Przejdź do zawartości

Milion ojca Raclot/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Richebourg
Tytuł Milion ojca Raclot
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1898
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Million du père Raclot
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XV.

Dzień odkupienia zbliżał się szybko. Marta podpisała wszystkie potrzebne dokumenta i myślała o powrocie do klasztoru Dominikanek. Notarjusz mógł się obejść bez obecności młodej panny w Aubécourt, lecz zatrzymywał ją ciągłe. Coś w myśli układał, lecz nie zwierzał się przed nikim.
Plan był gotowy...
Już od kilku tygodni notarjusz ciągle wyjeżdżał; zawsze w interesie wspaniałomyślnej klientki, a raczej licznych a niewinnych ofiar Mateusza Raclot’a.
Pewnego poranku przejeżdżał o kilka kilometrów od wsi Rosiéres. Nagle skręcił z drogi i za chwilę stanął u rodziców swej żony, gdzie miał prosić o śniadanie. Lecz w domu nie zastał nikogo, prócz służby. Państwo Mounier zaproszeni na śniadanie przez pannę Lormeau, bawili u niej właśnie.
Pokojówka chciała wysłać służącego i oznajmić państwu o przybyciu notarjusza.
— Nie trzeba, nie trzeba — odparł pan Rousselet, pragnąc ukryć rozdrażnienie — przykroby mi było, gdybym rodzicom miał sprawić kłopot. Zresztą jestem tylko w przejeździe. Wracając z B... nie zapomnę wstąpić na chwilę.
I na prawdę zaczął się szykować do drogi, obiecując sobie w duchu, wstąpić do jakiej oberży, gdyż mu głód porządnie dokuczał.
Gdy atoli służąca spostrzegła, że bierze za kapelusz, zapytała:
— Jakto, pan chcesz odjeżdżać nie posiliwszy się niczem? To być nie może, państwoby nam tego nie przebaczyli.
— Śniadanie będzie gotowe za dziesięć minut — dodała kucharka wychodząc. — Pan będzie łaskaw zaczekać.
— Dobrze — rzekł notarjusz.
Kucharka była już w kuchni, o czem świadczył brzęk naczyń i swąd masła, rumieniącego się na patelni. Wtem hałas wszczął się na podwórzu, niemiłosierne szczekanie doszło uszu naszego znajomego. Po chwili wszedł lokaj w liberji, prosił pana Rousselet na chwilkę rozmowy.
— Panna Lormeau widziała pana, gdyś zjeżdżał z gościńca — rzekł kłaniając się — a domyśliwszy się, że wstępujesz do rodziców, posłała mnie prosić na śniadanie, gdyż pani Mounier chciała pospieszyć natychmiast. Bądź pan łaskaw nie robić ceremonii i przybyć do naszej pani, jak do własnego domu.
— Trudno odmówić tak miłemu zaproszeniu — pomyślał notarjusz — zwłaszcza jeśli się chce uchodzić za człowieka, mającego pojęcie o dobrym tonie.
Panna Lormeau wyszła na jego spotkanie. Podała obie ręce, na których pan Rousselet złożył ze czcią pocałunek.
— Panie — mówiła zadowolona — gość w dom, Bóg w dom. A do tego taki gość jak pan! Taki miły, przyjemny! Taki gość to prawdziwe szczęście, kochany panie. Jak to ładnie z pańskiej strony, zrobić mnie starej podobną niespodziankę. — Pan Rouselet chciał przeprosić za ubiór podróżny. — Daj mi pan spokój zawołała stara panna — pan jesteś zawsze elegancki! Spiesz się pan, ucałuj rączki pani Mounier, i chodź do jadalni gdyż wszystko wystygnie.
Śniadanie przeszło wesoło, jak nigdy, dzięki humorowi panny Lormeau.
Po śniadaniu i czarnej kawie, pan Rousselet chciał się oddalić.
— Jakto, pan chciałbyś nas opuścić! — zawołała panna Lormeau. — Ależ ja pana nie puszczę, o tem nie ma mowy! Zostań pan z nami! Pan jedziesz do B?...
— Miałem przyjemność pani już oznajmić.
— Pan będziesz tam nocować?
— Interesa nie pozwolą mi odjechać przed nocą.
