Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część druga/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
Don Luiz wydaje na mnie wyrok.

Powtarzałam zawsze wujowi: „Nie posiadam wrogów“. Nie chciał wierzyć, że wrogowie są najpotrzebniejsi do szczęścia ludzi, a przedewszystkiem kobiet. Bez nieprzyjaciół i bez nieszczęść życie byłoby bankietem, na którym niema nic więcej oprócz słodyczy. Wrogowie są pieprzem społeczeństwa.
Miałam ich tylko trzech, a właściwie dwu i pół: Roselle, don Luiz i stary notaryusz Desosteux, który przedstawia ową połowę. Posiadałam tysiące przyjaciół, najprzód cały Paryż, który zgłosił się biletami wizytowymi, listami i osobiście u bramy pałacu; następnie, moich służących, z których pięciu co najmniej byłoby poniosło ofiarę, aby mnie tylko pocieszyć. Pani i pan Castelnau wcale mnie nie opuszczali Lord Belfort i Angela, pomimo ociężałości ciągłego macierzyństwa, pan d’Hauraucourt i Albertyna, zjawili się przy mnie z pospiechem. A więc, czy od nich wszystkich przyszedł ratunek?
Nie, to ten znienawidzony Roselle, ten dziki don Luiz — oni tylko wyprowadzili mnie z owego strasznego tunelu. Stary gderacz notaryusz, jedyny człowiek, który zawsze stawiał mi czoło, postarał się dla mnie o pierwszą pociechę.
Trzeciego dnia po pogrzebie moi przyjaciele byli przy mnie, starając się mnie rozerwać. Muszę się przyznać, że nie rozumiałam ani słowa z tego wszystkiego, co mówili do mnie przez te trzy dni. Nagle, odezwałam się głośno:
— Ależ Ros.... to znany oczywiście Roselle!
Myślano naprawdę, żem zwaryowała. Uwierzono w to stanowczo, gdy powstałam z miejsca sztywnym ruchem. Wyszłam z pokoju i wróciłam za chwilę. Trzymałam w ręku papier, na którym mój wuj pisać coś próbował. Wręczyłam go panu Castelnau, wskazując mu ostatnie wyrazy: „Byłem.... niesprawiedliwy.... względem Ros....“
— Co to ma znaczyć? — spytałam.
Po raz pierwszy okazałam rodzaj zajęcia się czemkolwiek.
— Ależ — odrzekła moja matka — to znaczy to, o czem wszyscy wiedzą: „Byłem niesprawiedliwy względem Roselle“.
— Ach, a czy wie kto, dlaczego go nie mógł znosić, on, który był najlepszym z ludzi?
— Nigdy o tem nie wspominał. Ci, co go znali w młodości, podobno się domyślali. Był bardzo zajęty panną d’Hesdigneul. Dali sobie nawet słowo. Niedługo przed dniem wyznaczonym na wesele, narzeczona zdawała się coraz bardziej obojętna i wkońcu zwróciła słowo. W kilka miesięcy później poślubiła pana de Roselle. W tem wszystkiem było wiele rzeczy, które zraziły bardzo czułe, a także bardzo dumne serce twojego wuja. Zrodziła się w nim nienawiść, równie silna jak miłość, której przedtem doznawał. Ta nienawiść, która nigdy nie złagodniała względem rodziców, nie oszczędziła ich syna.
Zdaje mi się, że to opowiadanie sprawiło mi przyjemność. Od tego momentu, oczekiwałam co chwilę na zjawienie się mojego wroga. Nie przyszedł; ta impertynencya rozbudziła moją energię.
Udzieliwszy ni powyższego wyjaśnienia, pani Castelnau rzuciła znowu wzrokiem na papier, który trzymała w ręku. I zwolna, widziałam jak bardzo bladła. Przeczytała, że jestem skazana na nędzę. Popatrzyła na mnie zaniepokojona.
Zwróciła się do swoich córek i rzekła im głosem drżącym:
— Izabela jest zrujnowana!
Nie widziałam twarzy obu moich bratowych. Kochana matka rzuciła się ku mnie i okrywała mnie pocałunkami.
— Ty wiesz, kochanko, nieprawdaż, że jesteś zawsze moją córką!
