Mieszaniny literacko-artystyczne (Sienkiewicz, 1906)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Mieszaniny literacko-artystyczne
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza (wyd. Tygodnika Illustrowanego), Tom LXXXI
Data wydania 1906
Wydawnictwo Redakcya Tygodnika Illustrowanego
Drukarz Piotr Laskauer i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
Mieszaniny literacko-artystyczne.
Edmunda de Amicis: „Marokko.“ Przekład Maryi z Siemiradzkich Obrąpalskiej, nakład F. Sulimierskiego. T. J. Hodi: „Pan Slepy-Paweł“.

Nic rzadszego, jak prawdziwie poczytna księga podróżnicza, podróżnik albowiem bywa albo specyalistą — i wówczas badania i opisy jego dla większości czytelników są niedostępne, albo, co się nader często zdarza, nie umie spostrzeżeń swych wyrażać w sposób artystyczny i wydatny. Człowiekowi, który sam widział pewne kraje i ludzi, każdy opis wystarcza, bo mu widziane przypomina, mało zaś kto potrafi postawić się w położeniu czytelników, którym sam opis musi zastąpić wszystko. Z pomiędzy podróżników, którzy zasłynęli w ostatnich czasach barwnością i jasnością opowiadania jedno z pierwszych miejsc zajmuje Edmund de Amicis. Mamy właśnie przed sobą przekład jego podróży do Marokko, dokonany przez p. z Siemiradzkich Obrąpalską, a wydany nakładem Filipa Sulimierskiego. De Amicis w pierwszym zaraz rozdziale przenosi czytelnika wraz ze sobą na grunt afrykański. książka jest składana z notatek, spisywanych widocznie natychmiast, pełno też w niej gwaru, ruchu, życia i tej żywotności, jaką posiadają tylko pierwsze wrażenia. Źle robi ten, kto podróże kreśli ze wspomnień. Zwolna bowiem człowiek oswaja się z otoczeniem, choćby najodrębniejszem i z warunkami, choćby najmocniej odmiennymi od tych, w jakich żył dotąd. Oswoiwszy się, nie odczuwa tak mocno, traci zdolność mierzenia faktów i ludzi naszą europejską miarą — i nie zapisuje wielu rzeczy, dlatego, że po pewnym czasie wydają mu się one już normalne, choć wedle naszych europejskich pojęć takiemi nie są. Ale de Amicis maluje na razie, dlatego jego wrażenia mają ową pierwszą barwę niewypłowiałą przez czas i niepamięć. Przybywa on do Tangeru i to nagłe przejście z Europy do Afryki opisuje w sposób nader malowniczy. Łodzie, z powodu odpływu nie mogły przybić do samego brzegu, podróżnicy więc musieli się przeprawiać na karkach Arabów. Ten tłum ludzi koloru bronzu, dzikich, drapieżnych, wrzeszczących, biegł przez wodę, następnie porwał biednych Europejczyków wraz z ich pakunkami na ramiona. Panie jechały w ten sposób obok panów. — „Ja sam — pisze de Amicis — odbyłem swój wjazd do Afryki konno na starym Mulacie, z brodą, opartą na jego ciemieniu, z końcami nóg w wodzie“.
