Milion ojca Raclot/XVI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Milion ojca Raclot |
| Wydawca | J. Czaiński |
| Data wyd. | 1898 |
| Druk | J. Czaiński |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Million du père Raclot |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Natarjusz Rousselet wezwał wszystkich spadkobierców Mateusza Raclot do Aubécourt o godzinie jedenastej.
Lecz nie wybiła jeszcze dziesiąta, jeszcze dzwon parafialny nie oznajmił końca Mszy, gdy zaczęły się zjawiać na podwórzu kościelnem różne postacie, nie wszystkie znane mieszkańcom wsi.
W rogu stał dom notarjusza, zupełnie nowy, o dwóch piętrach i wysokiem podmurowaniu.
Osoby, zapełniające podwórze, nie wszystkie były wezwane. Nie brakło znajomych, przyjaciół, dążących nie z potrzeby, lecz z ciekawości. Jedni milczeli poważnie zamyśleni, inni gestykulowali, rozprawiając głośno.
Jaki cel miał notarjusz, zwołując ich tutaj?
Starano się przeniknąć jego myśli, zrozumieć plany, lecz zdania się różniły. Niektórzy mieszkali w Aubécourt i Ligoux, innych, mianowicie tych, którzy byli zmuszeni opuścić wioskę, gdyż pozbawieni ziemi, nie mieli z czego żyć, notarjusz odnalazł. Wszyscy zamieszkiwali wsie lub departamenta sąsiednie, czem poszukiwania zostały ułatwione. Ci, którzy mieli daleką drogę przed sobą, przybyli jeszcze poprzedniego dnia wieczorem. Każdy miał tu krewnych lub znajomych, którzy go chętnie przenocowali.
Nowo przybyłych otaczano, ściskano za ręce, witano. Każdy się cieszył, już tak dawno ten i ów wyjechał, lub zginął bez śladu.
— To ty? czy cię wezwał notarjusz?
— Tak.
— Nie wiesz w jakim celu?
— Nie.
— To zabawnie! Mniej więcej wszyscy interesowani czekali już o pół do jedenastej, tworząc najrozmaitsze grupy. Zdaleka rozróżniano Stanisława, dawnego właściciela rolnika, dziś folwarcznego parobka, po słusznym wzroście i barczystej budowie ciała. W jakiejś ciężkiej chwili zadłużył się u Mateusza Raclot, skutkiem czego stracił całą swoją posiadłość, piętnaście hektarów łąki, zawartej w wielkich pastwiskach Noues.
Dalej stali Moriset, Tamirel, Langlois; Durael już nie żył, lecz wdowa go zastąpiła. Mongin leżał od kilku lat w grobie, wdowa była ciężko chorą. Tych zastąpił najstarszy syn. Dzieci Charbonnet, sześcioro sierot będąc w służbie wysłały najstarszego brata. Chłopiec gdy zjawił się na placu, zwrócił oczy wszystkich dziewcząt ku sobie. Słuszny, bardzo przystojny, liczył dwadzieścia pięć lat. Służył u handlarza drzewem en gros i nie źle mu się wiodło. Przybył ze siostrą, ośmnastoletnią dziewczyną, służącą w piekarni i najmłodszym bratem, który mógł mieć zaledwie dziesięć lat. Wdowa Lambert ubogo odziana, stawiła się ze wszystkiemi dziećmi, z których najstarsza dziewczynka kończyła dziewiątą wiosnę.
W tem zjawił się na rynku starzec o siwych włosach, pochylony pracą i wiekiem, wsparty na ramieniu przystojnej, może siedmnastoletniej dziewczyny. Szli powoli, a dzieweczka pochylała się wciąż ku niemu z widoczną tkliwością i uwagą.
Oczy wszystkich zwróciły się w stronę starca i nieznajomej dziewczyny.
— Któż to być może? pytano się nawzajem?
— Nie znam ich.
— Ani ja.
— I ja nie.
— Możnaby sądzić, że starzec nie widzi.
— Ależ tak, łatwo poznać po chodzie.
— Biedny człowiek!
— Ta ładna dziewczyna, to chyba jego córka.
— Ej, prędzej wnuczka.
— Widzicie, jak się doń uśmiecha, jak się zdaje każdą myśl odgadywać, jak przemawia tkliwie.
— Jakaś miła i uprzejma panienka.
Czytelnik poznał już prawdopodobnie w wyżej opisanym starcu, wuja Bertrand’a.
Dziewczyna mu towarzysząca, była córką jego najstarszego syna Antoniego. Zwała się Różą, którą wdziękiem i świeżością przypominała. Na radzie familijnej, zwołanej przed trzema dniami, powierzono jej opiekę nad starcem.
