Między ustami a brzegiem puharu/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Między ustami a brzegiem puharu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1922
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Innym się wydał Poznań Wentzlowi! Za pierwszą bytnością zieleniły się łąki, złociły pola — teraz śnieg pokrył całą krainę, życie zamarło.
Pod Braniszczem zadymka ich opadła, poczta nie chciała jechać.
Hrabiego tymczasem, im dalej od Berlina, ogarniała coraz mocniejsza gorączka i niebywałe rozdraźnienie. Wpadł jak furjat na poczthaltera.
Był to ów, wedle Urbana, jedyny cywilizowany człowiek i rodowity Prusak.
Spitzbube, Schurke, Lump! — posypało się na niego z ust kompatrjoty, ku wielkiej uciesze Jana i służby pocztowej.
Znalazły się natychmiast konie i sanki, gdy wtem przybiegł żyd faktor.
— Wielmożna pani z Marjampola przysłała konie — oznajmił; — oni tu już jeżdżą od trzech dni.
— Oj, oj, — mruknął Jan. — To jej wcale humoru nie poprawi. Niech zajeżdżają.
Ruszyli lotną czwórką siwoszów, w noc, w zawieję, bez drogi. Urbana zostawiono, na pociechę poczthaltera.
— Zmarzniesz, hrabio — mówił Jan, patrząc z trwogą na miejskie palto Wentzla i jego malutką bobrową czapeczkę, wsadzoną z fantazją na prawe ucho!
— Jeszcze mi nie rychło krew zastygnie. Mam ochotę żywcem ujrzeć panią Teklę i powalcować z Polką. A propos, czy z pana plotkarz, panie Janie?
— Albo co?
— Te berlińskie saturnalje nie dla uszu dam z Marjampola. Kolegi się nie zdradza!
— Czy się boisz, hrabio, babuni? — żartował Polak.
— Przyznam, że więcej pana siostry. Żebyś pan wiedział, jak mnie spytała o Biarritz kiedyś latem. O Je! Spiekłem raka jak student. Te wasze damy z ich powagą Sybilli djabelnie imponują.
— Cóż pan spłatał tak strasznego w Biarritz?
— Ot, zjechaliśmy się wypadkiem z hrabiną Aurorą, moją starszą znajomą... i... i... była hrabina z Poznania. Eh, plotka! Nie lubię rumienić się przed panienką. Niech pan milczy o Lidji.
— Dobrze, dobrze! Jadzia nieciekawa, nie spyta. Zresztą i jabym dostał mycie głowy za kulisy. Brrr! jak zimno! Popędzaj, Maciej! A nie błądzim?
— Uchowaj Boże, proszę łaski pana — odparł wąsaty Mazur.
Śnieg zasypywał oczy. Wyglądali jak bałwany białe, wicher przejmował do kości.
Pomimo to, Wentzel gwizdał coraz to nowe aryjki z operetek i sypał jak z rękawa anegdoty.
Dziwna radość przejmowała mu duszę. Nie była to miłość dla pięknej Jadwigi, ale zadowolenie próżności i triumf. Babka wzywała go sama. Po co? Kto wie, może powie: kupuj Strugę i żeń się — z kim? Łatwo się domyśleć.
A może panna Jadwiga tęskniła za nim... To wezwanie było z jej inicjatywy? Zdawało mu się to zupełnie naturalnem. Tysiąc razy się zdarzało. Przytem wiózł do Marjampola niespodziankę. Z tego sekretu nie pochwalił się ani przed baronem, ani przed Janem, przed nikim.
Miało to być ostateczne coup du théatre.
Z głową napchaną podobnemi myślami nie czuł mrozu, droga mu się tylko dłużyła nieskończenie.
— Gdzież ten Marjampol bogi odniosły? Jedziemy chyba na koniec świata — zauważył po raz setny.
Jan wstał w saniach, rozejrzał się uważnie.
— Za kwadrans staniemy na miejscu — pocieszał.
Zmrok zapadał, dzień zimowy robił się coraz posępniejszy.
— Ot i Męka Pańska! — oznajmił furman, rozwijając sążnisty bat i zbierając silniej lejce.
Wysada zamajaczyła, jak rząd olbrzymich grenadjerów u wnijścia do królewskiej rezydencji, wpadli w bramę przez okropne zaspy; siwosze, parskając radośnie, zaryły się pod gankiem.
