Milion ojca Raclot/XI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Milion ojca Raclot |
| Wydawca | J. Czaiński |
| Data wyd. | 1898 |
| Druk | J. Czaiński |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Million du père Raclot |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W następny czwartek, pan de Santenay miał załatwić w mieście interes. Córka mu towarzyszyła, a pożegnawszy ojca na ulicy, udała się do klasztoru Dominikanek.
Siostra Ludwika, przyjęła ją jak zwykle w rozmownicy, a inne zakonnice wchodziły co chwila by uściskać dawną uczennicę.
Matylda prosiła, by jej wolno było pomówić z przełożoną. Odpowiedziano jej jednak, że matka przewielebna jest cierpiącą i nie wychodzi ze swej celi. Wtedy Matylda kryjąc rozdrażnienie, zażądała siostry Anieli, wiedząc jaka przyjaźń łączy ją z Martą. Niebawem zjawiła się ta ostatnia. Przyjęła Matyldę w otwarte ramiona, okazując całem postępowaniem, jak jej miło ją powitać.
— Mówiono mi Matyldo, że pragniesz się ze mną rozmówić, zejdziemy do ogrodu, gdzie są nasze siostry i panienki, a pogawędzimy przynajmniej na świeżem powietrzu.
Matylda udała się do ogrodu. Rozmawiała, lecz myślą błądziła po przechadzających się parach, sądząc, że ujrzy przyjaciółkę. Lecz nie widząc jej nigdzie, odezwała się w ten sposób do siostry Anieli:
— Sądziłam że ujrzę tu Martę Raclot, i nie chcę tego kryć przed siostrą.
— Martę Raclot! — wykrzyknęła siostra Aniela, udając zdziwienie — czyście się miały spotkać w klasztorze?
— Nie, siostro.
— Nie rozumiem więc...
— Sądziłam, że Marta jest od dwóch miesięcy w klasztorze.
— Dlaczego Matyldo?
— Gdyż Marta, opuściwszy ojca...
— Jakto — zapytała zakonnica, udając zdziwienie — Marta nie jest u ojca?
Grała komedję przed Matyldą, ulegając rozkazowi wyższej władzy.
— Już mamy dwa miesiące, jak Marta wyjechała z Aubécourt — opowiadała Matylda — doniesiono mi o tem wczoraj. Dziś przyszłam tu, przekonana, że Marta mogła się skryć tylko w tym klasztorze, gdzie przełożona, siostra Aniela, i ty mateczko jesteście jej przyjaciółkami.
— Bezwątpienia Matyldo, Marta może liczyć zawsze na nasze poparcie i sympatję. Ilekroć zechce do nas zapukać, znajdzie drzwi otwarte. Lecz zapomniałaś Matyldo, jak widzę, że twoja koleżanka ma maturę, a z nią znajdzie wszędzie umieszczenie. Sądzę, że Marta opuściła ojca tylko dla tego, by zostać nauczycielką, w którym z tutejszych pensjonatów.
Na tem skończyła się rozmowa panienki z zakonnicą. Matylda odeszła z mocno osłabioną wiarą, w obecność przyjaciółki w klasztorze.
W dwa dni później, panna Lormeau była na herbacie proszonej, u państwa Mounier.
Panna Lormeau dostała za sąsiada przy herbacie pana Rousselet, notarjusza z Aubécourt.
Był to człowiek bardzo przyjemny, wykształcony i obyty w świecie, nie dziw więc, że zawojował odrazu starą pannę, przez co zaczęła się między nimi ożywiona rozmowa.
Panna Lormeau, znana jako nie mała entuzjastka, oświadczyła niebawem, że milszego człowieka od pana Rousselet nie znała, i tylko ten zasługuje być jej notarjuszem.
— Brawo! — wykrzyknął pan Mounier — dobra klientka, przyda się memu zięciowi.
Zaraz po herbacie zaczęły się tańce, w antraktach śpiewy, wszyscy wstali, by się trochę rozruszać.
Parnia Lormeau, już przy herbacie napomykała o młodym inżynierze de Santenay, powtarzając nie bez dumy w głosie, że ów młodzieniec jest jej siostrzeńcem.
Naturalnie, chciała przy tej sposobności wybadać notarjusza. Była to przynęta. Lecz przy stole było kilka osób nieznajomych, a notarjusz odznaczał się ostrożnością, nie udało się przeto starej pannie cośkolwiek z niego wyciągnąć.