Następuje opis Tangeru. Świat to już odmienny. Opisy de Amicisa przypominają nam obrazy słynnego francuskiego malarza Beniamina Constant. Tanger ma domy odwrócone od ulic. Długie mury, porozciągane w jednostajne linie proste, rażą oczy oślepiającą białością, którą podnosi blask afrykańskiego słońca. Miasto, z powodu braku okien, wychodzących na ulicę, miałoby głuchy pozór, gdyby nie mieszkańcy. Na ulicach rojno i gwarno. Oko Europejczyka, przywykłe do ciemnych ubiorów i ciemnych barw, przeważających w naszych miastach, nie może się nasycić przepyszną grą kolorów, odbijającą od lśniących śnieżnych murów. Wobec Tangeru i jego mieszkańców — nasze miasta wyglądają, jak koszary wojskowe, w których wszystko podciągnięte jest pod linie, wszystko szare i jednostajne. W samych tylko twarzach ileż odmiennego wyrazu: „chód, ruchy, postawy — mówi podróżnik — i sposób patrzenia, wskazują na ustrój zwyczajów i pojęć całkiem od naszego odmienny, na całkiem inne zapatrywanie się na czas i życie. Tych ludzi nie zdają się bynajmniej obchodzić żadne ich sprawy, ani miejsce, w którem się znajdują, ani to, co się dokoła dzieje. Każdy w wyrazie twarzy ma coś niezwykłego i głębokiego, jak człowiek, pochłonięty jedną nieodstępną myślą, lub sięgający pamięcią w czasy i miejsca bardzo odległe.“ Przed podróżnikiem przesuwają się twarze czarne, białe, żółte i śpiżowe; głowy o gęstych, długich włosach i czaszki nagie, błyszczące, jakby z kruszcu odkute; ludzie wyschli, jak mumie... są tam oblicza sułtanów, dzikich bojowników, czarnoksiężników, pustelników, zbójów, ludzi złamanych smutkiem olbrzymim, czy nudą śmiertelną, a pośród nich niewielu, albo raczej nikogo z uśmiechem na ustach... Co za odrębność charakteru, co za brak zewnętrznych warunków podobieństwa do wszelkich europejskich. Z góry leją się potoki słońca na głuche miasto, a w mieście ludność fantastyczna, barwna i jakby przygnieciona jakiemś brzemieniem, jakby w rozbracie z życiem, zapatrzona w nieskończoność i stęskniona do ciszy grobowej. Na plecach barwne łachmany, w twarzach powaga zmarłych. Oto pierwsze wrażenia. Mogą być one jednak złudne, bo pod tą maską apatyi i nudy wrą namiętności straszne. Nasze są okiełznane wychowaniem, wiedzą, prawem — tamtejsze w porównaniu z naszemi są tak jaskrawe, jak arabskie haiki i burnusy w porównaniu do naszych paletotów. Przedewszystkiem tedy, pod ową maską chłodu i obojętności, kryje się głęboka nienawiść do Europejczyków. Arabowie tangerscy są do nich przyzwyczajeni i boją się ich, a jednak nie mogą częstokroć się powstrzymać. Fanatyzm wybucha przy lada okoliczności. De Amicis widział dzieci dziesięcioletnie, ściskające pięści na jego widok i życzące mu, „aby Allach rozkazał upiec cień jego pradziada“. Pewnego razu jakiś święty, czyli człowiek, mający pomieszanie zmysłów, napluł w twarz jednemu z konsulów i nie można było wymódz na władzach ukarania fanatyka. Wzburzenia przeciw „giaurom“ manifestują się zawsze, ilekroć odbywa się jakaś uroczystość, ilekroć święci napłyną w większej ilości do miasta. Wówczas ten tłum, zwykle poważny i apatyczny, zmienia się w stado dzikich, rozhukanych zwierząt. Oczywiście im dalej w głąb kraju, tem barbarzyństwo jest widoczniejsze, a życie bardziej pierwotne. Żywot Marokańczyków z wnętrza Marokko nie różni się w niczem, lub mało się różni od żywota dawnych Numidów. De Amicis