Milion ojca Raclot/VI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Milion ojca Raclot |
| Wydawca | J. Czaiński |
| Data wyd. | 1898 |
| Druk | J. Czaiński |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Million du père Raclot |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Ranek nastał, blade, jesienne promienie słońca wtargnęły oknem do pokoju Marty.
Ona wstała i ubrała się. Ojciec jej był już na nogach. Obchodził właśnie wszystkie pola.
Marta również wyszła z domu, udając się prosto do swej mamki. Śmiertelna bladość pokryła jej jagody, oczy zapuchły od łez, bezsenność wyryła się na twarzy. Poczciwa staruszka przelękła się.
— Marto, dziecko drogie, co ci to, co ci? — trwożnie zawołała.
Panna rzuciła się jej w objęcia łkając głośno.
— Panie najwyższy, Jezusie Nazareński, cóż to znaczy? — pytała kobieta.
Marta wyrwała się gwałtownie.
— Mamko, droga mamko, kochasz ty mnie?
— Boże święty, ty wątpisz? Ach kocham cię, kocham!
— Czy bardzo?
— Więcej jak wszystko na świecie.
— A więc dobrze, przekonam się o tem niezwłocznie. Jeśli mnie kochasz, nie zawahasz się udzielić mi niektórych wiadomości, których nie posiadam. Ty wiesz wszystko!
— Cóż takiego? pytaj mój skarbie.
— Obiecaj mi wpierw że odpowiesz szczerze na wszystkie moje pytania.
— Ależ Marto...
— Przysięgnij!
— Odpowiem na wszystkie pytania.
— Nic nie ukryjesz?
— Widzisz Marto, nie rozumiem cię, powiedz mi...
— Chcę wiedzieć całą prawdę.
— Dowiesz się o wszystkiem.
— Przysięgasz?
— Tak.
— Teraz posłuchaj. Mamko, powiedz mi, na ile kroć obliczają ludzie majątek mego ojca?
— Jedni utrzymują, że posiada okrągły miljon, inni że półtora miljona, ty wiesz że ludzie zwykli przesadzać.
— Więc bez przesady, liczmy same.
— Hm, ja nie mogę nic powiedzieć...
— Czekaj... Ile warta łąka Nones’ów.
— Dwa kroć przynajmniej.
— A zamek i posiadłości w Aubécourt.
— Pewnie dwa kroć.
— A lasy z Rancourt i Ligoux.
— Sądzę, że możesz jeszcze dwieście doliczyć.
— Mamy już sześćset. Jeżeli doliczymy wartość małej fermy Treilles’ów. Bosquets’ów, wartość winnic, małych zagród i pól, dojdziemy łatwo do miljona. I to wszystko w ziemi. Poczekaj... ojciec żyje nic nie wydając, musi więc wiele oszczędzać. Ponieważ zaś od jakiegoś czasu nic nie kupuje, ma dużo u siebie. Kto wie czy nawet nie pół miljona...
— Mój Boże, jak ty to łatwo obrachowujesz, ależ tak jest... tak... niewątpliwie.
Dziewczyna mówiła szybko, nerwowo, ogarnęła ją gorączka.
— Już nie mówmy — mówiła dalej, tylko o posiadłościach ziemskich. W ziemi obliczyliśmy miljon.
— Tak jest.
— Gdy ojciec pojmował moją matkę za żonę był tylko ubogim parobkiem. Prawda?
— Prawda!
— Bogatym nazywa się rolnika, posiadającego sto do stu siedmdziesięciu tysięcy w ziemi.
— Eh! takich się prawie nie spotyka.
— Niech tak będzie. Teraz obliczmy, ile czasu potrzebowałby najbogatszy człowiek w Aubecourt by dojść do miljona. Bierzmy człowieka uczciwego, pracującego cały dzień, zapobiegliwego i oszczędnego?
— Ile czasu Marto? Ależ całe życie swoje i dziesięciu pokoleń.
Młoda osoba wstrzymała oddech. Podniosła mimowoli rękę do czoła, na które kroplisty pot wystąpił. Zimny dreszcz wstrząsnął jej ciałem.
— A mój ojciec — mówiła powoli cedząc słowo po słowie — nie posiadając nawet jednej piędzi ziemi przed dwudziestu pięciu laty, ma dziś miljon. Powiedz mamko, powiedz, co czynił Mateusz Raclot by się tak wzbogacić.
Staruszka stanęła jak wryta.
