Przejdź do zawartości

Milion ojca Raclot/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Richebourg
Tytuł Milion ojca Raclot
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1898
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Million du père Raclot
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Historja którą mamy zamiar opowiedzieć, jest zupełnie prawdziwą, jest to przebieg życia wieśniaka chciwego i wielkiego niegodziwca. Mówiono nam, że tacy istnieli wszędzie, nie tylko we Francji. Człowiek, o którym mowa, zwał się Mateusz Raclot. Jego współbracia zwali go Mateuszem, później ojcem Mateuszem, aż nadszedł czas gdy nawet nosił miano pana Raclot. Nie powiemy do jakiej prowincji należał, dość będzie czytelnikowi wiedzieć, że wioska którą zamieszkiwał zwała się Aubécourt.
Aubécourt to wcale ładna miejscowość, licząca do 800 dusz, nad którą górował zamek zbudowany za czasów Franciszka I. Lecz w dzisiejszych czasach, po tylu wojnach, dawna siedziba feodalna zgrzybiała, tynk poodpadał, mur trzęsie się cały, i nie długo z tego gmachu przeszłości, nie pozostanie nic prócz wielkiej mogiły gruzów...
Wioska Aubécourt leży na brzegu małej rzeczułki, która wskutek licznych mniejszych i większych rozgałęzień, nawadnia nie jedną bogatą i obszerną łąkę. Domy po większej części stoją u stóp starożytnego zamku, a ten z swej wysokości zdaje się przypominać, że kiedyś ci, którzy się w nim chronili, byli panami całej okolicy. Wieś sama może nie wielka, za to terytorja do niej przynależne rozciągają daleko swe granice, w największej części są pokryte zbożem, a każda wyniosłość, każdy pagórek zdaje się uginać pod ciężarem winnych latorośli. Nie trzeba chyba dodawać, że wszyscy prawie mieszkańcy są rolnikami lub właścicielami winnic. Naturalnie i tam nie brak piekarza, kupca tytoniu, karczmarza, szewca, stolarza, nie brak też i biedaków, nie posiadających żadnej własności, którzy pragnąc zapracować na kawałek chleba, muszą wysługiwać się innym.
Za to nie znajdziemy tu ani jednego żebraka, gdyż tam, gdzie pracy dla wszystkich wystarczy, o nędzy mowy być nie może. We wsi, prócz jednego robotnika mającego zbyt liczną rodzinę do wyżywienia i drugiego, który wskutek ciągłej niemocy zarabiać nie może, znajdzie się chyba jaki próżniak na głód narzekający.
Rolnicy tej wsi mają się dobrze, są nawet tacy, którzy zasługują na nazwę bogatych, o tem wie każdy, gdyż dowodzą tego dostatecznie trzody bydła, owiec i koni zapełniające pastwiska.
Mateusz Raclot, syn biednego wyrobnika, był w dwudziestym szóstym roku życia parobkiem, czyli służył u jednego z najbogatszych dzierżawców kraju, i zdawał się być przeznaczonym na noszenie tej godności do końca życia.
Był inteligentny, wcale nie brzydki, umiał pisać, czytać i rachować. Wysoki i tęgi, odważny, o zdrowiu czerstwem, nie bał się pracy, miał też jedną, wielką zaletę jaką mało kto z młodzieży poszczycić się może: był oszczędnym.
Był przebiegły, chytry i obrotny jak najstarsi we wsi, to też nieraz można się było spotkać ze zdaniem:
„Pozwólcie Mateuszowi dójść do końca, u niego spryt nie pospolity“. Zarabiał dwieście czterdzieści franków rocznie, wydawał zaś jak mógł najmniej. Wszystkie pięciofrankówki które otrzymał, składał jedne na drugich, i krył dobrze, nie wiedzieć czy tylko instynktownie, czy też przed złodziejami. Trzeba było by nie miał co włożyć na siebie, by buty jego w kawałki się rozleciały, aby niezbędne zakupna poczynić. Podczas gdy większa część jego znajomych nie małą część zarobku zostawiała w karczmie, lub trwoniła na zabawie, Mateusz zbierał i chował. On się nigdy nie bawił, noga jego w karczmie nie postała, nie lubił wdawać się z rówieśnikami, choć nimi nie gardził — lecz tylko że trzeba było rozwiązać i wypróżnić woreczek.