poznał dokładnie kraj, jeździł bowiem z poselstwem włoskiem aż do Fezu, stolicy Marokko. Po drodze widział wszędzie nienawiść, fanatyzm, apatyę, brudy, lenistwo, nędze, zdzierstwo i złodziejstwo urzędników i najstraszniejszy ich despotyzm. Poselstwo przeprowadzała znaczna eskorta żołnierzy, inaczej rozerwanoby je w pierwszej lepszej wiosce. Po drodze kreśli de Amicis szereg obrazów wysokiej piękności, trzeba bowiem wiedzieć, że w kraju tym nawet nędza drapuje się w malownicze łachmany, a gra promieni słonecznych barwi tęczowe nawet brudy. De Amicis ma przytem jeden wysoki przymiot literacki, przymiot bardzo rzadki: oto umie kreślić krajobraz. Widzi się to Marokko, czytając książkę: jego faliste wzgórza i doliny wypalone słońcem, pola, posiane kukurydzą, białe „kuby“ czyli domki świętych i duary czyli wioski, z których tłumy bronzowych dzieci wybiegają patrzeć na podróżników i życzyć im wszystkiego złego. Opisy są tak przezroczyste, jak atmosfera tamtejsza, która pozwala widzieć najdalsze przedmioty. Fez, święte miasto, huryssa ziemska, jest, wedle autora, stekiem meczetów, łuków maurytańskich, spiętrzonych domów, malowanych w różnokolorowe pasy i błota. Ludność dzieli się na rządzących i rządzonych, czyli obdzierających i obdzieranych, czyli gnębiących i gnębionych. Za to wszyscy są jednakowo leniwi i niechlujni, a przytem zdradzieccy, chciwi, nienawistni, ambitni i apatyczni. Są to na pozór sprzeczności, które jednakowoż godzą się doskonale w charakterze arabskim. Polityka zewnętrzna tamtejszego rządu polega na tem, by czynić jak najmniej zadość żądaniom państw europejskich, wewnętrzna — na wyciskaniu z poddanych pieniędzy i ścinaniu głów nieposłusznym. We wszystkich tych sprawach rząd doszedł do nadzwyczajnej wprawy. Postępu niema w Marokko. Jest to kraj cywilizacyi obumierającej i zdziczałej. Mieszkańcy zdolni są do czynów wyjątkowych, w wyjątkowych warunkach, ale stracili zdolności do spokojnego życia w rozwoju. Mają to do siebie owe cywilizacye wschodnie, że, doszedłszy w pierwszym rozmachu nader wysoko, następnie krzepną. Wytwarzają one siłę, strzelają kwiatem umysłowości, ale nie wytwarzają drogi, po której można iść i rozwijać się normalnie dalej. Państwa, które zrodził duch Wschodu, po wyczerpaniu zasobów fanatyzmu i siły istnieją dalej tylko na mocy inercyi. Ich niespokojna budowa trzyma się tylko ciężarem, który z góry przygniata warstwy dolne. Mieszkańcy Marokko nie posiadają nietylko zdolności, ale i ochoty do życia. Arabowie, którzy widzieli zapobiegliwość Europejczyków, ich wielkie i wspaniałe miasta, lub którym opowiadano dziwy o kulturze europejskiej, odpowiadali: „urządzacie się tak, jakbyście nie mieli umrzeć“. Pracy dla przyszłych pokoleń nie rozumieją. Gdy Europejczyk przyciśnie ich rozumowaniem do muru, odpowiadają, że Allach jest wielki. Przeciw temu niema już argumentu.
Książka de Amicisa pisana jasno, przezroczyście i z talentem malarskim, jest jedną z najciekawszych ksiąg podroży, jaką zdarzyło nam się czytać. Specyaliści nie znajdą w niej ścisłych naukowych materyałów, ale czytelnik znajdzie wiernie pochwycony obraz kraju, ludzi i ich ducha — i sam się przez to nauczy patrzeć — i znajdzie punkt porównania w sądach.
Przekład jest dobry. Małe usterki, na jakie natrafiamy tu i owdzie, mogą być błędem korekty — i dadzą się łatwo w drugiem wydaniu poprawić.