Zbliżyła się Albertyna i wzięła mnie za obie ręce.
— Pojmujesz, Izabelo, że nie zachowamy przy sobie tego, coś nam tak wspaniałomyślnie oddała.
Drżała nieco mówiąc to i miała w tem nie małą zasługę. Pani Castelnau posiadała ładny majątek. Angela Belfort i jej mąż byli do śmieszności bogaci. Lecz Albertyna miała zaledwie dobrobyt, a pozbywając się 15.000 franków dochodu, mogła się znaleźć prawie w niedostatku.
Moje serce przenikała złość; nie byłam wcale rozczulona tym dowodem przyjaźni; zrobiłam pogardliwą minę i odrzekłam sztywnie:
— Jeszcze nikogo nie proszę o jałmużnę... Oddałam wam to, co do was należało. Czułabym się zhańbiona, gdybym przyjęła choć cząstkę majątku pana d’Hervelinghem. Jeżeli nie życzycie sobie, abym się z wami przestała widywać, to tylko pod tym jedynym i absolutnym warunkiem, że nigdy mi o tem mówić nie będziecie.
Pani Castelnau przybrała wyraz wyniosły, którego nigdy jeszcze u niej nie widziałam.
— Pani d’Hervelinghem — rzekła zimno — jesteś panią swoich czynów, ale nie swego nazwiska. Nie chcemy ci dawać jałmużny, chociaż to słowo dziwnie brzmi pomiędzy nami. Ale te dobra, które nam, jak mówisz, zwróciłaś, zachowamy tylko pod tym warunkiem, jeżeli pułkownik nie pozostawił długów, które mogłyby tobie zaciężyć.
Zadzwoniłam. Ukazał się saper. Wyglądał jeszcze bardziej trupio niż przed trzema dniami.
— Mój wuj — rzekłam — pokładał w tobie całkowite zaufanie. Musisz wiedzieć, w jakim stanie są jego interesy. Powiedział on mi przed śmiercią, że czeka mnie nędza. Powiedz mi, co wiesz o tem.
— Wiem wszystko, mniej więcej. Było to w dniu pełnoletności pani. Pułkownik kazał pani podpisać papiery z upoważnieniem do sprzedaży wszystkich dóbr i do dysponowania całym pani majątkiem. Chciał dawniej kupić papiery kanału w Egipcie. Byłby zarobił setki tysięcy, miliony. Pan Desosteux się sprzeciwił. Był tam jakiś inny kanał w Ameryce, który pan pułkownik nazywał Panama. Tym razem oparł się panu Desosteux; kupił za cztery miliony dziesięć tysięcy tych papierów, o ile mi się zdaje. Sprzedał dużo dóbr z wielką stratą. Mówił, że to nic nie szkodzi, ponieważ te papiery przyniosą mu dziesięć razy więcej; miał więc tylko trzy miliony, a potrzebował czterech. Dopożyczył co najmniej milion. Gdy interesy przestały iść pomyślnie, doznał kilkakrotnie tych ataków, które go czyniły na pół umarłym. Zmusił doktora, aby mu wyznał, co to była za choroba. Słyszałem nazwę i aby nie zapomnieć, podyktowałem ją natychmiast Finetce. Oto jest notatka....
Podał kawałek papieru pani Castelnau, którą bardzo cenił; przeczytała: „Angina pectoris“.
— Tak... tak.... Z początkiem grudnia podobno źle się działo z tymi papierami Panamy. Pan poszedł do jednego wielkiego pana, który puszczał w kurs te papiery. Ten wielki pan już go był omotał, a teraz złudził go do reszty. Pan pułkownik wrócił bardzo zadowolony. Powiedział mi, że interesy się poprawią i że teraz właśnie jest chwila, żeby zakupić więcej tych papierów, bo one pójdą w górę. Udałem, że rozumiem, aby mu zrobić przyjemność. Wtedy wysłał do pana Desosteux rozkaz zaciągnięcia dużej pożyczki. Podobno, że te papiery, to tak, jak balony. Dnia 15 stycznia otrzymały cios taki, że pękły. Nie warte już były nic. Pułkownik chciał iść kopnąć nogą tego wielkiego pana. Ale na myśl, że nie będzie mógł zapłacić wszystkiego, co pożyczył i że zrujnuje nietylko panią, ale wielu uczciwych ludzi, którzy mu zaufali, chwyciła go rozpacz. Upadł na ziemię i tym razem był to już cios śmiertelny.