Ludzie którzy nie znali myśli i uczuć Mateusza, wychwalali go głośno był to człowiek jakiego się nie spotyka, wzór statku i rozumu.
W niedziele i dnie świąteczne, Mateusz przepędzał wolne godziny w stajniach, pomiędzy zwierzętami, które mu były powierzone, lub też zamknięty w swym pokoju, zajęty był liczeniem swych skarbów.
Chłopiec ten, początkowo tylko oszczędny, stawał się coraz bardziej interesownym. W miarę jak jego szkatuła się napełniała, ziarno skąpstwa kiełkować poczęło, rozwijając się coraz widoczniej.
Zdarzało się, że stał nieruchomie, z rękoma złożonemi na piersiach, wzrok jego błądził po pagórkach zielonych, lub spoczywał na złotych kłosach żyta pokrywających pola. Marzył, gdyż nic nie widział... Lecz o czem?...
W takich razach myśl jego zaprzątywała chęć posiadania na własność choć kilku kwadratów ziemi, aby módz trochę pracować dla siebie, nie przestając jednak służyć innym.
Jak wszyscy wieśniacy, kochał ziemię i pieniądze..
Instynktownie stał się lichwiarzem. Może nie wiedział, że uczciwość i prawo bronią pożyczania na lichwę, w każdym razie praktykował lichwę bez żadnych, skrupułów. Uważał ją za zupełnie naturalną.
Wszyscy wiedzieli że Mateusz Raclot uskładał już nie małą sumkę, nic więc dziwnego, że w potrzebie do niego się udawano. A wtedy można było usłyszeć następującą rozmowę.
— Jakąż jest suma, którą pan potrzebuje? — pytał Raclot.
— Pięćdziesiąt franków.
— Kiedyż mógłby mi pan je zwrócić?
— Za sześć miesięcy, gdy to lub tamto sprzedam.
— To dobrze, mogę panu tę sumę pożyczyć, pan zaś mi zwróci zamiast pięćdziesięciu sześćdziesiąt.
Naturalnie że procent wzrastał w miarę pożyczki.
Zresztą Mateusz Raclot wiedział dobrze z kim ma do czynienia, gdy się znalazł w obliczu osoby nie pewnej, lub któraby jego wymagania za zbyt wielkie uważała, odpowiadał krótko i węzłowato że pieniędzy nie ma. Mateusz rozpoczął swe lichwiarskie rzemiosło wcześnie, pożyczał początkowo tylko młodym marnotrawcom, którzy zawsze pięć lub dziesięć franków potrzebowali. Kto wziął pięć po trzech miesiącach oddawał sześć, komu pożyczył dziesięć, żądał od tego dwanaście. Mateusz prędko zauważył, że takie operacje finansowe dużo przynoszą, więc je dalej prowadził.
Nawet począł się sam przed sobą usprawiedliwiać, jak mu się zdawało wcale nie źle. Mówił sobie:
— Za pieniądze można nabyć ziemię, przez uprawę ziemi, można z niej wydobyć ile się chce. Więc, ponieważ za pieniądze dostanę ziemię, trzeba by i pieniądze, które mają ją do czasu zastąpić, przynosiły tyle co ona.
Widzimy z tego że Mateusz choć nie był matematykiem, umiał podnosić do potęgi, znał siłę kapitału i niektóre środki do powiększania go.
Lecz mimo wszystkiego był chłopem; chłopem od stóp do głów, kochał więc — jakeśmy wyżej powiedzieli — nadewszystko ziemię. Gdy sposobność się trafiła, nabył istotnie trzy dobre kawałki ziemi, z małą częścią łąki, wystarczającą jednak na wyżywienie jednej krowy.
Mateusz liczył wówczas trzydzieści cztery lat, i mimowoli przyszła mu myśl ożenienia się. Oczy jego padły na Celinę Noirot, wyrobnicę, która podczas żniwa miała zajęcie przy tym samym co on folwarku. Była to dziewczyna o złotem sercu, nadzwyczaj dobra, łagodna, kochająca, na jej życiu nie było najmniejszej skazy, i choć nie była ładną, miała twarzyczkę bardzo sympatyczną.
Kończyła dwudziesty piąty rok życia, a na chęci zamążpójścia wcale jej nie zbywało. Propozycję Mateusza przyjęła ochotnie. Po pierwsze dlatego, że jej się podobał, po drugie cała wieś wychwalała go i namawiała dziewczynę do tego zamęścia.
