heroina, któryby chciał teraz ożenić się z ręką pani. Wyzwać tego Hiszpan na pojedynek na lokomotywy.
— Byłoby to wpaść z deszczu pod rynnę. Mam nadzieję, że nigdy nie będę zmuszona wybierać pomiędzy wściekłym, a nudziarzem.
Wymknęłam się.
Na drugi dzień wróciłam zasięgnąć wiadomości. Angela miała się dobrze, nos jej już nie był spuchnięty. Edward nie miał goraczki. Zostawiła mnie na chwilę z nim samym.
— Trzeba koniecznie — rzekł mi po angielsku — żeby pani wstąpiła do d’Hauraucourt’ów i przyszła mi powiedzieć, co się tam dzieje. Romulus na tem nie zakończy, on pragnie koniecznie zdobyć swoją Sabinkę. Jestem pewny, że nie pozostawi margrabiego w spokoju. Trzeba, żeby mnie pani uspokoiła. Niepewność sprowadzi ni gorączkę.
Gdy weszłam do salonu d’Hauraucourt’ów, Albertyna była sama jedna, w podróżnym stroju, bardzo blada, bardzo poważna. Uderzył mnie wyraz energiczny jej twarzy.
Uścisnęła mnie silnie za rękę.
— Nie myśl, żebym była zawzięta na ciebie, Izabelo. Nie; starałam się zawsze być sprawiedliwa. Naturalnie, że nie możesz poślubić tego sinobrodego. Ale twoja lekkomyślność drogo kosztuje rodzinę d’Hervelinghem. Nie gniewaj się. Pan d’Hauraucourt znalazł, że pan de Ciudad postąpił obelżywie względem ciebie, mnie, mojej siostry i naszej matki, względem niego samego przede wszystkiem i dziś rano wyzwał go. Przyznałam mu słuszność, co by nie zaszło. Wczoraj, Edward był w Belgii. My wyjeżdżamy dziś do Księstwa Luksemburskiego. Mówię my, ponieważ nalegałam, żeby towarzyszyć Norbertowi. Przystał na to. Chcę być przy nim, pielęgnować go w razie nieszczęścia. Gdybyś była inna, nie taka, jaką ciebie uczyniono. powiedziałabym módl się za nas. To jedyna przysługa, którą możesz mi wyrządzić.
Ucałowała mnie. Podziwiałam jej bohaterstwo. zarówno, jak jej sprawiedliwość; i rzeczywiście, żałowałam, że modlić się nie umiem.
Udałam się ztamtąd w odwiedziny do mojej teściowej. Boleść Angeli mnie wzruszyła, męstwo Alberty rozgrzało. Pomyślalam sobie, że kochana matka może potrzebuje pieszczoty. Wiedziałam, że żywo odczuwała troski swoich trzech córek. Mówię trzech i nie mylę się; moja ruina majątkowa, moje zmartwienia, prześladowanie tego Wizygota, boleść po stracie wuja, wszystko to odczuwała.
Zycie codzienne wydaje się „jakby nigdy nie“; a tymczasem to jest straszna rzecz. Jedzie się do Champs-Elysées na własnym koniu, lub własnym powozem, jak się to czyni codziennie, i wraca, mając mniej o jedną rękę, lub o jednego przyjaciela.
Nie domyślałam się idąc z ulicy Varennes, gdzie mieszka pani d’Hauraucourt, na ulicę Toumon, do domu pani Castelnau, że otrzymam jeden z owych ciosów, który wpłynie na zmianę całej mojej istoty. Czy to był cios? Nie. Tylko przemowa. Słyszałam mów z pięćset i żadnego wrażenia na mnie nie wywarły.
Zastałam moją teściowa w stanie, który mnie zadziwił, taką, jaką nigdy jej nie widziałam. Dano jej znać, że z raną Edwarda było gorzej i że gorączka się objawiła po mojem odejściu. W stanie, w jakim się znajdowała Angela, wszystkie te wstrząśnienia i niepokoje mogły życiu jej zagrażać. A przytem, co będzie z panem d’Hauraucourt!
A Izabela — myślała — co z nią się stanie, z nią, pełną buntu w sobie, niezdolną się powściągnąć, niedostępną ani bojaźni Bożej, ani obawie opinii, bardzo piękną, szaloną, ubogą i pogardzaną?
Poruszała te wszystkie myśli, a przytem z osobistych względów była także niespokojna. Domyślała się, że po Edwardzie i panu d’Hauraucourt, don Luiz znieważy pana Castelnau, który będąc dumny i odważny, nie cofnie się. A wtedy?