Wypowiedział te słowa z łkaniem, wyprostował się i dodał:
— Postanowiliśmy — Wincenty, stara Margot, Finetka, Peretka i ja — że oddamy wszystko to, cośmy zarobili, wszystkie nasze zasługi, byle tylko nie narzekano na kochanego pana. Będzie tego razem sto tysięcy franków. Pani także wszystko odda, aby pan pułkownik nie był zawstydzony tam, w górze i aby honor nie był mu odjęty przez Pana Boga, na skargę biednych ludzi.
Przerwałam saperowi. Byłam w takim stanie umysłu, że ta mowa, która do łez rozrzewniła Angelę, wydawała mi się przedewszystkiem impertynencką.
— Widzicie, moje panie — rzekłam — że nie macie się czem kłopotać, oto moi dawni słudzy płacą moje długi.
Teściowa spojrzała na mnie ze smutkiem; Albertyna odwróciła głowę, zapewne chcąc ukryć niezadowolenie. Saper zaś był przyzwyczajony traktować mnie, jak rozpieszczone dziecko.
— Przytem — dodał — gdyby pani, nie chcąc czytać setki listów, które nadeszły tutaj od dni czterech, raczyła przynajmniej przeczytać list pana Desosteux, dowiedziałaby się daleko więcej.
— Byłoby to bardzo rozsądnie, Izabelo — rzekła moja matka, ze swojem niewyczerpanem przywiązaniem do małego potworka, jakim byłam wtedy.
— Przeczytaj go więc, matko; zaraz ci ten list przyniosę.
Tego Desosteux nie dość dobrze przedstawiłam. On to trzyma ster tych zawikłanych interesów finansowych, jak biedny Tonton lubił się wyrażać. Jestto człowiek rzadki, surowej prawości, czynny, pełen poświęcenia, dobry a szorstki, działający wiele i dobrze, w przekonaniu, że postępuje doskonale. Dnia pewnego, gdy mnie zniecierpliwił — często mu się to zdarzało, ale nic sobie z tego nie robił — powiedziałam mu, że jest dzikiem, z ogonem pawia. Ten nadzwyczajny obraz wybornie go maluje.
Saper kazał napisać do niego w początkach stycznia, donosząc, że, o ile mu się zdaje, interesa wuja, zarówno jak zdrowie, znajdują się w bardzo złym stanie. W chwili śmierci wuja, posłał mu nawet telegram.
List, który moja matka zaczęła czytać głośno, nadszedł na drugi dzień po śmierci wuja. Brzmiał on:
„Pani, pułkownik Bourgongnon był bezwątpienia człowiekiem, którego najbardziej kochałem ze wszystkich ludzi. Mam jednak coś ważniejszego do czynienia, jak myśleć o mojem zmartwieniu. Tymczasem, radzę pani zająć się swoimi interesami, gdyż nic lepiej nie działa na rozproszenie smutku. Zresztą, te interesy nie są w świetnym stanie: gdybym nie był widział rzeczy jasno i nie postępował z energią, która mogła mnie skompromitować, została by pani bez grosza, a pamięć mego przyjaciela byłaby poniżona w całej okolicy, a przede wszystkiem u poczciwych ludzi, których byłby pociągnął z sobą w przepaść. Nie wiem jeszcze dokładnie, w jakiem położeniu pani się znajdzie. W każdym razie tylko pani sama będzie nieszczęśliwa; honor pułkownika zostanie uratowany.
