Milion ojca Raclot/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Milion ojca Raclot |
| Wydawca | J. Czaiński |
| Data wyd. | 1898 |
| Druk | J. Czaiński |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Million du père Raclot |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Mateusz Raclot doszedł do olbrzymiego majątku, ale jak? Każdy grosz jego krzywdą ludzką zmazany, piekłby innego w palce, dla złota nieszczędził ni oszustw, ni lichwy, ni grabieży.
Nie jednego zrujnował na zawsze; miał milion, za którym stał tłum ludzi wynędzniałych, głodnych, obdartych, których jęki i łzy odbijały się o tron Najwyższego!
Dziś znano go, wiedziano co to za człowiek, nikt też nie śmiałby go nikomu za wzór postawić.
Że to był nędznik, wiedziano powszechnie. Nikt go nie szanował, a każdy przeklinał, lecz wszyscy myśleli tylko, głośno nikt się nie odzywał. Był to bowiem bogacz, a takich nieprzyjaciół trzeba się strzedz.
Nikt się do niego nie garnął, unikano go powszechnie, lecz gdy kto go na swej drodze spotkał, odzywał się, grzecznie kłaniając:
— Dzień dobry panie Raclot! Do usług pana! Upadam do nóg!
O! siło niezwyciężona! Kto cię posiada, korzy przed sobą tłumy, zamienia ludzi uczciwych w podłych niewolników.
Mateusz Raclot żył sam w swym zamku, jak niedźwiedź w swej norze. Nic dziwnego, nie przyjmowano go nigdzie, nie miał też komu domu otwierać.
Jemu z tem było dobrze. Wystarczało dlań spojrzenie na te pola i łąki rozciągające się do końca widnokręgu i rzec do siebie, „wszystko to moje!“ aby serce radością i szczęściem napełnić. Powrót Marty, zmienił trochę życie w zamku, z młodą dziewczyną przybyła wesołość, ruch i choć cień tylko swobody.
Dzieweczka wiedziała że ojciec jej jest majętnym, lecz ani okrągłej sumy nie znała, ani też przypuszczała jakimi środkami ów majątek został zdobytym. Nie wiedziała również, że cała okolica, wszyscy co go otaczają nienawidzą go i brzydzą się nim. Marta nie zmieniła się wcale. Była zawsze skromną dziewczyną, łagodną, bez cieniu dumy i wyniosłości, a że miała serce tkliwe, uczuła wkrótce że otacza ją ogromny chłód, który ją mroził i dziwił.
Nieraz było jej tak smutno, że zdawało się że serce zamrze w piersi, gdy spostrzegła, że każdy unika jej, lub przystępuje z nietajoną trwogą.
Jeśli się zbliżyła kiedy do której ze swych dawnych znajomych i przyjaciółek, ta spoglądając z nieufnością nie śmiała doń przemówić.
Biedna Marta pragnąca kochać wszystkich, czuła, że nikt nie odpłaca jej wzajemnością.
Martwiło ją to bardzo.
I nieraz lała łzy obfite, widząc że tak ją źle rozumieją.
Tylko serce jednej kobiety w Aubécourt, nie zmieniło się dla Marty. Jej dawna mamka pozostała jej wierną. Tak, tylko stara Brygida nie sprzedawała pieszczot, czulszych spojrzeń i całusów. Marta mogła powierzyć swej starej „matusi“ wszystkie troski i cierpienia swoje, gdyż ona jedna ją rozumiała.
Ile razy dzieweczka nazwała ją „matką“ dwie łzy jak groch stawały w oczach staruszki.
Brygida, zasypywana pytaniami natrętnej pieszczotki, wykręcała się jak mogła; bo i jakże powiedzieć Marcie: ludzie brzydzą się twoim ojcem, nie dziw, że i na cię patrzą z nieufnością.
— Widzisz moje dziecko — mówiła — ciebie wychowano w mieście, jesteś taką śliczną, dobrą, rozumną, że twoje dawne znajome muszą czuć mimowoli szacunek.
— Przecie ja pierwsza podaję im rękę, chcę je uściskać, żyć jak dawniej, a one...
— To nie ma nic do rzeczy — przerywała mamka — one czują dobrze różnicę między panną Raclot, a wieśniaczkami. Bardzo to dobrze, że cię od zbytecznej poufałości wstrzymują.
Marta z westchnieniem spuszczała oczy.
Poczciwa mamka przyciskała wówczas głowę dziewczęcia do piersi, pokrywała jej czoło i lica gorącymi pocałunkami i szeptała do siebie:
— Biedactwo, jak ją mało znają.
Pomiędzy panienkami z klasztoru, była jedna, którą Marta szczerze pokochała. Była to Matylda Santenay, córka generała brygady, o kilka miesięcy od Marty starsza. Marta i Matylda żyły razem, kochając się jak siostry.
