Milion ojca Raclot/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Milion ojca Raclot | |
| Wydawca | J. Czaiński | |
| Data wyd. | 1898 | |
| Druk | J. Czaiński | |
| Miejsce wyd. | Lwów | |
| Tłumacz | anonimowy | |
| Tytuł orygin. | Le Million du père Raclot | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
|
Emil Richebourg.
MILION OJCA RACLOT.
POWIEŚĆ
nagrodzona przez Akademię francuską.
GRÓDEK.
NAKŁADEM I DRUKIEM J. CZAIŃSKIEGO.
1898.
|
Historja którą mamy zamiar opowiedzieć, jest zupełnie prawdziwą, jest to przebieg życia wieśniaka chciwego i wielkiego niegodziwca. Mówiono nam, że tacy istnieli wszędzie, nie tylko we Francji. Człowiek, o którym mowa, zwał się Mateusz Raclot. Jego współbracia zwali go Mateuszem, później ojcem Mateuszem, aż nadszedł czas gdy nawet nosił miano pana Raclot. Nie powiemy do jakiej prowincji należał, dość będzie czytelnikowi wiedzieć, że wioska którą zamieszkiwał zwała się Aubécourt.
Aubécourt to wcale ładna miejscowość, licząca do 800 dusz, nad którą górował zamek zbudowany za czasów Franciszka I. Lecz w dzisiejszych czasach, po tylu wojnach, dawna siedziba feodalna zgrzybiała, tynk poodpadał, mur trzęsie się cały, i nie długo z tego gmachu przeszłości, nie pozostanie nic prócz wielkiej mogiły gruzów...
Wioska Aubécourt leży na brzegu małej rzeczułki, która wskutek licznych mniejszych i większych rozgałęzień, nawadnia nie jedną bogatą i obszerną łąkę. Domy po większej części stoją u stóp starożytnego zamku, a ten z swej wysokości zdaje się przypominać, że kiedyś ci, którzy się w nim chronili, byli panami całej okolicy. Wieś sama może nie wielka, za to terytorja do niej przynależne rozciągają daleko swe granice, w największej części są pokryte zbożem, a każda wyniosłość, każdy pagórek zdaje się uginać pod ciężarem winnych latorośli. Nie trzeba chyba dodawać, że wszyscy prawie mieszkańcy są rolnikami lub właścicielami winnic. Naturalnie i tam nie brak piekarza, kupca tytoniu, karczmarza, szewca, stolarza, nie brak też i biedaków, nie posiadających żadnej własności, którzy pragnąc zapracować na kawałek chleba, muszą wysługiwać się innym.
Za to nie znajdziemy tu ani jednego żebraka, gdyż tam, gdzie pracy dla wszystkich wystarczy, o nędzy mowy być nie może. We wsi, prócz jednego robotnika mającego zbyt liczną rodzinę do wyżywienia i drugiego, który wskutek ciągłej niemocy zarabiać nie może, znajdzie się chyba jaki próżniak na głód narzekający.
Rolnicy tej wsi mają się dobrze, są nawet tacy, którzy zasługują na nazwę bogatych, o tem wie każdy, gdyż dowodzą tego dostatecznie trzody bydła, owiec i koni zapełniające pastwiska.
Mateusz Raclot, syn biednego wyrobnika, był w dwudziestym szóstym roku życia parobkiem, czyli służył u jednego z najbogatszych dzierżawców kraju, i zdawał się być przeznaczonym na noszenie tej godności do końca życia.
Był inteligentny, wcale nie brzydki, umiał pisać, czytać i rachować. Wysoki i tęgi, odważny, o zdrowiu czerstwem, nie bał się pracy, miał też jedną, wielką zaletę jaką mało kto z młodzieży poszczycić się może: był oszczędnym.
Był przebiegły, chytry i obrotny jak najstarsi we wsi, to też nieraz można się było spotkać ze zdaniem:
„Pozwólcie Mateuszowi dójść do końca, u niego spryt nie pospolity“. Zarabiał dwieście czterdzieści franków rocznie, wydawał zaś jak mógł najmniej. Wszystkie pięciofrankówki które otrzymał, składał jedne na drugich, i krył dobrze, nie wiedzieć czy tylko instynktownie, czy też przed złodziejami. Trzeba było by nie miał co włożyć na siebie, by buty jego w kawałki się rozleciały, aby niezbędne zakupna poczynić. Podczas gdy większa część jego znajomych nie małą część zarobku zostawiała w karczmie, lub trwoniła na zabawie, Mateusz zbierał i chował. On się nigdy nie bawił, noga jego w karczmie nie postała, nie lubił wdawać się z rówieśnikami, choć nimi nie gardził — lecz tylko że trzeba było rozwiązać i wypróżnić woreczek.
Ludzie którzy nie znali myśli i uczuć Mateusza, wychwalali go głośno był to człowiek jakiego się nie spotyka, wzór statku i rozumu.
W niedziele i dnie świąteczne, Mateusz przepędzał wolne godziny w stajniach, pomiędzy zwierzętami, które mu były powierzone, lub też zamknięty w swym pokoju, zajęty był liczeniem swych skarbów.
Chłopiec ten, początkowo tylko oszczędny, stawał się coraz bardziej interesownym. W miarę jak jego szkatuła się napełniała, ziarno skąpstwa kiełkować poczęło, rozwijając się coraz widoczniej.
Zdarzało się, że stał nieruchomie, z rękoma złożonemi na piersiach, wzrok jego błądził po pagórkach zielonych, lub spoczywał na złotych kłosach żyta pokrywających pola. Marzył, gdyż nic nie widział... Lecz o czem?...
W takich razach myśl jego zaprzątywała chęć posiadania na własność choć kilku kwadratów ziemi, aby módz trochę pracować dla siebie, nie przestając jednak służyć innym.
Jak wszyscy wieśniacy, kochał ziemię i pieniądze..
Instynktownie stał się lichwiarzem. Może nie wiedział, że uczciwość i prawo bronią pożyczania na lichwę, w każdym razie praktykował lichwę bez żadnych, skrupułów. Uważał ją za zupełnie naturalną.
Wszyscy wiedzieli że Mateusz Raclot uskładał już nie małą sumkę, nic więc dziwnego, że w potrzebie do niego się udawano. A wtedy można było usłyszeć następującą rozmowę.
— Jakąż jest suma, którą pan potrzebuje? — pytał Raclot.
— Pięćdziesiąt franków.
— Kiedyż mógłby mi pan je zwrócić?
— Za sześć miesięcy, gdy to lub tamto sprzedam.
— To dobrze, mogę panu tę sumę pożyczyć, pan zaś mi zwróci zamiast pięćdziesięciu sześćdziesiąt.
Naturalnie że procent wzrastał w miarę pożyczki.
Zresztą Mateusz Raclot wiedział dobrze z kim ma do czynienia, gdy się znalazł w obliczu osoby nie pewnej, lub któraby jego wymagania za zbyt wielkie uważała, odpowiadał krótko i węzłowato że pieniędzy nie ma. Mateusz rozpoczął swe lichwiarskie rzemiosło wcześnie, pożyczał początkowo tylko młodym marnotrawcom, którzy zawsze pięć lub dziesięć franków potrzebowali. Kto wziął pięć po trzech miesiącach oddawał sześć, komu pożyczył dziesięć, żądał od tego dwanaście. Mateusz prędko zauważył, że takie operacje finansowe dużo przynoszą, więc je dalej prowadził.
Nawet począł się sam przed sobą usprawiedliwiać, jak mu się zdawało wcale nie źle. Mówił sobie:
— Za pieniądze można nabyć ziemię, przez uprawę ziemi, można z niej wydobyć ile się chce. Więc, ponieważ za pieniądze dostanę ziemię, trzeba by i pieniądze, które mają ją do czasu zastąpić, przynosiły tyle co ona.
Widzimy z tego że Mateusz choć nie był matematykiem, umiał podnosić do potęgi, znał siłę kapitału i niektóre środki do powiększania go.
Lecz mimo wszystkiego był chłopem; chłopem od stóp do głów, kochał więc — jakeśmy wyżej powiedzieli — nadewszystko ziemię. Gdy sposobność się trafiła, nabył istotnie trzy dobre kawałki ziemi, z małą częścią łąki, wystarczającą jednak na wyżywienie jednej krowy.
Mateusz liczył wówczas trzydzieści cztery lat, i mimowoli przyszła mu myśl ożenienia się. Oczy jego padły na Celinę Noirot, wyrobnicę, która podczas żniwa miała zajęcie przy tym samym co on folwarku. Była to dziewczyna o złotem sercu, nadzwyczaj dobra, łagodna, kochająca, na jej życiu nie było najmniejszej skazy, i choć nie była ładną, miała twarzyczkę bardzo sympatyczną.
Kończyła dwudziesty piąty rok życia, a na chęci zamążpójścia wcale jej nie zbywało. Propozycję Mateusza przyjęła ochotnie. Po pierwsze dlatego, że jej się podobał, po drugie cała wieś wychwalała go i namawiała dziewczynę do tego zamęścia.
Zresztą była zupełnie biedną, a Mateusz miał już dobrą garść uzbieranego grosza.
Wiedziała, że przy boku człowieka tak zapobiegliwego i pracowitego jak Mateusz, nie uczuje nigdy ni głodu ni najmniejszego braku.
W Aubécourt i wioskach sąsiednich było wiele dziewcząt pragnących wyjść za mąż, nie jedna z pomiędzy nich nie była brzydką, a i posąg by się może znalazł, mimo tego jednak Mateusz nie wybrał z nich żadnej, choć każda chętnieby chciała być jego żoną.
Czyżby dla tego że ją kochał. Wcale nie. Ten człowiek miał już serce mimo młodego wieku wyschłe i nie kochał nikogo.
Celinę pragnął widzieć swoją żoną tylko dlatego, że to się z jego obrachunkiem zgadzało.
Celina nie miała rodziców, mieszkała we wsi Ligoux, o milę od Aubécourt, u starej ciotki, siostry ojca. Po matce miała też krewnych, wuja i ciotkę, lecz ci od kilku lat wyemigrowali z kraju. Wiedziano że mieszkają w Paryżu, lecz jakie jest ich zatrudnienie, czy kiedy wrócą, nikt nie byłby odpowiedział, gdyż nie dawali znaku życia. Już od kilku lat nikt nie słyszał ni słowa o Juljuszu Bertrand i siostrze jego Marji. Ta ostatnia wyjechała szukać miejsca służącej i pewnie znalazła takowe w jakim mieszczańskim domu. Lecz to, czego nie wiedziano w Aubécourt ani w Ligoux możemy oznajmić czytelnikowi.
Juljusz Bertrand przyjechawszy do Paryża dostał się do odlewami. Nauczył się wkrótce odlewania i został dobrym robotnikiem. Zarabiał do dziesięciu franków, lecz to mu ledwie wystarczało, miał bowiem żonę i sześcioro dzieci, a życie w Paryżu drogie. Nie pozwalano sobie na żadne przyjemności, oszczędzano, w końcu ratowano się jak było można.
Życie Marji przychodziło lżej jak Juljuszowi. Gdy wysłużyła dziesiąty rok, miała cztery tysiące franków zaoszczędzonych i od razu znalazła męża. Był to kupiec win, mający również kilka tysięcy majątku.
Wtedy najęli ładny sklepik na rogu jednej z ulic i zagospodarowali się na dobre. Początki nie były łatwe, trzeba było dobrze myśleć aby nie stracić. Klientela rosła z dniem każdym. Marcin, mąż, wiedział jak się brać do rzeczy, a pani Marcinowa miała tak czarowny uśmiech dla każdego, że trudno było się oprzeć. Po kilku latach sklep ustalił się i zaczął się bardzo pomyślnie rozwijać.
Od rana do wieczora, widziało się przed ladą tłum ludzi popijających wino.
W miarę jak byt naszych znajomych się polepszał, zaczęto sklep rozszerzać.
Nad sklepem, na pierwszem piętrze, w sali zastawionej marmurowymi stolikami, czystej i przestronnej, widywano panią Marcinową podającą zebranym gościom obiad. Ona sama gotowała, więc zdrowo i smacznie. Postępując w ten sposób, państwo Marcinowie doszli do tego, że w chwili gdy nasze opowiadanie się rozpoczyna, obliczano ich na 150 tysięcy a nawet dwa kroć majątku.
Trzy miesiące przed słowem „małżeństwo“, które odbiło się o ucho Celiny Noirot, Mateusz Raclot odprowadzał bydło swego pana na rzeź do Paryża.
Zupełnie przypadkowo zapoznał się z rzeźnikiem mieszkającym na tej samej co Marcinowie ulicy, będącym przy tem jednym z ich najdawniejszych klientów.
Obaj siedli do kawy, niedaleko rzeźni, i rozpoczęli swobodną rozmowę.
Mateusz opowiadał o swej wsi i okolicy, w której znajdował się nie jeden bogaty właściciel folwarku.
W tem rzeźnik przypomniał sobie że pani Marcinowa, która dopóki nie wyszła za mąż zwała się Bertrand, pochodzi z tej samej wioski i niejednokrotnie o wspaniałych łąkach obfitujących w paszę dla bydła mu opowiadała. Wtedy zaczął o niej i jej mężu opowiadać Mateuszowi, a ponieważ odznaczał się nie małą gadatliwością, wszedł w ich stosunki majątkowe, napomykając również że są bezdzietni.
Mateusz słuchał bardzo uważnie, a wróciwszy do Aubécourt miał mnóstwo planów w głowie. Myślał o Marji Bertrand, o jej i jej męża majątku, często przesuwała mu się przez myśl postać Celiny Noirot i jej starej zgrzybiałej ciotki. Celina może być kiedyś spadkobierczynią wielkiego majątku, gdyż jej bogata krewna jest bezdzietną. Nim stanął na progu domu, silne postanowienie zrodziło się w jego sercu.
Ożeni się z Celiną, gdyż żeniąc się z ubogą dziewczyną, niepodejrzywany przez nikogo, zrobi doskonały interes.
We wsi nikt nie wiedział że Marja Bertrand wzbogaciła się w Paryżu, Mateusz zaś wolał się tą wiadomością z nikim nie dzielić. Wyglądał jak człowiek, któremu się życie kawalerskie sprzykrzyło, bardzo zajęty młodą dziewczyną i gdy Celina na małżeństwo przystała, postanowił interes do końca doprowadzić.
Właśnie w Aubécourt znalazł się mały domek do kupienia, Mateusz pierwszy dobił targu. Tydzień przed ślubem, kontrakt został u wójta później u proboszcza podpisany, a gdy się Mateusz upewnił że nikt mu jego zdobyczy nie wydrze, zbliżył się do Celiny namawiając ją by ciotkę Marję na ślub zaprosiła. Naturalnie o jej majątku ani wspomniał.
Dziewczyna napisała grzeczny i uprzejmy liścik, otrzymała zaś w nagrodę nader szybką odpowiedź.
Ciotka dziękowała kochanej siostrzenicy za pamięć, zaproszenie przyjęła z wdzięcznością, gdyż to ją stawiało w możności ujrzenia raz jeszcze rodzinnej wioski Ligoux. Obiecywała też udać się natychmiast po ładny podarek ślubny, mogący siostrzenicę zadowolnić.
Dwa dni przed tą wielką uroczystością, Mateusz pożegnał raz na zawsze swego pana, u którego przez ośm lat służył, a wieczorem wszedł w posiadanie swojej nowej siedziby. Wtedy, tocząc swój wzrok po ścianach domu wykrzyknął z dumą i radością:
— Przecież nadszedł dzień, w którym jestem u siebie. Nie jestem już sługą ale właścicielem!
Nazajutrz zjawiła się ciotka z Paryża. Przybyła na trzy dni, lecz doznała tak serdecznego i czułego przyjęcia, zwłaszcza od Mateusza, tak starano się jej dogodzić i niemal każdą myśl odgadnąć, że z największą przyjemnością została cały tydzień. Poczciwa kobieta nie zapomniała zaprosić Mateusza z Celiną na kilka dni do Paryża, zaraz, gdy się im tylko sposobność trafi. Mateusz wymawiał się jak mógł, bojąc się zrobić jaką różnicę, co jeszcze ciotkę więcej wzruszyło. Zaczęła tem goręcej nastawać tak, że młody człowiek wykrzyknął z uniesieniem:
— Odwiedzimy ciocię, oto moja ręka.
Podarek ślubny był wspaniały, lecz Mateusz tak olśnił swą ciotkę, że ta wyjeżdżając, wsunęła w rękę siostrzenicy banknot na tysiąc franków.
Ten nowy dar ocenili małżonkowie należycie; Mateusz ogłosił swą ciotkę najlepszą z niewiast i przesadzał w pochwałach przy każdej sposobności.
Zrozumiano łatwo ten entuzjazm. Obecnie w Aubécourt i Ligoux majątek ciotki Marji nie był tajemnicą.
— Tak — mówiono — Marcinowie posiadają dwa kroć, kto wie, czy nawet nie więcej.
— A dzieci nie mają.
— W przyszłości Celinę czeka spadek.
— To pewna że jej się największa część dostanie.
— Trzeba przyznać, że trudno o większe szczęście, jak to, którem się Mateusz Raclot poszczycić może.
Pracę dwojga małżonków można było do murzyńskiej przyrównać. Ani chwili wytchnienia, cały dzień, a nawet większą część nocy.
Mateusz, nieubłagany dla siebie samego, obdarzony zresztą niewyczerpanem zdrowiem, nie miał litości dla swej żony, nie wierząc by jej kiedy mogło sił zabraknąć.
Dla pieniędzy trzeba się chyba było rozerwać, duszę z siebie wyzionąć.
Zresztą, Celina z dniem każdym stawała się bardziej do męża podobną.
Tak jak Mateusz zaczęła pragnąć i żyć dla zysku.
Oboje pragnęli majątku.
Odmawiali sobie wszystkiego, nawet rzeczy najniezbędniejszych, a gdy pewną sumę uskładali, kupowali kawałek gruntu, który do reszty swych posiadłości przyłączali.
Lecz dla tego kawałka ziemi trzeba było pracować jak wół; Celina nie ustawała, lecz ta praca podkopywała jej zdrowie. Zajęcie około siebie i własnego domu było bardzo niewielkie, lecz skończywszy je, udawali się na robotę, tam gdzie ich ręce były niezbędne. Nigdy jednego dnia nie stracili. Zresztą dla czegoż mieli w domu siedzieć. Płacono im dobrze, a żywiono jeszcze lepiej. O! państwo Mateuszowie szukali zajęcia tylko tam, gdzie dobrze jeść dawano. Przy tem Mateusz nie zaprzestał swych dawnych operacji lichwiarskich. Zysku potrzebował, a każdy środek do zysku prowadzący uważał za dobry.
W domu, czuł się brak wszystkiego. Nie było bielizny, sukien, Mateusza ubranie to jedna wielka łata, a z koszul strzępy.
Celina, dawniej trochę zalotna, ogromnie starannie ubrana, wyglądała teraz jak żebraczka, miała ledwo jedną suknię, w dość dobrym stanie, którą wdziewała, gdy szła na Mszę św. w niedzielę. Czasami odważała się rzec mężowi:
— Mateuszu trzebaby przecież to lub tamto kupić.
Mateusz podnosił ramiona i odpowiadał:
— Och! mamy jeszcze dość czasu. Do pracy w polu nic nam lepszego nie potrzeba. Jak te się zniszczą, to pomówimy.
I biedna kobieta musiała noce całe przepędzać na naprawkach, łataniu i cerowaniu.
Celina starzała się z dniem każdym, jej młodzieńcza świeżość już znikła bezpowrotnie, niedyskretne żyłki i zmarszczki napełniły jej czoło i lica, zaczęły jej padać włosy, zębów miała coraz mniej, skóra wyciągnęła się, straciła elastyczność, co ją wszystko prędzej do skieletu jak do człowieka robiło podobnem.
Mateusz za to, wyglądał zawsze jednakowo. Włoska jednego mu nie brakło, broda zatrzymała dawną czarność. Praca bez końca zdawała się go podtrzymywać. Ten człowiek był zbudowany tak, że mu śmiało sto lat życia można było wróżyć. Wydawał się wykuty z żelaza.
W szóstym roku małżeńskiego pożycia, Celina wydała na świat córkę, lecz tak małą, bezkrwistą i słabiutką, że rozumna matka oświadczyła wręcz, że w jej życie nie wierzy. Lecz cóż było robić, Bóg dał, trzeba więc było starać się nędzne życie dzieciątka podtrzymać.
Istotnie, szkoda było śmierci dzieciny, której buzia była już bardzo ładniutką. Lecz nowe zmartwienie... Gdy Celina podała pokarm dziecięciu, to straciło resztę sił, gdyż matczyna pierś była zupełnie suchą, bez kropli mleka. Nic dziwnego, organizm biednej kobiety był już zupełnie wyczerpany.
Mateusz skrzywił się niemiłosiernie.
— Trzeba będzie na flaszeczce ją wychować — odezwał się.
Celina zmartwiona płakała gorzko. Zwróciła swe oczy na Mateusza i rzekła stanowczo:
— To dziecię nie może być flaszką karmione. Jeśli chcesz, Mateuszu, by twa córka żyła, trzeba jej wziąć mamkę.
— Mamkę — powtórzył — toż to trzeba jej będzie płacić przynajmniej piętnaście franków miesięcznie.
Lecz kobieta mówiła zupełnie stanowczo, trzeba ją słuchać i poddać się nieubłaganemu losowi.
W samem Aubécourt znalazła się kobieta mająca dwumiesięczne dziecko, a pokarmu tyle, że dwoje dzieci doskonale karmić mogła. Z największą chęcią zaopiekowała się dzieckiem małżonków Raclot. Mała Marta została więc jej powierzoną.
W niejakim czasie, Marcin, kupiec wina, umarł. Wdowa wezwała co prędzej Mateusza do Paryża. Potrzebowała go, jak i jego rady koniecznie.
Mateusz przyjechał z obliczem zastosowanem do okoliczności. Był nawet dość dobrym komedjantem by zapłakać, on, który pewnie od dzieciństwa jednej łzy nie uronił.
Zabawił trzy dni u ciotki, lecz w każdym razie coś postanowiono. Czyż trzeba upewnić, że od sześciu lat które był żonatym, nie zaniedbywał swej ciotki, ciotki po której śmierci wyczekiwał spadku.
Mateusz umiał tak dobrze kryć swe zamiary pod maską dobroduszności i skłonności, że potrafił się wkraść zupełnie w łaski i zyskać zaufanie, poczciwej kupcowej. Udając doskonale, że mu tylko o spokój i interes ciotki idzie, krył swe niecne zamiary. Od czasu zamęścia, a nawet wcześniej, rozpoczął swój plan, który do końca pragnął doprowadzić.
W testamencie Marcinowie zapisali wszystko temu z pomiędzy siebie, kto drugiego przeżyje, bez żadnych zastrzeżeń.
Podczas gdy pani, Marcinowa sprzedawała wszystko w Paryżu, zamieniając na gotówkę, Mateusz kupował w Aubécourt w imieniu ciotki ładny dom, a ten po niezbędnych poprawkach, do których się niezwłocznie wzięło, wyglądał jak ładna siedziba mieszczańska.
Wdowa ceniła wysoko swego siostrzenica Raclot, i nie było według jej zdania człowieka inteligentniejszego, znającego się lepiej na interesach; wszystko co powiedział, zgadzało się z jej zapatrywaniem, w każdym razie można było zasięgnąć jego rady; jednym słowem, dla niej Mateusz był wyrocznią.
Pani Marcinowa była na wyjezdnem, gdy otrzymała list Mateusza:
— „Wszystko gotowe“.
Przybyła do Aubécourt, zapominając, czy pragnąc zapomnieć, że w Paryżu zostawał jej brat, który nie długo będzie mógł pracować, jej bratanki i bratanice, którym nie raz przychodziło walczyć ciężko z nędzą.
W gruncie rzeczy, była to nie zła kobieta i miała dobre serce. Nieraz dopomagała bratu, który może nadużył trochę jej wspaniałomyślności; w każdym razie siostra nie mogła powiedzieć, że zbyt częste proźby ją zniechęcają; przecież jej majątek pozwalał na jałmużnę nie tylko swoim ale i obcym. Lecz Mateusz Raclot uwinął się dobrze.
Dwanaście lat minęło.
Mała Marta pielęgnowana starannie przez swą mamkę, straciła znamię słabowitości i braku krwi, z dziecka wyrosła na panieneczkę, a na tej twarzyczce jasnej i promiennej, samo zdrowie zakwitło.
Była ładną, tak ładną i miłą, jak rzadko dziewczynka w jej wieku, i w miarę jak rosła, piękniała jeszcze.
Była łagodną, uprzejmą, o ogromnie czułem na nędzę ludzką sercu, o charakterze bez skazy.
Ciotka Marja ją ubóstwiała, cieszyła się szczególnie, gdy widziała ją dzielącą się z innemi dziećmi, a nawet rozdającą wszystkie łakocie, któremi jej kieszenie napełniano.
— Och! jakie dobre, złote serduszko — zwykła mawiać staruszka.
Lecz trzeba się było z swą ukochaną rozłączyć, nadszedł wiek nauki i pracy. Rodzice oddali Martę do jednego z najlepszych zakładów naukowych, kierowanego ręką zakonnic. Ciotka sobie tego życzyła. Ojciec Mateusz, gdyż tak go teraz zwano, nie mógł się sprzeciwiać, ciotka bowiem wszystko płaciła.
Marta była od dwóch lat na pensji i właśnie po raz pierwszy do Komunji św. przystąpiła, gdy ciotkę jej Bóg do siebie powołał. Jak się tego łatwo można było domyśleć, cały majątek przeszedł testamentem w ręce pani Celiny Raclot.
Juliusz Bertrand wraz z całą rodziną był zdumiony i przerażony.
Żyć tak długo w nadziei mniejszej nędzy i nie otrzymać nic, było dla biedaków ciosem, równającym się uderzeniu gromu.
Lecz cóż poradzić? Co czynić?
Kto wie czy spadek nie został wyłudzony, lecz jak to dowieść?
Testament przez notarjusza podpisany był w obliczu spadkodawczyni i dwóch świadków. Nieszczęśliwi Bertrandowie zostali zupełnie pominięci.
Nie pozostawało im nic, jak westchnąć i spuścić smutnie głowę.
W Aubécourt i Ligoux ludzie uczciwi drżeli z oburzenia.
Uczynek pani Marcinowej był istotnie karygodnym.
Sprawiedliwość wymagała, by Raclot zwrócił jakąś część Bertrand’om, do których miała należeć większa połowa majątku. Ludzie szemrali z cicha, za pokrzywdzonym jednak głośno nikt się nie ujął i oni tylko mieli powód skarżyć i upominać się.
Już od dość dawna ojciec Mateusz wyszedł z łaski współbraci, lecz nigdy nie szarpano sławy jego tak dotkliwie. Jego jednak mało obchodziły, choćby najbardziej niepochlebne pogłoski. Miał spadek w ręku, a jako bogacz, mógł śmiało urągać opinji publicznej.
Po ciotce odebrał przeszło dwa kroć franków. Ziścił się najpiękniejszy jego sen! Mając taki majątek, stawał się najbogatszym panem w okolicy.
We dwa lata później Mateusz owdowiał. Nie bardzo posmutniał. Sam był zdrów jak ryba, wyglądał czerstwo, nie bał się więc śmierci. Zresztą miał pełne szkatuły, biurka i szafy, a cóż lepiej jak złoto żonę zastąpić może? Żona... cóż to za strata?... Pieniądz to szczęście... to raj!...
Majątek jego wzrastał, powiększał się z dniem każdym. Ziemię zawsze lubił, więc skupywał dobra jedne po drugich. Zdawało się, że marzeniem ojca Mateusza jest, wejść w posiadanie terytoriów Aubécourt, Ligoux i całej okolicy.
Już nie pracował, bo i po cóż? dawny wyrobnik, chłopak stajenny, miał podwładnych bez liku, dawniej pracował dla innych, nadszedł dziś czas wypłaty!
Cały oddany rachunkom i obrotom finansowym, nie miał czasu, ani też pragnął zajmować się córką, która kończyła edukację u sióstr dominikanek. Tam jej było najlepiej, inaczej ojcu by pewnie przeszkadzała w zajęciach.
Młode dziewczęta są czasem zanadto ciekawe, chciałyby o wszystkiem wiedzieć, zadają tysiące pytań, czasem nader kłopotliwych.
Marta czuła dobrze, że ojciec mało o niej myśli, lecz za to miłością gorącą otoczyły ją przełożone i rówieśnice. Nic dziwnego, była jedną z najlepszych uczennic, pracowita, pragnęła wiedzy, to też wkrótce odebrała wykształcenie gruntowne. Mówiła dobrze kilku językami, grała ślicznie na fortepianie, rysowała i malowała. A nadewszystko miała śliczny sympatyczny głosik, którym każdego do łez wzruszyć mogła.
W siedemnastym roku życia, złożyła wszystkie egzamina i została nauczycielką.
Robak skąpstwa toczył oddawna wnętrze pana Raclot, lecz ten człowiek miał inne jeszcze wady, był ambitnym bez miary, pomiatał innymi, pycha go nadymała.
Uznał niebawem że domek pani Marcinowej, do którego się niezwłocznie po jej śmierci sprowadził, jest za mało wspaniałym i nie ma wyglądu siedziby wielkopańskiej.
Właśnie w tym samym czasie, można było nabyć zamek Aubécourt z przyległościami, pan Mateusz się zaraz zgłosił i kupił za pół darmo.
Kilka lat przed tem powiedział sam do siebie:
— Chcę posiadać milion!
Posiadał go dziś istotnie.
Od dziś, nikt by nie śmiał inaczej jak „wielmożnym panem Raclot“, tytułować dawnego Mateusza. Marta właśnie kończyła siedemnasty rok życia.
Skończyła wreszcie nauki i wracała do ojca.
Mateusz Raclot doszedł do olbrzymiego majątku, ale jak? Każdy grosz jego krzywdą ludzką zmazany, piekłby innego w palce, dla złota nieszczędził ni oszustw, ni lichwy, ni grabieży.
Nie jednego zrujnował na zawsze; miał milion, za którym stał tłum ludzi wynędzniałych, głodnych, obdartych, których jęki i łzy odbijały się o tron Najwyższego!
Dziś znano go, wiedziano co to za człowiek, nikt też nie śmiałby go nikomu za wzór postawić.
Że to był nędznik, wiedziano powszechnie. Nikt go nie szanował, a każdy przeklinał, lecz wszyscy myśleli tylko, głośno nikt się nie odzywał. Był to bowiem bogacz, a takich nieprzyjaciół trzeba się strzedz.
Nikt się do niego nie garnął, unikano go powszechnie, lecz gdy kto go na swej drodze spotkał, odzywał się, grzecznie kłaniając:
— Dzień dobry panie Raclot! Do usług pana! Upadam do nóg!
O! siło niezwyciężona! Kto cię posiada, korzy przed sobą tłumy, zamienia ludzi uczciwych w podłych niewolników.
Mateusz Raclot żył sam w swym zamku, jak niedźwiedź w swej norze. Nic dziwnego, nie przyjmowano go nigdzie, nie miał też komu domu otwierać.
Jemu z tem było dobrze. Wystarczało dlań spojrzenie na te pola i łąki rozciągające się do końca widnokręgu i rzec do siebie, „wszystko to moje!“ aby serce radością i szczęściem napełnić. Powrót Marty, zmienił trochę życie w zamku, z młodą dziewczyną przybyła wesołość, ruch i choć cień tylko swobody.
Dzieweczka wiedziała że ojciec jej jest majętnym, lecz ani okrągłej sumy nie znała, ani też przypuszczała jakimi środkami ów majątek został zdobytym. Nie wiedziała również, że cała okolica, wszyscy co go otaczają nienawidzą go i brzydzą się nim. Marta nie zmieniła się wcale. Była zawsze skromną dziewczyną, łagodną, bez cieniu dumy i wyniosłości, a że miała serce tkliwe, uczuła wkrótce że otacza ją ogromny chłód, który ją mroził i dziwił.
Nieraz było jej tak smutno, że zdawało się że serce zamrze w piersi, gdy spostrzegła, że każdy unika jej, lub przystępuje z nietajoną trwogą.
Jeśli się zbliżyła kiedy do której ze swych dawnych znajomych i przyjaciółek, ta spoglądając z nieufnością nie śmiała doń przemówić.
Biedna Marta pragnąca kochać wszystkich, czuła, że nikt nie odpłaca jej wzajemnością.
Martwiło ją to bardzo.
I nieraz lała łzy obfite, widząc że tak ją źle rozumieją.
Tylko serce jednej kobiety w Aubécourt, nie zmieniło się dla Marty. Jej dawna mamka pozostała jej wierną. Tak, tylko stara Brygida nie sprzedawała pieszczot, czulszych spojrzeń i całusów. Marta mogła powierzyć swej starej „matusi“ wszystkie troski i cierpienia swoje, gdyż ona jedna ją rozumiała.
Ile razy dzieweczka nazwała ją „matką“ dwie łzy jak groch stawały w oczach staruszki.
Brygida, zasypywana pytaniami natrętnej pieszczotki, wykręcała się jak mogła; bo i jakże powiedzieć Marcie: ludzie brzydzą się twoim ojcem, nie dziw, że i na cię patrzą z nieufnością.
— Widzisz moje dziecko — mówiła — ciebie wychowano w mieście, jesteś taką śliczną, dobrą, rozumną, że twoje dawne znajome muszą czuć mimowoli szacunek.
— Przecie ja pierwsza podaję im rękę, chcę je uściskać, żyć jak dawniej, a one...
— To nie ma nic do rzeczy — przerywała mamka — one czują dobrze różnicę między panną Raclot, a wieśniaczkami. Bardzo to dobrze, że cię od zbytecznej poufałości wstrzymują.
Marta z westchnieniem spuszczała oczy.
Poczciwa mamka przyciskała wówczas głowę dziewczęcia do piersi, pokrywała jej czoło i lica gorącymi pocałunkami i szeptała do siebie:
— Biedactwo, jak ją mało znają.
Pomiędzy panienkami z klasztoru, była jedna, którą Marta szczerze pokochała. Była to Matylda Santenay, córka generała brygady, o kilka miesięcy od Marty starsza. Marta i Matylda żyły razem, kochając się jak siostry.
Generał de Santenay był wdowcem; mieszkał o kilka kilometrów od miasta, lecz nie posiadał takiego zamku, ani dóbr tak rozległych jak pan Mateusz Raclot.
Przeciwnie, rezydencja pana Santenay do najskromniejszych mogła być policzoną, gdyż generał nie był człowiekiem majętnym. Był już dla podeszłego wieku spensjonowanym, miał przeto sześć tysięcy rocznego dochodu, ale nic po za tem. Nie mógł nigdy oszczędzać, gdyż mając dzieci, łożył na ich wykształcenie. Matylda miała brata o ośm lat starszego, który nie mało kosztował ojca, trzeba było utrzymywać go w szkołach, później na uniwersytecie, gdyż młody Jerzy Santenay poświęcił się politechnice. Licząc dwadzieścia sześć lat życia, został inżynierem i jakby przez szczególną łaskę znalazł zatrudnienie, w prowincji, zamieszkiwanej przez ojca.
Jeśli ojciec kiedy poświęcał się dla syna, nie potrzebował tego żałować, gdyż młody człowiek nagradzał go sowicie pracą, zapobiegliwością i wdzięcznością. Jerzy miał już ładną pozycję, nie potrzebował walczyć, tylko uczciwie iść naprzód aby przyszłość sobie zapewnić.
Stary generał i bez tego mógł być o los Jerzego i Matyldy zupełnie spokojny. Dzieci jego bowiem miały bogatą ciotkę w osobie starszej siostry matki, która dzierżyła w swym ręku ogromny majątek.
Panna Lormeau była niemłodą, gdy dorobiwszy się w Paryżu uczciwą pracą kilko-krociowej fortuny, przybyła w okolicę zamieszkałą przez generała.
Całe życie zajęta w mieście, początkowo jako krawcowa później jako właścicielka jednego z najbardziej uczęszczanych magazynów konfekcji damskich, pragnęła przy schyłku życia odetchnąć świeżem wiejskiem powietrzem.
Panna Lormeau nie miała bliższych krewnych nad generała i jego dzieci, i już dawno oświadczyła, że majątek podzieli na połowę między Jerzego i Matyldę. Czekała tylko sposobności, wierząc, że przyjemniej uszczęśliwiać za życia, jak po śmierci.
Marta widziała Jerzego kilkakrotnie w rozmownicy klasztornej, gdyż młody chłopiec często odwiedzał swą siostrę.
