Przejdź do zawartości

Milion ojca Raclot/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Richebourg
Tytuł Milion ojca Raclot
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1898
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Million du père Raclot
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII.

Można łatwo pojąć zdziwienie w zakonie, gdy się ukazała Marta, w starej sukni pensjonarki, i oznajmiła że pragnie rozmówić się z przełożoną. W klasztorze powstał ruch, gdyż spodziewano się nowości.
Siostry Aniela i Leokadja domyśliły się natychmiast że na ich ukochaną uczennicę spadło wielkie a niespodziewane nieszczęście.
Spełniając życzenie Marty, wysłano jednę z zakonnic do matki przełożonej. Przełożona zdziwiła się bardzo, lecz kazała poprosić pannę Raclot do swej celi.
Zaraz też spostrzegła, że panienka jest bardzo licho a nawet niedbale odziana, więc zdziwienie jej zmieniło się wkrótce w niepokój i obawę.
Marta zbliżyła się, przechyliła głowę a zakonnica złożyła na jej czole macierzyński pocałunek.
— Siadaj — rzekła, wskazując panience krzesło — i opowiadaj po coś przyszła. Nie będę taić przed tobą, że jestem niespokojną i bardzo zdziwioną twoją wizytą. Wyglądasz tak, jakby cię spotkało nieszczęście. Mów, dziecko, słucham cię.
— Mateczko — odrzekła Marta — porzuciłam dom ojca na długo, i przyjeżdżam, aby tu znaleźć schronienie.
— Co mówisz! wykrzyknęła zakonnica.
— Matko, dla powodów, które ci natychmiast wyjawię, gdyż muszę być szczerą i ufać tobie, odpowiedziałam wczoraj memu ojcu i panu Jerzemu de Santenay, że nie wyjdę za mąż.
— Czy to możliwe! przerwała przełożona, dziwiąc się coraz bardziej.
— Posłuchaj mnie matko, a gdy ci wyjawię wszystko, osądź mnie sama.
Tu zaczęła opowiadać krótko, a w słowach pełnych treści, rozmowę dwóch podróżnych, odwiedziny u mamki i jej odkrycia, które w zupełności potwierdziły słowa w omnibusie słyszane.
Mówiła, określając wszystko co czuła, co jej serce wycierpiało, gdy się dowiedziała o okrutnem postępowaniu Mateusza Raclot z sierotami, wspominając o boleści jaką czuła na myśl, że zasmuci Jerzego de Santenay i o swej nieszczęsnej przyszłości.
— Miałam jednak tyle siły w sobie — kończyła Marta, że ani chwili nie zawahałam się w moim postanowieniu. Gdy Jerzy de Santenay żegnał się ze mną, myślałam, że mi serce pęknie, lecz Bóg był ze mną, podtrzymywał moją odwagę, i pozwolił mi poświęcić radość, szczęście które mnie czekało, a usłuchać sumienia które wołało: Tam twój obowiązek.“
Przełożona milczała długą chwilę, patrzyła na bohaterkę z wyrazem nieokreślonej dobroci i czułości.
— Dziecko drogie — przemówiła w końcu — jestem przejętą do głębi twojem opowiadaniem. Nie ganię postępowania, gdyż ty na naganę nie zasłużyłaś, lecz dziecko drogie, zastanów się, czy nie jesteś zanadto surową dla siebie samej. Ach! Marto, tyś nie tylko była silną i odważną, aleś postąpiła jak bohaterka! Przyznaję, że ojciec twój niecnie postąpił, że w oczach Boga popełnił zbrodnie, za co jest potępionym, ale ty Marto jesteś niewinną i nie możesz odpowiadać za cudze czyny.
Marta zwiesiła głowę.
— Przekleństwo — rzekła — spada z ojca na dzieci. Ofiary pragną pomsty!
