Miłowanie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bronisława Ostrowska
Tytuł Miłowanie
Pochodzenie Opale
Data wydania 1902
Wydawnictwo Jan Fiszer
Drukarz W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



MIŁOWANIE
(Fragmenty).

I.

Jak małe dzieci, co się w nocy boją,
Do swej słonecznej modliłam się Pani,
By utuliła smutną duszę moją,
Białe swe ręce położyła na niej
I tam powiodła, gdzie gwiazdy się roją
Nakształt pszczół złotych w błękitnej otchłani
I w wielkiej trwodze migocą i brzęczą,
Gdy mgła owionie je siecią pajęczą.

By mię powiodła ta Pani w roztoczy,
Idąc przedemną, jak anioł skrzydlata,
A gdy nas bezmiar milczeniem otoczy
I gdzieś z gwiazdami niebieskiemi zbrata,
Żeby mi ręką zasłoniła oczy
I znów przywiodła do ludzi i świata,
Z duszą, co świateł zalana potokiem
Na nędze ziemi patrzy jasnem okiem.


Tak się modliłam wierząca jak dziecię,
Że ona zejdzie aniołem w noc ciemną,
Że jasną szatą ciemności rozmiecie
I że mi powie jak dziecku: Pójdź ze mną!
Aż przyszła. Jaśniej się stało na świecie,
Kiedy mi rzekła swą mową tajemną:
Pójdź! Potem tuląc mię całą do siebie,
Promienną dłonią powiodła po niebie.

Więc poszłam za nią w bezbrzeżne zaświaty
Jak ten, co wraca w zapomniane kraje,
I patrząc z dziwem na sady i chaty,
Swój dom rodzinny jak przez sen poznaje.
Patrzałam cicha na gwiazd złote kwiaty,
Gnące kielichy nad mleczne ruczaje,
I śniłam w sobie, że dziwna baśń złota
Wiedzie mię kędyś do zdroju żywota.

A gdy już wszystkie dole i niedole
Znikły mi z oczu w błękitnym bezczasie,
Tu zobaczyłem niezmierzone pole
W przedziwnych kwiatów tęczobarwnej krasie,
Gdzie zwiewna cisza w wianku gwiazd na czole
Jakoweś stada białorune pasie,
A one chodzą milczące i zbożne,
Przed swą pasterką chyląc głowy trwożne.


Ona kieruje obłędnemi stady,
Wiodąc je kędyś na darń aksamitną,
Gdzie jak anielskich łez srebrzyste ślady
Gwiezdne narcyzy promieniście kwitną,
Kędy się leją komet światłospady
I przelśniewają dalekość błękitną,
I gdzie się kładą chmur śniegowe piany
Na szafirowych głębin oceany...

Przez one głębie mknęły złote łodzie,
Co miały jasne promienie za wiosła,
Na lazurowe płynęły powodzie,
Jak kwiaty, które wodna toń podniosła,
A w bezustannym, milczącym pochodzie
Świetna ich rzesza w nieskończoność rosła,
Gnana przez mglistych szafirów przestrzenie
W ogromną jasność Bożą i milczenie.

Obok przez mlecznych gościńców krynice,
Niby łabędzie, co wielką gromadą,
Płynąc przez wirów obłędne ciemnice,
Czarne swe skrzydła na bujny wiatr kładą,
Płynęły łodzie we mgle żałobnice...
A za łodziami jak mew białych stado
Stado słów moich zbłąkane w bezdrożu
I mrące w locie na bezkresnem morzu.



II.

Kędyś w zaświatach jest żywa krynica,
Z której promienie lazurowe biją,
A taka cichość jej głębie przesyca,
Że jak łabędzie z wyciągniętą szyją
Pijące z fali odbicie księżyca,
Duchy z niej blaski zaświatowe piją
I spoglądają jasnemi oczyma,
Że głąb kryniczna obrazy ich trzyma...

Czasem się fala we mgłach zakolebie,
Łącząc na głębi dwóch duchów odbicie,
Że one wzajem wcałują się w siebie,
Że się roztopią w ogromnym zachwycie
I jak dwie gwiazdy, lecące po niebie,
Świetlaną smugą przepłyną w błękicie,
Niosąc na ziemię, jak sen nieuchwytny,
Wspomnienie onej krynicy błękitnej.

Ziemia je żarem otacza i mrokiem,
A one jeno uściskiem się splotą
I urzeczone tajemnym urokiem
Pną się w lazury zaziemską tęsknotą,
Śniąc, że znów staną nad owym potokiem,
Jak ptaki, łuną przepalone złotą,

Że krwawe pióra obmyją w promieniach
I znów gwiazdami zabłysną w przestrzeniach.

Nad brzeg tej dziwnej krynicy bezmiarów
Wiodła mię moja przewodniczka biała,
I jako chmurka nadwodnych oparów
Mgłą się ulotną w przestworzu rozwiała,
A ja, schylona nad toń pełną czarów,
Co się w jasności lazurowej chwiała,
Topiłam oczy w głębinie bezdennej,
Gdzie drżał odbity rój duchów promienny.



III.

Może te dusze, co dążą przez ciemnie
Do jakiejś wielkiej jedności i Bożej,
Gaszą się jeno i ranią wzajemnie
I nie dochodzą do niebieskiej zorzy:
Może ty byłbyś tak cichy bezemnie,
Jako ów łabędź, który skrzydła złoży,
A wiew mu żaden piór białych nie wichrzy...
A może byłbyś od łabędzia cichszy?

Może bezemnie byś przeszedł przez życie
Jednym bezgłośnym lazurowym błyskiem:
(Tak Boży anioł przepływa o świcie
Ponad zamarłych światów cmentarzyskiem),

Możebyś duszę utopił w błękicie
I nieskończoność ogarnął uściskiem,
A jako w słońce spływa promień złoty,
Tak spłynął w Boga promieniem tęsknoty.

Może jak one upiorne powoje,
Co się dokoła młodych dębów plotą,
A są jak ramion ukwieconych dwoje
I zabijają namiętną pieszczotą,
Tak cię oplotło ukochanie moje,
Tak przywiązało do ziemi tęsknotą,
Że oto nakształt kwietnego łańcucha
Skuło cię sobą i wrosło ci w ducha.

Jednak ja wierzę, że wielkie kochanie
Jest Bożym ptakiem zbłąkanym na ziemi,
Że może loty kierować w otchłanie,
Lecz pewnem skrzydłem przelata nad niemi;
Że ono kiedyś w jasności zórz stanie
Na blask rozpięte skrzydłami wielkiemi,
I w one skrzydła niezmiernie utuli
Tych, co głęboko wierzyli i czuli.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bronisława Ostrowska.