Przejdź do zawartości

Milion ojca Raclot/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Richebourg
Tytuł Milion ojca Raclot
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1898
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Million du père Raclot
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVIII.

W dwa dni po wyżej wymienionych wypadkach, Marta otrzymała w zamian za swój, długi i serdeczny list od przełożonej Dominikanek.
„Tracimy cię, pisała poczciwa zakonnica, lecz wierzaj mi Marto, że więcej się cieszę tą nowiną jak smucę. Powołania do klasztoru nie miałaś, o czem dobrze wiedziałam, z tego powodu mówiłam ci nie raz, że są poświęcenia których Bóg nie przyjmuje. Pomimo wszelkich usiłowań nie byłaś w stanie oddalić z serca, a tem mniej z pamięci, obrazu Jerzego de Santenay. Tłumiłaś cierpienia w głębi piersi, lecz ja czytałam je w twojem obliczu. Łzy wylewane w skrytości, nie uchodziły mej uwadze. Ach moje dziecię, jam się nie myliła, mówiąc: Przeczuwam, że twoje bujne warkocze nie spadną pod cięciem nożyc na płytach sanctuarium.
„Nowe życie rozpocznie się dla ciebie, będzie szczęśliwe, gdyż nikt więcej od ciebie nie zasługuje na szczęście.
„Będziesz kochać męża i dzieci, któremi cię Bóg obdarzy, będziesz dobrą i wierną żoną, szczerze kochającą matką.
„Kobieta w każdym zawodzie służy Bogu, spełniając obowiązki, które nań nałożyłJ
Marta czytała list zakonnicy wylewając rzęsiste łzy. Jeszcze płakała, trzymając list w ręce, gdy w tem stanął Jerzy przed nią.
W wilję tego dnia otrzymał list ciotki i szalony z radości dążył do Aubécourt.
Młoda panna podała mu rękę, powstając z krzesła.
— Ach Marto, Marto, droga Marto — mówił chłopiec namiętnie — wracasz mi szczęście! życie! Ale ty płaczesz, dziecię? Marto, co ci?
Dziewica wyciągnęła rękę, a podając list przełożonej rzekła:
— Czytaj Jerzy, a dowiesz się, czemu płaczę.
Młodzieniec wziął list z jej rąk i czytał ze wzruszeniem.
— Więc i tyś Marto cierpiała — rzekł patrząc miłośnie w oczy dziewczyny.
— Tak Jerzy — odparła — cierpiałam, gdyż chciałam cię zapomnieć, a twój obraz nie znikał z mej pamięci.
Jerzy objął kibić Marty i przycisnął ją do serca.
Ona drżąca jak spłoszona ptaszyna, przytuliła się do piersi młodziana, opierając głowę na jego ramieniu.
— Ach Marto, Marto, jak ją cię kocham!
— I ja cię kocham, Jerzy.
— O moje marzenie, moje bóstwo, mój klejnocie — szeptał młodzieniec — jesteś już moją, moją na wieki. Żadna siła nas nie rozdzieli, jesteś moją na całe życie!
Nazajutrz po raz pierwszy przybył generał de Santenay z Matyldą.
Marta chciała odłożyć ślub, wskutek żałoby po ojcu. Lecz przyjaciele dali jej do zrozumienia, że w tak wypadkowej sytuacji, w jakiej się znajduje, może wziąć ślub, nie przekraczając konwenansów światowych. Musiała zgodzić się. Zresztą nikt się w okolicy nie dziwił. Zapomniano o Mateuszu Raclot, a życzono szczęścia jego córce. Panna Lormeau była ciągle w drodze. Ona zajmowała się ślubem, przeto musiała być ciągle czynną. Najpierw poszła do krawcowej. Pan Raclot zamówił u niej swego czasu suknię ślubną dla córki, lecz nie zapłacił, tylko materję, wskutek czego suknia leżała do tej chwili nie uszyta.
Panna Lormeau kazała ją skończyć, jednocześnie zamówiła dwie nowe tualety, mające być skończone w jednym dniu.
Całą wyprawę zamówiła w Paryżu.
O niczem nie zapominając, dała Jerzemu dwadzieścia tysięcy franków z temi słowy:
— Twoja narzeczona nie ma ani jednego klejnotu, ani jednej koronki, dlatego radzę ci, jedz z Matyldą do Paryża, a znając gusta Marty, wiem że wybierzesz coś pięknego.
Nadszedł dzień ślubu. Żniwa kończyły się. Z pospiechem zbierano i zwożono zboże do stodół, gdyż o godzinie dziewiątej nikogo nie było w polu.
W Abécourt było święto. Mieszkańcy w strojach świątecznych zbierali się gromadnie, celem uczczenia panny młodej.
Gdy Marta wyszła z chaty matki Langier, prowadzona przez starego wuja Bertranda, huczne wiwaty powstały. Czapki podrzucano w górę, okrzyki radości dały się zewsząd słyszeć.
Od chaty do kościoła stał z dwóch stron drogi szpaler utworzony z mężczyzn, kobiet i dzieci. Głowa dotykała się głowy, ramię dotykało ramienia. Ciasno było lecz wesoło. Okrzyki radości i wiwaty brzmiały ciągle. Czapki i chustki poruszały się w górze nad głowami.
Co za owacja! To był drugi tryumf!
Cały ten tłum nie pochodził z samego Abécourt i Ligoux, wielu przybyło z daleka. Każdy pragnął zobaczyć, lub dotknąć szaty panny młodej, której cnotę wychwalano w obrębie dziesięciu mil w koło. O nikogo się nie troszczono, o niczem nie mówiono, nikogo nie wysławiano, prócz jednej Marty Raclot.
Lecz i gości weselnych było wiele. Cała rodzina Bertrandów, wszyscy wielcy i mali przybyli z Paryża, najważniejsze osobistości w departamencie były na weselu. Hołd tłumu, dla którego skromna dziewica stała się bożyszczem, był dla wszystkich ciekawym i niezapomnianym widokiem.
Świadkami panny młodej był wuj Bertrand i notarjusz Rousselet, zaś pana młodego: dyrektor inżynierji departamentu.
Lecz jakże tych stu kilkudziesięciu gości pomieścić przy uczcie weselnej, w takiej wiosce jak Aubécourt? zapytasz czytelniku.
Nie dziwimy ci się; Aubécourt nie posiada wprawdzie wspaniałych sal, w których można obrócić czterma końmi, gdyż czem różniłby się od Paryża; lecz panna Lormeau na taki brak znalazła radę. W ogrodzie notarjusza wzniesiono wspaniały namiot, a kucharze, kuchciki i podkuchenni przybyli już przed trzema dniami do Aubécourt.
Pod namiotem odbyła się przepyszna uczta, mogąca przypomnieć Galileę, lecz ponieważ minęły bezpowrotnie szczęśliwe czasy kiedy wodę przemieniano w wino, przeto panna Lormeau dołożyła wszelkich starań, by dobrego Bordeaux i win Burgundzkich nie brakło.


