Milion ojca Raclot/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Milion ojca Raclot |
| Wydawca | J. Czaiński |
| Data wyd. | 1898 |
| Druk | J. Czaiński |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Million du père Raclot |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W Aubecourt i okolicy, źli ludzie ostrzyli języki.
Marta odgadła naprzód co będą opowiadać. — Mówiono, że generał de Santenay dowiedział się w końcu o łotrostwach Mateusza Raclot i wskutek tego, syn jego Jerzy, zerwał z Martą.
Ponieważ jednak, nie brak nigdy ludzi pomysłowych, którzy z niczego wiele stworzą i uzupełniają każdą opowieść własnymi dodatkami, nie dziw więc, że i tym razem powstało wiele bajek i plotek. Jedni opowiadali, że generał dowiedziawszy się o wszystkich praktykach lichwiarza, wpadł w ogromny gniew, który się zakończył paroksyzmem podagry.
A naopowiadawszy i natworzywszy ile się komu podobało, kończono: — Po tem wszystkiem taki pan jak Santenay nie mógł się żenić z córką Raclot’a.
Z drugiej strony — Marta opuściła szybko wieś i przepadła.
To naprowadziło gadułów na podejrzenie innego rodzaju.
Jedni mówili: — Po scenie jaka się odbyła w ich domu, panna Raclot nie mogła pozostać dłużej w Aubécourt. Wyjechała zapomnieć o swej hańbie!
Ale gdzie się udała? Jeden powód więcej do domysłów i przypuszczań dla ciekawych. Zaczęły krążyć różne zdania, nie zgadzające się między sobą, a mijające się zupełnie z prawdą. Jedni mówili że odjechała do Paryża, gdzie zapomni wkrótce o Jerzym i jego rodzinie. Drudzy odzywali się z miną tajemniczą, że nie mogąc być żoną pana de Santenay, została jego kochanką. Inni jeszcze nie bali się utrzymywać, że córka tego łotra Raclot’a, uniesiona najdzikszym gniewem z powodu zerwanego małżeństwa, uciekła z dependentem od notarjusza Rousselet.
Ów pan, który tak heroicznie porwał pannę Raclot, był istotnie kilka razy w zamku, lecz zawsze z jakimś interesem. Raz widziano go jak rozmawiał z Martą w ogrodzie i to naprowadziło plotkarzy na podobną myśl, zwłaszcza że młody chłopiec skończywszy studja i praktykę, wyjechał prawie równocześnie z Martą.
Nie ma wątpliwości, że znalazło się wielu, nie wierzących w te pogłoski, lecz inni nie znając stosunków, uwierzyli na słowo, czem cześć młodej dziewicy skalano, opinię zbryzgano błotem.
Stara mamka była świadkiem plotek jednych, obelgi drugich, a złości i nienawiści wszystkich.
Uniesiona oburzeniem, gniewna, zaciskała pięści, gryzła do krwi paznogcie, by nie rzucić się na szyję i nie zdławić oszczerców.
Lecz Marta nakazała milczenie, nie chciała by ją broniono, zezwalała na wszystko.
Ach! gdyby jej było wolno mówić, dopierożby się zemściła! Pana Raclot rzucała im na pastwę z przyjemnością, można było mówić wszystko o nim, jej to nie obchodziło, ale dotknąć Marty, zbrudzić tak dziecię, które własną piersią wykarmiła, och! tego Brygida nie zapomni do śmierci!
Mimo tego musiała milczeć! A milcząc, zdawała się wchodzić w sojusz z tymi językami żmij i jaszczurek.
Milcząc, cierpiała więcej z własnej niemocy, jak z powodu największych obelg. Pytała się ciągle:
— Gdzie Marta? Co robi? O! najdroższa, najukochańsza pieszczoszka, jak ona cierpi, jak tęskni i płacze!
Lecz ulga napełniała jej serce, gdy pomyślała o Dominikankach. One tak lubiły Martę, więc jej zginąć i zmarnieć nie pozwolą. Marta według niej była aniołem.
Matka Langier była dobrą i pobłażliwą dla wszystkich, lecz gdy jej kiedy stanął w myśli Mateusz Raclot, unosiła się gniewem, a w duszy przeklinała.