Lecz w czasie tańców, gdy do fortepianu siadła jakaś niemłoda, ruda, szczupła panna, i zaczęła wygrywać nie zbyt wprawnie jakąś mazurkę, pan Rousselet przystąpił do panny Lormeau.
— Pani jesteś więc ciotką pana Jerzego de Santenay? — zagadnął.
— Pan znasz mego siostrzeńca?
— Tak pani, słyszałem wiele dobrego o nim i miałem przyjemność widzieć go raz w Aubécourt.
— Był wielce zakochany w pannie Marcie Raclot. Dziś pozostała, jak panu wiadomo pewnie, blizna, która się z trudnością zasklepi. Bardzo byłabym panu wdzięczną, gdybyś zechciał mi wyjaśnić, dla czego panna Marta odmówiła tak stanowczo swej ręki Jerzemu, nie chcąc dać żadnego wyjaśnienia.
— Jakto — zapytał zdziwiony notarjusz, panna Raclot zerwała pierwsza z pani bratankiem?
— Nieinaczej.
— A w całem Aubécourt, wszyscy myślą, że de Santenay pierwszy cofnął dane słowo.
— Tak mówią? Ależ to bajka, panie. Prawda prawdą; Jerzy dostał kosza, lecz my się tego pan jest nie wypieramy, gdyż Bogu dzięki, honor po naszej stronie.
— Ma pani zupełną słuszność. Pan Jerzy może tylko zyskać w opinii, za to, że nie poślubił panną Raclot.
— Słyszałam jakoby pan Raclot był bardzo bogatym wieśniakiem.
— Tylko tyle?
— Nie byłam w Aubécourt, nie miałam przyjemności rozmawiać z panem Raclot, i nigdy o nim nie słyszałam.
— Jakto, pani nie wie, że dwadzieścia lat temu, pan Raclot był parobkiem, sługą, nie posiadającym jednej piędzi ziemi.
— Nie słyszałam tego. Więc odziedziczył spadek?
— Czy pani zna okrągłą liczbę majątku pana Raclot? — spytał notarjusz, nie odpowiadając na pytanie panny Lormeau.
— Skądżebym wiedzieć miała! Mój Boże, nie potrzebuję cudzego majątku, również jak i mój bratanek dlatego nie zajmowaliśmy się tą kwestją.
— Jaki posag obiecał pan Raclot swej córce?
— Pięćdziesiąt tysięcy franków.
— Być to może? Trzeba wyznać, że się nie okazał zbyt hojnym — rzekł notarjusz, uśmiechając się dwuznacznie. — Wie pani, że dziś obliczają fortunę pana Raclot na półtora miljona.
— Istotnie! — wykrzyknęła panna Lormeau.
— I to licząc tylko posiadłości ziemskie, ręczę, że prócz tego ma z czterykroć w swojej ogniotrwałej szkatule. Jego córka ma prawo do równej połowy majątku, czyli do spadku po swej matce. Sądząc już z tego, możesz pani wyrobić sobie opinię o panu Raclot.
— Zdaje mi się, że nie postąpił z Martą uczciwie.
— Nie mogę pani wyjaśnić powodów, dla których panna Marta odmówiła swej ręki panu Jerzemu, w tem kryje się jakaś tajemnica. Lecz nie byłbym zdziwiony, gdybym się dowiedział, że młoda panna uległa woli i wpływowi swego ojca. Pan Raclot przestraszył się pewnie, i nie chciał oddać przyszłemu zięciowi rachunków, jakie z roli opiekuna wypadały.
— Ależ, wnosząc z tego co pan mówisz, to skąpiec ten pan Raclot!
— Och, żeby to był tylko skąpiec!
— Pan mnie przerażasz!
— Nie mogę nic mówić o pannie Marcie, znałem ją niewiele, a o ile słyszałem, wiem, że jest to osoba । bardzo dobrze wychowana.
— Tak panie, pobierała nauki w tym samym klasztorze, co Matylda de Santenay.
— Słyszałem, słyszałem o przyjaźni, która panienki łączyła — przetakiwał notarjusz.
— Tak panie, miłość mego bratanka wynikła z tej przyjaźni. Widziałam pannę Raclot kilkakrotnie u jenerała, i wyznam panu, że podbiła me serce, była czarującą pod każdym względem, niktby nie powiedział, widząc tę osobę pełną dystynkcji, że ojciec jej jest wieśniakiem. Jest rozumną, łagodną, dowcipną, a nie złośliwą, słowem posiada wszystkie warunki, by się dać kochać. Nic dziwnego, że nawet mnie, starą, zbałamuciła tak, żem się na małżeństwo Jerzego zgodziła w zupełności.
