Przejdź do zawartości

Milionowa wdowa/Część druga/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles d'Héricault
Tytuł Milionowa wdowa
Redaktor Adam Krechowiecki
Data wyd. 1910-1911
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une veuve millionaire
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.
Obietnica małżeństwa.

Zadziwię wszystkich tych, którzy są przekonani, że wyjdę zamąż za pana de Roselle. Pułkownik wszystkim rozpowiada, że przyrzekłam moją rękę komuś zupełnie innemu. To prawda. Nie jestem całkiem pewna, czy serce także oddałam. Ale przyrzekłam i dotrzymam obietnicy... „z zapałem?“ nie, może nawet nie z uszczęśliwieniem, ale z przyjemnością. Nie obiecuje to księciu i mnie, przyszłości à la Filemon i Baucis. Opowiadam, jak czuję. W samej rzeczy jestem jakby zaręczona a ślub odbędzie się w przyszłym miesiącu kwietniu.
Podobno, że to najlepsza pora na podróż do Hiszpanii. Postanowiłam, że to, co Tonton nazywa miesiącem miodowym, spędzimy w Andaluzyi, na restaurowaniu starego zamku, który książę Ciudad-Coeli posiada i w którym pułkownik jest zakochany odkąd mu powiedziałam, że ostatni z Abencerages’ów „skierował tam swoje kroki“.
Niewiem nic o tem, ale wynalazłam ten sposób, aby uszczęśliwić swego kochanego. wuja... i siebie także.
A więc poślubiam pana de Ciudad-Coeli. Już o nim z lekka napomknęłam. Dość mi się podobał. Jakże być mogłoby, żeby człowiek tak dystyngowany nie podobał się kobiecie z dobrego towarzystwa? Tem więcej mi się podobał, że uchodził za pełnego rezerwy, prawie lekceważącego, a nie ukrywał się z tem, że go zachwyciłam, co złościło inne kobiety.
W Paryżu, w czerwcu, po obrazach, doznanych od Edwarda, pana d’Hauraucourt i pana Castelnau, nie licząc kułaków, które otrzymałam od pana de Roselle, nie zwracałam wcale uwagi na księcia.
Gdyśmy wrócili w październiku do Liembrune, pan de Ciudad, zaprzyjaźniony z margrabią d’Hauraucourt, przyjechał polować do pałacu Monthulin, nie zbyt oddalonego od Liembrnne, jak wiadomo. Odwiedził nas. Przekonał się, jak porządną i pewną sytuacyę mamy na prowincyi, nie wątpił już w urok naszych milionów i zaczął od zdobywania serca pułkownika.
Była to rzecz łatwa: wziął go, jak się bierze grubą rybę na wędkę. Tonton, jako stary liberalny burżuj, wymyśla w zasadzie na arystokracyę, ale nie może się oprzeć wysokiej sztuce kurtuazyi, która jest wrodzoną wszystkim potomkom starych rodów.
Książę jest z Andaluzyi, a więc tej narodowości, którą ze wszystkich cudzoziemskich wuj najbardziej łaskawie znosi. Istniało wprawdzie, jak już wspominałam, niemiłe oblężenie Saragosy i kapitulacya Baylen, ale to łatwiej znieść niż Berezynę, Waterloo, brutalność siły niemieckiej lub niewdzięczność włoską. A przytem, ten Hiszpan jest typem kurtuazyi. Przenosi swoje względy nawet na barany Tonton.
Jestem pewna, że don Luis dotychczas ani spojrzał nawet na barana. A teraz zachwycał się pięknością Dishley’ów i Sonthdown’ów, czem ostatecznie podbił pułkownika.
Ta wizyta don Luisa w naszej okolicy trwała aż do końca października i wróciliśmy do Paryża w początkach listopada. Nie było to całkiem pschutt. Lecz Angela i Albertyna miały przeszkody — Angela na pewne, a Albertyna zaczynała je mieć — i chciałam dopomódz kochanej matce urządzić się w Paryżu. Pan Castelnau został wybrany senatorem.
Od tej wizyty i od pierwszych dni naszego przyjazdu don Luis „zaprzągł się do mego rydwanu“. Naturalnie, że to są słowa Tonton. Zaczął coraz silniej ciągnąć ten rydwan, a wuj popychał koła. Co do mnie, wahałam się. Dlaczego? książę podobał mi się, ale nie zupełnie. Zapewne, że nie mogłam zamarzyć o znakomitszem nazwisku, ani o wyższej sytuacyi, ani o mężu bardziej szanowanym. Znakomitość nazwiska, tak samo, jak i człowieka, miała rozgłos prawie europejski. Przyznawał otwarcie, że majątek jego był mały i rzecz szczególna, zachował ogólny szacunek, chociaż jawnie czynił to, co zwykle potępiają, to jest: szukał otwarcie znacznego posagu.
