Przejdź do zawartości

Milion ojca Raclot/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Richebourg
Tytuł Milion ojca Raclot
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1898
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Million du père Raclot
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIV.

Notarjusz dotrzymał danego słowa. Wszystkie interesa powierzył dependentom, a sam dniem i nocą pracował dla dobra panny Raclot, mając na względzie korzyść pokrzywdzonych.
Pan Rousselet, obdarzony naturą żywą, szlachetną, szczodrą, zasługiwał na zupełne zaufanie panny Raclot. Był dumny z powierzonej mu sprawy. Takiego honoru nie spodziewał się. W końcu, zostawiwszy na stronie satysfakcję osobistą, wiedział jak zyska w opinji publicznej pełnomocnik panny Raclot.
Ledwo Marta opuściła jego pomieszkanie, a już usiadł do listu. Pisał do Paryża, adresował zaś do swego kolegi, jednego z najwybitniejszych notarjuszów stolicy. Podawał adres robotnika odlewarni Bertrand’a, według listów pisanych do pani Marcinowej, zobowiązując go o szukanie możliwych wskazówek i objaśnień. W tym samym liście, prosił o przysłanie mu natychmiast, młodych pomocników, zdolnych, pilnych, pracowitych i uczciwych.
Pan Rousselet potrzebował pisarzy, lecz był wybredny.
Owi dwaj dependenci pracowaliby w jego pokoju, jedliby z nim razem, spali w jego pomieszkaniu, nie mając żadnej styczności z praktykantami i musieliby się zobowiązać, zachować w zupełnej tajemnicy, pracę z panem Rousselet.
Gdy list został zapieczętowany i na pocztę odniesiony, notarjusz zaczął porządkować liczne i różnej objętości papiery tyczące się posiadłości Raclot’ów.
Cały dzień do północy, przeszedł mu na porządkowaniu, a nazajutrz od siódmej rano do południa. O godzinie drugiej, za pozwoleniem sędziego, zdjęto pieczęcie w zamku.
Kasa Mateusza Raclot zawierała pięćkroć trzydzieści dwa tysiące franków w złocie, biletach bankowych i akcjach. W rogu stało małe puzderko zawierające klejnoty córki.
Wieczorem, podczas gdy jego pomocnicy spisywali inwentarz, notarjusz wziął klejnoty i zaniósł je pensjonarce pani Langier.
— Te klejnoty były niegdyś istotnie moją własnością — rzecze córka Mateusza do pana Rousselet — lecz zdawało mi się, że powinnam zwrócić je ojcu. Pan będziesz łaskaw, uważać je za sprzęt należący do spadku, zapisać w inwentarz i sprzedać przy najbliższej sposobności.
— Pozwól mi pani...
— Pan znasz moje zamiary; błagam cię, nie nalegaj więcej.
Notarjusz rad nie rad odniósł puzderko z całą zawartością. Nazajutrz, cały skarb znajomego nam skąpca odniesiono do miasta i złożono w banku Francji.
Jednocześnie pan Rousselet jeździł, szukał i dowiadywał się o kupców na zamek w Aubécourt, na lasy Rancourt i Ligouse, już podzielone na czternaście parcel; w końcu na winnice Treilles. Z winnicami nie było kłopotu. Można było utworzyć z nich kilkanaście a nawet kilkadziesiąt części, które tamtejsza ludność z chęcią by kupiła.
Młody notarjusz był człowiekiem rzutkim, łatwo rozpatrzył się w sytuacji i spostrzegł, że na winnice Treilles znajdzie z łatwością nabywców. Pan Boudois dowiedział się niebawem, że kolega z Aubeéourt, prawdopodobnie na żądanie spadkobierczyni zajmuje się jej interesami.
Uniósł się niepohamowanym gniewem na tego intryganta, nikczemnika Rousselet, nie szczędzącego pewnie najniegodziwszych środków... aby się wkraść w łaski i odebrać mu jego najlepszą klientkę.
Nie czekał ani chwili i z piersią gniewem wezbraną, udał się do Marty.
— Czy być może — rzekł na wstępie — by pani powierzyła swe interesa w ręce Rousseletéa.
