Między ustami a brzegiem puharu/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Między ustami a brzegiem puharu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1922
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI.

Głucha cisza zaległa Marjampol. Hrabia wyjechał do Strugi, a stamtąd dalej w świat. Jan gościem był w domu i to już nie dawnym, swawolnym chłopcem, co rozweselał puste salony. Osowiał, znudniał; albo mówił o Cesi, za którą szalał coraz bardziej, albo siedział, milcząc, targał wąsiki i marzył o niej.
Przez tydzień staruszka z Jadzią były mocno zajęte gospodarką i reparacjami w Olszance, zresztą odpoczywały po karnawale. Po tygodniu ład się ustalił, robotnicy zajęli się domem dla nowożeńców, pani Tekla wzięła się znowu do wełnianych kaftaników, Jadzia — do wieczornego czytania.
Dawniej to życie wystarczało im do szczęścia: lubiły ciszę i samotność, nie czekały nikogo, nie pragnęły zmiany, — a teraz, choć się nie przyznawały do tego, czegoś im brakło.
Czegoś! Pani Tekla zaczęła wzdychać i niepokoić się, gderała wdwójnasób, nawet Jadzia obrywała niekiedy — nikt i nic zadowolić jej nie było w stanie. Najgorzej dostawało się Janowi.
— Jesteś mazgaj! — słyszał sto razy za każdą bytnością i zgadzał się pokornie na to określenie.
Nareszcie po dziesięciu dniach wylazło szydło z worka. Staruszka nie zdołała ukryć powodu troski, tęsknoty; po kilku westchnieniach ozwała się do cichej towarzyszki:
— Gdzie też się teraz Wacio obraca? Żeby nie chory czasem? Tyle czasu niema listu.
— Może do Jasia pisał — odparła Jadzia.
Słowo to było lontem pod minę prochową. Cały dzień staruszka chodziła od okna do okna, wyglądając wychowańca; gdy wrócił wieczorem, od progu pytała już o list.
— Miałem wczoraj — oznajmił.
— I cóż? I cóż? Czy zdrów?
— Kiedym go jeszcze nie otworzył.
— Co? Czyś oszalał? Pokaż mnie; ty pewnie i czytać zapomniałeś, mazgaju.
— Tak dalece nie; odczytam i powiem, jeśli co będzie ciekawego.
— Gdzież list? Skąd? Z Berlina?
— Listu zapomniałem w Olszance.
— To poślij! Kara boska z tą młodzieżą!
Jan kłamał; list odczytał, ale się treścią nie mógł z babką podzielić. Zato, gdy się znalazł na chwilę z Jadzią, oddał jej odezwę.
— Przeczytaj sama — szepnął, a tymczasem niby posłał kogoś do Olszanki i uspokoił staruszkę, że kiedy Wenzel pisze, to przecie zdrów i cały.
Jadzia odczytała list w samotności swej izdebki. O ile ortografja była haniebna, o tyle treść szczera i serdeczna.
„Kochany Jasiu! W życiu swem całem nie pracowałem tyle, co przez te dni kilka. W Berlinie byłem dzień jeden — tyle tylko, by popalić wszystkie miłosne bileciki, pamiątki, pukle włosów i t. p. śmiecie, a ich autorki i właścicielki wysłać do wszystkich djabłów. Ciocia Dora okadza dom, a ja zemknąłem od spazmów i rozpaczy. Nie złapią mnie więcej. Objechałem swe dobra i fabryki i zlekka zacząłem kontrolę: kradzieży i niedbalstwa więcej niż włosów na głowie! Dam ja im pieprzu! Żeby babka to wiedziała! No, po paru latach pracy zaproszę ją na rewizję, teraz nie. Powiedz pannie Jadwidze, żem dzień i noc myślał nad odnalezieniem czegoś, czegoby ona pragnęła, i jutro jadę do Fröschviller odszukać grób waszego brata. Pomaga mi całe ministerjum, wiozę autentycznych świadków i grabarzy. Spytaj się, czym zgadł i czy zrobię jej tem smutne zadowolenie. Kocham ją z dnia na dzień coraz bardziej i tęsknię, jakbym lata nie widział. Nie rozumiem, jak potrafię wyżyć te parę miesięcy do twego ślubu. I ty ich końca pewnie wyglądasz z utęsknieniem.