— Widzisz dziecko — rzekła w końcu — twój ojciec przedewszystkiem nigdy nie był człowiekiem pospolitym, wciąż pracował, a matka twoja także. Och! ona się zapracowała.
Marta obruszyła się.
— Pracą nie zdobywa się miljona, nawet gdy się już jest bogatym. Samaś mi to powiedziała.
— Pewnie. Ale z drugiej strony, wiesz że matka twoja odziedziczyła spadek.
— Ach prawda! spadek po ciotce Marcinowej! Ileż on wynosił?
— Dwa kroć pięćdziesiąt tysięcy franków co najmniej.
— Niestety dalekośmy od miljona.
— Tak Marto, ale twój ojciec za te pieniądze nie jedno kupił, a zawsze w najlepszych warunkach.
— Właśnie mówimy o kupnach mego ojca... Prawda? Jeśli się nie mylę, ciotka Marcinowa miała brata w Paryżu.
— Nie inaczej.
— Czy ten brat, któregom nie znała, nigdy nie widziała, o którym mój ojciec nigdy słówkiem nie wspomniał, a który dziś już może nie żyje, nie miał kilkoro dzieci.
— Dawniej mówiono, że pięcioro.
— Czy wuj mej matki odziedziczył tyle co ona.
— Nie; ciotka zapisała wszystko twej matce.
— Wydziedziczając brata?
— Tak!
— Czy ten brat był majętny?
— Gdzie tam! Ubogi jak Job biblijny.
— Miał pięcioro dzieci, a siostra go wydziedziczyła! rzekła gorzko panienka.
Odgadła że jej ojciec w tej całej sprawie odegrał ohydną rolę. Milczała chwilę, poczem odezwała się znowu:
— Powiedz Brygido, czy ojciec mój uszczęśliwił moją matkę.
— Oj, nie bardzo, Marto, nie bardzo, odparła staruszka, nie domyślając się jeszcze do czego dziewczę zdąża. Ta ostatnia zaś pomyślała, rozważając słowa Stanisława.
— Więc tak, matka moja umarła ze zgryzoty!
A głośno rzekła:
— Czy to prawda, mamko, że gdyby nie ty i twoje starania, ja nie byłabym żyła? Tak mi dawniej mówiono, jeśli się nie mylę.
— Ja tego nie mówię... ale istotnie urodziłaś się bardzo nędzną, malutką, mizerną. Zdawało się że dwóch tygodni nie dożyjesz!
— Powiedz prawdę, Brygido, czy cię wynagrodzono za to odpowiednio.
— Nic mi się nie należy. Muszę przyznać, że płacono dość regularnie. Twoja matka nieraz mi przynosiła co mogła, w tajemnicy przed mężem.
— Tak, więc by być uczciwą, trzeba się jej było kryć. Prawda, że ojciec mój skąpy i twardy dla drugich? Prawda Brygido?
— Twój ojciec, Marto, jest nieubłaganym, nawet okrutnym dla siebie samego, niech mnie Bóg broni, bym miała jego córce coś na niego powiedzieć.
— A przecie muszę, muszę się przez ciebie dowiedzieć co w okolicy o ojcu moim mówią.
— Chryste Panie!... krzyknęła przerażona kobieta.
— Pamiętaj mamko, żeś mi przysięgła. Odpowiadaj przeto na wszystko, nie kryj nic przedemną.
— Ależ, dziecko...
— Myślisz że ja mało już wiem?
— Rzeczywiście...
— Wiem, że mego ojca wszyscy nienawidzą. Ludzie uważają go za nędznika, zbójcę, wyjętego z pod prawa!
— Niestety, tak jest — szepnęła staruszka kiwając głową.
— Wiem, że mój ojciec przeklęty, a kto przeklnie ojca, tego słowa padają na dzieci.
— Boże, wielki Boże! Za cóż ty Marto masz cierpieć? Tyś anioł...
— Jam córką mego ojca! — przerwała dziewczyna rozdzierającym głosem. — Ludzie przedemną uciekają, gdyż jestem córką Mateusza Raclot. Wszyscy się mnie boją, rzucają kose a nienawistne spojrzenia, jednej przyjaznej duszy nie mam w Aubécourt! Wszyscy stronią ode mnie, jak od zapowietrzonego!
Tu dziewczyna urwała. Dawno wezbrane łzy puściły się strumieniem. Głuche łkania odbiły się o ściany izdebki.
— Boże, Boże! — biadała mamka.