Moje pierwsze wrażenie o nim było niekorzystne. Wydał mi się zrazu banalnym i mówiłam, że jest zakochany w różnych posagach.
Lecz wrażenie to nie długo trwała. Nie omieszkałam przyznać, że książę wcale banalnym nie jest.
Rzecz rzadka u Hiszpanów, jest blondynem słusznego wzrostu. Pan d’Hauraucourt powiada, że jest to oznaką starożytności rodu wśród grandów hiszpańskich i że wysoki wzrost i jasna barwa włosów jest cechą rasy zdobywczej Wizygotów, bez domieszki krwi maurytańskiej, cygańskiej lub żydowskiej. Tonton drwił sobie z Wizygotów, ale chwalił głośno brak domieszki krwi żydowskiej. Co do Maurów, pogardzał nimi.
Do pięknego wzrostu don Luis dołączał pańską postawę, chociaż nie posiadał owych manier magnatów francuskich, ich swobodnej uprzejmości, która charakteryzowała pana d’Hauraucourt. Okazywał ową kurtuazyę hiszpańską, która jest przede wszystkiem godnością, wypływa z silnej woli, a nie z dobroci, z pychy, a nie z wdzięku.
Tak się dotychczas myliłam na ludziach, że daremnie bym się chwaliła moją przenikliwością, Niechaj sobie myślą, co się komu podo\ba. Ale byłam pewna, że w tem oku, w tym poważnym a zimnym wyrazie, był jakiś odblask nieujarzmionej dzikości i mściwego zapału. Włosy stawały na głowie Tonton, gdym mu mówiła o Pizarze i Montezumie, zapewniając go, że Hiszpanie są zdolni do ludożerstwa i że don Luis skończy na tem, że swoją żonę na rożen nadzieje, aby ją upiec żywcem.
Pułkownik jednak lubił wszystko co jest dumne i wyniosłe, a przytem w dzieciństwie niańki kołysały go piosenką przy akompaniamencie gitary, gdzie była mowa o „starym zamku w Andaluzyi“.
Książę posiadał kilka gór nagich, pełno ruin, całą armię kóz i chudych psów, brudnych pastuchów i ten stary zamek, który zachwycał pułkownika Bourgongnon, ale który był na pół zrujnowany. Wszystko to razem, psy, kozy, pastuchy i inne stworzenia przynosiły z wielką trudnością około dwudziestu tysięcy franków rocznego dochodu. Tonton obliczał, że kosztem kilku milionów odbuduje się tę olbrzymią posiadłość, oczyści się ją, utuczy zwierzęta i ludzi, aby w ten sposób urządzić sobie małe księstwo.
Ta dzikość w charakterze, którą zauważyłam, zarówno jak te ruiny sprawiły, że don Luis stał mi się miłym. Z takim mężem, mówiłam sobie, nie będę się nudziła, a nudy, jest to jedyny wróg, którego się lękam.
Mój hidalgo nie omieszkał zrozumieć, że moja tygrysia mość łagodnieje względem niego. Poprosił uroczyście pułkownika o chwilę rozmowy. Upoważniłam wujaszka, żeby mu udzielił posłuchania i dodałam, że wolno mu kierować się swoją sympatyą do starych zamków w Andaluzyi.
Po raz pierwszy wujaszek podszedł mnie chytrze. Powtórzył mi rozmowę z księciem ozdabiając ją wszakże dyplomatycznemi barwami. Dobry, kochany wujaszek, dowiedziałam się później co go wtedy kłopotało. Ileż to boleści oszczędziłby sobie i mnie, gdyby był zrozumiał, że jestem dziwaczką tylko w wyjątkowych okolicznościach!
Nie wiem już jak zręcznymi wyrazami don Luiz się posługiwał, aby zdobyć moje dochody i moją „dyabełkowatość“, na całe życie. Można sobie wyobrazić, że powaga Tontona okazała się bardzo uroczystą w tej okoliczności.
— Mości książę — rzekł pułkownik — pańska propozycya bardzo mnie wzrusza, lecz ręka mojej siostrzenicy nie jest rzeczą, którą mogę rozporządzać. Jest sama panią swoich czynów, a to z trzech powodów: najprzód prawnie, ponieważ jest pełnoletnia, powtóre, historycznie, według zwyczaju uznanego przez wszystkie narody, ponieważ jest wdową, a po trzecie, z naturalnego biegu rzeczy, ponieważ zawsze czyniła wszystko, co jej się podoba. Jednakże, z pomiędzy wielbicieli, których wdzięki jej zaprzęgły do jej rydwanu, jesteś pan, oświadczam, tym, którego bym sobie najbardziej życzył; jeżeli mi wolno tłumaczyć sobie jej ukryte myśli na mocy pewnych wskazówek, o których pozwoli pan, że zamilczę, nie wątpię, że serce jej skłoni się do pana i że kwieciste więzy waszego dobrze dobranego związku, uwieńczą pańskie zapały.