∗             ∗

Właśnie minęły cztery lata od chwili, w której Jerzy de Santenay nazwał Martę swoją żoną.
Dwoje dziatek, syn i córeczka biegają i szczebiotem radują serca rodziców, a młoda matka powtarza często całując męża: „jestem najszczęśliwszą z niewiast“.
Stary generał de Santenay przepada za wnukiem, uczy go ćwiczeń, a mały chłopczyk już dziś wygląda na żołnierza.
— Dziaduniu — mówi malec, czem pobudza do śmiechu i łez starego generała — jak ja wyrosnę, to ci pokażę, jak będę bić niedobrych, obcych żołnierzyków, gdy na Francję napadną.
Jerzy de Santenay spodziewa się lada chwila zostać inżynierem en chef.
Historję Marty Raclot zna cały świat, wskutek czego młoda kobieta jest bardzo poszukiwaną, przyjmują ją w najwybitniejszych towarzystwach, wszędzie jak przyjaciółkę. Dwa lub trzy razy do roku Marta de Santenay jeździ do Aubécourt, gdzie w ufundowanym przez nią przytulisku jest dwudziestu pięciu starców.
Początkowo przeznaczono na ten cel dom, kupiony niegdyś przez panią Marcinową, lecz zaczęto budowę nowego, w samym środku wsi. Ogród został również powiększony.
Opiekę nad starcami oddano trzem zakonnicom i dwom służącym pod opieką lekarza okręgowego.
Zamek Mateusza Raclot, dawna siedziba feodalna, górująca nad całą okolicą, rozpada się w gruzy. Jeszcze kilka lat a mury znikną, zapadną się, skruszą; trawy i mchy pokryją szczyty, lecz dom starców przetrwa wieki, a choćby pochylił się od starości, ludzie mu zginąć nie pozwolą, gdyż dzieła miłosierdzia są nieśmiertelne.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Richebourg i tłumacza: anonimowy.