— Do oficyny, Maciej! Do oficyny! — krzyczał Jan; ale na odgłos dzwoneczków i palenia z bata w domu zajaśniały światła, stary Walenty ukazał się w progu.
— Pani kazała prosić tutaj — rzekł; — właśnie piją herbatę.
Młodzi ludzie wysiedli i spoważnieli, jak na komendę.
— Teraz bomba pęknie — szepnął Jan, rozbierając się szybko i trąc pokostniałe dłonie.
Wentzel uśmiechnął się zagadkowo.
— Chodźmy śmiało.
W jadalni pani Tekla z Jadzią siedziały, jak wtedy, same; ale obeszło się tym razem bez rekomendacji. Niemiec poszedł prosto do ręki babki, ucałował ją i wyrzekł powoli, z nadzwyczajnym wysiłkiem pamięci:
— Jestem na rozkazy babuni!
Staruszka aż podskoczyła z podziwu.
— Co? Jak? Kto ciebie nauczył po polsku? Fe, źle wymawiasz! No, no, ale powtórz.
— Co, hrabio? — wołał Jan — Umiesz po naszemu i torturujesz mnie tyle dni niemiecką mową... to kryminał!
— Nauczyłem się trochę — odparł Wentzel wesoło — żeby mieć prawo obywatelstwa w Marjampolu.
— Szpetnie mówisz, okropnie! — wyrzekła pani Tekla.
— Może babunia woli po francusku?
— Nie, nie! Gadaj, jak umiesz. Cóż robić!
Panna Jadwiga powitała tymczasem brata serdecznym uśmiechem, i uściskiem; na ukłon hrabiego odpowiedziała chłodnem pochyleniem głowy.
Ani wzruszenia, ani radości, ani nawet najmniejszego wrażenia.
Walenty podał im herbatę i zakąski — usiedli na końcu stołu.
— Zmizerniałeś, Jasiu — ozwała się panienka, bystro patrząc w szczere oczy chłopaka.
— Co? Zmizerniał? Czemu? Może chorowałeś? — wmieszała się żywo staruszka, spoglądając na wychowańca.
Biedny Jan pod ogniem tych krytycznych oczu spłonął rumieńcem jak panienka, wnurzył nos w filiżankę.
— Broń Boże! Byłem zdrów zupełnie. To podróż...
— Cóżeś robił cały tydzień w tem szwabskiem gnieździe? Można było zajechać do Chin. Miałam kogo posyłać! Jesteś i będziesz rozhukanym błaznem.
Tu Wentzel wmieszał się swą łamaną polszczyzną:
— Pan Jan nie mógł się ze mną spotkać. Rozmijaliśmy się ciągle. Teraz karnawał...
— Karnawał! Czy nie wstyd, żeby dorośli zajmowali się takiemi rzeczami! Ale co się po Szwabach można dobrego spodziewać! No, jedzcie. Walenty, daj panom nalewki. Zmarzli! Jadziu, każ przynieść temu Niemcowi piwa do kolacji.
— Dziękuję! Nigdy piwa nie pijam! — zawołał, kłaniając się młodej gospodyni.
— Osobliwość! — zamruczała pani Tekla.
Oczy jej ukradkiem zerknęły na wnuka, korzystając że wszyscy byli zajęci jedzeniem.
Jan, zaspokoiwszy głód i stłumiwszy pomieszanie, zwrócił się do siostry.
— Jadziu, przywiozłem ci z Berlina piękny prezent za trudy, poniesione w mojem zastępstwie przy gospodarce. Cóż zdziałałaś, siostrzyczko?
— Odprawiłam pisarza w Olszance.
— Oho! tak energicznie! Po siedmiu latach służby!
— To ci bynajmniej honoru nie czyni tyle lat dać się okradać!
— Co? Piasecki złodziej? Eh! ktoś ci plotkę doniósł.
— Ciekawam kto i jak mógł mi donieść, kiedy ty sam nazywasz mnie głuchoniemą! — odparła, podnosząc brwi. — Przecie, żebym lubiła mówić, a choćby słuchać, rozmawiałabym z tobą.
