Milion ojca Raclot/XVII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Milion ojca Raclot |
| Wydawca | J. Czaiński |
| Data wyd. | 1898 |
| Druk | J. Czaiński |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Million du père Raclot |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Marta porozmawiała chwilę z mamką, poczem zamknęła się w swoim pokoju. Musiała odpocząć i wrócić do równowagi po wypadkach tego dnia, pełnych wzruszeń. W tem usłyszała lekkie pukanie do drzwi.
— Czy to ty matuchno? Dlaczego nie wchodzisz? spytała.
Brygida otworzyła drzwi i weszła.
— Marto — powiedziała — jakaś dama pragnie się z tobą widzieć.
— Któż to być może?
Powstała z miejsca i szybko zbliżyła się ku drzwiom, jednocześnie krzyknęła z zdziwienia, widząc przed sobą pannę Lormeau.
Stara panna podeszła ku niej. Usta jej drżały, była poważną i wzruszoną.
— Marto, dziecię moje — zawołała. Przygarnęła ją do siebie, objęła ramionami i kilkakrotnie pocałowała w czoło z czułością matki.
— Och pani — szeptała zawstydzona dziewczyna.
— Pojmuję twoje zdziwienie — mówiła ciotka Jerzego de Santenay — nie spodziewałaś się, spotkać mnie tutaj, w chacie twojej mamki. Może wiesz, że znam państwa Rousselet. Od dawna zapraszają mnie do siebie, wybrałam się w końcu i od wczoraj wieczór jestem w Aubécourt. Ach, moje dziecię, jak się cieszę tem przybyciem? Jaki wspaniały dramat rozegrał się przede mną! Tylu nieszczęśliwym wróciłaś radość, szczęście, życie! Wszystkie błogosławieństwa niebios spadną na twą głowę! Ta matka, którąś uściskała w obliczu wszystkich! Te dzieci całujące rąbek twej szaty! Ten starzec, ten stary Bertrand, nie może wstrzymać się od łez, gdy ciebie wspomina! Te kwiaty, rzucane ci pod stopy! O! wspaniały tryumfie cnoty! Marto, pozwól się uściskać! Sama nie wiesz coś uczyniła, szlachetna dziewico! Ty nie spodziewasz się... Porzucić świat, jego bogactwa i rozkosze a ślubować dozgonne ubóstwo jest rzeczą boską! Lecz pozwól niech usiędę i porozmawiam z tobą.
Usiadły na jedynych dwóch krzesłach w pokoju.
Mamka cofnęła się do przyległej izby i zamknęła drzwi za sobą.
Po chwili milczenia, panna Lormeau przemówiła:
— Powiedz mi dziecię, jakie masz zamiary na przyszłość? Co będziesz robić?
— Jutro opuszczę dom mojej mamki i Aubécourt. Odjeżdżam do klasztoru Dominikanek.
— Chcesz zostać zakonnicą?
— Tak, jeśli jestem godną poświęcić się służbie Bożej na całe życie.
— Czy masz prawdziwe powołanie?
Dziewczyna spłonęła rumieńcem, spuściła głowę i nic nie odrzekła.
— Panno Marto — ciągnęła ciotka Jerzego — pozwól mi mówić do siebie jak matce do swego dziecięcia i odpowiadaj szczerze bez wahania. Marto, tyś kochała Jerzego de Santenay.
— Tak, kochałam go!
— Czy go nie kochasz dzisiaj?
— Nie powinnam go kochać.
— Zastanów się Marto, nad twemi słowy. Przed kilkoma miesiącami odpowiedziałeś Jerzemu de Santenay, że „nie możesz być jego żoną“. Wtedy miałaś powody. Ach! te powody! generał de Santenay odgadł je dawno: „Panna Raclot nie chce być twoją żoną, nie przez dziecinny kaprys, a mniej jeszcze dla tego że przestała cię kochać, lecz wskutek nieprawości ojca, które poznać musiała. Ta szlachetna dziewica pragnie ocalić nasz honor, dla godności naszej, względów publicznych i opinii, poświęciła swoją miłość. Marta jest także ofiarą swego ojca!“
Słyszysz pani, tak mówił generał do swego syna. Nie wątpiąc o tobie, nie zbłądził. A gdy złość ludzka potwarzą cię obrzuciła, gdy każdy cię odstąpił — gdyż i ja wyznaję ze wstydem, żem uwierzyła pogłoskom — on jeden ufał w twoją niewinność, i stawał w twej obronie. „Kłamstwo, kłamstwo i nikczemność“ — wołał. Marto, tyś pierwsza zrozumiała, że nie możesz zostać żoną Jerzego de Santenay, wielki majątek twego ojca utworzył zaporę między wami. Lecz majątek już przestał istnieć, a przeszkody przezeń zbudowane twoje drobne rączki skruszyły. Przepaść zniknęła między wami, powody, dla których nie chciałaś być żoną Jerzego przestały istnieć. Twoje postępowanie, zmazało winy ojca. Pamięć o nim przestała być wstrętną.