— A tyś zechciała się oddać na całopalenie. Zrobiłaś dużą ofiarę, ale czy sądzisz że Bóg ją przyjmie? Ten Bóg pełen dobroci i miłosierdzia! Gdyby tak było dziecino, źli grzeszyliby, a na niewinnych spadałoby brzemię kary. Marto, ja cię znam nie od dziś, i wiem, że masz wiele delikatności i szlachetności w uczuciach, mogę tylko przytakiwać twojej słusznej drażliwości. Tak, wiedząc że majątek twego ojca jest z krzywdą ludzką nabyty, nie mogłaś przyjąć posagu, nie mogłaś jeść jego chleba. Pojmuję nawet, żeś oddała panu Raclot jego klejnoty, żeś nie przyjęła pieniędzy na drogę, ani sukien, za te pieniądze kupionych, ale z drugiej strony uważam, że gdy kochasz pana Jerzego de Santenay, który cię kocha równie gorąco, Bóg, opiekun i obrońca uciśnionych, nie żąda od ciebie zupełnie niewinnej ofiary z własnego szczęścia. Nie chciałaś nic przyjąć od ojca, dobrze; lecz zamiast powiedzieć sucho do Jerzego: „Nie chcę wychodzić za mąż“, trzeba było wyznać prawdę, onby cię zrozumiał, a stary generał który umie ocenić prawdziwe piękno, byłby cię dla twych cnót pobłogosławił z synem.
— Niestety, mateczko, musiałabym chyba wyznać wszystko — rzekła Marta smutno.
— Bezwątpienia.
— Czyż mogłabym stanąć jako oskarżycielka ojca? Zresztą, jako córka chłopa, krzywdziciela, lichwiarza, kryminalisty, nie uważam się godną, być żoną Jerzego de Santenay. Między honorem rodu de Santenay a nikczemnością przypisaną imieniowi mego ojca, jest przepaść głęboka. Nie matko, honor nie połączy się nigdy z hańbą i sromotą. W takich warunkach chcąc być uczciwą, mogłam tylko powiedzieć Jerzemu de Santenay: „Nie chcę być twoją żoną, zapomnij o mnie!“
Łkanie przerwało jej ostatnie słowa.
— Biedne, kochane dziecko! — szepnęła przełożona z współczuciem. Po chwili zaś rzekła: — Twoja logika mnie przeraża, drogie dziecko, ona tłumaczy twoje skrupuły, ze czcią oddaję hołd twemu rozumowaniu. Płacz Marto i wypłacz się. Ulżyj twemu zbolałemu sercu, twoje łzy Bóg pobłogosławi, twój anioł stróż je zbierze, zaniesie je przed tron stwórcy i zapyta, kiedy nastąpi dzień wypłaty i nagrody twojej.
— Och! matko, jam taka nieszczęśliwa! — załkała głośno Marta.
— Wiem o tem Marto, ale pamiętaj, żeś przyszła do sióstr twych w Chrystusie, pamiętaj że naszym obowiązkiem jest nieść ulgę w cierpieniu. Siostry nasze i ja dołożymy starań, by cię uspokoić. Mówiłaś mi Marto, że szukasz u nas schronienia; otrzymasz je; niech Bóg będzie z tobą.
— Dzięki ci matko!
— Przedtem jednak muszę poznać twoje zamiary.
— Och, matko, nie chciałabym być nikomu ciężarem. Chcę pracować i być użyteczną!
— Dobrze dziecko. Co chcesz czynić?
— Chcę się poświęcić Bogu i ludziom. Mam świadectwa, mogę być nauczycielką. Jeśli nie możesz mi matko powierzyć jakiej klasy, będziesz może tak dobrą, zaprotegować mnie, a przełożona generalna znajdzie zatrudnienie dla mnie. Jutro pragnę przywdziać habit nowicjuszek, aby módz jak najprędzej welonem zakonnym okryć moją głowę.