— Więc ja ci mówię, że Piasecki złodziej — zawołała pani Tekla. — Już bo ty jesteś dobroci i łatwowierności anielskiej. Służba cała ubóstwia ciebie, bo ją rozpieszczasz, tolerujesz usterki, darowujesz najgorsze winy. Pewnie spostrzegłeś oddawna fałsze w rachunkach Piaseckiego i pozwalałeś się okradać.
— At, jakieś tam kilka korcy pośladu. Biedak ma żonę...
— Aha! ładną Marcelkę! — zaperzyła się pani Tekla i chciała coś dodać, ale panna Jadwiga rzuciła jej proszące spojrzenie, więc tylko pogroziła palcem Janowi.
— Jak panią szanuję, takem nawet nie wiedział jej imienia — tłómaczył się chłopak; — alem rzeczywiście tolerował ten drobiazg Piaseckiemu.
— Trzeba było oznajmić mi tę tolerancję wyjeżdżając — rzekła Jadzia.
— Złapałaś go na gorącym uczynku?
— A jakże! — odpowiedziała za nią pani Tekla. — Pojechała w nocy z tutejszym rządcą do Olszanki i zastała dwie fury pod magazynem. Był to brat i szwagier pięknej Marcelki ze zdobyczą.
— To trochę zadużo! — wtrącił Jan.
— Zdaje się! Jadzia zażądała księgi i wzięła klucze. Nazajutrz przy sobie kazała odmierzyć zboże i znalazła wedle rachunków dużą superatę ziarna.
— Miałaś niemały kłopot, Jadziuniu.
— Dwa dni tylko — odparła spokojnie.
— Więcej nieszczęść nie było?
— Owszem: fornal złamał nogę na lodzie, ale sądzę, że się wygoi. Doktór przyjeżdża codzień.
— A ty go pewnie sama opatrujesz?
Nie było odpowiedzi. Zamyśliła się, przypominając wypadki tygodnia, i dodała:
— Zresztą nic więcej. Na listy w interesach odpisałam, zobaczysz w biurze.
Wentzel słuchał i patrzał. Dziewczyna ta była kontrastem wszystkich, które znał i kochał kiedykolwiek. Jego urok, porywający kobiety, na niej jednej nie robił żadnego wrażenia. Nie spojrzała nawet na niego.
— No, no, ja ręczę, że Jadzia dobrze gospodarowała — pochwaliła kogoś po raz pierwszy pani Tekla. — Możesz jej dać prezent. Pewnie to coś niedorzecznego.
— Przeciwnie, coś bardzo stosownego. Masz, siostrzyczko.
Staruszka zajrzała przez stół.
— Pierścionek! Nonsens! Wiesz, że ona tego nigdy nie nosi.
— Powinna się przyzwyczaić do obrączki — wygłosił patetycznie Jan.
Panna Jadwiga wzięła do rąk śliczne cacko z turkusem, zmierzyła na palec.
— Mogłabym go chyba włożyć na pierwszy — rzekła z uśmiechem.
— Fe! — oburzyła się pani Tekla. — Wiesz, że po tem poznaje się głupców. Chociaż robisz istotne głupstwo!
Jan wybuchnął śmiechem.
— Proszę pani, niech zrobi choć jedno w życiu. Nie będzie mi tak rozumem imponować.
Ciemne, niezbadane oczy Jadzi podniosły się powoli na brata, na jasną skroń wybiegł nieznaczny rumieniec.
— Mogę ci zaręczyć, że zrobię głupstwo i to olbrzymie — odparła z widocznem rozdrażnieniem — Za prezent dziękuję.
Przechyliła się do niego wdzięcznym ruchem i pocałowała w czoło.
Wentzel zajadle targał wąsy. Delikatność nie pozwalała mu mieszać się do tej rodzinnej dysputy. Dałby jednak dużo za ten pocałunek. Miał przecie na czole pamiętną szramę z jej winy.
— Kto cię nauczył po polsku? — zainterpelowała pani Tekla wnuka — Musiał to być nielada osioł!
— Była to żona mego plenipotenta, Polka.
— Pewnie gadaliście o amorach?
— Skąd to przypuszczenie? Przecież nie popisywałem się odmianą słowa kocham. Czy babunia myśli, że to by szło gładziej?
— Et, bredzisz. A czytać umiesz?
— Mogę zastąpić pannę Jadwigę w głośnem czytaniu.