Zastałam ją więc rozegzaltowaną; troska i niepokój odkryła głębię jej duszy; egzaltacya wzięła górę nad rezerwą, delikatnością, która czyniła ją zazwyczaj nieco nieśmiałą, jeżeli ważny obowiązek do spełnienia nie zmieniał jej w dzielną.
Powiedziała mi wszystko, co miała na sercu co do mnie, od lat wielu. Powiedziała mi to z rozrzewniającą czułością, stanowczością, dziwną jak na nią i z gorącą wymową, która mnie przejęła. Przypominam sobie dokładnie co mi powiedziała.
Dała mi wyraźnie do zrozumienia, że byłam głupia i niewdzięczna, że otrzymałam wszystkie dary, urodę, spryt, majątek, prawość charakteru i nic z tego wszystkiego nie użyłam dla swego szczęścia w przyszłości. Wszystko zmarnowałam i doszłam do tego mając tyle darów, że można by nimi obdzielić cały pensyonat młodych dziewcząt, że jestem uprzykrzeniem dla siebie samej, a klęską dla ludzi, którzy mnie kochają. Zapewne. że moje wychowanie było opłakane. Jednakże z moją inteligencyą i z pomocą porównań z innemi, porównań, jakie musiałam czynić, — łatwo mi było naprawić to złe wychowanie, które widocznie było powodem, że stałam się ciężarem dla siebie i drugich.
W tej ostatniej sprawie ja wszystkiemu byłam winna śmierci wuja, mojej ruiny majątkowej, rozpaczy trzech kobiet, które mnie tak wiernie kochały, a może śmierci ich mężów.
Zrozumiała to wszystko bardzo dobrze i przez chwilę, niestety bardzo krótko! ujrzatam w czarnych zarysach mój egoizm, moją lekkomyślność i płochość. Już dawniej także to spostrzegłam, jak się spostrzega małą chmurkę na błękicie nieba. Jakąż wagę mogłam przywiązywać do tej plamki białawej, podróżującej przez błękity, tuż obok wspaniałego słońca na mojem niebie? Tym razem mały obłoczek stał się chmurą niosącą burzę.
Widziałam teraz jasno, że gdybym była nie uważała za jedyne szczęście w życiu świetności i rozgłosu, kochany wuj nie starałby się był za każdą cenę podwoić mego majątku, aby mi zapewnić większe powodzenie w świecie. Gdybym była choć trochę zechciała wglądać w stan moich interesów, nie byłabym pozwoliła wajowi, którego zaślepienie znałam, gdy o mnie chodziło, rzucić całego mego majątku na jedną kartę w grze z ludźmi, którzy używali kart fałszowanych. Gdybym się nie była lekkomyślnie zaręczyła z człowiekiem, którego nie kochałam, gdybym nie była dała obietnicy, którą on był w prawie uważać za uroczysta, a ja w mojej płochości uznawałam za nic nieznaczącą, nie byłabym naraziła życia i szczęścia tych wszystkich, których kochałam.
Kiedy wyszłam na ulicę, obsypana pocałunkami i oblana Izami mojej teściowej, zdawało mi się, że widzę przed sobą inną egzystencyę, która miała na celu już nie fantazyę i egoizm, lecz poświęcenie.
— Zapamiętaj sobie dobrze to zdanie, które wszystko w sobie zawiera — zakończyła moja teściowa: „Szczęście nie zależy od robienia tego, co się podoba, ale tego, co się robić powinno“. Jest to to, co nazywają duchem poświęcenia.
Ten duch był mi tak samo antypatyczny, jak suknia źle zrobiona. Jednakże, dusza moja tak zmiękła, a serce było tak upokorzone, że w obecnej chwili byłam gotowa na wszystko. Zresztą owa sroga potęga, którą Opatrznością zowią, podkreśliła jeszcze słowa mojej teściowej. Otrzymałam od niej trzy ciosy, które mnie oszołomiły i uczyniły — w danej chwili — niezdolną do owego dumnego oporu, z którym dotychczas zwycięsko stawiałam czoło wszystkim uprzejmym podszepton, tak samo, jak groźnym grymasom rozsądku.
W ciągu wieczora tego dnia, o którym nie powinnabym nigdy zapomnieć, pani Castelnau przysłała mi telegram wysłany do niej z Luksemburga przez pannę służącą, którą Albertyna z sobą zabrała: „Pan d’Hauraucourt, ranny w pachwinę bardzo ciężko. Nie może jechać. Pani zrozpaczona, ale mężna, zostaje przy nim. Doktorzy nie mogą nic orzec przed trzema dniami“.
