Milion ojca Raclot/XII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Milion ojca Raclot |
| Wydawca | J. Czaiński |
| Data wyd. | 1898 |
| Druk | J. Czaiński |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Million du père Raclot |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Trzy miesiące minęły. Żaden wypadek nie złagodził, nie wyrównał położenia. Nikt nadal nie wiedział, że Marta Raclot jest nauczycielką u Dominikanek. Jerzy nie mógł zapomnieć Marty, Marta zaś myślała wciąż o Jerzym. Młoda nowicjuszka ze smutkiem mówiła do siebie: wiele czasu minie, nim potrafię zapomnieć o świecie i Bogu się poświęcić na wieki...
Nastąpił kwiecień. Pierwsze promienia wiosny uderzyły o cele Marty.
Pan Raclot zajmował się jak dawniej, obchodził bydło, liczył i zbierał pieniądze.
Raz, padł na łące — tknięty paraliżem. Było to na pastwisku, w otoczeniu bydła nabytego na ostatnim jarmarku.
Podniesiono go, wsadzono do powozu, i zawieziono do zamku. Za chwilę zjawił się lekarz.
Paraliż był częściowy, nie zachodziła obawa śmierci.
Pan Raclot bał się śmierci jak ognia, teraz dopiero odzyskał równowagę.
Istotnie; pielęgnowano go starannie, przeto, za dziesięć dni był zdrów zupełnie. Nie mógł jednak poruszać lewą ręką i lewą częścią twarzy, usta wykrzywiły mu się, mowa stała się niewyraźną.
Pan Raclot uznał, że to mała rzecz. Póki głowa cała, póty dobrze!
Lecz lekarz okazał się dlań okrutnym. Przepisał spokój, uwagę, gdyż w razie ponownego ataku, nikt mu za życie nie zaręczy.
Te nieszczęsne słowa, zatruły szczęście pana Raclot. Jego słodkie jestestwo przerywały ponure myśli i ciągła trwoga. Rano, wieczór, w ciągu dnia i bezsennych nocy, stawało przed nim widmo śmierci. Miecz Damoklesa wisiał nad jego głową.
Napróżno zapewniał się o swej głupocie, bał się śmierci i myślał o niej bez ustanku.
Lecz trwoga nie przeszkadzała jego obrotom finansowym. Nawet zaczął myśleć o nabyciu łąk Saulaie, na które zawsze ostrzył zęby. Właściciel ich był w opłakanych interesach, potrzebował pieniędzy. Pan Raclot ofiarował mu już połowę wartości jego łąki, przez swego notarjusza. Lecz wieśniak odrzucił z gniewem szyderską ofiarę. Jednak nie znalazł innego kupca, o czem Mateusz Raclot wiedział doskonale.
Bogaty lichwiarz, mówił sobie:
— Niech szuka, wypatruje, i tak wróci do mnie.
Lecz nie wiedział nasz skąpiec, że jego ostatnia godzina zbliża się szybko. Pewnego wieczoru, zjadł doskonałą wieczerzę, miał apetyt wyborny, napił się wina i poszedł spać. Humor miał dobry, marzył o łąkach Saulaie, które za ośm dni najdalej, zostaną jego własnością.
Lecz nazajutrz, pan Aubécourt i wsi przyległych, nie wstał o zwykłej porze. To zdziwiło służącą. O godzinie dziewiątej, pan domu się nie pojawił. Wtedy dziewczyna zdecydowała się wejść do jego sypialni. Zastała go w łóżku, z oczyma szeroko roztwartemi wpatrzonemi w jeden punkt, błyszczącemi gorączkowo, bez ruchu.
Początkowo myślała że jej pan umarł, lecz spostrzegła, że na jej widok pan Raclot poruszył się nieco, spoglądając w nią z wyrazem najgłębszej trwogi, i służąca zrozumiała, że obecność lekarza jest tu niezbędną.
Doktor przybył w przeciągu kwadransa, spojrzał na pana Raclot, potrząsnął głową, i cofnął się w głąb pokoju.
— Stracony rzekł z cicha — ledwo kilka godzin życia ma przed sobą.
Chory majaczył. Mówił bez związku, prawie niezrozumiale, lecz nie stracił jeszcze daru myślenia.