Nawet rozmawiała z nim, naturalnie zawsze w obecności Matyldy, gdy im pozwolono przejść się we troje po klasztornym ogrodzie. Młodzi ludzie widzieli się również u generała, ale już o wiele swobodniej.
Pan de Santenay wiedział, że przyjaciółka jego córki nigdy nie wychodzi z klasztoru. Święta, Nowy Rok, a nawet wakacje zwykła przepędzać za murami. Przykro mu się zrobiło, zwłaszcza że Matylda, ilekroć klasztor opuściła, błagała ojca, by Martę do siebie zaprosił. Ojciec chętnie się zgodził, pomówił z zakonnicami, lecz te, bez zezwolenia ojca panny Raclot nikomu powierzać jej nie śmiały.
Marta napisała kilka słów do Aubécourt, na które zjawiła się niebawem odpowiedź. Pan Raclot dziękował generałowi de Santenay i jego córce za zainteresowanie się Martą, zaznaczając, że nie ma nic przeciw bywaniu dzieweczki w tak godnym domu.
Odpowiedź sprawiła żywą radość panienkom. Od tej chwili i Marta w niektóre dnie opuszczała klasztor.
Tak była pieszczoną i przyjmowaną w domu generała, że można ją było uważać za drugą córkę. Panna de Santenay wyszła z klasztoru wcześniej od Marty. Lecz rozłączenie nie ostudziło ich serc w przywiązaniu. Ile razy zdarzyła się sposobność, Matylda odwiedzała przyjaciółkę, zapraszając ją jak dawniej na święta i wakacje do siebie.
Młody inżynier mógł w tym roku częściej spotykać Martę, widywał ją ilekroć wyszła z klasztoru, gdyż Matylda uprzedzała go zawsze listownie. Jerzy spieszył do domu i przybywał na czas.
Czyż trzeba upewniać czytelnika, że Jerzy de Santenay, widząc tak urocze zjawisko, nie mógł pozostać długo nieczułym. Prawie już od roku kochał ją, tą pierwszą młodzieńczą miłością, która w kraje zaczarowane prowadzi, kochał ją szczerze, gorąco, namiętnie, żył tylko dla niej, dla niej oddałby życie.
Kochał Martę, lecz bał się jej wyznać, bo skądże pewność że go nie odtrąci, że zechce go usłuchać, że za uczucie uczuciem odpłaci. Jerzy tej pewności nie miał, więc tłumił w głębi serca miłość, jako skarb najkosztowniejszy.
Lecz gdy przyszło mu na myśl, że panna Raclot opuszcza już klasztor, że może jej nigdy nie obaczy, krew uderzyła mu do głowy. Wróci do ojca, jest piękną, bogatą, cnotliwą, niejeden o jej rękę poprosi... a wtedy... ta myśl była tak okrutną, i taki żywy ból Jerzemu sprawiła, że dłużej niemógł panować. Maska spadła nareszcie.
Wówczas z trwogą i nieśmiałością, jakie zwykle znamionują prawdziwie zakochanych, udał się do swej siostry. Nie miał odwagi powiedzieć Marcie, że ją kocha, ubóstwia; siostrę obrał za powiernicę, jej odkrył serce, ją prosił o wybadanie przyjaciółki, o odpowiedź. Los się jego rozstrzygał. Zostanież mu rozpacz, czyli też nadzieja?
— Braciszku mój — rzekła uśmiechając się siostra — nie od dziś znaną mi jest twoja tajemnica, zdaje mi się że i ojciec coś odgaduje.
Zdradziłeś się sam, prosząc by ci donosić o każdem przybyciu Marty. Dziś jeszcze pomówię z Martą, i zażądam odpowiedzi. Jestem pewną, że odpowie z tą zachwycającą szczerością, którą zwykła podbijać serca.
Ach! mój drogi, jedyny braciszku, gdybyż cię ona kochała! Nie mogę sobie większego szczęścia nad to wyobrazić.
Przyjaciółka siostrą!...
Lecz dlaczegóż nie miałaby cię kochać? Jeżeli sama może być kochaną, to ty nie mniej zalet posiadasz, czyż mógłby kto oprzeć się tobie?
Jerzy przyznał się siostrze do wszystkiego jeszcze z rana, przed śniadaniem.
Po południu, obie przyjaciółki przechadzały się pod rękę po obszernym ogrodzie.
— Marto — rzekła Matylda, gdy wchodziły w aleję, mam ci odkryć wielką tajemnicę.
— A więc słucham cię...
— Wiem że z tobą można mówić otwarcie, dla tego wyznam ci prawdę, bez żadnych ogródek.
Marto dziś z rana odkrył mi mój brat, że cię kocha, otworzył mi swe serce, gorejące dla ciebie najczystszem uczuciem.
Panna Raclot drgnęła, twarz jej pokraśniała jak u świeżo dojrzałej wisienki. Serce jej przepełniła nieznana rozkosz.
— Dowiedz się Marto — ciągnęła Matylda — że Jerzy kocha cię od roku, lecz nie mówił nic, jakby miłość dla cię zbrodnią była. Kocha ciebie tak miłą, piękną, czarującą i doskonałą pod każdym względem.
Marta chwyciła się bezwiednie ręką za serce, słuchała i wpatrywała się w swą przyjaciółkę, cała w ekstazie.
— A teraz Marto — ciągnęła Matylda, cóż mam odpowiedzieć Jerzemu. Mamżeż mu wnieść szczęście, czy w boleści pogrążyć?
Marta wstrząsnęła się znowu, oczy jej zabłysły nietajoną radością, rzuciła się na szyję przyjaciółce, a ściskając ją i całując, szepnęła głosem cichym ze wzruszenia:
— Matyldo, ja kocham twego brata!
Panna de Sautenay nie była w stanie stłumić zadowolenia:
— Ach! będziesz mi siostrą — wykrzyknęła. Całowały się, płacząc. Och! jak słodko jest takie łzy ronić.
W chwilę potem Jerzy na pół szalony z radości, oznajmił siostrze, że odmowna odpowiedź mogła go zabić na miejscu.
Jeszcze tego dnia generał dowiedział się o wszystkiem.
— To dobrze — rzekł. — Miałem czas poznać rzadkie cnoty panny Raclot; wiem jak jest nieocenioną. Jerzy nie mógł wybrać lepszej kobiety, więc zgadzam się na wszystko. Lecz pytanie wielkie, czy pan Raclot nie będzie nam przeszkadzał. Nie znamy go, a kto wie czy nie ma kogoś upatrzonego dla swej jedynaczki. W każdym razie, z powodu waszej obopólnej sympatji, panna Raclot nie może tu bywać więcej.
— Na szczęście — odezwała się Matylda, Marta już nie długo opuszcza klasztor.
— Kiedy panna Marta wróci do domu, ojciec jej prawdopodobnie nas zaprosi. Wtedy udamy się we troje do Aubécourt. Ja opowiem panu Raclot przebieg rzeczy, jeśli nie będzie jeszcze wiedzieć o miłości mego syna do swej córki, poczem poproszę o rękę Marty Raclot. Trzeba jak najprędzej projekt urzeczywistnić.
Jerzy i Matylda zgodzili się jednogłośnie na rozumne słowa generała.
Marta nie była przy rozmowie ojca z dziećmi, lecz jeszcze tego wieczora Matylda wtajemniczyła ją we wszystko.
Mateusz Raclot nie czuł silniejszego przywiązania do córki, jak do żony, nie mniej jednak, traktował ją ze słodyczą, otaczając szacunkiem. Zwykle bowiem istoty wyższe imponują naturom nieświadomym i grubiańskim. Marta była dobrze wychowaną, wykształconą i nadzwyczaj dystyngowaną, czem pycha dawnego parobka była mile podrażnioną. Mimo wrodzonego skąpstwa Mateusz niczego córce nie odmawiał: zresztą panienka wydawała bardzo mało na swą toaletę. Skromna w swych upodobaniach, nie przyzwyczajona do zbytków, nie była więcej wymagającą w sławnym zamku Aubécourt, jak w niedawnem życiu klasztornem. Pewnie, że nie na wsi, w otoczeniu rolników i dzierżawców, mogła piękna panna nabyć zalotności i lubowania się w strojach.
Ojciec był w zachwycie, widząc, że przyszła dziedziczka wielkiej fortuny nie jest marnotrawną — a tego się wielce obawiał.
Aby zadowolenie swoje okazać, kupił raz Marcie biżuteryj za trzy tysiące franków, które mu zostały w zwyż spodziewanego zysku ze sprzedaży bydła. Była to rzecz niesłychana, nie do uwierzenia.
Młoda dziewczyna podziękowała ojcu głosem, w którym czuć było zachwyt i zdziwienie.
Mogła więc zastąpić swe marne kolczyki brylantowemi, i włożyć po raz pierwszy w życiu pierścionek na palec i śliczną misternie wyrobioną bransoletkę na rękę.
Lecz pan Raclot, mówiąc między nami — mniej to zrobił dla przypodobania się córce, jak dla zaspokojenia swej pychy. Inaczej pewnie nie byłby tak rozrzutnym.
Marta wiedziała dobrze — czuła to, że miłość ojca dla niej: zostawia wiele do życzenia, bolała, widząc jego sztywność i kamienny spokój, gdy przymawiała doń pieszczotliwie.
O! cóż by było biedne dziewczę dało, by skruszyć ten marmur, lecz jakiż może wywrzeć wpływ słodycz, dobroć, czułość na stal lub bryłę lodu?
Ufność wzajemna nie istniała między ojcem a córką. Marta nie mogła być wylaną, i przymuszała się by okryć żelazną siecią serce uczuciem wezbrane.
Już przeszło dwa miesiące była w domu, a jeszcze nie śmiała ust otworzyć, by wyznać że kocha pana Jerzego do Santenay, który odpłaca jej wzajemnością.
Jednego poranka zebrała się na odwagę. Mówiła długo ojcu o panu de Santenay, o jego córce i synu, o gościnności jaką ją otaczano, o swej dla nich wdzięczności, o przywiązaniu dla Matyldy, przy czem dała do zrozumienia, że ojciec, by im za wszystko podziękować, powinien ich zaprosić przynajmniej raz, na dwa lub trzy dni.
Z początku pan Raclot nie taił przed córką niechęci, z jaką przyjmował tę propozycję.
Marta jednak nastawała, nawet łzy cisnęły się do jej oczu, a powstrzymać ich nie mogła.
Raclot byłby się pewnie nie wzruszył płaczem dziewczątka, lecz dał się przekonać, gdyż przyszło mu na myśl, że pojawienie się generała brygady, młodego inżyniera i panny Matyldy przyjaciółki Marty, mogłoby wzniecić zazdrość i podziw w sąsiadach. Zawsze ambicja i pycha.
Zaproszenie wysłano, odpowiedź zaś wkrótce nadeszła.
W kilka dni później rodzina generała de Santenay stanęła w podwojach zamkowych.
Nie będziemy czytelników upewniali, że radość z przyjazdu gości była wielką ze strony Marty. Przyjaciółki całowały się serdecznie, a Marta ściskając Matyldę szukała wzrokiem tego, komu serce powierzyła bezpowrotnie.
Pan Raclot idąc za wpływem i przykładem córki, przyjął dość grzecznie i uprzejmie nowo przybyłych. Był to chłop, a od chłopa nikt nie wymaga wielkoświatowego wychowania.
Rodzina de Santenay przybyła na trzy dni. Pierwszy dzień przeszedł nader spokojnie. Zaznajamiano się dopiero. Tylko dorywczo, zachwycona i szczęśliwa Marta mogła z młodym inżynierem szeptać wyznania miłosne.
Pan Raclot, nadymając się jak żaba w bajce, oprowadzał swych gości po swych terytorjach.
Pokazywanie swych bogactw było tyko płaszczykiem, gdyż całą myślą pana Raclot, było pochlubienie się przed Aubécourt’ską publiką, nowo nabytą znajomością. To też przechodzili wszyscy za jego przykładem, po ulicach wsi, gdzie krzyż na piersiach generała miał olśniewać wszystkich.
Ach! co za szkoda, że generał nie przybył w swym wspaniałym uniformie.
Na drugi dzień rano, gdy młode panienki z Jerzym przechadzały się po parku, pan de Santenay został sam na sam z panem Raclot. Sądząc, że czas uskutecznić obietnicę daną synowi, zaczął następującą rozmowę.
— Jeśli się nie mylę, to łaskawy pan wie, że syn mój Jerzy jest inżynierem na stanowisku. Nie do mnie, jego ojca należy wyliczanie jego zasług, lecz z ręką na sercu mogę obiecać, że za lat kilka mój syn będzie dyrektorem.
— Bardzo ładna pozycja — odezwał się Raclot.
— A więc, mam panu oznajmić rzecz, która sądzę, nie sprawi panu przykrości.
Chłop poruszył się niespokojnie nastawiając uszu.
— Mój syn — ciągnął generał — kocha pańską córkę, i czułby się najszczęśliwszym z ludzi, gdybyś go pan zechciał nazwać swoim zięciem.
Mateuszowi oddechu brakło, był odurzony i zmieszany ze zdźiwienia. Nigdy mu jeszcze przez myśl nie przeszło, że kiedyś może wydać córkę, z którą trzeba i się będzie majątkiem podzielić.
— Przepraszam pana generała — wybełkotał w końcu — to co mi pan powiedział... jestem tak bardzo zdziwiony... takem się tego mało spodziewał... więc pan Jerzy kocha moją córkę? Nie mogę tego pojąć. Taki zaszczyt dla niej... i dla mnie biednego wieśniaka!... Ale, jestem przekonany, że Marcie ani w głowie małżeństwo.
A nabywając trochę śmiałości dodał:
— Pan generał łatwo pojmie, że nie chciałbym się z córką rozłączać. Mam przecie tylko ją jedną... A przytem... przytem... A więc tak! ja nie pojmuję tylko małżeństwo z miłości.
— Pańskie zapatrywania zgadzają się zupełnie z mojemi, panie Raclot.
— Ach, doprawdy?
— Spodziewam się, że się łatwo zgodzimy.
— Tak pan sądzisz?...
— Naturalnie! — Jerzy de Santenay kocha pannę Martę Raclot, a panna Marta kocha Jerzego.
Mateusz Raclot rozwarł szeroko źrenice. Wyglądał jak nieprzytomny. Czoło pokryło mu się bruzdami.
— A więc — kończył generał — powinniśmy tylko nasze chęci połączyć, aby dwoje ludzi uszczęśliwić.
Dwie błyskawice zamigotały w oczach skąpca.
— Ach tak! rzekł szorstko, akcentując każde słowo, uważacie mnie za wielkiego bogacza?
Podobne pytanie było więcej jak obelgą.
Pan de Santenay zmarszczył brwi, gorące wypieki wystąpiły mu na twarz. Powstrzymał się jednak od wybuchu, wiedział bowiem dobrze, z jakim człowiekiem ma do czynienia.
— Panie Raclot — odrzekł z lodowatym spokojem, ani ja, ani mój syn nie pytaliśmy się nikogo czy pan masz majątek, i czy córkę wyposażasz. Obaj wychodzimy z zasady, że pieniądz w małżeństwie dobry na dodatek, nie mamy więc żadnych materjalnych korzyści na względzie, a ja innych planów, nad uszczęśliwienie dwojga ludzi, szczerze się kochających.
— Hm! hm! mruknął Mateusz.
— Mój syn — ciągnął dalej pan de Santenay — nie chce szukać w pannie Marcie nic, prócz jej zalet i cnót, a choćby i szeląga złamanego nie miała, nie przestałaby mu być drogą.
— Więc kwestję posagu możemy panie generale odłożyć na stronę, podchwycił skąpiec, uśmiechając się skrycie.
— Nie myślę przed panem taić — ciągnął dalej dawny żołnierz — że nie mam prawie żadnego majątku, przeto mój syn nie ma prawa wymagać wiele. Muszę pana jednak uprzedzić, że Jerzy ma bogatą ciotkę, która mu darowuje w dniu ślubu dwa kroć sto tysięcy franków.
— Ach! odezwał się Raclot.
— Będąc pewnym takiej fortuny, mój syn może wybierać osobę bez majątku i nie obawiać się biedy. Jeśli pan doda, że Jerzy kocha, ubóstwia pannę Martę, może pan wierzyć że ją uszczęśliwi.
Raclot wrócił powoli do siebie. Twarz jego oblekła się znów wyrazem dobroduszności i uczciwości. Z chwilą w której się przekonał, że nikt nie czyha na jego pieniądze, że ni rachunków, ni posagu nikt nie żąda, wrócił do równowagi. Teraz mu było obojętnem, czy córka wyjdzie za mąż lub nie. Zresztą wcześniej czy później to samo nastąpi, a któż mu zaręczy, że kto inny będzie równo bezinteresownym jak pan de Santenay i jego syn.
— Ach generale! — wykrzyknął udając wzruszenie. — Co za dziwny człowiek z pana. Doprawdy, zawróciłeś mi pan głowę. Któż byłby się spodziewał czegoś podobnego...
Więc córka moja kocha pana Jerzego de Santenay. Że też to małe ladaco ani pary z ust nie puściło!... hm... nie chciałem jej tak wcześnie wydawać, to prawda, lecz cóż mam robić, gdy miłość na zawadzie. Przy tem pan mi tyle powiedział...
Cóż mam czynić? Nie mogę walczyć, uznaję się zwyciężonym.
— Dziękuję panu.
— Lecz, mimo wszystkiego, jest jeszcze jeden punkt do omówienia.
— Mów pan, słucham.
— Chciałbym o posag się upewnić.
— Mówiłem panu, że choćby grosza pańska córka nie miała, syn mój ożeniłby się z nią jednak.
— Tak, tak... pan mi to mówił, a jednak... Zresztą ja nic nie mogę dać Marcie... Pieniądz rzadko się spotyka u nas wieśniaków... To prawda, że mam coś w polu. Pan widział moje stajnie... łąki... folwarki, lecz gdyby przyszło sprzedać wszystko, nie zostałoby się wiele. A wtedy zamiast majątku, byłaby ruina. Zresztą po co się spieszyć? Po mojej śmierci Marta odziedziczy wszystko, gdyż jest moją jedyną spadkobierczynią. Widzi pan, panie generale, pan jesteś człowiek szczery, więc i ja chcę szczerze mówić. Nie mam wiele, ale ściągając się z ostatniego, mogę córce dać pięćdziesiąt tysięcy franków. Czy pan Jerzy zadowolni się tą sumą?
— Tak... Lecz powtarzam panu raz jeszcze, że my nie szukamy majątku. Chce pan, to daj mniej jeszcze pannie Marcie.
— O przepraszam... powiedziałem pięćdziesiąt tysięcy i od tego nie odstępuję. Pozwólcież panowie i nam chłopom mieć swój honor, swoją dumę.
— Dobrze panie, nie mówmy o tem więcej.
— A więc, rzecz skończona. Ja daję pięćdziesiąt tysięcy, a pan przyrzeka mi w imieniu swoim i pana Jerzego, że nikt mnie do sprzedaży gruntów nie będzie zmuszać.
— A po cóż by pana kto zmuszał?
— Bo to... widzi pan, jestem opiekunem mej córki, jej mąż więc mógłby słusznie żądać...
— Ach! zdanie pańskich rachunków! Nie łam pan sobie głowy. Mój syn panu da spokój.
— Pan to przyrzekasz?
— Nie tylko, ale i przysięgam.
— Dziękuję, panie generale. Ach pan nie ma pojęcia jak ja unikam nieporozumień. Gdybym miał wieść kiedy jakikolwiek spór z moim zięciem, to wierzaj mi pan... umarłbym z rozpaczy.
— Będziesz pan żyć sto lat — zaśmiał się gość.
— Tak, zawsze mi długie życie ludzie obiecują.
Stary żołnierz powstał z siedzenia.
— Panie Raclot — rzekł — opuszczam pana, idę do młodych, uszczęśliwię ich pańskiem zezwoleniem.
— Ślub może być nawet za miesiąc jeśli tego pragną.
— Sądzę, że nie zechcą się temu sprzeciwiać.
Marta została narzeczoną.
Zgadzała się z Jerzym we wszystkich kierunkach.
Zakochani, żyjąc w ciągłem upojeniu, nie wierzyli w chmurę na niebie przyszłości.
W całej okolicy mówiono tylko o nich. Nie bez wielu dodatków, opowiadano o przyszłem małżeństwie panny Marty Raclot, z młodym inżynierem, synem generała.
Skąd wiedziano, że młody człowiek dostaje dwakroć od ciotki, nie powiem, ale dość że wiedziano. Pannę Lormeau zapytano o zdanie co do małżeństwa Jerzego. Nie sprzeciwiała się, tem bardziej, że znała Martę od dość dawna.
Wyszły pierwsze zapowiedzi. Jerzy przyjeżdżał dwa razy tygodniowo do Aubécourt.
Jakież przyjemne godziny spędzali narzeczeni! Ile przyrzeczeń, ile zaklęć i przysiąg wysłuchały stare drzewa w ogrodzie, ile projektów i marzeń o przyszłości!
Już nie potrzebowano ukradkiem ściskać rąk, wolno było długo przechadzać się ręka w rękę, nawet całowano się, a ojciec się nie gniewał.
Mateusz Raclot, na którego licu nie było nigdy promieni wesołości, uśmiechał się czasami.
A przecie trzeba było wyciągnąć 50 tysięcy! Dla skąpca to nieszczęście. Wartoby płakać krwawemi łzami. Lecz trzeba było się poświęcić. Szczęściem, Raclot miał tylko jedną córkę!
Co za szczęście że panowie de Santenay nie kazali zdawać rachunków. Widać że to nie źli ludzie.
Lecz gdyby nie byli w interesach z nim, byłby ich pan Raclot za zarozumialców i głupców poczytał.
To prawda, że nikt nie znał okrągłej liczby jego majątku. Marta sama określićby tego nie mogła.
Ha trudno! Zmuszono go... Pocieszał się tylko nadzieją, że za kilka miesięcy wszystko odbije. Dobrze że się tak stało, przecie córka ma prawo do dwanaście razy większej sumy.
Pewnego poranka Marta wsiadła do omnibusu, który trzy razy tygodniowo szedł z Aubécourt do miasta.
Nie mogła, nie chciała wychodzić za mąż, nie pożegnawszy się wprzód z klasztorem Dominikanek, przełożoną i koleżankami. Kto wie, czy nie potrafi gorącą prośbą uzyskać pozwolenie asystowania przy jej ślubie dla Sióstr Leokadji i Anieli.
Nie potrzebowała długo prosić.
Przełożona rzekła obejmując ją za szyję:
— Drogie moje dziecko, byłaś zawsze naszą najlepszą uczennicą, kochaną przez wszystkich, jestem przeto do głębi wzruszona tyloma dowodami pamięci, choć nigdy nie wątpiłam o twych uczuciach dla tych sióstr, które cię widziały jeszcze dzieckiem, i z któremi tyle lat pracowałaś. Życzysz sobie dziecino, by dwie z pośród nas asystowały przy twym obrządku ślubnym. Klasztor nie może ci odmówić w tak wielkiej chwili twego życia, tej przyjemności, świadczącej o życzliwości swej ku nam.
Siostra Aniela i Leokadja będą w Aubécourt, na Mszy św. i będą błagać Boga o szczęście, na jakie nikt więcej od ciebie nie zasługuje.
Marta podziękowała przełożonej, pożegnała się z zakonnicami i wyszła z domu spiesząc do omnibusu. Szczęście, że jeszcze nie odjechał, gdyż woźnica załatwił wszystkie sprawunki i do drogi się szykował.
— Jeszcze chwilka, a byłabym się niechybnie spóźniła — szepnęła młoda panna.
— Och, byłbym na panią poczekał.
— Czy będę i z powrotem jedyną pańską towarzyszką?
— Nie pani, teraz będzie liczniejsze towarzystwo.
— Czy panie?
— Nie, dwóch mężczyzn, z których jeden dąży do Aubécourt.
— Więc ten pan mieszka w Aubécourt?
— Obecnie nie, wyprowadził się przed trzema laty.
— Ach!
— Niegdyś był to bogaty wieśniak, lecz nieszczęścia złamały go, sprzedano wszystko co posiadał, tak że biedak musiał opuścić wieś z żoną i pięciorgiem dzieci. Nie wiem co się dziś z nimi dzieje, lecz pani rozumie że nędza nie jest zbrodnią. — Otóż i nasi podróżni. Pani będzie łaskawa wejść pierwsza i zająć miejsce pod oknem. A proszę się dobrze okryć szalem, tak łatwo w październiku, dzień ponury i dżdżysty, nabawić się choroby.
— Ma pan racją dzisiejszy wiatr jest bardzo mroźny.
Młoda dziewczyna usiadła, zasuwając się w róg kanapy.
— Proszę nogi okryć tą baranią skórą — dodał jeszcze woźnica, wychylając się z kozła.
Marta okręciła fular około szyi, spuściła na oczy woalkę i zagłębiła się jeszcze bardziej w rogu kanapki.
Dwóch mężczyzn weszło do pojazdu.
— Hej panowie, wchodźcie prędko, bo mi spieszno do domu — zawołał woźnica, sięgając ręką po lejce.
Podróżni usadowili się wygodnie, nie zważając na panienkę, której rysów nie można było rozróżnić z za gęstej woalki.
Woźnica zamknął szczelnie drzwiczki, a zszedłszy z kozła, obszedł na około omnibus, by się przekonać czy wszystko w należytym porządku, poczem wrócił, trzasnął z bicza i puścił konie wolnym kłusem. Dwaj podróżni rozpoczęli rozmowę. Mówiono o tem i owem, schodząc na stosunki miejscowe.
Marta nie znała swego sąsiada, nie poznawała zaś drugiego, dawnego mieszkańca Aubécourt!
— A propos — odezwał się pierwszy podróżny zwany Collot zwracając się do towarzysza — czy wiesz Stanisławie, że ten gałgan, ten podły Raclot wydaje córkę.
— Ach ten stary nędznik, ten lichwiarz wydaje córkę! Więc istnieją dość bezczelni mężczyźni, by pojmować za żony córki złodziei i rozbójników!
Panience zdawało się, gdy słyszała te obelżywe słowa, że ktoś zanurzył w jej piersi nóż po samą rękojeść. Zaparła oddech na chwilę, poczem do głębi wzburzona, już, już chciała się dać poznać dwom potwarcom, którzy rzucali kłamliwe a obelżywe wyrazy na jej ojca. Lecz brakło jej siły. Cała drżąca, czuła taki ucisk w sercu i gardle, że mimowoli westchnęła, gdyż inaczej w głosby się rozpłakała. Spuściła oczy, zwiesiła główkę i milczała dalej.
— Jego córce Marcie nie mam nic do zarzucenia — ciągnął dalej Stanisław — znam ją zresztą bardzo mało. Ojciec oddał ją do miasta by na „pannę“ przerobić; och! to go nie wiele kosztowało: nic nie jest za drogiem gdy się płaci cudzemi pieniędzmi. Kiedy Marta była małą, odznaczała się dobrocią serca i uprzejmością, sądzę przeto, że dziś stokroć więcej warta od swego oszusta ojca!
— Za kogo wychodzi Marta?
— Za pana Jerzego de Santenay...
— Patrzajcie... Za szlachcica!
— Pan Jerzy de Santenay jest jednym z naszych najzdolniejszych inżynierów. Jest to syn generała, z bardzo zacnej rodziny.
— Piękna partja! Chyba ten stary łotr daje połowę swego plugawego majątku, by mieć takie szczęście. Ale wziąć jego pieniądze, to tyle co żywcem ze skóry go obedrzeć. Kto wie, może zadławi się już ze złości! Ej nie ma obawy, nawet djabeł omija ludzi tak lichych i karku im nie skręca. Och! można powiedzieć w tym wypadku: nie ma szczęścia, tylko dla gałganów!
Marta słuchała gorączkowo. Lica jej pokryły się palącym rumieńcem, wstyd wyrył się na jej jasnem czole.
— Wszystko jedno! — ciągnął nielitościwy Stanisław, ten Jerzy de Santenay nie wiele ma skrupułów. Gdy kto ma serce i jest uczciwym, nie tknie źle nabyte majątki, wtedy się nie pojmuje za żonę takiej Raclot. Ale cóż to znaczy, dziś nie istnieje nic, prócz pieniędzy, dla złota nie ma rzeczy którejby człowiek nie zrobił. To bardzo smutny objaw, nawet ohydny, lecz czy jam winien że świat do tego doszedł?
Mateusz bogaty, ma córkę, która też posag otrzyma, otoczy się zbytkiem, łzami i skargą ludzką podszytym, bólem tysiąca wdów i sierot, które jej ojciec zrujnował. A kiedy otrzyma wszystko co zapragnie, gdy dziesięciu lokajów na każde jej skinienie zważać będzie, gdy ustroi się w najkosztowniejsze szaty, spożywając wykwintne potrawy, wówczas, żona moja i dzieci sztywne z zimna i biedy, będą znosić straszny głód!
— Niestety masz rację, ale pociesz się, tyś nie pierwszy i nie ostatni, któremu Mateusz Raclot życie obrzydził i w nędzę wpędził.
— O tak, nie jestem sam jeden nieszczęśliwy. Jest takich dziesięciu... nie, piętnastu... gdzie tam jeszcze więcej... Liczmy: Moriset, Tamirel, Durant, Langois, Mongin, dzieci Charbonet, wdowa Lambert, ja i wiele, wiele innych, których nie wymieniam.
Trudno, gdy kto chce dojść do tak olbrzymiej fortuny, posiadając sam zaledwie kilka hektarów ziemi, potrzebuje cudzego mienia. Na to poszedł majątek wdowy Lambert, zagroda Mongin i moja... Wszystko zabrał i to w przeciągu czterech lat, lecz jakich użył sposobów aby dojść do tego? Dusząc nas! Grabiąc! Ach, przeklęty rozbójnik! O nieszczęśliwi, stokroć nieszczęśliwi którzy wpadają w jego krogulcze szpony.
Ten człowiek jest chytry i cierpliwy jak kot, który czyha na mysz, lecz gdy chwila stosowna nadejdzie, wtedy zamienia się w potwór, w szarpiącego tygrysa, ściska swą zdobycz, dusi, wyrywa serce, pruje wnętrzności, a uskuteczniwszy to wszystko... pożera, napawając się zapachem krwi! Ferma Courant’a, w której był parobkiem, czyjaż to dziś własność? Jego! A jej dawna właścicielka z córkami może nie ma dziś co na grzbiet włożyć.
Nie dość mu tego! Lichwiarzowi zachciało się państwa, kupił sobie zamek Aubécourt! Znajduje się nawet dość podłych, którzy go nazywają panem Raclot! Do stu tysięcy piorunów! można zaprzeczyć istnienie Boga, gdy na to zezwala.
— Widzisz Collot, ja nie bez powodu opuściłem kraj. Gdyż inaczej... kto wie czy nie byłbym nabił strzelbę i temu łotrowi w łeb jak psu wypalił! Gdybym się dobrze skrył za płotem, pewnie nie uszedłby cało!
— Tak? Nie myślałem. Dobrze mój biedaku, żeś stąd uszedł.
— Tak. A przecie ileż ofiar ten człowiek ma na sumieniu; ile krwi, ile nędzy. Zacząwszy od Celiny Noirot, swej żony. Celina nie była złą niewiastą, broń Boże! lecz Bóg jeden wie ile przetrwała, ile przeżyła! To męczennica! Umarła ze zgryzoty.
— Och! masz zupełną rację.
— A notarjusz Poncelet, czy wiesz gdzie się obraca?
— Mówią że mieszka w Paryżu.
— Może sobie pozwolić, ma dosyć pieniędzy. Któż bowiem lepiej od niego we wszystkich łajdactwach Raclot’owi pomagał? Jeszcze jeden zbój, który z panem Raclot powinien siedzieć w kryminale. Ale nie ma sprawiedliwości na podłych tego rodzaju. Jak dawno pan Poncelet ztąd wyjechał.
— Dwa lata temu.
— Czy we wsi zadowoleni z nowego?
— Bardzo. To jest trzydziestoletni człowiek, z bardzo dobrej rodziny. Studja odbył w Paryżu, jest wykształcony jak mało kto w okolicy; uprzejmy dla każdego, usłużny, wygląda jakby wszystkim chciał dogodzić.
— Tem lepiej dla was.
Podróżni zmienili temat rozmowy.
Można łatwo pojąć co się działo tymczasem w sercu dziewczęcia. Czyjeż pióro byłoby zdolnem opisać cały ogrom jej boleści. Cierpieć tyle za niepopełnione winy.
W Rancourt, wiosce przed Ligoux, wieśniak zwany Collot, pożegnał towarzysza. Stanął już u celu. Gdy pojazd ruszył z miejsca, Stanisław spojrzał na swą towarzyszkę.
— Pani czy panno — odezwał się — jedziemy prawdopodobnie do samego Aubécourt. Czy pani z tamtej okolicy?
Młoda panna nie odpowiedziała. Jej głowa, pełna ciężkich i ponurych myśli zwisła jeszcze niżej.
— Śpi — mruknął podróżny.
Rozparł się wygodnie, wyciągnął nogi, oparł głowę o róg kanapy i przymknął oczy.. Cóż miał lepszego uczynić w obec nierozmownej towarzyszki?
Gdy się zbliżyli do Aubécourt, Marta poprosiła woźnicę by konie zatrzymał, poczem wysiadła, oddalając się spiesznie.
— Któż jest ta pani? — spytał woźnicę.
— Przedewszystkiem ta pani jest panną; jakże pan jej nie znasz?
— Nie znam jej. Co prawda, nie mogłem dostrzedz jej twarzy. Czy to ktoś z Aubécourt?
— Naturalnie, to panna Marta Raclot.
— Och! — krzyknął Stanisław odskakując w tył. Poczem dodał głucho cedząc przez zęby: — Trudno, tem gorzej dla niej i jej ojca, nie mógłbym słowa cofnąć z tego com powiedział.
Ciemno już było, gdy Marta wróciła do domu. Ojciec czekał z obiadem. Widział po jej smutnej twarzyczce, że kryła jakąś przykrość. Nie pytał jednak, bo czyż go to mogło obchodzić?
Młoda osoba jadła mało, zmuszając się.
Wszystko kładła na karb zmęczenia. Objad się skończył, dziewczyna wstała spieszno, podziękowała ojcu, życząc mu dobrej nocy i wyszła równocześnie z pokoju. Biedactwo potrzebowało, pragnęło samotności.
Wreszcie mogła pofolgować ściśnionemu sercu, mogła we łzach i łkaniach szukać ukojenia. Był to wybuch straszny; nieszczęśliwa Marta załamywała ręce w rozpaczy.
Co za okropny dzień!
Nikogo, nikogo nie mogła wezwać na pomoc, przed nikim się użalić, poskarżyć przed nikim, ani przed matką, ani przed Bogiem. Czuła wyraźnie że wszystko waliło się pod nią, ciemna przepaść rozwarła się pod nogami, była złamana, zdruzgotana.
Przyszłość świetlana zamknęła, się przed nią na zawsze, wszystko zgasło.
Żegnajcie czary miłości, żegnajcie mi na zawsze! Sny, marzenia o szczęściu, odstąpcie na wieki! Żegnaj mi luby... żegnaj!
Marta udała się na spoczynek z sercem krwią ociekłem, fizycznie i moralnie przybita; lecz sen uleciał z jej powiek. Jeśli zdrzemnęła się, to tylko chwilowo, straszne, przerażające obrazy stawały przed wzrokiem jej duszy...
Widziała, w około zamku niezliczoną, okiem nie dającą się objąć, ilość nędzarzy; byli to starcy, kobiety i dzieci, wszyscy obdarci, w łachmanach, z piętnem głodu i bólu w obliczu. Brali się za ręce, krzycząc przeraźliwie:
— Jesteśmy głodni! Chleba! Daj chleba!
Wszyscy, starsi i młodsi, wyciągali wychudłe ręce ku zamkowi wołając:
— Mateuszu Raclot, bądź przeklęty, przeklęty na wieki!
Ranek nastał, blade, jesienne promienie słońca wtargnęły oknem do pokoju Marty.
Ona wstała i ubrała się. Ojciec jej był już na nogach. Obchodził właśnie wszystkie pola.
Marta również wyszła z domu, udając się prosto do swej mamki. Śmiertelna bladość pokryła jej jagody, oczy zapuchły od łez, bezsenność wyryła się na twarzy. Poczciwa staruszka przelękła się.
— Marto, dziecko drogie, co ci to, co ci? — trwożnie zawołała.