W tem młoda panna zerwała się z siedzenia, obtarła oczy gwałtownie. Energia wyryła się na jej czole.
— Mamko droga, kochana mamko, powiedz mi jeszcze, jakim sposobem mój ojciec został właścicielem fermy Courand, w której był niegdyś parobkiem.
— Dziecko, błagam cię...
— Chcę wiedzieć! odparła Marta, tak rozkazującym tonem, że mamka się zdumiała.
— Nie gniewaj się Marto, nie gniewaj, powiem ci już wszystko. Ale uprzedzam... sama nie wiem nic, powtarzam tylko co drudzy mówią:
„Lambert ożenił się z córką gospodarza Nichaud. Gdy ten ostatni umarł, podzielono majątek między czworo dzieci. Lambert pozostał w fermie, lecz miał ciężkie wypłaty. Trzeba było zaciągnąć pożyczkę, ale u kogo? Do twego ojca nie szedł, gdyż ten, o czem wszyscy w okolicy wiedzieli, żądał za wielkiego procentu.
„Notarjusz, pan Poncelet, rozporządzał również znaczną kwotą, do tego też udał się nasz znajomy. Notarjusz mówił, że jego kapitał składa się z pieniędzy jego klientów, później się okazało, że to był osobisty majątek, tylko jednego Mateusza Raclot. Notarjusz był jego dobrze opłacanym pośrednikiem. Aby rzecz się nie rozgłosiła, nie kładziono nigdy na aktach hipotecznych nazwiska Mateusza, notarjusz miał na to ludzi, którzy nazwisko swe wynajmywali. Lambert wziął pięćdziesiąt tysięcy, podpisano go zaś na 70 tysięcy franków. Widzisz sama, że pan Poncelet nie był łaskawszym od twego ojca.
„Lambert miał pożyczoną sumę zwrócić w przeciągu sześciu lat, płacąc 6 procent od sumy 70 tysięcy“.
— To straszne szepnęła Marta.
„Na nieszczęście, na biednego Lamberta spadała klęska po klęsce — ciągnęła dalej niewiasta. — Jednego roku spadł grad i zniszczył cały plon; drugiego roku znowu powstał ogień. Wszystkie budynki mu uległy.
„Niedługo potem choroba zakradła się do jego stajni. I to go dobiło.
„Biedny człowiek, nie tylko nie zdołał wypłacić sumy i procentów, ale musiał udać się jeszcze raz do notarjusza, dla zaciągnięcia pożyczki. Pan Poncelet okazał się uprzejmym. Lambert na powyżej wymienionych warunkach pieniądze otrzymał.
„Zaczął powoli się podnosić, nastały lepsze lata; gdy w tem, Bóg go do siebie powołał.
— Nieszczęśliwy — szepnęła Marta, przerywając staruszce. — Kto wie, może ów straszny dług przyczynił się do jego śmierci.
— Tak mówią, moje dziecko, lecz ty wiesz, że ludzie zwykli przesadzać...
— Kończ mamko, kończ.
— Pani Lambert nie ocknęła się jeszcze po strasznym ciosie, gdy oświadczono jej, że musi niezwłocznie wypłacić sumę stu dwudziestu tysięcy, którą jej mąż zaciągnął, powiększoną procentami. Biedaczka nie miała z czego... Przyszły wyroki sądowe, dokumenta prawne spadały jak deszcz jedne po drugich. Koniec końców, ogłoszono licytację.
— Za ile sprzedano Courand?
— Za sto trzydzieści tysięcy, za połowę realnej wartości.
— Czyli ojciec mój otrzymał ją za ośmdziesiąt tysięcy.
— Tak jest.
— Cóż zostało nieszczęśliwej wdowie?
— Nic. Sprzedaż ruchomości, bydła, zboża i siana, złożyły się na zapłacenie kosztów sądowych.
— To potworne!
— Ach Marto, Marto, na cóż ci było wiedzieć o tem...
— Potrzebuję tego...
I mówiła dalej z akcentem bólu i zgrozy:
— A tamte dwie kobiety, do których łąki Nones i zagroda Hourie należały, czy ich posiadłości z lasami i winnicami mój ojciec nabył w ten sam sposób?
Mamka zwiesiła głowę na piersi, ale nic nie odrzekła.