Nie spodziewajmy się jednak, by w tej ostatniej godzinie, pan Raclot był zdolny myśleć o córce. Nie myślał o niej i nie pragnął jej mieć przy sobie. Marzył tylko o jednem, o pięknej łące Saulaie. Jedyne słowa dość zrozumiałe, jakie z ust jego wyszły, brzmiały:
— Będzie moją, niech myśli jak chce, musi przyjść do mnie... musi...
Ziemia, zawsze ziemia! Wieczna chęć cudzego mienia! Lecz czy wiedział Mateusz, w jakim stanie się znajduje?... Wieść o chorobie lichwiarza rozeszła się szybko po okolicy.
„Raclot umiera, ma ledwo kilka godzin życia przed sobą“. Powtarzano z ust do ust.
Nie tracono czasu. Wójt dał natychmiast znać sędziemu okręgowemu, gdyż należało wszystko opieczętować.
— Gdybyż wiedziano, gdzie jest jego córka — mówił wójt do tych, którzy słuchać chcieli.
Stara mamka, dowiedziawszy się o kłopocie wójta, dopytującego się napróżno o pannę Martę Raclot, wdziała swój strój odświętny, włożyła biały czepiec na głowę i podążyła w stronę urzędu gminnego.
— Panie wójcie — odezwała się wchodząc, jeśli pan chcesz mieć szybką wiadomość o pannie Raclot, poszlej pan umyślnego posłańca do miasta, do sióstr Dominikanek.
— Czy myślicie, że zakonnice wiedzą coś o niej?
— Jestem tego pewną.
— Jeśli tak, idę za waszą radą i posyłam umyślnego.
Gdy wójt skończył rozmowę z staruszką, była godzina czwarta. Trzeba było napoić koni, dać obiad służącemu i zaprządz do kabrjoletu. Mimo całej zwinności i pospiechu, powóz ruszył o piątej. W całej wsi wiedziano, że służący wójta poszukuje panny Raclot.
— Szukajcie wiatru w polu — mówili plotkarze, uśmiechając się ironicznie.
O godzinie jedenastej w nocy wrócił posłaniec z miasta.
Polecenie wypełnił. Rozmawiał z jakąś niemłodą zakonnicą w parloarze klasztornym i dowiedział się, że panna Marta Raclot wyjedzie do dnia, żeby być o godzinie dziewiątej w Aubécourt.
Pan Raclot nie żył od godziny; lecz już o siódmej posłał wójt troje ludzi zaufanych do zamku; gdyż straż okazała się niezbędną. Jeśliby się spełniły słowa posłańca, i córka nieboszczyka rzeczywiście przybyła nazajutrz rano, sędzia byłby zbytecznym, pieczęcie niepotrzebnemi, gdyż pana Marta jest jedyną spadkobierczynią majątku ojca. W kwadrans po odjeździe chłopaka, przełożona wezwała Martę do siebie i oznajmiła jej o ciężkiej i niebezpiecznej chorobie ojca.
Biedna Marta chciała jechać natychmiast, lecz przełożona wzbroniła jej stanowczo. Po pierwsze, uważała, że młoda osoba nie powinna podróżować sama nocą, po drugie, nie możnaby znaleść fiakra o tak spóźnionej porze.
— Drogie dziecię — dodała przełożona, zamówiłam już wygodny powozik na jutro rano. Przybędzie do nas o godzinie szóstej, a ponieważ nie życzę sobie, byś jechała sama, zdecydowałam się wysłać ciebie pod opieką siostry Anieli.
Marta podziękowała przełożonej i oddaliła się płacząc. Coś jej mówiło, że przybędzie zapóźno i nie zamknie już powiek ojca.
Droga prowadząca z miasta do Aubécourt jest bardzo nierówna, przez co nie trudno o wypadek. Jedzie się prawie ciągle pod górę, bardzo stromą, pomału, by koni nie zmęczyć. Powóz wiozący siostrę Anielę z Martą był rodzajem odkrytej kariolki, szczęściem mimo wczesnej pory, powietrze było ciepłe, niebo jasne, błękitne, najmniejszy podmuch wiatru nie ziębił kwietniowego poranka.
Nasze podróżne usadowiły się jak mogły najlepiej, na siedzeniu za woźnicą.
Właśnie minęły jakąś wioskę i zaczęły się piąć pod górę, nie lepszą od wyżej opisanych.
Były o trzy mile od miasta. Koń wszedł na pochyłość góry, pocił się, para buchała mu nozdrzami, parskał i rżał z cicha.