Pułkownik nadużywał retoryki z czasów cesarstwa. Sposobność była jedyna. Don Luiz został mu rzucony na pastwę, nie mogąc się bronić. Na jego miejscu byłabym natychmiast uciekła raczej, niż naraziła się na posiadanie takiego wuja. Dałby był Bóg, żeby to był uczynił! Była to jakby ostatnia przestroga, dana mu dla jego szczęścia, a przede wszystkiem mojego!
— Zanim pan się stanowczo zobowiąże — mówił dalej pułkownik — trzeba, żebym panu zadał jedno pytanie. W lecie zeszłego roku ogłosiłem publicznie, że moja siostrzenica będzie miała do 500.000 franków rocznego dochodu. I mam jeszcze nadzieję, że tak będzie. Ale nie jestem już tego pewny. Bardzo być może, iż będzie skazana na nedzę, najakich dwadzieścia tysięcy rocznego dochodu. Uprzedzam pana o tem w tym celu, abyś pan zaprzestał swoich starań, jeżeli posag jest ważną pobudką w pańskich przysięgach wiekuistej miłości.
Don Luiz powstał z miejsca gwałtownie. Złowrogi ogień w źrenicy zaiskrzył się. Książę rzekł wyniośle:
— Odwołuję się do pana, czy to jest pytanie, które można zadać szlachcicowi? Czy nie widzi pan w tem nic obelżywego?...
Jeżeli oko Hiszpana paliło ogniem, to wąsy wuja nasrożyły się tak, jakby przebić chciały na wylot. Jeżyły się z taką samą szybkością, jak się rozpłomieniała źrenica Hiszpana.
— Eh! mój panie — rzekł wuj porywczo — nie ma się przecież zamiaru obrażać człowieka, któremu się pozwala starać o rękę siostrzenicy. Niechaj pan sobie zresztą myśli co chce, ale nie będzie powiedziane, że pułkownik Bourgongnon kogokolwiek oszukał, a jeżeli pański honor czuje się tą kwestyą dotknięty, to mój honor mi nakazuje ją postawić. Proszę więc pana odpowiedzieć mi otwarcie: Chcesz, czy nie, poślubić moją siostrzenicę z posagiem zmniejszonym do... dwudziestu tysięcy franków dochodu najwyżej?
Don Luiz przeszedł się chwilę po pokoju i wrócił na miejsce.
— Nie myśl pan — odparł — że się wahałem, lecz pragnąłem ochłonąć... Zresztą, jesteś pan człowiekiem, który potrafi zrozumieć, że można być drażliwym pod względem honoru. Odpowiadam szczerze. Gdybym przed poznaniem pani d’Hervelinghem wiedział, że majątek jej jest tak skromny, byłbym przewalczył silny urok, jaki na mnie jej wdzięki rzuciły. Marzyłem, iż znaczny majątek pozwoli mi udzielić dobrobytu setkom biednych ludzi; to marzenie mniejszą jednak na wartość od miłości, którą czuję dla pańskiej siostrzenicy i jeżeli ona raczy mnie uszczęśliwić...
Uszczęśliwiłam go. Ta bezinteresowność mi się podobała. Mój wuj, hipokryta po raz pierwszy w życiu, powiedział mi, że ta nędza, którą mi narzucał, była tylko podstępem, aby się przekonać, czy rzeczywiście don Luiz był łowcą posagowym, o co go pomawiano.
Jeszcze wtedy, gdyby mi był powiedział prawdę, uniknęlibyśmy większej części naszych nieszczęść.
Pozwoliłam więc don Luizowi uważać się za mego narzeczonego, ale pod kilkoma warunkami, dość szalonymi, które go rozgniewały. Gniew jego był mi zupełnie obojętny. Czy to jest dowód, żem go nie kochała? Zadawałam sobie nieraz to pytanie i odpowiadałam sobie, że to było tylko dowodem, iż pragnę go utrzymać w karności.
Powiedziałam mu więc, że nie przyjmę żadnego podarunku pod grozą zerwania, nienawidziłam ciętych kwiatów, a nasz mały pałacyk przy ulicy Penthievre, tak samo jak Liembrune, był pełen po brzegi różnych cennych gracików i klejnotów. Następnie, ślub odbędzie się dopiero na wiosnę, gdyż chciałam, jak mu mówiłam, zbadać jego wady ukryte.