— Pożyczki lichwiarskie, dochodzenia prawne, przymusowa sprzedaż, wszystko to rujnowało setki na korzyść jednego. To dzieło zniszczenia rozpoczęło się z chwilą, gdy ojciec mój wydarł spadek nieszczęśliwej rodzinie. Niecna spekulacja, na krzywdzie ludzkiej oparta, postępowała w dalszym ciągu; obdarto, ogołocono, wyzuto ze wszystkiego wdowy i sieroty!... Wszędzie, gdzie noga mego ojca postała, nie ma nic, prócz nędzy, jęków i łez!... Co za wstyd! Co za wstyd!
Łkania przerwały jej mowę. Ukryła twarz w dłoniach.
Mamka patrzyła na nią, wyglądała jak szalona, jej wzrok niepewny szukał oparcia. Nie wiedząc jak poradzić dziewczęciu, zaczęła płakać.
O jak gorzko żałowała teraz, że milczeć nie umiała.
Poczciwa chłopka czuła, że Marta potępia postępowanie ojca, że wstyd ją pożera, lecz nie pojmowała całego przewrotu i rozpaczy, jakiemu ta młoda, nieskalana dusza uległa. Nie domyślała się skutków, jakie te odkrycie za sobą pociągnąć miało.
Marta podniosła głowę. Okropny ból malował się w jej rysach.
— Droga mamko — rzekła, dziękuję ci.
— O, nie dziękuj mi, dziecię, nie dziękuj — odparła mamka.
— Dziękuję, gdyż musiałam dowiedzieć się o wszystkiem. Nie mam cię już o co pytać. Wiem całą sprawę.
— Marto twój wzrok mnie przeraża. Powiedz dziecko, co chcesz uczynić.
— Dowiesz się o tem wkrótce.
Silne postanowienie malowało się w oczach dziewczęcia, błyszczących gorączkowo.
Wstała z krzesła, chwyciła staruszkę za ręce, które okryła pocałunkami i wypadła z izby.
Gdy Marta weszła do domu, zamknęła się natychmiast w swoim pokoju. Mateusz Raclot nie wrócił jeszcze z swej codziennej przechadzki. Przytłoczona i osłabiona Marta upadła na fotel zatapiając się w ponurych myślach. Wybuchnęła spazmatycznym płaczem, który zdawał się rozsadzać jej piersi, wydając głuche jęki.
Czuła swoje niezasłużone nieszczęście, choć jeszcze nie zdawała sobie sprawy z jego gromu. Widziała jednak, że śmierć byłaby stokroć dla niej milszą od takiego życia.
— Znalazłam w końcu sekret, zadziwiającej fortuny mego ojca. Wzbogacił się ohydnie, niegodziwie, potwornie, eksploatując cudze nieszczęście, z okrucieństwem tygrysa. Jestem córką lichwiarza, jednego z tych, o których się mówi ze wzgardą, od których się każdy z obrzydzeniem i niechęcią odwraca. O! nieszczęśliwy! A jam jego córka, jego córka!
Kształcono mnie, wydawano na mnie, ubierano za przeklęte pieniądze! Za grosz wdowi! Za grosz sierotom skradziony! Chleb, który mi podają, łzy sieroce oblały! O biedne nieszczęśliwe, zgłodniałe, zziębnięte ofiary mego ojca!
Wstała i zaczęła się przechadzać szybkimi krokami wszerz i wzdłuż pokoju. Gorączkowe podniecenie pchało ją naprzód.
— Jakie to straszne — zawołała — nic do mnie nie należy, nawet ta suknia którą noszę.
Spojrzała w lustro.
— A te klejnoty, ten pierścień, te kolczyki, wszystko nie moje. Och! te klejnoty! Zdaje mi się, że mnie parzą! palą! Zdjęła pierścionek, kolczyki, bransoletę i schowała wszystko do pudełka, razem z dawnym garniturem, który nosiła jeszcze na pensji będąc.
Marta była ubraną dnia tego w czarną kaszmirową suknię, dość starą i wymiętą. Miała niejedną, elegancką toaletę, która mogła podnieść jej piękność, lecz tylko tę wybrała.
Przyglądając się w lustrze, szepnęła do siebie wzdychając.
— W tej mi najlepiej.
A jednak oczekiwano w zamku przybycia Jerzego. Powinna była przystroić się nieco.
Niestety wszelka kokieterja uleciała z duszy dziewczęcia, Marta miała głowę zajętą czem innem.