Twój brat i przyjaciel“.

Długo, bardzo długo czytała Jadzia ów list. W duszy robiło się jej rzewnie i słodko. Dlaczego? Wszak była kochaną tyle razy, słowa nie mówiły jej nic nowego; słyszała je często, bez szczególnego wrażenia.
A teraz te pierwsze poszły jej w duszę, aż się wzdrygnęła pod nieznanem wrażeniem. Stało się tedy to, co przeczuwała i przed czem się broniła całą mocą.
Nie był to dla niej już obcy człowiek — Prusak. Zasady, rzeczywistość, wszystko zgasło, zbladło przed wielką potęgą, co się naigrawała z jej woli i tradycji: on ci nie wróg, on ci najmilszy na całym świecie, i choć może nie wart, ale on ci pierwszy z ludzi, i choć ci ani swój mową, ani życiem, choć on ciebie nie rozumie — ty go kochasz i kochać będziesz do śmierci, i nie ostoi się przed nim ani twa powaga, ani duma, ani siła charakteru — i skoro zechce, będzie twym panem.
Jadzia spuściła głowę. Głos w duszy mówił prawdę, nie próbowała się nawet bronić przed tą niedolą. Była pokonana, składała broń. Przez te dni dziesięć poznała już, co to tęsknota, — poznała, co nuda i pustka serdeczna, której nikt nie zapełni, tylko jeden jedyny! List dopełnił miary. I on tęsknił, i on myślał o niej, pracował, zrywał stare nawyknienie i zgadł to, czego pragnęła, choć o biednym bohaterze nigdy z nim nie mówiła. O, jakże mu była wdzięczna.
Raz jeszcze odczytała pismo. Łzy jej się cisnęły do oczu, jakaś radość napełniała duszę. Wstała, zbliżyła się do okna, przez które zaglądały do pokoju gwiazdy na wyiskrzonym tle nocy zimowej.
Gwiazdy mrugały do niej: o, dziewczyno, i co warte twe życie po ten dzień i jakaś ty dziś bogata — masz niebo w duszy! Podziękuj!
I myśl Jadzi poszła ku gwiazdom i szeptała modlitwę całej swej istoty przeistoczonej.
— Bądź pochwalony, Boże, mojem szczęściem, bądź pochwalony mojem kochaniem! Niczego nie pragnę, tylko, byś mu w pracy dopomógł, w trudzie pobłogosławił, byś go nauczył uczciwie żyć, szlachetnie myśleć, dobrze działać. Zrób zeń, Boże, człowieka, któregoby świat szanował, i daj, Boże, by mnie kochał, jak kocha.
Potem milczała chwilę i wyszeptała znowu z rzewną prośbą:
— A ty mi daruj, bracie, żem jemu oddała serce. Nie przeklinaj. Walczyłam ile mocy. Terazem słaba, zmęczona i pokonana. Daruj mi! Nie mogłam inaczej...
Nazajutrz rano Jan otrzymał od siostry krótką kartkę w oficynie: „Odpisz, że zgadł i żem mu bardzo wdzięczna“. Zrozumiał, że nie chciała mówić o tem, i nie wspominał więcej. Babce listu nie pokazał.
— Są tam kawalerskie sekreta, nie dla pani uszu. Wacław zdrów i rączki dam całuje.
Musiała na tem poprzestać, choć narzekała i gderała okropnie.
Życie poszło dalej swoim trybem. Monotonność wielkopostną przerywały wizyty Głębockiego, zmora pani Tekli.
Wyczytała widocznie coś strasznego na owych siedemdziesięciu dziewięciu kartach i nie odstępowała narzeczonych, obserwując pana Adama w sposób obrażający. Biedny człowiek!
Jadzia zmizerniała, zesmutniała, oniemiała do reszty. Czuła, że oszukuje go, a zebrać się nie mogła na zerwanie słowa. Nazywała to zdradą, podłością, zwlekała z wyznaniem jak zbrodniarz. Myśl ta i wyrzuty toczyły ją jak robak, wstydziła się sama siebie, nikła w oczach, ale milczała, znosząc wizyty Głębockiego, jak ciężką pokutę. Pani Tekla swą ciągłą obecnością odbierała jej resztę odwagi.