Panna rzuciła się jej w objęcia łkając głośno.
— Panie najwyższy, Jezusie Nazareński, cóż to znaczy? — pytała kobieta.
Marta wyrwała się gwałtownie.
— Mamko, droga mamko, kochasz ty mnie?
— Boże święty, ty wątpisz? Ach kocham cię, kocham!
— Czy bardzo?
— Więcej jak wszystko na świecie.
— A więc dobrze, przekonam się o tem niezwłocznie. Jeśli mnie kochasz, nie zawahasz się udzielić mi niektórych wiadomości, których nie posiadam. Ty wiesz wszystko!
— Cóż takiego? pytaj mój skarbie.
— Obiecaj mi wpierw że odpowiesz szczerze na wszystkie moje pytania.
— Ależ Marto...
— Przysięgnij!
— Odpowiem na wszystkie pytania.
— Nic nie ukryjesz?
— Widzisz Marto, nie rozumiem cię, powiedz mi...
— Chcę wiedzieć całą prawdę.
— Dowiesz się o wszystkiem.
— Przysięgasz?
— Tak.
— Teraz posłuchaj. Mamko, powiedz mi, na ile kroć obliczają ludzie majątek mego ojca?
— Jedni utrzymują, że posiada okrągły miljon, inni że półtora miljona, ty wiesz że ludzie zwykli przesadzać.
— Więc bez przesady, liczmy same.
— Hm, ja nie mogę nic powiedzieć...
— Czekaj... Ile warta łąka Nones’ów.
— Dwa kroć przynajmniej.
— A zamek i posiadłości w Aubécourt.
— Pewnie dwa kroć.
— A lasy z Rancourt i Ligoux.
— Sądzę, że możesz jeszcze dwieście doliczyć.
— Mamy już sześćset. Jeżeli doliczymy wartość małej fermy Treilles’ów. Bosquets’ów, wartość winnic, małych zagród i pól, dojdziemy łatwo do miljona. I to wszystko w ziemi. Poczekaj... ojciec żyje nic nie wydając, musi więc wiele oszczędzać. Ponieważ zaś od jakiegoś czasu nic nie kupuje, ma dużo u siebie. Kto wie czy nawet nie pół miljona...
— Mój Boże, jak ty to łatwo obrachowujesz, ależ tak jest... tak... niewątpliwie.
Dziewczyna mówiła szybko, nerwowo, ogarnęła ją gorączka.
— Już nie mówmy — mówiła dalej, tylko o posiadłościach ziemskich. W ziemi obliczyliśmy miljon.
— Tak jest.
— Gdy ojciec pojmował moją matkę za żonę był tylko ubogim parobkiem. Prawda?
— Prawda!
— Bogatym nazywa się rolnika, posiadającego sto do stu siedmdziesięciu tysięcy w ziemi.
— Eh! takich się prawie nie spotyka.
— Niech tak będzie. Teraz obliczmy, ile czasu potrzebowałby najbogatszy człowiek w Aubecourt by dojść do miljona. Bierzmy człowieka uczciwego, pracującego cały dzień, zapobiegliwego i oszczędnego?
— Ile czasu Marto? Ależ całe życie swoje i dziesięciu pokoleń.
Młoda osoba wstrzymała oddech. Podniosła mimowoli rękę do czoła, na które kroplisty pot wystąpił. Zimny dreszcz wstrząsnął jej ciałem.
— A mój ojciec — mówiła powoli cedząc słowo po słowie — nie posiadając nawet jednej piędzi ziemi przed dwudziestu pięciu laty, ma dziś miljon. Powiedz mamko, powiedz, co czynił Mateusz Raclot by się tak wzbogacić.
Staruszka stanęła jak wryta.
— Widzisz dziecko — rzekła w końcu — twój ojciec przedewszystkiem nigdy nie był człowiekiem pospolitym, wciąż pracował, a matka twoja także. Och! ona się zapracowała.
Marta obruszyła się.
— Pracą nie zdobywa się miljona, nawet gdy się już jest bogatym. Samaś mi to powiedziała.
— Pewnie. Ale z drugiej strony, wiesz że matka twoja odziedziczyła spadek.
— Ach prawda! spadek po ciotce Marcinowej! Ileż on wynosił?
— Dwa kroć pięćdziesiąt tysięcy franków co najmniej.
— Niestety dalekośmy od miljona.
— Tak Marto, ale twój ojciec za te pieniądze nie jedno kupił, a zawsze w najlepszych warunkach.
— Właśnie mówimy o kupnach mego ojca... Prawda? Jeśli się nie mylę, ciotka Marcinowa miała brata w Paryżu.
— Nie inaczej.
— Czy ten brat, któregom nie znała, nigdy nie widziała, o którym mój ojciec nigdy słówkiem nie wspomniał, a który dziś już może nie żyje, nie miał kilkoro dzieci.
— Dawniej mówiono, że pięcioro.
— Czy wuj mej matki odziedziczył tyle co ona.
— Nie; ciotka zapisała wszystko twej matce.
— Wydziedziczając brata?
— Tak!
— Czy ten brat był majętny?
— Gdzie tam! Ubogi jak Job biblijny.
— Miał pięcioro dzieci, a siostra go wydziedziczyła! rzekła gorzko panienka.
Odgadła że jej ojciec w tej całej sprawie odegrał ohydną rolę. Milczała chwilę, poczem odezwała się znowu:
— Powiedz Brygido, czy ojciec mój uszczęśliwił moją matkę.
— Oj, nie bardzo, Marto, nie bardzo, odparła staruszka, nie domyślając się jeszcze do czego dziewczę zdąża. Ta ostatnia zaś pomyślała, rozważając słowa Stanisława.
— Więc tak, matka moja umarła ze zgryzoty!
A głośno rzekła:
— Czy to prawda, mamko, że gdyby nie ty i twoje starania, ja nie byłabym żyła? Tak mi dawniej mówiono, jeśli się nie mylę.
— Ja tego nie mówię... ale istotnie urodziłaś się bardzo nędzną, malutką, mizerną. Zdawało się że dwóch tygodni nie dożyjesz!
— Powiedz prawdę, Brygido, czy cię wynagrodzono za to odpowiednio.
— Nic mi się nie należy. Muszę przyznać, że płacono dość regularnie. Twoja matka nieraz mi przynosiła co mogła, w tajemnicy przed mężem.
— Tak, więc by być uczciwą, trzeba się jej było kryć. Prawda, że ojciec mój skąpy i twardy dla drugich? Prawda Brygido?
— Twój ojciec, Marto, jest nieubłaganym, nawet okrutnym dla siebie samego, niech mnie Bóg broni, bym miała jego córce coś na niego powiedzieć.
— A przecie muszę, muszę się przez ciebie dowiedzieć co w okolicy o ojcu moim mówią.
— Chryste Panie!... krzyknęła przerażona kobieta.
— Pamiętaj mamko, żeś mi przysięgła. Odpowiadaj przeto na wszystko, nie kryj nic przedemną.
— Ależ, dziecko...
— Myślisz że ja mało już wiem?
— Rzeczywiście...
— Wiem, że mego ojca wszyscy nienawidzą. Ludzie uważają go za nędznika, zbójcę, wyjętego z pod prawa!
— Niestety, tak jest — szepnęła staruszka kiwając głową.
— Wiem, że mój ojciec przeklęty, a kto przeklnie ojca, tego słowa padają na dzieci.
— Boże, wielki Boże! Za cóż ty Marto masz cierpieć? Tyś anioł...
— Jam córką mego ojca! — przerwała dziewczyna rozdzierającym głosem. — Ludzie przedemną uciekają, gdyż jestem córką Mateusza Raclot. Wszyscy się mnie boją, rzucają kose a nienawistne spojrzenia, jednej przyjaznej duszy nie mam w Aubécourt! Wszyscy stronią ode mnie, jak od zapowietrzonego!
Tu dziewczyna urwała. Dawno wezbrane łzy puściły się strumieniem. Głuche łkania odbiły się o ściany izdebki.
— Boże, Boże! — biadała mamka.
W tem młoda panna zerwała się z siedzenia, obtarła oczy gwałtownie. Energia wyryła się na jej czole.
— Mamko droga, kochana mamko, powiedz mi jeszcze, jakim sposobem mój ojciec został właścicielem fermy Courand, w której był niegdyś parobkiem.
— Dziecko, błagam cię...
— Chcę wiedzieć! odparła Marta, tak rozkazującym tonem, że mamka się zdumiała.
— Nie gniewaj się Marto, nie gniewaj, powiem ci już wszystko. Ale uprzedzam... sama nie wiem nic, powtarzam tylko co drudzy mówią:
„Lambert ożenił się z córką gospodarza Nichaud. Gdy ten ostatni umarł, podzielono majątek między czworo dzieci. Lambert pozostał w fermie, lecz miał ciężkie wypłaty. Trzeba było zaciągnąć pożyczkę, ale u kogo? Do twego ojca nie szedł, gdyż ten, o czem wszyscy w okolicy wiedzieli, żądał za wielkiego procentu.
„Notarjusz, pan Poncelet, rozporządzał również znaczną kwotą, do tego też udał się nasz znajomy. Notarjusz mówił, że jego kapitał składa się z pieniędzy jego klientów, później się okazało, że to był osobisty majątek, tylko jednego Mateusza Raclot. Notarjusz był jego dobrze opłacanym pośrednikiem. Aby rzecz się nie rozgłosiła, nie kładziono nigdy na aktach hipotecznych nazwiska Mateusza, notarjusz miał na to ludzi, którzy nazwisko swe wynajmywali. Lambert wziął pięćdziesiąt tysięcy, podpisano go zaś na 70 tysięcy franków. Widzisz sama, że pan Poncelet nie był łaskawszym od twego ojca.
„Lambert miał pożyczoną sumę zwrócić w przeciągu sześciu lat, płacąc 6 procent od sumy 70 tysięcy“.
— To straszne szepnęła Marta.
„Na nieszczęście, na biednego Lamberta spadała klęska po klęsce — ciągnęła dalej niewiasta. — Jednego roku spadł grad i zniszczył cały plon; drugiego roku znowu powstał ogień. Wszystkie budynki mu uległy.
„Niedługo potem choroba zakradła się do jego stajni. I to go dobiło.
„Biedny człowiek, nie tylko nie zdołał wypłacić sumy i procentów, ale musiał udać się jeszcze raz do notarjusza, dla zaciągnięcia pożyczki. Pan Poncelet okazał się uprzejmym. Lambert na powyżej wymienionych warunkach pieniądze otrzymał.
„Zaczął powoli się podnosić, nastały lepsze lata; gdy w tem, Bóg go do siebie powołał.
— Nieszczęśliwy — szepnęła Marta, przerywając staruszce. — Kto wie, może ów straszny dług przyczynił się do jego śmierci.
— Tak mówią, moje dziecko, lecz ty wiesz, że ludzie zwykli przesadzać...
— Kończ mamko, kończ.
— Pani Lambert nie ocknęła się jeszcze po strasznym ciosie, gdy oświadczono jej, że musi niezwłocznie wypłacić sumę stu dwudziestu tysięcy, którą jej mąż zaciągnął, powiększoną procentami. Biedaczka nie miała z czego... Przyszły wyroki sądowe, dokumenta prawne spadały jak deszcz jedne po drugich. Koniec końców, ogłoszono licytację.
— Za ile sprzedano Courand?
— Za sto trzydzieści tysięcy, za połowę realnej wartości.
— Czyli ojciec mój otrzymał ją za ośmdziesiąt tysięcy.
— Tak jest.
— Cóż zostało nieszczęśliwej wdowie?
— Nic. Sprzedaż ruchomości, bydła, zboża i siana, złożyły się na zapłacenie kosztów sądowych.
— To potworne!
— Ach Marto, Marto, na cóż ci było wiedzieć o tem...
— Potrzebuję tego...
I mówiła dalej z akcentem bólu i zgrozy:
— A tamte dwie kobiety, do których łąki Nones i zagroda Hourie należały, czy ich posiadłości z lasami i winnicami mój ojciec nabył w ten sam sposób?
Mamka zwiesiła głowę na piersi, ale nic nie odrzekła.
— Pożyczki lichwiarskie, dochodzenia prawne, przymusowa sprzedaż, wszystko to rujnowało setki na korzyść jednego. To dzieło zniszczenia rozpoczęło się z chwilą, gdy ojciec mój wydarł spadek nieszczęśliwej rodzinie. Niecna spekulacja, na krzywdzie ludzkiej oparta, postępowała w dalszym ciągu; obdarto, ogołocono, wyzuto ze wszystkiego wdowy i sieroty!... Wszędzie, gdzie noga mego ojca postała, nie ma nic, prócz nędzy, jęków i łez!... Co za wstyd! Co za wstyd!
Łkania przerwały jej mowę. Ukryła twarz w dłoniach.
Mamka patrzyła na nią, wyglądała jak szalona, jej wzrok niepewny szukał oparcia. Nie wiedząc jak poradzić dziewczęciu, zaczęła płakać.
O jak gorzko żałowała teraz, że milczeć nie umiała.
Poczciwa chłopka czuła, że Marta potępia postępowanie ojca, że wstyd ją pożera, lecz nie pojmowała całego przewrotu i rozpaczy, jakiemu ta młoda, nieskalana dusza uległa. Nie domyślała się skutków, jakie te odkrycie za sobą pociągnąć miało.
Marta podniosła głowę. Okropny ból malował się w jej rysach.
— Droga mamko — rzekła, dziękuję ci.
— O, nie dziękuj mi, dziecię, nie dziękuj — odparła mamka.
— Dziękuję, gdyż musiałam dowiedzieć się o wszystkiem. Nie mam cię już o co pytać. Wiem całą sprawę.
— Marto twój wzrok mnie przeraża. Powiedz dziecko, co chcesz uczynić.
— Dowiesz się o tem wkrótce.
Silne postanowienie malowało się w oczach dziewczęcia, błyszczących gorączkowo.
Wstała z krzesła, chwyciła staruszkę za ręce, które okryła pocałunkami i wypadła z izby.
Gdy Marta weszła do domu, zamknęła się natychmiast w swoim pokoju. Mateusz Raclot nie wrócił jeszcze z swej codziennej przechadzki. Przytłoczona i osłabiona Marta upadła na fotel zatapiając się w ponurych myślach. Wybuchnęła spazmatycznym płaczem, który zdawał się rozsadzać jej piersi, wydając głuche jęki.
Czuła swoje niezasłużone nieszczęście, choć jeszcze nie zdawała sobie sprawy z jego gromu. Widziała jednak, że śmierć byłaby stokroć dla niej milszą od takiego życia.
— Znalazłam w końcu sekret, zadziwiającej fortuny mego ojca. Wzbogacił się ohydnie, niegodziwie, potwornie, eksploatując cudze nieszczęście, z okrucieństwem tygrysa. Jestem córką lichwiarza, jednego z tych, o których się mówi ze wzgardą, od których się każdy z obrzydzeniem i niechęcią odwraca. O! nieszczęśliwy! A jam jego córka, jego córka!
Kształcono mnie, wydawano na mnie, ubierano za przeklęte pieniądze! Za grosz wdowi! Za grosz sierotom skradziony! Chleb, który mi podają, łzy sieroce oblały! O biedne nieszczęśliwe, zgłodniałe, zziębnięte ofiary mego ojca!
Wstała i zaczęła się przechadzać szybkimi krokami wszerz i wzdłuż pokoju. Gorączkowe podniecenie pchało ją naprzód.
— Jakie to straszne — zawołała — nic do mnie nie należy, nawet ta suknia którą noszę.
Spojrzała w lustro.
— A te klejnoty, ten pierścień, te kolczyki, wszystko nie moje. Och! te klejnoty! Zdaje mi się, że mnie parzą! palą! Zdjęła pierścionek, kolczyki, bransoletę i schowała wszystko do pudełka, razem z dawnym garniturem, który nosiła jeszcze na pensji będąc.
Marta była ubraną dnia tego w czarną kaszmirową suknię, dość starą i wymiętą. Miała niejedną, elegancką toaletę, która mogła podnieść jej piękność, lecz tylko tę wybrała.
Przyglądając się w lustrze, szepnęła do siebie wzdychając.
— W tej mi najlepiej.
A jednak oczekiwano w zamku przybycia Jerzego. Powinna była przystroić się nieco.
Niestety wszelka kokieterja uleciała z duszy dziewczęcia, Marta miała głowę zajętą czem innem.
O pół do dwunastej zapukała służąca do jej drzwi. Ojciec wzywał młodą pannę do salonu. Marta zmoczyła szybko ręcznik i przesunęła po swej zapłakanej twarzyczce. Poprawiła zmiętą suknię i wyszła z pokoju. Wzruszona i drżąca weszła do salonu, lecz przestępując próg, potrafiła zupełnie zapanować nad sobą. Jerzy przybył przed chwilą i rozmawiał z swoim przeszłym teściem. Oblicze pana Raclot jaśniało wesołością, odbijając tem dziwniej od smutnej i zrezygnowanej postaci dziewczęcia.
— Dzień dobry ojcze, dzień dobry panu Jerzemu — odezwała się, wyciągając rękę ku narzeczonemu.
Jerzy chwycił tę drobną rączkę, lecz ze zdziwieniem i trwogą spojrzał na Martę. Niepewny, przycisnął rękę lekko i do ust podniósł.
Marta nie broniła.
— Hm! to zabawne! — rzekł pan Raclot do siebie, ciekaw jestem co to znaczy.
Jerzy pobladł, serce mu się ścisnęło, niepokój wzrastał, przeczuwał bowiem, jakieś bliskie nieszczęście.
Nie puścił ręki Marty, lecz wlepił w nią wzrok pełen niewymownego zdumienia. Pan Raclot skrobał się w głowę, jak to zwykł czynić, będąc parobkiem.
— Marto, jaka ty dziś smutna i jak dziwnie mnie witasz. Co ci to? Czyś cierpiąca? Czyż nie mógłbym poznać przyczyny twego smutku, mówił Jerzy półgłosem.
— Nie teraz panie Jerzy — odparła narzeczona.
— Kiedyż więc.
— Po śniadaniu.
— Ja się nie mylę Marto, ty się czemś martwisz?
— Tak.
— Masz duże zmartwienie?
— Tak.
Młodzieniec uczuł, że ręka Marty drżała w jego dłoni.
Zimny dreszcz przeszedł po nim.
— Obawiam się czegoś... pomyślał. Marta cofnęła swą rękę.
On uśmiechnął się smutno i zwiesił głowę.
— Hm, hm — sapał pan Raclot, niech mnie djabli porwą, jeżeli ja co z tego rozumiem.
Sytuacja nie była przyjemną. Na szczęście służąca otworzyła drzwi, prosząc do stołu.
Jerzy podał ramię Marcie, poczem wszyscy przeszli do jadalnego pokoju. Posiłek był bardzo skromny, jaja na miękko, kotlety z ziemniakami i trochę owoców na deser.
Mateusz Raclot nie był nigdy rozrzutnym.
Marta dziś prawie nic nie tknęła. Położyła trochę na talerz, by dodać odwagi Jerzemu, gdyż ten, po tak długiej podróży potrzebował posiłku. Pan Raclot, widząc smutek dziewczątka, nie był zadowolony. Zaraz po kawie chciał się oddalić do swego pokoju, pod pretekstem że nie chce palić fajki w obecności gościa. Młodzi mogli pozostać sami.
— Mój ojcze — odezwała się Marta gdy Mateusz Raclot brał za klamkę — proszę cię, pozostań chwilę. Możesz palić fajkę tutaj, a ja mam coś powiedzieć panu de Santenay i chcę byś ty ojcze słyszał. Ostatnie słowa wymówiła z przyciskiem.
Mateusz przymrużył jedno oko, i popatrzył na Jerzego.
— Ach tak! — odezwał się.
Potem nałożył fajkę z wielkim spokojem, zapalił ją i siadając na krześle rzekł:
— Zaczynaj Marto. Cóż powiesz panu de Santenay takiego, co i ja mam słyszeć?
Młoda panna musiała zebrać wszystkie siły. Uzbroiła się w resztę energji i zbliżyła się do narzeczonego.
— Panie Jerzy — rzekła — wiem że panu sprawię przykrość memi słowy, za to jednak przepraszam pana. Długo myślałam od pańskiej ostatniej bytności... i przyszło mi na myśl, żeśmy nie dla siebie stworzeni, że my nie powinniśmy się byli spotkać, ale fatalizm tak zrządził... Lecz pan zapomnij o mnie! nie myśl więcej o Marcie...
— Zapomnieć o tobie? powtórzył chłopiec głosem zdławionym.
— Tak być musi, postanowiłam za mąż nie wychodzić.
Okrzyk wyrwał się z piersi Jerzego. Posiniał, zmieszał się, nie chcąc uszom wierzyć. Wyprostował się nagle, jakby go ukąsiła żmija jadowita. Pan Raclot przestał palić, ścisnął fajkę zębami i rozwarł szeroko błędne źrenice.
— Marto, Marto, co mówisz? jęczał Jerzy głosem stłumionym.
— Co mówi, hm, hm, mówi wierutne głupstwa! — mruknął Raclot.
Marta spojrzała w stronę ojca. Było w tem wejrzeniu coś takiego, że lichwiarz musiał spuścić oczy.
— Nie chcę wychodzić za mąż — rzekła dobitnie.
Młody inżynier ukrył głowę w dłoniach. Żałosna skarga odbiła się o duszę dziewczęcia.
— Boże, wielki Boże! Nie rozumiem nic z tego, nic!
— Istotnie, panie de Santenay, i ja nie rozumiem więcej od pana — rzekł Raclot powstając z siedzenia... Zdaje mi się, że Marta majaczy lub postradała zmysły. To co mówi w tej chwili, jest tak idjotycznem, że nie wiem wprost co o tem sądzić. Zostawiam pana z moją córką, mów pan do niej tak, jak na to zasługuje. Masz prawo do tego! Sądzę, że potrafisz ją przekonać.
Pan Raclot oddalił się przy tych słowach, z miną bardzo niezadowoloną i trzasnął drzwi za sobą. Aby ochłodzić się ze złości, udał się do ogrodu. Tam siadł pod drzewem i zapalił fajkę.
Pierwsza myśl, która mu przeszła przez głowę, gdy usłyszał, że Marta nie chce wychodzić za Jerzego, brzmiała:
— Ależ, tem lepiej. Zostanie Marta, zostanie z nią pięćdziesiąt tysięcy franków w szkatule.
Skąpiec pocieszał się łatwo.
Jerzy zostawszy z Martą sam na sam, upadł do nóg dziewczęciu. Patrzył w jej oczy z wyrazem takiego bólu, tak niemej rozpaczy, że byłby poruszył kamień.
— Marto, Marto — szeptał — nie dobijaj mnie. Powiedz, com ci winien? Za cóż mnie tak karzesz?
— Pan nie zawiniłeś niczem, panie Jerzy.
Biedna panienka ledwo zapanować mogła nad sobą, drżała na całem ciele, jak w febrze lub gorączce.
— Czemuż więc obchodzisz się tak okrutnie ze mną? Czyim wpływom podlegasz? Marto, zaklinam cię na wszystko co ci jest drogiem, mów, wytłumacz się.
— Ja nie mam nic do powiedzenia panu.
— Marto — rzekł młodzieniec, powstając z klęczek. — Nie łudzę się już, znam cię dość dobrze by wiedzieć żeś stanowczą. Oddalę się od ciebie bez żadnej nadziei w duszy; chcesz, to będę cierpieć całe życie. Ale ja mam prawo, ja chcę, ja muszę wiedzieć, na czem się twoje postanowienie opiera.
— Niech pan o nic nie pyta, ja nic powiedzieć nie mogę...
— Marto, twoje milczenie zabija mnie. Najgorsza prawda nie może mi zadać sroższego bólu. Zrozumże w końcu, że milcząc, pozwalasz się domyślać wszystkiego...
— Nie, nie — krzyknęła dziewczyna, zrywając się z siedzenia — błagam pana na wszystko, nie domyślaj się niczego i nie staraj się nigdy dowiedzieć...
Młodzieniec stał w milczeniu i patrzył smutno na tę, która mu serce zabrała, całe, bez podziału, na tę, która za miłość, niewdzięcznością odpłacała. Milczał i myślał, w końcu wzruszył ramionami i rzekł z goryczą:
— Przed dwoma godzinami przybyłem do Aubécourt, czując się najszczęśliwszym z ludzi. Zdawało mi się, że trudno równać się ze mną, wszystko się do mnie śmiało, słońce, zieleń, pola, domy; serce moje kąpało się w radości, nadzieja napełniała mą duszę, miałem cię zobaczyć!... Ach! Marto, Marto, czyż mogłem się spodziewać, że z tego jasnego nieba spadnie piorun, który we mnie ugodzi?
Dziewczę westchnęło.
On ciągnął dalej:
— Czyż mogłem się spodziewać, że zamiast mojej ukochanej Marty, znajdę inną? Jeszcze tydzień temu rozmawialiśmy tak swobodnie, rojąc o przyszłości. Wtedy ręka twa spoczywała w mej dłoni, serce dziwny czar napełniał, tyś była wesołą, Marto, swobodną, a mnie olśniewało światło twych źrenic, miałem słońce w duszy.
Ściskałem twoją dłoń i mówiłem: „Marto, ja cię ubóstwiam!“ a tyś szeptała tuląc się do mnie: „a ja cię kocham Jerzy, o! kocham bardzo!“ — Dnia tego wieczorem żegnaliśmy się... Pamiętasz? Uścisnęliśmy się jak zwykle, przyczem, nachylając się do mego ucha szepnęłaś głosem, zupełnie do dzisiejszego nie podobnym: „Do rychłego widzenia Jerzy“.
Trzy dni temu, odjechałem wesół, dziś wróciłem z radością w duszy, mówiąc sobie: „ona czeka mego powrotu“. Jestem w tej chwili w obecności twojej, wszystkie formalności zostały już dawno wypełnione, a ty nie wahasz się mnie odtrącić, mówiąc: „nie chcę wychodzić za mąż!“
Dziewczątko płakało z głową na piersi zwieszoną.
— Pytam się, co się stało, ty nie chcesz mi odpowiedzieć. Ah! Marto, Marto, powiedz czem zasłużyłem na tak okrutną karę? Powiedz Marto, powiedz...
Głuche tkanie wyrwało się z jego piersi. Po chwili mówił dalej ze łzami w głosie:
— Marto, zasługujesz na to by cię ubóstwiano; powiedz... nie zdaje ci się, że cię za mało kocham... że cię nie oceniam należycie?...
— Och, nie mów tak do mnie! krzyknęła głosem przejmującym.
— A więc — odezwał się Jerzy patrząc prosto w oczy Marcie, ty mnie nie kochasz...
— Och co za posądzenie! — rzekła.
— Możeś mnie nigdy nie kochała — ciągnął zrozpaczony chłopiec, Marto, ja tylko to przypuszczam. Przypuszczam żeś oszukiwała siebie i nas, gdyś rzekła po raz pierwszy twojej przyjaciółce: kocham Jerzego“. Tak, usta twe kłamały, gdyś odpowiadała na me pieszczoty słowami: „Jerzy, ja cię kocham!“
— Panie Jerzy — odezwała się Marta gasnącym głosem — druzgoczesz mi pan serce.
— Tak, a ty Marto jak się obchodzisz ze mną? Czy zdaje się ci, że choć jedną kroplę goryczy mi oszczędziłaś? Gdybyś mi zanurzyła w sercu puginał po samą rękojeść, nie sprawiłabyś mi dotkliwszego bólu, i ty mi mówisz że cierpisz przezemnie? Na takie słowa wszystko się we mnie podnosi, a ja milczę... Ty mi dyktujesz straszny wyrok i chcesz bym w cierpliwości słuchał. Czy to możliwe? Nie, nie, po tysiąc razy nie.
Ile tylko nadziei mieści człowiek w sobie, ile szczęścia miłości, tylem tobie Marto oddał. Tylko w pożyciu z tobą widziałem szczęście, tylko ty jedna mogłaś moje życie promieniem szczęścia owionąć, a ty dziś, wiedząc o tem, nie wahasz się zniszczyć wszystko, moją nadzieję, szczęście, zamknąć świetlane bramy przyszłości. O! stokroć wołałbym umrzeć jak czego podobnego doczekać.
Marto, ja cię kocham! Kocham cię całą potęgą uczucia! Kocham cię jak nikogo na świecie nie kochałem nigdy. Bronię swego życia. Bronię szczęścia i przyszłości!
Nieszczęśliwa Marta ukryła twarz w dłoniach.
— Marto — rozpoczął Jerzy. — Marto, kochasz ty mnie?
Podniosła głowę i odrzekła głosem niedającym się opisać.
— Tak. panie Jerzy, kocham cię i będę kochać... zawsze...
— Kochasz mnie, i odpychasz bez litości?
— Nie mogę być pańską żoną.
— Dlaczego Marto? Dlaczego?
— Gdybym mogła odpowiedzieć, nie miałbyś pan o co mnie pytać.
— Widzę Marto, że stanęła między nami groźna przeszkoda, ale pozwól mi ją poznać, a z pewnością potrafię ją zwyciężyć.
— Panie, tej przeszkody ani pan, ani ja, nikt złamać nie potrafi.
— I naprawdę nie mam się dowiedzieć co to takiego?
Ruszyła przecząco głową.
— Czy to tajemnica?
— Tak.
— I mam istotnie zapomnieć o tobie?
— Tak być musi.
— Na zawsze?
— Na zawsze...
— Ach! Marto — zawołał Jerzy niecierpliwie — nie wiem co mam myśleć o tobie. Jeszcze raz powtarzam ci, że twoją odmową pozwalasz mi się wszystkiego domyślać, nawet rzeczy nieprawdopodobnych.
Marta drgnęła. Spojrzała na narzeczonego takim wzrokiem, jakby go chciała przeniknąć do głębi duszy.
— O Boże, czemuż jestem tak nieszczęśliwą? — zawołała gwałtownie.
Sił jej zabrakło. Upadła na krzesło, ręką podparła głowę i wybuchła łkaniem.
I Jerzy płakał...
— Marto, Marto — mówił z cicha — gdzie jest to nasze wymarzone szczęście?
— Cicho, cicho! Dość tego, nie sprawiaj mi pan tortur!
Milczeli chwilę.
— Marto — rozpoczął Jerzy — idę do mojego ojca, cóż mam mu powiedzieć?
— Że postanowienia nie zmienię.
— To znaczy, że nie chcesz za męża Jerzego de Santenay.
— Panie Jerzy, nie będę żoną pańską, ani niczyją.
— Nie będziesz pani zawsze tego zdania — rzekł Jerzy z goryczą — kto inny będzie pewnie szczęśliwszym odemnie.
Błyskawica zamigotała w oczach dziewczyny.
— Choćbym chciała, nikt takiej jak ja, za żonę nie weźmie!
Jerzy cofnął się, straszna myśl przeszła mu przez głowę, lecz odepchnął ją natychmiast ze wzgardą. Nie mógł wątpić o cnocie Marty, o jej nieskalanej czystości, więcej, jak że słońce w dzień świeci.
Nastała nowa chwila milczenia.
— Panno Marto — rozpoczął znów Jerzy — pani życzeniem jest, bym się oddalił na zawsze.
— Tak panie, na zawsze.
— Nigdyż się już nie zobaczymy?
— Tak być powinno.
— Pani życzy sobie, bym o niej zapomniał?
— Tak, tak, zapomnij pan o mnie.
— Zostań pani z Bogiem, panno Marto.
— Niech Bóg pana prowadzi, panie Jerzy.
— To ostatnie pani słowo było zimne i mroźne jak lód. Nie łudzę się już, pani nie masz serca.
Z piersi młodej bohaterki wyrwał się krzyk rozpaczy.
— Za wiele tego na moje siły, za wiele... — powtarzała.
Załamywała konwulsyjnie ręce, aż w stawach trzeszczały.
— Cóż chcesz pan bym uczyniła? Co mi powiedzieć wypada? wołała na pół obłąkana.
Jerzy zrozumiał że wszystko nadzieja zniknęła.
Spojrzał na Martę, i długo nie spuszczał z niej oka. W wzroku tym było więcej litości i bólu jak miłości. Naraz chwycił za kapelusz i wybiegł z salonu nie pożegnawszy się.
— Boże pozwól mi umrzeć! wołała Marta.
Głowę ukryła w dłoniach i tak siedziała bez ruchu, przytłoczona ogromem nieszczęścia.
Młody inżynier znalazł pana Raclot w ogrodzie. Przechadzał się spokojnie, w cienistej alei. Nie trudno mu było poznać, że Jerzy jest w rozpaczy.
— I cóż? zapytał bez najmniejszego wzruszenia.
Młodzieniec zwiesił głowę.
— Nie porozumiałeś się pan z Martą?
— Wszystko skończone, panie; szczęścia złamane! Nie ujrzę już nigdy panny Marty; nie mam o niej myśleć, mam o niej zapomnieć... jakby taki rozkaz był łatwy i możliwy do spełnienia.
— Nie umiałeś pan więc mówić odpowiednio?
— Powiedziałem wszystko, wszystko, co mi serce dyktowało.
— Cóż panu odpowiadała?
— Zawsze jedno i to samo: że nie chce wychodzić za mąż.
— Dlaczego?
— To jej tajemnica.
Młodzieniec westchnął, pożegnał pana Raclot, i w pół godziny był już daleko...
Odjeżdżał smutny, z boleścią w duszy, rozmyślając z goryczą o nietrwałości ziemskiego szczęścia.
Napróżno starał się odgadnąć powód postępowania Marty. Nic nie pojmował. Istotnie, w tem była tajemnica. Nie myślał o Marcie ze złością, i nawet nie wątpił o niej, tak głęboko ją kochał i szanował.
Czuł zresztą, że Marta jest ofiarą...
Gdy Jerzy de Santenay oddalił się, pan Raclot pomyślał, że czas pomówić z córką. Wziął przeto za kapelusz i wyszedł z ogrodu. Nie udał się jednak natychmiast do zamku; wprzód poszedł obliczyć trzody bydła i owiec na pastwisku. Niedługo miała nastąpić zima, śnieg i mrozy, jeszcze kilka dni, a trawa dziś zielona zniknie; należało więc pomyśleć o sprzedaży pasionych wołów, które na wiosnę zastępywano chudymi. Pan Raclot był nadto zajęty, by myśleć o córce, liczył i przekonał się, że może za sto wołów otrzymać piętnaście tysięcy franków.
Wieczór już zapadł, gdy Mateusz Raclot wrócił do zamku.
Zapytał dziewczyny o córkę. Służąca mu odrzekła, że panna Marta nie ruszyła się z salonu.
Postanowił wejść do salonu, lecz nie był pewny siebie. Kto wie, może odgadywał prawdę.
Marta przestała płakać. Miała dość czasu by ochłonąć ze wzruszenia, by się utrwalić w postanowieniach... Gdy ojciec wszedł do pokoju była na pozór zimną i spokojną.
Ojciec pierwszy przemówił:
— Dobry wieczór Marto.
— Dobry wieczór ojcu! — brzmiała odpowiedź.
— Hm... nic więcej nie mówi, to zabawne... mruknął Raclot.
Zbliżył się do okna, i udawał, że się przygląda okolicy, potem stanął przed serwantką, otworzył i zamknął drzwi, w końcu ruszył krzesło i postawił go na tem samem miejscu, wszystko, by utrzymać równowagę, która go opuszczała. W końcu usiadł przy stole.
— Marto — zaczął — czy to prawda, co opowiadano?
Dziewczyna podniosła oczy, ale milczała, jakby czekając dalszego ciągu — hm, hm — chrząkał stary Raclot — odprawiłaś już stanowczo, tego biednego chłopca?
— Tak, ojcze.
— I nie chcesz wychodzić za mąż?
— Wiesz już o tem, ojcze.
— Mówiąc między nami, czekałaś za długo Marto. by Jerzemu de Santenay dać odmowną odpowiedź. Trzeba się było wcześniej zdecydować.
— Uznaję to sama.
— Byłoby jeszcze pół biedy, gdybyś to była uczyniła przed ogłoszeniem zapowiedzi.
— Tak sądzisz, ojcze?
— Nieinaczej. Jesteśmy przecie codziennie świadkami rozchodzących się małżeństw. Przecie dziewczęta mają zupełne prawo powiedzieć: „nie chcę“, jeśli im się tak podoba.
Co zaś do Jerzego de Santenay, to nie widziałem nieszczęśliwszego chłopca. Kto wie czy się nie rozchoruje, gdyż bardzo na to wyglądał. Ładnieś go ubrała, bądź spokojną, nie wróci więcej.