Mamy przed sobą dziwną powieść, zatytułowaną „Pan Ślepy-Paweł“. Napisał ją Hodi. Autora poznaliśmy w Paryżu. Jest to z rodu Rusin. Człowiek wykształcony bardzo, rozmyślający, ustawicznie zamyślony, pogrążony w sobie, posępny, — napozór zamknięty, a w gruncie rzeczy nad wszelką miarę uczuciowy. Posiada on pierwszorzędne zdolności. Czytająca publiczność nieraz musiała zwracać uwagę na świetne jego korespondencye z Paryża, których mnóstwo pomieszczał w swoim czasie w Kłosach. Potem zmęczył się i przestał pisać. Zwaliły się na niego liczne nieszczęścia. Miał chwilę zmierzchu i melancholii, co się odbiło w jego pracach, które stały się zawikłane i ciemne, ale potem przyszedł do równowagi. Pierwszą jego większą beletrystyczną pracą jest „Pan Ślepy-Paweł“. Powieść ta, drukowana w „Gazecie Polskiej“, wyszła teraz w osobnej odbitce w wydaniu gebethnerowskiem. Jak żyję, nie spotkałem powieści, w którejby tyle materyału myślowego zużyto — do dość powszedniego i nader małego obrazka. O cóż bowiem chodzi? Pan Ślepy-Paweł opowiada dzieje swej młodości. Rusin, pochodzący z unickich księży, był wychowany przez dwór miejscowy i razem z synem dziedziców wsi wysłany na naukę. Pan Paweł był zdolniejszy: uczył się lepiej, stąd uzyskał pewną przewagę nad towarzyszem. Zwolna przyzwyczaił się do tej supremacyi i uważał ją jakby przynależne sobie prawo. W tych warunkach obaj młodzi doszli do uniwersytetu. Ale zmieniło się wszystko, gdy „stary pan“ umarł. Wówczas Dyonizy odziedziczył majątek i zajął względem Pawła de facto inne stanowisko. Pan Paweł, a z nim autor robią wszystko, co można, by okazać, że ta zmiana pozycyi nie dotknęła ich miłości własnej — i że jeśli stosunki z Dyonizym ochłodły, to była wina Dyonizego, ale im się to nie udaje. Pan Paweł nie jest takim, jakim chce mieć go autor. Jest on drażliwy, opryskliwy, pełen miłości własnej — i niewyrozumiały. Siebie ma na względzie zawsze i do siebie wszystko odnosi. Jest przytem bezwzględny, jak każdy człowiek, który własne ja podniósł do wysokości zasady. Te jego przymioty okazują się w rozwoju powieści coraz wyraźniej. Obaj z Dyonizym wracają na wieś. W drodze rozpoczynają się już miedzy nimi kwasy. Paweł burzy się przeciw Dyonizemu — i czyha podejrzliwie przez drogę na wszelką sposobność, by dowieść sobie, że Dyonizy inaczej go traktuje. Po powrocie stosunki rozdrażniają się z powodu rachunków i pewnej Mici, księdzowej kuzynki, która jest ładną dziewczyną. Pan Paweł kocha tę dziewczynę w sposób sobie właściwy, to jest w sposób wyłączny, zawistny, uraźliwy. Dyonizy umizga się do niej. Oto zawiązanie, z którego ma wyniknąć dramat. Jest te zwykła życiowa historya, z której czytelnik spodziewa się wyniku zwykłych życiowych zdarzeń — smutnych lub wesołych, ale nie nadzwyczajnych. Tymczasem dzieje się nadspodziewanie inaczej. Micia odpowiada chętniej umizgom Dyonizego, niż wielkiemu uczuciu Pana Pawła. Jest to parafialna gąska bez polotu, bez wyższej kultury moralnej i umysłowej. Autor chce i usiłuje uczynić ją poetyczną, młodą, ale ta nimfa pozostaje wbrew woli tylko rubensowską pięknością, to jest tyle wartą, ile warta jej młoda krew i hoże ciało. Ale „Pan Paweł“ ją wybrał — i wnet stała się dla niego tak wielką, jak jego egoizm. Nie stała się jednak ani wielką, ani niezwyczajną dla czytelników. Nie umie ona nawet wzbudzić ich sympatyi — i dlatego nikt nie odczuwa dlaczego taki straszny dramat leży dla pana Pawła w tem, że ona nie jego kocha. Jest to wielka wada tej powieści. W życiu, w naturze, taki pan Paweł mógł cierpieć z tego powodu, ale w powieści — to nie dość. W powieści i czytelnicy muszą cierpieć z nim razem, muszą odczuwać jego zawody, rozpacze, bo inaczej cóż ich może cała powieść obchodzić. Sprawa przedstawia się po prostu, jako „trop de bruit pour une omelette“. Cóż się bowiem dzieje? Oto Dyonizy umizga się — nimfa parafialna uśmiecha się, a Paweł? Ten do rydwanu swojej rozpaczy zaprzęga cały świat: bogów, ludzi, całą naturę, całe otoczenie.