— Dziękuję, śliczniebym wyszła! Nieprawdaż, Jadziu?
— Nie wiem, babciu. Sądząc z rozmowy, pan hrabia jest bardzo zdolny do języków. Mówi poprawnie.
— Oho! oho! Co ty możesz wiedzieć o tem! Chociażby mówił jak ty, to jeszcze źle. Prusacy wam zupełnie mowę skaleczyli. Za mojej młodości chłop lepiej umiał po polsku, niż wy wszyscy teraz.
Wszyscy znieśli pokornie krytykę. Wentzel odważył się pierwszy odezwać:
— Pani Sperling rada była ze mnie...
— Głupia jest twoja pani Sperkel, czy jak tam! — zaperzyła się babka. — Jeżeli co umiesz, to zasługa twojej matki, że ci dała delikatne polskie gardło, dlatego niby coś pojąłeś z naszych twardych brzmień. Ale jeśli to ma być podobne do polskiego języka, to pianie koguta podobne do śpiewu słowika. No, kończcie kolację beze mnie, a ty, Jadziu, poprawiaj to szwabskie bredzenie.
Podreptała w głąb domu.
— Czy pozwalasz, Jadziu, palić? — spytał Jan.
— Proszę — odparła, wstając.
— Ale ty nie zmykaj. Cały tydzień cię nie widziałem. Niech się przypatrzę i nacieszę.
— Istotnie, rozrzewniająca czułość! Tęsknota po mnie wygląda ci z twarzy. Jakżeś się bawił w Berlinie?
— Wcale nie.
— Chcę wierzyć — uśmiechnęła się ironicznie. — Przez cały tydzień zwiedzałeś galerje obrazów i Tiergarten.
— Pan Jan szukał mnie trzy dzień — przyszedł Wentzel z pomocą koledze.
— Trzy dni — poprawiła, nie podnosząc dalej kwestji.
— A ty nie balowałaś? — zagadnął Jan.
— Nie miałam czasu. Ale à propos, Cesia Żdżarska była tu wczoraj. W środę urządzają kulig do Siewnicy od nich. Zapraszała nas.
— A Głębocki odwiedzał ciebie?
— Był.
— Ileż zgraliście partyj w domino?
— Czy ci ta wiadomość potrzebna do statystyki?
— Ach, Boże! Co za gorzka niewdzięczność! Chciałem ci zrobić przyjemność, przypomnieć miłe chwile sam-na-sam.
— Posiadam dobrą pamięć. Przypomnienie zbyteczne.
— No cóż, jedziesz na kulig?
— Do środy daleko.
— Czyż ty nie robisz planów na przyszłość?
— Co do kuligów — nie.
Wentzel zrobił w duchu uwagę, że dziewczyna ta pobiłaby nawet Schöneicha w grze na słowa.
— Byłem w teatrze w Berlinie — opowiadał Jan, zaciągając się tytuniem, — dawali jakiś straszny dramat, było pełno trupów.
— Tytułu nie pamiętasz?
— Zapomniałem: Hamlet, czy Otello.
— Dwie rzeczy nadzwyczaj do siebie podobne! — zaśmiał się Wentzel, a Jan wtórował z całego serca, rad, że rozchmurzył nawet poważne usta siostry.
Wtem w sali rozległy się drobne kroczki staruszki.
— Fe! — gderała już zdaleka — Co tu dymu! Ale ładnie pachnie.
Wetknęła głowę przez drzwi.
— Czy to pan hrabia myśli, że tu przyjechał opowiadać brednie i śmiać się z tym pustakiem? Bardzo proszę, mam interes.
— Służę babuni! — zawołał, zrywając się żywo.
— Pierwej słuchaj, a potem służby ofiaruj. Otóż tak jest... Jadziu, jeżeli się zawstydzisz, to nic, bo to prawda i koniec. Tu, niedaleko, mieszka okropny niedołęga, Głębocki...
— Jadziu, spuść oczy — szepnął konfidencjonalnie Jan.
— Cicho! Co się mieszasz i przerywasz! Otóż ten safanduła traci majątek, samochcąc, śliczne złote jabłko. To się stać nie powinno. Otóż, co ci miałam powiedzieć. Jeżeli ty, hrabio, pozwolisz, żeby obrzydliwy Szwab kupił choć piędź ziemi u Głębockiego, to ja, twoja babka, własnoręcznie dam ci trzydzieści rózeg na kobiercu!