Pani Castelnau dołączyła słów kilka do tej depeszy: „Trzeba ukryć nieszczęście przed Angelą: doktor obawia się komplikacyj. Gorączka Edwarda się zmniejsza. Modlę się całą duszą. Gdybyś mogła przyłączyć się do nas, zdaje mi się, że Bóg oszczędziłby nam gorszych nieszczęść, które grożą“.
Modlić się nie umiałam. Zresztą, czyż nie będzie lepiej powołać do czynu moją inteligencyę?
Cóż ona mi mówiła? Że istniał sposób położenia kresu tej rzezi rodziny, a tym sposobem było przyjąć tego okropnego człowieka za małżonka. Tak, zapewne, był to pewny sposób. Lecz moja pokora znajdowała się jeszcze w kolebce. I spędzić całe życie pod władzą tego tyrana!
Czy można było aż tak wiele wymagać odemnie? Tak! tysiąc razy tak. Odłożyłam decyzyę do jutra i wydałam rozkaz nie przyjmowania wizyty przyjaciela don Luiza.
Nazajutrz byłam mizerna, szkaradna. Miałam w nocy najokropniejszą zmorę. Widziałam siebie, wychodzącą z merostwa i strzelającą do don Luiza, do mera i do posagu, który wykrzywiał się do mnie w merostwie; to znowu widziałam siebie przemienioną w murzynkę i zrywającą trzcinę cukrową pod grozą bata trzymanego przez dozorcę murzynów, którego rysy podobne były do rysów don Luiza.
Przez cały dzień siliłam się, aby napisać do don Luiza. Ale po cóż mam długo opisywać katusze tych godzin nieskończonych! Byłam sama jedna; żadnego przyjaciela, któryby mnie pocieszył, a przynajmniej chciał słuchać słów moich. Dość już cierpień wyrządziłam tym, którzy mnie kochali, nic więc dziwnego, że teraz oni zajęci byli wyłącznie własnemi zmartwieniami.
Nie śmiałam nawet posyłać po wiadomości do pani Castelnau. Cóż mnie tak pozbawiało mojej zwykłej odwagi? Czy to przypadkiem nie ten wróg tajny, to znaczy sentymentalizm, który zaczynał obejmować mnie w posiadanie!
Jeżeli nie miałam odwagi posyłać po wiadomości, oczekiwałam ich niecierpliwie; serce mocniej mi uderzało za każdym odgłosem dzwonka. Czyż nowa boleść ma uderzyć w te kochające serca.... i moje także! Dzień przeszedł bez żadnego wypadku.
Nazajutrz był to dzień moich przyjęć. Można się domyślać, że dotychczas bywałam otaczaną i uwielbianą. Tego piątku, nikogo, żadnych wizyt, z wyjątkiem kilku przelotnych odwiedzin, ludzi, nie zasługujących na uwagę.
Wytłumaczyłam sobie, że moje ubóstwo i niepowodzenie były znane całemu Paryżowi i że cały świat mnie opuszczał, wyśmiewał, pogardzał mną. Ta bezczelność społeczeństwa wzburzyła mnie. I ogarnęło mnie dawne, najbardziej wojownicze usposobienie. Walka o byt ukazała się znowu w całej chwale. Czyż nie byłam zawsze tak samo piękną, czarującą nawet, pełną sprytu, talentów? Czy to rzeczywiście prawda, że jestem taka uboga?
Myśl nie płacenia długów mego wuja ani przez głowę mi nie przeszła. Ale ten podstępny jurysta może umyślnie przesadził? W takim razie, jeżeli nic się nie zmieniło, po cóż ja mam się zmieniać i z królowej, którą byłam w społeczeństwie, stawać się sługą? Czyż nie miałam dowodów, że tylko ci, którzy dużo wymagają i egoiści otrzymują wszystko, czego sobie życzą, tak samo w rodzinie jak w społeczeństwie?
W sobotę, obudziłam się dobrze wypoczęta, bardzo odświeżona, olśniewająca i wojownicza. Pan de Roselle, który pojawił się kilkakrotnie w mojej wyobraźni, podczas tych dni burzliwych, ukazywał mi się już tylko jak szary punkcik na horyzoncie. Wyliczałam dla własnej przyjemności ludzi, którzy tej zimy zdawali się mnie uwielbiać.
Wybiła godzina dziesiąta. Kobieta, przysłonięta gęstym welonem weszła do pokoju. Podniosła welon. Nie mogłam powstrzymać lekkiego okrzyku: te powieki nabrzmiałe, usta spuchnięte, cera w plamki czerwone, te czarne obwódki pod oczami z żółtym odcieniem, włosy bezbarwne, oblicze zmięte, na którem paliły się oczy w gorączce, usta zaciśnięte kurczowo: wszystko to świadczyło o bezgranicznej rozpaczy, z którą walczyć niepodobna. Była to moja kochana matka.