Początkowo ojciec Bertrand oburzył się i odparł stanowczo, że ani myśli jechać w tak daleką i uciążliwą drogę. Ten notarjusz z Aubécourt nie miał chyba innego zajęcia, jak wzywać go do siebie. Mógł donieść do Paryża czego chce, a nie trudzić i niepokoić takiego starca.
Lecz ów pan, który mu wręczył przed kilkoma dniami tysiąc franków, zjawił się znowu i nakłonił go do podróży.
— Gdyby mnie wzywano do Aubécourt, aby zwrócić połowę spadku po mojej siostrze, nie wahałbym się ani chwili. Lecz ten łotr Raclot nic nie wypuści z garści — rzekł starzec, wzruszając ramionami.
— Nie wiem o co się rozchodzi — rzekł tajemniczy jegomość lecz mogę panu oznajmić jeśli tego nie wiesz do tej pory, że ów Raclot umarł przed kilkoma miesiącami.
Nazajutrz zeszła się cała rodzina na naradę.
List pana Rousselet, zapraszający Juliusza Bertrand’a do Aubécourt, bez żadnych wyjaśnień, dał powód różnym przypuszczeniom.
— Mamy w Aubécourt młodą kuzynkę, nie daj jej Boże wdać się w ojca! — rzekł Antoni Bertrand.
— Któż zaręczy, że nie pomyślała o nas, mój ojcze? Jest bogatą i musi wiedzieć o naszej biedzie, może ona cię wzywa listem notarjusza, i chce ci ofiarować kilka tysięcy.
— Być może, że mój brat ma słuszność — odezwała się pani Maigrot. — Wskutek jego potwierdzenia i mnie przyszło na myśl...
— Cóż takiego? — spytała Julia.
— Że pięć tysięcy otrzymanych niedawno, mogą pochodzić od kuzyneczki Raclot!
— Masz rację, masz rację! — zawołano chórem.
— Dobrze — zakończył Bertrand, idę do Aubécourt, i sprawę wyjaśnię.
Jakeśmy wyżej powiedzieli, starzec i dziewczyna ukazali się na drodze, prowadzącej do domu notarjusza, którą ktoś ze wsi im wskazał.
Z domu wyszedł młody pomocnik pana Rousselet.
— Panie rzekł zbliżając się do starca — mam przyjemność rozmawiać z panem Juliuszem Bertrandem? Czy tak?
— Tak, ta dzierlatka — rzekł stary, wskazując na uśmiechniętą dziewczynę — to Róża, córka mojego najstarszego syna.
— Państwo będą łaskawi iść za mną.
Dependent przeprowadził ich przez jedną salę, gdzie przyjmowano klientów, przez poczekalnię, aż stanął w gabinecie pryncypała.
— Spodziewam się, że państwu będzie tu wygodniej jak na ulicy; proszę usiąść i odpocząć, nim nadejdzie pan Rousselet.
— Czy nie mógłbym się dowiedzieć, w jakim celu wezwał mnie wasz notarjusz z Paryża do Aubécourt? — zapytał starzec.
— Niestety, jestem równie nieświadomy tej sprawy jak pan — rzekł dependent — lecz pan Rousselet wkrótce nadejdzie i objaśni pana. Racz pan czekać cierpliwie.
Dependent wyszedł, wymawiając ostatnie słowa.
O kwadrans na dwunastą Suma się skończyła. Wierni opuszczali kościół i rozsypali się po ulicach.
Ze sto osób czekało na dziedzińcu.
Panna Marta Raclot wyszła z kościoła. Zeszła po schodach, z głową spuszczoną. Na twarzy jej odbiło się zamyślenie. W ręce trzymała dużą książkę do modlitwy. Przy pasie wisiał ciężki Różaniec zakończony żelaznym krzyżem.
Zaczęto ją pokazywać tym, którzy jej nie znali.
— Oto córka Mateusza Raclot.
— Doprawdy?
— Dziwnie ubrana.
— W habit nowicjuszek klasztoru Dominikanek.
— Ciekawam co oznacza to zbiegowisko na rynku — rzekła Marta do starej Brygidy.
— Rzeczywiście ruch jest dziś niezwykły, gdyby tak w jarmark, nie dziwiłabym się.
Notarjusz umyślnie nie uprzedził Marty Raclot. Obie z mamką nie wiedziały o niczem.
Przeszły powoli dziedziniec, przez grupy rozstępującą się przed niemi, obok ludzi milknących na ich widok.
— Czyś zauważyła, mamko, jak ci ludzie przyglądali mi się bacznie? — spytała Marta staruszki, gdy opuściły dziedziniec.
— Dlaczego nie mianoby się na ciebie patrzeć, dziecino? Jesteś młodą i ładną, czemużby miano odwracać oczy od ciebie?
— Och, matuchno!