Na ten finał Jan parsknął śmiechem, Wentzel odstąpił mimowoli o krok, panna Jadwiga zniknęła z pokoju — może i ją śmiech ogarnął.
I po tę to miłą obiecankę gnał Croy-Dülmen z Berlina na złamanie karku! Chwilę stał osłupiały, ale wnet — czy go zaraził śmiech Jana i istotnie ubawiła perspektywa rózeg — wybuchnął i on sam szaloną wesołością.
— Wszystko zrobię, by tego uniknąć. Gotówem nawet kupić Strugę, ale...
— Ale cóż? Nie masz pieniędzy?
— Oj, starczyłoby na trzy powiaty. Ale w takim razie dostanę sześćdziesiąt rózeg.
— Co to za kpiny! — oburzyła się.
— Zupełnie serjo. Dostanę zato, że nie obroniłem od Niemców, a drugą dozę jako nabywca Szwab.
— Jakto Szwab? Moja Jadwinia... Ale to może i prawda... Szwab! Niemczura! Prusak! Croy-Dülmen! Pfe! — zatrzepała rękami ze wstrętem, obróciła się żywo i pobiegła do siebie.
Jan siadł, trzymając się za boki ze śmiechu.
— Zabiłeś, hrabio, tęgiego klina. Nie zamknie oka noc całą. Zawoła pewnie Jadzię do rady.
— Panna Jadwiga ją do reszty na mnie zbuntuje.
— Broń Boże! Przecież, jeśli pańską pomoc usunie, to ją pani Tekla gwałtem zapędzi do ołtarza, pomimo swej antypatji dla Głębockiego. To są dwie jedyne drogi wyjścia. Aut — aut! Babunia pewnie przenosi polską ziemię nad Jadzię, choć ją niby ubóstwia jedną, i gotowa spalić biedną dziewczynę dla jednego morga, nietylko dla kilku tysięcy. Oho, znam ją. Niech-no co weźmie do głowy, to nie da tchnąć, aż dopnie. Jadzia się ani obejrzy, jak ją odstawią z posagiem do Strugi.
— Przecie to się stanie prędzej, czy później.
— No, nic nie wiem. Moje panie okrzyczały mnie mazgajem i błaznem, więc się boję ze zdaniem wystąpić; ale widzi mi się, że papiery Adama spadły. Ta Jadzia to istny sfinks. Niechże radzą! Chodźmy do oficyny. Oczy mi się kleją.
Nazajutrz, ledwie świt, Walenty wpadł do mieszkania młodych ludzi — zbudził hrabiego.
— Pani prosi zaraz do siebie.
Croy-Dülmen porwał się jak na alarm, ale ledwie zrozumiał, o co chodzi, gdy przyleciał chłopiec kredensowy.
— Jasna pani kazała, coby pan graf zara szedł.
— Idę, idę!
Ubierał się z gorączkowym pośpiechem.
— Jak to dobrze, że ja nie mam pieniędzy... mogę spać spokojnie — mruczał Jan z pod kołdry.
W tej chwili zjawił się ogrodniczek.
— Jasna pani kazała jasnemu grafowi oznajmić, że czekają! — zawołał zdyszany.
— Rózgi gotowe! — śmiał się Chrząstkowski.
Wentzel wyszedł jak stał — w lakierkach i eleganckim tużurku, na śnieg; krawat zapinał w drodze.
Nie było go dobre trzy kwadranse, nareszcie wrócił.
— Po egzekucji? — pytał Jan.
— Nie; uniknąłem szczęśliwie bastonady. Pozwolono mi łaskawie nabyć Strugę.
— Pan pewnie zły na siebie za podany projekt.
— Wcale nie. Jeden majątek więcej cóż mi może zaszkodzić? Będę pańskim sąsiadem. Dzisiaj pojadę do Głębockiego i dobijemy targu.
Jan nic nie odpowiedział i coś sumował.
— To milczenie jest mocno anti-germańskie — zauważył wesoło Croy-Dülmen, zaczynając z gruntu toaletę.