Brakowało jej głosu; przerażała po prostu. Co mnie najbardziej uderzyło, że suknia jej była powalana błotem. Ona i nieporządek, ona i błoto! ona i plamy! Tak mi się to wydało sprzeczne z nią samą, takie nieprawdopodobne, że nie w świecie nie było nie w stanie więcej ździwić.
Weszła krokiem szybkim, jak ktoś kogo gonią, albo kto szuka przystani, obrony, i rzuca się na oślep. Nie jestem pewna, czy mnie widziała. Upadła na fotel, raptownym ruchem zdjęła z głowy kapelusz i odpięła płaszcz. Potem ukryła czoło w dłonie i wybuchnęła płaczem, takim płaczem, jakiego nigdy nie słyszałam, konwulsyjnem łkaniem, pomieszanem z jękiem i żałośnymi okrzykami.
Serce moje i głowa były tem mocno dotknięte. Zdaje mi się, że w tej chwili straciłam zimną krew, która mnie opuszczała zawsze, gdy chodziło o żarty, ale nigdy w wypadkach ważnych. Nie wiem sama, co jej powiedziałam, ale nic mi nie odrzekła.
Usunęłam się do jej kolan. Wzięłam łagodnie jedną z jej rąk i zatrzymałam w moich dłoniach. Nie starałam się ani wypytywać, ani pocieszać. Domyślałam się, że trzeba czekać, aż się nieco ukoi ta straszna rozpacz.
Muszę wyznać wszystko. Ta szalona rozpacz istoty tak panującej nad sobą, była bardziej jeszcze zdumiewająca, niż plamy i błoto na sukni tej wielkiej pani. Czyż ta rozpacz szalona mnie także groziła?
Nareszcie łkania stawały się mniej gwałtowne, pierś lżej się unosiła. Otarła oczy popatrzyła na mnie. Biedne jej oczy, pełne rozpaczy, odnalazły błysk zwykłej swojej serdeczności.
Pierwsze jej słowa były zadziwiające i o ile mi się zdaje, najlepiej malują głębię jej duszy delikatnej, cnotliwej i będącej w wiecznej walce z całkiem naturalnym egoizmem.
— Daję ci bardzo zły przykład, moje biedne dziecko. Mam nadzieję, że Bóg mnie za to nie ukarze. Walczę już blisko od dwudziestu czterech godzin. Jestem pokonana.
Dalsze słowa były jeszcze więcej niespodziewane. Zdaje mi się, że instynktownie pragnęła oddalić myśl od chwili obecnej, bredząc nieco. Spojrzała na mnie z przejmującą czułością.
— Tak, bardzo ciebie kochałam. Widziałam ciebie bez ojca i matki, prawie dzieckiem, a już wdową, bez żadnej podpory, z duszą tak prawą, z gruntu cnotliwą, z inteligencyą tak rozwiniętą i sercem tak szlachetnem a idącą ku ruinie tego wszystkiego, dzięki owemu nierozsądnemu wychowaniu, jakie otrzymałaś! Przywiązałam się do ciebie całem sercem i kochałam cię, jak moje córki, jak moje dziecko rodzone.
Wiedziałam o tem dobrze. Objęłam jej szyję ramionami, jak gdybym była dzieckiem; okryłam pocałunkami jej powieki i czoło, pieściłam i głaskałam jej włosy, a w głębi serca miałam myśl prawdziwie niemowlęcą. Chciałam jej powiedzieć:
— Kochana matko, nie płacz, będę już bardzo grzeczna.
Fala rozpaczy wróciła, matka rzekła przyspieszonym tonem:
— Przebacz mi. Pozwól mi płakać. Po to tutaj przyszłam.
Usiadłam przy niej, prawie naprzeciw.
Zamknęłam oczy przez instynkt delikatności, aby jej nie przeszkadzać płakać swobodnie i nie wyglądać, jakbym chciała śledzić jej boleść. Ja także myślałam:
To prawda, że ona kochała mnie, jak tylko matka kochać umie, i że bardzo często w jej oczach, myślach, widziałam mniej może poufałości, lecz nie mniej uczucia, jak dla własnych córek.
One zaś kochały mnie, szczególnie Angela, także serdecznie, ale z większą już rezerwą. Ona, matka, nie zdawała się nigdy myśleć o sobie. Tam nawet, gdzie o całe szczęście jej chodziło, moje szczęście na pierwszym postawiła planie.