Chodzi po nocach, filozofuje, rozpacza, nie widzi, przepada, waryuje — zabija... Jest tego wszystkiego za dużo. Użyto olbrzymiego aparatu dla wywołania małych skutków. Autor wepchnął tyle refleksyi, tyle materyału myślowego w tę prostą powszednią sprawę, że niema żadnej proporcyi między ważnością samej sprawy, a tą masą środków. Starczyłyby one na dwudziestu Otellów — zwyczajny pan Paweł i zwyczajna Micia giną pod tą masą przyborów tak dalece, że ich nie widać. Psuje to zupełnie harmonię estetyczną opowiadania. Oto góra jęczy i rodzi! Myślicie: urodzi smoka. Wcale nie: niewyhrycką mysz. Jest w tem coś śmiesznego. A przytem to, co stanowi typową stronę miłości i tych bólów, które się rodzą, gdy serce sercu nie odpowiada, to, co znaleźć może oddźwięk, jako ogólnie ludzkie w duszy czytelnika, ginie tu zupełnie dlatego właśnie, że autor nadał jakieś nadzwyczajne cechy uczuciu tego pana Pawła. Autor starał się pogłębiać i pogłębiać swoją pracę, aż zstąpił do takich głębokości, w których zaczyna być ciemno. Pan Paweł za wiele filozofuje. Czytelnik chce bezpośrednio odczuć, jak biją serca i pulsa ludzkie w uczuciu, a zamiast tych bezpośrednich wrażeń dostaje analizę — i to ekscentryczną analizę. A często także: frazes, którego prawda nie szuka i którym się nie wypowiada. „Kocham Micię — mówi pan Paweł — jak chłop ruski i jak Michał Anioł!“ Mimowoli przychodzi ochota spytać: a szczo heto? Proszę teraz wyrobić sobie jakiekolwiek wyobrażenie o tej miłości. Hryć i Michał Anioł! jaka jest jego synteza? Pan Paweł ma jedną wadę: oto podnosi siebie, swoje ja, swoje uczucia do takiej potęgi, na jaką czytelnik zgodzić się żadną miarą nie może.
Wiemy tylko, że podczas gdy Dyonizy wieczorami umizga się — tamten krąży między rzeką, cmentarzem, cerkwią i rży w ciemnościach. Nie jest on jednak demoniczny. On ma tylko niesmaczny charakter i jest nadzwyczaj wielomówny. Dyonizy jest tuzinkowym charakterem, ale ma wiele cierpliwości. W całej powieści widzimy zupełny brak prostoty i jakby jakąś tłumioną niechęć do rodu Dyonizych. Ale ponieważ pan Paweł ją ukrywa, nie chcemy i my jej tykać. Jest to dziwny utwór — całe to opowiadanie. Słyszałem, jak ktoś mówił: „co za szkoda, że tak doskonale pisana powieść, jest tak źle napisana“. Niema w tem gry wyrazów, ale zupełna prawda. Pojedyńcze rozdziały, brane osobno, mogłyby stanowić ozdobę niejednej powieści, — złożone razem, dają całość przeładowaną, antypatyczną, przestylizowaną, przerafinowaną. Autorowi nic się nie udało. Chciał mieć Ślepego Pawła sympatycznym — Ślepy Paweł jest niesmaczny; chciał mu przyznać słuszność — czytelnik mu jej nie przyznaje. Materyał, prawdopodobnie brany z życia, wydaje się nieprawdopodobnym, może właśnie dlatego, że niemasz w nim nic ogólnego, że przeszedł do powieści in crudo. Autor wypowiada niejedną głęboką myśl, ale w powieści studyum psychologiczne nie jest głębokie. Pod względem artystycznym opowiadaniu brak plastyki... A jednak nie jest pospolicie pisany ten „Ślepy Paweł“... Szkoda tylko, że Hryć zginął w sukni Michała Anioła, jak mucha w morzu, — bo też kudy Rzym, a kudy Niewyhrycze!

Słowo. R. 1882. № 58.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.