„Dnia 5 maja, w dniu pełnoletności pani, otrzymałem od pani wuja i opiekuna rozkaz, podpisany przez panią, polecający mi sprzedać wszystkie prawie dobra pani i zaciągnąć pożyczkę na znaczną sumę. Po chwilowym oporze usłuchałem, tembardziej, że spekulacya, z powodu której uskuteczniały się te sprzedaże, mogła przynieść świetne rezultaty. Stało się przeciwnie, ale transakcye były już rzeczą dokonaną. W grudniu zeszłego roku, mój klient i przyjaciel, dając się znowu oszukać, prosił mnie, abym mu dostał jeszcze 500.000 franków i sprzedał wszystko co jeszcze pozostało. Tym razem oparłem się — nie bezpośrednio, gdyż zaślepiony pułkownik mógłby był poszukać innego notaryusza, mniej przewidującego. Przeciągałem tę sprawę, prosząc o zwłokę. Nic nie sprzedałem ani pożyczyłem i dlatego ma pani jeszcze 1,500.000 franków. Lecz pozostaje pani dłużna co najmniej 1,200.000 fr.
„Przytem, miałem przeczucie, że ta spekulacya zły obrót weźmie. To też, nie mówiąc ani słowa pułkownikowi i korzystając z rozległego pełnomocnictwa, jakiego mi od dawna udzielił, już w początkach stycznia kazałem sprzedawać zakupione przedtem akcye. Nie omyliłem się, likwidacya ogłoszona 15 stycznia, sprowadziła znaczną zniżkę papierów.
„Streszczając rzecz całą, sprzedaż tych akcyj i pałacyku, zamieszkiwanego przez panią w Paryżu, wystarczy do spłacenia długów, wynoszących około półtora miliona franków. Wtedy honor pułkownika będzie ocalony, jeżeli, jak mam pewne powody przypuszczać, nie zaciągnął po za mojemi plecami innych pożyczek. W takim razie wpadamy znowu w kabałę. Wkrótce dokładnie panią o wszystkiem powiadomię.
„Tymczasem, oto moja rada:
„Nie porywaj się pani na swoje życie. Ogranicz się natychmiast we wszystkiem, pozostawiając sobie tylko to, co koniecznie potrzebne. Nie podpisuj żadnych zobowiązań“.
Zapewniając mnie o swojem bezgranicznem poświęceniu, podpisał się wykrętasem, który przedstawiał kulę ziemską z ogonem latawca Teściowa pożegnała mnie stanowczemi słowami:
— Mamy nadzieję, Izabelo, że nie zawsze będziesz odrzucać pomoc, pochodzącą z serca. W każdym razie nie zapominaj tego, co ci powiedziałam: Cały majątek pana d’Hervelinghem, mego syna, będzie użyty na zapłacenie długów zaciągniętych na imię jego żony.
Zaczęłam postępować według rady sapera i otwierałam wszystkie listy. Nie było żadnego od pana de Roselle.
Usłuchałam następnie rady tego barbarzyńskiego jurysty. Zaczęłam robić oszczędności. Najprzód sprzedałam wszystkie powozy i konie, z wyjątkiem „Nedii“, którego nie miałam odwagi skazać na wygnanie. Kazalam ogłosić mającą nastąpić w niedługim przeciągu czasu sprzedaż pałacyku, mebli, obrazów i wszystkich drogocennych drobiazgów.
Katastrofa ta, wywołała ogromny rozgłos w Paryżu, gdzie należeliśmy do najlepszego towarzystwa. Rozgłos ten był mi obojętny.
Cały świat uznawał, że dotychczas byłam najszczęśliwszą z kobiet, że moje szczęście jest niezmierzone. Szczęście! nie posiadałam go: szczęśliwe chwile, tak, ale ich nie użyłam. Wielki majątek, wielka uroda, wielka inteligencya; na co mi się to wszystko przydało? na to, żeby skłonić do ucieczki pana de Roselle, którego rycerskość zaczynała mnie interesować i na to, żeby być prześladowaną przez pana de Ciudad, do którego powzięłam obrzydzenie od tych dni kilku.
W ośm dni po pogrzebie wuja, przyniesiono mi bilet wizytowy jakiegoś nieznajomego pana, który prosił o zaszczyt rozmowy ze mną. Przychodził w imieniu pana de Ciudad; przyjęłam go.
Był to pan, żółty na twarzy, dobrze ubrany, niski w ukłonach, widocznie z dobrego towarzystwa, który mi się przedstawił z poważną uprzejmością sekundanta. Oświadczył mi, że książę żałuje porywczości, której dał się unieść. Trzeba to wytłumaczyć miłością, którą czuł do mnie, a którą narzeczony, oficyalnie przyjęty, ma prawo wyznawać. Błagał mnie, abym go nie doprowadzała do rozpaczy i nie znieważała.