Z wielkim wysiłkiem otrząsnęła się znowu z bolesnego przygnębienia.
— Tylko tutaj mogę się wypłakać — rzekła mi głosem miękkim, który mnie przenikał i także rozrzewniał, — a czując, że już nie mogę się wstrzymać, przybiegłam tutaj jak szalona.
— Lecz, matko kochana — zapytałam z wahaniem — nie powiedziałaś mi, co się stało?
Zacisnęła czoło dłonią.
— Czyż nie wiesz? To prawda. Jestem rzeczywiście winną, że się tak poddaję.
Załamała ręce konwulsyjnie i ciągnęła dalej spokojniejszym głosem, ale bardzo szybko:
— Pan de Ciudad obraził wczoraj pana Castelnau, gdy wychodzili z senatu. Znasz go, jaki jest dumny i jak dba o opinię publiczną. Chociaż pojedynek sprzeciwia się jego zasadom i niedorzecznym mu się zdaje, nie zawahał się. On umie się wprawdzie bić, ale tamten, to pierwszorzędna siła, zabije go! Do tej chwili od samego rana toczą się układy. Mają jechać dziś wieczorem, sama nie wiem gdzie. Walczę od wczoraj, walczyłam całą noc, aby ukryć moją rozpacz i łzy powstrzymać. Nie chciałam ani go zasmucać, ani osłabiać jego odwagi. Nie mogłam, już nie mogłam! Ach! jakże gorąco się modliłam. Ale to mnie nie uspokoiło. Nie mogłam pójść do Angeli. nie powinna o niczem wiedzieć. Czyż ona także nie jest śmiertelnie zagrożona i Albertyna i Edward, i Norbert! Biegałam od jednego kościoła do drugiego. Ile czasu upłynęło? Nie wiem; zachowywałam się skandalicznie! Gdzie iść? Przybiegłam tutaj.
Łzy jej płynęły zawsze tak obficie, może z większą łatwością. Wzięła mnie za ręce, przyciągnęła do siebie, myślałam że weźmie mnie na kolana. Z anielską słodyczą zatonęła wzrokiem w moich oczach.
— Widzisz, gdyby chodziło tylko o śmierć, ach! mogłabym się pocieszyć. Wiesz dobrze, iż nie żyję dla tego świata i myślę ciągle o przyszłym. Wolałabym była go nie poślubiać! Ale chciałam żyć przy nim ciągle, zawsze; i wychodziłam za mąż nietylko na tych kilka lat ciężkiego istnienia, jakie mamy na tym świecie, ale, aby żyć z nim przez całą wieczność.
Porwała mnie za ręce ruchem gwałtownym.
— Czy rozumiesz teraz? Bo pojedynek dla nas, chrześcian, jest zbrodnią, a jeżeli zostanie zabity spełniając tę zbrodnię, jesteśmy rozłączeni na zawsze!
Oczy jej wyrażały w tej chwili takie przerażenie, że byłam zmuszona przymknąć powieki. Opuściła znowu czoło na dłonie i długo tak milcząc siedziała.
Ja, myślałam, marzyłam, serce moje było na wskroś przeniknione; nie było ani jednego zakątka, w którymby rzewne uczucie niepodzielnie nie panowało. To prawda, że ona kochała mnie niezmierzoną miłością.
Z biegiem myśli łatwych do zrozumienia, wspomnienie o moim wuju tak kochaJącym, przyłączyło się do myśli o tej kochającej matce. Czego on mi z siebie nie dawal, on także! a jakże się im wypłaciłam!
Uczułam w sercu rodzaj próżni i jak się mam wyrazić? jakby pogardę dla siebie samej. Ujrzałam w całej pełni swój egoizm, dziecinny despotyzm, swoje uparte wymagania i nieustanne ofiary, których wymagałam od innych na swoją korzyść.
Wypowiadam to wszystko sucho, po prostu, tak, jak mi te myśli napływały do głowy. Otrzymałam ostatni cios.
Kochana matka nie czyniła mi żadnego wyrzutu. Słysząc ją, niktby się nie domyślał, że to ja przyczyniłam się w czemkolwiek do tej katastrofy; a tymczasem ja byłam jedyną jej przyczyną.
Ta wspaniałomyślność, ta delikatność, do ziemi mnie przygniotły.
Zastanowiłam się chwilę. Nie trwało to długo. Wiedziałam, że w tej minucie decyduję o całej mojej przyszłości.
— Moja matko — rzekłam poważnie — pociesz się, nie się nie stanie. Jestem pokonana. Poddaję się. Napiszę do pana de Ciudad, że przyjmuję go, że go zaślubię!