Generał de Santenay był wdowcem; mieszkał o kilka kilometrów od miasta, lecz nie posiadał takiego zamku, ani dóbr tak rozległych jak pan Mateusz Raclot.
Przeciwnie, rezydencja pana Santenay do najskromniejszych mogła być policzoną, gdyż generał nie był człowiekiem majętnym. Był już dla podeszłego wieku spensjonowanym, miał przeto sześć tysięcy rocznego dochodu, ale nic po za tem. Nie mógł nigdy oszczędzać, gdyż mając dzieci, łożył na ich wykształcenie. Matylda miała brata o ośm lat starszego, który nie mało kosztował ojca, trzeba było utrzymywać go w szkołach, później na uniwersytecie, gdyż młody Jerzy Santenay poświęcił się politechnice. Licząc dwadzieścia sześć lat życia, został inżynierem i jakby przez szczególną łaskę znalazł zatrudnienie, w prowincji, zamieszkiwanej przez ojca.
Jeśli ojciec kiedy poświęcał się dla syna, nie potrzebował tego żałować, gdyż młody człowiek nagradzał go sowicie pracą, zapobiegliwością i wdzięcznością. Jerzy miał już ładną pozycję, nie potrzebował walczyć, tylko uczciwie iść naprzód aby przyszłość sobie zapewnić.
Stary generał i bez tego mógł być o los Jerzego i Matyldy zupełnie spokojny. Dzieci jego bowiem miały bogatą ciotkę w osobie starszej siostry matki, która dzierżyła w swym ręku ogromny majątek.
Panna Lormeau była niemłodą, gdy dorobiwszy się w Paryżu uczciwą pracą kilko-krociowej fortuny, przybyła w okolicę zamieszkałą przez generała.
Całe życie zajęta w mieście, początkowo jako krawcowa później jako właścicielka jednego z najbardziej uczęszczanych magazynów konfekcji damskich, pragnęła przy schyłku życia odetchnąć świeżem wiejskiem powietrzem.
Panna Lormeau nie miała bliższych krewnych nad generała i jego dzieci, i już dawno oświadczyła, że majątek podzieli na połowę między Jerzego i Matyldę. Czekała tylko sposobności, wierząc, że przyjemniej uszczęśliwiać za życia, jak po śmierci.
Marta widziała Jerzego kilkakrotnie w rozmownicy klasztornej, gdyż młody chłopiec często odwiedzał swą siostrę.
Nawet rozmawiała z nim, naturalnie zawsze w obecności Matyldy, gdy im pozwolono przejść się we troje po klasztornym ogrodzie. Młodzi ludzie widzieli się również u generała, ale już o wiele swobodniej.
Pan de Santenay wiedział, że przyjaciółka jego córki nigdy nie wychodzi z klasztoru. Święta, Nowy Rok, a nawet wakacje zwykła przepędzać za murami. Przykro mu się zrobiło, zwłaszcza że Matylda, ilekroć klasztor opuściła, błagała ojca, by Martę do siebie zaprosił. Ojciec chętnie się zgodził, pomówił z zakonnicami, lecz te, bez zezwolenia ojca panny Raclot nikomu powierzać jej nie śmiały.
Marta napisała kilka słów do Aubécourt, na które zjawiła się niebawem odpowiedź. Pan Raclot dziękował generałowi de Santenay i jego córce za zainteresowanie się Martą, zaznaczając, że nie ma nic przeciw bywaniu dzieweczki w tak godnym domu.
Odpowiedź sprawiła żywą radość panienkom. Od tej chwili i Marta w niektóre dnie opuszczała klasztor.
Tak była pieszczoną i przyjmowaną w domu generała, że można ją było uważać za drugą córkę. Panna de Santenay wyszła z klasztoru wcześniej od Marty. Lecz rozłączenie nie ostudziło ich serc w przywiązaniu. Ile razy zdarzyła się sposobność, Matylda odwiedzała przyjaciółkę, zapraszając ją jak dawniej na święta i wakacje do siebie.
Młody inżynier mógł w tym roku częściej spotykać Martę, widywał ją ilekroć wyszła z klasztoru, gdyż Matylda uprzedzała go zawsze listownie. Jerzy spieszył do domu i przybywał na czas.
Czyż trzeba upewniać czytelnika, że Jerzy de Santenay, widząc tak urocze zjawisko, nie mógł pozostać długo nieczułym. Prawie już od roku kochał ją, tą pierwszą młodzieńczą miłością, która w kraje zaczarowane prowadzi, kochał ją szczerze, gorąco, namiętnie, żył tylko dla niej, dla niej oddałby życie.
Kochał Martę, lecz bał się jej wyznać, bo skądże pewność że go nie odtrąci, że zechce go usłuchać, że za uczucie uczuciem odpłaci. Jerzy tej pewności nie miał, więc tłumił w głębi serca miłość, jako skarb najkosztowniejszy.