— Tak jest.
— Pani źle postąpiła.
— Sądzę, że nie.
— Pan Rousselet nie był notarjuszem nieodżałowanego pana Raclot.
— Lecz został moim.
— Nie dawno przybył do Aubécourt. Nie zna pani interesów, ja co innego...
— Być może, lecz posiada moje zaufanie.
— A jednak, pani mi przyrzekła...
— Nic panu nie przyrzekałam. Powiedziałam, że w razie potrzeby udam się do pana, będziesz pan przeto łaskaw, pan, który znasz lepiej moje interesa od niego, dać mu wszelkie możliwe objaśnienia.
Nie było co mówić. Pan Boudois przegryzł wargi do krwi i wyszedł z izby. Pomocnicy z Paryża przybyli, Marta prosiła o tajemnicę, tajemnicę zachowano. Mieszkańcy Aubécourt nie rozumieli dla czego panna Raclot mieszkała u swej mamki, gdzie nie miała wygody, a w pobliżu stał jej własny zamek i dwa domy, jeden zupełnie niezamieszkały, to było dla wszystkich zagadką.
Każdy dałby dużo, by poznać zamiary i myśli młodej a tak niepojętej dziewczyny. Chce rzeczywiście wstąpić do klasztoru, jak widać, kiedy nie zrzuca habitu nowicjuszki? Lecz w takim razie, cóż uczyni z tak olbrzymim majątkiem?
Niepodobieństwem było przypuścić, że Marta zapisze wszystko siostrom Dominikankom. Napróżno starano się odgadnąć, prawdy nikt nie poznał.
Skromne życie panny Raclot, jej przyjazny stosunek z mamką, był również powodem niemałego zdziwienia.
Wartoż to posiadać taki majątek, by żyć skromniej od najuboższych.
Miała tyle pieniędzy, że nie wiedziała na co je obrócić, a nie dała jednego centa ubogim.
A wychwalano ją, uznano miłosierną i wspaniałomyślną! Jednak w Aubécourt i wsiach przyległych nie brakowało nieszczęśliwych. Bogata dziedziczka mogła im okazać trochę litości.
Nieinaczej, panna Raclot jest egoistką, bez serca, skąpą jednem słowem; córką swego ojca!
Mimo tego, może wskutek ubioru jaki nosiła? nie widziano jej z niechęcią. Kłaniano się jej z szacunkiem, a niewiasty odważały się przemówić czasami. Pewnego poranku, pan Rousselet odwiedził klientkę.
— Pani — rzekł wchodząc — nareszcie otrzymałem, tak długo oczekiwany list z Paryża.
— Więc?
— Pani wuj Bertrand żyje jeszcze. Liczy dzisiaj siedmdziesiąt pięć lat.
— Co za szczęście! — wykrzyknęła uradowana Marta.
— Oto list mego przyjaciela, czytaj pani.
List paryskiego notarjusza składał się z czterech kartek nabitych drobnym ale czytelnym pismem.
Marta zaczęła czytać. Lecz wzruszenie ją ogarnęło. Musiała przerwać zdanie w połowie i obetrzeć oczy.
Westchnęła, lecz wzięła list ponownie i przeczytała do końca. Teraz łzy puściły się strumieniem z jej oczu, stary robotnik w odlewarni żył jeszcze. Jednak dla bardzo osłabionego wzroku, nie pracował już od dziesięciu lat. Nie widział tyle, by módz chodzić sam, lecz mimo tego był jeszcze wcale krzepkim. Dzieci go utrzymywały, lecz niestety! nie powodziło się im lepiej, jak niegdyś ojcu. Jednak to były dobre dzieci, kochały i czciły staruszka; składały się więc, dawały ile mogły, więcej nawet niż mogły, by ojcu osłodzić ostatnie lata życia. Było ich już tylko czworo. Najmłodszy z synów, nie żonaty, został zabity kulą pruską w Montretout. Matka Bertrand umarła z nędzy, wycieńczenia, choroby, podczas strasznego oblężenia, tydzień przed śmiercią najmłodszego syna.