Smutne to były odwiedziny dla nieszczęśliwego — po każdej wizycie odjeżdżał bardziej ponury i zrozpaczony, przysięgając sobie, że za następną bytnością albo zerwie, albo wymagać będzie oznaczenia terminu ślubu; po nocach nie spał — tłukł się, jak Marek po piekle, po pustym domu, łamał ręce, rwał włosy, szalał.
Po paru dniach gniew opadał, porywała go miłość i tęsknota; jechał do Marjampola i nic nie mówił z tego, co przysiągł — bał się, że zła jego gwiazda zawiedzie go, jak zwykle, i że straci prawo pobytu pod dachem narzeczonej. Wolał znieść tortury, byle na nią patrzeć.
Mijały tygodnie, przerywane częstemi listami Wentzla; pisywał i do babki, częściej do Jasia, ale chłopak nie dzielił się wiadomościami; mówił czasem siostrze krótko: „kłania się tobie“, i czekał, że o co spyta, ale ona milczała, zadawalniając się tem, co jej opowiadała pani Tekla.
Musimy dodać, że staruszka, choć pozornie rzucała niedbale otrzymaną kartkę, potem w sekrecie chowała ją skrzętnie do szufladki potajemnej w biurku, gdzie leżały jej relikwje: listy matki, dukat z Matką Boską — dar ślubny, jakieś stare kwiatki z grobów, kawałek świętego chleba, legja honorowa męża i mirtowa gałązka z wianka córki. Nie miała skrupułów, że te listy sprofanują święte pamiątki. Raz nawet, nałożywszy po długim namyśle okulary, odpisała swemu Prusakowi. Było tam wiele morałów, złych posądzeń, a potem zlecenie, by się szanował, nie nadwerężał, i poco ma czas tracić w złem towarzystwie Szwabów, lepiej, żeby wracał do Marjampolu, gdzie mu będzie rada. Kończyła błogosławieństwem.
Ale on nie wracał, a natomiast przysłał wiadomość, że pragnienie Jadzi spełnione.
Zwłoki Wacława Chrząstkowskiego wydobyto z ogólnej mogiły. Miał biedak swój grób tymczasowy na cmentarzu miejscowym, czekając aż go stamtąd zabiorą.
„Byłem sam przy tym smutnym obrzędzie — pisał do Jana — nie chciałem cię wzywać. Pojedziemy może tam kiedy razem, we troje, jeśli mnie wziąć zechcecie za swego. Ludu zebrało się sporo i asystował pułk piechoty z okolicy. Pożegnano go wojskowemi honorami i długą, długą karabinową salwą. Rzuciłem mu garść ziemi, jak to u was zwyczaj, a gdy się wszyscy rozeszli, zostałem sam jeden i zmówiłem pierwszy mój dobrowolny pacierz w życiu, myśląc o tobie, Jasiu, i prosząc tego bohatera, by mnie za brata uważał.“
Z listem tym przyszedł Jan do siostry wieczorem, gdy pani Tekla już się udała na spoczynek. Odczytali przez łzy poczciwe wyrazy i zaczęli wspominać brata, który, dużo starszy od nich, był im jak ojciec i opiekun.
Wentzel istotnie odgadł ich najgłębsze marzenie, dokonał trudnego zadania. Co to go musiało kosztować czasu i złota, ile protekcyj musiał użyć i gdzie się nie starać!
— Poczciwa dusza! — szepnął Jan. — Nasz Wacio pewnie mu z nieba błogosławi! Jak my się odwdzięczymy za tyle delikatności i serca?
— Co zechce, uczynimy dla niego — odparła Jadzia.
— Ba, tylko, że on teraz nic nie zechce i o nic nie poprosi. Wymustrowałaś go doskonale. Zmarnieje z troski, a będzie milczał. Już to wy dobre jesteście! Niedarmo Cesia, twoja serdeczna przyjaciółka. Znać na niej twoją naukę.
— A jednakbyś jej na inną nie zamienił?
— Uchowaj Boże! Żebym miljon miał do wyboru. Wy bo coś dajecie na miłość. Czary!
— Właśnie, nic nie dajemy nie w porę.
— Bo nie umiecie kochać. Te ceregiele djabła warte!
— To Cesia cię nie kocha?