O pół do dwunastej zapukała służąca do jej drzwi. Ojciec wzywał młodą pannę do salonu. Marta zmoczyła szybko ręcznik i przesunęła po swej zapłakanej twarzyczce. Poprawiła zmiętą suknię i wyszła z pokoju. Wzruszona i drżąca weszła do salonu, lecz przestępując próg, potrafiła zupełnie zapanować nad sobą. Jerzy przybył przed chwilą i rozmawiał z swoim przeszłym teściem. Oblicze pana Raclot jaśniało wesołością, odbijając tem dziwniej od smutnej i zrezygnowanej postaci dziewczęcia.
— Dzień dobry ojcze, dzień dobry panu Jerzemu — odezwała się, wyciągając rękę ku narzeczonemu.
Jerzy chwycił tę drobną rączkę, lecz ze zdziwieniem i trwogą spojrzał na Martę. Niepewny, przycisnął rękę lekko i do ust podniósł.
Marta nie broniła.
— Hm! to zabawne! — rzekł pan Raclot do siebie, ciekaw jestem co to znaczy.
Jerzy pobladł, serce mu się ścisnęło, niepokój wzrastał, przeczuwał bowiem, jakieś bliskie nieszczęście.
Nie puścił ręki Marty, lecz wlepił w nią wzrok pełen niewymownego zdumienia. Pan Raclot skrobał się w głowę, jak to zwykł czynić, będąc parobkiem.
— Marto, jaka ty dziś smutna i jak dziwnie mnie witasz. Co ci to? Czyś cierpiąca? Czyż nie mógłbym poznać przyczyny twego smutku, mówił Jerzy półgłosem.
— Nie teraz panie Jerzy — odparła narzeczona.
— Kiedyż więc.
— Po śniadaniu.
— Ja się nie mylę Marto, ty się czemś martwisz?
— Tak.
— Masz duże zmartwienie?
— Tak.
Młodzieniec uczuł, że ręka Marty drżała w jego dłoni.
Zimny dreszcz przeszedł po nim.
— Obawiam się czegoś... pomyślał. Marta cofnęła swą rękę.
On uśmiechnął się smutno i zwiesił głowę.
— Hm, hm — sapał pan Raclot, niech mnie djabli porwą, jeżeli ja co z tego rozumiem.
Sytuacja nie była przyjemną. Na szczęście służąca otworzyła drzwi, prosząc do stołu.
Jerzy podał ramię Marcie, poczem wszyscy przeszli do jadalnego pokoju. Posiłek był bardzo skromny, jaja na miękko, kotlety z ziemniakami i trochę owoców na deser.
Mateusz Raclot nie był nigdy rozrzutnym.
Marta dziś prawie nic nie tknęła. Położyła trochę na talerz, by dodać odwagi Jerzemu, gdyż ten, po tak długiej podróży potrzebował posiłku. Pan Raclot, widząc smutek dziewczątka, nie był zadowolony. Zaraz po kawie chciał się oddalić do swego pokoju, pod pretekstem że nie chce palić fajki w obecności gościa. Młodzi mogli pozostać sami.
— Mój ojcze — odezwała się Marta gdy Mateusz Raclot brał za klamkę — proszę cię, pozostań chwilę. Możesz palić fajkę tutaj, a ja mam coś powiedzieć panu de Santenay i chcę byś ty ojcze słyszał. Ostatnie słowa wymówiła z przyciskiem.
Mateusz przymrużył jedno oko, i popatrzył na Jerzego.
— Ach tak! — odezwał się.
Potem nałożył fajkę z wielkim spokojem, zapalił ją i siadając na krześle rzekł:
— Zaczynaj Marto. Cóż powiesz panu de Santenay takiego, co i ja mam słyszeć?
Młoda panna musiała zebrać wszystkie siły. Uzbroiła się w resztę energji i zbliżyła się do narzeczonego.
— Panie Jerzy — rzekła — wiem że panu sprawię przykrość memi słowy, za to jednak przepraszam pana. Długo myślałam od pańskiej ostatniej bytności... i przyszło mi na myśl, żeśmy nie dla siebie stworzeni, że my nie powinniśmy się byli spotkać, ale fatalizm tak zrządził... Lecz pan zapomnij o mnie! nie myśl więcej o Marcie...
— Zapomnieć o tobie? powtórzył chłopiec głosem zdławionym.
— Tak być musi, postanowiłam za mąż nie wychodzić.
Okrzyk wyrwał się z piersi Jerzego. Posiniał, zmieszał się, nie chcąc uszom wierzyć. Wyprostował się nagle, jakby go ukąsiła żmija jadowita. Pan Raclot przestał palić, ścisnął fajkę zębami i rozwarł szeroko błędne źrenice.