— Niestety plama nie da się zatrzeć...
— Nie mów tego — staruszka przerwała. — Plama o której mówisz znikła bez śladu. Zapytaj uczciwych, a usłyszysz co ci odpowiedzą. Ja jestem dobrym sędzią w tym względzie, nie bój się, ale gdy patrzę na córkę, stoję w uniesieniu i podziwiam, zapominając o jej ojcu!
— Pani, łaski...
— Bronisz się? Nie chcesz by cię podziwiano, pozwól przynajmniej się kochać! Lecz wracam do rzeczy: Kazałaś Jerzemu de Santenay, zapomnieć o sobie na zawsze, otóż ponieważ chcę być prawdomówną, nie przeczę, że mój siostrzeniec pragnął cię usłuchać, a mój szwagier i ja zachęcaliśmy go ciągle. Lecz wszelkie upomnienia, wszelkie zachęty przeszły bez skutku. Starania Jerzego by cię zapomnieć, zrodziły w nim jeszcze gorętszą miłość. Chciał cię zapomnieć, a nie mógł myśleć o niczem, prócz o tobie, jedynie. No, no, nie rumień się, przed kobietą starą, znam się na sprawach serca i wznoszę je wyżej nad wszystko. No, nie drżyj tak. Pytałam cię przed chwilą, czy wstępujesz do klasztoru z powołania, milczałaś, nie rzekłaś mi: tak, gdyż twoje usta nigdy nie splamiły się kłamstwem. Więc: nie; wstępujesz do klasztoru bez powołania, gdyż musiałabyś zapomnieć o Jerzym, a ty go kochasz Marto. O nie zaprzeczaj! Ja wiem, że go kochasz, jak dawniej.
Dziewczę ukryło twarz w dłoniach. Łzy, uczuciem wezbrane, puściły się jej z oczu strumieniem.
— Drogie, kochane dziecko — mówiła panna Lormeau ze słodką czułością, twoje łzy dowodzą prawdziwości moich przypuszczeń. Tak, ty kochasz Jerzego, a dziś ja, jego ciotka, błagam cię, zostań jego żoną ubóstwianą.
— Lecz ja jestem dziś ubogą — zawołała Marta, opanowana głębokiem wzruszeniem.
— Marto — stara panna przerwała żywo — właśnie dla tego, iż nic nie posiadasz, iż nie zostawiłaś sobie najmniejszej cząstki z majątku ojca, jesteś w mych oczach najbogatszą dziedziczką świata. Jesteś ubogą; dobrze, my chcemy cię mieć ubogą. Czy Jerzy zakochawszy się w tobie, wiedział o majątku twojego ojca? A mój szwagier czy pytał twego ojca o posag, gdy oświadczył syna o twoją rękę? Pan Raclot powiedział że daje ci pięćdziesiąt tysięcy, o więcej się nie troszczono. Mój siostrzeniec chciał za żonę kobietę cnotliwą, nie majątek. Santenay nie sprzeda się za pieniądze. Zresztą, chcesz posagu, ja cię wyposażę. Posiadam blisko miljon, który przyznaczam dla dzieci mojej siostry. Lecz bądź spokojną, żadne z nich nie będzie mi wymawiać, jeśli ci dam w dzień ślubu dwa kroć, sumę którą obiecałam Matyldzie i Jerzemu. Wiem jednak, że taka obietnica nie może cię wzruszyć, dla majątku nie zostaniesz żoną Jerzego de Santenay, więc odwołuję się do twego serduszka. Skończ dzieło tak wspaniale rozpoczęte. Mój siostrzeniec jest nieszczęśliwym. Marto, pociesz go, gdyż to leży w twojej mocy. Generał cię kocha, a o przywiązaniu Matyldy nie wątpisz, i wejdź przeto w rodzinę wyciągającą ku tobie ramiona, zostań córką generała, a moją drugą siostrzenicą. Ty milczysz Marto? Mój Boże, czyż nie jestem dość wymowną. Cóż powiem ci nad to?