Wyprostowała się.
— Tybyś to uczyniła?
— Już się stało — odrzekłam, zbliżając się do stołu, na którym stał kałamarz.
— Pozwól mi zastanowić się chwilę, kochana córko, mam umysł zmącony.
Podała mi obie ręce i kilka minut pozostała w zamyśleniu.
— Nie przyjęłabym tej ofiary za nic, gdybym nie wiedziała, że pan de Ciudad wart jest więcej, daleko więcej niż się nam zdaje w tej chwili. Jest doprowadzony do ostateczności. Był traktowany z początku lekko, następnie ostro, a to może służyć za wymówkę człowiekowi z subtelnem poczuciem honoru.
Znowu się zawahała.
— Poczekaj jeszcze! poczekaj, poczekaj! Trzeba się dowiedzieć, czy ofiara przyda się na co. Nie czyń nic, póki nie otrzymasz odemnie słówka na piśmie, lub mojej wizyty.
Wycałowawszy mnie z gwałtownością, która poruszyła mnie do głębi duszy, odeszła.
Może kto myśleć, że zdziecinniałam. Ale przez całą następującą godzinę nie myślałam ani o postanowieniu, które powzięłam, ani o don Luizie, ani o mojem ubóstwie, trochę tylko o panu de Roselle, a prawie ciągle o szczytności mego poświęcenia. Byłam dumna z siebie samej i szczęśliwa, że mogłam wyrządzić tę wielką radość mojej teściowej.
W dwie godziny później otrzymałam od niej następujący list, prawie nieczytelny:
„Nie mam siły pójść do ciebie moje dziecko. Tak, ty jesteś naprawdę mojem dzieckiem. Wszystkie ofiary nadaremne. Pan Castelnau czułby się zhańbiony; „tak samo, mówi, jak gdyby uprzedził żandarmeryę“. Prawie gniewał się na mnie, że byłam u ciebie. Oto już pojechał. Przysięgał mi, że ma pewność, iż wróci. Niestety! tamten jest bardzo zręczny i zażarty. A jeżeli p. Castelnau wróci dzisiaj, kto wie, czy wróci następnym razem! Podobno bowiem don Luiz zamierza ponawiać pojedynki aż do skutku. Nie przychodź do mnie; zamykam się w klasztorze, aby się modlić bez wytchnienia, aż do jego powrotu. Do jutra! mój Boże, do jutra! Udziel mi, Boże, rezygnacyi!“
Ten list wydał mi się niewdzięczny i.... irytujący. Jakto, więc taka była moja cała nagroda? Ani słowa wdzięczności ze strony pana Castelnau, który, miałam nadzieję — muszę się przyznać do tego — będzie się zachwycał mojem bohaterstwem. A on miał może żal do mnie, tak samo, jak do żony. Ona zaś nie pozwalała mi się odwiedzić!
Jeżeli tylko tyle miałam się spodziewać na drodze bohaterstwa, którą sobie wytknęłam, to nie było zachęcające. Jednakże, byłam zdecydowana. Całe to popołudnie spedziłam na ćwiczeniu się w duchu poświęcenia.
Ostatecznie, tryb życia, który wiodłam, był nie do zniesienia. Byłam jakby ciągle na huśtawce. Trzeba było z tem skończyć, albo rozkazać zamordować don Luiza, albo go poślubić.
We wtorek, w ciągu dnia, otrzymałam słówko od pani Castelnau.
„Wrócił, ranny lekko w prawą dłoń. Dziękowałabym Bogu, gdyby don Luiz nie wyrzekł okrutnym tonem: — Do widzenia! — Ani słowa Angeli i Albertynie“.
To „do widzenia“ rozproszyło ostatnie moje wahania. Napisałam do pana de Ciudad, że oczekuję na niego jutro.
Byłam olśniewająca, nazajutrz. Gruba żałoba cudownie była mi do twarzy, jak wszystkim osobom dobrze zbudowanym, a moje włosy połyskujące, czarne, usta silnie czerwone i źrenice ciemno-błękitne, uwydatniały się przy matowej barwie czarnej krepy. Moja suknia tym razem jeszcze pochodziła z pracowni Wortha; było to ostatnie szaleństwo, ostatnia ofiara, którą czyniłam muzom tualety.
W godzinie, którą oznaczyłam, zadzwoniono do drzwi. To był on z pewnością.
Moje serce nie uderzało silniej. Można było widzieć we mnie wiele błędów, ale przynajmniej jestem stanowcza. Była to pierwsza ofiara uczyniona przezemnie dla bliźniego. Zdawało mi się cudem, że odczuwam w tem pewne zadowolenie. Doprawdy, byłabym w to nie uwierzyła, a jednak tak było istotnie.