Ja, widzisz, cieszyłem się z tego związku, boś ty chciała. Dziś mówisz: „nie“, to i ja „nie“. Zostaniesz w domu, będzie nas dwoje. Oj! nie wesoło dla ojca, zobaczyć obcego, który córkę mu zabiera. Masz rację Marto... nie wychodź wcale za mąż... radzę ci, jako ojciec. Bo i po cóż ci męża? Chyba by mieć kłopot... przecie szczęśliwszą jak dziś, nie będziesz!
Młoda bohaterka użyła wszystkich swych sił, dla zachowania równowagi i spokoju.
— Mówił mi Jerzy, żeś mu powodu wytłumaczyć nie chciała. Byłażby to prawda?
— Najzupełniejsza. Pan de Santenay odjechał, nie otrzymawszy żadnego wyjaśnienia z mej strony.
— Dla tego wyglądał jak warjat. Dobrześ zrobiła Marto, nie odpowiadając mu na pytania.. Kto wie, może odpowiedź twa byłaby dlań przykrą. Ale mnie, ojcu, możesz wszystko wyznać.
— Bezwątpienia, uczynię to ojcze.
— A więc?...
— Więc, pomyślałam ojcze, że tych 50 tysięcy któreś mi miał dać, to nielada suma na wieśniaka. Wiedziałam że zaspokajając mnie, miałbyś trudności, że nie mógłbyś wyjść nigdy z kłopotów pieniężnych.
— Tak, tyś tak pomyślała?
— Naturalnie ojcze. Wiem wprawdzie, że istnieją ojcowie, którzy córkom dają nawet po sto tysięcy w posagu, ale to czynią ludzie bogaci. A ty ojcze, jesteś wieśniakiem, więc choć mieszkasz w zamku i posiadasz ziemię, nie możesz mieć pieniędzy. Skąd uczciwy wieśniak mógłby wziąć pieniądze?
— Masz zupełną rację, wszelako...
— W końcu ojcze, nie mogłam przenieść na sobie myśli, że się dla mnie zrujnujesz, ogołocisz ze wszystkiego, że się ściągniesz z ostatniego, by mnie wyposażyć. Ja tego znieść nie potrafię i dla tego za mąż nie wychodzę.
— To cały powód?
— Tak, ojcze.
— Hm, hm!
— Przecież nie wątpisz ojcze, o mej uczciwości.
— Tak, tak. Jesteś dobrą i szlachetną dziewczyną.
Poczem mówił obłudnie:
— Pewnie... pięćdziesiąt tysięcy, to nie lada suma, zwłaszcza jak to sama powiadasz, że rolnik nie ma pieniędzy, gdy posiada ziemię. Ale widzisz, pragnąc gorąco twego szczęścia, byłbym się zdobył na takie poświęcenie. Trudno, dla jedynaczki robi się więcej nawet jak można. Kto wie, zresztą może potrafiłbym sobie poradzić i wypłacić ci 50 tysięcy nie wiążąc sobie kamienia u szyi.
— Być może, ale byłoby to zawsze poświęcenie, a ja bym tego nie przeniosła na sobie.
— Hm... hm... nie mam na to odpowiedzi.
— A ja za mąż nie wyjdę.
— Nigdy?
— Nigdy ojcze, nigdy!
— Czy to istotnie niezłomne postanowienie?
— Zupełnie, od którego nic by mnie odwieść nie potrafiło.
— Masz rację Marto, zgadzam się w zupełności z tobą. Już samo małżeństwo nie jest rzeczą przyjemną. A jak komu w domu dobrze, jak u pana Boga za piecem, gdy się jest zadowolonym, to po cóż się spieszyć. Tak Marto! Nie powinnaś nigdy opuszczać ojca.
— Przepraszam cię ojcze, ale to nie jest moją myślą.
— Hę? cóż chcesz przez to powiedzieć?
— Chcę powiedzieć, że jutro wyjeżdżam.
— Mówisz serjo?
— Zupełnie serjo.
— Chcesz mnie opuścić?
— To moje niezłomne postanowienie.
— Gdzie chcesz jechać?
— Do miasta.
— Po co?...
— Chcę pracować.
— Pracować, zarabiać, aleś ty zwarjowała dziewczyno!
— Nie, mój ojcze.
— Pracować... Cóż ty potrafisz robić?
— Zapominasz ojcze że mam patent na nauczycielkę.
— I tybyś chciała...
— Chcę być nauczycielką.
Hm... hm!...
— Tyś pracował ojcze przez całe życie, matka moja zapracowała się; teraz na mnie kolej. Pamiętam, że jestem córką wieśniaka, nie hrabianką lub baronówną, a gdy widzę że dziewczęta z Aubécourt pracują w polu dzień w dzień, przyznaję że mi wstyd!
Dziewczęta z Aubécourt są do pracy stworzone, podczas gdy ty...
— Ja ojcze, przyznaję, że nie byłabym zdolną do ciężkiej pracy wieśniaczej, do pługa i żniwa, ale nie widzę racji, dla której nie powinnabym zająć się czem innem. Bóg nas stworzył do pracy, każdy powinien pracować tyle ile może, ja... nie robię nic i wstydzę się tego.
— Ależ Marto, nie było takiego dnia, bym cię zobaczył z założonemi rękoma. Przecie mam oczy i widzę... że igła i szydełko nie wychodzą z twych rąk.
— Zajmowanie się robótką, nie nazywa się pracą.
— Jeśli ja jestem zadowolony... to...
— Ja wewnętrznego zadowolenia nie czuję.
— Marto, ja nie jestem bogaty... tak bogaty jak źli i zachłanni ludzie twierdzą, ale przyznaję, że nie jestem biedny, mogę żyć wygodnie, możesz przeto być spokojną, że ci na niczem zbywać nie będzie.
— Wierzę ci, mój ojcze, ale nie chciałabym nadużywać twej dobroci.
— Och, nie kosztujesz mnie wiele!
— Powtarzam ci ojcze, że muszę pracować, tak jak matka moja pracowała; żaden chleb tak nie smakuje, jak zapracowany przez siebie. Jestem nauczycielką i chcę nią być zawsze.
— Hm, hm! mruczał Raclot skrobiąc palcem koniec swego nosa, hm... czy ty od tego nie odstąpisz?...
— Nie odstąpię, ojcze.
— W takim razie, nie mam co dalej mówić.
— Dziękuję ci ojcze.
— Jesteś upartą Marto, zmuszasz każdego do ulegania twej woli. Kiedy chcesz jechać?
— Jutro.
— Do miasta?
— Tak.
— Czy sądzisz, że uda ci się zaraz znaleść zajęcie?
— Spodziewam się tego.
— Mnie się jednak zdaje, że to rzecz nader wątpliwa.
— Zobaczę.
— Marto, to jakaś fantazja...
— Nie, ojcze.
— Kończmy więc. Będziesz potrzebować pieniędzy na drogę. Ile ci dać?
— Nic.
— Jakto, nic?
— Bądź spokojny ojcze, dam sobie radę.
— Rozumiem, udasz się natychmiast do sióstr Dominikanek.
— Właśnie taki mój projekt, z którym się przed tobą ojcze, kryć nie myślę, spodziewam się, że powierzą mi jedną klasę w samym zakładzie.
— A gdybyś się myliła?
— Gdyby nie znaleziono dla mnie zajęcia w samym klasztorze, wysłanoby mnie na prowincję, gdyż zakład ten ma kilka filii. A teraz ojcze, choćbym była na końcu świata, nie zdradź przed nikim miejsca mej bytności. Nie powiedz nikomu postanowienia, które powzięłam.
— Przyrzekam ci, ale ty mnie będziesz odwiedzać czasami, nieprawda?
— Będę często myśleć o tobie ojcze, ale nie wiem czy będąc nauczycielką, starczy mi czasu na odwiedziny...
— To znaczy, że od dziś nie mam córki — odezwał się pan Raclot wzruszonym głosem. Czy jednak wzruszenie było prawdziwe, z głębi serca pochodzące, nikt nie zaręczy.
Po wieczerzy, którą w tej chwili podano, Marta opuściła salę i pobiegła do siebie na górę. Po chwili wróciła z pudełkiem w ręce.
— Cóż tam masz? zapytał ojciec podnosząc brwi i wysuwając naprzód głowę.
Panienka otworzyła pudełko.
Mateusz Raclot wytrzeszczył oczy.
— I cóż z tego? — zapytał.
— Mój ojcze — odezwała się Marta — nie znam wartości tych klejnotów, lecz uważam je za zbyt piękne dla nauczycielki, zupełnie nie stosujące się do mej sytuacji. Nauczycielka nie potrzebuje kosztowności, a nawet lepiej, by ich nie posiadała. Weź więc je ojcze, oddaję...
Stary skąpiec spojrzał błędnie na córkę.
— Dobrze, bąknął niewyraźnie schowam je u siebie. Gdy wrócisz znajdziesz wszystko.
Nie była to jednak ostatnia niespodzianka dla lichwiarza.
Nazajutrz rano, Marta przyszła pożegnać ojca. Lichwiarz zauważył, że córka bierze z sobą tylko małą walizkę.
— A twoje suknie, bielizna? — zapytał.
— Bielizna którą tu mam, wystarczy mi — odrzekło dziewczę. — Suknie zostawiam, gdyż ich nie potrzebuję. We wszystkich zakładach mają jeden kostjum, będę musiała się przeto zastosować.
Mówiąc to, całowała rękę ojca. Poczem oddaliła się spiesznie.
Zeszła z pochyłości wzgórza, nad którem wznosił się zamek. Nie szła, ale biegła, jakby ją jakaś siła pchała naprzód. Zdawałoby się, że spieszno jej wydostać się z tego przeklętego domu. Nie potrzebowała się spieszyć, do odejścia omnibusu było dość czasu. Przybyła o godzinę wcześniej umyślnie, gdyż opuszczając Aubécourt, chciała pożegnać starą mamkę. Kto wie czy zobaczy ją kiedy?
Staruszka krzątała się, zwijała, jak zwykle około gospodarstwa.
— Jakże? To ty Marto? Tak wcześnie? — zawołała zdziwiona wieśniaczka.
— Wyjeżdżam za chwilę. Nie chciałam opuścić Aubécourt, nie pożegnawszy się z tobą.
— Bardzo to ładnie moje dziecko. Jedziesz do miasta?
— Teraz tak, ale kto wie czy niedługo nie będę już daleko stąd, bardzo daleko...
— Wybierasz się w podróż.
— W daleką i bezpowrotną.
— Jakto nie wracasz?
— Nie wrócę może... nigdy.
Staruszka cofnęła się przerażona.
— Nie zrozumiałam cię dobrze... dziecino... Coś powiedziała Marto?
— Mówiłam właśnie, droga mamko, że wyjeżdżam i że nie wrócę może.
— No, no, nie żartuj ze starej, dziecko, nie żartuj! — uśmiechnęła się mamka.
— Nie żartuję, mateczko.
— Nie wierzę ci... Jakto nie wychodzisz za mąż?
— Wszystko skończone. Nie wychodzę zamąż.
— Ach, nie mów tego!
— Mówię prawdę.
Wieśniaczka zdrętwiała, oczy rozwarła szeroko, z wyrazem ogłupienia; z jej piersi wyrwał się okrzyk zgrozy i jak martwa padła w objęcia Marty.
— Rozumiem teraz wszystko, rozumiem — zawołała po chwili, ściskając Martę kurczowo w objęciach — odjeżdżasz, porzucasz wieś, bo wiesz.... nie wychodzisz za mąż wskutek... już nie mam co dalej mówić. Wczoraj gdym cię zapytała: — „Marto, co uczynisz?“ — odrzekłaś: — „Dowiesz się wkrótce“. Widzę teraz coś knuła w twej głowie; a ja... ja jestem wszystkiego przyczyną. O! Marto, Marto, jestem nikczemną!
Zaczęła gorzko płakać.
— Przestań płakać mamko, przestań — zawołała młoda panienka — a przedewszystkiem nie wyrzucaj sobie nic, wczoraj wiedziałam o wszystkiem... potrzebowałam tylko potwierdzenia... Z gotowem postanowieniem przestąpiłam próg twego domu... Mamko, jak kochasz twą Martę, jeśli jej co dobrego życzysz, jeśli jej szczęścia pragniesz, nie powiesz nikomu co zaszło między nami, nie chcę by wiedziano, że znam wszystkie nieprawości mego ojca, nie chcę by świat znał powód, dla którego Marta Raclot, nie mogła zostać żoną Jerzego de Santenay! Pamiętaj mamko, że masz milczeć, nawet wtedy gdy na Martę kamieniem rzucą, albo powiedzą, że Jerzy de Santenay ją porzucił; jeśli taka pogłoska dojdzie twoich uszu mamko, pamiętaj, że nie wolno ci zaprzeczać.
— Marto, coś powiedziała ojcu?...
— Że chcę pracować, zarabiać na życie.
— A o tem coś się dowiedziała?
— Nie wspomniałam.
— I on zgodził się na twój wyjazd?
— Nie był w stanie mnie zatrzymać, zresztą ojciec mój jest przyzwyczajony do samotności... a tęsknić po mnie z miłości ojcowskiej... nie będzie...
— A tamtemu... panu Jerzemu de Santenay, coś powiedziała?
— Tylko te słowa: „Nie chcę wychodzić za mąż“.
— On na to przystał?
— Musiał.
— Ależ Marto, ty go chyba nie kochasz.
— Cicho bądź, mamko — przerwało dziewczę głosem zdławionym; słuchaj: ubóstwiam Jerzego, miłość jaką dla niego żywię uzbraja mnie w siłę niezwyciężoną, czyni mnie zdolną do wszystkich poświęceń.
— Nieszczęśliwa dziecino!
— Dlatego błagam Boga tylko o jedno.
— O co?
— By mi pozwolił umrzeć z miłości!
Staruszka złożyła ręce, jak do modlitwy. Po chwili odezwała się, a w głosie jej czuć było zachwyt połączony z szacunkiem dla młodej bohaterki.
— Ach! Marto, Marto — zawołała, jakaś ty szlachetna i wspaniała, mogłaś tu być opiekunką nieszczęśliwych, a odchodzisz!... Powiedz mi dziecino co myślisz dalej czynić?
— Nie powinnam ci tego mówić.
— Gdzie wyjeżdżasz?
— Nie wiem; gdzie Bóg mnie zaprowadzi.
W tej chwili dał się słyszeć turkot kół w ulicy.
Staruszka i dziewica padły sobie w objęcia, całowały się tkliwie, w końcu Marta wyrwała się i wybiegła wołając:
— Bądź zdrową, matuchno, bądź zdrową!
— Niech cię Bóg prowadzi — szepnęła stara mamka robiąc znak krzyża za odjeżdżającą.
Marta była już daleko, a staruszka stała wciąż na progu i obcierała łzy z oczu.
Płakała gorzko, i nie dziw, z Martą traciła wiele, zdawało się jej bowiem, że traci część siebie samej, że jej dusza ulatuje gdzieś w nieznane kraje. Czuła, że nie pozostanie już długo na ziemi, że sił jej coraz ubywa, że śmierć lada chwila zapuka do jej okienka, i mówiła sobie w swej głębokiej boleści:
— Dziecina mego serca opuszcza mnie, kto wie czy ją jeszcze obaczę?
Kilka, niewiast z Aubécourt widziało pożegnanie Marty z mamką, i dziwiły się bardzo. Nie rozumiały czegoś, gdy wzrok ich wyrażał zdziwienie. Patrzyły za Martą, nawet wtedy gdy powóz skręcił i znikł w wąwozie.
Jedna śmielsza od innych, odważyła się zbliżyć do staruszki.
— Czemu panna Raclot taka smutna — spytała — nie moglibyście mi powiedzieć Brygido, gdzie wyjeżdża?
— Nie chciała mi powiedzieć.
— Słyszałam, że się żegnała z wami.
— Być może. Czyżby to was dziwiło?
— Zdawało mi się, że była bardzo smutną.
— Hm... nie spostrzegłam tego...
— No, no, matko Langier, widzę że coś ukrywacie. Dlaczegożbyście sami płakali?
Staruszce brakło odpowiedzi, aby więc przerwać rozmowę, weszła do swej chaty i zatrzasnęła drzwi z hałasem.
Można łatwo pojąć zdziwienie w zakonie, gdy się ukazała Marta, w starej sukni pensjonarki, i oznajmiła że pragnie rozmówić się z przełożoną. W klasztorze powstał ruch, gdyż spodziewano się nowości.
Siostry Aniela i Leokadja domyśliły się natychmiast że na ich ukochaną uczennicę spadło wielkie a niespodziewane nieszczęście.
Spełniając życzenie Marty, wysłano jednę z zakonnic do matki przełożonej. Przełożona zdziwiła się bardzo, lecz kazała poprosić pannę Raclot do swej celi.
Zaraz też spostrzegła, że panienka jest bardzo licho a nawet niedbale odziana, więc zdziwienie jej zmieniło się wkrótce w niepokój i obawę.
Marta zbliżyła się, przechyliła głowę a zakonnica złożyła na jej czole macierzyński pocałunek.
— Siadaj — rzekła, wskazując panience krzesło — i opowiadaj po coś przyszła. Nie będę taić przed tobą, że jestem niespokojną i bardzo zdziwioną twoją wizytą. Wyglądasz tak, jakby cię spotkało nieszczęście. Mów, dziecko, słucham cię.
— Mateczko — odrzekła Marta — porzuciłam dom ojca na długo, i przyjeżdżam, aby tu znaleźć schronienie.
— Co mówisz! wykrzyknęła zakonnica.
— Matko, dla powodów, które ci natychmiast wyjawię, gdyż muszę być szczerą i ufać tobie, odpowiedziałam wczoraj memu ojcu i panu Jerzemu de Santenay, że nie wyjdę za mąż.
— Czy to możliwe! przerwała przełożona, dziwiąc się coraz bardziej.
— Posłuchaj mnie matko, a gdy ci wyjawię wszystko, osądź mnie sama.
Tu zaczęła opowiadać krótko, a w słowach pełnych treści, rozmowę dwóch podróżnych, odwiedziny u mamki i jej odkrycia, które w zupełności potwierdziły słowa w omnibusie słyszane.
Mówiła, określając wszystko co czuła, co jej serce wycierpiało, gdy się dowiedziała o okrutnem postępowaniu Mateusza Raclot z sierotami, wspominając o boleści jaką czuła na myśl, że zasmuci Jerzego de Santenay i o swej nieszczęsnej przyszłości.
— Miałam jednak tyle siły w sobie — kończyła Marta, że ani chwili nie zawahałam się w moim postanowieniu. Gdy Jerzy de Santenay żegnał się ze mną, myślałam, że mi serce pęknie, lecz Bóg był ze mną, podtrzymywał moją odwagę, i pozwolił mi poświęcić radość, szczęście które mnie czekało, a usłuchać sumienia które wołało: Tam twój obowiązek.“
Przełożona milczała długą chwilę, patrzyła na bohaterkę z wyrazem nieokreślonej dobroci i czułości.
— Dziecko drogie — przemówiła w końcu — jestem przejętą do głębi twojem opowiadaniem. Nie ganię postępowania, gdyż ty na naganę nie zasłużyłaś, lecz dziecko drogie, zastanów się, czy nie jesteś zanadto surową dla siebie samej. Ach! Marto, tyś nie tylko była silną i odważną, aleś postąpiła jak bohaterka! Przyznaję, że ojciec twój niecnie postąpił, że w oczach Boga popełnił zbrodnie, za co jest potępionym, ale ty Marto jesteś niewinną i nie możesz odpowiadać za cudze czyny.
Marta zwiesiła głowę.
— Przekleństwo — rzekła — spada z ojca na dzieci. Ofiary pragną pomsty!
— A tyś zechciała się oddać na całopalenie. Zrobiłaś dużą ofiarę, ale czy sądzisz że Bóg ją przyjmie? Ten Bóg pełen dobroci i miłosierdzia! Gdyby tak było dziecino, źli grzeszyliby, a na niewinnych spadałoby brzemię kary. Marto, ja cię znam nie od dziś, i wiem, że masz wiele delikatności i szlachetności w uczuciach, mogę tylko przytakiwać twojej słusznej drażliwości. Tak, wiedząc że majątek twego ojca jest z krzywdą ludzką nabyty, nie mogłaś przyjąć posagu, nie mogłaś jeść jego chleba. Pojmuję nawet, żeś oddała panu Raclot jego klejnoty, żeś nie przyjęła pieniędzy na drogę, ani sukien, za te pieniądze kupionych, ale z drugiej strony uważam, że gdy kochasz pana Jerzego de Santenay, który cię kocha równie gorąco, Bóg, opiekun i obrońca uciśnionych, nie żąda od ciebie zupełnie niewinnej ofiary z własnego szczęścia. Nie chciałaś nic przyjąć od ojca, dobrze; lecz zamiast powiedzieć sucho do Jerzego: „Nie chcę wychodzić za mąż“, trzeba było wyznać prawdę, onby cię zrozumiał, a stary generał który umie ocenić prawdziwe piękno, byłby cię dla twych cnót pobłogosławił z synem.
— Niestety, mateczko, musiałabym chyba wyznać wszystko — rzekła Marta smutno.
— Bezwątpienia.
— Czyż mogłabym stanąć jako oskarżycielka ojca? Zresztą, jako córka chłopa, krzywdziciela, lichwiarza, kryminalisty, nie uważam się godną, być żoną Jerzego de Santenay. Między honorem rodu de Santenay a nikczemnością przypisaną imieniowi mego ojca, jest przepaść głęboka. Nie matko, honor nie połączy się nigdy z hańbą i sromotą. W takich warunkach chcąc być uczciwą, mogłam tylko powiedzieć Jerzemu de Santenay: „Nie chcę być twoją żoną, zapomnij o mnie!“
Łkanie przerwało jej ostatnie słowa.
— Biedne, kochane dziecko! — szepnęła przełożona z współczuciem. Po chwili zaś rzekła: — Twoja logika mnie przeraża, drogie dziecko, ona tłumaczy twoje skrupuły, ze czcią oddaję hołd twemu rozumowaniu. Płacz Marto i wypłacz się. Ulżyj twemu zbolałemu sercu, twoje łzy Bóg pobłogosławi, twój anioł stróż je zbierze, zaniesie je przed tron stwórcy i zapyta, kiedy nastąpi dzień wypłaty i nagrody twojej.
— Och! matko, jam taka nieszczęśliwa! — załkała głośno Marta.
— Wiem o tem Marto, ale pamiętaj, żeś przyszła do sióstr twych w Chrystusie, pamiętaj że naszym obowiązkiem jest nieść ulgę w cierpieniu. Siostry nasze i ja dołożymy starań, by cię uspokoić. Mówiłaś mi Marto, że szukasz u nas schronienia; otrzymasz je; niech Bóg będzie z tobą.
— Dzięki ci matko!
— Przedtem jednak muszę poznać twoje zamiary.
— Och, matko, nie chciałabym być nikomu ciężarem. Chcę pracować i być użyteczną!
— Dobrze dziecko. Co chcesz czynić?
— Chcę się poświęcić Bogu i ludziom. Mam świadectwa, mogę być nauczycielką. Jeśli nie możesz mi matko powierzyć jakiej klasy, będziesz może tak dobrą, zaprotegować mnie, a przełożona generalna znajdzie zatrudnienie dla mnie. Jutro pragnę przywdziać habit nowicjuszek, aby módz jak najprędzej welonem zakonnym okryć moją głowę.
— Drogie dziecię — odezwała się zakonnica — znajdziesz zajęcie u nas w klasztorze. Zostaniesz z nami na nowicjacie. Habit włożysz jutro. Ale welonu zakonnic nie otrzymasz prędko. Nie zdaje mi się, byś była zdolną do wiecznej i dożywotniej służby Bogu i Panu Najwyższemu. Do wejścia w życie wieczne, do zaparcia się siebie i świata, do złożenia ślubów i przyrzeczeń na wieki, trzeba mieć powołanie. Są poświęcenia, których Bóg nie przyjmuje; on żąda serc czystych, które nie kochają nikogo i nic prócz niego. A ty Marto oddałaś już twoje komu innemu. Twój nowicjat będzie długim Marto. Coś mi mówi, że te złote włosy nie padną pod nożycami na płytach sanctuarium!
Marta zwiesiła głowę, łzy jej padały rzęsiście, ale nie były już tak gorzkie jak poprzednio.
— Matko, mateczko moja — szepnęła klękając — pobłogosław mnie.
Przełożona ścisnęła rękoma głowę dziewczęcia, pocałowała ją w czoło i odezwała się dobitnie, drżącym ze wzruszenia głosem:
— Błogosławię cię dziecię, lecz posiadasz więcej, Bóg cię błogosławi. — Poczem rzekła łagodnie i słodko: — Powstań Marto, powstań i otrzej łzy.
Głosowi temu niktby się oprzeć nie potrafił.
W tej samej chwili, weszła do celi jedna z sióstr służebnych.
— Córko — odezwała się do niej przełożona — za chwilę wyjdą panienki na rekreację, wtedy zawezwiesz siostrę Anielę, dasz znać wszystkim siostrom by się zeszły, a gdy się zejdą w głównej sali, zawiadomisz mnie.
Młoda siostrzyczka oddaliła się z niskim ukłonem.
W chwilkę później, dzwonek oznajmił rekreację, siostra służebna ukazała się we drzwiach.
— Matko — oznajmiła — wszystkie siostry są w sali zebrań.
Przełożona zbliżyła się do Marty.
— Chodź ze mną Marto, zaprowadzę cię między siostry.
Wszystkie zakonnice, w liczbie ośmnastu, były zebrane w sali głównej, brakło tylko służebnic, których do narad nie wzywano.
Siostry milczały, stały spokojnie, tylko oczy ich biegały po przedmiotach i zatrzymywały się na drzwiach.
Nie ma wątpliwości, że ważna wiadomość udzielona im zostanie, a tyczyć się będzie dawnej uczennicy, panny Marty Raclot.
Przełożona weszła, wiodąc Martę za rękę. Wszystkie głowy pochyliły się przed nią z szacunkiem.
— Drogie siostry — odezwała się poważnie zakonnica. — Panna Marta Raclot, którą tu widzicie, dla ważnych powodów wam nieznanych, nie wychodzi za pana Jerzego de Santenay, lecz pragnie poświęcić się służbie i boskiej i nauce dziatek, które są powierzone naszym staraniom macierzyńskim.
Siostra Aniela słysząc te słowa przełożonej, rozpłakała się. Czuła, że dziewica nie wychodzi za mąż z powodu jakiegoś ciężkiego i bolesnego dramatu.
Inne zakonnice poszły za jej przykładem.
Przełożona zwróciła się do jednej z najmłodszych sióstr:
— Siostro Ludwiko — rzekła — masz obecnie 35 uczennic w swej klasie. Od jutra panna Raclot obejmuje i kieruje tą klasą wraz z siostrą, a gdy tylko nadejdzie pozwolenie od przełożonej generalnej, utworzymy z drugich i trzecich oddziałów osobną klasę dla panny Raclot, złożoną z dwudziestu uczennic.
Gdy przełożona skończyła mówić, przystąpiła do niej siostra Aniela i wyprosiła dla siebie i zakonnic pozwolenie, ucałowania nowej nauczycielki.
Poczem, nim dzwonek wezwał zakonnice i panienki do refektarza, przełożona zaprowadziła Martę do jej przyszłej celi.
Nazajutrz, Marta ukazała się w habicie nowicjuszek zakonu św. Dominika...
W Aubecourt i okolicy, źli ludzie ostrzyli języki.
Marta odgadła naprzód co będą opowiadać. — Mówiono, że generał de Santenay dowiedział się w końcu o łotrostwach Mateusza Raclot i wskutek tego, syn jego Jerzy, zerwał z Martą.
Ponieważ jednak, nie brak nigdy ludzi pomysłowych, którzy z niczego wiele stworzą i uzupełniają każdą opowieść własnymi dodatkami, nie dziw więc, że i tym razem powstało wiele bajek i plotek. Jedni opowiadali, że generał dowiedziawszy się o wszystkich praktykach lichwiarza, wpadł w ogromny gniew, który się zakończył paroksyzmem podagry.
A naopowiadawszy i natworzywszy ile się komu podobało, kończono: — Po tem wszystkiem taki pan jak Santenay nie mógł się żenić z córką Raclot’a.
Z drugiej strony — Marta opuściła szybko wieś i przepadła.
To naprowadziło gadułów na podejrzenie innego rodzaju.
Jedni mówili: — Po scenie jaka się odbyła w ich domu, panna Raclot nie mogła pozostać dłużej w Aubécourt. Wyjechała zapomnieć o swej hańbie!
Ale gdzie się udała? Jeden powód więcej do domysłów i przypuszczań dla ciekawych. Zaczęły krążyć różne zdania, nie zgadzające się między sobą, a mijające się zupełnie z prawdą. Jedni mówili że odjechała do Paryża, gdzie zapomni wkrótce o Jerzym i jego rodzinie. Drudzy odzywali się z miną tajemniczą, że nie mogąc być żoną pana de Santenay, została jego kochanką. Inni jeszcze nie bali się utrzymywać, że córka tego łotra Raclot’a, uniesiona najdzikszym gniewem z powodu zerwanego małżeństwa, uciekła z dependentem od notarjusza Rousselet.
Ów pan, który tak heroicznie porwał pannę Raclot, był istotnie kilka razy w zamku, lecz zawsze z jakimś interesem. Raz widziano go jak rozmawiał z Martą w ogrodzie i to naprowadziło plotkarzy na podobną myśl, zwłaszcza że młody chłopiec skończywszy studja i praktykę, wyjechał prawie równocześnie z Martą.
Nie ma wątpliwości, że znalazło się wielu, nie wierzących w te pogłoski, lecz inni nie znając stosunków, uwierzyli na słowo, czem cześć młodej dziewicy skalano, opinię zbryzgano błotem.
Stara mamka była świadkiem plotek jednych, obelgi drugich, a złości i nienawiści wszystkich.
Uniesiona oburzeniem, gniewna, zaciskała pięści, gryzła do krwi paznogcie, by nie rzucić się na szyję i nie zdławić oszczerców.
Lecz Marta nakazała milczenie, nie chciała by ją broniono, zezwalała na wszystko.
Ach! gdyby jej było wolno mówić, dopierożby się zemściła! Pana Raclot rzucała im na pastwę z przyjemnością, można było mówić wszystko o nim, jej to nie obchodziło, ale dotknąć Marty, zbrudzić tak dziecię, które własną piersią wykarmiła, och! tego Brygida nie zapomni do śmierci!
Mimo tego musiała milczeć! A milcząc, zdawała się wchodzić w sojusz z tymi językami żmij i jaszczurek.
Milcząc, cierpiała więcej z własnej niemocy, jak z powodu największych obelg. Pytała się ciągle:
— Gdzie Marta? Co robi? O! najdroższa, najukochańsza pieszczoszka, jak ona cierpi, jak tęskni i płacze!
Lecz ulga napełniała jej serce, gdy pomyślała o Dominikankach. One tak lubiły Martę, więc jej zginąć i zmarnieć nie pozwolą. Marta według niej była aniołem.
Matka Langier była dobrą i pobłażliwą dla wszystkich, lecz gdy jej kiedy stanął w myśli Mateusz Raclot, unosiła się gniewem, a w duszy przeklinała.
Trudno opisać zdumienie generała i jego córki, gdy im Jerzy doniósł o zerwaniu Marty.
Generał dziwił się, że dziewica odmówiła tak zagadkowo, lecz pozostał w tem samem mniemaniu co jego syn, że tylko okoliczności złożyły się na jej odmowę.
Na nieszczęście, Jerzy kochał pannę Raclot, a generał cierpiał, widząc rozpacz syna.
Lecz co na to poradzić? Nic. Generał nie potrafiłby ganić Marty i jej postępowania.
Matylda płakała, a pan de Santenay używał wszystkich środków, by zmniejszyć ból i wyperswadować Martę Jerzemu.
— Niestety! — odpowiadał chłopiec — kocham ją zanadto, abym ją miał kiedykolwiek zapomnieć.
Panna Lormeau dowiedziała się natychmiast o całem zdarzeniu, więc przybyła niezwłocznie do generała. Lecz nie ukazała się tak zgodną, jak jej brat. Uniosła się gniewem na to dziewczę, które śmiało zwrócić pierścionek jej bratankowi, i to jeszcze kto, wieśniaczka, córka chłopa z Aubécourt. To nikczemne. Marta według niej, była kobietą bez serca!
— Nie przeczę, że Marta jest ładną i wykształconą — mówiła — ale mimo wszystkiego jest chłopką, córką wieśniaka Raclot’a.
Raclot, Raclot, co za nazwisko! Jak się czuje w tem nazwisku dziegieć i złe maniery. Rzeczywiście mój bratanek dbał zanadto o jej honor, kiedy chciał jej nazwisko zamienić na de Santenay. Tak zawsze bywa, gdy się zbliżamy do tłumu.
Panna Lormeau poczerwieniała ze złości.
Zgromiła siostrzenicę, gdyż ta, wprawdzie bardzo słabo, ale jednak brała w obronę swoją przyjaciółkę.
— To twoja wina Matyldo, że na nas takie nieszczęście spadło — mówiła — miałaś za mało dumy, zapomniałaś, że jesteś potomkiem wielkiego rodu, że jesteś panną de Santenay, panienka na twem stanowisku nie zawiązuje przyjaźni z córką chłopa, przeciwnie powinna się trzymać od niej zdaleka, w poufałość wolno wchodzić tylko z podobnymi sobie.
Generał wszedł właśnie i w rozumnych słowach wypowiedział swoje zdanie, czem zamknął usta starej pannie.
— Stało się — zakończyła panna Lormeau — nie mówmy już więcej o pannie Marcie, zostawmy ją przy maśle i serze. Dla niej, zajęcie to odpowiedniejsze od panowania.
Dzięki Bogu, znajdzie się nie jedna ładna i miła panna, która zechce być żoną Jerzego de Santenay.
Nie szukając długo znajdziemy mniej wybredne, jak córkę chłopa. Jerzy ma piękne nazwisko, ładną pozycję, jest przystojny, z takimi zaletami można wybierać.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Pewnego dnia, była to sobota, Jerzy przyjmował w biurze jednego z nadzorców drogowych z Aubécourt i okolicy.
Kiedy interes został załatwiony, młody inżynier zapytał dróżnika, zastanowiwszy się dobrze wprzód, o nowiny o panu Raclot i jego córce.
— Pan Raclot ma się doskonale, możnaby myśleć że odmłodniał, lub go kto zaczarował, lecz o pannie nie wiele mogę panu inżynierowi powiedzieć, gdyż nie mieszka w Aubécourt.
— Jakto, opuściła wioskę?
— Tak, panie inżynierze.
— Gdzie teraz mieszka?
— Nikt nie wie, panie inżynierze.
— Kiedyż opuściła Aubécourt?
— Wyjechała tego samego dnia, gdy się rozeszła w okolicy wiadomość, że się pan z nią nie żeni.
Młodzieńca dreszcz przeszedł.
— Więc powiadasz, że nikt nie wie, gdzie jest obecnie panna Raclot — zapytał.
— Miałem przyjemność oznajmić to panu dwukrotnie.
— A powodu wyjazdu nie znacie?
— Mówię, że wyjechała, bo wstyd jej było, że małżeństwo nie przyjdzie do skutku.
— Doprawdy, tak mówią?
— Och! ludzie opowiadają wiele, mówią n. p., żeś pan zerwał z panną Martą, dowiedziawszy się o opinji jaką się cieszy jej ojciec.
Jerzy mógł zaprzeczeń słowom podwładnego, gdyż nie on lecz Marta zerwała, lecz pozostawił go nadal w tem mniemaniu.
— Więc pan Raclot nie jest szanowany w okolicy?
— Nie.
Młody człowiek byłby pragnął dowiedzieć się nie jednego o panu Raclot, lecz coś go wstrzymywało od pytań.
— Mimo wszystkiego — rzekł w końcu — panna Raclot nie przestała mnie interesować, a słowa któreś pan wypowiedział: „mówią wiele“ podrażniły moją ciekawość. Możebym się mógł dowiedzieć jakie są zapatrywania o jej odjeździe.
— Powstały rozliczne bajki i plotki, ale prawdy w nich trudno wypatrzeć — rzekł drogowy. — Nie wiem dlatego, czy powinienem powtórzyć...
— Proszę pana o to, bardzo proszę!
— Bo to rzecz dość drażliwa...
— Nic nie szkodzi.
— Ja należę do tych, którzy sądzą, że panna Marta wskutek zerwania z panem wyjechała z Aubécourt. Mówią... przepraszam pana, ale z rozkazu powtarzam... że nie chciałeś jej pan za żonę, i uczyniłeś z niej kochankę.