— Broń Boże... Przecie pan nie posądza mnie o szowinizm pani Tekli. Niemców gatunkuję na różne kategorje. Nie jest pan ani urzędnikiem, ani policjantem, ani aferzystą na naszą krwawicę, ale arystokratą i człowiekiem dobrze wychowanym. Sąsiedztwo pańskie zaś nie zbliży mnie z wami, chyba z rządcą i plenipotentem. Nie zakopie się pan na wsi, tembardziej u nas, Polaków. Milczałem, bom myślał, czy powiedzieć coś panu.
G’rad heraus! Słucham.
— Czy pan ma ochotę kupić Strugę, rzetelną ochotę? Czy pan woli wykręcić się słomą z tej alternatywy?
— Mam szczerą ochotę.
— No, to nie jedź, hrabio, do Adama.
— A to dlaczego?
— Bo on tobie, hrabio, Strugi nie sprzeda.
— Z jakiego powodu?
— Bo ciebie cierpieć nie może.
— On, mnie! Racja?
— Kto z niego rację dobędzie! Ale ja go znam dobrze. Jestem tego pewny.
— To jednak szczególne! — zamruczał Wentzel.
— Otóż, com chciał rzec. Na hasło waszego imienia odda majątek tamtym, co dość już dawno targują. Zapomniałem nazwiska.
— Dam drożej.
— I oni już dają bajeczną cenę. Głębocki myśli, że chyba zwąchali gdzie naftę, czy węgiel. Uwzięli się na niego. Majątek dobry, nad rzeką, można trzymać stadninę i bydła co niemiara, ale takiej masy pieniędzy nie wart nigdy.
— Któż to go targuje? Nie przypomina pan sobie? — zagadnął żywo Niemiec, przestając się nagle ubierać.
— Pan... pan... Nawet z tytułem i von! Po djaska z temi nazwiskami!
— Z tytułem? Aha! może książę F.?
— To, to, to! A pan jakim cudem zgadł?
— Słyszałem coś o tem — uśmiechnął się dziwnie — no, i znam nabywcę, i pan go zna.
— Ja? — rzekł przeciągle Chrząstkowski.
— Przecie pan pamięta bohatera farsy Schöneicha..
— Bachusa! — zaśmiał się.
— Nie, pięknego Herberta!... No, to on jest księciem F.
— A do tego co przystąpiło?
— Oczy pańskiej siostry w Ems. Postanowił ją zdobyć.
— Cha, cha, cha! Prawda! Snuł się za memi paniami jakiś facet, ku okropnemu oburzeniu pani Ostrowskiej. Mówiła, że raz go złajała po polsku, a potem dla lepszego zrozumienia, po francusku. Cha, cha! To wyśmienite! Muszę powiedzieć to Jadzi i Głębockiemu. Pewnie z plenipotentem rywala więcej gadać nie zechce. To dopiero nafta i węgiel! Cha, cha! Eksplozja! Czy ci ludzie pofiksowali? A ta Jadzia? Co oni w niej widzą? Dla tej lodowej bryły płacić za Strugę w trójnasób! Ten książę pięknieby wyszedł! Produkcyjne ulokowanie kapitałów i serca! Niema co!
— Oziębłość jest najniebezpieczniejszą kokieterją — wtrącił Croy-Dülmen. — Pan nie zna Niemek. Po nich siostra pańska — to antypody... Może głowę zawrócić, do szaleństwa popchnąć.
Jan wytknął z pod kołdry głowę, popatrzył bystro na mówiącego i znów ją schował.
— Nigdy tego nie pojmę. Ideałem kobiety jest dla mnie Cesia Żdżarska — zamruczał.
— Czy to przyjaciółka ranny Jadwigi?
— A coś w tym rodzaju. Koleżanka z pensji... Także antypody. Choć sądzę, że do Niemek niepodobna. Poznasz ją, hrabio, na kuligu, bo przecie spędzimy razem ostatki karnawału.
— Naturalnie. Nie wyjadę inaczej, jak właścicielem Strugi.
— W takim razie zdaj pan na mnie ten interes. Już ja dam radę Adamowi.
— Dziękuję serdecznie za pomoc i życzliwość.
— Ach, drobiazg! Czy pan już gotów? Niech nam dają śniadanie. Zaraz poślę po Urbana, a po obiedzie odwiedzę ten obraz Toggenburga.
Wedle programu, Wentzel został na resztę dnia z damami.