Wszedł. Był wyniosły tak samo, jak ja i tak samo zimny. We dwoje, moglibyśmy pokryć krater Etny wiecznym śniegiem. Był pełen dumnej godności, bynajmniej jednak nie impertynencki.
Ukłonił mi się z największym szacunkiem. Stałam, nie chcąc go prosić, aby usiadł.
— Jak długo jeszcze będzie trwać ta rzeź? — spytałam nagle.
Uczynił ruch ramionami, oznaczający, że to nie od niego zależało, i że to będzie trwać tak długo, jak zechcę. Zdaje mi się, że gdybym była miała w ręku rewolwer.... W gruncie rzeczy, ciężko było dawać pozór, że się sprzedaję ze strachu. A więc dopiął swego i byłam jego niewolnica, związaną na całe życie!...
Nastąpiła chwila dręczącego niepokoju... Raz jeszcze powtarzam, nie chcę nic ukrywać! Czy jeszcze się mam opierać? czy pozwolę pozabijać jedynych ludzi, którzy mnie na świecie kochali?
Zadzwoniono po raz drugi. Serce mi zadrżało, czy byłby to pan de Roselle? On, jestem pewna, że uratowałby mnie, uratowałby nas wszystkich! Była to myśl szalona... Nikt nie wszedł.
— Panie — rzekłam głosem, który przynajmniej pozostał spokojny — poddaję się, zgadzam, jestem pokonana. Pójdę do merostwa i do kościoła w dniu, który raczysz pan wyznaczyć. Ile tygodni udziela mi pan zwłoki z powodu mojej żałoby?
Mówiłam przed chwilą o wiecznych śniegach. Niechaj sobie kto wyobrazi podmuch wiatru z krainy wróżek, usuwający nagle wszystek śnieg i odkrywający natomiast wspaniały kobierzec zieleni pełen kwiatów! A jednak tak było. Nigdy nie wierzyłam w możliwość tak szybkiej zmiany wyrazu. Oblicze don Luiza wyrażało już nic więcej, prócz kurtuazyi, uprzejmości, szacunku.
Ukłonił mi się tak nisko, że myślałam, iż uderzy czołem o ziemię.
— Ach! pani — zawołał. — To wystarcza, aż nadto wystarcza. Pani mnie zawstydza, pani mnie źle zrozumiała. Błagam, niechaj pani pomyśli, że tu tylko mój honor przemawiał. Nie zna ten szlachcica hiszpańskiego, kto mniema, że on byłby zdolny zdobywać gwałtem względy damy. Mogłem wymówić w gniewie słowa, których żałuję i które chciałbym zatrzeć za cenę krwi własnej. Ten gniew był słuszny. Nie mogłem za żadną cenę dać pozoru, że chciałem sprzedać swoje nazwisko i osobę. Nie mogłem za żadną cenę pozwolić, żeby myślano, iż się niegodnie przechwalałem, oznajmiając wszędzie, że pani raczyła przyznać mi oficyalnie swą rękę. Gdy mi pani zaprzeczyła, dotknęła mnie pani w mojej prawdomowności i godności, która należy nie tylko do mnie, ale do wszystkich noszących mojo nazwisko w przyszłości, jak i w przeszłości. Raczyła pani zniżyć swoją dumę wobec mojej słusznej sprawy. I oto ja jestem pokonany. Przyjaciele pani potępili mnie. Musiałem ich za to ukarać. Jestem gotów obecnie uznać, że nie mogli postąpić inaczej, tak samo, jak ja, nie mogłem uczynić inaczej, tylko wziąć odwet.
— Jesteś pan bardzo wymowny — rzekłam zawsze z wielką oschłością. — I jakiż wniosek pan z tego wyciąga?
— Jaki wniosek? — odrzekł tym samym uprzejmym tonem. Zdaje mi się, że już pani powiedziałem. Odzyskuje pani swoją wolność. A jako najwyższą łaskę, racz pozwolić, abym dodał, że moja miłość dla niej była szczera. Nie zmniejszyła się i teraz bynajmniej. Czyż to rzeczywiście prawda, że pani nigdy mi nie sprzyjała, chociaż upowaźniłaś mnie do nadziei, że wkrótce zostanę twoim małżonkiem? Ach! błagam panią, pozwól mi myśleć, że to tylko także gniew przemawiał w ten sposób przez usta pani! Czyż nie możnaby mieć nadziei, że kiedyś....