— No, nie mówię tego. Czasem zdaje mi się, że tak, ale to bardzo rzadko. Biedna nasza dola! Ot i Wentzel! Szukał biedy, jak na złość samemu sobie. Miał kogo wybrać!
Jadzia nic nie odrzekła. Usiadła przy kominku i, zapatrzona w głownie, walczyła z wrodzoną skrytością.
Jan obejrzał się za nią, skrzywił się i, jak zawsze gdy go trapił namysł, skubał swe jasne wąsiki, paląc w przerwach papierosa.
Nakoniec z nagłą determinacją rzucił papierosa, wstał i zatrzymał się przed siostrą.
Poczciwe jego oczy prosiły ją o szczere wyznanie.
— Co ci jest, Jadziuniu? — zaczął, — Co cię trapi, żeś tak zmizerniała? No, wesołą nigdy nie bywałaś, ale przecie inną. Czy ty myślisz, że ja nie widzę twej troski? Oj, widzę, widzę oddawna. Co ci jest?
Pochylił się nad nią i, odgarniając ciemne włosy, pocałował w czoło, potem osunął się na krzesło obok i spytał całem sercem:
— Czy ty i mnie nie ufasz? Przeciem ci rad, żebyś chciała, krew oddać. Czy ty mnie nie kochasz?
Podniosła ku niemu głębokie oczy z okropnym żalem i przygarnęła mu się do piersi, kryjąc twarz.
— Jabym cię chciała spytać o coś, Jasiu — szepnęła.
— No, to powiedz, siostrzyczko.
— Kiedy bo ty wiesz. Odpowiedz bez pytania, bo mnie tak trudno...
— To dobrze. Jeżelibym, Jadziuniu, ja, kochając Cesię, był związany z inną słowem, to honor każe mi zerwać słowo, bo inaczej będę kłamcą, oszustem i krzywoprzysiężcą. To obowiązek człowieka, przykry, lecz konieczny.
Zamilkł i ona milczała. Po chwili prawie siłą podniósł jej spuszczoną głowę i zajrzał w twarz. Była bardzo blada, a na rzęsach jej błyszczały brylanty z łez.
— Zgadłem, Jadziu? — spytał zcicha.
Kiwnęła tylko głową.
— Czegoż ty płaczesz, dziecko? — perswadował, nagle urósłszy z uczucia na mentora — Przecie ci serce zabiło! Chwała Bogu! Zobaczysz, jak to miło kochać! Nigdyś nie kochała pewnie?
— Nigdy — szepnęła niewyraźnie — oprócz ciebie i Wacia naszego.
— Dobrze, żeś dodała, bobym pomieszał osoby. Dlaczegoś przyjęła Głębockiego bez miłości?
— Kiedy ja nie wiedziałam co to kochać.
— A teraz? No, wymówże to straszne słowo! — uśmiechnął się, odzyskując humor figlarza.
— Będzie dosyć raz je powiedzieć w życiu — szepnęła.
— Słusznie. Chociaż wątpię, czy nawet jemu wykrztusisz. No, ale to nie moja rzecz. Teraz oswobódź się od zmory Głębockiego. Wyznaj mu prawdę, nie oszukuj, a potem wszystko dobrze pójdzie. Może ci dopomóc?
— Nie, Powinnam sama odpokutować. Dodałeś mi otuchy. Dziękuję ci.
Ucałował ją serdecznie.
— A dla swata nie masz polecenia? — żartował.
— Czego się śmiejesz? — rzekła z wyrzutem.
— Bom rad. Marzyłem o tem. Teraześ dopiero kompletny twór boski, dostępna dla śmiertelników. No, przyznaj mi się przynajmniej, kiedy się to stało, to straszne słowo, dawno?
Wstała i zarumieniła się jak wiśnia.
— Nic nie powiem, boś kpiarz. Żałuję mej szczerości. Rozpaplesz po całym świecie.
— Słowo honoru ci daję, że ani pisnę, nawet przed Cesią; tylko napiszę do kogoś, by nie rozpaczał i nie sechł darmo.
— Jak mnie kochasz, to tego nie zrobisz! — zawołała żywo. — Wzywać go?... Może jeszcze się rozmyśli, zapomni; czekajmy.