Jerzy podskoczył na krześle, pobladł bardzo i zawołał z odcieniem oburzenia:
— Co za potworna potwarz! Co za nikczemność, rozsiewać podobne pogłoski! To nie prawda, panie!
— Mówiono tak, lecz mogę dodać z przyjemnością, że ta fałszywa pogłoska, prędko upadła.
— Nie mniej jednak oburza mnie, że można było coś tak haniebnego przypuścić.
— Masz pan rację. Dziś wszyscy utrzymują, że pierwszy z praktykantów pana Rousselet, tamtejszego notarjusza, niejaki pan Bertillon porwał Martę Raclot i uciekli do Paryża.
— Och! — szepnął Jerzy przyciskając ręką serce, które biło gwałtownie.
— Ale powtarzam panu — mówił dalej strażnik — to tylko przypuszczenie. Niema jeszcze najmniejszej pewności, że tak jest istotnie. Zdaje się jednak, że ów jegomość starał się rzeczywiście o pannę Martę, widziano ich często razem... Ponieważ pan Bertillon bez żadnego powodu opuścił notarjusza, równocześnie ze zniknięciem panny Raclot, wszyscy są pewni, że porozumienie musiało nastąpić między nimi.
Serce Jerzego ścisnęło się jeszcze mocniej, zdawałoby się, że kleszcze żelazne wbiły mu się w gardło, pierś poruszała mu się ciężko, cierpiał okropnie. Zesztywniał jednak, by nie dać poznać co czuje, a dowiedziawszy się dużo więcej niż pragnął, pożegnał nadzorcę. Gdy został sam, chrapliwy jęk wyrwał mu się z piersi. Chwycił się jak szalony za głowę, przycisnął palące czoło i zatopił się w czarnych, ponurych myślach...
— To nie do pojęcia! To okropne!
Co, ta Marta, którą ubóstwiał, dla której dziś jeszcze oddałby życie, ta Marta zdradziła go, zawiodła, oszukała haniebnie!
Jerzy oszalał, znał przecie Martę, kochał ją, a jednak posądzał i oskarżał.
Zamiast odepchnąć od siebie tak ohydne myśli, i zawołać: — „to jest niepodobieństwem“ — wierzył potwarzy. Już nie roztrząsał, zazdrość go pożerała, dławiła, zaślepiała. Przecież nadzorca nie potwierdził, lecz tam gdzie nie było najmniejszej pewności, Jerzy szukał rozwiązania zagadki.
Marta nie kochała go nigdy, była samem fałszem, li kłamstwem, obłudą. Ach! jak dobrze umiała kryć swe wady i instynkta! Jeśli zezwoliła na małżeństwo z nim, to tylko by podchlebić swej pysze i ambicji! A równocześnie gdy go ściskała za rękę, gdy się doń uśmiechała, gdy obrzucała go swem wejrzeniem, kłamała na wszystkie sposoby, słuchała miłosnych wyznań innego, jakiegoś pomocnika i praktykanta!
Lecz dependent jej rzekł: „pragnę byś była moją, moją na wieki“, więc go usłuchała; a Jerzemu de Santenay odrzekła: — „nie chcę wychodzić za mąż.“ — Odjechała, uciekła, pozwoliła się porwać, przez pomocnika notarjusza.
Och! któż odgadnie kobietę!
Takie myśli przechodziły a raczej przelatywały mózg Jerzego. Gorączka wystąpiła na lica. Fosforycznym blaskiem zabłysło jego oko.
Biedny chłopiec! Dla niego zasłona tajemniczości się zerwała, podarła w kawałki; zrozumiał w końcu słowa dziewczyny, znalazł wytłumaczenie, którego długo napróżno szukał.
— Ach teraz mogę zapomnieć o niej, nędznicy! — zawołał.
Tymczasem łkał i płakał.
Nazajutrz wstał wcześnie, a o dziesiątej był u ojca.
Odkąd nie bywał w Aubécourt, odwiedzał każdej niedzieli ojca i siostrę. Panna Lormeau bywała najczęściej u swego szwagra. Owej niedzieli, o której mowa, przybyła prawie równocześnie z młodym inżynierem.
Twarz Jerzego była jeszcze bardziej chmurną i zamyśloną jak zwykle. Ciotka zganiła go trochę za to, co nazywała brakiem energii i woli.
— Posłuchaj mnie Jerzy — kończyła kazanie — niech będzie co chce, ty musisz wrócić do równowagi.
— Droga Matyldo, mam dla ciebie nowinę, która cię zdziwi nie mniej odemnie — rzekł brat, który podczas przemowy staruszki, był ciągle zamyślony.
— Cóż to takiego, Jerzy.
— Panna Marta nie mieszka już w Aubécourt?
— Ach!
— Porzuciła nagle dom i ojca, wyjechała, a nikt nie wie dokąd.
— Kiedyżto nastąpiło?
— Jeśli powiedziano mi prawdę, to panna Marta wyjechała nazajutrz po mojej bytności w Aubécourt.
Matylda milczała chwilę.
— Utrzymujesz Jerzy, że nikt nie wie gdzie się Marta obraca?
— Rzeczywiście.
— Przecie to można łatwo odgadnąć.
— Czyż byłabyś na tropie?
— Tak bracie, gdyż z chwilą w której Marta porzuciła ojca, mogła się tylko tam udać...
— Gdzie?
— Do klasztoru Dominikanek, gdzie ją wychowano.
Uśmiech pełen politowania wykrzywił usta Jerzego.
— Nie ma w tem nic niemożliwego — rzekł lodowato.
— Ja jestem zupełnie tego samego zdania co Matylda — odezwał się generał. — Marta opuściła ojca dla tych samych powodów, które ją skłoniły do zachowania się tak niezrozumiale względem ciebie.
Jerzy nie odrzekł nic, nie mógł powiedzieć, jakie krążyły plotki po okolicy Aubécourt.
— Tak — mówił generał, zamyślając się — panna Raclot miała ważne powody, do postępowania takiego z Jerzym. Ale czemu tak uczyniła?
— Prawda wyjdzie na wierzch kiedyś, ojcze — odrzekła Matylda.
— Tak — dodała panna Lormeau — poznacie jej powody, zwłaszcza, że ja się zajmę wyświetleniem tej sprawy.
— Ciocia? Tak Matyldo, znam państwa Mounier, którzy wydali córkę za pana Rousselet notarjusza z Aubécourt. Sądzę, że będę mogła dowiedzieć się coś od niego, gdyż jestem zaproszona na srebrne wesele pana Mounier, gdzie się zbierze cała rodzina. Wiem, że najlepiej udać się do notarjusza pewnej miejscowości, gdyż ci znają najdokładniej każdą jednostkę.
— Doskonale — rzekł generał.
— Ja ojcze, idąc którego dnia do miasta, dowiem się, czy Marta jest w klasztorze.
W następny czwartek, pan de Santenay miał załatwić w mieście interes. Córka mu towarzyszyła, a pożegnawszy ojca na ulicy, udała się do klasztoru Dominikanek.
Siostra Ludwika, przyjęła ją jak zwykle w rozmownicy, a inne zakonnice wchodziły co chwila by uściskać dawną uczennicę.
Matylda prosiła, by jej wolno było pomówić z przełożoną. Odpowiedziano jej jednak, że matka przewielebna jest cierpiącą i nie wychodzi ze swej celi. Wtedy Matylda kryjąc rozdrażnienie, zażądała siostry Anieli, wiedząc jaka przyjaźń łączy ją z Martą. Niebawem zjawiła się ta ostatnia. Przyjęła Matyldę w otwarte ramiona, okazując całem postępowaniem, jak jej miło ją powitać.
— Mówiono mi Matyldo, że pragniesz się ze mną rozmówić, zejdziemy do ogrodu, gdzie są nasze siostry i panienki, a pogawędzimy przynajmniej na świeżem powietrzu.
Matylda udała się do ogrodu. Rozmawiała, lecz myślą błądziła po przechadzających się parach, sądząc, że ujrzy przyjaciółkę. Lecz nie widząc jej nigdzie, odezwała się w ten sposób do siostry Anieli:
— Sądziłam że ujrzę tu Martę Raclot, i nie chcę tego kryć przed siostrą.
— Martę Raclot! — wykrzyknęła siostra Aniela, udając zdziwienie — czyście się miały spotkać w klasztorze?
— Nie, siostro.
— Nie rozumiem więc...
— Sądziłam, że Marta jest od dwóch miesięcy w klasztorze.
— Dlaczego Matyldo?
— Gdyż Marta, opuściwszy ojca...
— Jakto — zapytała zakonnica, udając zdziwienie — Marta nie jest u ojca?
Grała komedję przed Matyldą, ulegając rozkazowi wyższej władzy.
— Już mamy dwa miesiące, jak Marta wyjechała z Aubécourt — opowiadała Matylda — doniesiono mi o tem wczoraj. Dziś przyszłam tu, przekonana, że Marta mogła się skryć tylko w tym klasztorze, gdzie przełożona, siostra Aniela, i ty mateczko jesteście jej przyjaciółkami.
— Bezwątpienia Matyldo, Marta może liczyć zawsze na nasze poparcie i sympatję. Ilekroć zechce do nas zapukać, znajdzie drzwi otwarte. Lecz zapomniałaś Matyldo, jak widzę, że twoja koleżanka ma maturę, a z nią znajdzie wszędzie umieszczenie. Sądzę, że Marta opuściła ojca tylko dla tego, by zostać nauczycielką, w którym z tutejszych pensjonatów.
Na tem skończyła się rozmowa panienki z zakonnicą. Matylda odeszła z mocno osłabioną wiarą, w obecność przyjaciółki w klasztorze.
W dwa dni później, panna Lormeau była na herbacie proszonej, u państwa Mounier.
Panna Lormeau dostała za sąsiada przy herbacie pana Rousselet, notarjusza z Aubécourt.
Był to człowiek bardzo przyjemny, wykształcony i obyty w świecie, nie dziw więc, że zawojował odrazu starą pannę, przez co zaczęła się między nimi ożywiona rozmowa.
Panna Lormeau, znana jako nie mała entuzjastka, oświadczyła niebawem, że milszego człowieka od pana Rousselet nie znała, i tylko ten zasługuje być jej notarjuszem.
— Brawo! — wykrzyknął pan Mounier — dobra klientka, przyda się memu zięciowi.
Zaraz po herbacie zaczęły się tańce, w antraktach śpiewy, wszyscy wstali, by się trochę rozruszać.
Parnia Lormeau, już przy herbacie napomykała o młodym inżynierze de Santenay, powtarzając nie bez dumy w głosie, że ów młodzieniec jest jej siostrzeńcem.
Naturalnie, chciała przy tej sposobności wybadać notarjusza. Była to przynęta. Lecz przy stole było kilka osób nieznajomych, a notarjusz odznaczał się ostrożnością, nie udało się przeto starej pannie cośkolwiek z niego wyciągnąć.
Lecz w czasie tańców, gdy do fortepianu siadła jakaś niemłoda, ruda, szczupła panna, i zaczęła wygrywać nie zbyt wprawnie jakąś mazurkę, pan Rousselet przystąpił do panny Lormeau.
— Pani jesteś więc ciotką pana Jerzego de Santenay? — zagadnął.
— Pan znasz mego siostrzeńca?
— Tak pani, słyszałem wiele dobrego o nim i miałem przyjemność widzieć go raz w Aubécourt.
— Był wielce zakochany w pannie Marcie Raclot. Dziś pozostała, jak panu wiadomo pewnie, blizna, która się z trudnością zasklepi. Bardzo byłabym panu wdzięczną, gdybyś zechciał mi wyjaśnić, dla czego panna Marta odmówiła tak stanowczo swej ręki Jerzemu, nie chcąc dać żadnego wyjaśnienia.
— Jakto — zapytał zdziwiony notarjusz, panna Raclot zerwała pierwsza z pani bratankiem?
— Nieinaczej.
— A w całem Aubécourt, wszyscy myślą, że de Santenay pierwszy cofnął dane słowo.
— Tak mówią? Ależ to bajka, panie. Prawda prawdą; Jerzy dostał kosza, lecz my się tego pan jest nie wypieramy, gdyż Bogu dzięki, honor po naszej stronie.
— Ma pani zupełną słuszność. Pan Jerzy może tylko zyskać w opinii, za to, że nie poślubił panną Raclot.
— Słyszałam jakoby pan Raclot był bardzo bogatym wieśniakiem.
— Tylko tyle?
— Nie byłam w Aubécourt, nie miałam przyjemności rozmawiać z panem Raclot, i nigdy o nim nie słyszałam.
— Jakto, pani nie wie, że dwadzieścia lat temu, pan Raclot był parobkiem, sługą, nie posiadającym jednej piędzi ziemi.
— Nie słyszałam tego. Więc odziedziczył spadek?
— Czy pani zna okrągłą liczbę majątku pana Raclot? — spytał notarjusz, nie odpowiadając na pytanie panny Lormeau.
— Skądżebym wiedzieć miała! Mój Boże, nie potrzebuję cudzego majątku, również jak i mój bratanek dlatego nie zajmowaliśmy się tą kwestją.
— Jaki posag obiecał pan Raclot swej córce?
— Pięćdziesiąt tysięcy franków.
— Być to może? Trzeba wyznać, że się nie okazał zbyt hojnym — rzekł notarjusz, uśmiechając się dwuznacznie. — Wie pani, że dziś obliczają fortunę pana Raclot na półtora miljona.
— Istotnie! — wykrzyknęła panna Lormeau.
— I to licząc tylko posiadłości ziemskie, ręczę, że prócz tego ma z czterykroć w swojej ogniotrwałej szkatule. Jego córka ma prawo do równej połowy majątku, czyli do spadku po swej matce. Sądząc już z tego, możesz pani wyrobić sobie opinię o panu Raclot.
— Zdaje mi się, że nie postąpił z Martą uczciwie.
— Nie mogę pani wyjaśnić powodów, dla których panna Marta odmówiła swej ręki panu Jerzemu, w tem kryje się jakaś tajemnica. Lecz nie byłbym zdziwiony, gdybym się dowiedział, że młoda panna uległa woli i wpływowi swego ojca. Pan Raclot przestraszył się pewnie, i nie chciał oddać przyszłemu zięciowi rachunków, jakie z roli opiekuna wypadały.
— Ależ, wnosząc z tego co pan mówisz, to skąpiec ten pan Raclot!
— Och, żeby to był tylko skąpiec!
— Pan mnie przerażasz!
— Nie mogę nic mówić o pannie Marcie, znałem ją niewiele, a o ile słyszałem, wiem, że jest to osoba । bardzo dobrze wychowana.
— Tak panie, pobierała nauki w tym samym klasztorze, co Matylda de Santenay.
— Słyszałem, słyszałem o przyjaźni, która panienki łączyła — przetakiwał notarjusz.
— Tak panie, miłość mego bratanka wynikła z tej przyjaźni. Widziałam pannę Raclot kilkakrotnie u jenerała, i wyznam panu, że podbiła me serce, była czarującą pod każdym względem, niktby nie powiedział, widząc tę osobę pełną dystynkcji, że ojciec jej jest wieśniakiem. Jest rozumną, łagodną, dowcipną, a nie złośliwą, słowem posiada wszystkie warunki, by się dać kochać. Nic dziwnego, że nawet mnie, starą, zbałamuciła tak, żem się na małżeństwo Jerzego zgodziła w zupełności.
— Niestety, panna Marta jest córką swego ojca Mateusza Raclot, i choćby była osobą najzacniejszą, mogę panu Jerzemu powinszować, że się z nią nie ożenił.
— Dlaczego? Żeniąc się z panną Raclot, straciłby pan Jerzy szacunek u zacnych i uczciwych ludzi.
— Panie Rousselet, na miłość Boską, kimże jest pan Raclot?
— Człowiekiem pozbawionym wszelkiej czci i miłości ludzkiej.
— Och! Pan Raclot zdobył najniegodniejszymi w świecie sposobami, olbrzymi majątek, który posiada. Na szczęście, nie jestem jego notarjuszem, więc mogę mówić otwarcie; w przeciwnym razie musiałbym milczeć, choćby tysiące głosów odzywało się o nim z najwyższem oburzeniem i nienawiścią. Lecz ja nie jestem z nim w stosunkach, sądzę przytem, że oddam usługi rodzinie de Santenay, ogłaszając czyny człowieka, którego córka miała zostać jej członkiem.
Przybyłem do Aubécourt nie znając nikogo. Objąłem notarjat po panu Poncelet, dobrze znanym panu Raclot’owi. Obaj zrobili majątek na jednem rzemiośle. Otóż wracając do rzeczy, poinformowano mnie wkrótce o sztuczkach pana Raclot; oświadczyłem mu przeto wręcz, że notarjuszem jego nie będę, i ręki do jego interesów nie przyłożę. Skutkiem tego, pan Raclot sprowadził osobnego notarjusza dla siebie.
Tu zatrzymał się pan Rousselet. Po chwili, w słowach krótkich, a bardzo treściwych, rozpoczął opowiadać starej pannie, o niegodziwych postępkach zachłannego lichwiarza.
Panna Lormeau dziwiła się coraz więcej. Ach! to nędznik, łotr, ten chłop z Aubécourt, przytem śmiał udawać uczciwego!
A jej siostrzeniec mógł zostać zięciem takiego człowieka!
Na samę myśl, o czemś podobnem, dreszcz przeszedł ją od stóp do głowy.
— Sądzę, że pani zrozumie teraz powody, dla których cieszę się, że pan de Santenay nie wszedł w tę rodzinę.
— Ach panie, jakie to szczęście. Coby to był za wstyd dla całej rodziny! Co za hańba dla nazwiska de Santenay. Jerzy nic nie wie do tej chwili, nie ma pojęcia o okropnościach jakieś mi pan raczył udzielić. Wierzę tem bardziej w prawdziwość pańskich słów, gdyż Marta opuściła ojca dla ważnych przyczyn.
— Pani więc słyszała o wyjeździe Marty?
— Słyszałam; ale powody mi nie znane.
— W Aubécourt, nikt nie jest lepiej poinformowanym od pani.
— Przecie muszą wiedzieć gdzie się panna Raclot dziś obraca.
— Nikt tego nie wie.
— Hm... zastanawiam się i przekonywuję coraz widoczniej, że ta panienka jest żyjącą zagadką.
— Nie mogę nic powiedzieć; uważam jednak, że jest to osoba zadziwiająca. Znikając tak tajemniczo, zaszkodziła znacznie swej dobrej sławie.
— Dlaczegóż panie, dla czego?
— Przez niemiły zbieg okoliczności. Mój dependent wyjechał tego samego dnia.
— I cóż z tego?
— Z tego powstały plotki; utrzymują wszyscy, że nastąpiło porozumienie między nimi, i wyjechali razem.
— Ależ panie, to potworne! Czy pan wierzysz w coś podobnego?
— Nie pani, nie, nie sądzę nigdy z pozorów, zwykle bardzo mylnych. Pan Bertillon, mój dependent jest człowiekiem intelligentnym, lecz unosi się łatwo. Zrobiłem mu małą uwagę, za to opuścił miejsce, nie powiedziawszy mi nawet że odjeżdża.
Jak na złość, wyjechał prawie równocześnie z panną Raclot, co nasunęło ciekawym podobnie niefortunne przypuszczania.
— Masz pan rację.
Pan Rousselet wstał z kanapki, gdyż teściowa wołała go do siebie.
Panna Lormeau zamyśliła się głęboko. Cały wieczór była małomówną i odjechała przed północą.
Nazajutrz była już u generała. Pragnęła powtórzyć słowa notarjusza. Lecz niestety musiała się jeszcze wstrzymać, chciała bowiem by Jerzy był obecnym przy opowiadaniu, a siostrzeniec przychodził w południe. Stara panna milczała, mówiąc tylko, że zgłębiła prawdę w najmniejszych szczegółach, czem podnieciła ciekawość w obecnych.
Jerzy nadszedł w chwili, gdy do stołu podano. Zaczęto zaraz nastawać, a panna Lormeau rada niezmiernie rozpoczęła opowiadanie. Wpierw jednak zwróciła się do Matyldy:
— Czy panna Raclot jest u Dominikanek — spytała.
— Nie ciociu! — odrzekło dziewczę.
Stara panna potrząsła głową.
Twarz Jerzego przybrała wyraz goryczy, podniósł się na krześle z widocznem osłabieniem.
— Nie znam powodów, dla których Marta opuściła ojca i nie chciała zostać żoną Jerzego — odezwała się staruszka. — To druga tajemnica... Lecz dowiedziałam się cudowności o panu Raclot. Włosy powstają na głowie! I powiedzieć, żeśmy nie wiedzieli nic do tej pory.
Tu zaczęła opowiadać z dokładnością świadczącą o jej wybornej pamięci, całą rozmowę z notarjuszem.
Generał, Matylda i Jerzy słuchali boleśnie zdumieni.
Panna Lormeau ciągnęła:
— Ten wypadek nauczy nas ostrożności na przyszłość, powolności czynu, i doprowadzi do poznania ludzi, przed powziętem postanowieniem.
Notarjusz dobrze powiedział... możesz sobie pogratulować Jerzy, żeś nie został mężem Marty. Ach! biedny przyjacielu, jaki cię los czekał! W jakie gniazdo szerszeni o mało nie wszedłeś.
Młodzieniec milczał, zwiesiwszy głowę na piersi.
— Siostro, zasłużyliśmy na naganę, uznaję — odezwał się generał, gdyż należało dowiedzieć się coś o rodzinie Marty. Lecz znaliśmy tylko ją jedną. Jej cnoty, powierzchowność i miłe obejście, podbiły i twoje serce.
— Co świadczy, żeśmy byli nierozważni i nieroztropni w równym stopniu, lecz Bogu dzięki, wyszliśmy cało i zdrowo z tej awantury.
— A teraz Jerzy — kończyła ciotka, wylecz się prędko z twej fatalnej miłości, i zwróć oczy ku najpiękniejszej dziewicy, która będzie godną ciebie i nas.
— Siostro — odrzekł generał dobitnie; Jerzy powinien bezwątpienia wybić sobie z głowy Martę, lecz przez to, że ojciec jej jest nędznikiem, Marta nie traci ani jednej z swych cnót i w mych oczach zasługuje, jak dawniej, na nazwę najzacniejszej panienki. Dziś powtarzam, Matylda nie mogła znaleźć lepszej i godniejszej przyjaciółki, między rówieśnicami.
— Jakto bracie, ty to mówisz?
— Ja, siostro. Nawet posunę się dalej i powiem ci: Marta jest najszlachetniejszą z dziewcząt; żałuję niewymownie, że jej nie nazwę synową i dodaję; Marta zasługuje na miłość i podziw wszystkich.
— Bracie, nie rozumiem ciebie nic a nic... wykrzyknęła panna Lormeau. Jerzy podniósł głowę i patrzył zdziwiony.
— Dzieci drogie — ciągnął starzec, zapalając się coraz bardziej — pytałem się siebie, jak i wy, czemu panna Raclot, nie chce wychodzić za mąż. Dziś zrozumiałem wszystko, poznałem powody: Marta tym lub owym sposobem, mało mnie to obchodzi, dowiedziała się o niegodziwościach swego ojca. Ja wam mówię z przekonania, pewny, że się nie zawiodę, że to jest jedyny powód jej odmowy.
— Tak ojcze, tak, niezawodnie! krzyknęła Matylda, rzucając mu się w objęcia.
Jerzy wyglądał jak budzący się ze snu.
Panna Lormeau nie dawała się tak łatwo przekonać. Siedziała sztywnie, wyprostowana, zimna, a usta jej okalał uśmiech pełen niedowierzania.
— Och zacna, szlachetna dusza! wykrzykiwał generał w entuzjazmie, który napełniał jego serce.
Matylda padła znów w objęcia ojca i okryła go pocałunkami.
W tej chwili weszła służąca, oznajmiając Matyldzie przybycie jakiejś biednej kobiety, oczekiwanej od dni kilku.
Była to wdowa, matka dwojga sierót. Panna Matylda zajmowała się nią, zaopatrywała w jadło i odzienie. Dzieweczka ruszyła się z miejsca.
— Poczekajcie — rzekła odchodząc, wrócę za chwilę.
Panna Lormeau zbliżyła się tajemniczo do generała:
— Trzeba, żebyście obaj wiedzieli — rzekła przyciszonym głosem — o czemś, czegom w obecności Matyldy mówić nie mogła. Zdaje mi się, że usłyszawszy to, przestaniesz zachwycać się i podziwiać Martę.
Spojrzała ironicznie na generała i zaczęła opowiadać dobitnie o wyjeździe Marty, o ucieczce dependenta o ich porozumieniu, i o wieściach jakie z tego powodu obiegały Aubécourt.
— Słyszałem o tem ciociu, odezwał się Jerzy, a w głosie jego czuło się ból głęboki — tak; niestety wszyscy o tem mówią w Aubécourt i okolicy.
— Prawda, czy nie; to pewne, że panna Raclot straciła dobrą sławę na zawsze. Zresztą wiemy, że w każdej pogłosce jest jakaś część prawdy... Gdzie się podziała panna Raclot?... Przepadła jak kamień w wodę; słych o niej zaginął. Matylda byłaby się zakładała onegdaj, że ją zastanie u Domimkanek. Dziś wiemy, że jej tam nie ma. Mów co chcesz, mój bracie, sprawa niejasna.
— Biedne dziewczę — szepnął generał.
— Ty ją żałujesz?
— Tak siostro, żałuję ją podwójnie.
— Jakto... tyż byś nie wierzył w pogłoski?...
Oczy starego żołnierza zabłysły szlachetnym gniewem.
— Ludzie rozsiewający je, są niegodziwcami, bez czci, wykrzyknął w uniesieniu. Do stu tysięcy djabłów, to haniebne! Człowiek uczciwy nie tknie w ten sposób sławy niewiasty! Chciałbym się znaleść w obliczu jednego z tych nędzników, a uszy bym mu poobrywał!
— Więc istotnie nie wierzysz?...
— Ja? jabym miał wierzyć w podobne bzdurstwa? Nigdy! Przenigdy! Znam pannę Martę, i dla tego bronię ją jak własne dziecko! Ja, jenerał de Santenay, ręczę swoim honorem za uczciwość tej dziewczyny, podle spotwarzonej!
— Ojcze, ojcze, jaki kojący balsam wlewasz w moją duszę — zawołał Jerzy głosem drżącym — lecz gdybyś wiedział, gdybyś wiedział, że...
— O czem synu?
— Ojcze! — odrzekł Jerzy z bólem, należę do nędzników, do podłych potwarców, gdyż uwierzyłem w pogłoski... Lecz tyś mi ojcze oczy otworzył, twój głos oburzony, ukarał mnie należycie.
— Jakto, tyś wątpił?
— Uznałem Martę winną...
— Nie kochasz jej już?
— Przeciwnie, kocham ją coraz więcej.
— Synu! odezwał się generał z wymówką. — Tyś zwątpił o niej, choć powinnością twoją było, wystąpić przeciw całemu światu! Do kogoż wyciągnie ręce, ta biedna, nieszczęsna ofiara losu; jeśli ją opuszczą ci, którzy ją kochają.
— Ojcze nie mów tak, bo mi wstyd. Żałuję swej porywczości i przepraszam biedną Martę...
— Zgadzam się z tobą, bracie, i chcę wierzyć w niewinność Marty; — odezwała się panna Lormeau — lecz Marta jest córką swego ojca; przez co Jerzy musi o niej zapomnieć.
— To inna kwestja — rzekł generał. — Możemy lubić Martę, możemy okazywać jej współczucie, lecz tak mój syn, jak i ja, pamiętamy, co się należy nam i opinii publicznej. Marta Raclot nie będzie żoną Jerzego de Santenay, tego wymaga honor rodziny!
— Niech się tak stanie — rzekła ciotka poważnie.
Z piersi Jerzego wyrwało się westchnienie, długie, przeciągłe...
Trzy miesiące minęły. Żaden wypadek nie złagodził, nie wyrównał położenia. Nikt nadal nie wiedział, że Marta Raclot jest nauczycielką u Dominikanek. Jerzy nie mógł zapomnieć Marty, Marta zaś myślała wciąż o Jerzym. Młoda nowicjuszka ze smutkiem mówiła do siebie: wiele czasu minie, nim potrafię zapomnieć o świecie i Bogu się poświęcić na wieki...
Nastąpił kwiecień. Pierwsze promienia wiosny uderzyły o cele Marty.
Pan Raclot zajmował się jak dawniej, obchodził bydło, liczył i zbierał pieniądze.
Raz, padł na łące — tknięty paraliżem. Było to na pastwisku, w otoczeniu bydła nabytego na ostatnim jarmarku.
Podniesiono go, wsadzono do powozu, i zawieziono do zamku. Za chwilę zjawił się lekarz.
Paraliż był częściowy, nie zachodziła obawa śmierci.
Pan Raclot bał się śmierci jak ognia, teraz dopiero odzyskał równowagę.
Istotnie; pielęgnowano go starannie, przeto, za dziesięć dni był zdrów zupełnie. Nie mógł jednak poruszać lewą ręką i lewą częścią twarzy, usta wykrzywiły mu się, mowa stała się niewyraźną.
Pan Raclot uznał, że to mała rzecz. Póki głowa cała, póty dobrze!
Lecz lekarz okazał się dlań okrutnym. Przepisał spokój, uwagę, gdyż w razie ponownego ataku, nikt mu za życie nie zaręczy.
Te nieszczęsne słowa, zatruły szczęście pana Raclot. Jego słodkie jestestwo przerywały ponure myśli i ciągła trwoga. Rano, wieczór, w ciągu dnia i bezsennych nocy, stawało przed nim widmo śmierci. Miecz Damoklesa wisiał nad jego głową.
Napróżno zapewniał się o swej głupocie, bał się śmierci i myślał o niej bez ustanku.
Lecz trwoga nie przeszkadzała jego obrotom finansowym. Nawet zaczął myśleć o nabyciu łąk Saulaie, na które zawsze ostrzył zęby. Właściciel ich był w opłakanych interesach, potrzebował pieniędzy. Pan Raclot ofiarował mu już połowę wartości jego łąki, przez swego notarjusza. Lecz wieśniak odrzucił z gniewem szyderską ofiarę. Jednak nie znalazł innego kupca, o czem Mateusz Raclot wiedział doskonale.
Bogaty lichwiarz, mówił sobie:
— Niech szuka, wypatruje, i tak wróci do mnie.
Lecz nie wiedział nasz skąpiec, że jego ostatnia godzina zbliża się szybko. Pewnego wieczoru, zjadł doskonałą wieczerzę, miał apetyt wyborny, napił się wina i poszedł spać. Humor miał dobry, marzył o łąkach Saulaie, które za ośm dni najdalej, zostaną jego własnością.
Lecz nazajutrz, pan Aubécourt i wsi przyległych, nie wstał o zwykłej porze. To zdziwiło służącą. O godzinie dziewiątej, pan domu się nie pojawił. Wtedy dziewczyna zdecydowała się wejść do jego sypialni. Zastała go w łóżku, z oczyma szeroko roztwartemi wpatrzonemi w jeden punkt, błyszczącemi gorączkowo, bez ruchu.
Początkowo myślała że jej pan umarł, lecz spostrzegła, że na jej widok pan Raclot poruszył się nieco, spoglądając w nią z wyrazem najgłębszej trwogi, i służąca zrozumiała, że obecność lekarza jest tu niezbędną.
Doktor przybył w przeciągu kwadransa, spojrzał na pana Raclot, potrząsnął głową, i cofnął się w głąb pokoju.
— Stracony rzekł z cicha — ledwo kilka godzin życia ma przed sobą.
Chory majaczył. Mówił bez związku, prawie niezrozumiale, lecz nie stracił jeszcze daru myślenia.
Nie spodziewajmy się jednak, by w tej ostatniej godzinie, pan Raclot był zdolny myśleć o córce. Nie myślał o niej i nie pragnął jej mieć przy sobie. Marzył tylko o jednem, o pięknej łące Saulaie. Jedyne słowa dość zrozumiałe, jakie z ust jego wyszły, brzmiały:
— Będzie moją, niech myśli jak chce, musi przyjść do mnie... musi...
Ziemia, zawsze ziemia! Wieczna chęć cudzego mienia! Lecz czy wiedział Mateusz, w jakim stanie się znajduje?... Wieść o chorobie lichwiarza rozeszła się szybko po okolicy.
„Raclot umiera, ma ledwo kilka godzin życia przed sobą“. Powtarzano z ust do ust.
Nie tracono czasu. Wójt dał natychmiast znać sędziemu okręgowemu, gdyż należało wszystko opieczętować.
— Gdybyż wiedziano, gdzie jest jego córka — mówił wójt do tych, którzy słuchać chcieli.
Stara mamka, dowiedziawszy się o kłopocie wójta, dopytującego się napróżno o pannę Martę Raclot, wdziała swój strój odświętny, włożyła biały czepiec na głowę i podążyła w stronę urzędu gminnego.
— Panie wójcie — odezwała się wchodząc, jeśli pan chcesz mieć szybką wiadomość o pannie Raclot, poszlej pan umyślnego posłańca do miasta, do sióstr Dominikanek.
— Czy myślicie, że zakonnice wiedzą coś o niej?
— Jestem tego pewną.
— Jeśli tak, idę za waszą radą i posyłam umyślnego.
Gdy wójt skończył rozmowę z staruszką, była godzina czwarta. Trzeba było napoić koni, dać obiad służącemu i zaprządz do kabrjoletu. Mimo całej zwinności i pospiechu, powóz ruszył o piątej. W całej wsi wiedziano, że służący wójta poszukuje panny Raclot.
— Szukajcie wiatru w polu — mówili plotkarze, uśmiechając się ironicznie.
O godzinie jedenastej w nocy wrócił posłaniec z miasta.
Polecenie wypełnił. Rozmawiał z jakąś niemłodą zakonnicą w parloarze klasztornym i dowiedział się, że panna Marta Raclot wyjedzie do dnia, żeby być o godzinie dziewiątej w Aubécourt.
Pan Raclot nie żył od godziny; lecz już o siódmej posłał wójt troje ludzi zaufanych do zamku; gdyż straż okazała się niezbędną. Jeśliby się spełniły słowa posłańca, i córka nieboszczyka rzeczywiście przybyła nazajutrz rano, sędzia byłby zbytecznym, pieczęcie niepotrzebnemi, gdyż pana Marta jest jedyną spadkobierczynią majątku ojca. W kwadrans po odjeździe chłopaka, przełożona wezwała Martę do siebie i oznajmiła jej o ciężkiej i niebezpiecznej chorobie ojca.
Biedna Marta chciała jechać natychmiast, lecz przełożona wzbroniła jej stanowczo. Po pierwsze, uważała, że młoda osoba nie powinna podróżować sama nocą, po drugie, nie możnaby znaleść fiakra o tak spóźnionej porze.
— Drogie dziecię — dodała przełożona, zamówiłam już wygodny powozik na jutro rano. Przybędzie do nas o godzinie szóstej, a ponieważ nie życzę sobie, byś jechała sama, zdecydowałam się wysłać ciebie pod opieką siostry Anieli.
Marta podziękowała przełożonej i oddaliła się płacząc. Coś jej mówiło, że przybędzie zapóźno i nie zamknie już powiek ojca.
Droga prowadząca z miasta do Aubécourt jest bardzo nierówna, przez co nie trudno o wypadek. Jedzie się prawie ciągle pod górę, bardzo stromą, pomału, by koni nie zmęczyć. Powóz wiozący siostrę Anielę z Martą był rodzajem odkrytej kariolki, szczęściem mimo wczesnej pory, powietrze było ciepłe, niebo jasne, błękitne, najmniejszy podmuch wiatru nie ziębił kwietniowego poranka.
Nasze podróżne usadowiły się jak mogły najlepiej, na siedzeniu za woźnicą.
Właśnie minęły jakąś wioskę i zaczęły się piąć pod górę, nie lepszą od wyżej opisanych.
Były o trzy mile od miasta. Koń wszedł na pochyłość góry, pocił się, para buchała mu nozdrzami, parskał i rżał z cicha.
Droga go nużyła, kamienie usuwały się z pod nóg; szczęściem była to ostatnia góra przed Aubécourt.
O jakie dwieście metrów od kariolki, toczył się lekki faetonik. Zgrabny ogier ciągnął go bez zmęczenia. Musiał jednak zwolnić biegu, dosięgnąwszy góry, po której piął się najęty ekwipaż. Mimo tego, zrównał się wkrótce z kariolką. Widać, że powożący nie spieszył się, gdyż nie wyprzedził naszych znajomych. W faetonie siedziały dwie osoby. Mężczyzna w podeszłym wieku i młoda, bardzo ładna kobieta. Starzec powoził. Młoda osoba wykrzyknęła nagle.