— Nigdy — odrzekłam zimno. — Moje serce nie jest z tych, które się zdobywa przestrachem. Nie kochającą żoną, lecz niewolnicą byłabym dla pana. Uznając niegodziwość swego postępowania, odzyskujesz pan nieco mego szacunku. Oto wszystko i raz na zawsze.
Miał rzeczywiście minę zgnębioną. Może naprawdę szczerze mnie kochał. Ale nie byłam wstanie ocenić sprawiedliwie, ile dzikiej wielkości mieściło się w tej szalonej dumie hiszpańskiej.
Ukłoniłam mu się, dając mu znak, że chciałabym, aby mnie pożegnał. Wahał się, pragnąc, o ile mi się zdawało, spróbować mnie wzruszyć, bo nadto był dobrze wychowany, aby mi jeszcze grozić.
— A co byłoby nastąpiło, gdybym nie była uległa? — zapytałam.
— Bardzo możliwe — odrzekł z uprzejmym uśmiechem — żebym był stracił życie. Nie omieszkałbym zapewne, prędzej czy później, spotkać się ze szpadą zręczniejszą od mojej.
— Czy pan wie, że miałam ochotę pana zamordować?
— Miała pani do tego zupełne prawo — odrzekł z powagą.
— Albo przynajmniej, zapłacić siepaka, żeby uwolnił moich przyjaciół od pana?
— Było to nawet pani obowiązkiem.
I rzekłszy to pożegnał mnie nareszcie.
Pospieszyłam udzielić moim przyjaciołom wiadomości o tem rozwiązaniu sprawy. Przypuszczałam, że godząc się na pozostanie w niewoli przez całe życie, dla oswobodzenia innych od strapień, zasłużyłam na podziękowanie. Ale droga rozsądku i poświęcenia, coraz trudniejszą się stawała.
Owi trzej panowie wyobrazili sobie, że ich obraziłam, stając pomiędzy nimi, a ich wrogiem. Albertyna otwarcie mi napisała, że takie było przekonanie jej męża. Angela, zawsze chora i nerwowa, zdawała się obawiać moich odwiedzin. Kochana matka nie bawiła się w żadne subtelności. Była szczerze zadowolona. Przyklaskiwała memu postępowaniu, ale sama tylko. Nie ukrywała przedemną, że pan Castelnau niechętnie by mnie widział.
Przekonałam się z radością, że organizacye ludzkie, nawet najbardziej udoskonalone, nie są bez wad; i że nie ja sama byłam próżna i samolubna. To śmieszne, ale mi to dodało odwagi.
Spełniłam wreszcie czyn heroiczny, przed którym cofałam się od dni dziesięciu. Wsiadłam do omnibusu! Ach! jakże są ciężkie początki życia w ubóstwie i ileż cierpiałam w towarzystwie tych podróżnych, którzy mnie dotykali, często brutalnych, śmiesznych, lub... nie pachnących! Przez kilka dni ćwiczyłam się w ten sposób; zdawało mi się, że oszaleję!
Moja matka radziła mi, żebym pojechała rozpatrzyć z p. Desosteux moje interesy, o których pojęcia nie miałam.
Wysłałam już była naprzód do Liembrune srebro i klejnoty, pod pieczą Wincentego i Peretki. Byłam z tego teraz niezadowolona. Z taką łatwością biegłam po drodze poświęceń i taka ogarnęła mnie pasya płacenia długów, że i to byłabym sprzedała.
Cała reszta, pałac, meble, miały być wystawione na licytacyę w tydzień po moim wyjeździe.
Porozsyłałam bilety z pożegnaniem. Kochana matka przybyła mnie pożegnać. Ona jedyna! A trzy miesiące temu, miałam setki przyjaciół, którzy rozrywali sobie moje zaproszenia! To opuszczenie nie sprawiło mi takiej goryczy, jak się spodziewałam. Byłam po prostu upojona rozsądkiem; a Tonton utrzymywał nieraz, że ludzie pijani nie odczuwają zadawanych ciosów.
Wybrałam się więc do Liembrune, a w tej podróży ścigała mnie nieustannie maksyma wygłoszona niegdyś przez pana de Roselle, a która zdawała mi się wówczas równie, jak on, wstrętna: „Egoizm pociąga z konieczności w następstwie osamotnienie; przychodzi zawsze chwila, w której ludzie samowolni, dokuczliwi i despotyczni, wyczerpują nadużyciami swemi cierpliwość innych i pozostają w opuszczeniu“.
Tak więc, jak gdyby w towarzystwie siedmiu Mędrców greckich, przybyłam do Liembrune o 7 wieczorem dnia 5 marca, w sam dzień zapustnego wtorku.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.