— Niestety, panna Marta jest córką swego ojca Mateusza Raclot, i choćby była osobą najzacniejszą, mogę panu Jerzemu powinszować, że się z nią nie ożenił.
— Dlaczego? Żeniąc się z panną Raclot, straciłby pan Jerzy szacunek u zacnych i uczciwych ludzi.
— Panie Rousselet, na miłość Boską, kimże jest pan Raclot?
— Człowiekiem pozbawionym wszelkiej czci i miłości ludzkiej.
— Och! Pan Raclot zdobył najniegodniejszymi w świecie sposobami, olbrzymi majątek, który posiada. Na szczęście, nie jestem jego notarjuszem, więc mogę mówić otwarcie; w przeciwnym razie musiałbym milczeć, choćby tysiące głosów odzywało się o nim z najwyższem oburzeniem i nienawiścią. Lecz ja nie jestem z nim w stosunkach, sądzę przytem, że oddam usługi rodzinie de Santenay, ogłaszając czyny człowieka, którego córka miała zostać jej członkiem.
Przybyłem do Aubécourt nie znając nikogo. Objąłem notarjat po panu Poncelet, dobrze znanym panu Raclot’owi. Obaj zrobili majątek na jednem rzemiośle. Otóż wracając do rzeczy, poinformowano mnie wkrótce o sztuczkach pana Raclot; oświadczyłem mu przeto wręcz, że notarjuszem jego nie będę, i ręki do jego interesów nie przyłożę. Skutkiem tego, pan Raclot sprowadził osobnego notarjusza dla siebie.
Tu zatrzymał się pan Rousselet. Po chwili, w słowach krótkich, a bardzo treściwych, rozpoczął opowiadać starej pannie, o niegodziwych postępkach zachłannego lichwiarza.
Panna Lormeau dziwiła się coraz więcej. Ach! to nędznik, łotr, ten chłop z Aubécourt, przytem śmiał udawać uczciwego!
A jej siostrzeniec mógł zostać zięciem takiego człowieka!
Na samę myśl, o czemś podobnem, dreszcz przeszedł ją od stóp do głowy.
— Sądzę, że pani zrozumie teraz powody, dla których cieszę się, że pan de Santenay nie wszedł w tę rodzinę.
— Ach panie, jakie to szczęście. Coby to był za wstyd dla całej rodziny! Co za hańba dla nazwiska de Santenay. Jerzy nic nie wie do tej chwili, nie ma pojęcia o okropnościach jakieś mi pan raczył udzielić. Wierzę tem bardziej w prawdziwość pańskich słów, gdyż Marta opuściła ojca dla ważnych przyczyn.
— Pani więc słyszała o wyjeździe Marty?
— Słyszałam; ale powody mi nie znane.
— W Aubécourt, nikt nie jest lepiej poinformowanym od pani.
— Przecie muszą wiedzieć gdzie się panna Raclot dziś obraca.
— Nikt tego nie wie.
— Hm... zastanawiam się i przekonywuję coraz widoczniej, że ta panienka jest żyjącą zagadką.
— Nie mogę nic powiedzieć; uważam jednak, że jest to osoba zadziwiająca. Znikając tak tajemniczo, zaszkodziła znacznie swej dobrej sławie.
— Dlaczegóż panie, dla czego?
— Przez niemiły zbieg okoliczności. Mój dependent wyjechał tego samego dnia.
— I cóż z tego?
— Z tego powstały plotki; utrzymują wszyscy, że nastąpiło porozumienie między nimi, i wyjechali razem.
— Ależ panie, to potworne! Czy pan wierzysz w coś podobnego?
— Nie pani, nie, nie sądzę nigdy z pozorów, zwykle bardzo mylnych. Pan Bertillon, mój dependent jest człowiekiem intelligentnym, lecz unosi się łatwo. Zrobiłem mu małą uwagę, za to opuścił miejsce, nie powiedziawszy mi nawet że odjeżdża.
Jak na złość, wyjechał prawie równocześnie z panną Raclot, co nasunęło ciekawym podobnie niefortunne przypuszczania.
— Masz pan rację.
Pan Rousselet wstał z kanapki, gdyż teściowa wołała go do siebie.