Pozostało jeszcze we mnie, pośród pustki mego serca i umysłu, poczucie prawości, które jest podstawą mego charakteru. Spostrzegłam, że jest pewna słuszność w tem, co mówi ten uprzejmy człowiek. Odrzekłam zimno, że obojętną mi jest rozpacz księcia de Ciudad, ale przyznaję, że nie miałam prawa go znieważać; to też nie omieszkam mu udowodnić, że nie miałam zamiaru tego uczynić.
W ten to sposób don Luiz, którego okrutnie nienawidziłam, — a mogę wyznać dla czego, bo moja duma z jego dumą się ścierała — w ten to sposób zaczął on rozgrzewać mój umysł, zmuszając mnie do zainteresowania się tą sprawą. Wydała mi się ona daleko ważniejszą, niż mój majątek i gderliwy notaryusz nie tyle mnie wstrząsnął swojemi groźbami, jak ten Hiszpan, który chciał odnieść nademną zwycięstwo.
Zaprosiłam don Luiza, jego przyjaciela i około tuzina moich bliskich, aby zeszli się u mnie wieczorem, 4 lutego. Ma się rozumieć, że prosiłam także teściową i obie bratowe z ich mężami. Paryż bardzo się mną zajmował. Zaproszeni stawili się na godzinę oznaczoną. Wiele osób z wyższego towarzystwa paryskiego, byłoby z chęcią zapłaciło cząstkę moich długów, aby się znaleźć na ich miejscu.
Angela i kochana matka źle ukrywały swój niepokój; nie ufały mojej szalonej głowie tembardziej obecnie, gdy się ona pozbyła wpływu mego zwykle dobrego serca. Przewidywały jakąś katastrofę; a więc naprawdę bywają przeczucia!
Don Luiz wyglądał bardzo korzystnie, pełen wdzięku. Czuł się tryumfatorem. Czy kochał mnie naprawdę? wcale się tem nie troszczyłam.
Czułam się bardzo dobrze, pełna pogardy dla losu, świata i fortuny, wyższa po nad wszystko, niezdobyta, niedotykalna. Zebranie było ponure w tym domu żałoby, którego gospodyni konie swoje sprzedawała. Każdy, tak samo jak moje bratowe, przeczuwał nieprzyjemną awanturę.
Mówiono półgłosem, jak na pogrzebie. Czekano na moją przemowę, widocznie. Myślałam o tem przez cały dzień i przygotowałam się, mówiąc sobie, że może będę zmuszona, aby zarobić na kawałek chleba, wygłaszać wykłady o prawach kobiety. Bo nic dobrze nie umiałam, z wyjątkiem gry na cytrze, a to koncertowo; ale czyż znalazłoby się w Paryżu dość uczenie, aby otworzyć kurs tej nauki?
W chwili, gdy głos miałam zabrać, przekonałam się, że zapomniałam moją mowę. Tem lepiej. Spróbuję improwizować.
— Proszę mi darować, że zgromadziłam tutaj wszystkich, aby mówić o moich własnych sprawach; wolałabym by pozostały były mojemi własnemi, lecz zmuszają mnie gwałtem, żeby się stały sprawami publicznemi, nawet europejskiemi i dlatego zaprosiłam tutaj, obok moich przyjaciół, elitę kolonii cudzoziemskiej w Paryżu.
Tryumfujący wyraz don Luiza zaczął się zmieniać w twardy. Spostrzegł, że walka jego dumy z moją jeszcze się nie zakończyła. Policzek, który mu wymierzyłam, sprawił mi przyjemność.
— Pozwoliłam, temu trzy miesiące księciu de Ciudad, uważać się za mego narzeczonego. Mogłabym powiedzieć, że pod tym względem uległam przymusowi ze strony mego wuja i wszystkoby się skończyło. Ale nie chcę czynić tej obelgi jego pamięci. Niezdolny był w czekolwiek mi się sprzeciwiać. Co najwięcej, mogę przyznać, że do tego czynu zniewoliło mnie pragnienie zrobienia mu przyjemności. Muszę bowiem oświadczyć, iż rzeczywiście nigdy nie kochałam księcia de Ciudad.