Najstarszy syn Bertranda, wyrobnik w fabryce jak ojciec, miał pięcioro dzieci.
Był w nędzy, lecz szczęściem dwoje starszych zaczęło zarabiać.
Drugi syn Juliusza Bertranda był ojcem dwojga dzieci, lecz miał żonę chorą nerwowo od czterech lat, niezdolną do pracy.
Najmłodszy z Bertrandów, był pomocnikiem w handlu, w ulicy Lombardów.
Córki wyszły za mąż. Jedna imała dwoje, druga troje dzieci. Pierwsza źle trafiła. Sześć lat znosiła bez ustanku grubiaństwa swego męża, pijaka i próżniaka, ów łotr porzucił w końcu rodzinę i przepadł bez śladu.
U biednej, opuszczonej, mieszkał stary ojciec. Rodzeństwo nagradzając Julję za opiekę nad staruszkiem, płaciło jej mieszkanie.
Mąż młodszej córki, pracowity i zapobiegliwy, był doskonałym robotnikiem, nie dziw więc, że najwięcej dopomagał starcowi. Cała rodzina żyła w serdecznych stosunkach. Jej członkowie, kochali się, wspierali. Jeśli wskutek wypadku lub choroby, brakło chleba jednemu, inni go wspomogli.
Trzy lub cztery razy do roku, cała rodzina zbierała się u najstarszej siostry. Wtedy, stary Bertrand cieszył się, widząc wszystkich, dzieci i wnuki. Każdy go pieścił, pozwalając zapomnieć wiele przykrych i bolesnych chwil życia. Gdy wszyscy zasiedli przy okrągłym stole, było bardzo ciasno. Lecz któżby na to zważał? Serca napełniały się radością i weselem. Tą radością, tem szczęściem, jakie jest w udziale ludziom uczciwym. Smutek zostawiało się w domu.
A jednak uczta nie była wspaniałą. Zupa, a dalej stosownie do pory roku, indyk, gęś, lub pieczeń barania z olbrzymim półmiskiem ziemniaków lub fasoli. Obiad kończył się serem; zwykły dessert biedaków.
Wino, dobrze podprawione wodą dla młodszych, gdyż należało zostawić więcej starszym, kupowano w narożnym szynku. Nie zapominajmy, że w dnie świąteczne każdy pił kawę i po dwa kieliszki wódki — wszystko na zdrowie starego ojca.
Na tak skromne uczty składali się wszyscy członkowie.
Marta dowiedziała się o zwyczajach i zatrudnieniach swej rodziny z listu notarjusza.
— Jak pani widzi — rzekł pan Rousselet, mój znajomy dowiadywał się o pani rodzinę, i przysłał wskazówki tyczące się starego Bertrand’a.
— Jestem niewymownie wdzięczną pańskiemu przyjacielowi za tak gorliwe zajęcie się moją sprawą, za co w pańskie ręce składam serdeczne podziękowanie.
— Podziękuję w pani imieniu.
— Kiedy napiszesz pan do Paryża.
— Dziś jeszcze, lub jutro.
— Powiedz mi pan, czyśmy daleko od dnia zwrotu.
— Spodziewam się, że za sześć tygodni, może za dwa miesiące...
— Będziesz pan gotów?...
— Tak, pani.
— Doskonale. Ale tak długo czekać! Myślę o tym starcu. Biedaczysko nie jest w stanie zapłacić sobie kieliszka wódki, musi żyć na łasce rodziny, nie mającej czasem chleba dla siebie. Ta uboga rodzina, tak uczciwa i zacna, to moi krewni, panie; mogę się szczycić nimi! Powiedz mi pan, czy ci nie wolno dziś ruszyć kilku tysięcy ze spadku mego ojca.
— Bynajmniej, rozumiem słowa pani, chciałabyś wręczyć staremu Bertrandowi i każdemu z jego rodziny, małą sumę pieniędzy. Nieprawdaż?
— Tylko tysiąc franków każdemu.
— Dobrze, postąpię według pani życzenia. Czy pani krewni mają wiedzieć od kogo pieniądze pochodzą?