— Jeśli on się rozmyśli, to ja się powieszę. Tak to łatwo was zapomnieć! Będziesz go miała, kiedy zechcesz. Cóż mam odpisać?
— Że jeśli dba o nasze braterstwo i wdzięczność, to je posiada, i że go jak swego powitamy.
Na folwarku pogasły już ognie i rozlegały się tylko przeciągłe gwizdania nocnych stróżów, gdy Jan wracał do oficyny. Pomimo późnej pory siadł przy biurku i, choć nie lubił bawić się piórem, nie mógł się wstrzymać od podzielenia się z przyjacielem triumfem:
„Mój drogi Wacławie! Stał się cud: zakwitł śnieg — pisał po swojemu, telegraficznym stylem. — Jesteś mi bratem, swatem, drużbą, a może wprędce czemś innem jeszcze. Mój ślub naznaczony na 25 maja; proszę cię, nie przyjedź zapóźno. Jakeśmy ci oboje wdzięczni za usługę zmarłemu, to ci faktami dowiedziem. Czego żądasz, otrzymasz.“
List poszedł nazajutrz daleko na zachód, niosąc przeżytemu paniczowi większe rozradowanie, niż hołdy pół świata. Zdawało mu się, gdy go czytał, że widzi nad sobą ciemne oczy Polki, mówiące mu bez słów: „jesteś dobrym, dziękuję ci...“
A tymczasem w Marjampolu Jadzia była blada i rozdenerwowana, wzdrygała się na każdy ruch i turkot, przewidując wizytę Głębockiego. Cierpiała jej dusza na myśl o tem przejściu i, niedość na tem, czuła się w obowiązku wtajemniczenia w swe postanowienie pani Tekli. I to także nie mogło się odbyć bez burzy. Staruszka dreptała po gospodarstwie i była tak zajęta i poirytowana jakąś niedokładnością, że straszno było zbliżyć się do niej. Wyglądała jak przeładowana maszyna elektryczna. Pod wieczór, gdy minęła godzina przyjazdu konkurenta, Jadzi spadł jeden ciężar z duszy — skupiła wszystkie siły do rozprawy z panią Teklą.
— Czy będziemy czytać, babciu? — spytała.
— Poczekaj, mam z tobą do pogadania. Chodźno, siądź bliżej. Ot tak! Cóż ty sobie myślisz z Głębockim?
Jadzia oniemiała z podziwu. Pani Tekla miewała chyba jasnowidzenia.
— Dlaczego, babciu? — spytała.
— No, tak. Trzymasz go przy sobie, zachęcasz, tolerujesz, gadacie całemi godzinami... Do czegóż to podobne! Czy ja mu mam dać odprawę nareszcie?
— To babcia nic nie ma przeciw zerwaniu słowa?
— Ja? Ja? Ty od pewnego czasu zupełnie pamięć straciłaś. Przecie jeszcze w karnawale mówiłam, że ciebie za warjata nie oddam. Nie na tom cię chowała. Czegóż czekasz? Powiedziałam: nie, i nie pozwolę. Nawet nie proś darmo. Jutro sama powiem Głębockiemu, żeby sobie szedł gdzieindziej. Chyba się wykradniesz z nim!
— Ja! — zaśmiała się panienka mimowoli — Alboż mnie źle w Marjampolu? Gotowam na wieki zostać.
— At, kto tam zbada twoje amory! Ale co Głębockiego, to sobie wyperswaduj. To warjat i basta! Niech tu nie jeździ, bo może się stać nieszczęście. Ja nie rozumiem twojej odwagi. Żebyś przeczytała w podręczniku lekarskim... ale zresztą to nie dla ciebie te szczegóły. Wolę twój zawód i strapienie teraz, niż potem. Boże, Boże, do czego to świat dochodzi. Niech mi kto wytłómaczy twój gust do furjata. To istna anomalja. Z tego się trzeba spowiadać.
— Skądże babcia wnosi, że go kocham?...
— Jakto? Co to? Nie kochasz i dopiero mi mówisz? Co ci jest? Opamiętaj się! Rok obcujesz z warjatem! Myślałem, że za nim szalejesz. Awantura!
— Istotnie, źle zrobiłam, babciu. Jutro zwrócę mu słowo.
