Milion ojca Raclot/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Milion ojca Raclot |
| Wydawca | J. Czaiński |
| Data wyd. | 1898 |
| Druk | J. Czaiński |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Million du père Raclot |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Trudno opisać zdumienie generała i jego córki, gdy im Jerzy doniósł o zerwaniu Marty.
Generał dziwił się, że dziewica odmówiła tak zagadkowo, lecz pozostał w tem samem mniemaniu co jego syn, że tylko okoliczności złożyły się na jej odmowę.
Na nieszczęście, Jerzy kochał pannę Raclot, a generał cierpiał, widząc rozpacz syna.
Lecz co na to poradzić? Nic. Generał nie potrafiłby ganić Marty i jej postępowania.
Matylda płakała, a pan de Santenay używał wszystkich środków, by zmniejszyć ból i wyperswadować Martę Jerzemu.
— Niestety! — odpowiadał chłopiec — kocham ją zanadto, abym ją miał kiedykolwiek zapomnieć.
Panna Lormeau dowiedziała się natychmiast o całem zdarzeniu, więc przybyła niezwłocznie do generała. Lecz nie ukazała się tak zgodną, jak jej brat. Uniosła się gniewem na to dziewczę, które śmiało zwrócić pierścionek jej bratankowi, i to jeszcze kto, wieśniaczka, córka chłopa z Aubécourt. To nikczemne. Marta według niej, była kobietą bez serca!
— Nie przeczę, że Marta jest ładną i wykształconą — mówiła — ale mimo wszystkiego jest chłopką, córką wieśniaka Raclot’a.
Raclot, Raclot, co za nazwisko! Jak się czuje w tem nazwisku dziegieć i złe maniery. Rzeczywiście mój bratanek dbał zanadto o jej honor, kiedy chciał jej nazwisko zamienić na de Santenay. Tak zawsze bywa, gdy się zbliżamy do tłumu.
Panna Lormeau poczerwieniała ze złości.
Zgromiła siostrzenicę, gdyż ta, wprawdzie bardzo słabo, ale jednak brała w obronę swoją przyjaciółkę.
— To twoja wina Matyldo, że na nas takie nieszczęście spadło — mówiła — miałaś za mało dumy, zapomniałaś, że jesteś potomkiem wielkiego rodu, że jesteś panną de Santenay, panienka na twem stanowisku nie zawiązuje przyjaźni z córką chłopa, przeciwnie powinna się trzymać od niej zdaleka, w poufałość wolno wchodzić tylko z podobnymi sobie.
Generał wszedł właśnie i w rozumnych słowach wypowiedział swoje zdanie, czem zamknął usta starej pannie.
— Stało się — zakończyła panna Lormeau — nie mówmy już więcej o pannie Marcie, zostawmy ją przy maśle i serze. Dla niej, zajęcie to odpowiedniejsze od panowania.
Dzięki Bogu, znajdzie się nie jedna ładna i miła panna, która zechce być żoną Jerzego de Santenay.
Nie szukając długo znajdziemy mniej wybredne, jak córkę chłopa. Jerzy ma piękne nazwisko, ładną pozycję, jest przystojny, z takimi zaletami można wybierać.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Pewnego dnia, była to sobota, Jerzy przyjmował w biurze jednego z nadzorców drogowych z Aubécourt i okolicy.
Kiedy interes został załatwiony, młody inżynier zapytał dróżnika, zastanowiwszy się dobrze wprzód, o nowiny o panu Raclot i jego córce.
— Pan Raclot ma się doskonale, możnaby myśleć że odmłodniał, lub go kto zaczarował, lecz o pannie nie wiele mogę panu inżynierowi powiedzieć, gdyż nie mieszka w Aubécourt.
— Jakto, opuściła wioskę?
— Tak, panie inżynierze.
— Gdzie teraz mieszka?
— Nikt nie wie, panie inżynierze.
— Kiedyż opuściła Aubécourt?
— Wyjechała tego samego dnia, gdy się rozeszła w okolicy wiadomość, że się pan z nią nie żeni.
Młodzieńca dreszcz przeszedł.
— Więc powiadasz, że nikt nie wie, gdzie jest obecnie panna Raclot — zapytał.
— Miałem przyjemność oznajmić to panu dwukrotnie.