Spojrzałam na don Luiza, zadając mu ten cios, który tak stanowczo pognębiał jego miłość własną. Pozieleniał jeszcze bardziej, i silnie usta zaciskał, ale wyraz jego twarzy był znowu flegmatyczny.
— Miałam dla niego szacunek. Sądziłam, że jest człowiekiem delikatnym, dobrych manier, inteligentnym. Myślałam, że w danych okolicznościach, gdy będzie nam wolno prowadzić bardzo zewnętrzny tryb życia i czynić wiele dobrego, mógłby się stać dość znośnym mężem. Temi danemi okolicznościami był mój majątek, wynoszący cztery miliony, który według słów wuja, miał wkrótce dojść do 12 milionów.
Zatrzymałam się chwilę, sądząc, że don Luiz, który się poruszył, chciał coś przemówić. Lecz on zacisnął silniej usta, pozieleniał jeszcze więcej i milczał.
— Muszę powiedzieć po prostu, że jestem całkowicie zrujnowana majątkowo. Mój wuj, w ostatnich chwilach życia oznajmił mi to, dodając, że przyjdzie mi żebrać na chleb powszedni.
Rozległy się szmery, z czego mogłam wnosić, że większa część uczciwych ludzi, którzy się tutaj znajdowali, nie odmówi mi kredytu u swoich piekarzy.
— Wobec takich warunków, zwróciłam słowo don Luizowi. Pan de Ciudad, z uczuciem, które powinnam uważać za rycerską wspaniałomyślność, nie chciał zwrócić mi swego słowa. Zmuszał mnie prawie, abym dotrzymała przyrzeczenia. Gniewał się nawet, zapewniając, że będzie zhańbiony, ponieważ ludzie będą myśleli, że porzucił narzeczoną, gdy ona majątek straciła i że chciał tylko dla pieniędzy się z nią ożenić. To gwałtowne naleganie pana de Ciudad, nie pozostawiało mi wielkiego wyboru środków do odzyskania wolności. Pragnęłam więc państwa wszystkich zebrać u siebie, żebyście mogli wszędzie rozpowiedzieć, że to ja zrywam z księciem de Ciudad-Coeli, dla tego, że go nie kocham. To ja zrywam, nie on. W ten sposób, jeżeli jego miłość własna, której mi nie pozwolił oszczędzić, otrzyma małe zadraśnięcie, honor jego za to będzie ocalony.
— Ja sądzę inaczej — wyrzekł książę zimno — a jestem sam sędzią mojego honoru. Od dnia, w którym pani zrobiła mi zaszczyt przyjęcia mnie jako narzeczonego, uważałem się już jako jej małżonek. Oznajmiłem moje szczęście całej Europie. Nie myślałem już o niczem tylko o tem, całe moje życie zastosowałem do tej nadziei szczęścia. Nie stałem się niegodny szacunku, jaki pani miała dla mnie, nie powinienem ponosić kary dla tego, że pani jest nieszczęśliwa. Wolę niedostatek z panią, niż majątek bez niej.
Był to bardzo piękny sposób wyrażania się ale ton, gesta, fizoygnomia, kłam zadawały tym słowom szlachetnym. Czego chciał? Czy sądził, żem go oszukiwała, mówiąc o swojej biedzie? czy chciał za każdą cenę zwyciężyć mnie w tym niby pojedynku, na który ośmieliłam się go wyzwać. Byłam przekonana, że jedynie pycha mówiła przez niego. Odparłam więc?
— Powiem już tylko jedno słowo, ponieważ pan mnie do tego zmusza: co do mnie, wolę tortury zdala od pana, niż tron z panem podzielany.
— Oto, co przecina całą sprawę — rzekł stary oficer, wielki przyjaciel mego wuja.
— Panie — odrzekł książę oschle — jesteś pan bardzo stary.
Edward powstał żywo z miejsca.
— Jestem tego samego zdania; myślę tak, jak ten szanowny weteran. Nigdy też nie było zwyczajem, chyba w najodleglejszej starożytności, wydawać przymusem za mąż kobietę która tego nie chce. Może pan powie, że jeżeli ten wojskowy jest zanadto stary, ja jestem za młody?