— Jeśli tak, zostaniesz pan z nami do czwartej. Za dwie godziny będziesz w mieście, a jutro załatwisz się z interesami.
Cóż było robić? Pan Rouselet nie nalegał dłużej i pozostał do czwartej. Niebawem całe towarzystwo zeszło do ogrodu. Ogród był ładny, duży, ślicznie utrzymany, pełny drzew niebotycznych. Pod kasztanem stał stół i krzesła, wszyscy usiedli. Rozmowa nie przerywała się.
— Drogi panie Rousselet — rzekła panna Lormeau, przechodząc nagle z jednego przedmiotu na drugi — mów mi pan coś o pannie Raclot; zdrowa, nieprawdaż? jakże, uczuła głęboko śmierć ojca? Czy sama rządzi majątkiem?
— Przepraszam panią rzekł zdziwiony notarjusz — pani nie wie o niczem?
— O niczem, zupełnie o niczem. Skądże chcesz pan bym o czemś wiedziała?
— Prawda, Aubécourt daleko od Rosiéres, więc pani nie słyszy o czem tam mówią, nie wie co robią. W każdym razie pan Jerzy de Santenay mógł panią uwiadomić...
— Mój siostrzeniec nie jest lepiej poinformowanym odemnie. Łatwo odgadnąć, że wstydziłby się po prostu, wypytywać kogo o pannę, której ojciec... Pan mnie rozumiesz?...
— Czuję się szczęśliwym, mogąc odpowiedzieć na pani pytanie. Pannę Martę Raclot widziałem wczoraj, mogę więc panią upewnić, że jest zdrową. Olbrzymim majątkiem nie kłopoce się nic a nic. Nie mogę powiedzieć by się wydawała niepocieszoną po śmierci ojca, lecz czyni wszystko co może, by zmazać jego winy i okryć jasnością jego pamięć.
— Co też pan mówisz najlepszego? Czy pamięć takiego Raclot’a może być czczoną?
— Tak pani, przez jego córkę.
Stara panna zaczęła się śmiać w głos a potem rzekła nie bez ironii:
— Czyżby panna Raclot pragnęła wystawić swemu ojcu grobowiec sięgający szczytem sklepienia niebios?
— Zgadłaś pani — odrzekł notarjusz dobitnie.
— Ach tego zanadto!
— Pozwól mi pani dokończyć. Panna Marta wznosi swemu ojcu gmach, który cały świat będzie podziwiał, i przed którym każdy uczciwy człowiek ze czcią schyli czoło...
— No, no, nie żartuj pan. Chociaż wyznać muszę, pańskie żarty są bardzo przyjemne.
— Zaręczam pani, że mówię zupełnie serjo.
— Podając łamigłówki do zgadywania.
— Czy pani zechce mnie słuchać?
— Ale naturalnie.
— Panna Marta Raclot od pogrzebu ojca nie była w zamku. Poprosiła o schronienie jednej ubogiej wieśniaczki, swojej mamki, matki Langier. Mieszka w małym pokoiku, dającym się porównać z celą więzienną. Jest bowiem źle oświetlony, wilgotny, nie zawiera nic, prócz stołu, dwóch dębowych krzeseł i ubogiego łóżka z białego drzewa, z siennikiem i jednym materacem. Ach! zapomniałem wspomnieć o przepysznem lustrze, wielkiem jak dłoń, w oprawie z drzewa, pomalowanej wszystkiemi barwami tęczy. Och! ta siedziba nie podobna do słodkiego, wygodnego gniazdeczka jaskółki lub ziemby. Jednak pokoik jest czysty, a obecność Marty czyni go wesołym. Stara matka Langier nie szczędzi trudów, by młodemu dziewczęciu uprzyjemnić pobyt, sama dogląda wszystkiego. Marcie jest wierną i oddaną, przemyśliwa całemi dniami nad tem, żeby jej pieszczoszce na niczem nie zbywało. Lecz młoda panna zadawalnia się byle czem, nie skarży się, choć jaja, ser, czarny chleb i jarzyny stanowią jej całe pożywienie. Słonina pokazuje się czasami w ubogiej chacie, a masło nigdy. Zaś woda, zwykła woda źródlana, zastępuje najwyborniejsze wina.