— Siostra Aniela jedzie, ojcze, to siostra Aniela!
Zakonnica zwróciła szybko głowę w stronę faetonu, oddając ukłon panu de Santenay i jego córce.
Jednocześnie, Marta do tej chwili pochylona w zamyśleniu, podniosła głowę. Ruch był zupełnie mimowolnym. Welon zsunął się na tył głowy, odsłaniając jej oblicze.
Dwa okrzyki skrzyżowały się. W jednym czuło się radość i zdziwienie, w drugim nie rozróżniało się nic prócz zdziwienia.
— Marta!
— Matylda!
— Hej! panie! Proszę stanąć! — zawołała panna de Santenay do woźnicy zakonnic.
Kariolka wstrzymała się natychmiast. Koń zarżał, okazując zadowolenie.
Faeton zatrzymał się również. Matylda zeskoczyła lekko na ziemię. Weszła na stopień kariolki, przechyliła się, wieszając na szyi przyjaciółki, którą okrywała szalonemi pocałunkami.
Marta całowała ją, lecz oczy jej z łez nie obeschły.
— Marto, droga Marto — powiedz, cieszesz się moim widokiem?
— Tak, Matyldo.
— Ty jesteś czegoś smutną Marto, ty płaczesz! Co ci?
— Uprzedzono mnie o śmiertelnej chorobie mego ojca. Siostra Aniela odprowadza mnie do Aubécourt, lecz przeczucie mi mówi, że przybędę za późno.
— Rozumiem twój smutek Marto — rzekła Matylda posmutniawszy nagle. Ale ten ubiór...
— To ubiór nowicjuszek, klasztoru Dominikanek — rzekła siostra Aniela.
— Jakto, Marto — zawołała panna de Santenay. — Ty chcesz być zakonnicą.
— Tak, Matyldo.
— W takim razie — podchwyciła córka generała, głosem zgnębionym — oszukałyście mnie, Marta była w klasztorze!
— Byłyśmy posłuszne rozkazom matki przełożonej. Panna Marta prosiła nas o schronienie i o tajemnicę.
— Jeśli tak, siostro, nie mam nic do powiedzenia.
Koleżanki uściskały się, poczem Matylda usiadła obok ojca. Pan de Santenay skłonił się siostrze Anieli i nowicjuszce. Konie ruszyły, lecz faeton wyprzedził wkrótce kariolkę bez wielkiego trudu. W końcu i kariolka stanęła u szczytu.
Marta wychyliła się. Faeton skręcił z gościńca i niknął w oddaleniu.
Pan de Santenay jechał z Matyldą do ciotki. Panna Lormeau obchodziła swoje imieniny w dzień świętej Dyonizy. Należało jej powinszować. Jerzy miał również odwiedzić starą pannę.
Na zegarze wiejskim wybiło pół do dziewiątej, gdy powóz siostry Anieli i Marty zaturkotał w ulicy Aubécourt. Kariolka zatrzymała się przed domem starej mamki. Brygida poznała Martę, mimo jej przebrania i wybiegła by ją uściskać.
— Mój ojciec? — spytała dzieweczka.
— Pan Raclot nie żyje. Niech Bóg miłosierny przyjmie jego duszę do swojej chwały.
Marta ciężko westchnęła.
— Ach — szepnęła — wiedziałam, że przybędę za późno...
— Czy pan Raclot wyzionął ducha dziś rano? spytała siostra.
— Nie, wczoraj o dziesiątej już nie żył.
— O dziesiątej wieczór?
— Tak.
— Widzisz Marto, żeś nie mogła już zastać ojca przy życiu. Posłaniec pana wójta z Aubécourt przybył do klasztoru o ósmej. Jadąc natychmiast, mogłaś stanąć na miejscu o jedenastej.
— Masz rację, siostro. Bóg nie chciał bym pożegnała ojca, przed wejściem do wieczności.
Podczas tej rozmowy na świeżem powietrzu, zaroiło się na ulicy. Jedni gapili się w oknach, inni stawali na progu domów, słowa: — To ona! to córka nieboszczyka! to Marta Raclot! obijały się o uszy nowicjantki.
W tej chwili Marta pożegnała staruszkę i oddaliła się ku górze. Szła powoli, opierając się na siostrze Anieli, drogą prowadzącą do zamku.
Mamkę zasypano w jednej chwili tysiącem pytań. Pięćdziesiąt osób otoczyło ją ze wszystkich stron. Staruszka opędzała się przed nawałnicą jak mogła.
— A dacież wy mi spokój! — krzyknęła w końcu, znudziwszy się odpowiadaniem wszystkim na raz. — Więc tak, to Marta Raclot. A potem?... Ach! zapominacie języka w gębie... prawda? Zamykacie usta, przegryzacie język. Wstyd wam, gdy ją widzicie zakonnicą! Odjechała, by wstąpić do klasztoru Dominikanek. Tak... tak... ładnie dała się porwać przez dependenta notarjusza! — Cóż wy na to... hę? O! biedactwo, biedactwo! Naopowiadano też to o niej! Nawycierano sobie nią gębę! Obryzgano błotem, zeplwano, zhańbiono! Idźcie... idźcie... jaszczurki! żmije! potwory. Wszyscy mieszkańcy Aubécourt, to głupcy, idjoci! Nie warci wiele... nie warci nic...
Wyrzuciwszy z siebie w ten sposób całą nienawiść i oburzenie, weszła szybko do swej chaty i z całą siłą zatrzasnęła drzwi za sobą.
Pogrzeb pana Raclot nastąpił nazajutrz o godzinie jedenastej. Tłum go nie odprowadzał na miejsce wiecznego spoczynku. Służba nieboszczyka, dzierżawcy, stara mamka i kilka dewotek stanowiły cały kondukt.
Sierota szła tuż za trumną, wspierając się na ramieniu siostry Anieli. Lecz gapiących się, zastępujących drogę, znów nie brakło. Wszyscy odkrywali głowę z szacunkiem. Nie przed śmiercią jednak, lecz przed niewiastami, które jej towarzyszyły.
Nagła zmiana nastąpiła w Aubécourt. Wszystkie osoby, nawet najbardziej na nią zajadłe, chwaliły dziś jej dobroć, cnotę i zasługi.
Raclot był ostatnim nędznikiem, to prawda. Lecz jego córka nie zawiniła w niczem, nie wiedziała o niczem, nie skrzywdziła nikogo. Jej należą się względy, szacunek. Nie dość nieszczęścia, być córką Mateusza Raclot?
Kondukt pogrzebowy wchodził do kościoła, gdy w tem jakiś ekwipaż zatrzymał się przed nim. Z powozu wysiadł Jerzy de Santenay pierwszy; po nim Matylda i generał.
W wilię tego dnia, dowiedzieli się o śmierci pana Raclot, będąc z wizytą u ciotki. Mówiono im, że pogrzeb nastąpi nazajutrz.
— Pojedziemy wszyscy troje — rzekł natychmiast pan de Santenay. — Winniśmy pannie Marcie ten dowód naszego szacunku i sympatji.
Siostra Aniela widziała, jak owe trzy osoby zmieszały się z garstką idących za trumną.
— Marto — rzekła z cicha. — Nie jesteś już opuszczoną. Masz przyjaciół. Pan de Santenay z rodziną, jest przy tobie.
Marta zadrżała, co nie uszło uwagi zakonnicy.
Pan de Santenay, Matylda i Jerzy wysłuchali nabożeństwa żałobnego do końca, poczem odprowadzili trumnę na cmentarz, a gdy ostatnia garść ziemi ją przykryła, wówczas starzec przybliżył się do Marty, pocałował ja i rzekł:
— Odwagi dziecię, odwagi. Nie zapominaj Marto, mimo wszystkiego co zaszło, masz we mnie przyjaciela.
Matylda zbliżyła się. Uściskała serdecznie Martę, jak dawniej.
Jerzy nie wyrzekłszy słowa, wyciągnął ku Marcie swą rękę. Drżące dłonie spotkały się. Młody inżynier pobladł bardzo i szepnął z odcieniem bolu.
— O! Marto!...
Tylko tyle...
Dziewczę spuściło głowę. Z trudnością ukryła rumieniec i niepokój w całej postaci.
Rodzina generała oddaliła się natychmiast. Ich powóz czekał w domu zajezdnym.
Teraz z koleji, zbliżył się do Marty mężczyzna w sile wieku, lecz blady i wyniszczony. Ubrany czarno, ze złotymi okularami na nosie, szedł, suwając nogami, z kapeluszem w ręce, co pozwalało dostrzedz sporą łysinę. Skłonił się nisko:
— Pani — rzekł uniżenie — jestem M. Boudois. Miałem honor prowadzić interesa, tego drogiego, nigdy nie odżałowanego pana Raclot, a pani ojca.
Marta skłoniła się, mówiąc:
— Dzień dobry panu.
— Wiem, że pani będzie mnie potrzebować. Od tej chwili jestem cały na pani usługi.
— Dziękuję panu. Przy najbliższej sposobności, zgłoszę się do pana.
— Pani pozwoli zadać sobie jedno pytanie?
— Słucham pana.
— Słyszałem, że cały zamek opieczętowano.
— Tak jest, rzeczywiście.
— Kiedy pieczęcie są zupełnie zbyteczne w tym wypadku.
— Objaśniano mnie już lecz ja sobie życzę, dla powodów którymi się nie dzielę, by w zamku nikt nic nie ruszył.
— W takim razie postać rzeczy się zmienia.
Dziewczę skłoniło głową notarjuszowi i oddaliło się z cmentarza. Siostra Aniela towarzyszyła jej. Niebawem stanęły w zagrodzie mamki, gdzie śniadanie czekało.
Stół był nakryty, według życzenia Marty.
Poczciwa wieśniaczka otworzyła drzwi.
— Dziecino droga — rzekła. — Oto twój pokój łóżko dla cię przygotowane. Spełniłam twoje życzenie, choć wiem, że nie będzie ci tu tak wygodnie jak w zamku. Chcesz mieszkać ze mną, to się zgódź... wierzaj mi, uczyniłam, jak mogłam najlepiej...
— Bądź spokojną, mamko. Będzie mi tu doskonale. Nie troszcz się o mnie...
— Och! jeśli nie żądasz nic więcej prócz miłości, bądź pewną, że ją znajdziesz w mej chacie — odezwała się staruszka, prawie wesoło.
Siostra Aniela z Martą, ledwo zjadły i obtarły usta po śniadaniu, zamknęły się natychmiast w małym pokoiku. Rozmawiały bardzo długo, lecz tak cicho, że nikt ich słów nie słyszał.
Rozmowa zakończyła się temi słowami zakonnicy:
— Marto, ty jesteś świętą.
O godzinie piątej przybył fiakier po siostrę Anielę.
W klasztorze powstał ruch, gdy spostrzeżono siostrę bez nowicjuszki. Przełożona była uprzedzoną, lecz nie mówiła nikomu, że Marta zostanie jakiś czas na wsi.
— Gdzie Marta? Czemu nie wróciła? Może chora? pytały zakonnice.
Siostra Aniela odpowiadała:
— Marta jest zmuszoną zostać jakiś czas w Aubécourt, by załatwić się z majątkiem jaki jej ojciec zostawił. Ładny spadek, podobno milion. Lecz nie smućcie się, siostry. Marta powróci, aby nas więcej nigdy nie opuścić.
Wieczór, gdy w kaplicy zebrały się nauczycielki z panienkami na dziękczynne modlitwy, przełożona stanęła w pośrodku nich.
— Drogie siostry i wy dzieci — przemówiła głosem drżącym ze wzruszenia, ale powoli i dobitnie. — Będziemy się dziś modlić za Martę Raclot; niech z serc naszych wypłynie gorąca modlitwa i uderzy o tron wiekuistego Boga. Prośmy pana Najwyższego, o podtrzymywanie Marty, o odwagę i siły dla niej. Niech Bóg będzie z nią i pozwoli jej wypełnić wszystko, co ta szlachetna istota zamierza.
Przełożona uklękła na stopniach ołtarza.
Wszystkie głowy pochyliły się za jej przykładem.
Nazajutrz, po rozgoszczeniu się Marty u mamki, nowicjuszka wyszła z domu sama, o godzinie dziewiątej rano.
We wsi wiedziano, że panna Raclot nie wróciła po pogrzebie ojca do zamku, ale jadła i spała u mamki. Z tego powodu pytano:
— Co to wszystko znaczy.
Marta wyszła, chcąc odwiedzić pana Rousselet.
Weszła do poczekalni nieśmiało, pytając o notarjusza. Jeden z dependentów uprzedził pryncypała, poczem wprowadzono Martę do gabinetu pana Rousselet.
Notarjusz przyjął ją wyróżniająco grzecznie i podał jej krzesło. Poczem, zaczął się usprawiedliwiać, gdyż z powodów od niego nie zależnych, nie mógł być na pogrzebie pana Raclot.
— Pani, rzekł, musiałem odprowadzić przedwczoraj żonę moją do krewnych. Wyjechała z domu na dwa tygodnie. Nie wypadało mi, puścić ją samą w dość daleką podróż. Wróciłem wczoraj popołudniu...
— Nie potrzebujesz się pan usprawiedliwiać — rzekła Marta. — Pan nie byłeś nigdy w stosunkach z moim i ojcem.
— Masz pani słuszność, lecz to nie żadna racja. Gdybym był w Aubécourt, byłbym dla pani — słowa „dla pani“ zaakcentował widocznie — towarzyszył zwłokom jej ojca. Ale apropos. Miałem przyjemność spotkać w Rosièrs generała de Santenay z synem i córką, pani przyjaciół. Odemnie dowiedzieli się o zgonie pana Raclot i podążyli na pogrzeb.
— Więc panu mam do zawdzięczenia, honor jaki mnie spotkał — rzekło dziewczę silnie wzruszone. — Dziękuję panu zań z całego serca.
— Ależ, pani...
— Jestem sierotą, panie, bez rodziny i przyjaciół. Dla osób tak opuszczonych, każdy dowód sympatji jest niepojętem szczęściem.
— Pani — odrzekł żywo notarjusz — pani masz więcej przyjaciół, niż sądzisz, ja sam...
— Dzięki, raz jeszcze stokrotne dzięki. Bóg mnie natchnął dobrą myślą i posłał do pana.
— Będę szczęśliwym, jeśli potrafię się pani w czem przysłużyć.
— Tak panie, potrzebuję pana, a nawet mam pana prosić o wiele, bardzo wiele.
— Przepraszam panią, lecz muszę panią uprzedzić. Nie byłem notarjuszem pani ojca, przeto...
— Ach panie — przerwało dziewczę — chciałżebyś się już wycofać?
— Nie pani, lecz...
— Jeśli się udaję do pana Rousselet, to dla tego, by nie być w stosunkach z panem Boudois.
— Czy mogę się pani spytać, co skłoniło ją do podobnego wyboru?
— Przybywam do pana, pełna zaufania, wiedząc, żeś pan nie chciał pomagać w interesach memu ojcu.
— Jeśli tak, nie pozostaje mi nic innego, jak zapytać panią, co mam dla niej uczynić?
— Wszystko, panie, wszystko, ach! będę bardzo wymagającą.
— Zgadzam się, postaram się zadość uczynić pani wymaganiom i okazać się godnym zaufania.
— Jestem nieświadomą, nie znam się na interesach nic a nic.
— Będę pani doradcą.
— Pewnie, ale to nie dosyć, chciałabym panu powierzyć interesa, pan będziesz niemi sam zarządzał w mojem imieniu.
— Na korzyść pani interesów.
— Na korzyść spadkobierców. Pan zechcesz przyjąć ten ciężar na swoje barki. Prawda?
— Przyjmuję.
— Nie znam wartości ziem mego ojca. Mówiono mi jednak, że majątek cały wynosi milion.
— Pani nie jest dokładnie poinformowaną.
— Czy pan znasz wartość majątku w przybliżeniu?
— Tak, pani.
— Więc?
— Zdaje mi się, że nie minę się z prawdą, zapewniając panią, że prócz miliona w ziemi, ojciec pani zostawił pięć kroć w szkatule.
— Aż tyle! — szepnęła Marta.
Ten wykrzyknik w myśli dziewczęcia tak brzmiał: „Tyle ofiar! Tyle ofiar mi nieznanych!“
— Pan się nie mylisz?
— Nie o wiele.
— Przecie... Jakże pan wiesz?
— Przedewszystkiem, mam akta własności u siebie w kancelarji. Inne, równie dobrze mi znane, znajdują się u kolegi Boudois. Zresztą wiem jaka jest wartość realna ziem, nabytych przez pana Raclot. Posiadłości ziemskie wynoszą niezawodnie milion, przeszło milion. Należy obliczyć ruchomości, złoto i srebro. Tu mogę się pomylić, nie mam bowiem spisu przedmiotów zawartych w kasie ogniotrwałej pana Raclot. Lecz policzywszy jego roczny dochód, nie mówię o wydatkach, gdyż te prawie nie istniały, dochodzę do wyżej określonej sumy czterech do pięciukroć tysięcy franków.
— Mój ojciec dokupywał ciągle.
— To prawda, lecz ja nie liczę pieniędzy użytych na kupno ziemi.
— Przekonamy się niedługo. Pan każesz zdjąć pieczęcie, by zbadać zawartość kasy.
— Dobrze. Lecz jest że to prawdą, że opieczętowano dom na pani żądanie? Pieczęć jest potrzebną tylko w razie licznych spadkobierców, nie będących na miejscu. Kto pani coś podobnego doradził?
— Nikt.
— Wyznaję otwarcie, że nie rozumiem, jaka myśl panią kierowała.
— Jestem zupełnie samą, w zamku zastałam troje sług, nie znanych mi, nie mogę przeto ufać w ich wierność. Bałam się kradzieży. Pan to rozumiesz?...
— Ach! — rzekł notarjusz niemile dotknięty.
Czoło pana Rousselet pokryło się bruzdami.
— Widzi pan — mówiła Marta — nie chciałabym stracić najmniejszej sumy, najmniejszego przedmiotu z zostawionego mi spadku.
— A jednak — rzekł pan Rousselet szorstko — poniesiesz pani koszta amortyzacji, koszta pogrzebu, zapłacisz służbę, i likwidację spadku.
— Ach, to inna rzecz. Co musi być... to musi... Pańskie honorarjum jest w tem też policzone, o czem pan zapominasz jak widzę. Pan będziesz działać, jak uznasz za stosowne, zgodzę się na wszystko... Widzisz pan, panie Rousselet, posiadasz całe moje zaufanie, całą nadzieję pokładam jedynie w twej osobie.
— Pani mnie nie znasz.
— O przepraszam, znam powody, dla których nie zostałeś notarjuszem mego ojca, i to mi wystarczy. A przytem — mówiła Marta wzruszonym głosem — nie powiedziałeś mi pan przed chwilą, że jesteś mi życzliwy?
— Szczególne dziewczę — pomyślał notarjusz. — Niewątpliwie, ja jej nie rozumiem.
Marta ciągnęła dalej:
— Pan nie wie, że ja zamieszkałam u mamki, gdzie zabawię, dopóki nie obejdzie się pan bez mojej obecności w Aubécourt. Ponieważ nie mieszkam w zamku, nie potrzebuję służby. Będziesz pan przeto łaskaw pożegnać sługi mego ojca, wynagradzając ich stosownie. W stajniach, o ile mi wiadomo, będzie ze sto pasionych wołów. Życzę sobie, by je natychmiast sprzedano. Pan nie wiesz ile pieniędzy będziesz potrzebować... Pan załatwisz wszystko, nie prawda?
Notarjusz za całą odpowiedź ruszył głową.
— Myślę — ciągnęło dziewczę — że pan musisz spisać inwentarz.
— Bezwątpienia. Bez spisu rzeczy i aktów przynależnych pani, nie mogłabyś wejść w posiadanie spadku.
— Na ile wszystko wypadnie?
— O, to pewne, że pani poniesie nie mało kosztów — odparł niecierpliwie notarjusz, zatrzymując badawcze wejrzenie na obliczu Marty. — Będziemy się trzymać taksy przepisanej sądownie, sądzę, że tem panią zadowolnię. Opłata własności, opłata fiskalna, wszystko jest prawnie oznaczone.
— Nareszcie! — szepnęła Marta. Głośno zaś rzekła: — Pierwszem do załatwienia będzie sprzedaż zamku.
— Pani chciałabyś to uczynić? W jakimże celu?
— Nam zależy przedewszystkiem na pieniądzach. Potrzebuję pieniędzy, dużo pieniędzy: wszystko zamienimy w złoto.
— Och! — pomyślał notarjusz, ta panna odziedziczyła skąpstwo ojca.
Pan Rousselet oczarowany nadzwyczajnym powabem młodej dziewczyny, ostygał coraz widoczniej.
— Pani — odezwał się — mam obowiązek powiedzieć, że na zamek kupca nie znajdziesz. Cały roztrzęsiony, cegła cegły się nie trzyma. Reperacja musi nastąpić.
— Niech zapłacą ile dziś wart, ale nie mów mi pan o wydatkach, gdyż na nie się nie zgodzę.
— Trudno, na ruinę nie znajdzie się amatora.
— Niech się więc zapadnie, rozsypie! — wykrzyknęła Marta, unosząc się prawie gniewem, poczem dodała łagodniej: — Sprzedamy ziemię tylko i lasy.
— Zdaje mi się, że pani życzysz sobie uczynić to natychmiast.
— Nieinaczej.
— Wszystko gotówką.
— Koniecznie.
— Rzecz bardzo nie łatwa. Ktoby chciał nabyć gotówką lasy i dobra ziemskie, musiałby posiadać znaczny majątek. Szukam w głowie napróżno takiego kupca. Zdaje się, że nie znajdę. Mogę wystawić dobra na sprzedaż, lecz kto wie, czy kupiec się znajdzie, choćby za dwa, trzy lata.
— Nie mogę czekać.
— Głową muru nie przebiję.
— Kiedy mi trzeba pieniędzy!
— Zapewniam panią, że w kasie pana Raclot znajdziemy cztery kroć.
— Mało. Nie znajdziesz pan kupca na całość, rozparceluj i sprzedawaj częściami.
— To co innego, na części nabywców nam nie braknie. Czy inne posiadłości pani ma zamiar również sprzedać?
— Sprzedam winnice Treilles.
— A Courant? Bosquets? Pastwiska Noues, łąki Houris?
— Nie mamy ich na sprzedaż, panie Rousselet.
— Pani myśli, owe fermy i zagrody zatrzymać dla siebie?
Marta spojrzała notarjuszowi prosto w oczy. Słodki uśmiech okolił jej usta.
— Pani potrzebujesz rządzcy, w takim razie — kończył pan Rousselet.
Dziewczę uśmiechnęło się ponownie.
— Te posiadłości sprawiają mi najmniej kłopotu. Mój ojciec nabył Courant od wdowy Lambert, ferma Bosquets była posiadłością młodszych dzieci Charbonnet. Rozchodzi się tylko o dalsze dobra. Ojciec kupował parcelami. Trzeba wyszukać wszystkich właścicieli. Będzie ich dziesięciu, piętnastu a może dwudziestu...
Reszta należy do pana, mego pełnomocnika — rzekła Marta podnosząc głos. — Zwrócisz pan wdowie Lambert i jej dzieciom co do nich należy; dzieciom Charbonnet oddasz Bosquets, a parcele łąk ich dawnym właścicielom.
Notarjusz wyprostował się nagle.
— Co pani mówisz! wykrzyknął.
— Mówię — rzekła dzieweczka wstając z krzesła — że wybiła godzina sprawiedliwości. Czas oddać nieszczęśliwym co im wydarto z ich krzywdą.
— Ach! — zawołał notarjusz, a wzruszenie ściskało mu gardło — rozumiem w końcu! rozumiem wszystko!
— Jakże panie Rousselet, jesteś po mojej stronie?
— Czy jestem z panią! — wykrzyknął notarjusz z oczyma pełnemi łez — czy chcę pani dopomódz! Och, pani! Szlachetna istoto!... — Obtarł żywo oczy i ciągnął dalej. — Przebacz pani, lecz niespodziewałem się tego... Jestem tak wzruszony... Pozwól mi pani niech się tobie przypatrzę!...
— Panie — rzecze Marta rumieniąc się jak wiśnia — pan mnie ośmielasz swą dobrocią!
— Przebacz, lecz pani postanowienia są tak wzniosłe, tak piękne!...
— Spełniam moją powinność.
— Obowiązek!
— Tylko obowiązek, panie Rousselet. Poinformowano mnie o wszystkiem, wiem, jak haniebnie, jak nikczemnie dorobił się mój ojciec takiego majątku. Dla tego, ile mi sił starczy, pragnę pocieszyć cierpiących, otrzeć łzy sierotom, oddać chleb tym, którym ostatni kęs z ust wydarto. Naprawić całe zło, jakie mój nieszczęśliwy ojciec popełnił. Nie chcę by jego pamięć, tak jak życie, była przeklętą.
— Panno Marto, ofiary zapomną, błogosławiąc pani...
— Błagam Boga tylko o jedno, żyć w spokoju z sobą i sumieniem.
— Dobrze. Lecz czemu pani stoi? Siadajmy i gawędźmy.
— Rozmawiajmy więc.
— Panno Marto; pani robisz mi nie lada honor, pozwalając przyczynić się do tego wielkiego dzieła odkupienia.
— Wiedziałam, że mogę panu ufać zupełnie.
— Dzięki pani, dzięki stokrotne! Moje poświęcenie stanie na wysokości pani zaufania. Dziś jeszcze, bezzwłocznie wezmę się do pracy, do rachunków i aktów restytucyjnych.
— Tak, panie Rousselet, bez zwłoki, tylko proszę pana.
— Mów pani.
— Nie wspominaj o niczem przed końcem. Pracujmy, spieszmy się, lecz niech nikt nie wie, nim my staniemy u szczytu.
— Przyrzekam pani zachować tajemnicę.
— Dziękuję. Czy mogę się dowiedzieć jakie pan masz rachunki do przeprowadzenia.
— Bezwątpienia. Otóż muszę przeprowadzić rachunki z każdym z interesowanych, by określić ich prawa w ogólnym przywróceniu do pierwotnego stanu.
— Nie rozumiem pana...
— A przecie, to jasne jak słońce.
— Mówiłam panu już, nie znam się na interesach.
— Weźmy naprzykład fermę Courant. Pan Raclot pożyczył dzierżawcy Lambert sześćdziesiąt tysięcy franków. Do tego kapitału musimy dodać procenta, składamy do chwili, w której wdowa Lambecourt została wyzutą ze wszystkiego. Jeśli więc pani myśli oddać wdowie jej fermę, ta ostatnia powinna pani zwrócić pożyczkę i procenta, więcby się zabezpieczyć, musimy ową sumę zahipotekować. Teraz pani rozumie, nieprawdaż?
Młoda panna potwierdziła skinieniem głowy.
— Będę mieć nielada zadanie, gdyż muszę przeprowadzić w ten sposób rachunek z każdym.
— Nie zgadzam się — rzecze Marta poważnie — rachunek przeprowadzony w ten sposób nie będzie sprawiedliwym.
— Ja panią zapewniam...
— Lub, jeśli pan woli — przerwała Marta — nie będzie prawdziwym.
— Ależ...
— Słuchaj mnie panie Rousselet; nie chcę tych obliczań...
— Zróbmy prościej... oddaj pan każdemu jego własność bez zwrotu pożyczki.
Notarjusz podskoczył na krześle.
— Lecz pani prawa! — wykrzyknął.
— Nie mam żadnych, i nie chcę ich mieć. Mój ojciec zrujnował i wpędził w nędzę wielu nieszczęśliwych. Ach panie! czas im wynagrodzić ich niesłuszne cierpienia! Oddasz pan panie Lambert jej własność, kwitując pożyczkę. Pan będziesz łaskaw postąpić tak z każdym.
— Och! — rzekł notarjusz. Chwilę milczał, bardzo zdziwiony. — Lecz pani zapominasz, że jeśli będziesz w ten sposób postępować, nic ci nie zostanie — odparł po namyśle.
— Ja tylko tego pragnę.
— Szczęściem, zwracasz się pani do mnie. Możesz odkupić winy ojca, zostawiając sobie połowę majątku.
— Nie chcę nic! Centa nie przyjmę z tego haniebnego spadku! Słyszysz pan?
— Pani przesadzasz. Cały majątek pani ojca, nie jest źle nabyty. Zapominasz pani, że odziedziczył znaczną sumę, a przytem pracował ciężko, bardzo ciężko. Co zdobył pracą, zapobiegliwością i uczciwie, należy się jego córce.
— Cudzym groszem nie zarabia się uczciwie — odrzekła Marta zimno.
— Przebacz pani, ale wyznać muszę, że jesteś bardziej nieubłaganą względem twego ojca, jak jego ofiary.
— Jestem jego córką!
Nastała chwila milczenia, poczem Marta ciągnęła:
— Lat temu dwadzieścia pięć, mój ojciec był parobkiem. Czy mógł wiele zaoszczędzić z samego zarobku? Przecie wiem ile płacą parobkowi. Mówiono mi, że Mateusz Raclot już wówczas był lichwiarzem. Ożenił się; ach wiem, że pracował również jak moja matka; lecz czy dużo zarabia robotnik? Niestety, tylko tyle by nie umrzeć z głodu. A ojciec mój miał dosyć by kupować ziemię. Łatwo pojąć skąpstwo z jednej strony, lichwa z drugiej, pomagały mu więcej jak praca rąk.
Mój ojciec kupował, kupował dobrze, gdyż w przeciągu kilku lat, został najbogatszym właścicielem w Aubécourt.
— Pani wciąż zapominasz, o spadku, jaki pani matka odziedziczyła.
— Dobrze; mówmy o tym spadku.
— Wynosił dwakroć pięćdziesiąt tysięcy.
— I wpadł w ręce mego ojca, a raczej został wyłudzony, wydarty, z krzywdą najbliższej rodziny.
— Testamentem...
— Testament ciotki Marcinowej jest aktem niegodziwym — przerwała Marta gwałtownie.
— To prawda; że pani Marcinowa wydziedziczyła swego brata.
— Wierzmy, że ją oszukano; lecz w takim razie jej postępek nie traci na swej niegodziwości. To był przecie jej rodzony brat! Obarczony rodziną, żoną, pięciorgiem drobnych dzieci — nędzarz!
Ach ten przeklęty spadek, to źródło niegodziwości mego ojca! Mój wuj Bertrand już pewnie nie żyje; lecz zostają jego dzieci dziś w związkach małżeńskich; prawdopodobnie obarczeni rodziną, i równie biedni jak był ich ojciec.
Wydziedziczono ich, wydarto im dobro, należy im się dziś zwrot i sprawiedliwość.
— Czyli sto dwadzieścia pięć tysięcy. Reszta należała się pani matce.
— Zapominasz pan o procencie, składanym przez tyle lat, o cierpieniach jakie wyłudzenie majątku im sprawiło. Trzeba im zwrócić cały spadek. Dwa kroć pięćdziesiąt tysięcy ledwo wystarczy. Prawda panie, że trzeba nam pieniędzy?
— Bęzwatpienia; jeśli postąpimy tak, jak pani pragniesz.
— Pan mnie nie pochwalasz?...
— Ależ tak, tak, pochwalam pani postępowanie... ale...
— Tylko bez żadnych ale, stój pan zupełnie po mojej stronie.
— Jestem z panią, i skłonię się do jej życzeń.
— Przecie!
— Lecz jaka pani nieubłagana! Trudno... oddam wszystkim, jak tego pragniesz, sądzę jednak, że po sprzedaży dóbr lasów i winnic, zostanie ci jeszcze wcale pokaźna fortuna.
— Czy pan nie chcesz mnie rozumieć?
— Przepraszam panią, lecz sądzę...
— Powtarzam po raz ostatni, co już mówiłam panu. Nie chcę nic, zupełnie nic z majątku mego ojca.
— Panno Marto — odezwał się notarjusz z niecierpliwością, którą hamował do tej chwili. — Bądź wielką, miłosierną, wzbudzaj podziw, entuzjazm, stań na piedestale sięgającym nieba; bądź aniołem, bóstwem. Lecz gdy dzieło odkupienia nastąpi, gdy zmażesz winy ojca, co chcesz bym uczynił z pieniędzmi, które pozostaną. Czy mam je przez okno wyrzucić?
— Ciekawam co może zostać — rzekła Marta i uśmiechnęła się.
— Nie wiem na pewno... Może trzykroć... trzykroć pięćdziesiąt...
— Nie warto się tem kłopotać. Nie znamy wszystkich ofiar, ani ja, ani pan, nieprawdaż? Otóż zostawimy kilkadziesiąt tysięcy dla tych, którzy się zgłoszą.
Resztę użyjemy na cel dobroczynny. W mieście, albo tu na miejscu, ufundujemy przytulisko dla starców.
— Niech Bóg będzie z tobą, pani — rzekł notarjusz. I skłonił się nisko przed dziewicą.
Marta powstała. Wyciągnęła ku notarjuszowi drobne rączki białe i cienkie; podała je na pożegnanie, pytając:
— Pan się weźmiesz natychmiast do pracy, prawda?
— Dziś wieczór.
— Wielu nieszczęśliwych opuściło Aubécourt.
— Znajdziemy ich, bądź pani spokojną.
— A nie zapomnij pan poinformować się, co do rodziny wuja Bertranda.
— Odnajdziemy ich z łatwością. Obok testamentu pani ciotki, leżą dwa listy, adresowane do mego poprzednika. Listy pochodzą od pokrzywdzonego Bertrand’a. Dzisiaj napiszę do jednego z moich przyjaciół w Paryżu, dam wskazówki i sądzę że po niejakim czasie dowiem się coś o rodzinie Bertrand’ów.
— Bardzo się będę cieszyć, jeśli się spełnią pańskie słowa. Będę mieszkać w Aubécourt, jak długo mnie pan będzie potrzebować. Potem wrócę spokojna do klasztoru.
Ilekroć będę panu potrzebną udaj się do mej mamki, Langier, a znajdziesz mnie u niej niezawodnie.
— Dobrze.
Notarjusz wziął kapelusz i odprowadził Martę aż na ulicę.
Powróciwszy do kancelarji siadł za stołem i myślał:
— Ciekawym czy to urocze dziewczę, ma istotnie powołanie do klasztoru? — pytał siebie w duchu.
Marta ze swej strony, czuła się szczęśliwą i swobodną jak ptaszek długo więziony i wypuszczony na wolność, sumienie jej uspakajało się po długiej walce.
Czuła jednak, że nie znajdzie spokoju do chwili, w której wynagrodzi wszystkie krzywdy ojca.
Spieszno jej było obetrzeć łzy, wyleczyć rany, nagrodzić cierpienia. Myśląc o sierotach, o wynędzniałych dzieciach, bosych, z wyciągniętymi dłońmi, błagających o litość, czuła, że jej serce się ściska i dreszcz przechodzi jej ciało.
W myśli dziewicy stanął ojciec Bertrand.
— Ach gdyby on żył! jakżebym była szczęśliwą! — mówiła w duszy. A wznosząc oczy ku niebu i składając ręce, wołała: — Matko, matko! Powiedz, czy jesteś zadowoloną z twej córki?
Notarjusz dotrzymał danego słowa. Wszystkie interesa powierzył dependentom, a sam dniem i nocą pracował dla dobra panny Raclot, mając na względzie korzyść pokrzywdzonych.
Pan Rousselet, obdarzony naturą żywą, szlachetną, szczodrą, zasługiwał na zupełne zaufanie panny Raclot. Był dumny z powierzonej mu sprawy. Takiego honoru nie spodziewał się. W końcu, zostawiwszy na stronie satysfakcję osobistą, wiedział jak zyska w opinji publicznej pełnomocnik panny Raclot.
Ledwo Marta opuściła jego pomieszkanie, a już usiadł do listu. Pisał do Paryża, adresował zaś do swego kolegi, jednego z najwybitniejszych notarjuszów stolicy. Podawał adres robotnika odlewarni Bertrand’a, według listów pisanych do pani Marcinowej, zobowiązując go o szukanie możliwych wskazówek i objaśnień. W tym samym liście, prosił o przysłanie mu natychmiast, młodych pomocników, zdolnych, pilnych, pracowitych i uczciwych.
Pan Rousselet potrzebował pisarzy, lecz był wybredny.