— Marto, Marto, co mówisz? jęczał Jerzy głosem stłumionym.
— Co mówi, hm, hm, mówi wierutne głupstwa! — mruknął Raclot.
Marta spojrzała w stronę ojca. Było w tem wejrzeniu coś takiego, że lichwiarz musiał spuścić oczy.
— Nie chcę wychodzić za mąż — rzekła dobitnie.
Młody inżynier ukrył głowę w dłoniach. Żałosna skarga odbiła się o duszę dziewczęcia.
— Boże, wielki Boże! Nie rozumiem nic z tego, nic!
— Istotnie, panie de Santenay, i ja nie rozumiem więcej od pana — rzekł Raclot powstając z siedzenia... Zdaje mi się, że Marta majaczy lub postradała zmysły. To co mówi w tej chwili, jest tak idjotycznem, że nie wiem wprost co o tem sądzić. Zostawiam pana z moją córką, mów pan do niej tak, jak na to zasługuje. Masz prawo do tego! Sądzę, że potrafisz ją przekonać.
Pan Raclot oddalił się przy tych słowach, z miną bardzo niezadowoloną i trzasnął drzwi za sobą. Aby ochłodzić się ze złości, udał się do ogrodu. Tam siadł pod drzewem i zapalił fajkę.
Pierwsza myśl, która mu przeszła przez głowę, gdy usłyszał, że Marta nie chce wychodzić za Jerzego, brzmiała:
— Ależ, tem lepiej. Zostanie Marta, zostanie z nią pięćdziesiąt tysięcy franków w szkatule.
Skąpiec pocieszał się łatwo.
Jerzy zostawszy z Martą sam na sam, upadł do nóg dziewczęciu. Patrzył w jej oczy z wyrazem takiego bólu, tak niemej rozpaczy, że byłby poruszył kamień.
— Marto, Marto — szeptał — nie dobijaj mnie. Powiedz, com ci winien? Za cóż mnie tak karzesz?
— Pan nie zawiniłeś niczem, panie Jerzy.
Biedna panienka ledwo zapanować mogła nad sobą, drżała na całem ciele, jak w febrze lub gorączce.
— Czemuż więc obchodzisz się tak okrutnie ze mną? Czyim wpływom podlegasz? Marto, zaklinam cię na wszystko co ci jest drogiem, mów, wytłumacz się.
— Ja nie mam nic do powiedzenia panu.
— Marto — rzekł młodzieniec, powstając z klęczek. — Nie łudzę się już, znam cię dość dobrze by wiedzieć żeś stanowczą. Oddalę się od ciebie bez żadnej nadziei w duszy; chcesz, to będę cierpieć całe życie. Ale ja mam prawo, ja chcę, ja muszę wiedzieć, na czem się twoje postanowienie opiera.
— Niech pan o nic nie pyta, ja nic powiedzieć nie mogę...
— Marto, twoje milczenie zabija mnie. Najgorsza prawda nie może mi zadać sroższego bólu. Zrozumże w końcu, że milcząc, pozwalasz się domyślać wszystkiego...
— Nie, nie — krzyknęła dziewczyna, zrywając się z siedzenia — błagam pana na wszystko, nie domyślaj się niczego i nie staraj się nigdy dowiedzieć...
Młodzieniec stał w milczeniu i patrzył smutno na tę, która mu serce zabrała, całe, bez podziału, na tę, która za miłość, niewdzięcznością odpłacała. Milczał i myślał, w końcu wzruszył ramionami i rzekł z goryczą:
— Przed dwoma godzinami przybyłem do Aubécourt, czując się najszczęśliwszym z ludzi. Zdawało mi się, że trudno równać się ze mną, wszystko się do mnie śmiało, słońce, zieleń, pola, domy; serce moje kąpało się w radości, nadzieja napełniała mą duszę, miałem cię zobaczyć!... Ach! Marto, Marto, czyż mogłem się spodziewać, że z tego jasnego nieba spadnie piorun, który we mnie ugodzi?
Dziewczę westchnęło.
On ciągnął dalej:
— Czyż mogłem się spodziewać, że zamiast mojej ukochanej Marty, znajdę inną? Jeszcze tydzień temu rozmawialiśmy tak swobodnie, rojąc o przyszłości. Wtedy ręka twa spoczywała w mej dłoni, serce dziwny czar napełniał, tyś była wesołą, Marto, swobodną, a mnie olśniewało światło twych źrenic, miałem słońce w duszy.
