Niby linje płynących mandolin
Zielenieją wieczorem na stokach Apenin
Oliwki popielate pną się szaro-pienne
I w tej muzyce drzew słońce dogasa
Na drodze ciemniejącej pastuch w kupie owiec
Siwy
W koziej skórze brunatnej a kostur go wspiera
W gromadce ten kapelusz zrudziały od deszczów
Jak grzyb
Tu się pieni ciemna zieloność w powietrzu
Jeszcze złotem Dyszy mocno miętą
Macierzanką duszną i słodką
Nad srebrnemi gajami stadko czarnych cyprysów
Dołem suche rośliny skręcone z bibuły
Widnokręgi się cicho zamykają: liście
Senne
I jedna zamyślona gwiazda Obok wieża
Stłoczone miasteczko na szczycie
Murki się rozpadają Tu i ówdzie bluszcze
Jedne wchodzą na drugie jak kamienie
Czy jak owce
Korytarze uliczek wąskie jak w klasztorze
Opuszczonym Nad ścianą szczupły skrawek nieba
Chłód gołębie na placu pierzchające rękom
O romańskie katedry na otwartych placach
Z pochyłemi płytami grobowców Portale
Białe pilastry jak ślimak skręcone
O odpoczynek dłoniom na szorstkich kamieniach
Płyty z marmuru które tętnią Dzwonią kroki
Koronki lotne z bloku uśpionego
Wyciosane jak ptaki Architrawy
Skrzydlate Nad oddrzwiami gdzie 12
Miesięcy ciężkich rycerz konny
W piaskowcu żółtym
Powracać pod arkadami które są jak skrzydła
Bać się trzepotu w tych nudnych zaułkach
Wysokich ptactwa jak Aniołów
Skręcić (a już światło mierzchnie jak suchy
żółty piasek który się ochładza) i wśród stra-
ganów rynku gdzie winogrona i figi ciepłe
Minąć pomnik Marji-Luizy
Burbon.