— Jezusie, Marjo! Gotowy atak! Zadusi cię! Doigrałaś się biedy! Co to będzie! Niech ja się lepiej z nim rozmówię.
— Proszę się nie bać. Wszystko minie spokojnie. Przepraszam, babciu, za kłopot i niepokój. Myślałam...
— Że on przytomny... a teraz widzisz jasno rzeczy. Tak, tak, starszych trzeba słuchać. Twoja skrytość to coś okropnego! Niechby choć Jaś był jutro przy waszej rozmowie.
— Zbyteczne; załatwię to sama. Dziękuję!
Pochyliła się do ręki staruszki, a ta jej główkę przycisnęła do piersi i pocałowała jasne czoło.
Nigdy Jadzia czułą nie była z nikim. Teraz ogarnęło ją jakieś żałosne pragnienie pieszczot i słodyczy. Chciało się jej w ciszy przebyć lata, ot tak, przytulonej do pani Tekli, i marzyć. Kochanie rozrywało jej serce.
Staruszka, trochę zdziwiona i bardzo rada, gładziła jej ciemne włosy i milczała. Któżby mógł gderać w takiej chwili? A może przyszło na myśl pani Tekli dawne wspomnienie takiej samej główki dziewczęcej, co przed trzydziestu laty garnęła się do matczynego serca i skarżyła się żałośnie, że jej rzucić trzeba będzie wszystko swoje i iść daleko? I poszła. Kochanie przemogło żal i trwogę przed obczyzną, jak samobójcę ciągnie wir rzeczny — i poszła! Oczy matki nie zobaczyły jej więcej, obczyzna pożarła wielkopolski bławatek, tęsknota, strawiła wątłą roślinkę: oczy matki płakały lata, aż wpadły, straciły blask, podkrążyły się ciemno. Bóg jeden widział te łzy i Bóg o nich pamiętał.
Teraz ta Jadzia inną była od tamtej. Nie skarżyła się, nie mówiła nic, a jednak zdało się staruszce, że dawne czasy wróciły — i mimowoli zaczęła mówić, jak do tamtej, o cudzym człowieku.
— Słyszałam, że do Strugi Wacław przysłał kilkanaście trakenów i stado holenderek. Pisał mi, że i w swoich dobrach zmienia rząd. Okradali go haniebnie. Chwała Bogu, może się obejrzy i ustatkuje. Warto, żeby i o Strugę się dowiedział. Pańskie oko konia tuczy!
— Babcia się już za nim stęskniła? — szepnęła Jadzia.
— Może i tak! — westchnęła pani Tekla. — Kto wie, co się z nim dzieje. Może chory. Zły sen dziś miałam.
Ręce Jadzi zacisnęły się nerwowo.
— Cóż się babci śniło? — spytała dziwnym głosem.
— Ja, dziecko, zawsze z umarłymi gadam. Moja Jadwinia przychodzi do mnie często. Dawniej stawała nade mną blada i spłakana, mówiła, że jej ciężko leżeć w obcej ziemi, że jej zimno i ciemno. Czasem składała ręce i prosiła: „Mamo, pamiętajcie o moim sierocie.“ A gdy on do nas przyjechał, to po raz pierwszy uśmiechała się do mnie i gdzieś zdaleka posyłała od ust pocałunki. A dziś we dwoje przyszli z ojcem i wołali: „pilnuj go, strzeż!“ A potem Jadwinia nogi moje objęła i prosiła: „Mamo, czego on smutny, ty wiesz. A jak on smutny, to mi w grobie jeszcze ciężej i dusza spokoju nie ma. Mamo, nie dajcie zmarnieć memu sierocie...“ Przebudziłam się i jeszcze słyszałam: „Matusiu, mój sierota smutny!“ Strach mnie zdjął. Chciałabym go zobaczyć zdrowego. Czegóż mu smucić się...
— Niechby przyjechał — szepnęła Jadzia — ale pewnie do ślubu Jasia nie zobaczymy go. Pracuje!
— Ach, ten Jaś! — wykrzyknęła staruszka, odzyskując werwę na wspomnienie swej obecnej zmory, ale nie gderała dalej, tylko się zwróciła do panienki: — Zatem jutro, Jadzieczko, kończ z Głębockim. Niech go moje oczy nie widzą. Nie uwierzysz, jak on mi niemiły. Zdaje mi się zawsze, że on nam przyniesie jakieś nieszczęście.
