Milion ojca Raclot/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Milion ojca Raclot |
| Wydawca | J. Czaiński |
| Data wyd. | 1898 |
| Druk | J. Czaiński |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Le Million du père Raclot |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pracę dwojga małżonków można było do murzyńskiej przyrównać. Ani chwili wytchnienia, cały dzień, a nawet większą część nocy.
Mateusz, nieubłagany dla siebie samego, obdarzony zresztą niewyczerpanem zdrowiem, nie miał litości dla swej żony, nie wierząc by jej kiedy mogło sił zabraknąć.
Dla pieniędzy trzeba się chyba było rozerwać, duszę z siebie wyzionąć.
Zresztą, Celina z dniem każdym stawała się bardziej do męża podobną.
Tak jak Mateusz zaczęła pragnąć i żyć dla zysku.
Oboje pragnęli majątku.
Odmawiali sobie wszystkiego, nawet rzeczy najniezbędniejszych, a gdy pewną sumę uskładali, kupowali kawałek gruntu, który do reszty swych posiadłości przyłączali.
Lecz dla tego kawałka ziemi trzeba było pracować jak wół; Celina nie ustawała, lecz ta praca podkopywała jej zdrowie. Zajęcie około siebie i własnego domu było bardzo niewielkie, lecz skończywszy je, udawali się na robotę, tam gdzie ich ręce były niezbędne. Nigdy jednego dnia nie stracili. Zresztą dla czegoż mieli w domu siedzieć. Płacono im dobrze, a żywiono jeszcze lepiej. O! państwo Mateuszowie szukali zajęcia tylko tam, gdzie dobrze jeść dawano. Przy tem Mateusz nie zaprzestał swych dawnych operacji lichwiarskich. Zysku potrzebował, a każdy środek do zysku prowadzący uważał za dobry.
W domu, czuł się brak wszystkiego. Nie było bielizny, sukien, Mateusza ubranie to jedna wielka łata, a z koszul strzępy.
Celina, dawniej trochę zalotna, ogromnie starannie ubrana, wyglądała teraz jak żebraczka, miała ledwo jedną suknię, w dość dobrym stanie, którą wdziewała, gdy szła na Mszę św. w niedzielę. Czasami odważała się rzec mężowi:
— Mateuszu trzebaby przecież to lub tamto kupić.
Mateusz podnosił ramiona i odpowiadał:
— Och! mamy jeszcze dość czasu. Do pracy w polu nic nam lepszego nie potrzeba. Jak te się zniszczą, to pomówimy.
I biedna kobieta musiała noce całe przepędzać na naprawkach, łataniu i cerowaniu.
Celina starzała się z dniem każdym, jej młodzieńcza świeżość już znikła bezpowrotnie, niedyskretne żyłki i zmarszczki napełniły jej czoło i lica, zaczęły jej padać włosy, zębów miała coraz mniej, skóra wyciągnęła się, straciła elastyczność, co ją wszystko prędzej do skieletu jak do człowieka robiło podobnem.
Mateusz za to, wyglądał zawsze jednakowo. Włoska jednego mu nie brakło, broda zatrzymała dawną czarność. Praca bez końca zdawała się go podtrzymywać. Ten człowiek był zbudowany tak, że mu śmiało sto lat życia można było wróżyć. Wydawał się wykuty z żelaza.
W szóstym roku małżeńskiego pożycia, Celina wydała na świat córkę, lecz tak małą, bezkrwistą i słabiutką, że rozumna matka oświadczyła wręcz, że w jej życie nie wierzy. Lecz cóż było robić, Bóg dał, trzeba więc było starać się nędzne życie dzieciątka podtrzymać.
Istotnie, szkoda było śmierci dzieciny, której buzia była już bardzo ładniutką. Lecz nowe zmartwienie... Gdy Celina podała pokarm dziecięciu, to straciło resztę sił, gdyż matczyna pierś była zupełnie suchą, bez kropli mleka. Nic dziwnego, organizm biednej kobiety był już zupełnie wyczerpany.
Mateusz skrzywił się niemiłosiernie.
— Trzeba będzie na flaszeczce ją wychować — odezwał się.
Celina zmartwiona płakała gorzko. Zwróciła swe oczy na Mateusza i rzekła stanowczo:
— To dziecię nie może być flaszką karmione. Jeśli chcesz, Mateuszu, by twa córka żyła, trzeba jej wziąć mamkę.
— Mamkę — powtórzył — toż to trzeba jej będzie płacić przynajmniej piętnaście franków miesięcznie.