Nigdy jeszcze nie widziano tak zadziwiających narzeczonych; dwa promienie księżyca mogą zaledwie dać pojęcie o chłodzie naszego stosunku. Ani razu nie nazwał mnie inaczej tylko pani: podałam mu rękę do pocałowania w dzień Nowego Roku. Oto były wszystkie wybryki naszych uczuć. Traktowałam go czasami jak szwagra, a czasami czynił mi wrażenie ambasadora, który przyjechał poślubić królowę przez zastępstwo. Towarzyszył mi prawie codziennie do Bois de Boulogne, na przedstawienia w teatrze, tańczył ze mną na wieczorach, a dziewięć razy na dziesięć, wchodząc lub wychodząc, składał mi ukłon, zamiast ująć moją rękę. A przecież kochał mnie szczerze, namiętnie, przynajmniej tak mi się zdawało.
A ja?
Ja nic o tem nie wiedziałam.
Dotychczasowe podstawy mego życia, egoizm, pycha, niewinne, ale pełne swobody fantazye, które odebrały kilka srogich szturchańców ostatnimi czasy, wszystko to się zacierało, ustępując miejsca pewnego rodzaju skromnym marzeniom. Wyobraźnia snuła przedemną obrazy życia domowego z mężem bardzo kochanym, dla którego miło się poświęcić, z dziećmi hałaśliwemi i ślicznemi, którym się daje klapsy i które się ubóstwia. Śniłam o życiu domowem pośród szacunku, uznania ludzkiego, życzliwości i miłosierdzia dla wszystkich. Żadnej zalotności, oryginalności, egoizmu. Być pieszczoną jak Albertyna, ubóstwianą jak Angela, szanowaną jak kochana matka!
A więc po cóż przyjmować tego biedaka? A no, jeżeli już trzeba wszystko wyznać, to dla tego, że czułam się szczęśliwą, mogąc się uwolnić od pana de Roselle. Nie znalazłam nikogo godniejszego od don Luiza i brałam go sobie.
Następnie ja także zaczęłam przywiązywać się do myśli o starem zamczysku w Andaluzyi. Odbudowywaliśmy go, mój wuj, don Luiz i ja, przeszło sto razy. Wyznaczałam także nowe linie dróg komunikacyjnych; w kraju tak dzikim była to także pewna zasługa. Zajmowałam się mocno budową pewnego mostu, który przerzucałam z rzadką śmiałością po nad przepaście. Owe inżynierskie pomysły stanowiły rozrywkę naszego narzeczeństwa. „Nasze czułe rozmowy“ miały zwykle za przedmiot najpozytywniejsze potrzeby wiejskich zaniedbanych dzieci.
Serce moje coraz bardziej rozczulało się nad dolą moich przyszłych poddanych; przygotowywałam więc proklamacye, w których wyznaczałam nagrody dla młodych dziewcząt, które najczęściej będą używać grzebienia.
Kochany Tonton ze swojej strony nie wymagał niczego więcej, tylko zaprowadzenia pięknej rasy baranów w Hiszpanii. A przecież, te wszystkie wzruszenia zmąciły się nagle w początkach grudnia. Pułkownik dnia 4 grudnia doznał nowego ataku.
Był to trzeci od naszego powrotu do Paryża. Doktor H.... szepnął: „To się za często powtarza....“ I dodał ze swoim dobrym, uśmiechniętym wzrokiem: „To jest choroba, która może trwać i dwadzieścia lat; proszę go nie kłopotać, nie robić mu żadnej przykrości, trzeba, aby się czuł jak w watowanem gniazdeczku....
— Wyperfumowanem, doktorze; widzę, do czego pan dąży, wyperfumowanem wonią Hiszpanii i baranów. Będziemy posłuszni.
Odtąd pułkownik zakładał w imaginacyi dziwy na olbrzymich przestrzeniach, które zasiewał tymiankiem i macierzanką i zaludniał angielskimi baranami, mającymi uczynić z Hiszpanii „Skarbnicę dwóch światów. i dać mi setki milionów“.
Po za obrębem tych projektów, wuj stawał się ponury. Byłam skazana na milczenie o tym przedmiocie, tak się wydawał przerażony, gdym o tem mówić zaczynała.
A moja matka, co o tem wszystkiem mówiła? Miłość jej dla męża nie zmniejszyła jej przywiązania do mnie, a zajęcia w politycznym salonie pana senatora nie przeszkadzały jej dbać o moje szczęście. Zdawało mi się, że nie bardzo lubi don Luiza. Szacowała go. Zresztą, zachowała ona niektóre z przesądów wielkiej damy i mniemała, że panna Lalande może pewne ponieść ofiary, aby wyjść zamąż za potomka królów.
Podobno don Luiz pochodził od pewnego króla Wizygotów. Ten antecesor był mi dość przyjemny, a przecież nie mogłam się zdecydować na oznaczenie dnia ślubu.