Jadzia wzdrygnęła się całem ciałem. I ona lękała się okropnie. Między jej marzeniem stał on jak czarne widmo. Dlatego może zwlekała zerwanie, — bała się jego zemsty i wybuchu, ale nie dla siebie...
Nazajutrz przyjechał. Dzień był posępny, na dworze szalała marcowa śnieżna zawierucha.
Zostali sami w salonie. Jego bure, dzikie oczy objęły z ponurą namiętnością szczupłą postać dzieweczki. Takiem wejrzeniem mierzy tygrys pogromcę. Jadzia istotnie przez ostatnie tygodnie zmieniła się bardzo. Zeszczuplała, zbladła; w oczach, zamiast dawnego chłodu, leżała smętna zaduma, na dumne usta wybiegał niekiedy łagodny uśmiech. Urok jej spotężniał jeszcze — ozłociło go uczucie.
Poszła pierwsza śmiało na ogień.
— Panie Adamie — zaczęła — mam pana prosić o coś.
— Co pani rozkaże?
— Niech pan nie zachowa do mnie urazy i daruje to, co powiem.
Głębocki cofnął się o krok, zzieleniał, usta mu drżały.
— Nie potrzebuje pani ani prosić, ani przepraszać. Chce pani, bym zwrócił słowo i pierścionek...
Niesłychaną siłą woli hamował się. Nawet pani Tekla nicby mu nie miała do zarzucenia. Imponował swą olbrzymią potęgą charakteru.
Powoli zdjął z palca pierścionek, położył na stole.
— To ja dziękuję pani za szczerość. Spodziewałem się tego oddawna. Trzeba było uprzedzić. Większy honor zrywać samemu. Byłem podły, kochałem. Ha, trudno! Gdzie mnie mierzyć się o dziewczynę z tym pruskim szpiegiem! Na co innego może mu sprostam! Czekajmy!
— Zapomnijmy lepiej — odparła Jadzia.
— Ja nie zapominam!
— To zemścij się pan na mnie. Przecież ja zawiniłam. Pocóż ma cierpieć niewinny za to, że ja pana nie kocham tyle by zostać żoną? Gdzież sprawiedliwość, panie Głębocki?
— Sprawiedliwość tam, gdzie ból! — zamruczał.
— Jam panu zadała ból. Gotowam znosić pana zemstę.
— Ja też i na pani się zemszczę. A teraz żegnam. Załatwiliśmy interes. Zostały rachunki, które podsumujemy później. Życzę pani pomyślności.
Wstał, skłonił się przed nią. Podała mu pierścionek, potem rękę.
Podniósł oczy, zawahał się, nareszcie wziął rączkę w obie dłonie i poniósł do ust. Jakby jęk wydzierał mu się z gardła.
— Pani niewinna, ja wiem — mówił niewyraźnie — ale ja panią tak strasznie kochałem. Nikogo innego, nigdy, nigdy! Żeby lepiej wziął moje życie, nie bolałoby, nie, darowałbym, ale to gorzej śmierci, gorzej. Tego nie daruję! Jemu koniec, albo mnie! Nie daruję, nie mogę!
Zęby mu się zacisnęły na tym wyrazie. Więcej nie mógł wymówić. Jak pijany, zataczając się, przeszedł pokój i zniknął. Jadzia osunęła się na fotel, wyczerpana ostatecznie. Ukryła twarz w rękach i zapłakała. Tak ją zastała pani Tekla, która czatowała w wielkiej trwodze na przebieg awantury. Co chwila gotowa była biec z pomocą. Gdy bryczka wytoczyła się za bramę, odetchnęła biedna.
Wsunęła głowę przeze drzwi.
— A co? — spytała. — Już skończone! Chwała Bogu! Co to? Płaczesz? No, i proszę ja kogo! Mieć taki szkaradny gust! Płakać po tym brzydalu! Wstydź się, Jadziu! Czy ty oczu nie masz? Fe!
W tej chwili przeciwległe drzwi rozwarły się cicho. W szparze ukazała się twarz Jasia.
— Niema furjata? — zagadnął. — Nie zadusił cię? No, to i dobrze.