Lecz kobieta mówiła zupełnie stanowczo, trzeba ją słuchać i poddać się nieubłaganemu losowi.
W samem Aubécourt znalazła się kobieta mająca dwumiesięczne dziecko, a pokarmu tyle, że dwoje dzieci doskonale karmić mogła. Z największą chęcią zaopiekowała się dzieckiem małżonków Raclot. Mała Marta została więc jej powierzoną.
W niejakim czasie, Marcin, kupiec wina, umarł. Wdowa wezwała co prędzej Mateusza do Paryża. Potrzebowała go, jak i jego rady koniecznie.
Mateusz przyjechał z obliczem zastosowanem do okoliczności. Był nawet dość dobrym komedjantem by zapłakać, on, który pewnie od dzieciństwa jednej łzy nie uronił.
Zabawił trzy dni u ciotki, lecz w każdym razie coś postanowiono. Czyż trzeba upewnić, że od sześciu lat które był żonatym, nie zaniedbywał swej ciotki, ciotki po której śmierci wyczekiwał spadku.
Mateusz umiał tak dobrze kryć swe zamiary pod maską dobroduszności i skłonności, że potrafił się wkraść zupełnie w łaski i zyskać zaufanie, poczciwej kupcowej. Udając doskonale, że mu tylko o spokój i interes ciotki idzie, krył swe niecne zamiary. Od czasu zamęścia, a nawet wcześniej, rozpoczął swój plan, który do końca pragnął doprowadzić.
W testamencie Marcinowie zapisali wszystko temu z pomiędzy siebie, kto drugiego przeżyje, bez żadnych zastrzeżeń.
Podczas gdy pani, Marcinowa sprzedawała wszystko w Paryżu, zamieniając na gotówkę, Mateusz kupował w Aubécourt w imieniu ciotki ładny dom, a ten po niezbędnych poprawkach, do których się niezwłocznie wzięło, wyglądał jak ładna siedziba mieszczańska.
Wdowa ceniła wysoko swego siostrzenica Raclot, i nie było według jej zdania człowieka inteligentniejszego, znającego się lepiej na interesach; wszystko co powiedział, zgadzało się z jej zapatrywaniem, w każdym razie można było zasięgnąć jego rady; jednym słowem, dla niej Mateusz był wyrocznią.
Pani Marcinowa była na wyjezdnem, gdy otrzymała list Mateusza:
— „Wszystko gotowe“.
Przybyła do Aubécourt, zapominając, czy pragnąc zapomnieć, że w Paryżu zostawał jej brat, który nie długo będzie mógł pracować, jej bratanki i bratanice, którym nie raz przychodziło walczyć ciężko z nędzą.
W gruncie rzeczy, była to nie zła kobieta i miała dobre serce. Nieraz dopomagała bratu, który może nadużył trochę jej wspaniałomyślności; w każdym razie siostra nie mogła powiedzieć, że zbyt częste proźby ją zniechęcają; przecież jej majątek pozwalał na jałmużnę nie tylko swoim ale i obcym. Lecz Mateusz Raclot uwinął się dobrze.
Dwanaście lat minęło.
Mała Marta pielęgnowana starannie przez swą mamkę, straciła znamię słabowitości i braku krwi, z dziecka wyrosła na panieneczkę, a na tej twarzyczce jasnej i promiennej, samo zdrowie zakwitło.
Była ładną, tak ładną i miłą, jak rzadko dziewczynka w jej wieku, i w miarę jak rosła, piękniała jeszcze.
Była łagodną, uprzejmą, o ogromnie czułem na nędzę ludzką sercu, o charakterze bez skazy.
Ciotka Marja ją ubóstwiała, cieszyła się szczególnie, gdy widziała ją dzielącą się z innemi dziećmi, a nawet rozdającą wszystkie łakocie, któremi jej kieszenie napełniano.
— Och! jakie dobre, złote serduszko — zwykła mawiać staruszka.
Lecz trzeba się było z swą ukochaną rozłączyć, nadszedł wiek nauki i pracy. Rodzice oddali Martę do jednego z najlepszych zakładów naukowych, kierowanego ręką zakonnic. Ciotka sobie tego życzyła. Ojciec Mateusz, gdyż tak go teraz zwano, nie mógł się sprzeciwiać, ciotka bowiem wszystko płaciła.
Marta była od dwóch lat na pensji i właśnie po raz pierwszy do Komunji św. przystąpiła, gdy ciotkę jej Bóg do siebie powołał. Jak się tego łatwo można było domyśleć, cały majątek przeszedł testamentem w ręce pani Celiny Raclot.