Lecz gdy przyszło mu na myśl, że panna Raclot opuszcza już klasztor, że może jej nigdy nie obaczy, krew uderzyła mu do głowy. Wróci do ojca, jest piękną, bogatą, cnotliwą, niejeden o jej rękę poprosi... a wtedy... ta myśl była tak okrutną, i taki żywy ból Jerzemu sprawiła, że dłużej niemógł panować. Maska spadła nareszcie.
Wówczas z trwogą i nieśmiałością, jakie zwykle znamionują prawdziwie zakochanych, udał się do swej siostry. Nie miał odwagi powiedzieć Marcie, że ją kocha, ubóstwia; siostrę obrał za powiernicę, jej odkrył serce, ją prosił o wybadanie przyjaciółki, o odpowiedź. Los się jego rozstrzygał. Zostanież mu rozpacz, czyli też nadzieja?
— Braciszku mój — rzekła uśmiechając się siostra — nie od dziś znaną mi jest twoja tajemnica, zdaje mi się że i ojciec coś odgaduje.
Zdradziłeś się sam, prosząc by ci donosić o każdem przybyciu Marty. Dziś jeszcze pomówię z Martą, i zażądam odpowiedzi. Jestem pewną, że odpowie z tą zachwycającą szczerością, którą zwykła podbijać serca.
Ach! mój drogi, jedyny braciszku, gdybyż cię ona kochała! Nie mogę sobie większego szczęścia nad to wyobrazić.
Przyjaciółka siostrą!...
Lecz dlaczegóż nie miałaby cię kochać? Jeżeli sama może być kochaną, to ty nie mniej zalet posiadasz, czyż mógłby kto oprzeć się tobie?
Jerzy przyznał się siostrze do wszystkiego jeszcze z rana, przed śniadaniem.
Po południu, obie przyjaciółki przechadzały się pod rękę po obszernym ogrodzie.
— Marto — rzekła Matylda, gdy wchodziły w aleję, mam ci odkryć wielką tajemnicę.
— A więc słucham cię...
— Wiem że z tobą można mówić otwarcie, dla tego wyznam ci prawdę, bez żadnych ogródek.
Marto dziś z rana odkrył mi mój brat, że cię kocha, otworzył mi swe serce, gorejące dla ciebie najczystszem uczuciem.
Panna Raclot drgnęła, twarz jej pokraśniała jak u świeżo dojrzałej wisienki. Serce jej przepełniła nieznana rozkosz.
— Dowiedz się Marto — ciągnęła Matylda — że Jerzy kocha cię od roku, lecz nie mówił nic, jakby miłość dla cię zbrodnią była. Kocha ciebie tak miłą, piękną, czarującą i doskonałą pod każdym względem.
Marta chwyciła się bezwiednie ręką za serce, słuchała i wpatrywała się w swą przyjaciółkę, cała w ekstazie.
— A teraz Marto — ciągnęła Matylda, cóż mam odpowiedzieć Jerzemu. Mamżeż mu wnieść szczęście, czy w boleści pogrążyć?
Marta wstrząsnęła się znowu, oczy jej zabłysły nietajoną radością, rzuciła się na szyję przyjaciółce, a ściskając ją i całując, szepnęła głosem cichym ze wzruszenia:
— Matyldo, ja kocham twego brata!
Panna de Sautenay nie była w stanie stłumić zadowolenia:
— Ach! będziesz mi siostrą — wykrzyknęła. Całowały się, płacząc. Och! jak słodko jest takie łzy ronić.
W chwilę potem Jerzy na pół szalony z radości, oznajmił siostrze, że odmowna odpowiedź mogła go zabić na miejscu.
Jeszcze tego dnia generał dowiedział się o wszystkiem.
— To dobrze — rzekł. — Miałem czas poznać rzadkie cnoty panny Raclot; wiem jak jest nieocenioną. Jerzy nie mógł wybrać lepszej kobiety, więc zgadzam się na wszystko. Lecz pytanie wielkie, czy pan Raclot nie będzie nam przeszkadzał. Nie znamy go, a kto wie czy nie ma kogoś upatrzonego dla swej jedynaczki. W każdym razie, z powodu waszej obopólnej sympatji, panna Raclot nie może tu bywać więcej.
— Na szczęście — odezwała się Matylda, Marta już nie długo opuszcza klasztor.
— Kiedy panna Marta wróci do domu, ojciec jej prawdopodobnie nas zaprosi. Wtedy udamy się we troje do Aubécourt. Ja opowiem panu Raclot przebieg rzeczy, jeśli nie będzie jeszcze wiedzieć o miłości mego syna do swej córki, poczem poproszę o rękę Marty Raclot. Trzeba jak najprędzej projekt urzeczywistnić.
Jerzy i Matylda zgodzili się jednogłośnie na rozumne słowa generała.
Marta nie była przy rozmowie ojca z dziećmi, lecz jeszcze tego wieczora Matylda wtajemniczyła ją we wszystko.