— Aha, dobrze! — rzekła frasobliwie pani Tekla. — Tyś rad ze wszystkiego. A Jadzia płacze po nim.
Jan wszedł i zaśmiał się.
— Po nim! Et! Dziewczynie za mąż pora, więc spazmuje. Słuchaj Jadziu, powiem ci nowinę. Stefan Żdżarski chce się o ciebie starać.
— Niech mi dadzą święty spokój! — zamruczała.
— A czemuż? Niech się stara — pochwyciła pani Tekla — ale może i nie, nie, nie. Powiedz, że nie! Nie lubię końskich handlarzy!
— Pani nikogo nie lubi, oprócz Wentzla — żartował Jan. — Ale, ale! Był dziś u mnie rządca ze Strugi z okropnym lamentem.
— Może jakie nieszczęście z Waciem! — krzyknęła staruszka, zapominając wobec tego o Głębockim, Żdżarskim i całym świecie.
— Istotnie, olbrzymie! Wentzel przysłał z Prus wystawowe egzemplarze koni i bydła, a do obsługi tej arystokracji masztalerza Anglika i dwóch Szwajcarów pasterzy. W Strudze wynikła z tego wieża Babel. Nikt się nie może porozumieć. Nasze Mazury oszczekują jak wilków, przybyszy. Anglik każe sobie rządcy buty czyścić, dopomina się rodowitego burgunda i krwawych befsztyków. Szwajcary chcą kaloryferów po oborach i świeżej lucerny na karm. Rumaki, potrzebują do życia jęczmiennej kaszy i pasztetów. Słowem, rewolucja! Biedny rządca przyjechał po ratunek do pani. Może się przejedziemy na miejsce?
— A jakże, koniecznie! Ta hałastra zgubi biedaka. Potrzebne te Angliki i Szwajcary! Przepędzić ich! Zaraz, zaraz, każ zaprzęgać! Pojedziemy.
— Taka zadymka — ozwała się Jadzia — może jutro?
— Nie, nie, zaraz! Nie można odkładać! Idę się ubierać!
Podreptała w głąb domu.
Jan ucałował siostrę i siadł obok niej.
— Cóż Głębocki — zagadnął.
— Grozi zemstą.
— Tobie?
— Nie, hrabiemu. Wolałabym, żeby nie przyjeżdżał na twój ślub.
— Także koncept! Żeby cały pułk Głębockich, to go nie powstrzyma, a ja — pewnie nie napiszę. Ciekawym, coby z ciebie zostało, żeby go rok nie było. Wyschłabyś jak rodzynek. Jedźmy jutro razem do Żdżarskich. Cesia bardzo tęskni za tobą. Rozerwiesz się.
Tu pani Tekla ukazała się w progu, odziana do drogi. Jan zerwał się jak oparzony i pobiegł po konie, nie czekając, aż go wygderze.
— Mazgaju! — posłyszał tylko.
Wieczorem nie było już w Strudze innoplemieńców. Marjampolska dziedziczka przepędziła ich gdzie pieprz rośnie. Mazury objęli w swe ręce pyszne trakeny i bydło. Rządca odetchnął.
Pani Tekla wróciła dumna, jak Napoleon po Austerlitz. Odtąd rządca przyjeżdżał do niej co tydzień z raportem. Objęła Strugę w swą władzę, uważała ją za jeden ze swych folwarków.
Była mocno z tego dumna i zadowolona.
A tymczasem w pustym dworze Głębockiego myślano także o Wentzlu. Codzień rano pan Adam wydobywał ze szkatułki parę pistoletów, nabijał je powoli, prawidłowo, rozkoszował się szelestem prochu w lufie i dudnieniem kulki. Potem raz po raz, nigdy nie chybiając, wybijał temi kulami treflowe asy na trzydzieści kroków.
Była to jedyna jego przyjemność i zatrudnienie. Gospodarstwo zaniedbał, nawet ukochanych koni nie odwiedzał. Czasem i w nocy stary sługa, mieszkający obok niego, słyszał huk wystrzałów i niespokojne kroki nieszczęśliwego. Gdy wiosna nadeszła, bił z pistoletu skowronki i jaskółki — doszedł do niesłychanej wprawy, prawie nie potrzebował mierzyć. Broń słuchała jego myśli, a on słuchał swego bólu i rozpaczy — i czekał...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.