— Nie chcesz, by ci mówiono, że jesteś ładną, zachwycającą, lecz tak jest, moja duszko. Twój kostjum nie przeszkadza ci być piękną; a jeśli ci tego ludzie nie mówią, to myślą z pewnością.
— Słuchajno, jestem głodną, wracajmy prędzej na obiad. — Marta przerwała nagle, zdwajając kroku.
Gdyby się była o chwilkę spóźniła z wyjściem z kościoła, byłaby widziała niechybnie wójtów z Aubécourt i z Ligoux i sędziego, wchodzących do notarjusza.
Po chwili otworzono bramę. Jeden z dependentów stanął przy wejściu i podniesionym głosem czytał jedną po drugiej, osoby wezwane przez notarjusza.
W miarę jak się zbliżali, pan Rousselet zapraszał ich do poczekalni i sali konferencyjnej, wypróżnionej w tym celu. Gdy wszyscy weszli, drzwi się zamknęły z łoskotem. Wtedy powstał sędzia. Głuche milczenie zaległo salę. Głos mu drżał ze wzruszenia. W krótkich słowach oznajmił obecnym, że panna Marta Raclot wyrzekła się dziedzictwa ojca, i zwraca wszystkim dłużnikom ich dawne posiadłości, kwitując wspaniałomyślnie z pieniędzy pożyczonych przez jej ojca i procentów jej należnych.
— Panie Juliuszu Bertrand z Ligoux — dodał sędzia, zwracając się ku starcowi — panna Marta Raclot uznała, żeś został niesłusznie wydziedziczony przez własną siostrę i masz prawo do wynagrodzenia, ponieważ jednak pańska wnuczka zna twoje położenie, i wie o cierpieniach jakieś pan przebył, przeto zwraca ci cały majątek, dwakroć pięćdziesiąt tysięcy, które notarjusz Rousselet wypłaci ci natychmiast.
Okrzyki radości, zdziwienia, płacz i łkania przerywały przemowę zacnego prawnika.
Sceny, która nastąpiła opisać nie podobna. Jedni padali drugim w objęcia, całowano się płacząc; pani Lambert zemdlała. Stary Bertrand szlochał, trzymając wnuczkę w objęciach.
Głos pana Rousselet jednak przywrócił do porządku, cisza i spokój zaległy salę. A podczas gdy w ręce każdego wkładał akt posiadania z potrzebnymi podpisami i stemplem, wójt z Aubécourt wysunął się i wybiegł na ulicę. Szybkim krokiem podążył do matki Langier. Wszedł w chwili, gdy obie niewiasty wstawały od skromnego posiłku.
— Pani będzie łaskawą towarzyszyć mi do pana Rousselet — rzekł. — Notarjusz pragnie się z panią rozmówić.
— Jestem na pańskie rozkazy.
— Racz pani podać mi ramię.
— Ależ panie...
— Błagam panią, nie odmawiaj mi tego zaszczytu.
Młoda panna zdziwiła się. Spojrzała uważnie w oczy wójta, poczem przyjęła podane jej ramię z uśmiechem.
Gdy stanęli na ulicy, radosne okrzyki odbiły się o ich uszy...
— Panie wójcie — rzekła Marta nagle, zatrzymując się jakby przelękła — co znaczą te okrzyki? Co to jest?
— Niech się pani nie niepokoi, cały Aubécourt jest dziś przejęty radością.
Posiedzenie u notarjusza skończyło się. Ofiary Mateusza Raclot opuściły jego mieszkanie i rozprószyły się po ulicy, wieść o wszystkiem co zaszło, rozbiegła się błyskawicznie po całej okolicy.
Zatrzymywano się przed Martą. Każdy się nisko kłaniał, z szacunkiem i szczerą życzliwością.
Nie były to owe zimne ukłony, pełne zakłopotania, z dni poprzednich.
Dziewczyna zaczęła odgadywać prawdę. Niespodziane przybycie wójta do matki Langier, przyjazne demonstracje do których nie przywykła, sympatja dająca się czytać we wszystkich oczach ku niej zwróconych, wszystko jednem słowem świadczyło, że pan Rousselet przemawiał do ludu.
Jednak nie puściła ramienia wójta, szła pewnym krokiem przez dziedziniec, gdzie znajdowało się w tej chwili przynajmniej czterysta osób. Jakiś starzec opierający się na lasce zawołał bardzo głośno z własnego popędu:
— Ziemia, po której stąpa miłosierna pani, powinna być usłana kwieciem.
— Tak, to prawda — odparli najbliżej stojący, słysząc te słowa.
Marta szła dalej, cała zarumieniona, drżąca i przelękła, nie śmiejąc oczu podnieść. Tłum rozstępował się przed nią, zostawiając wolne przejście. Wszyscy kłaniali się z odkrytą głową.
