Przez powietrze omglone płynąć w ptasim jęku,
Rozwiewać się w welony pochmurne na niebie,
I, jak w sieć, dać się złowić spojrzeniem przez ciebie,
I do rąk twych powrócić w trzepocie i lęku —
I do piersi przycisnąć twoje dłonie obie,
I przyklęknąć u stóp twych, jak nędzarz, co klęka,
I do warg twych przycisnąć moje wargi obie:
To jest wszystko. I to jest bezcielesna męka.
Czemu, po niebie błądząc, ciebie zawsze łaknę?
Zawsze, kiedy łapczywie chwytam twoje ciało.
Ciebie mi w tobie samej zawsze jest za mało
I nie wiem, co to miłość. Napróżno jej pragnę.