— A powodu wyjazdu nie znacie?
— Mówię, że wyjechała, bo wstyd jej było, że małżeństwo nie przyjdzie do skutku.
— Doprawdy, tak mówią?
— Och! ludzie opowiadają wiele, mówią n. p., żeś pan zerwał z panną Martą, dowiedziawszy się o opinji jaką się cieszy jej ojciec.
Jerzy mógł zaprzeczeń słowom podwładnego, gdyż nie on lecz Marta zerwała, lecz pozostawił go nadal w tem mniemaniu.
— Więc pan Raclot nie jest szanowany w okolicy?
— Nie.
Młody człowiek byłby pragnął dowiedzieć się nie jednego o panu Raclot, lecz coś go wstrzymywało od pytań.
— Mimo wszystkiego — rzekł w końcu — panna Raclot nie przestała mnie interesować, a słowa któreś pan wypowiedział: „mówią wiele“ podrażniły moją ciekawość. Możebym się mógł dowiedzieć jakie są zapatrywania o jej odjeździe.
— Powstały rozliczne bajki i plotki, ale prawdy w nich trudno wypatrzeć — rzekł drogowy. — Nie wiem dlatego, czy powinienem powtórzyć...
— Proszę pana o to, bardzo proszę!
— Bo to rzecz dość drażliwa...
— Nic nie szkodzi.
— Ja należę do tych, którzy sądzą, że panna Marta wskutek zerwania z panem wyjechała z Aubécourt. Mówią... przepraszam pana, ale z rozkazu powtarzam... że nie chciałeś jej pan za żonę, i uczyniłeś z niej kochankę.
Jerzy podskoczył na krześle, pobladł bardzo i zawołał z odcieniem oburzenia:
— Co za potworna potwarz! Co za nikczemność, rozsiewać podobne pogłoski! To nie prawda, panie!
— Mówiono tak, lecz mogę dodać z przyjemnością, że ta fałszywa pogłoska, prędko upadła.
— Nie mniej jednak oburza mnie, że można było coś tak haniebnego przypuścić.
— Masz pan rację. Dziś wszyscy utrzymują, że pierwszy z praktykantów pana Rousselet, tamtejszego notarjusza, niejaki pan Bertillon porwał Martę Raclot i uciekli do Paryża.
— Och! — szepnął Jerzy przyciskając ręką serce, które biło gwałtownie.
— Ale powtarzam panu — mówił dalej strażnik — to tylko przypuszczenie. Niema jeszcze najmniejszej pewności, że tak jest istotnie. Zdaje się jednak, że ów jegomość starał się rzeczywiście o pannę Martę, widziano ich często razem... Ponieważ pan Bertillon bez żadnego powodu opuścił notarjusza, równocześnie ze zniknięciem panny Raclot, wszyscy są pewni, że porozumienie musiało nastąpić między nimi.
Serce Jerzego ścisnęło się jeszcze mocniej, zdawałoby się, że kleszcze żelazne wbiły mu się w gardło, pierś poruszała mu się ciężko, cierpiał okropnie. Zesztywniał jednak, by nie dać poznać co czuje, a dowiedziawszy się dużo więcej niż pragnął, pożegnał nadzorcę. Gdy został sam, chrapliwy jęk wyrwał mu się z piersi. Chwycił się jak szalony za głowę, przycisnął palące czoło i zatopił się w czarnych, ponurych myślach...
— To nie do pojęcia! To okropne!
Co, ta Marta, którą ubóstwiał, dla której dziś jeszcze oddałby życie, ta Marta zdradziła go, zawiodła, oszukała haniebnie!
Jerzy oszalał, znał przecie Martę, kochał ją, a jednak posądzał i oskarżał.
Zamiast odepchnąć od siebie tak ohydne myśli, i zawołać: — „to jest niepodobieństwem“ — wierzył potwarzy. Już nie roztrząsał, zazdrość go pożerała, dławiła, zaślepiała. Przecież nadzorca nie potwierdził, lecz tam gdzie nie było najmniejszej pewności, Jerzy szukał rozwiązania zagadki.