Dzięki pieniądzom Dominikanek i nędznym oszczędnościom mamki, obie niewiasty mogły żyć dość długo nie czując braku. Lecz zapasy pieniężne się wyczerpały, i musiałem przed kilkoma dniami zawsze w tajemnicy przed Martą, zasilić kilkoma frankami pustą kasę staruszki.
— Pan żartujesz? — przerwała panna Lormeau, patrząc z widocznem niedowierzaniem w szczerą twarz towarzysza.
— Opowiadam pani, jedną z najtkliwszych historyi. Pani w niej widzi i może podziwiać przywiązanie staruszki i życie pełne zaparcia, córki milionera.
— Pan opowiadasz mi istne niepodobieństwa!
— A jednak prawdziwe.
— Ja tego nie pojmuję.
— Jakto, panna Lormeau, tak zacna, pełna cnót i wzniosłych uczuć, nie domyśliła się jeszcze, że panna Raclot zrzeka się spadku, że nie chce tknąć źle nabytego majątku?
— Czy być może?
— Tak jest.
— A z majątkiem co się stanie?
Zaraz pani dokończę: Nazajutrz po pogrzebie pana Raclot, córka jego przyszła do mnie, do bióra, ubrana w szatę nowicjuszki zakonu Dominikanek, której nie zrzuciła do tej chwili. Zdziwiłem się temi odwiedzinami, gdyż nie byłem notarjuszem pana Raclot, i na wstępie oznajmiłem to jego córce. Panie, odrzekła, wiem żeś memu ojcu tego odmówił, jest to największy powód, dla którego przychodzę do pana z zupełnem zaufaniem, potrzebuję pana, czy chcesz być moim pełnomocnikiem? — Odparłem że jestem cały na jej usługi. Wtedy objaśniła mnie, że zrzeka się spadku po ojcu, że nie weźmie nic z tej źle nabytej fortuny, zebranej z krzywdą ludzką, że postanawia zmazać winy ojca, i wybiera mnie do pomocy! W końcu dała mi krótko do zrozumienia, że uważa spadek za własność nieszczęśliwych a licznych ofiar jej ojca, i że jest jej intencją zwrócić wszystko, co zabrano ubogim.
Panna Lormeau była podniecona.
— Ależ to pięknie, wspaniale! — wykrzyknęła.
— Masz pani rację, jest to rzecz wspaniała. Jednak sądziłem jakoby moim obowiązkiem było oznajmić Marcie, że po zwróceniu zabranych pieniędzy, zostanie jej jeszcze wcale pokaźny majątek. — Pan mnie źle zrozumiał! zawołała. Nie chcę nic. Słyszysz pan, nic, nic! — Należy oddać posiadłości nabyte przez pana Raclot ich dawnym właścicielom. — Pani, powstałem. Przecie pani ojciec nim został właścicielem każdej z tych posiadłości, pożyczał większe lub mniejsze sumy ich właścicielom. Te powinny być pani zwrócone. — Nie zgadzam się na taki porachunek, odparła. Pożyczki lichwiarskie, przeprowadzenia prawne, zniszczyły tych nieszczęśliwców. A łzy, które wylali, a cierpienia, katusze przez które przechodzili, nic nie znaczą w pańskich oczach? Ja pragnę nie tylko zwrócić dobra zagrabione, ale naprawić całe zło, nagrodzić wszystkie krzywdy. — Ale pani, perswadowałem, twoi rodzice pracowali. Z drugiej strony twoja matka odziedziczyła znaczny majątek, dwakroć pięćdziesiąt tysięcy. — Teraz Marta uniosła się gniewem. — Spadek został wyłudzony! zawołała. Mój ojciec podszedł ciotkę, i dla tego wydziedziczyła własnego brata, człowieka ubogiego, obarczonego rodziną. — Zgodziłem się na to, wykazując jednak, że połowa spadku, należała się jej matce. — Być może, odparła, lecz ja oddam cały spadek nieszczęśliwej rodzinie! — Dobrze, dorzuciłem, zastosuję się do pani życzeń, lecz i tak zostanie ci blisko trzy kroć. — Powtarzam po raz ostatni, nie chcę nic! — Cóż uczynimy z temi pieniędzmi? Milczała chwilę namyślając się widocznie, poczem rzekła: — Wybudujemy przytulisko dla starców, albo w mieście, albo w Aubécourt.