Droga go nużyła, kamienie usuwały się z pod nóg; szczęściem była to ostatnia góra przed Aubécourt.
O jakie dwieście metrów od kariolki, toczył się lekki faetonik. Zgrabny ogier ciągnął go bez zmęczenia. Musiał jednak zwolnić biegu, dosięgnąwszy góry, po której piął się najęty ekwipaż. Mimo tego, zrównał się wkrótce z kariolką. Widać, że powożący nie spieszył się, gdyż nie wyprzedził naszych znajomych. W faetonie siedziały dwie osoby. Mężczyzna w podeszłym wieku i młoda, bardzo ładna kobieta. Starzec powoził. Młoda osoba wykrzyknęła nagle.
— Siostra Aniela jedzie, ojcze, to siostra Aniela!
Zakonnica zwróciła szybko głowę w stronę faetonu, oddając ukłon panu de Santenay i jego córce.
Jednocześnie, Marta do tej chwili pochylona w zamyśleniu, podniosła głowę. Ruch był zupełnie mimowolnym. Welon zsunął się na tył głowy, odsłaniając jej oblicze.
Dwa okrzyki skrzyżowały się. W jednym czuło się radość i zdziwienie, w drugim nie rozróżniało się nic prócz zdziwienia.
— Marta!
— Matylda!
— Hej! panie! Proszę stanąć! — zawołała panna de Santenay do woźnicy zakonnic.
Kariolka wstrzymała się natychmiast. Koń zarżał, okazując zadowolenie.
Faeton zatrzymał się również. Matylda zeskoczyła lekko na ziemię. Weszła na stopień kariolki, przechyliła się, wieszając na szyi przyjaciółki, którą okrywała szalonemi pocałunkami.
Marta całowała ją, lecz oczy jej z łez nie obeschły.
— Marto, droga Marto — powiedz, cieszesz się moim widokiem?
— Tak, Matyldo.
— Ty jesteś czegoś smutną Marto, ty płaczesz! Co ci?
— Uprzedzono mnie o śmiertelnej chorobie mego ojca. Siostra Aniela odprowadza mnie do Aubécourt, lecz przeczucie mi mówi, że przybędę za późno.
— Rozumiem twój smutek Marto — rzekła Matylda posmutniawszy nagle. Ale ten ubiór...
— To ubiór nowicjuszek, klasztoru Dominikanek — rzekła siostra Aniela.
— Jakto, Marto — zawołała panna de Santenay. — Ty chcesz być zakonnicą.
— Tak, Matyldo.
— W takim razie — podchwyciła córka generała, głosem zgnębionym — oszukałyście mnie, Marta była w klasztorze!
— Byłyśmy posłuszne rozkazom matki przełożonej. Panna Marta prosiła nas o schronienie i o tajemnicę.
— Jeśli tak, siostro, nie mam nic do powiedzenia.
Koleżanki uściskały się, poczem Matylda usiadła obok ojca. Pan de Santenay skłonił się siostrze Anieli i nowicjuszce. Konie ruszyły, lecz faeton wyprzedził wkrótce kariolkę bez wielkiego trudu. W końcu i kariolka stanęła u szczytu.
Marta wychyliła się. Faeton skręcił z gościńca i niknął w oddaleniu.
Pan de Santenay jechał z Matyldą do ciotki. Panna Lormeau obchodziła swoje imieniny w dzień świętej Dyonizy. Należało jej powinszować. Jerzy miał również odwiedzić starą pannę.
Na zegarze wiejskim wybiło pół do dziewiątej, gdy powóz siostry Anieli i Marty zaturkotał w ulicy Aubécourt. Kariolka zatrzymała się przed domem starej mamki. Brygida poznała Martę, mimo jej przebrania i wybiegła by ją uściskać.
— Mój ojciec? — spytała dzieweczka.
— Pan Raclot nie żyje. Niech Bóg miłosierny przyjmie jego duszę do swojej chwały.
Marta ciężko westchnęła.
— Ach — szepnęła — wiedziałam, że przybędę za późno...
— Czy pan Raclot wyzionął ducha dziś rano? spytała siostra.
— Nie, wczoraj o dziesiątej już nie żył.
— O dziesiątej wieczór?
— Tak.