Ściskałem twoją dłoń i mówiłem: „Marto, ja cię ubóstwiam!“ a tyś szeptała tuląc się do mnie: „a ja cię kocham Jerzy, o! kocham bardzo!“ — Dnia tego wieczorem żegnaliśmy się... Pamiętasz? Uścisnęliśmy się jak zwykle, przyczem, nachylając się do mego ucha szepnęłaś głosem, zupełnie do dzisiejszego nie podobnym: „Do rychłego widzenia Jerzy“.
Trzy dni temu, odjechałem wesół, dziś wróciłem z radością w duszy, mówiąc sobie: „ona czeka mego powrotu“. Jestem w tej chwili w obecności twojej, wszystkie formalności zostały już dawno wypełnione, a ty nie wahasz się mnie odtrącić, mówiąc: „nie chcę wychodzić za mąż!“
Dziewczątko płakało z głową na piersi zwieszoną.
— Pytam się, co się stało, ty nie chcesz mi odpowiedzieć. Ah! Marto, Marto, powiedz czem zasłużyłem na tak okrutną karę? Powiedz Marto, powiedz...
Głuche tkanie wyrwało się z jego piersi. Po chwili mówił dalej ze łzami w głosie:
— Marto, zasługujesz na to by cię ubóstwiano; powiedz... nie zdaje ci się, że cię za mało kocham... że cię nie oceniam należycie?...
— Och, nie mów tak do mnie! krzyknęła głosem przejmującym.
— A więc — odezwał się Jerzy patrząc prosto w oczy Marcie, ty mnie nie kochasz...
— Och co za posądzenie! — rzekła.
— Możeś mnie nigdy nie kochała — ciągnął zrozpaczony chłopiec, Marto, ja tylko to przypuszczam. Przypuszczam żeś oszukiwała siebie i nas, gdyś rzekła po raz pierwszy twojej przyjaciółce: kocham Jerzego“. Tak, usta twe kłamały, gdyś odpowiadała na me pieszczoty słowami: „Jerzy, ja cię kocham!“
— Panie Jerzy — odezwała się Marta gasnącym głosem — druzgoczesz mi pan serce.
— Tak, a ty Marto jak się obchodzisz ze mną? Czy zdaje się ci, że choć jedną kroplę goryczy mi oszczędziłaś? Gdybyś mi zanurzyła w sercu puginał po samą rękojeść, nie sprawiłabyś mi dotkliwszego bólu, i ty mi mówisz że cierpisz przezemnie? Na takie słowa wszystko się we mnie podnosi, a ja milczę... Ty mi dyktujesz straszny wyrok i chcesz bym w cierpliwości słuchał. Czy to możliwe? Nie, nie, po tysiąc razy nie.
Ile tylko nadziei mieści człowiek w sobie, ile szczęścia miłości, tylem tobie Marto oddał. Tylko w pożyciu z tobą widziałem szczęście, tylko ty jedna mogłaś moje życie promieniem szczęścia owionąć, a ty dziś, wiedząc o tem, nie wahasz się zniszczyć wszystko, moją nadzieję, szczęście, zamknąć świetlane bramy przyszłości. O! stokroć wołałbym umrzeć jak czego podobnego doczekać.
Marto, ja cię kocham! Kocham cię całą potęgą uczucia! Kocham cię jak nikogo na świecie nie kochałem nigdy. Bronię swego życia. Bronię szczęścia i przyszłości!
Nieszczęśliwa Marta ukryła twarz w dłoniach.
— Marto — rozpoczął Jerzy. — Marto, kochasz ty mnie?
Podniosła głowę i odrzekła głosem niedającym się opisać.
— Tak. panie Jerzy, kocham cię i będę kochać... zawsze...
— Kochasz mnie, i odpychasz bez litości?
— Nie mogę być pańską żoną.
— Dlaczego Marto? Dlaczego?
— Gdybym mogła odpowiedzieć, nie miałbyś pan o co mnie pytać.
— Widzę Marto, że stanęła między nami groźna przeszkoda, ale pozwól mi ją poznać, a z pewnością potrafię ją zwyciężyć.
— Panie, tej przeszkody ani pan, ani ja, nikt złamać nie potrafi.
— I naprawdę nie mam się dowiedzieć co to takiego?
Ruszyła przecząco głową.
— Czy to tajemnica?
— Tak.
— I mam istotnie zapomnieć o tobie?
— Tak być musi.
— Na zawsze?
— Na zawsze...