Owi dwaj dependenci pracowaliby w jego pokoju, jedliby z nim razem, spali w jego pomieszkaniu, nie mając żadnej styczności z praktykantami i musieliby się zobowiązać, zachować w zupełnej tajemnicy, pracę z panem Rousselet.
Gdy list został zapieczętowany i na pocztę odniesiony, notarjusz zaczął porządkować liczne i różnej objętości papiery tyczące się posiadłości Raclot’ów.
Cały dzień do północy, przeszedł mu na porządkowaniu, a nazajutrz od siódmej rano do południa. O godzinie drugiej, za pozwoleniem sędziego, zdjęto pieczęcie w zamku.
Kasa Mateusza Raclot zawierała pięćkroć trzydzieści dwa tysiące franków w złocie, biletach bankowych i akcjach. W rogu stało małe puzderko zawierające klejnoty córki.
Wieczorem, podczas gdy jego pomocnicy spisywali inwentarz, notarjusz wziął klejnoty i zaniósł je pensjonarce pani Langier.
— Te klejnoty były niegdyś istotnie moją własnością — rzecze córka Mateusza do pana Rousselet — lecz zdawało mi się, że powinnam zwrócić je ojcu. Pan będziesz łaskaw, uważać je za sprzęt należący do spadku, zapisać w inwentarz i sprzedać przy najbliższej sposobności.
— Pozwól mi pani...
— Pan znasz moje zamiary; błagam cię, nie nalegaj więcej.
Notarjusz rad nie rad odniósł puzderko z całą zawartością. Nazajutrz, cały skarb znajomego nam skąpca odniesiono do miasta i złożono w banku Francji.
Jednocześnie pan Rousselet jeździł, szukał i dowiadywał się o kupców na zamek w Aubécourt, na lasy Rancourt i Ligouse, już podzielone na czternaście parcel; w końcu na winnice Treilles. Z winnicami nie było kłopotu. Można było utworzyć z nich kilkanaście a nawet kilkadziesiąt części, które tamtejsza ludność z chęcią by kupiła.
Młody notarjusz był człowiekiem rzutkim, łatwo rozpatrzył się w sytuacji i spostrzegł, że na winnice Treilles znajdzie z łatwością nabywców. Pan Boudois dowiedział się niebawem, że kolega z Aubeéourt, prawdopodobnie na żądanie spadkobierczyni zajmuje się jej interesami.
Uniósł się niepohamowanym gniewem na tego intryganta, nikczemnika Rousselet, nie szczędzącego pewnie najniegodziwszych środków... aby się wkraść w łaski i odebrać mu jego najlepszą klientkę.
Nie czekał ani chwili i z piersią gniewem wezbraną, udał się do Marty.
— Czy być może — rzekł na wstępie — by pani powierzyła swe interesa w ręce Rousseletéa.
— Tak jest.
— Pani źle postąpiła.
— Sądzę, że nie.
— Pan Rousselet nie był notarjuszem nieodżałowanego pana Raclot.
— Lecz został moim.
— Nie dawno przybył do Aubécourt. Nie zna pani interesów, ja co innego...
— Być może, lecz posiada moje zaufanie.
— A jednak, pani mi przyrzekła...
— Nic panu nie przyrzekałam. Powiedziałam, że w razie potrzeby udam się do pana, będziesz pan przeto łaskaw, pan, który znasz lepiej moje interesa od niego, dać mu wszelkie możliwe objaśnienia.
Nie było co mówić. Pan Boudois przegryzł wargi do krwi i wyszedł z izby. Pomocnicy z Paryża przybyli, Marta prosiła o tajemnicę, tajemnicę zachowano. Mieszkańcy Aubécourt nie rozumieli dla czego panna Raclot mieszkała u swej mamki, gdzie nie miała wygody, a w pobliżu stał jej własny zamek i dwa domy, jeden zupełnie niezamieszkały, to było dla wszystkich zagadką.
Każdy dałby dużo, by poznać zamiary i myśli młodej a tak niepojętej dziewczyny. Chce rzeczywiście wstąpić do klasztoru, jak widać, kiedy nie zrzuca habitu nowicjuszki? Lecz w takim razie, cóż uczyni z tak olbrzymim majątkiem?
Niepodobieństwem było przypuścić, że Marta zapisze wszystko siostrom Dominikankom. Napróżno starano się odgadnąć, prawdy nikt nie poznał.
Skromne życie panny Raclot, jej przyjazny stosunek z mamką, był również powodem niemałego zdziwienia.
Wartoż to posiadać taki majątek, by żyć skromniej od najuboższych.
Miała tyle pieniędzy, że nie wiedziała na co je obrócić, a nie dała jednego centa ubogim.
A wychwalano ją, uznano miłosierną i wspaniałomyślną! Jednak w Aubécourt i wsiach przyległych nie brakowało nieszczęśliwych. Bogata dziedziczka mogła im okazać trochę litości.
Nieinaczej, panna Raclot jest egoistką, bez serca, skąpą jednem słowem; córką swego ojca!
Mimo tego, może wskutek ubioru jaki nosiła? nie widziano jej z niechęcią. Kłaniano się jej z szacunkiem, a niewiasty odważały się przemówić czasami. Pewnego poranku, pan Rousselet odwiedził klientkę.
— Pani — rzekł wchodząc — nareszcie otrzymałem, tak długo oczekiwany list z Paryża.
— Więc?
— Pani wuj Bertrand żyje jeszcze. Liczy dzisiaj siedmdziesiąt pięć lat.
— Co za szczęście! — wykrzyknęła uradowana Marta.
— Oto list mego przyjaciela, czytaj pani.
List paryskiego notarjusza składał się z czterech kartek nabitych drobnym ale czytelnym pismem.
Marta zaczęła czytać. Lecz wzruszenie ją ogarnęło. Musiała przerwać zdanie w połowie i obetrzeć oczy.
Westchnęła, lecz wzięła list ponownie i przeczytała do końca. Teraz łzy puściły się strumieniem z jej oczu, stary robotnik w odlewarni żył jeszcze. Jednak dla bardzo osłabionego wzroku, nie pracował już od dziesięciu lat. Nie widział tyle, by módz chodzić sam, lecz mimo tego był jeszcze wcale krzepkim. Dzieci go utrzymywały, lecz niestety! nie powodziło się im lepiej, jak niegdyś ojcu. Jednak to były dobre dzieci, kochały i czciły staruszka; składały się więc, dawały ile mogły, więcej nawet niż mogły, by ojcu osłodzić ostatnie lata życia. Było ich już tylko czworo. Najmłodszy z synów, nie żonaty, został zabity kulą pruską w Montretout. Matka Bertrand umarła z nędzy, wycieńczenia, choroby, podczas strasznego oblężenia, tydzień przed śmiercią najmłodszego syna.
Najstarszy syn Bertranda, wyrobnik w fabryce jak ojciec, miał pięcioro dzieci.
Był w nędzy, lecz szczęściem dwoje starszych zaczęło zarabiać.
Drugi syn Juliusza Bertranda był ojcem dwojga dzieci, lecz miał żonę chorą nerwowo od czterech lat, niezdolną do pracy.
Najmłodszy z Bertrandów, był pomocnikiem w handlu, w ulicy Lombardów.
Córki wyszły za mąż. Jedna imała dwoje, druga troje dzieci. Pierwsza źle trafiła. Sześć lat znosiła bez ustanku grubiaństwa swego męża, pijaka i próżniaka, ów łotr porzucił w końcu rodzinę i przepadł bez śladu.
U biednej, opuszczonej, mieszkał stary ojciec. Rodzeństwo nagradzając Julję za opiekę nad staruszkiem, płaciło jej mieszkanie.
Mąż młodszej córki, pracowity i zapobiegliwy, był doskonałym robotnikiem, nie dziw więc, że najwięcej dopomagał starcowi. Cała rodzina żyła w serdecznych stosunkach. Jej członkowie, kochali się, wspierali. Jeśli wskutek wypadku lub choroby, brakło chleba jednemu, inni go wspomogli.
Trzy lub cztery razy do roku, cała rodzina zbierała się u najstarszej siostry. Wtedy, stary Bertrand cieszył się, widząc wszystkich, dzieci i wnuki. Każdy go pieścił, pozwalając zapomnieć wiele przykrych i bolesnych chwil życia. Gdy wszyscy zasiedli przy okrągłym stole, było bardzo ciasno. Lecz któżby na to zważał? Serca napełniały się radością i weselem. Tą radością, tem szczęściem, jakie jest w udziale ludziom uczciwym. Smutek zostawiało się w domu.
A jednak uczta nie była wspaniałą. Zupa, a dalej stosownie do pory roku, indyk, gęś, lub pieczeń barania z olbrzymim półmiskiem ziemniaków lub fasoli. Obiad kończył się serem; zwykły dessert biedaków.
Wino, dobrze podprawione wodą dla młodszych, gdyż należało zostawić więcej starszym, kupowano w narożnym szynku. Nie zapominajmy, że w dnie świąteczne każdy pił kawę i po dwa kieliszki wódki — wszystko na zdrowie starego ojca.
Na tak skromne uczty składali się wszyscy członkowie.
Marta dowiedziała się o zwyczajach i zatrudnieniach swej rodziny z listu notarjusza.
— Jak pani widzi — rzekł pan Rousselet, mój znajomy dowiadywał się o pani rodzinę, i przysłał wskazówki tyczące się starego Bertrand’a.
— Jestem niewymownie wdzięczną pańskiemu przyjacielowi za tak gorliwe zajęcie się moją sprawą, za co w pańskie ręce składam serdeczne podziękowanie.
— Podziękuję w pani imieniu.
— Kiedy napiszesz pan do Paryża.
— Dziś jeszcze, lub jutro.
— Powiedz mi pan, czyśmy daleko od dnia zwrotu.
— Spodziewam się, że za sześć tygodni, może za dwa miesiące...
— Będziesz pan gotów?...
— Tak, pani.
— Doskonale. Ale tak długo czekać! Myślę o tym starcu. Biedaczysko nie jest w stanie zapłacić sobie kieliszka wódki, musi żyć na łasce rodziny, nie mającej czasem chleba dla siebie. Ta uboga rodzina, tak uczciwa i zacna, to moi krewni, panie; mogę się szczycić nimi! Powiedz mi pan, czy ci nie wolno dziś ruszyć kilku tysięcy ze spadku mego ojca.
— Bynajmniej, rozumiem słowa pani, chciałabyś wręczyć staremu Bertrandowi i każdemu z jego rodziny, małą sumę pieniędzy. Nieprawdaż?
— Tylko tysiąc franków każdemu.
— Dobrze, postąpię według pani życzenia. Czy pani krewni mają wiedzieć od kogo pieniądze pochodzą?
— Niech Bóg broni! jeszcze nie czas. Trzeba im powiedzieć, że ten dar pochodzi od osoby im nieznanej.
— Bezwątpienia, lecz łatwo odgadną.
— Och! to rzecz niepewna! odparła Marta uśmiechając się. Poczem dodała: Nie trać pan czasu. Napisz do Paryża. Smutno powiedzieć, że moi krewni cierpią najwięcej.
Pan Rousselet napisał tego samego dnia do notarjusza w Paryżu. List zawierał pięć tysięcy franków.
Przyjaciel naszego znajomego, wziął nazajutrz po otrzymaniu pieniędzy dorożkę, i ruszył w stronę przedmieścia.
Przybył do pana Maigrot, zięcia Bertrand’a. W domu zastał tylko żonę, której wręczył tysiąc franków, mówiąc:
— Racz pani przyjąć...
Pani Maigrot rozwarła szeroko zdziwione źrenice. Zasypywała notarjusza pytaniami. Ten przerwał:
— Złożono w moje ręce pewną sumę, i kazano ją rozdzielić między kilka osób; wynagradzając im w ten sposób uczciwość, poświęcenie i miłość synowską. Rodzina Juliusza Bertranda została mi wskazaną. Jestem tylko posłańcem, przeto nie należy mi się żadna wdzięczność. Nazwiska dobroczyńczy nie wymienię, gdyż jest mi równie obcym jak wam wszystkim. Notarjusz wziął przy tych słowach kapelusz i udał się do Antoniego Bertrand’a, najstarszego z rodziny.
Mała, może dziesięcioletnia dziewczynka otworzyła mu drzwi, i wprowadziła do schludnego pokoiku, pozbawionego jednak najpotrzebniejszych sprzętów.
W pokoju zastał dwie kobiety, jedna z nich trzymała dziecko na ręku i była bardzo smutną, druga była jeszcze smutniejszą, gdyż płakała.
— Czy zastałem panią Antoniową Bertrand?
— Jestem — rzekła kobieta z dziecięciem.
— Więc w pani ręce składam ten rulon.
Kobiety spojrzały po sobie, prawie przerażone.
— Pani, to jest dar — rzekł notarjusz. Żeby jednak zapobiedz pytaniom, powtórzył prawie te same słowa co pani Maigrot.
— Jak widzę — rzekła Antoniowa — Opatrzność nas nie opuści. Przyjmuję, niech Bóg nagrodzi nieznanego dobroczyńcę.
Mówiąc to, posadziła dziecko na kolanach, rozwiązała tasiemkę, przyczem okazało się jej oczom wiele mniejszych i większych banknotów.
— Masz Ludwiko — rzekła podając jeden banknot towarzyszce, teraz mogę ci dać więcej aniżeliś żądała. Kup chleba dzieciom.
— Nie mogę tego przyjąć — szepnęła Ludwika.
Pani Antoniowa zwróciła się do notarjusza.
— To moja bratowa panie, żona Leona Bertrand’a, prosiła mnie o pożyczenie dziesięcio-frankówki, gdyż brakło jej chleba dla dzieci. Niestety, płacą nas w sobotę, a ja miałam tylko pięć franków.
Widzi pan, moja bratowa nie może więcej pracować, mój brat jest wycieńczony, a w domu bieda, dzieci głodne...
— Cieszę się bardzo spotkaniem pani Leonowej Bertrand — odpowiedział notarjusz. Pani możesz zwrócić pieniądze, tak wspaniałomyślnie ofiarowane ci przez siostrę, gdyż mam też dla pani tysiąc franków.
Przy tych słowach wydobył rulon banknotów i wręczył go zdziwionej i prawie nieprzytomnej kobiecie. Łzy popłynęły jej z oczu. Radość ją opanowała. Miała za co przygotować obiad, mogła nakarmić męża i ukochane dzieci. Były to łzy szczęścia i wdzięczności.
Notarjusz się oddalił.
— Zacni, poczciwi ludzie — szeptał schodząc z piątego piętra.
W kwadrans później wchodził w progi ojca Bertrand’a.
Starzec siedział przy otwartem oknie, i kurzył fajkę. Córka była przy nim z robotą. W rogu pokoju, pięcioletni chłopczyk przewracał koziołki, bawiąc się z kotkiem. Drugi chłopczyk, dziewięcioletni, był w szkole.
— Kto to, Julio? zapytał starzec usłyszawszy kroki za sobą. Córka wpatrzyła się na przybyłego z rodzajem trwogi.
— Przychodzę z misją do pana Bertrand’a.
— Ach! Rozumiem; przynosisz mi pan coś od Maigrot lub Antoniego, może tytoniu, gdyż się domyślają pewnie, żem dawny wypalił. Postanowiłem sobie, już nie palić więcej, jak trzy razy dziennie.
— Panie Bertrand, nie przychodzę do pana ani od syna ani od córki. Przysyła umie tu nieznana osoba, zajmująca się losem porządnych i uczciwych ludzi, którzy poświęcili życie pracy i wychowaniu dzieci na pożytek społeczeństwa.
— Ciekaw jestem, co owa osoba chce odemnie?
— Pewnie nic złego. Otóż mam panu wręczyć pieniężny datek od nieznajomego.
— Doprawdy; uśmiechnął się starzec z niedowierzaniem — sądziłem, że dawni, bajeczni czarodzieje, już wyginęli...
— Lecz znaleźli naśladowców. Jednym z nich, jest wspaniałomyślny dobrodziej, którego tu przedstawiam.
— Jak się zowie ten dobry pan?
— Mówiłem już panu. Osoba, która mnie przysyła chce być nie znaną. Ja sam nie znam jej...
— To zabawne.
— Oto co mam panu wręczyć od tajemniczego anonima, dodał notarjusz podając rulon z tysiącem franków.
— Hę? co to? — spytał starzec.
— Tysiąc franków, panie Bertrand.
— Tysiąc franków! — wykrzyknął zdumiony... Wszystko dla mnie? zapytał drżącym głosem.
— Tak panie. Możesz pan pozwolić sobie na czwartą fajkę dziennie — rzekł notarjusz z uśmiechem. — Pani Julio — ciągnął dalej — czarodziej pomyślał o pani również. Chce cię wynagrodzić za cierpienia, za starania około ojca i obdarza cię tysiącem franków.
— Ach! ojcze! ojcze! wykrzyknęła kobieta.
Nie mogła dłużej mówić. Wzruszenie złamało jej głos w gardle. Misja notarjusza się skończyła.
Pożegnał staruszka i, jego córkę. Wyszedł; nikt go do drzwi nie odprowadził, gdyż kobieta nie mogła przyjść do siebie. Po niejakim czasie jednak zdołała się uspokoić.
— Więc to nie sen! To prawda ojcze! To rzeczywistość.
— Nie jestem mniej zdziwiony od ciebie Julio! Widać, że są jeszcze uczciwi ludzie na świecie.
Antoniowa Bertrand udała się natychmiast do pracowni męża. Wbiegła zdyszana i opowiedziała co zaszło.
— Dobrze, rzekł mąż, trzeba przyjąć kiedy oddać niepodobna. Lecz gdy sami jesteśmy bogaci, nie zapominajmy o biednych. Zanieś natychmiast sto franków ojcu i drugie sto opuszczonej Julii.
Antoniowa usłuchała męża i pobiegła do ojca. Staruszek rozmawiał jeszcze z córką o dobroczynnym czarodzieju. Gdy mu Antoniowa opowiedziała całą sprawę i wyciągnęła pieniądze z kieszeni, rzekł:
— Ten pan nie zapomniał mnie też odwiedzić. Pomyśl tylko, zostawił mi tysiąc franków w złocie, i Julii tyleż.
Pani Antoniowa patrzyła, oczom nie wierząc. Dotknęła banknotów leżących jeszcze na stole, gdyż sądziła że śni.
— Co to znaczy — szepnęła.
— To znaczy — rzekł ojciec zwolna, że uczciwych i sumiennych ludzi, Bóg zawsze wynagradza.
Dzień odkupienia zbliżał się szybko. Marta podpisała wszystkie potrzebne dokumenta i myślała o powrocie do klasztoru Dominikanek. Notarjusz mógł się obejść bez obecności młodej panny w Aubécourt, lecz zatrzymywał ją ciągłe. Coś w myśli układał, lecz nie zwierzał się przed nikim.
Plan był gotowy...
Już od kilku tygodni notarjusz ciągle wyjeżdżał; zawsze w interesie wspaniałomyślnej klientki, a raczej licznych a niewinnych ofiar Mateusza Raclot’a.
Pewnego poranku przejeżdżał o kilka kilometrów od wsi Rosiéres. Nagle skręcił z drogi i za chwilę stanął u rodziców swej żony, gdzie miał prosić o śniadanie. Lecz w domu nie zastał nikogo, prócz służby. Państwo Mounier zaproszeni na śniadanie przez pannę Lormeau, bawili u niej właśnie.
Pokojówka chciała wysłać służącego i oznajmić państwu o przybyciu notarjusza.
— Nie trzeba, nie trzeba — odparł pan Rousselet, pragnąc ukryć rozdrażnienie — przykroby mi było, gdybym rodzicom miał sprawić kłopot. Zresztą jestem tylko w przejeździe. Wracając z B... nie zapomnę wstąpić na chwilę.
I na prawdę zaczął się szykować do drogi, obiecując sobie w duchu, wstąpić do jakiej oberży, gdyż mu głód porządnie dokuczał.
Gdy atoli służąca spostrzegła, że bierze za kapelusz, zapytała:
— Jakto, pan chcesz odjeżdżać nie posiliwszy się niczem? To być nie może, państwoby nam tego nie przebaczyli.
— Śniadanie będzie gotowe za dziesięć minut — dodała kucharka wychodząc. — Pan będzie łaskaw zaczekać.
— Dobrze — rzekł notarjusz.
Kucharka była już w kuchni, o czem świadczył brzęk naczyń i swąd masła, rumieniącego się na patelni. Wtem hałas wszczął się na podwórzu, niemiłosierne szczekanie doszło uszu naszego znajomego. Po chwili wszedł lokaj w liberji, prosił pana Rousselet na chwilkę rozmowy.
— Panna Lormeau widziała pana, gdyś zjeżdżał z gościńca — rzekł kłaniając się — a domyśliwszy się, że wstępujesz do rodziców, posłała mnie prosić na śniadanie, gdyż pani Mounier chciała pospieszyć natychmiast. Bądź pan łaskaw nie robić ceremonii i przybyć do naszej pani, jak do własnego domu.
— Trudno odmówić tak miłemu zaproszeniu — pomyślał notarjusz — zwłaszcza jeśli się chce uchodzić za człowieka, mającego pojęcie o dobrym tonie.
Panna Lormeau wyszła na jego spotkanie. Podała obie ręce, na których pan Rousselet złożył ze czcią pocałunek.
— Panie — mówiła zadowolona — gość w dom, Bóg w dom. A do tego taki gość jak pan! Taki miły, przyjemny! Taki gość to prawdziwe szczęście, kochany panie. Jak to ładnie z pańskiej strony, zrobić mnie starej podobną niespodziankę. — Pan Rouselet chciał przeprosić za ubiór podróżny. — Daj mi pan spokój zawołała stara panna — pan jesteś zawsze elegancki! Spiesz się pan, ucałuj rączki pani Mounier, i chodź do jadalni gdyż wszystko wystygnie.
Śniadanie przeszło wesoło, jak nigdy, dzięki humorowi panny Lormeau.
Po śniadaniu i czarnej kawie, pan Rousselet chciał się oddalić.
— Jakto, pan chciałbyś nas opuścić! — zawołała panna Lormeau. — Ależ ja pana nie puszczę, o tem nie ma mowy! Zostań pan z nami! Pan jedziesz do B?...
— Miałem przyjemność pani już oznajmić.
— Pan będziesz tam nocować?
— Interesa nie pozwolą mi odjechać przed nocą.
— Jeśli tak, zostaniesz pan z nami do czwartej. Za dwie godziny będziesz w mieście, a jutro załatwisz się z interesami.
Cóż było robić? Pan Rouselet nie nalegał dłużej i pozostał do czwartej. Niebawem całe towarzystwo zeszło do ogrodu. Ogród był ładny, duży, ślicznie utrzymany, pełny drzew niebotycznych. Pod kasztanem stał stół i krzesła, wszyscy usiedli. Rozmowa nie przerywała się.
— Drogi panie Rousselet — rzekła panna Lormeau, przechodząc nagle z jednego przedmiotu na drugi — mów mi pan coś o pannie Raclot; zdrowa, nieprawdaż? jakże, uczuła głęboko śmierć ojca? Czy sama rządzi majątkiem?
— Przepraszam panią rzekł zdziwiony notarjusz — pani nie wie o niczem?
— O niczem, zupełnie o niczem. Skądże chcesz pan bym o czemś wiedziała?
— Prawda, Aubécourt daleko od Rosiéres, więc pani nie słyszy o czem tam mówią, nie wie co robią. W każdym razie pan Jerzy de Santenay mógł panią uwiadomić...
— Mój siostrzeniec nie jest lepiej poinformowanym odemnie. Łatwo odgadnąć, że wstydziłby się po prostu, wypytywać kogo o pannę, której ojciec... Pan mnie rozumiesz?...
— Czuję się szczęśliwym, mogąc odpowiedzieć na pani pytanie. Pannę Martę Raclot widziałem wczoraj, mogę więc panią upewnić, że jest zdrową. Olbrzymim majątkiem nie kłopoce się nic a nic. Nie mogę powiedzieć by się wydawała niepocieszoną po śmierci ojca, lecz czyni wszystko co może, by zmazać jego winy i okryć jasnością jego pamięć.
— Co też pan mówisz najlepszego? Czy pamięć takiego Raclot’a może być czczoną?
— Tak pani, przez jego córkę.
Stara panna zaczęła się śmiać w głos a potem rzekła nie bez ironii:
— Czyżby panna Raclot pragnęła wystawić swemu ojcu grobowiec sięgający szczytem sklepienia niebios?
— Zgadłaś pani — odrzekł notarjusz dobitnie.
— Ach tego zanadto!
— Pozwól mi pani dokończyć. Panna Marta wznosi swemu ojcu gmach, który cały świat będzie podziwiał, i przed którym każdy uczciwy człowiek ze czcią schyli czoło...
— No, no, nie żartuj pan. Chociaż wyznać muszę, pańskie żarty są bardzo przyjemne.
— Zaręczam pani, że mówię zupełnie serjo.
— Podając łamigłówki do zgadywania.
— Czy pani zechce mnie słuchać?
— Ale naturalnie.
— Panna Marta Raclot od pogrzebu ojca nie była w zamku. Poprosiła o schronienie jednej ubogiej wieśniaczki, swojej mamki, matki Langier. Mieszka w małym pokoiku, dającym się porównać z celą więzienną. Jest bowiem źle oświetlony, wilgotny, nie zawiera nic, prócz stołu, dwóch dębowych krzeseł i ubogiego łóżka z białego drzewa, z siennikiem i jednym materacem. Ach! zapomniałem wspomnieć o przepysznem lustrze, wielkiem jak dłoń, w oprawie z drzewa, pomalowanej wszystkiemi barwami tęczy. Och! ta siedziba nie podobna do słodkiego, wygodnego gniazdeczka jaskółki lub ziemby. Jednak pokoik jest czysty, a obecność Marty czyni go wesołym. Stara matka Langier nie szczędzi trudów, by młodemu dziewczęciu uprzyjemnić pobyt, sama dogląda wszystkiego. Marcie jest wierną i oddaną, przemyśliwa całemi dniami nad tem, żeby jej pieszczoszce na niczem nie zbywało. Lecz młoda panna zadawalnia się byle czem, nie skarży się, choć jaja, ser, czarny chleb i jarzyny stanowią jej całe pożywienie. Słonina pokazuje się czasami w ubogiej chacie, a masło nigdy. Zaś woda, zwykła woda źródlana, zastępuje najwyborniejsze wina.
Dzięki pieniądzom Dominikanek i nędznym oszczędnościom mamki, obie niewiasty mogły żyć dość długo nie czując braku. Lecz zapasy pieniężne się wyczerpały, i musiałem przed kilkoma dniami zawsze w tajemnicy przed Martą, zasilić kilkoma frankami pustą kasę staruszki.
— Pan żartujesz? — przerwała panna Lormeau, patrząc z widocznem niedowierzaniem w szczerą twarz towarzysza.
— Opowiadam pani, jedną z najtkliwszych historyi. Pani w niej widzi i może podziwiać przywiązanie staruszki i życie pełne zaparcia, córki milionera.
— Pan opowiadasz mi istne niepodobieństwa!
— A jednak prawdziwe.
— Ja tego nie pojmuję.
— Jakto, panna Lormeau, tak zacna, pełna cnót i wzniosłych uczuć, nie domyśliła się jeszcze, że panna Raclot zrzeka się spadku, że nie chce tknąć źle nabytego majątku?
— Czy być może?
— Tak jest.
— A z majątkiem co się stanie?
Zaraz pani dokończę: Nazajutrz po pogrzebie pana Raclot, córka jego przyszła do mnie, do bióra, ubrana w szatę nowicjuszki zakonu Dominikanek, której nie zrzuciła do tej chwili. Zdziwiłem się temi odwiedzinami, gdyż nie byłem notarjuszem pana Raclot, i na wstępie oznajmiłem to jego córce. Panie, odrzekła, wiem żeś memu ojcu tego odmówił, jest to największy powód, dla którego przychodzę do pana z zupełnem zaufaniem, potrzebuję pana, czy chcesz być moim pełnomocnikiem? — Odparłem że jestem cały na jej usługi. Wtedy objaśniła mnie, że zrzeka się spadku po ojcu, że nie weźmie nic z tej źle nabytej fortuny, zebranej z krzywdą ludzką, że postanawia zmazać winy ojca, i wybiera mnie do pomocy! W końcu dała mi krótko do zrozumienia, że uważa spadek za własność nieszczęśliwych a licznych ofiar jej ojca, i że jest jej intencją zwrócić wszystko, co zabrano ubogim.
Panna Lormeau była podniecona.
— Ależ to pięknie, wspaniale! — wykrzyknęła.
— Masz pani rację, jest to rzecz wspaniała. Jednak sądziłem jakoby moim obowiązkiem było oznajmić Marcie, że po zwróceniu zabranych pieniędzy, zostanie jej jeszcze wcale pokaźny majątek. — Pan mnie źle zrozumiał! zawołała. Nie chcę nic. Słyszysz pan, nic, nic! — Należy oddać posiadłości nabyte przez pana Raclot ich dawnym właścicielom. — Pani, powstałem. Przecie pani ojciec nim został właścicielem każdej z tych posiadłości, pożyczał większe lub mniejsze sumy ich właścicielom. Te powinny być pani zwrócone. — Nie zgadzam się na taki porachunek, odparła. Pożyczki lichwiarskie, przeprowadzenia prawne, zniszczyły tych nieszczęśliwców. A łzy, które wylali, a cierpienia, katusze przez które przechodzili, nic nie znaczą w pańskich oczach? Ja pragnę nie tylko zwrócić dobra zagrabione, ale naprawić całe zło, nagrodzić wszystkie krzywdy. — Ale pani, perswadowałem, twoi rodzice pracowali. Z drugiej strony twoja matka odziedziczyła znaczny majątek, dwakroć pięćdziesiąt tysięcy. — Teraz Marta uniosła się gniewem. — Spadek został wyłudzony! zawołała. Mój ojciec podszedł ciotkę, i dla tego wydziedziczyła własnego brata, człowieka ubogiego, obarczonego rodziną. — Zgodziłem się na to, wykazując jednak, że połowa spadku, należała się jej matce. — Być może, odparła, lecz ja oddam cały spadek nieszczęśliwej rodzinie! — Dobrze, dorzuciłem, zastosuję się do pani życzeń, lecz i tak zostanie ci blisko trzy kroć. — Powtarzam po raz ostatni, nie chcę nic! — Cóż uczynimy z temi pieniędzmi? Milczała chwilę namyślając się widocznie, poczem rzekła: — Wybudujemy przytulisko dla starców, albo w mieście, albo w Aubécourt.
Panna Lormeau wyjęła chustkę z kieszeni i obtarła oczy wilgotne od łez.
— Och! szlachetna dziewczyna! O! wspaniałomyślna, podziwienia godna! — wykrzyknęła, gotowa płakać a nawet łkać. — Miałeś pan słuszność! Ta młoda dziewica wznosi swemu ojcu pomnik, przed którym każdy uczciwy człowiek schyli czoło. I czyniąc to, jest cichą, pokorną. Zajmuje się wszystkiem bez hałasu, bez dumy, bez chęci okazania się.
— Potajemnie. Jak gdyby to co czyni, było występkiem, jak gdyby musiała się rumienić.
— I ja mogłam wątpić o czystości tego anioła! O jej szczerości, prostocie! Ja sobie tego nie przebaczę! Nie daruję nigdy!
— Nie mogę poprzestać nie dodawszy jednego rysu: Spisując zawartość kasy Mateusza Raclot, znalazłem w pudełeczku kolczyki, broszkę, pierścionek i branzoletę z brylantów. Ojciec jej, uniósł się pewnego dnia niewidzianą wspaniałomyślnością, zapomniał o swym skąpstwie i darował jej te klejnoty. Marta opuszczając dom, zwróciła je ojcu. Zaniosłem je Marcie, wiedząc czyją są własnością.
— Więc?
— Nie chciała je odebrać. „Te klejnoty, rzekła mi, należą do ofiar okrucieństwa mego ojca, wpiszesz je pan w inwentarz“.
— Czy zostały sprzedane?
— Tak, pani.
— Znasz pan nabywcę?
— Nabywcą jestem ja sam. Dowiedziałem się od jubilera o ich realnej wartości i zapłaciłem trzy tysiące franków.
— Dobrześ pan zrobił, nie pozwalając tym klejnotom przejść w cudze ręce. Lecz, powiedz mi pan, czy panna Marta Raclot pragnie zawsze wstąpić do klasztoru?
— Tak, pani.
— Pan nie próbował zmienić jej postanowienia?
— Robiłem co było w mojej mocy, lecz bez należytego skutku!
— Ach!
— Panna Marta, byłaby już wróciła do klasztoru, gdybym jej nie zatrzymywał.
— Pan jej potrzebujesz?
— Tak, pani. Od tej niedzieli za tydzień, posiadłości wrócą do pierwotnych właścicieli. Wszystkie akta gotowe. Wszystkie ofiary lichwiarza przybędą w dniu tym do Aubécourt, nie domyślając się radości jaka ich spotka, nie wiedząc o niespodziance, którą im przygotowujemy. Ach! pani, co to będzie za widok, we wsi niczego się nie domyślają, tylko wieśniacy dziwią się, widząc najbogatszą dziedziczkę, spadkobierczynię milionowego majątku, żyjącą jak najuboższa wyrobnica. Pani wiesz co o niej opowiadano? O, nie oszczędzano jej. Obryzgano błotem, obrzucono obelgami. Przeklęto ją, razem z jej ojcem! Jeśli obowiązkiem jej jest, nagrodzić krzywdy, okupić winy ojca, czyż ci, którzy o niej wątpili nie są odpowiedzialni?
— Och, tak, tak!
— Nagroda będzie, o ile sądzę, wspaniałą. Dla tej przyczyny zatrzymuję ją w Aubécourt. Przygotowuję jej tryumf.
— Dobrze, dobrze!
— Czy panna Lormeau zechce wziąć udział w uroczystości o której przed chwilą mówiłem?
— Ja?
— Pani nie odwiedziłaś dotąd mojej żony, choć prosimy cię o to oddawna. Dziś trafia się pani sposobność przybycia do Aubécourt na parę dni. Moja żona i ja bylibyśmy niewypowiedzianie wdzięczni.
Stara panna zamyśliła się. Po chwili odrzekła stanowczo:
— Od tej soboty za tydzień, oczekujcie mnie po południu w Aubécourt.
Natarjusz Rousselet wezwał wszystkich spadkobierców Mateusza Raclot do Aubécourt o godzinie jedenastej.
Lecz nie wybiła jeszcze dziesiąta, jeszcze dzwon parafialny nie oznajmił końca Mszy, gdy zaczęły się zjawiać na podwórzu kościelnem różne postacie, nie wszystkie znane mieszkańcom wsi.
W rogu stał dom notarjusza, zupełnie nowy, o dwóch piętrach i wysokiem podmurowaniu.
Osoby, zapełniające podwórze, nie wszystkie były wezwane. Nie brakło znajomych, przyjaciół, dążących nie z potrzeby, lecz z ciekawości. Jedni milczeli poważnie zamyśleni, inni gestykulowali, rozprawiając głośno.
Jaki cel miał notarjusz, zwołując ich tutaj?
Starano się przeniknąć jego myśli, zrozumieć plany, lecz zdania się różniły. Niektórzy mieszkali w Aubécourt i Ligoux, innych, mianowicie tych, którzy byli zmuszeni opuścić wioskę, gdyż pozbawieni ziemi, nie mieli z czego żyć, notarjusz odnalazł. Wszyscy zamieszkiwali wsie lub departamenta sąsiednie, czem poszukiwania zostały ułatwione. Ci, którzy mieli daleką drogę przed sobą, przybyli jeszcze poprzedniego dnia wieczorem. Każdy miał tu krewnych lub znajomych, którzy go chętnie przenocowali.
Nowo przybyłych otaczano, ściskano za ręce, witano. Każdy się cieszył, już tak dawno ten i ów wyjechał, lub zginął bez śladu.
— To ty? czy cię wezwał notarjusz?
— Tak.
— Nie wiesz w jakim celu?
— Nie.
— To zabawnie! Mniej więcej wszyscy interesowani czekali już o pół do jedenastej, tworząc najrozmaitsze grupy. Zdaleka rozróżniano Stanisława, dawnego właściciela rolnika, dziś folwarcznego parobka, po słusznym wzroście i barczystej budowie ciała. W jakiejś ciężkiej chwili zadłużył się u Mateusza Raclot, skutkiem czego stracił całą swoją posiadłość, piętnaście hektarów łąki, zawartej w wielkich pastwiskach Noues.