— Widzisz Marto, żeś nie mogła już zastać ojca przy życiu. Posłaniec pana wójta z Aubécourt przybył do klasztoru o ósmej. Jadąc natychmiast, mogłaś stanąć na miejscu o jedenastej.
— Masz rację, siostro. Bóg nie chciał bym pożegnała ojca, przed wejściem do wieczności.
Podczas tej rozmowy na świeżem powietrzu, zaroiło się na ulicy. Jedni gapili się w oknach, inni stawali na progu domów, słowa: — To ona! to córka nieboszczyka! to Marta Raclot! obijały się o uszy nowicjantki.
W tej chwili Marta pożegnała staruszkę i oddaliła się ku górze. Szła powoli, opierając się na siostrze Anieli, drogą prowadzącą do zamku.
Mamkę zasypano w jednej chwili tysiącem pytań. Pięćdziesiąt osób otoczyło ją ze wszystkich stron. Staruszka opędzała się przed nawałnicą jak mogła.
— A dacież wy mi spokój! — krzyknęła w końcu, znudziwszy się odpowiadaniem wszystkim na raz. — Więc tak, to Marta Raclot. A potem?... Ach! zapominacie języka w gębie... prawda? Zamykacie usta, przegryzacie język. Wstyd wam, gdy ją widzicie zakonnicą! Odjechała, by wstąpić do klasztoru Dominikanek. Tak... tak... ładnie dała się porwać przez dependenta notarjusza! — Cóż wy na to... hę? O! biedactwo, biedactwo! Naopowiadano też to o niej! Nawycierano sobie nią gębę! Obryzgano błotem, zeplwano, zhańbiono! Idźcie... idźcie... jaszczurki! żmije! potwory. Wszyscy mieszkańcy Aubécourt, to głupcy, idjoci! Nie warci wiele... nie warci nic...
Wyrzuciwszy z siebie w ten sposób całą nienawiść i oburzenie, weszła szybko do swej chaty i z całą siłą zatrzasnęła drzwi za sobą.
Pogrzeb pana Raclot nastąpił nazajutrz o godzinie jedenastej. Tłum go nie odprowadzał na miejsce wiecznego spoczynku. Służba nieboszczyka, dzierżawcy, stara mamka i kilka dewotek stanowiły cały kondukt.
Sierota szła tuż za trumną, wspierając się na ramieniu siostry Anieli. Lecz gapiących się, zastępujących drogę, znów nie brakło. Wszyscy odkrywali głowę z szacunkiem. Nie przed śmiercią jednak, lecz przed niewiastami, które jej towarzyszyły.
Nagła zmiana nastąpiła w Aubécourt. Wszystkie osoby, nawet najbardziej na nią zajadłe, chwaliły dziś jej dobroć, cnotę i zasługi.
Raclot był ostatnim nędznikiem, to prawda. Lecz jego córka nie zawiniła w niczem, nie wiedziała o niczem, nie skrzywdziła nikogo. Jej należą się względy, szacunek. Nie dość nieszczęścia, być córką Mateusza Raclot?
Kondukt pogrzebowy wchodził do kościoła, gdy w tem jakiś ekwipaż zatrzymał się przed nim. Z powozu wysiadł Jerzy de Santenay pierwszy; po nim Matylda i generał.
W wilię tego dnia, dowiedzieli się o śmierci pana Raclot, będąc z wizytą u ciotki. Mówiono im, że pogrzeb nastąpi nazajutrz.
— Pojedziemy wszyscy troje — rzekł natychmiast pan de Santenay. — Winniśmy pannie Marcie ten dowód naszego szacunku i sympatji.
Siostra Aniela widziała, jak owe trzy osoby zmieszały się z garstką idących za trumną.
— Marto — rzekła z cicha. — Nie jesteś już opuszczoną. Masz przyjaciół. Pan de Santenay z rodziną, jest przy tobie.
Marta zadrżała, co nie uszło uwagi zakonnicy.
Pan de Santenay, Matylda i Jerzy wysłuchali nabożeństwa żałobnego do końca, poczem odprowadzili trumnę na cmentarz, a gdy ostatnia garść ziemi ją przykryła, wówczas starzec przybliżył się do Marty, pocałował ja i rzekł:
— Odwagi dziecię, odwagi. Nie zapominaj Marto, mimo wszystkiego co zaszło, masz we mnie przyjaciela.
Matylda zbliżyła się. Uściskała serdecznie Martę, jak dawniej.