— Niech Bóg broni! jeszcze nie czas. Trzeba im powiedzieć, że ten dar pochodzi od osoby im nieznanej.
— Bezwątpienia, lecz łatwo odgadną.
— Och! to rzecz niepewna! odparła Marta uśmiechając się. Poczem dodała: Nie trać pan czasu. Napisz do Paryża. Smutno powiedzieć, że moi krewni cierpią najwięcej.
Pan Rousselet napisał tego samego dnia do notarjusza w Paryżu. List zawierał pięć tysięcy franków.
Przyjaciel naszego znajomego, wziął nazajutrz po otrzymaniu pieniędzy dorożkę, i ruszył w stronę przedmieścia.
Przybył do pana Maigrot, zięcia Bertrand’a. W domu zastał tylko żonę, której wręczył tysiąc franków, mówiąc:
— Racz pani przyjąć...
Pani Maigrot rozwarła szeroko zdziwione źrenice. Zasypywała notarjusza pytaniami. Ten przerwał:
— Złożono w moje ręce pewną sumę, i kazano ją rozdzielić między kilka osób; wynagradzając im w ten sposób uczciwość, poświęcenie i miłość synowską. Rodzina Juliusza Bertranda została mi wskazaną. Jestem tylko posłańcem, przeto nie należy mi się żadna wdzięczność. Nazwiska dobroczyńczy nie wymienię, gdyż jest mi równie obcym jak wam wszystkim. Notarjusz wziął przy tych słowach kapelusz i udał się do Antoniego Bertrand’a, najstarszego z rodziny.
Mała, może dziesięcioletnia dziewczynka otworzyła mu drzwi, i wprowadziła do schludnego pokoiku, pozbawionego jednak najpotrzebniejszych sprzętów.
W pokoju zastał dwie kobiety, jedna z nich trzymała dziecko na ręku i była bardzo smutną, druga była jeszcze smutniejszą, gdyż płakała.
— Czy zastałem panią Antoniową Bertrand?
— Jestem — rzekła kobieta z dziecięciem.
— Więc w pani ręce składam ten rulon.
Kobiety spojrzały po sobie, prawie przerażone.
— Pani, to jest dar — rzekł notarjusz. Żeby jednak zapobiedz pytaniom, powtórzył prawie te same słowa co pani Maigrot.
— Jak widzę — rzekła Antoniowa — Opatrzność nas nie opuści. Przyjmuję, niech Bóg nagrodzi nieznanego dobroczyńcę.
Mówiąc to, posadziła dziecko na kolanach, rozwiązała tasiemkę, przyczem okazało się jej oczom wiele mniejszych i większych banknotów.
— Masz Ludwiko — rzekła podając jeden banknot towarzyszce, teraz mogę ci dać więcej aniżeliś żądała. Kup chleba dzieciom.
— Nie mogę tego przyjąć — szepnęła Ludwika.
Pani Antoniowa zwróciła się do notarjusza.
— To moja bratowa panie, żona Leona Bertrand’a, prosiła mnie o pożyczenie dziesięcio-frankówki, gdyż brakło jej chleba dla dzieci. Niestety, płacą nas w sobotę, a ja miałam tylko pięć franków.
Widzi pan, moja bratowa nie może więcej pracować, mój brat jest wycieńczony, a w domu bieda, dzieci głodne...
— Cieszę się bardzo spotkaniem pani Leonowej Bertrand — odpowiedział notarjusz. Pani możesz zwrócić pieniądze, tak wspaniałomyślnie ofiarowane ci przez siostrę, gdyż mam też dla pani tysiąc franków.
Przy tych słowach wydobył rulon banknotów i wręczył go zdziwionej i prawie nieprzytomnej kobiecie. Łzy popłynęły jej z oczu. Radość ją opanowała. Miała za co przygotować obiad, mogła nakarmić męża i ukochane dzieci. Były to łzy szczęścia i wdzięczności.
Notarjusz się oddalił.
— Zacni, poczciwi ludzie — szeptał schodząc z piątego piętra.
W kwadrans później wchodził w progi ojca Bertrand’a.