Panna Lormeau zamyśliła się głęboko. Cały wieczór była małomówną i odjechała przed północą.
Nazajutrz była już u generała. Pragnęła powtórzyć słowa notarjusza. Lecz niestety musiała się jeszcze wstrzymać, chciała bowiem by Jerzy był obecnym przy opowiadaniu, a siostrzeniec przychodził w południe. Stara panna milczała, mówiąc tylko, że zgłębiła prawdę w najmniejszych szczegółach, czem podnieciła ciekawość w obecnych.
Jerzy nadszedł w chwili, gdy do stołu podano. Zaczęto zaraz nastawać, a panna Lormeau rada niezmiernie rozpoczęła opowiadanie. Wpierw jednak zwróciła się do Matyldy:
— Czy panna Raclot jest u Dominikanek — spytała.
— Nie ciociu! — odrzekło dziewczę.
Stara panna potrząsła głową.
Twarz Jerzego przybrała wyraz goryczy, podniósł się na krześle z widocznem osłabieniem.
— Nie znam powodów, dla których Marta opuściła ojca i nie chciała zostać żoną Jerzego — odezwała się staruszka. — To druga tajemnica... Lecz dowiedziałam się cudowności o panu Raclot. Włosy powstają na głowie! I powiedzieć, żeśmy nie wiedzieli nic do tej pory.
Tu zaczęła opowiadać z dokładnością świadczącą o jej wybornej pamięci, całą rozmowę z notarjuszem.
Generał, Matylda i Jerzy słuchali boleśnie zdumieni.
Panna Lormeau ciągnęła:
— Ten wypadek nauczy nas ostrożności na przyszłość, powolności czynu, i doprowadzi do poznania ludzi, przed powziętem postanowieniem.
Notarjusz dobrze powiedział... możesz sobie pogratulować Jerzy, żeś nie został mężem Marty. Ach! biedny przyjacielu, jaki cię los czekał! W jakie gniazdo szerszeni o mało nie wszedłeś.
Młodzieniec milczał, zwiesiwszy głowę na piersi.
— Siostro, zasłużyliśmy na naganę, uznaję — odezwał się generał, gdyż należało dowiedzieć się coś o rodzinie Marty. Lecz znaliśmy tylko ją jedną. Jej cnoty, powierzchowność i miłe obejście, podbiły i twoje serce.
— Co świadczy, żeśmy byli nierozważni i nieroztropni w równym stopniu, lecz Bogu dzięki, wyszliśmy cało i zdrowo z tej awantury.
— A teraz Jerzy — kończyła ciotka, wylecz się prędko z twej fatalnej miłości, i zwróć oczy ku najpiękniejszej dziewicy, która będzie godną ciebie i nas.
— Siostro — odrzekł generał dobitnie; Jerzy powinien bezwątpienia wybić sobie z głowy Martę, lecz przez to, że ojciec jej jest nędznikiem, Marta nie traci ani jednej z swych cnót i w mych oczach zasługuje, jak dawniej, na nazwę najzacniejszej panienki. Dziś powtarzam, Matylda nie mogła znaleźć lepszej i godniejszej przyjaciółki, między rówieśnicami.
— Jakto bracie, ty to mówisz?
— Ja, siostro. Nawet posunę się dalej i powiem ci: Marta jest najszlachetniejszą z dziewcząt; żałuję niewymownie, że jej nie nazwę synową i dodaję; Marta zasługuje na miłość i podziw wszystkich.
— Bracie, nie rozumiem ciebie nic a nic... wykrzyknęła panna Lormeau. Jerzy podniósł głowę i patrzył zdziwiony.
— Dzieci drogie — ciągnął starzec, zapalając się coraz bardziej — pytałem się siebie, jak i wy, czemu panna Raclot, nie chce wychodzić za mąż. Dziś zrozumiałem wszystko, poznałem powody: Marta tym lub owym sposobem, mało mnie to obchodzi, dowiedziała się o niegodziwościach swego ojca. Ja wam mówię z przekonania, pewny, że się nie zawiodę, że to jest jedyny powód jej odmowy.
— Tak ojcze, tak, niezawodnie! krzyknęła Matylda, rzucając mu się w objęcia.
Jerzy wyglądał jak budzący się ze snu.
Panna Lormeau nie dawała się tak łatwo przekonać. Siedziała sztywnie, wyprostowana, zimna, a usta jej okalał uśmiech pełen niedowierzania.