Panna Lormeau wyjęła chustkę z kieszeni i obtarła oczy wilgotne od łez.
— Och! szlachetna dziewczyna! O! wspaniałomyślna, podziwienia godna! — wykrzyknęła, gotowa płakać a nawet łkać. — Miałeś pan słuszność! Ta młoda dziewica wznosi swemu ojcu pomnik, przed którym każdy uczciwy człowiek schyli czoło. I czyniąc to, jest cichą, pokorną. Zajmuje się wszystkiem bez hałasu, bez dumy, bez chęci okazania się.
— Potajemnie. Jak gdyby to co czyni, było występkiem, jak gdyby musiała się rumienić.
— I ja mogłam wątpić o czystości tego anioła! O jej szczerości, prostocie! Ja sobie tego nie przebaczę! Nie daruję nigdy!
— Nie mogę poprzestać nie dodawszy jednego rysu: Spisując zawartość kasy Mateusza Raclot, znalazłem w pudełeczku kolczyki, broszkę, pierścionek i branzoletę z brylantów. Ojciec jej, uniósł się pewnego dnia niewidzianą wspaniałomyślnością, zapomniał o swym skąpstwie i darował jej te klejnoty. Marta opuszczając dom, zwróciła je ojcu. Zaniosłem je Marcie, wiedząc czyją są własnością.
— Więc?
— Nie chciała je odebrać. „Te klejnoty, rzekła mi, należą do ofiar okrucieństwa mego ojca, wpiszesz je pan w inwentarz“.
— Czy zostały sprzedane?
— Tak, pani.
— Znasz pan nabywcę?
— Nabywcą jestem ja sam. Dowiedziałem się od jubilera o ich realnej wartości i zapłaciłem trzy tysiące franków.
— Dobrześ pan zrobił, nie pozwalając tym klejnotom przejść w cudze ręce. Lecz, powiedz mi pan, czy panna Marta Raclot pragnie zawsze wstąpić do klasztoru?
— Tak, pani.
— Pan nie próbował zmienić jej postanowienia?
— Robiłem co było w mojej mocy, lecz bez należytego skutku!
— Ach!
— Panna Marta, byłaby już wróciła do klasztoru, gdybym jej nie zatrzymywał.
— Pan jej potrzebujesz?
— Tak, pani. Od tej niedzieli za tydzień, posiadłości wrócą do pierwotnych właścicieli. Wszystkie akta gotowe. Wszystkie ofiary lichwiarza przybędą w dniu tym do Aubécourt, nie domyślając się radości jaka ich spotka, nie wiedząc o niespodziance, którą im przygotowujemy. Ach! pani, co to będzie za widok, we wsi niczego się nie domyślają, tylko wieśniacy dziwią się, widząc najbogatszą dziedziczkę, spadkobierczynię milionowego majątku, żyjącą jak najuboższa wyrobnica. Pani wiesz co o niej opowiadano? O, nie oszczędzano jej. Obryzgano błotem, obrzucono obelgami. Przeklęto ją, razem z jej ojcem! Jeśli obowiązkiem jej jest, nagrodzić krzywdy, okupić winy ojca, czyż ci, którzy o niej wątpili nie są odpowiedzialni?
— Och, tak, tak!
— Nagroda będzie, o ile sądzę, wspaniałą. Dla tej przyczyny zatrzymuję ją w Aubécourt. Przygotowuję jej tryumf.
— Dobrze, dobrze!
— Czy panna Lormeau zechce wziąć udział w uroczystości o której przed chwilą mówiłem?
— Ja?
— Pani nie odwiedziłaś dotąd mojej żony, choć prosimy cię o to oddawna. Dziś trafia się pani sposobność przybycia do Aubécourt na parę dni. Moja żona i ja bylibyśmy niewypowiedzianie wdzięczni.
Stara panna zamyśliła się. Po chwili odrzekła stanowczo:
— Od tej soboty za tydzień, oczekujcie mnie po południu w Aubécourt.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Richebourg i tłumacza: anonimowy.