— Nie — odrzekł gwałtownie don Luiz.
Odpowiedź ta wypadła jak kula z pistoletu.
— Faktem jest, kochany książę — odezwał się pan d’Hauraucourt ze zwykłą sobie nonszalancyą — że pomięszałeś pan zaręczyny z małżeństwem. Jest to omyłka bardzo nieprzyjemna, która daleko mogłaby zaprowadzić. Bywają podobno ludzie, którzy posyłają żandarmów śladem żon swoich, aby je przyprowadzić napowrót do domowego ogniska. Ale nie słyszałem, żeby używano żandarmów do prowadzenia narzeczonej do ślubu.
Don Luiz rzucił mu spojrzenie, które margrabia przyjął ze swoim spokojnym pół uśmiechem.
— Takie jest zdanie margrabiego d’Hauraucourt? — zapytał książę wyniosłym tonem.
— Ależ tak, wszystkich margrabiów i wszystkich d’Hauraucourtów i wszystkich uczciwych ludzi Francyi i Hiszpanii.
— To dobrze. Poddaję się. Ale jeżeli pani d’Hervelinghem mnie nie poślubi, przysięgam wobec Boga, że niepoślubi nikogo innego, gdyż pozabijam jej wszystkich konkurentów.
Te słowa uczyniły na wszystkich osłupiające wrażenie. Pan Castelnau, który milczał dotychczas, powstał z kolei.
— Doprawdy, mój panie — wyrzekł poważnie — że to przechodzi wszelkie granice. Byłem gotów współczuć z panem, gdyż w zmianie zamiarów pani d’Hervelinghem mieści się coś, co rzeczywiście może boleśnie dotknąć zakochanego. Ale pan sądzisz prawdopodobnie, że znajdujesz się wśród Czerwonoskórych. Francya posiada swoje ustawy i wyprowadza po za swoje granice cudzoziemców, którzy nadużywają jej gościnności.
— Panie, nie jesteśmy w Senacie i wykażę to panu. Powiedziałem, że pani d’Hervelinghem nie wyjdzie zamąż.
Zadzwoniłam gwałtownie. Saper i Wincenty ukazali się na progu.
— Odprowadzić księcia, a jeżeli doda jeszcze słowo do obelg. które wypowiedział, wyprowadzić go.... trochę prędzej.
Książę spojrzał na mnie z drwiącym wyrazem, tryumfował. Ukłonił mi się z szacunkiem, zarówno jak trzem innym paniom.
Pozostaliśmy przez chwilę w milczeniu. Edward, daremnie starał się mnie rozchmurzyć. Ta scena podrażniła jego angielską powagę. Nigdy nie widziałam u niego tak iskrzącego wzroku: gdyby nie moja żałoba. jestem pewna, że byłby mnie zaprosił do tańca. Panie były bardzo poważne. Rozmowa, pomimo usiłowań zawsze uśmiechniętego margrabiego, rwała się. Zostawiono wreszcie mnie samą.
Byłam szczęśliwa, że ostatecznie pozbyłam się don Luiza i z radości zrobiłam wycieczkę poza obręb mego tunelu. Odczytałam list otrzymany dziś rano od pana Desosteux.
Zaczął od tego, że radził mi podziękować Bogu, iż posiadam takiego, jak on, notaryusza. Nie zdołał jeszcze całkowicie rozwikłać interesów. ale chociaż nie chce mówić przed czasem o zwycięstwie, ma nadzieję, że wszystkie długi bedą popłacone. Wzywał mnie energicznie, abym wróciła natychmiast na wieś. Najprzód uniknę nieprzyjemności pozostawania w Paryżu w chwili, gdy będą sprzedawać moje meble, a następnie, potrzebował miewać często ze mną narady; wiek jego i zajęcia nie pozwalają mu na ciągłe wyjazdy. Mogę z całem zaufaniem pozostawić opiekę nad moimi interesami paryskimi adwokatowi Légat, którym zresztą on, pan Desosteux, obiecuje kierować.
Następstwem tego listu będzie to, że sprzedam wszystko, co tylko posiadam. z wyjątkiem czterech obrazów Lépicié, Chardin, Corot i Millet. które szczególnie są mi drogie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.