— Och zacna, szlachetna dusza! wykrzykiwał generał w entuzjazmie, który napełniał jego serce.
Matylda padła znów w objęcia ojca i okryła go pocałunkami.
W tej chwili weszła służąca, oznajmiając Matyldzie przybycie jakiejś biednej kobiety, oczekiwanej od dni kilku.
Była to wdowa, matka dwojga sierót. Panna Matylda zajmowała się nią, zaopatrywała w jadło i odzienie. Dzieweczka ruszyła się z miejsca.
— Poczekajcie — rzekła odchodząc, wrócę za chwilę.
Panna Lormeau zbliżyła się tajemniczo do generała:
— Trzeba, żebyście obaj wiedzieli — rzekła przyciszonym głosem — o czemś, czegom w obecności Matyldy mówić nie mogła. Zdaje mi się, że usłyszawszy to, przestaniesz zachwycać się i podziwiać Martę.
Spojrzała ironicznie na generała i zaczęła opowiadać dobitnie o wyjeździe Marty, o ucieczce dependenta o ich porozumieniu, i o wieściach jakie z tego powodu obiegały Aubécourt.
— Słyszałem o tem ciociu, odezwał się Jerzy, a w głosie jego czuło się ból głęboki — tak; niestety wszyscy o tem mówią w Aubécourt i okolicy.
— Prawda, czy nie; to pewne, że panna Raclot straciła dobrą sławę na zawsze. Zresztą wiemy, że w każdej pogłosce jest jakaś część prawdy... Gdzie się podziała panna Raclot?... Przepadła jak kamień w wodę; słych o niej zaginął. Matylda byłaby się zakładała onegdaj, że ją zastanie u Domimkanek. Dziś wiemy, że jej tam nie ma. Mów co chcesz, mój bracie, sprawa niejasna.
— Biedne dziewczę — szepnął generał.
— Ty ją żałujesz?
— Tak siostro, żałuję ją podwójnie.
— Jakto... tyż byś nie wierzył w pogłoski?...
Oczy starego żołnierza zabłysły szlachetnym gniewem.
— Ludzie rozsiewający je, są niegodziwcami, bez czci, wykrzyknął w uniesieniu. Do stu tysięcy djabłów, to haniebne! Człowiek uczciwy nie tknie w ten sposób sławy niewiasty! Chciałbym się znaleść w obliczu jednego z tych nędzników, a uszy bym mu poobrywał!
— Więc istotnie nie wierzysz?...
— Ja? jabym miał wierzyć w podobne bzdurstwa? Nigdy! Przenigdy! Znam pannę Martę, i dla tego bronię ją jak własne dziecko! Ja, jenerał de Santenay, ręczę swoim honorem za uczciwość tej dziewczyny, podle spotwarzonej!
— Ojcze, ojcze, jaki kojący balsam wlewasz w moją duszę — zawołał Jerzy głosem drżącym — lecz gdybyś wiedział, gdybyś wiedział, że...
— O czem synu?
— Ojcze! — odrzekł Jerzy z bólem, należę do nędzników, do podłych potwarców, gdyż uwierzyłem w pogłoski... Lecz tyś mi ojcze oczy otworzył, twój głos oburzony, ukarał mnie należycie.
— Jakto, tyś wątpił?
— Uznałem Martę winną...
— Nie kochasz jej już?
— Przeciwnie, kocham ją coraz więcej.
— Synu! odezwał się generał z wymówką. — Tyś zwątpił o niej, choć powinnością twoją było, wystąpić przeciw całemu światu! Do kogoż wyciągnie ręce, ta biedna, nieszczęsna ofiara losu; jeśli ją opuszczą ci, którzy ją kochają.
— Ojcze nie mów tak, bo mi wstyd. Żałuję swej porywczości i przepraszam biedną Martę...
— Zgadzam się z tobą, bracie, i chcę wierzyć w niewinność Marty; — odezwała się panna Lormeau — lecz Marta jest córką swego ojca; przez co Jerzy musi o niej zapomnieć.
— To inna kwestja — rzekł generał. — Możemy lubić Martę, możemy okazywać jej współczucie, lecz tak mój syn, jak i ja, pamiętamy, co się należy nam i opinii publicznej. Marta Raclot nie będzie żoną Jerzego de Santenay, tego wymaga honor rodziny!
— Niech się tak stanie — rzekła ciotka poważnie.
Z piersi Jerzego wyrwało się westchnienie, długie, przeciągłe...