Od 14 grudnia do 15 stycznia wujaszek coraz więcej pogrążał się w smutek. 15 stycznia przyszła mu nie wiem jaka dobra wiadomość, dość, że wesołość wróciła i wróciły plany gospodarskie na łąkach Andaluzyi. Don Luiz rozpoczął na nowo zamęczać mnie z wielką galanteryą, o wyznaczenie dnia ślubu. Nie było już sposobu się cofać. Oświadczyłam, że 1 marca.... wyznaczę dzień stanowczo.
Don Luiz myślał, że z niego żartuję i usta mu pobladły. Miał w oczach błysk okrucieństwa. Zdaje mi się, że te oczy były jedyną rzeczą, która mi się w nim podobała. Podałam mu rękę z zachwycający uśmiechem.
D. 4 lutego był to poniedziałek, dzień jasny, słoneczny. Ach! nie zapomnę nigdy żadnego szczegółu dnia tego.
Po raz pierwszy byłam zdecydowana, obiecywałam sobie zostać szczęśliwą. Może to było na mnie widać. Don Luiz był rozpromieniony.
Zamierzaliśmy wszyscy, wuj, narzeczona i narzeczony, odbyć przejażdżkę do lasku. Don Luiz wróci na obiad, a po obiedzie ja „postanowię o jego losie“.
Czekaliśmy na wuja w salonie już od jakiegoś czasu. Ale czas ten nie wydawał nam się za długi. Don Luiz mówił głosem pieszczotliwym, który wzruszać mnie zaczynał. Po raz pierwszy nie obawiałam się pana de Roselle.
Otwarły się drzwi od salonu. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że można ujrzeć tak zmienione oblicze jak te, które saper nam ukazał. Stoi w obramowaniu drzwi. Jest zielony. Nie może mówić. Patrzy na mnie niewiem z jakim wyrazem, jakgdyby mnie przeklinał czy żałował. Nareszcie, mówi głosem bez dźwięku:
— Tym razem, już nie żyje!
Co ze mną się stało? Zdawało mi się, że nagle dusza moja wyszła z ciała. Nie czułam siebie. Widziałam wszystko wyraźnie, ale w tej chwili nie było to jeszcze cierpienie. Był to rodzaj somnambulizmu, ale świadomego i przytomnego. Muszę to podkreślić, aby wytłumaczyć moje postępowanie względem pana de Ciudad-Coeli, które nie było piękne.
Rzuciwszy mi ten okrzyk rozpaczy, saper uciekł. Pobiegłam ku drzwiom, które pozostawił otwarte. Zapomniałam o wszystkiem. Widziałam przed sobą twarz don Luiza, nic tylko twarz, nie tylko wyraz tej twarzy. Miałam dokładne poczucie, że pragnął wyzyskać rozpacz serca, w której się znajdowałam, aby mnie zmusić do szukania w nim oparcia.
— Niech pani nie zapomina — wyrzekł — że cały jestem jej oddany i że nikt bardziej odemnie nie pragnie i niema większych praw do dania jej pomocy w tej wielkiej boleści.
— Praw! — podchwyciłam porywczo — co to znaczy?
Gdy zaczął nalegać, usunęłam go. Zdawało mi się, że widziałam budzący się w nim wyraz okrucieństwa. Weszłam do pokoju wuja. Znajdowało się tam kilka osób, których widok powinien był mnie zadziwić, ale mnie nic nie dziwiło. Widziałam tylko jego samego i nigdy nie wyobrażałam sobie czegoś tak strasznego, jak wyraz jego twarzy.
Siedział skulony we dwoje, a ręce jego, białe jak śnieg, złożone były na kolanach; twarz była także biała i pokryta potem, który był podobny do oliwy. Przerażający wyraz jego skurczonych rysów stawał się jeszcze straszniejszy z powodu tej bladości i tego potu, który ściekał grubemi, powolnemi kroplami z tej trupiej twarzy.
Na twarzy tej był wyraz nieopisanego przestrachu. Możnaby było przypuszczać, że ujrzał śmierć, zanim skonał i że ta śmierć go pochwyciła, zadając mu nieopisane męczarnie.
Nie śmiałam dłużej patrzeć na niego i ucałowałam jedną z rąk białych.
Ręka jakaś spoczęła na mojem ramieniu. Podniosłam się jednym rzutem! Czy to nie druga biała ręka mnie dotknęła? Głos łagodny a stanowczy wyrzekł:
— Ależ on nie umarł!
Był to doktor H.... I jeszcze inna osoba się tutaj znajdowała, ksiądz! ksiądz! Ale nie mogłam niczemu dziwić się w tej chwili.