— Och, nie mów pani nic więcej, przerwała Marta szlochając.
— Ty widzisz Marto, że nie mogę więcej mówić, lecz ty nie milcz dłużej, powiedz, co mam przyrzec Jerzemu de Santenay?
— Donieś mu pani, że... że kocham go zawsze, jednakowo!
Panna Lormeau nie zdołała powstrzymać okrzyku radości. Kibić dziewczyny otoczyła ramionami i długo, długo tuliła ją do piersi.
— Nareszcie niebo rozwarło się dla was obojga! — zawołała.
— Jednak — szepnęła Marta — czy pan Jerzy nie straci w opinji, oddając swą rękę córce Mateusza Raclot?
— Dziecię! — odrzekła staruszka — córka Mateusza Raclot ma dziś prawo do szacunku i hołdów.
Stanęło na tem, że stara panna napisze jeszcze tego samego dnia wieczorem list do Jerzego, drugi do generała, aby oznaczyć natychmiast dzień ślubu. Zapowiedzi były już ogłoszone, wskutek czego ślub mógł się odbyć zaraz, po uszyciu sukni pannie młodej i zaproszeniu gości. Marta ze swej strony, napisała list do przełożonej klasztoru, dziękując za gościnność, za współczucie i życzliwość jej okazywaną, oznajmiając przy tem nagłą zmianę, mającą w jej życiu nastąpić. Ułożono, że Marta zostanie u swej mamki do dnia ślubu, stamtąd miał ruszyć orszak ślubny do kościoła.
Młodzi małżonkowie mieli po ślubie zamieszkać w domu panny Lormeau. Notarjusz, wójt z Abécourt, z Ligoux i sędzia czekali niecierpliwie powrotu panny Lormeau, niewiedząc o co się rozchodzi.
— Udało mi się — powiedziała wchodząc — za tydzień a najdalej za dziesięć dni przypaszesz pan panie wójcie swoją godową szarfę.
Wszyscy dzielili radość starej panny.
— Ach, jakie szczęście, jakie szczęście! — wołała milutka Róża.
Pan Rousselet przyjmował tego dnia na obiedzie sędziego, obydwóch wójtów, Bertranda i jego wnuczkę. Ci ostatni nocowali u niego, a nazajutrz z rana, pan Rousselet odprowadzał ich do miasta B., gdzie w banku Francji był złożony spadek pani Marcinowej.
Wieczorem, podczas gdy stary Bertrand z wnuczką udawał się na spoczynek, a pani Rousselet krzątała się przy gospodarstwie, panna Lormeau przemówiła w te słowa do notarjusza:
— Pan kupiłeś klejnoty, należące niegdyś do panny Marty, czyś ofiarował je już żonie?
— Nie jeszcze.
— W takim razie, nie zrobiłabym przykrości, gdybym prosiła o odstąpienie mi ich.
— Rozumiem, pani chcesz ofiarować je pannie Marcie.
Panna Lormeau uśmiechnęła się, a wziąwszy notarjusza za rękę dodała:
— Mylisz się pan. Panna Marta otrzyma inne klejnoty z rąk Jerzego de Santenay.
— Pewnie, sądziłem jednak...
— Czekaj pan. Ja zajmę się podarkiem ślubnym i nie potrzebuję dodawać, że postaram się o coś godnego tej szlachetnej dziewicy.
— O! wiem, czego się można od pani spodziewać.
— Jeśli proszę pana o odstąpienie mi klejnotów ofiarowanych niegdyś Marcie przez ojca, robię to dla tego, gdyż chcę je zostawić dla siebie, jako największy skarb.
— Teraz zrozumiałem. Kobiety w ogóle odznaczają się niezrównaną delikatnością uczuć, a pani posiada ją w szczególności.
— Pochlebca!, — Jutro oddam pani puzderko z klejnotami.
— Dziękuję panu.