Jerzy nie wyrzekłszy słowa, wyciągnął ku Marcie swą rękę. Drżące dłonie spotkały się. Młody inżynier pobladł bardzo i szepnął z odcieniem bolu.
— O! Marto!...
Tylko tyle...
Dziewczę spuściło głowę. Z trudnością ukryła rumieniec i niepokój w całej postaci.
Rodzina generała oddaliła się natychmiast. Ich powóz czekał w domu zajezdnym.
Teraz z koleji, zbliżył się do Marty mężczyzna w sile wieku, lecz blady i wyniszczony. Ubrany czarno, ze złotymi okularami na nosie, szedł, suwając nogami, z kapeluszem w ręce, co pozwalało dostrzedz sporą łysinę. Skłonił się nisko:
— Pani — rzekł uniżenie — jestem M. Boudois. Miałem honor prowadzić interesa, tego drogiego, nigdy nie odżałowanego pana Raclot, a pani ojca.
Marta skłoniła się, mówiąc:
— Dzień dobry panu.
— Wiem, że pani będzie mnie potrzebować. Od tej chwili jestem cały na pani usługi.
— Dziękuję panu. Przy najbliższej sposobności, zgłoszę się do pana.
— Pani pozwoli zadać sobie jedno pytanie?
— Słucham pana.
— Słyszałem, że cały zamek opieczętowano.
— Tak jest, rzeczywiście.
— Kiedy pieczęcie są zupełnie zbyteczne w tym wypadku.
— Objaśniano mnie już lecz ja sobie życzę, dla powodów którymi się nie dzielę, by w zamku nikt nic nie ruszył.
— W takim razie postać rzeczy się zmienia.
Dziewczę skłoniło głową notarjuszowi i oddaliło się z cmentarza. Siostra Aniela towarzyszyła jej. Niebawem stanęły w zagrodzie mamki, gdzie śniadanie czekało.
Stół był nakryty, według życzenia Marty.
Poczciwa wieśniaczka otworzyła drzwi.
— Dziecino droga — rzekła. — Oto twój pokój łóżko dla cię przygotowane. Spełniłam twoje życzenie, choć wiem, że nie będzie ci tu tak wygodnie jak w zamku. Chcesz mieszkać ze mną, to się zgódź... wierzaj mi, uczyniłam, jak mogłam najlepiej...
— Bądź spokojną, mamko. Będzie mi tu doskonale. Nie troszcz się o mnie...
— Och! jeśli nie żądasz nic więcej prócz miłości, bądź pewną, że ją znajdziesz w mej chacie — odezwała się staruszka, prawie wesoło.
Siostra Aniela z Martą, ledwo zjadły i obtarły usta po śniadaniu, zamknęły się natychmiast w małym pokoiku. Rozmawiały bardzo długo, lecz tak cicho, że nikt ich słów nie słyszał.
Rozmowa zakończyła się temi słowami zakonnicy:
— Marto, ty jesteś świętą.
O godzinie piątej przybył fiakier po siostrę Anielę.
W klasztorze powstał ruch, gdy spostrzeżono siostrę bez nowicjuszki. Przełożona była uprzedzoną, lecz nie mówiła nikomu, że Marta zostanie jakiś czas na wsi.
— Gdzie Marta? Czemu nie wróciła? Może chora? pytały zakonnice.
Siostra Aniela odpowiadała:
— Marta jest zmuszoną zostać jakiś czas w Aubécourt, by załatwić się z majątkiem jaki jej ojciec zostawił. Ładny spadek, podobno milion. Lecz nie smućcie się, siostry. Marta powróci, aby nas więcej nigdy nie opuścić.
Wieczór, gdy w kaplicy zebrały się nauczycielki z panienkami na dziękczynne modlitwy, przełożona stanęła w pośrodku nich.
— Drogie siostry i wy dzieci — przemówiła głosem drżącym ze wzruszenia, ale powoli i dobitnie. — Będziemy się dziś modlić za Martę Raclot; niech z serc naszych wypłynie gorąca modlitwa i uderzy o tron wiekuistego Boga. Prośmy pana Najwyższego, o podtrzymywanie Marty, o odwagę i siły dla niej. Niech Bóg będzie z nią i pozwoli jej wypełnić wszystko, co ta szlachetna istota zamierza.
Przełożona uklękła na stopniach ołtarza.
Wszystkie głowy pochyliły się za jej przykładem.