Przeszło od godziny trwał atak i zaraz stosując się do rozkazu, wydanego przez pułkownika w przewidywaniu podobnych wypadków, saper posłał po doktora. Lekarz spojrzał na chorego swojem bystrem i stanowczem okiem, zbadał go i dając bilecik Wincentemu, rzekł: Do najbliższej apteki, szybko! — a do sapera: Rozebrać go!
A teraz zwrócił się do mnie:
— Lepiej, żeby pani odeszła ztąd na chwilę, Zdaje mi się, że mogę pani obiecać, że ujrzysz go jeszcze żywym. Będziemy go teraz męczyć synapizmamni i bańkami.
Usłuchałam. Wróciłam do salonu. Don Luiz ciągle tam był. Czułam rodzaj żalu do siebie, żem się za ostro z nim obeszła. Zresztą, byłam tak dotknięta, że powiedziałam mu tylko obojętnie:
— Źle pan czynisz, że tu zostajesz....
Sama nie wiem, co mi odpowiedział. Mój umysł i słuch skupiły się na tych drzwiach, zkąd oczekiwałam znaku. Wincenty po mnie przyszedł.
— Pan się obudził rzekł.
Już byłam przy nim. Siedział otulony w kołdry, mnóstwo kropelek krwi plamiło dywan. Nic w nim żyjącego nie było, z wyjątkiem oczu, zawsze tak dobrych, serdecznych, które zwrócił ku mnie z wyrazem rozpaczy i pokory, co mi serce rozdzierało.
Po raz pierwszy wróciłam do przytomności; tak, powtarzam raz jeszcze, dotychczas, działałam jak zamagnetyzowana. Rzuciłam mu się na szyję, okryłam pocałunkami białe i zimne policzki. Dał znak, że chce sam ze mną pozostać.
Doktor mu powiedział:
— Wrócę tu za godzinę.
Uśmiechnął się smutnie i szepnął do księdza głosem bardzo głuchym:
— Proszę się nie oddalać; za kilka minut będę służył. Niech ksiądz będzie tak dobry i poczeka w sąsiednim pokoju.
Zostaliśmy sami. Dał mi znak, żebym się zbliżyła. Z trudem rozplótł palce; z błagalnym wzrokiem szeptał głosem przerywanym:
— Przebacz mi. dziecko biedne.... nadto chciałem twego szczęścia.... wynieść ciebie po nad wszystkich.... zrobić z ciebie królowe... Doprowadziłem cię do nędzy....
Grube łzy spływały wzdłuż jego policzków i pokrywały moje, które przyciągnął do swoich, aby nie widzieć mojej rozpaczy w obec podobnego odkrycia.
Wybuchnęłam nagle śmiechem, szczerze i głośno.
— I to dla tego, niemądry wujaszku, doprowadzasz się do choroby?... Ależ ja dawno już pragnę się dowiedzieć, jak to jest być ubogim. Wiesz dobrze, iż posiadam tylko jednego wroga, nudę. Zapewniam ciebie, wujaszku, że gdy będę zmuszona zarabiać na chleb, nie będę się nudzić. Jakże dobry jesteś wujaszku! Zawsze zadowalałeś wszystkie moje życzenia, nawet to!
Klaskałam w rece.
— Zapewniam ciebie, Tonton, że to będzie bardzo zabawne. Jestem zręczna, jak wróżka, nieprawda? A co powiesz na taki n. p. szyld: Pułkownik Bourgongnon i wicehrabina d’Hervelinghem, salon mód? Za rok odzyskamy nasze miliony.
Patrzył na mnie sztywnie, potrząsając głową ze smutkiem. Próbował podnieść ręce, aby mi pogłaskać policzki. Dopomogłam mu, podtrzymując mu łokcie.
— Zrujnowałem także twoją duszę i wyziębiłem serce. Co do tego, nie jestem winien. Honor tego wymagał.
Wyprostował się nieco. To słowo, to poczucie było jego życiem i teraz go galwanizowało.
— Wszyscy myśleli, że jestem bezbożnikiem. Wcale nie. Ale przysiągłem twemu ojcu i twojej matce: Żadnej czułostkowości, żadnej dewoteryi. Przeklinałem dzień, w którym to poprzysiągłem. Widziałem dobrze, iż było to głupie i niebezpieczne. Ta właśnie walka pomiędzy zdrowym rozsądkiem a honorem, zabiła mnie. Kiedy saper widział mnie tak chorym, stosownie do otrzymanego rozkazu, poszedł po księdza; jest to ksiądz rozumny i rozsądny, on wie, co znaczy honor, ale ty, co ja z ciebie zrobiłem!...
Opadł na poduszki. Zamknął oczy, a ręka jego ciągle moją zatrzymywała. Szepnął zaledwie dosłyszalnym głosem:
— To bankructwo.... sprzedałem prawie wszystko, cośmy posiadali.... aż do dziś miałem nadzieję... Nie wychodź za don Luiza... nigdy, nigdy.... przysięgnij....