Nagle dał się słyszeć doniosły i dźwięczny głos:
— Niech Bóg miłosierny, użyczy pannie Marcie długich dni szczęścia i życia!
Jakby na dany znak, z kilkuset piersi wyrwał się głos:
— Niech żyje Marta! Niech żyje dobra pani!
Dziewczę musiało zatrzymać się. Jakaś płacząca kobieta z trojgiem dzieci uklękła u jej stóp; huczne oklaski zabrzmiały, roznosząc dalekie echo.
Marta straciła przytomność, machinalnie podała kobiecie ręce, zmuszając ją do powstania.
— Kim pani jesteś? — spytała.
— Jestem wdową po Ludwiku Lambert, a oto moje dzieci.
Sieroty ciągle na klęczkach, całowały rąbek sukni dziewicy.
— Ach — krzyknęła Marta, opanowując wzruszenie z trudnością — pozwól pani niech cię uściskam, i przebacz, och przebacz temu, który ci zadał tyle cierpień.
I panna Marta Raclot uściskała wdowę w pośród nowego grzmotu oklasków.
Panna Lormeau stała przy oknie na pierwszem piętrze, w pomieszkaniu notarjusza i przyklaskiwała z innymi.
— Za nic w świecie nie oddałabym dzisiejszych odwiedzin — mówiła cała rozpromieniona do pani Rousselet.
W końcu, Marta stanęła na progu domu notarjusza. Wójt z Ligoux i pan Rousselet czekali na schodach.
— Ach panie Rousselet, cóż pan uczynił — rzekła, podnosząc ku notarjuszowi oczy z wyrazem wyrzutu i nagany.
— Spełniłem żądania panny Raclot — odrzekł zagadnięty.
— Być może, ale nie uprzedziwszy mnie. Gdybyś mnie choć był zostawił u mamki.
— Zdaje mi się, żem nie zbłądził, posyłając po panią pana wójta, gdyż w przeciwnym razie, mieszkańcy wsi, obiegliby panią w domu matki Langier, porwaliby i przynieśli do mnie w tryumfie.
— Co znaczy — odparła Marta z uśmiechem — że zamiast gniewać się i panu czynić wyrzuty, powinnam mu dziękować.
— Naturalnie — zaśmiał się notarjusz. — A teraz pozwól mi pani przedstawić sobie pana Juliusza Bertrand’a, wuja twej matki i Różę Bertrand jego wnuczkę a twoją kuzynkę.
Okrzyk radości wyrwał się z serca Marty. Rzuciła się starcowi na szyję; pocałowała Różę, która oddawała jej całusy nie dając się prosić.
— Och moja wnuczko, moja wnuczko — szeptał starzec — żałuję dziś więcej niż kiedykolwiek, że będąc prawie ślepym nie mogę dojrzeć ciebie, moja dziecino!
— Dziaduniu — odezwała się Róża, kuzynka Marta jest piękną jak anioł, i dobroć anielską posiada. Starzec wiedział, że panna Raclot nie zostawia sobie nic z majątku ojca, przeto chciał się z nią podzielić połową spadku.
— Nie, odrzekła Marta, tonem nie pozwalającym się sprzeciwiać. Wszystko do ciebie wuju należy.
— Ależ, moje dziecię, wykrzyknął starzec, będziesz tak ubogą, jak moje dzieci i ja byliśmy do tej chwili.
— Tak, lecz chcę was naśladować i pracować jak wy.
— Ty, pracować — zawołał starzec. — Nie kuzyneczko, to rzecz niemożliwa!
— Dlaczego? Jestem zdrową, silną, a na chęciach mi pewnie zbywać nie będzie. Czyż pracować nie jest obowiązkiem każdego? Każdy z nas, tu na ziemi, ma jakieś zadanie, obowiązek, z którego zda rachunek przed Bogiem, każdy powinien dorzucić cegiełkę do społecznego gmachu.
— Rozumiem cię, kuzynko — przerwała Róża — lecz patrząc na twe białe i malutkie rączki, pytam się, do czego są zdatne.
— Jestem nauczycielką — Marta skromnie odrzekła.
Stary Bertrand zwiesił głowę na piersi; płakał z cicha, a na drobne rączki Marty spływały łzy i staczały się po paluszkach na posadzkę.
— Ach, jak ja was kocham, zawołała Marta ściskając starca i Różę.
Starzec z Aubécourt powiedział:
„Ziemia, po której stąpa dobra panienka, powinna być usłaną kwieciem“. Słowa jego zostały wysłuchane. Podczas rozmowy Marty z wujem wszystkie kobiety i dzieci z Aubécourt niszczyły swoje ogródki. A gdy Marta opuściła dom notarjusza, dążąc w stronę zagrody matki Langier, szła po kobiercu z kwiatów i zieleni.