Zresztą była zupełnie biedną, a Mateusz miał już dobrą garść uzbieranego grosza.
Wiedziała, że przy boku człowieka tak zapobiegliwego i pracowitego jak Mateusz, nie uczuje nigdy ni głodu ni najmniejszego braku.
W Aubécourt i wioskach sąsiednich było wiele dziewcząt pragnących wyjść za mąż, nie jedna z pomiędzy nich nie była brzydką, a i posąg by się może znalazł, mimo tego jednak Mateusz nie wybrał z nich żadnej, choć każda chętnieby chciała być jego żoną.
Czyżby dla tego że ją kochał. Wcale nie. Ten człowiek miał już serce mimo młodego wieku wyschłe i nie kochał nikogo.
Celinę pragnął widzieć swoją żoną tylko dlatego, że to się z jego obrachunkiem zgadzało.
Celina nie miała rodziców, mieszkała we wsi Ligoux, o milę od Aubécourt, u starej ciotki, siostry ojca. Po matce miała też krewnych, wuja i ciotkę, lecz ci od kilku lat wyemigrowali z kraju. Wiedziano że mieszkają w Paryżu, lecz jakie jest ich zatrudnienie, czy kiedy wrócą, nikt nie byłby odpowiedział, gdyż nie dawali znaku życia. Już od kilku lat nikt nie słyszał ni słowa o Juljuszu Bertrand i siostrze jego Marji. Ta ostatnia wyjechała szukać miejsca służącej i pewnie znalazła takowe w jakim mieszczańskim domu. Lecz to, czego nie wiedziano w Aubécourt ani w Ligoux możemy oznajmić czytelnikowi.
Juljusz Bertrand przyjechawszy do Paryża dostał się do odlewami. Nauczył się wkrótce odlewania i został dobrym robotnikiem. Zarabiał do dziesięciu franków, lecz to mu ledwie wystarczało, miał bowiem żonę i sześcioro dzieci, a życie w Paryżu drogie. Nie pozwalano sobie na żadne przyjemności, oszczędzano, w końcu ratowano się jak było można.
Życie Marji przychodziło lżej jak Juljuszowi. Gdy wysłużyła dziesiąty rok, miała cztery tysiące franków zaoszczędzonych i od razu znalazła męża. Był to kupiec win, mający również kilka tysięcy majątku.
Wtedy najęli ładny sklepik na rogu jednej z ulic i zagospodarowali się na dobre. Początki nie były łatwe, trzeba było dobrze myśleć aby nie stracić. Klientela rosła z dniem każdym. Marcin, mąż, wiedział jak się brać do rzeczy, a pani Marcinowa miała tak czarowny uśmiech dla każdego, że trudno było się oprzeć. Po kilku latach sklep ustalił się i zaczął się bardzo pomyślnie rozwijać.
Od rana do wieczora, widziało się przed ladą tłum ludzi popijających wino.
W miarę jak byt naszych znajomych się polepszał, zaczęto sklep rozszerzać.
Nad sklepem, na pierwszem piętrze, w sali zastawionej marmurowymi stolikami, czystej i przestronnej, widywano panią Marcinową podającą zebranym gościom obiad. Ona sama gotowała, więc zdrowo i smacznie. Postępując w ten sposób, państwo Marcinowie doszli do tego, że w chwili gdy nasze opowiadanie się rozpoczyna, obliczano ich na 150 tysięcy a nawet dwa kroć majątku.
Trzy miesiące przed słowem „małżeństwo“, które odbiło się o ucho Celiny Noirot, Mateusz Raclot odprowadzał bydło swego pana na rzeź do Paryża.
Zupełnie przypadkowo zapoznał się z rzeźnikiem mieszkającym na tej samej co Marcinowie ulicy, będącym przy tem jednym z ich najdawniejszych klientów.
Obaj siedli do kawy, niedaleko rzeźni, i rozpoczęli swobodną rozmowę.
Mateusz opowiadał o swej wsi i okolicy, w której znajdował się nie jeden bogaty właściciel folwarku.