Juliusz Bertrand wraz z całą rodziną był zdumiony i przerażony.
Żyć tak długo w nadziei mniejszej nędzy i nie otrzymać nic, było dla biedaków ciosem, równającym się uderzeniu gromu.
Lecz cóż poradzić? Co czynić?
Kto wie czy spadek nie został wyłudzony, lecz jak to dowieść?
Testament przez notarjusza podpisany był w obliczu spadkodawczyni i dwóch świadków. Nieszczęśliwi Bertrandowie zostali zupełnie pominięci.
Nie pozostawało im nic, jak westchnąć i spuścić smutnie głowę.
W Aubécourt i Ligoux ludzie uczciwi drżeli z oburzenia.
Uczynek pani Marcinowej był istotnie karygodnym.
Sprawiedliwość wymagała, by Raclot zwrócił jakąś część Bertrand’om, do których miała należeć większa połowa majątku. Ludzie szemrali z cicha, za pokrzywdzonym jednak głośno nikt się nie ujął i oni tylko mieli powód skarżyć i upominać się.
Już od dość dawna ojciec Mateusz wyszedł z łaski współbraci, lecz nigdy nie szarpano sławy jego tak dotkliwie. Jego jednak mało obchodziły, choćby najbardziej niepochlebne pogłoski. Miał spadek w ręku, a jako bogacz, mógł śmiało urągać opinji publicznej.
Po ciotce odebrał przeszło dwa kroć franków. Ziścił się najpiękniejszy jego sen! Mając taki majątek, stawał się najbogatszym panem w okolicy.
We dwa lata później Mateusz owdowiał. Nie bardzo posmutniał. Sam był zdrów jak ryba, wyglądał czerstwo, nie bał się więc śmierci. Zresztą miał pełne szkatuły, biurka i szafy, a cóż lepiej jak złoto żonę zastąpić może? Żona... cóż to za strata?... Pieniądz to szczęście... to raj!...
Majątek jego wzrastał, powiększał się z dniem każdym. Ziemię zawsze lubił, więc skupywał dobra jedne po drugich. Zdawało się, że marzeniem ojca Mateusza jest, wejść w posiadanie terytoriów Aubécourt, Ligoux i całej okolicy.
Już nie pracował, bo i po cóż? dawny wyrobnik, chłopak stajenny, miał podwładnych bez liku, dawniej pracował dla innych, nadszedł dziś czas wypłaty!
Cały oddany rachunkom i obrotom finansowym, nie miał czasu, ani też pragnął zajmować się córką, która kończyła edukację u sióstr dominikanek. Tam jej było najlepiej, inaczej ojcu by pewnie przeszkadzała w zajęciach.
Młode dziewczęta są czasem zanadto ciekawe, chciałyby o wszystkiem wiedzieć, zadają tysiące pytań, czasem nader kłopotliwych.
Marta czuła dobrze, że ojciec mało o niej myśli, lecz za to miłością gorącą otoczyły ją przełożone i rówieśnice. Nic dziwnego, była jedną z najlepszych uczennic, pracowita, pragnęła wiedzy, to też wkrótce odebrała wykształcenie gruntowne. Mówiła dobrze kilku językami, grała ślicznie na fortepianie, rysowała i malowała. A nadewszystko miała śliczny sympatyczny głosik, którym każdego do łez wzruszyć mogła.
W siedemnastym roku życia, złożyła wszystkie egzamina i została nauczycielką.
Robak skąpstwa toczył oddawna wnętrze pana Raclot, lecz ten człowiek miał inne jeszcze wady, był ambitnym bez miary, pomiatał innymi, pycha go nadymała.
Uznał niebawem że domek pani Marcinowej, do którego się niezwłocznie po jej śmierci sprowadził, jest za mało wspaniałym i nie ma wyglądu siedziby wielkopańskiej.
Właśnie w tym samym czasie, można było nabyć zamek Aubécourt z przyległościami, pan Mateusz się zaraz zgłosił i kupił za pół darmo.
Kilka lat przed tem powiedział sam do siebie:
— Chcę posiadać milion!
Posiadał go dziś istotnie.
Od dziś, nikt by nie śmiał inaczej jak „wielmożnym panem Raclot“, tytułować dawnego Mateusza. Marta właśnie kończyła siedemnasty rok życia.
Skończyła wreszcie nauki i wracała do ojca.