Starzec siedział przy otwartem oknie, i kurzył fajkę. Córka była przy nim z robotą. W rogu pokoju, pięcioletni chłopczyk przewracał koziołki, bawiąc się z kotkiem. Drugi chłopczyk, dziewięcioletni, był w szkole.
— Kto to, Julio? zapytał starzec usłyszawszy kroki za sobą. Córka wpatrzyła się na przybyłego z rodzajem trwogi.
— Przychodzę z misją do pana Bertrand’a.
— Ach! Rozumiem; przynosisz mi pan coś od Maigrot lub Antoniego, może tytoniu, gdyż się domyślają pewnie, żem dawny wypalił. Postanowiłem sobie, już nie palić więcej, jak trzy razy dziennie.
— Panie Bertrand, nie przychodzę do pana ani od syna ani od córki. Przysyła umie tu nieznana osoba, zajmująca się losem porządnych i uczciwych ludzi, którzy poświęcili życie pracy i wychowaniu dzieci na pożytek społeczeństwa.
— Ciekaw jestem, co owa osoba chce odemnie?
— Pewnie nic złego. Otóż mam panu wręczyć pieniężny datek od nieznajomego.
— Doprawdy; uśmiechnął się starzec z niedowierzaniem — sądziłem, że dawni, bajeczni czarodzieje, już wyginęli...
— Lecz znaleźli naśladowców. Jednym z nich, jest wspaniałomyślny dobrodziej, którego tu przedstawiam.
— Jak się zowie ten dobry pan?
— Mówiłem już panu. Osoba, która mnie przysyła chce być nie znaną. Ja sam nie znam jej...
— To zabawne.
— Oto co mam panu wręczyć od tajemniczego anonima, dodał notarjusz podając rulon z tysiącem franków.
— Hę? co to? — spytał starzec.
— Tysiąc franków, panie Bertrand.
— Tysiąc franków! — wykrzyknął zdumiony... Wszystko dla mnie? zapytał drżącym głosem.
— Tak panie. Możesz pan pozwolić sobie na czwartą fajkę dziennie — rzekł notarjusz z uśmiechem. — Pani Julio — ciągnął dalej — czarodziej pomyślał o pani również. Chce cię wynagrodzić za cierpienia, za starania około ojca i obdarza cię tysiącem franków.
— Ach! ojcze! ojcze! wykrzyknęła kobieta.
Nie mogła dłużej mówić. Wzruszenie złamało jej głos w gardle. Misja notarjusza się skończyła.
Pożegnał staruszka i, jego córkę. Wyszedł; nikt go do drzwi nie odprowadził, gdyż kobieta nie mogła przyjść do siebie. Po niejakim czasie jednak zdołała się uspokoić.
— Więc to nie sen! To prawda ojcze! To rzeczywistość.
— Nie jestem mniej zdziwiony od ciebie Julio! Widać, że są jeszcze uczciwi ludzie na świecie.
Antoniowa Bertrand udała się natychmiast do pracowni męża. Wbiegła zdyszana i opowiedziała co zaszło.
— Dobrze, rzekł mąż, trzeba przyjąć kiedy oddać niepodobna. Lecz gdy sami jesteśmy bogaci, nie zapominajmy o biednych. Zanieś natychmiast sto franków ojcu i drugie sto opuszczonej Julii.
Antoniowa usłuchała męża i pobiegła do ojca. Staruszek rozmawiał jeszcze z córką o dobroczynnym czarodzieju. Gdy mu Antoniowa opowiedziała całą sprawę i wyciągnęła pieniądze z kieszeni, rzekł:
— Ten pan nie zapomniał mnie też odwiedzić. Pomyśl tylko, zostawił mi tysiąc franków w złocie, i Julii tyleż.
Pani Antoniowa patrzyła, oczom nie wierząc. Dotknęła banknotów leżących jeszcze na stole, gdyż sądziła że śni.
— Co to znaczy — szepnęła.
— To znaczy — rzekł ojciec zwolna, że uczciwych i sumiennych ludzi, Bóg zawsze wynagradza.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Richebourg i tłumacza: anonimowy.