— Ach! Marto — zawołał Jerzy niecierpliwie — nie wiem co mam myśleć o tobie. Jeszcze raz powtarzam ci, że twoją odmową pozwalasz mi się wszystkiego domyślać, nawet rzeczy nieprawdopodobnych.
Marta drgnęła. Spojrzała na narzeczonego takim wzrokiem, jakby go chciała przeniknąć do głębi duszy.
— O Boże, czemuż jestem tak nieszczęśliwą? — zawołała gwałtownie.
Sił jej zabrakło. Upadła na krzesło, ręką podparła głowę i wybuchła łkaniem.
I Jerzy płakał...
— Marto, Marto — mówił z cicha — gdzie jest to nasze wymarzone szczęście?
— Cicho, cicho! Dość tego, nie sprawiaj mi pan tortur!
Milczeli chwilę.
— Marto — rozpoczął Jerzy — idę do mojego ojca, cóż mam mu powiedzieć?
— Że postanowienia nie zmienię.
— To znaczy, że nie chcesz za męża Jerzego de Santenay.
— Panie Jerzy, nie będę żoną pańską, ani niczyją.
— Nie będziesz pani zawsze tego zdania — rzekł Jerzy z goryczą — kto inny będzie pewnie szczęśliwszym odemnie.
Błyskawica zamigotała w oczach dziewczyny.
— Choćbym chciała, nikt takiej jak ja, za żonę nie weźmie!
Jerzy cofnął się, straszna myśl przeszła mu przez głowę, lecz odepchnął ją natychmiast ze wzgardą. Nie mógł wątpić o cnocie Marty, o jej nieskalanej czystości, więcej, jak że słońce w dzień świeci.
Nastała nowa chwila milczenia.
— Panno Marto — rozpoczął znów Jerzy — pani życzeniem jest, bym się oddalił na zawsze.
— Tak panie, na zawsze.
— Nigdyż się już nie zobaczymy?
— Tak być powinno.
— Pani życzy sobie, bym o niej zapomniał?
— Tak, tak, zapomnij pan o mnie.
— Zostań pani z Bogiem, panno Marto.
— Niech Bóg pana prowadzi, panie Jerzy.
— To ostatnie pani słowo było zimne i mroźne jak lód. Nie łudzę się już, pani nie masz serca.
Z piersi młodej bohaterki wyrwał się krzyk rozpaczy.
— Za wiele tego na moje siły, za wiele... — powtarzała.
Załamywała konwulsyjnie ręce, aż w stawach trzeszczały.
— Cóż chcesz pan bym uczyniła? Co mi powiedzieć wypada? wołała na pół obłąkana.
Jerzy zrozumiał że wszystko nadzieja zniknęła.
Spojrzał na Martę, i długo nie spuszczał z niej oka. W wzroku tym było więcej litości i bólu jak miłości. Naraz chwycił za kapelusz i wybiegł z salonu nie pożegnawszy się.
— Boże pozwól mi umrzeć! wołała Marta.
Głowę ukryła w dłoniach i tak siedziała bez ruchu, przytłoczona ogromem nieszczęścia.
Młody inżynier znalazł pana Raclot w ogrodzie. Przechadzał się spokojnie, w cienistej alei. Nie trudno mu było poznać, że Jerzy jest w rozpaczy.
— I cóż? zapytał bez najmniejszego wzruszenia.
Młodzieniec zwiesił głowę.
— Nie porozumiałeś się pan z Martą?
— Wszystko skończone, panie; szczęścia złamane! Nie ujrzę już nigdy panny Marty; nie mam o niej myśleć, mam o niej zapomnieć... jakby taki rozkaz był łatwy i możliwy do spełnienia.
— Nie umiałeś pan więc mówić odpowiednio?
— Powiedziałem wszystko, wszystko, co mi serce dyktowało.
— Cóż panu odpowiadała?
— Zawsze jedno i to samo: że nie chce wychodzić za mąż.
— Dlaczego?
— To jej tajemnica.
Młodzieniec westchnął, pożegnał pana Raclot, i w pół godziny był już daleko...
Odjeżdżał smutny, z boleścią w duszy, rozmyślając z goryczą o nietrwałości ziemskiego szczęścia.
Napróżno starał się odgadnąć powód postępowania Marty. Nic nie pojmował. Istotnie, w tem była tajemnica. Nie myślał o Marcie ze złością, i nawet nie wątpił o niej, tak głęboko ją kochał i szanował.
Czuł zresztą, że Marta jest ofiarą...