Marta nie kochała go nigdy, była samem fałszem, li kłamstwem, obłudą. Ach! jak dobrze umiała kryć swe wady i instynkta! Jeśli zezwoliła na małżeństwo z nim, to tylko by podchlebić swej pysze i ambicji! A równocześnie gdy go ściskała za rękę, gdy się doń uśmiechała, gdy obrzucała go swem wejrzeniem, kłamała na wszystkie sposoby, słuchała miłosnych wyznań innego, jakiegoś pomocnika i praktykanta!
Lecz dependent jej rzekł: „pragnę byś była moją, moją na wieki“, więc go usłuchała; a Jerzemu de Santenay odrzekła: — „nie chcę wychodzić za mąż.“ — Odjechała, uciekła, pozwoliła się porwać, przez pomocnika notarjusza.
Och! któż odgadnie kobietę!
Takie myśli przechodziły a raczej przelatywały mózg Jerzego. Gorączka wystąpiła na lica. Fosforycznym blaskiem zabłysło jego oko.
Biedny chłopiec! Dla niego zasłona tajemniczości się zerwała, podarła w kawałki; zrozumiał w końcu słowa dziewczyny, znalazł wytłumaczenie, którego długo napróżno szukał.
— Ach teraz mogę zapomnieć o niej, nędznicy! — zawołał.
Tymczasem łkał i płakał.
Nazajutrz wstał wcześnie, a o dziesiątej był u ojca.
Odkąd nie bywał w Aubécourt, odwiedzał każdej niedzieli ojca i siostrę. Panna Lormeau bywała najczęściej u swego szwagra. Owej niedzieli, o której mowa, przybyła prawie równocześnie z młodym inżynierem.
Twarz Jerzego była jeszcze bardziej chmurną i zamyśloną jak zwykle. Ciotka zganiła go trochę za to, co nazywała brakiem energii i woli.
— Posłuchaj mnie Jerzy — kończyła kazanie — niech będzie co chce, ty musisz wrócić do równowagi.
— Droga Matyldo, mam dla ciebie nowinę, która cię zdziwi nie mniej odemnie — rzekł brat, który podczas przemowy staruszki, był ciągle zamyślony.
— Cóż to takiego, Jerzy.
— Panna Marta nie mieszka już w Aubécourt?
— Ach!
— Porzuciła nagle dom i ojca, wyjechała, a nikt nie wie dokąd.
— Kiedyżto nastąpiło?
— Jeśli powiedziano mi prawdę, to panna Marta wyjechała nazajutrz po mojej bytności w Aubécourt.
Matylda milczała chwilę.
— Utrzymujesz Jerzy, że nikt nie wie gdzie się Marta obraca?
— Rzeczywiście.
— Przecie to można łatwo odgadnąć.
— Czyż byłabyś na tropie?
— Tak bracie, gdyż z chwilą w której Marta porzuciła ojca, mogła się tylko tam udać...
— Gdzie?
— Do klasztoru Dominikanek, gdzie ją wychowano.
Uśmiech pełen politowania wykrzywił usta Jerzego.
— Nie ma w tem nic niemożliwego — rzekł lodowato.
— Ja jestem zupełnie tego samego zdania co Matylda — odezwał się generał. — Marta opuściła ojca dla tych samych powodów, które ją skłoniły do zachowania się tak niezrozumiale względem ciebie.
Jerzy nie odrzekł nic, nie mógł powiedzieć, jakie krążyły plotki po okolicy Aubécourt.
— Tak — mówił generał, zamyślając się — panna Raclot miała ważne powody, do postępowania takiego z Jerzym. Ale czemu tak uczyniła?
— Prawda wyjdzie na wierzch kiedyś, ojcze — odrzekła Matylda.
— Tak — dodała panna Lormeau — poznacie jej powody, zwłaszcza, że ja się zajmę wyświetleniem tej sprawy.
— Ciocia? Tak Matyldo, znam państwa Mounier, którzy wydali córkę za pana Rousselet notarjusza z Aubécourt. Sądzę, że będę mogła dowiedzieć się coś od niego, gdyż jestem zaproszona na srebrne wesele pana Mounier, gdzie się zbierze cała rodzina. Wiem, że najlepiej udać się do notarjusza pewnej miejscowości, gdyż ci znają najdokładniej każdą jednostkę.
— Doskonale — rzekł generał.
— Ja ojcze, idąc którego dnia do miasta, dowiem się, czy Marta jest w klasztorze.