Dalej stali Moriset, Tamirel, Langlois; Durael już nie żył, lecz wdowa go zastąpiła. Mongin leżał od kilku lat w grobie, wdowa była ciężko chorą. Tych zastąpił najstarszy syn. Dzieci Charbonnet, sześcioro sierot będąc w służbie wysłały najstarszego brata. Chłopiec gdy zjawił się na placu, zwrócił oczy wszystkich dziewcząt ku sobie. Słuszny, bardzo przystojny, liczył dwadzieścia pięć lat. Służył u handlarza drzewem en gros i nie źle mu się wiodło. Przybył ze siostrą, ośmnastoletnią dziewczyną, służącą w piekarni i najmłodszym bratem, który mógł mieć zaledwie dziesięć lat. Wdowa Lambert ubogo odziana, stawiła się ze wszystkiemi dziećmi, z których najstarsza dziewczynka kończyła dziewiątą wiosnę.
W tem zjawił się na rynku starzec o siwych włosach, pochylony pracą i wiekiem, wsparty na ramieniu przystojnej, może siedmnastoletniej dziewczyny. Szli powoli, a dzieweczka pochylała się wciąż ku niemu z widoczną tkliwością i uwagą.
Oczy wszystkich zwróciły się w stronę starca i nieznajomej dziewczyny.
— Któż to być może? pytano się nawzajem?
— Nie znam ich.
— Ani ja.
— I ja nie.
— Możnaby sądzić, że starzec nie widzi.
— Ależ tak, łatwo poznać po chodzie.
— Biedny człowiek!
— Ta ładna dziewczyna, to chyba jego córka.
— Ej, prędzej wnuczka.
— Widzicie, jak się doń uśmiecha, jak się zdaje każdą myśl odgadywać, jak przemawia tkliwie.
— Jakaś miła i uprzejma panienka.
Czytelnik poznał już prawdopodobnie w wyżej opisanym starcu, wuja Bertrand’a.
Dziewczyna mu towarzysząca, była córką jego najstarszego syna Antoniego. Zwała się Różą, którą wdziękiem i świeżością przypominała. Na radzie familijnej, zwołanej przed trzema dniami, powierzono jej opiekę nad starcem.
Początkowo ojciec Bertrand oburzył się i odparł stanowczo, że ani myśli jechać w tak daleką i uciążliwą drogę. Ten notarjusz z Aubécourt nie miał chyba innego zajęcia, jak wzywać go do siebie. Mógł donieść do Paryża czego chce, a nie trudzić i niepokoić takiego starca.
Lecz ów pan, który mu wręczył przed kilkoma dniami tysiąc franków, zjawił się znowu i nakłonił go do podróży.
— Gdyby mnie wzywano do Aubécourt, aby zwrócić połowę spadku po mojej siostrze, nie wahałbym się ani chwili. Lecz ten łotr Raclot nic nie wypuści z garści — rzekł starzec, wzruszając ramionami.
— Nie wiem o co się rozchodzi — rzekł tajemniczy jegomość lecz mogę panu oznajmić jeśli tego nie wiesz do tej pory, że ów Raclot umarł przed kilkoma miesiącami.
Nazajutrz zeszła się cała rodzina na naradę.
List pana Rousselet, zapraszający Juliusza Bertrand’a do Aubécourt, bez żadnych wyjaśnień, dał powód różnym przypuszczeniom.
— Mamy w Aubécourt młodą kuzynkę, nie daj jej Boże wdać się w ojca! — rzekł Antoni Bertrand.
— Któż zaręczy, że nie pomyślała o nas, mój ojcze? Jest bogatą i musi wiedzieć o naszej biedzie, może ona cię wzywa listem notarjusza, i chce ci ofiarować kilka tysięcy.
— Być może, że mój brat ma słuszność — odezwała się pani Maigrot. — Wskutek jego potwierdzenia i mnie przyszło na myśl...
— Cóż takiego? — spytała Julia.
— Że pięć tysięcy otrzymanych niedawno, mogą pochodzić od kuzyneczki Raclot!
— Masz rację, masz rację! — zawołano chórem.
— Dobrze — zakończył Bertrand, idę do Aubécourt, i sprawę wyjaśnię.
Jakeśmy wyżej powiedzieli, starzec i dziewczyna ukazali się na drodze, prowadzącej do domu notarjusza, którą ktoś ze wsi im wskazał.
Z domu wyszedł młody pomocnik pana Rousselet.
— Panie rzekł zbliżając się do starca — mam przyjemność rozmawiać z panem Juliuszem Bertrandem? Czy tak?
— Tak, ta dzierlatka — rzekł stary, wskazując na uśmiechniętą dziewczynę — to Róża, córka mojego najstarszego syna.
— Państwo będą łaskawi iść za mną.
Dependent przeprowadził ich przez jedną salę, gdzie przyjmowano klientów, przez poczekalnię, aż stanął w gabinecie pryncypała.
— Spodziewam się, że państwu będzie tu wygodniej jak na ulicy; proszę usiąść i odpocząć, nim nadejdzie pan Rousselet.
— Czy nie mógłbym się dowiedzieć, w jakim celu wezwał mnie wasz notarjusz z Paryża do Aubécourt? — zapytał starzec.
— Niestety, jestem równie nieświadomy tej sprawy jak pan — rzekł dependent — lecz pan Rousselet wkrótce nadejdzie i objaśni pana. Racz pan czekać cierpliwie.
Dependent wyszedł, wymawiając ostatnie słowa.
O kwadrans na dwunastą Suma się skończyła. Wierni opuszczali kościół i rozsypali się po ulicach.
Ze sto osób czekało na dziedzińcu.
Panna Marta Raclot wyszła z kościoła. Zeszła po schodach, z głową spuszczoną. Na twarzy jej odbiło się zamyślenie. W ręce trzymała dużą książkę do modlitwy. Przy pasie wisiał ciężki Różaniec zakończony żelaznym krzyżem.
Zaczęto ją pokazywać tym, którzy jej nie znali.
— Oto córka Mateusza Raclot.
— Doprawdy?
— Dziwnie ubrana.
— W habit nowicjuszek klasztoru Dominikanek.
— Ciekawam co oznacza to zbiegowisko na rynku — rzekła Marta do starej Brygidy.
— Rzeczywiście ruch jest dziś niezwykły, gdyby tak w jarmark, nie dziwiłabym się.
Notarjusz umyślnie nie uprzedził Marty Raclot. Obie z mamką nie wiedziały o niczem.
Przeszły powoli dziedziniec, przez grupy rozstępującą się przed niemi, obok ludzi milknących na ich widok.
— Czyś zauważyła, mamko, jak ci ludzie przyglądali mi się bacznie? — spytała Marta staruszki, gdy opuściły dziedziniec.
— Dlaczego nie mianoby się na ciebie patrzeć, dziecino? Jesteś młodą i ładną, czemużby miano odwracać oczy od ciebie?
— Och, matuchno!
— Nie chcesz, by ci mówiono, że jesteś ładną, zachwycającą, lecz tak jest, moja duszko. Twój kostjum nie przeszkadza ci być piękną; a jeśli ci tego ludzie nie mówią, to myślą z pewnością.
— Słuchajno, jestem głodną, wracajmy prędzej na obiad. — Marta przerwała nagle, zdwajając kroku.
Gdyby się była o chwilkę spóźniła z wyjściem z kościoła, byłaby widziała niechybnie wójtów z Aubécourt i z Ligoux i sędziego, wchodzących do notarjusza.
Po chwili otworzono bramę. Jeden z dependentów stanął przy wejściu i podniesionym głosem czytał jedną po drugiej, osoby wezwane przez notarjusza.
W miarę jak się zbliżali, pan Rousselet zapraszał ich do poczekalni i sali konferencyjnej, wypróżnionej w tym celu. Gdy wszyscy weszli, drzwi się zamknęły z łoskotem. Wtedy powstał sędzia. Głuche milczenie zaległo salę. Głos mu drżał ze wzruszenia. W krótkich słowach oznajmił obecnym, że panna Marta Raclot wyrzekła się dziedzictwa ojca, i zwraca wszystkim dłużnikom ich dawne posiadłości, kwitując wspaniałomyślnie z pieniędzy pożyczonych przez jej ojca i procentów jej należnych.
— Panie Juliuszu Bertrand z Ligoux — dodał sędzia, zwracając się ku starcowi — panna Marta Raclot uznała, żeś został niesłusznie wydziedziczony przez własną siostrę i masz prawo do wynagrodzenia, ponieważ jednak pańska wnuczka zna twoje położenie, i wie o cierpieniach jakieś pan przebył, przeto zwraca ci cały majątek, dwakroć pięćdziesiąt tysięcy, które notarjusz Rousselet wypłaci ci natychmiast.
Okrzyki radości, zdziwienia, płacz i łkania przerywały przemowę zacnego prawnika.
Sceny, która nastąpiła opisać nie podobna. Jedni padali drugim w objęcia, całowano się płacząc; pani Lambert zemdlała. Stary Bertrand szlochał, trzymając wnuczkę w objęciach.
Głos pana Rousselet jednak przywrócił do porządku, cisza i spokój zaległy salę. A podczas gdy w ręce każdego wkładał akt posiadania z potrzebnymi podpisami i stemplem, wójt z Aubécourt wysunął się i wybiegł na ulicę. Szybkim krokiem podążył do matki Langier. Wszedł w chwili, gdy obie niewiasty wstawały od skromnego posiłku.
— Pani będzie łaskawą towarzyszyć mi do pana Rousselet — rzekł. — Notarjusz pragnie się z panią rozmówić.
— Jestem na pańskie rozkazy.
— Racz pani podać mi ramię.
— Ależ panie...
— Błagam panią, nie odmawiaj mi tego zaszczytu.
Młoda panna zdziwiła się. Spojrzała uważnie w oczy wójta, poczem przyjęła podane jej ramię z uśmiechem.
Gdy stanęli na ulicy, radosne okrzyki odbiły się o ich uszy...
— Panie wójcie — rzekła Marta nagle, zatrzymując się jakby przelękła — co znaczą te okrzyki? Co to jest?
— Niech się pani nie niepokoi, cały Aubécourt jest dziś przejęty radością.
Posiedzenie u notarjusza skończyło się. Ofiary Mateusza Raclot opuściły jego mieszkanie i rozprószyły się po ulicy, wieść o wszystkiem co zaszło, rozbiegła się błyskawicznie po całej okolicy.
Zatrzymywano się przed Martą. Każdy się nisko kłaniał, z szacunkiem i szczerą życzliwością.
Nie były to owe zimne ukłony, pełne zakłopotania, z dni poprzednich.
Dziewczyna zaczęła odgadywać prawdę. Niespodziane przybycie wójta do matki Langier, przyjazne demonstracje do których nie przywykła, sympatja dająca się czytać we wszystkich oczach ku niej zwróconych, wszystko jednem słowem świadczyło, że pan Rousselet przemawiał do ludu.
Jednak nie puściła ramienia wójta, szła pewnym krokiem przez dziedziniec, gdzie znajdowało się w tej chwili przynajmniej czterysta osób. Jakiś starzec opierający się na lasce zawołał bardzo głośno z własnego popędu:
— Ziemia, po której stąpa miłosierna pani, powinna być usłana kwieciem.
— Tak, to prawda — odparli najbliżej stojący, słysząc te słowa.
Marta szła dalej, cała zarumieniona, drżąca i przelękła, nie śmiejąc oczu podnieść. Tłum rozstępował się przed nią, zostawiając wolne przejście. Wszyscy kłaniali się z odkrytą głową.
Nagle dał się słyszeć doniosły i dźwięczny głos:
— Niech Bóg miłosierny, użyczy pannie Marcie długich dni szczęścia i życia!
Jakby na dany znak, z kilkuset piersi wyrwał się głos:
— Niech żyje Marta! Niech żyje dobra pani!
Dziewczę musiało zatrzymać się. Jakaś płacząca kobieta z trojgiem dzieci uklękła u jej stóp; huczne oklaski zabrzmiały, roznosząc dalekie echo.
Marta straciła przytomność, machinalnie podała kobiecie ręce, zmuszając ją do powstania.
— Kim pani jesteś? — spytała.
— Jestem wdową po Ludwiku Lambert, a oto moje dzieci.
Sieroty ciągle na klęczkach, całowały rąbek sukni dziewicy.
— Ach — krzyknęła Marta, opanowując wzruszenie z trudnością — pozwól pani niech cię uściskam, i przebacz, och przebacz temu, który ci zadał tyle cierpień.
I panna Marta Raclot uściskała wdowę w pośród nowego grzmotu oklasków.
Panna Lormeau stała przy oknie na pierwszem piętrze, w pomieszkaniu notarjusza i przyklaskiwała z innymi.
— Za nic w świecie nie oddałabym dzisiejszych odwiedzin — mówiła cała rozpromieniona do pani Rousselet.
W końcu, Marta stanęła na progu domu notarjusza. Wójt z Ligoux i pan Rousselet czekali na schodach.
— Ach panie Rousselet, cóż pan uczynił — rzekła, podnosząc ku notarjuszowi oczy z wyrazem wyrzutu i nagany.
— Spełniłem żądania panny Raclot — odrzekł zagadnięty.
— Być może, ale nie uprzedziwszy mnie. Gdybyś mnie choć był zostawił u mamki.
— Zdaje mi się, żem nie zbłądził, posyłając po panią pana wójta, gdyż w przeciwnym razie, mieszkańcy wsi, obiegliby panią w domu matki Langier, porwaliby i przynieśli do mnie w tryumfie.
— Co znaczy — odparła Marta z uśmiechem — że zamiast gniewać się i panu czynić wyrzuty, powinnam mu dziękować.
— Naturalnie — zaśmiał się notarjusz. — A teraz pozwól mi pani przedstawić sobie pana Juliusza Bertrand’a, wuja twej matki i Różę Bertrand jego wnuczkę a twoją kuzynkę.
Okrzyk radości wyrwał się z serca Marty. Rzuciła się starcowi na szyję; pocałowała Różę, która oddawała jej całusy nie dając się prosić.
— Och moja wnuczko, moja wnuczko — szeptał starzec — żałuję dziś więcej niż kiedykolwiek, że będąc prawie ślepym nie mogę dojrzeć ciebie, moja dziecino!
— Dziaduniu — odezwała się Róża, kuzynka Marta jest piękną jak anioł, i dobroć anielską posiada. Starzec wiedział, że panna Raclot nie zostawia sobie nic z majątku ojca, przeto chciał się z nią podzielić połową spadku.
— Nie, odrzekła Marta, tonem nie pozwalającym się sprzeciwiać. Wszystko do ciebie wuju należy.
— Ależ, moje dziecię, wykrzyknął starzec, będziesz tak ubogą, jak moje dzieci i ja byliśmy do tej chwili.
— Tak, lecz chcę was naśladować i pracować jak wy.
— Ty, pracować — zawołał starzec. — Nie kuzyneczko, to rzecz niemożliwa!
— Dlaczego? Jestem zdrową, silną, a na chęciach mi pewnie zbywać nie będzie. Czyż pracować nie jest obowiązkiem każdego? Każdy z nas, tu na ziemi, ma jakieś zadanie, obowiązek, z którego zda rachunek przed Bogiem, każdy powinien dorzucić cegiełkę do społecznego gmachu.
— Rozumiem cię, kuzynko — przerwała Róża — lecz patrząc na twe białe i malutkie rączki, pytam się, do czego są zdatne.
— Jestem nauczycielką — Marta skromnie odrzekła.
Stary Bertrand zwiesił głowę na piersi; płakał z cicha, a na drobne rączki Marty spływały łzy i staczały się po paluszkach na posadzkę.
— Ach, jak ja was kocham, zawołała Marta ściskając starca i Różę.
Starzec z Aubécourt powiedział:
„Ziemia, po której stąpa dobra panienka, powinna być usłaną kwieciem“. Słowa jego zostały wysłuchane. Podczas rozmowy Marty z wujem wszystkie kobiety i dzieci z Aubécourt niszczyły swoje ogródki. A gdy Marta opuściła dom notarjusza, dążąc w stronę zagrody matki Langier, szła po kobiercu z kwiatów i zieleni.
Marta porozmawiała chwilę z mamką, poczem zamknęła się w swoim pokoju. Musiała odpocząć i wrócić do równowagi po wypadkach tego dnia, pełnych wzruszeń. W tem usłyszała lekkie pukanie do drzwi.
— Czy to ty matuchno? Dlaczego nie wchodzisz? spytała.
Brygida otworzyła drzwi i weszła.
— Marto — powiedziała — jakaś dama pragnie się z tobą widzieć.
— Któż to być może?
Powstała z miejsca i szybko zbliżyła się ku drzwiom, jednocześnie krzyknęła z zdziwienia, widząc przed sobą pannę Lormeau.
Stara panna podeszła ku niej. Usta jej drżały, była poważną i wzruszoną.
— Marto, dziecię moje — zawołała. Przygarnęła ją do siebie, objęła ramionami i kilkakrotnie pocałowała w czoło z czułością matki.
— Och pani — szeptała zawstydzona dziewczyna.
— Pojmuję twoje zdziwienie — mówiła ciotka Jerzego de Santenay — nie spodziewałaś się, spotkać mnie tutaj, w chacie twojej mamki. Może wiesz, że znam państwa Rousselet. Od dawna zapraszają mnie do siebie, wybrałam się w końcu i od wczoraj wieczór jestem w Aubécourt. Ach, moje dziecię, jak się cieszę tem przybyciem? Jaki wspaniały dramat rozegrał się przede mną! Tylu nieszczęśliwym wróciłaś radość, szczęście, życie! Wszystkie błogosławieństwa niebios spadną na twą głowę! Ta matka, którąś uściskała w obliczu wszystkich! Te dzieci całujące rąbek twej szaty! Ten starzec, ten stary Bertrand, nie może wstrzymać się od łez, gdy ciebie wspomina! Te kwiaty, rzucane ci pod stopy! O! wspaniały tryumfie cnoty! Marto, pozwól się uściskać! Sama nie wiesz coś uczyniła, szlachetna dziewico! Ty nie spodziewasz się... Porzucić świat, jego bogactwa i rozkosze a ślubować dozgonne ubóstwo jest rzeczą boską! Lecz pozwól niech usiędę i porozmawiam z tobą.
Usiadły na jedynych dwóch krzesłach w pokoju.
Mamka cofnęła się do przyległej izby i zamknęła drzwi za sobą.
Po chwili milczenia, panna Lormeau przemówiła:
— Powiedz mi dziecię, jakie masz zamiary na przyszłość? Co będziesz robić?
— Jutro opuszczę dom mojej mamki i Aubécourt. Odjeżdżam do klasztoru Dominikanek.
— Chcesz zostać zakonnicą?
— Tak, jeśli jestem godną poświęcić się służbie Bożej na całe życie.
— Czy masz prawdziwe powołanie?
Dziewczyna spłonęła rumieńcem, spuściła głowę i nic nie odrzekła.
— Panno Marto — ciągnęła ciotka Jerzego — pozwól mi mówić do siebie jak matce do swego dziecięcia i odpowiadaj szczerze bez wahania. Marto, tyś kochała Jerzego de Santenay.
— Tak, kochałam go!
— Czy go nie kochasz dzisiaj?
— Nie powinnam go kochać.
— Zastanów się Marto, nad twemi słowy. Przed kilkoma miesiącami odpowiedziałeś Jerzemu de Santenay, że „nie możesz być jego żoną“. Wtedy miałaś powody. Ach! te powody! generał de Santenay odgadł je dawno: „Panna Raclot nie chce być twoją żoną, nie przez dziecinny kaprys, a mniej jeszcze dla tego że przestała cię kochać, lecz wskutek nieprawości ojca, które poznać musiała. Ta szlachetna dziewica pragnie ocalić nasz honor, dla godności naszej, względów publicznych i opinii, poświęciła swoją miłość. Marta jest także ofiarą swego ojca!“
Słyszysz pani, tak mówił generał do swego syna. Nie wątpiąc o tobie, nie zbłądził. A gdy złość ludzka potwarzą cię obrzuciła, gdy każdy cię odstąpił — gdyż i ja wyznaję ze wstydem, żem uwierzyła pogłoskom — on jeden ufał w twoją niewinność, i stawał w twej obronie. „Kłamstwo, kłamstwo i nikczemność“ — wołał. Marto, tyś pierwsza zrozumiała, że nie możesz zostać żoną Jerzego de Santenay, wielki majątek twego ojca utworzył zaporę między wami. Lecz majątek już przestał istnieć, a przeszkody przezeń zbudowane twoje drobne rączki skruszyły. Przepaść zniknęła między wami, powody, dla których nie chciałaś być żoną Jerzego przestały istnieć. Twoje postępowanie, zmazało winy ojca. Pamięć o nim przestała być wstrętną.
— Niestety plama nie da się zatrzeć...
— Nie mów tego — staruszka przerwała. — Plama o której mówisz znikła bez śladu. Zapytaj uczciwych, a usłyszysz co ci odpowiedzą. Ja jestem dobrym sędzią w tym względzie, nie bój się, ale gdy patrzę na córkę, stoję w uniesieniu i podziwiam, zapominając o jej ojcu!
— Pani, łaski...
— Bronisz się? Nie chcesz by cię podziwiano, pozwól przynajmniej się kochać! Lecz wracam do rzeczy: Kazałaś Jerzemu de Santenay, zapomnieć o sobie na zawsze, otóż ponieważ chcę być prawdomówną, nie przeczę, że mój siostrzeniec pragnął cię usłuchać, a mój szwagier i ja zachęcaliśmy go ciągle. Lecz wszelkie upomnienia, wszelkie zachęty przeszły bez skutku. Starania Jerzego by cię zapomnieć, zrodziły w nim jeszcze gorętszą miłość. Chciał cię zapomnieć, a nie mógł myśleć o niczem, prócz o tobie, jedynie. No, no, nie rumień się, przed kobietą starą, znam się na sprawach serca i wznoszę je wyżej nad wszystko. No, nie drżyj tak. Pytałam cię przed chwilą, czy wstępujesz do klasztoru z powołania, milczałaś, nie rzekłaś mi: tak, gdyż twoje usta nigdy nie splamiły się kłamstwem. Więc: nie; wstępujesz do klasztoru bez powołania, gdyż musiałabyś zapomnieć o Jerzym, a ty go kochasz Marto. O nie zaprzeczaj! Ja wiem, że go kochasz, jak dawniej.
Dziewczę ukryło twarz w dłoniach. Łzy, uczuciem wezbrane, puściły się jej z oczu strumieniem.
— Drogie, kochane dziecko — mówiła panna Lormeau ze słodką czułością, twoje łzy dowodzą prawdziwości moich przypuszczeń. Tak, ty kochasz Jerzego, a dziś ja, jego ciotka, błagam cię, zostań jego żoną ubóstwianą.
— Lecz ja jestem dziś ubogą — zawołała Marta, opanowana głębokiem wzruszeniem.
— Marto — stara panna przerwała żywo — właśnie dla tego, iż nic nie posiadasz, iż nie zostawiłaś sobie najmniejszej cząstki z majątku ojca, jesteś w mych oczach najbogatszą dziedziczką świata. Jesteś ubogą; dobrze, my chcemy cię mieć ubogą. Czy Jerzy zakochawszy się w tobie, wiedział o majątku twojego ojca? A mój szwagier czy pytał twego ojca o posag, gdy oświadczył syna o twoją rękę? Pan Raclot powiedział że daje ci pięćdziesiąt tysięcy, o więcej się nie troszczono. Mój siostrzeniec chciał za żonę kobietę cnotliwą, nie majątek. Santenay nie sprzeda się za pieniądze. Zresztą, chcesz posagu, ja cię wyposażę. Posiadam blisko miljon, który przyznaczam dla dzieci mojej siostry. Lecz bądź spokojną, żadne z nich nie będzie mi wymawiać, jeśli ci dam w dzień ślubu dwa kroć, sumę którą obiecałam Matyldzie i Jerzemu. Wiem jednak, że taka obietnica nie może cię wzruszyć, dla majątku nie zostaniesz żoną Jerzego de Santenay, więc odwołuję się do twego serduszka. Skończ dzieło tak wspaniale rozpoczęte. Mój siostrzeniec jest nieszczęśliwym. Marto, pociesz go, gdyż to leży w twojej mocy. Generał cię kocha, a o przywiązaniu Matyldy nie wątpisz, i wejdź przeto w rodzinę wyciągającą ku tobie ramiona, zostań córką generała, a moją drugą siostrzenicą. Ty milczysz Marto? Mój Boże, czyż nie jestem dość wymowną. Cóż powiem ci nad to?
— Och, nie mów pani nic więcej, przerwała Marta szlochając.
— Ty widzisz Marto, że nie mogę więcej mówić, lecz ty nie milcz dłużej, powiedz, co mam przyrzec Jerzemu de Santenay?
— Donieś mu pani, że... że kocham go zawsze, jednakowo!
Panna Lormeau nie zdołała powstrzymać okrzyku radości. Kibić dziewczyny otoczyła ramionami i długo, długo tuliła ją do piersi.
— Nareszcie niebo rozwarło się dla was obojga! — zawołała.
— Jednak — szepnęła Marta — czy pan Jerzy nie straci w opinji, oddając swą rękę córce Mateusza Raclot?
— Dziecię! — odrzekła staruszka — córka Mateusza Raclot ma dziś prawo do szacunku i hołdów.
Stanęło na tem, że stara panna napisze jeszcze tego samego dnia wieczorem list do Jerzego, drugi do generała, aby oznaczyć natychmiast dzień ślubu. Zapowiedzi były już ogłoszone, wskutek czego ślub mógł się odbyć zaraz, po uszyciu sukni pannie młodej i zaproszeniu gości. Marta ze swej strony, napisała list do przełożonej klasztoru, dziękując za gościnność, za współczucie i życzliwość jej okazywaną, oznajmiając przy tem nagłą zmianę, mającą w jej życiu nastąpić. Ułożono, że Marta zostanie u swej mamki do dnia ślubu, stamtąd miał ruszyć orszak ślubny do kościoła.
Młodzi małżonkowie mieli po ślubie zamieszkać w domu panny Lormeau. Notarjusz, wójt z Abécourt, z Ligoux i sędzia czekali niecierpliwie powrotu panny Lormeau, niewiedząc o co się rozchodzi.
— Udało mi się — powiedziała wchodząc — za tydzień a najdalej za dziesięć dni przypaszesz pan panie wójcie swoją godową szarfę.
Wszyscy dzielili radość starej panny.
— Ach, jakie szczęście, jakie szczęście! — wołała milutka Róża.
Pan Rousselet przyjmował tego dnia na obiedzie sędziego, obydwóch wójtów, Bertranda i jego wnuczkę. Ci ostatni nocowali u niego, a nazajutrz z rana, pan Rousselet odprowadzał ich do miasta B., gdzie w banku Francji był złożony spadek pani Marcinowej.
Wieczorem, podczas gdy stary Bertrand z wnuczką udawał się na spoczynek, a pani Rousselet krzątała się przy gospodarstwie, panna Lormeau przemówiła w te słowa do notarjusza:
— Pan kupiłeś klejnoty, należące niegdyś do panny Marty, czyś ofiarował je już żonie?
— Nie jeszcze.
— W takim razie, nie zrobiłabym przykrości, gdybym prosiła o odstąpienie mi ich.
— Rozumiem, pani chcesz ofiarować je pannie Marcie.
Panna Lormeau uśmiechnęła się, a wziąwszy notarjusza za rękę dodała:
— Mylisz się pan. Panna Marta otrzyma inne klejnoty z rąk Jerzego de Santenay.
— Pewnie, sądziłem jednak...
— Czekaj pan. Ja zajmę się podarkiem ślubnym i nie potrzebuję dodawać, że postaram się o coś godnego tej szlachetnej dziewicy.
— O! wiem, czego się można od pani spodziewać.
— Jeśli proszę pana o odstąpienie mi klejnotów ofiarowanych niegdyś Marcie przez ojca, robię to dla tego, gdyż chcę je zostawić dla siebie, jako największy skarb.
— Teraz zrozumiałem. Kobiety w ogóle odznaczają się niezrównaną delikatnością uczuć, a pani posiada ją w szczególności.
— Pochlebca!, — Jutro oddam pani puzderko z klejnotami.
— Dziękuję panu.
W dwa dni po wyżej wymienionych wypadkach, Marta otrzymała w zamian za swój, długi i serdeczny list od przełożonej Dominikanek.
„Tracimy cię, pisała poczciwa zakonnica, lecz wierzaj mi Marto, że więcej się cieszę tą nowiną jak smucę. Powołania do klasztoru nie miałaś, o czem dobrze wiedziałam, z tego powodu mówiłam ci nie raz, że są poświęcenia których Bóg nie przyjmuje. Pomimo wszelkich usiłowań nie byłaś w stanie oddalić z serca, a tem mniej z pamięci, obrazu Jerzego de Santenay. Tłumiłaś cierpienia w głębi piersi, lecz ja czytałam je w twojem obliczu. Łzy wylewane w skrytości, nie uchodziły mej uwadze. Ach moje dziecię, jam się nie myliła, mówiąc: Przeczuwam, że twoje bujne warkocze nie spadną pod cięciem nożyc na płytach sanctuarium.
„Nowe życie rozpocznie się dla ciebie, będzie szczęśliwe, gdyż nikt więcej od ciebie nie zasługuje na szczęście.
„Będziesz kochać męża i dzieci, któremi cię Bóg obdarzy, będziesz dobrą i wierną żoną, szczerze kochającą matką.
„Kobieta w każdym zawodzie służy Bogu, spełniając obowiązki, które nań nałożyłJ
Marta czytała list zakonnicy wylewając rzęsiste łzy. Jeszcze płakała, trzymając list w ręce, gdy w tem stanął Jerzy przed nią.
W wilję tego dnia otrzymał list ciotki i szalony z radości dążył do Aubécourt.
Młoda panna podała mu rękę, powstając z krzesła.
— Ach Marto, Marto, droga Marto — mówił chłopiec namiętnie — wracasz mi szczęście! życie! Ale ty płaczesz, dziecię? Marto, co ci?
Dziewica wyciągnęła rękę, a podając list przełożonej rzekła:
— Czytaj Jerzy, a dowiesz się, czemu płaczę.
Młodzieniec wziął list z jej rąk i czytał ze wzruszeniem.
— Więc i tyś Marto cierpiała — rzekł patrząc miłośnie w oczy dziewczyny.
— Tak Jerzy — odparła — cierpiałam, gdyż chciałam cię zapomnieć, a twój obraz nie znikał z mej pamięci.
Jerzy objął kibić Marty i przycisnął ją do serca.
Ona drżąca jak spłoszona ptaszyna, przytuliła się do piersi młodziana, opierając głowę na jego ramieniu.
— Ach Marto, Marto, jak ją cię kocham!
— I ja cię kocham, Jerzy.
— O moje marzenie, moje bóstwo, mój klejnocie — szeptał młodzieniec — jesteś już moją, moją na wieki. Żadna siła nas nie rozdzieli, jesteś moją na całe życie!
Nazajutrz po raz pierwszy przybył generał de Santenay z Matyldą.
Marta chciała odłożyć ślub, wskutek żałoby po ojcu. Lecz przyjaciele dali jej do zrozumienia, że w tak wypadkowej sytuacji, w jakiej się znajduje, może wziąć ślub, nie przekraczając konwenansów światowych. Musiała zgodzić się. Zresztą nikt się w okolicy nie dziwił. Zapomniano o Mateuszu Raclot, a życzono szczęścia jego córce. Panna Lormeau była ciągle w drodze. Ona zajmowała się ślubem, przeto musiała być ciągle czynną. Najpierw poszła do krawcowej. Pan Raclot zamówił u niej swego czasu suknię ślubną dla córki, lecz nie zapłacił, tylko materję, wskutek czego suknia leżała do tej chwili nie uszyta.
Panna Lormeau kazała ją skończyć, jednocześnie zamówiła dwie nowe tualety, mające być skończone w jednym dniu.
Całą wyprawę zamówiła w Paryżu.
O niczem nie zapominając, dała Jerzemu dwadzieścia tysięcy franków z temi słowy:
— Twoja narzeczona nie ma ani jednego klejnotu, ani jednej koronki, dlatego radzę ci, jedz z Matyldą do Paryża, a znając gusta Marty, wiem że wybierzesz coś pięknego.
Nadszedł dzień ślubu. Żniwa kończyły się. Z pospiechem zbierano i zwożono zboże do stodół, gdyż o godzinie dziewiątej nikogo nie było w polu.
W Abécourt było święto. Mieszkańcy w strojach świątecznych zbierali się gromadnie, celem uczczenia panny młodej.
Gdy Marta wyszła z chaty matki Langier, prowadzona przez starego wuja Bertranda, huczne wiwaty powstały. Czapki podrzucano w górę, okrzyki radości dały się zewsząd słyszeć.
Od chaty do kościoła stał z dwóch stron drogi szpaler utworzony z mężczyzn, kobiet i dzieci. Głowa dotykała się głowy, ramię dotykało ramienia. Ciasno było lecz wesoło. Okrzyki radości i wiwaty brzmiały ciągle. Czapki i chustki poruszały się w górze nad głowami.
Co za owacja! To był drugi tryumf!
Cały ten tłum nie pochodził z samego Abécourt i Ligoux, wielu przybyło z daleka. Każdy pragnął zobaczyć, lub dotknąć szaty panny młodej, której cnotę wychwalano w obrębie dziesięciu mil w koło. O nikogo się nie troszczono, o niczem nie mówiono, nikogo nie wysławiano, prócz jednej Marty Raclot.
Lecz i gości weselnych było wiele. Cała rodzina Bertrandów, wszyscy wielcy i mali przybyli z Paryża, najważniejsze osobistości w departamencie były na weselu. Hołd tłumu, dla którego skromna dziewica stała się bożyszczem, był dla wszystkich ciekawym i niezapomnianym widokiem.
Świadkami panny młodej był wuj Bertrand i notarjusz Rousselet, zaś pana młodego: dyrektor inżynierji departamentu.
Lecz jakże tych stu kilkudziesięciu gości pomieścić przy uczcie weselnej, w takiej wiosce jak Aubécourt? zapytasz czytelniku.
Nie dziwimy ci się; Aubécourt nie posiada wprawdzie wspaniałych sal, w których można obrócić czterma końmi, gdyż czem różniłby się od Paryża; lecz panna Lormeau na taki brak znalazła radę. W ogrodzie notarjusza wzniesiono wspaniały namiot, a kucharze, kuchciki i podkuchenni przybyli już przed trzema dniami do Aubécourt.
Pod namiotem odbyła się przepyszna uczta, mogąca przypomnieć Galileę, lecz ponieważ minęły bezpowrotnie szczęśliwe czasy kiedy wodę przemieniano w wino, przeto panna Lormeau dołożyła wszelkich starań, by dobrego Bordeaux i win Burgundzkich nie brakło.
∗
∗ ∗ |
Właśnie minęły cztery lata od chwili, w której Jerzy de Santenay nazwał Martę swoją żoną.
Dwoje dziatek, syn i córeczka biegają i szczebiotem radują serca rodziców, a młoda matka powtarza często całując męża: „jestem najszczęśliwszą z niewiast“.
Stary generał de Santenay przepada za wnukiem, uczy go ćwiczeń, a mały chłopczyk już dziś wygląda na żołnierza.
— Dziaduniu — mówi malec, czem pobudza do śmiechu i łez starego generała — jak ja wyrosnę, to ci pokażę, jak będę bić niedobrych, obcych żołnierzyków, gdy na Francję napadną.
Jerzy de Santenay spodziewa się lada chwila zostać inżynierem en chef.
Historję Marty Raclot zna cały świat, wskutek czego młoda kobieta jest bardzo poszukiwaną, przyjmują ją w najwybitniejszych towarzystwach, wszędzie jak przyjaciółkę. Dwa lub trzy razy do roku Marta de Santenay jeździ do Aubécourt, gdzie w ufundowanym przez nią przytulisku jest dwudziestu pięciu starców.
Początkowo przeznaczono na ten cel dom, kupiony niegdyś przez panią Marcinową, lecz zaczęto budowę nowego, w samym środku wsi. Ogród został również powiększony.
Opiekę nad starcami oddano trzem zakonnicom i dwom służącym pod opieką lekarza okręgowego.
Zamek Mateusza Raclot, dawna siedziba feodalna, górująca nad całą okolicą, rozpada się w gruzy. Jeszcze kilka lat a mury znikną, zapadną się, skruszą; trawy i mchy pokryją szczyty, lecz dom starców przetrwa wieki, a choćby pochylił się od starości, ludzie mu zginąć nie pozwolą, gdyż dzieła miłosierdzia są nieśmiertelne.