Przez chwilę był zgnębiony. Lecz niebawem otworzył oczy i rzekł głosem silniejszym:
— Znam moją chorobę. Nie zawsze się z niej umiera: ale się cierpi! ach! Desosteux sam jeden zna sytuacyę. Nie wyjdziesz za mąż za don Luiza, prawda? Idź do salonu, czekaj aż ciebie zawołam. Powiedz księdzu, że go proszę, aby przyszedł.
Byłam mu posłuszna, opuściłam go, Ksiądz wszedł, a ja wróciłam do salonu. Don Luiz jeszcze tam był.
Nie ustawał w swojej dyplomatycznej kampanii i pragnął, nie skompromitować mnie, bo nadto był dumny, aby się poniżyć do hańbiącej intrygi, lecz zająć stanowczą sytuacyę w obec mnie. Stałam się aniołem cierpliwości. Chciałam go zjednać dobrocią.
— Jestem pewna — rzekłam — że potępiłbyś pan w każdym innym, niż w księciu de Ciudad-Coeli, bezczelną tyranię lub nieczułość mężczyzny, który chce zmusić kobietę, aby mu powiedziała: „Odejdź“.
Moja łagodność została źle zrozumiana. Policzki jego przeszły w pomarańczową barwę; prawie czarne plamy ukazały się w zagłębieniach, usta zbielały. Przystąpił krok ku mnie.
— Boleść tłumaczy wiele rzeczy — rzekł, w każdym jednak razie słowa te nie mogą się odnosić do don Luiza de Ciudad. Nigdy nie słyszał podobnych. Żaden mężczyzna, kimby nie był, nie zniósłby ich od narzeczonej. Zostałem tu, bo moja sytuacya mnie do tego upoważnia. Któż, jeżeli nie ja, ma prawo złożyć swoje usługi u twoich stóp?
Ponieważ dyplomacya mi nie posłużyła, wróciłam do mego zwykłego postępowania i rzekłam krótko a stanowczo:
— Mój panie, za wcześnie brać mnie w jarzmo niewoli; proszę uważać za niebyłe wszystko, co zaszło między nami. Zwracam panu słowo i moje odbieram.
Ukłonił się i zrobił krok, aby się oddalić, mówiąc:
— Jeszcze raz powtarzam, jestem nadto dobrze wychowany, aby rozumieć wzburzenie, jakie boleść wywołuje w umyśle. Będę miał zaszczyt wrócić za kilka godzin....
To niepotrzebne, drzwi pałacu będą zamknięte dla pana.
Oko hidalga zabłysło, a ja zbliżyłam się do kominka. Czułam, że do wszystkiego jest zdolny w furyi.
— Czy mogę wiedzieć powód tego postępowania.... niezrozumiałego? — zapytał głosem bez dźwięku.
— Mogę panu powiedzieć, nie czyniąc przez to uszczerbku prawu, jakie posiadają kobiety do zmiany zamiarów, skoro im się tak podoba. Otóż wuj mój przed chwilą kazał mi przysiądz, że pana nie poślubię.
Uśmiechnął się z goryczą. Gniew ustąpił miejsca ironii.
— A! a! ta przysięga nie jest równa przysiędze małżeńskiej, nie jest zapisana w niebie. I czy mogę wiedzieć powód, który skłonił tego umierającego starca do występowania przeciwko mnie?
Popatrzyłam mu prosto w oczy.
— Bo jesteśmy, on i ja, skazani na niedostatek.
Cień, jakgdyby niesmaku przemknął mu po twarzy, a potem znowu gniew wybuchnął.
— To znaczy, że pułkownik Bourgongnon chce mnie znieważyć. Ale tego nikt nie jest wstanie uczynić. Nie będzie powiedziane, że don Luiz de Ciudad postąpił jak niecny finansista, który porzuca swoją narzeczonę, gdy posagu jej zabrakło. Byłbym szczęśliwy dzieląc z panią jej majątek. Teraz pani podzieli ze mną mój niedostatek. Przysięgam, że tak się stanie, choćby Bóg sam się sprzeciwiał.
Spojrzałam raz jeszcze na niego i tym razem dobrze go zrozumiałam. Bez wątpienia on mnie kochał, ale był to przedewszystkiem człowiek pyszny. Nie chciał, żeby ktoś mógł powiedzieć, że się sprzedał, że kupiłam go za swój posag. Prócz tego, zapowiedział już całej Europie, że będę jego żoną. Trzeba żebym nią została, choćby miał mnie potem zabić.
— Odprowadź księcia — rzekłam surowo do Wincentego, który ukazał się we drzwiach.
Don Luiz się ukłonił.