W tem rzeźnik przypomniał sobie że pani Marcinowa, która dopóki nie wyszła za mąż zwała się Bertrand, pochodzi z tej samej wioski i niejednokrotnie o wspaniałych łąkach obfitujących w paszę dla bydła mu opowiadała. Wtedy zaczął o niej i jej mężu opowiadać Mateuszowi, a ponieważ odznaczał się nie małą gadatliwością, wszedł w ich stosunki majątkowe, napomykając również że są bezdzietni.
Mateusz słuchał bardzo uważnie, a wróciwszy do Aubécourt miał mnóstwo planów w głowie. Myślał o Marji Bertrand, o jej i jej męża majątku, często przesuwała mu się przez myśl postać Celiny Noirot i jej starej zgrzybiałej ciotki. Celina może być kiedyś spadkobierczynią wielkiego majątku, gdyż jej bogata krewna jest bezdzietną. Nim stanął na progu domu, silne postanowienie zrodziło się w jego sercu.
Ożeni się z Celiną, gdyż żeniąc się z ubogą dziewczyną, niepodejrzywany przez nikogo, zrobi doskonały interes.
We wsi nikt nie wiedział że Marja Bertrand wzbogaciła się w Paryżu, Mateusz zaś wolał się tą wiadomością z nikim nie dzielić. Wyglądał jak człowiek, któremu się życie kawalerskie sprzykrzyło, bardzo zajęty młodą dziewczyną i gdy Celina na małżeństwo przystała, postanowił interes do końca doprowadzić.
Właśnie w Aubécourt znalazł się mały domek do kupienia, Mateusz pierwszy dobił targu. Tydzień przed ślubem, kontrakt został u wójta później u proboszcza podpisany, a gdy się Mateusz upewnił że nikt mu jego zdobyczy nie wydrze, zbliżył się do Celiny namawiając ją by ciotkę Marję na ślub zaprosiła. Naturalnie o jej majątku ani wspomniał.
Dziewczyna napisała grzeczny i uprzejmy liścik, otrzymała zaś w nagrodę nader szybką odpowiedź.
Ciotka dziękowała kochanej siostrzenicy za pamięć, zaproszenie przyjęła z wdzięcznością, gdyż to ją stawiało w możności ujrzenia raz jeszcze rodzinnej wioski Ligoux. Obiecywała też udać się natychmiast po ładny podarek ślubny, mogący siostrzenicę zadowolnić.
Dwa dni przed tą wielką uroczystością, Mateusz pożegnał raz na zawsze swego pana, u którego przez ośm lat służył, a wieczorem wszedł w posiadanie swojej nowej siedziby. Wtedy, tocząc swój wzrok po ścianach domu wykrzyknął z dumą i radością:
— Przecież nadszedł dzień, w którym jestem u siebie. Nie jestem już sługą ale właścicielem!
Nazajutrz zjawiła się ciotka z Paryża. Przybyła na trzy dni, lecz doznała tak serdecznego i czułego przyjęcia, zwłaszcza od Mateusza, tak starano się jej dogodzić i niemal każdą myśl odgadnąć, że z największą przyjemnością została cały tydzień. Poczciwa kobieta nie zapomniała zaprosić Mateusza z Celiną na kilka dni do Paryża, zaraz, gdy się im tylko sposobność trafi. Mateusz wymawiał się jak mógł, bojąc się zrobić jaką różnicę, co jeszcze ciotkę więcej wzruszyło. Zaczęła tem goręcej nastawać tak, że młody człowiek wykrzyknął z uniesieniem:
— Odwiedzimy ciocię, oto moja ręka.
Podarek ślubny był wspaniały, lecz Mateusz tak olśnił swą ciotkę, że ta wyjeżdżając, wsunęła w rękę siostrzenicy banknot na tysiąc franków.
Ten nowy dar ocenili małżonkowie należycie; Mateusz ogłosił swą ciotkę najlepszą z niewiast i przesadzał w pochwałach przy każdej sposobności.
Zrozumiano łatwo ten entuzjazm. Obecnie w Aubécourt i Ligoux majątek ciotki Marji nie był tajemnicą.
— Tak — mówiono — Marcinowie posiadają dwa kroć, kto wie, czy nawet nie więcej.
— A dzieci nie mają.
— W przyszłości Celinę czeka spadek.
— To pewna że jej się największa część dostanie.
— Trzeba przyznać, że trudno o większe szczęście, jak to, którem się Mateusz Raclot poszczycić może.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Richebourg i tłumacza: anonimowy.