— Drogie dziecię — odezwała się zakonnica — znajdziesz zajęcie u nas w klasztorze. Zostaniesz z nami na nowicjacie. Habit włożysz jutro. Ale welonu zakonnic nie otrzymasz prędko. Nie zdaje mi się, byś była zdolną do wiecznej i dożywotniej służby Bogu i Panu Najwyższemu. Do wejścia w życie wieczne, do zaparcia się siebie i świata, do złożenia ślubów i przyrzeczeń na wieki, trzeba mieć powołanie. Są poświęcenia, których Bóg nie przyjmuje; on żąda serc czystych, które nie kochają nikogo i nic prócz niego. A ty Marto oddałaś już twoje komu innemu. Twój nowicjat będzie długim Marto. Coś mi mówi, że te złote włosy nie padną pod nożycami na płytach sanctuarium!
Marta zwiesiła głowę, łzy jej padały rzęsiście, ale nie były już tak gorzkie jak poprzednio.
— Matko, mateczko moja — szepnęła klękając — pobłogosław mnie.
Przełożona ścisnęła rękoma głowę dziewczęcia, pocałowała ją w czoło i odezwała się dobitnie, drżącym ze wzruszenia głosem:
— Błogosławię cię dziecię, lecz posiadasz więcej, Bóg cię błogosławi. — Poczem rzekła łagodnie i słodko: — Powstań Marto, powstań i otrzej łzy.
Głosowi temu niktby się oprzeć nie potrafił.
W tej samej chwili, weszła do celi jedna z sióstr służebnych.
— Córko — odezwała się do niej przełożona — za chwilę wyjdą panienki na rekreację, wtedy zawezwiesz siostrę Anielę, dasz znać wszystkim siostrom by się zeszły, a gdy się zejdą w głównej sali, zawiadomisz mnie.
Młoda siostrzyczka oddaliła się z niskim ukłonem.
W chwilkę później, dzwonek oznajmił rekreację, siostra służebna ukazała się we drzwiach.
— Matko — oznajmiła — wszystkie siostry są w sali zebrań.
Przełożona zbliżyła się do Marty.
— Chodź ze mną Marto, zaprowadzę cię między siostry.
Wszystkie zakonnice, w liczbie ośmnastu, były zebrane w sali głównej, brakło tylko służebnic, których do narad nie wzywano.
Siostry milczały, stały spokojnie, tylko oczy ich biegały po przedmiotach i zatrzymywały się na drzwiach.
Nie ma wątpliwości, że ważna wiadomość udzielona im zostanie, a tyczyć się będzie dawnej uczennicy, panny Marty Raclot.
Przełożona weszła, wiodąc Martę za rękę. Wszystkie głowy pochyliły się przed nią z szacunkiem.
— Drogie siostry — odezwała się poważnie zakonnica. — Panna Marta Raclot, którą tu widzicie, dla ważnych powodów wam nieznanych, nie wychodzi za pana Jerzego de Santenay, lecz pragnie poświęcić się służbie i boskiej i nauce dziatek, które są powierzone naszym staraniom macierzyńskim.
Siostra Aniela słysząc te słowa przełożonej, rozpłakała się. Czuła, że dziewica nie wychodzi za mąż z powodu jakiegoś ciężkiego i bolesnego dramatu.
Inne zakonnice poszły za jej przykładem.
Przełożona zwróciła się do jednej z najmłodszych sióstr:
— Siostro Ludwiko — rzekła — masz obecnie 35 uczennic w swej klasie. Od jutra panna Raclot obejmuje i kieruje tą klasą wraz z siostrą, a gdy tylko nadejdzie pozwolenie od przełożonej generalnej, utworzymy z drugich i trzecich oddziałów osobną klasę dla panny Raclot, złożoną z dwudziestu uczennic.
Gdy przełożona skończyła mówić, przystąpiła do niej siostra Aniela i wyprosiła dla siebie i zakonnic pozwolenie, ucałowania nowej nauczycielki.
Poczem, nim dzwonek wezwał zakonnice i panienki do refektarza, przełożona zaprowadziła Martę do jej przyszłej celi.
Nazajutrz, Marta ukazała się w habicie nowicjuszek zakonu św. Dominika...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Richebourg i tłumacza: anonimowy.