— Będzie pani moją żoną — wyrzekł z zimną krwią. — Mogę to powiedzieć wobec lokaja, tak samo, jak wobec całej Francyi.
Obróciłam się do niego plecami i czas jakiś pozostałam w zamyśleniu... Ale nie miałam czasu dobrze się zastanowić.
Baltazar ukazał się znowu we drzwiach salonu. Tym razem nic nie powiedział. Nie potrzebował mówić!
Idzie przedemną jak człowiek pijany. A ja postępuję za nim krokiem pewnym. Nie płaczę, jestem twarda, zła. Nie myślę o niczem, chyba tylko o tem, że odtąd nigdy nikogo już nie będę miała, ktoby mnie kochał. Czuję, że wkraczam jakby w pustynię.
Spotykam księdza na progu drzwi pokoju wuja. Mówi do mnie łagodnie:
— Pani, trzeba być mężną, zgodzić się z wolą Bożą.
— E! co mnie to wszystko obchodzi! Wola Boga nie wróci mi już tego, który jedyny na całym świecie mnie kochał!
— Owszem, pani — odrzekł ze spokojem.
Podskoczyłam. Popatrzyłam na niego, a potem wybuchnęłam gorzkim śmiechem.
— Ach! tak, na tamtym świecie! E! proszę mi dać spokój!
Spojrzał na mnie ze smutkiem, który dobrze odpowiadał surowej jego twarzy, ukłonił się i odszedł.
Weszłam, miałam jeszcze, tak, miałam cień nadziei! może się pomylili?
Leżał wyciągnięty na łóżku z zamkniętemi oczami i spokojnem obliczem. Miał znowu swój dobry, poczciwy wyraz twarzy, jak gdyby drzemał. Wyciągnęłam piórko z poduszki i przypominając sobie, jak często budziłam go w ten sposób, otrzymując w zamian od niego uśmiech i pocałunek, musnęłam mu usta tem piórkiem i pocałowałam.... Ale on nie oddał pocałunku!
Nigdy już nie miałam otrzymywać od niego tej pieszczoty.
Przesiedziałam u stóp łóżka długie godziny, nie spuszczając z niego oczu, wierząc ciągle, że ujrzę poruszające się usta, powieki. Gdybym umiała płakać! Moje serce, przyzwyczajone od dzieciństwa do zamykania się w sobie, nie chciało się otworzyć. Mój mózg cierpiał męczarnie, których wypowiedzieć nie potrafię. Był jednocześnie przepełniony i pusty. Nie nienawiedziłam nikogo, niczego nie żałowałam, o nikim nie myślałam; wszystko straciłam.
Po upływie dwu godzin nadeszła moja kochana matka. Obsypała mnie pocałunkami, pieszczotami, czułością, pocieszała. Byłam kawałkiem drzewa, którego nie rozgrzać nie zdoła. Przeraziła się.
Podała mi papier, którego naturalnie sama nie czytała, zawierający ostatnie myśli tego słodkiego serca.
„Umieram jako chrześcianin.... pragnę być pogrzebany po chrześciańsku.... kochana Izabela doprowadzona do nędzy.... Złą zasadą jest egoizm.... Byłem niesprawiedliwy.... wobec.... Ros....“
Kochana matka miała nadzieję, że ta kartka serce mi otworzy. Dałam znak, aby mnie zostawiła samą. Zostałam przy wuju. Nadeszły zakonnice, księża, grabarze. Siedziałam ciągle w tym pokoju, w kąciku.
Finetka i Peretka mnie ubrały. Byłam na pogrzebie; bez łez, opuściłam cmentarz dopiero wtedy, gdy już nikogo nie było przy mogile. Przez cały czas ceremonii miałam tylko jedną myśl:
„On mnie kochał, kochał tylko mnie, żył tylko dla mnie“.
Przekonałam się, że był wszystkiem dla mnie i że tylko jego miałam na całym świecie. Nie dziwiłam się dziwnej rozpaczy, której doznawałam, rozpaczy spokojnej, zimnej, stanowczej i zadowolonej, że jest rozpaczą.
Prawdopodobnie miałam w pierwszych dniach chwile halucynacyi.
Oto przypomniałam sobie, że w podróży do Szwajcaryi przejeżdżaliśmy przez długi tunel; światło w wagonie zgasło. Było cał kiem ciemno, a pociąg przejeżdżał przez ten grób z zawrotną szybkością. Wyobrażałam sobie teraz, że jestem w tym pociągu i że w nim miałam pozostać przez całe życie. Już nigdy nie miałam oglądać światła dziennego.
Peretka powiedziała mi później, że kilka razy potrząsałam głową, cień uśmiechu przesuwał mi się po ustach i szeptałam:
— Jestem w tunelu!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles d'Héricault i tłumacza: anonimowy.