Pani Tekla robiła wełniane kaftaniki dla dzieci z ochronki; panna Jadwiga, mało mieszając się do rozmowy, poprawiała piśmienne zadania swych uczennic.
Hrabia, wśród ciągłej krytyki i gderania, opowiadał swe życie.
Nic jej się nie podobało: że przeszedł gimnazjum — źle, że skończył kurs prawa — niepotrzebnie, że wstąpił do wojska — głupio.
Nareszcie przyszedł najcięższy obrachunek — teraźniejszości.
— No, a teraz co porabiasz?
Spuścił głowę i, kręcąc markotnie brodą, rozmyślał, jak streścić podróże, polowania, sport i miłostki w określeniu czynu i zajęcia.
— Teraz, babciu, myślę obrać jakąś karjerę.
— Myślisz dopiero? A, to ślicznie. Przecież masz dobra... Zarządzasz prawdopodobnie? Ileż to morgów?
— Nie pamiętam, doprawdy, w tej chwili.
— Coraz lepiej! Można ci połowę ukraść. No, masz pewnie browary, winnice?...
— Zapewne, że są.
— Jakto, zapewne? Co to za frazes? Ileż obrotu rocznego?
— Dużo, babciu.
— Ja chcę wiedzieć cyfrę!
— Kiedy nie wiem ściśle. Musiałbym się spytać Sperlinga. W dobrach są rządcy i technicy: w Dülmen — Johann Assauer, w Schagern — Thomas Spiess, w winnicach — Francuz z Burgundji, no, a w browarach zarządza mój kolega Martinsen.
Oblicze pani Tekli robiło się coraz czerwieńsze z oburzenia i gniewu.
— Próżniaku! Pasorzycie! — wyrzuciła z siebie. — Coś ty wart na świecie! Fe, taki młody, zdrów, silny, i do niczego! Ja jestem stara kobieta, a wiem, ile Marjampol ma obszaru, ile przynosi dochodu, co wart koń i wół, gdzie jakie ziarno rodzi, ile gorzelnia zużytkuje ziemniaków... księgi codzień przeglądam. Fe, jak ci nie wstyd żyć na świecie, spojrzeć ludziom w oczy? Żadnego zajęcia! Szuka dopiero karjery w 27-u latach wieku! Oburzające!
Panna Jadwiga, jakby czuła, że obecność jej jest szczytem przykrości dla młodego człowieka, wstała.
— Babcia mnie nie potrzebuje? — rzekła — Pójdę odwiedzić Wincentego.
— Dobrze, dobrze, tylko zabierz go ze sobą. Nie mogę patrzeć na taką karykaturę. Pokaż mu nasz ład, niech powącha choć raz w życiu zacier wódczany. Fe, niedorajda, hultaj, pustak! Pięknie on urządzi Marjampol, gdy mnie nie stanie!
— Ależ babciu! — bronił się skonfundowany.
— No, no, no! Idź już sobie! Pewnie przyjechałeś bez futra. Niech ci Walenty da kożuszek Jasia. Nie fanfaronuj na mrozie.
Jeszcze za drzwiami wołała o nierozwadze.
— Był to feralny dzień, gdym panią poznał — rzekł na ganku do swej pięknej towarzyszki, biorąc z jej ręki pakiet szarpi i arnikę, — od tej chwili znoszę ciągle porażki. Nikt tu nie ma miłosierdzia dla mych usterek i słabości. Same upokorzenia!
— Nie trzeba ich było wywoływać zawiązaniem stosunków i znajomości — odparła, idąc naprzód.
— Istotnie, byłoby to lepiej — rzucił, rozdrażniony tem jawnem lekceważeniem.
— Fakt nabycia Strugi jest w takim razie bardzo niekonsekwentny.
— Czy pani nie chce, bym kupował?
— Nie mam w tym względzie żadnego osobistego zdania. Znajduję tylko, że kto cierpi upokorzenia, powinien je albo znosić cierpliwie, jeśli chce się poprawić, albo usunąć zupełnie, gdy go to tylko drażni i obraża. Nie lubię wątpliwych pozycyj i utyskiwań: to broń i położenie słabych istot.
— Zawsze krytyka i potępienie spotyka mnie z ust pani. Jeśli pani chodzi trochę o moją poprawę, to proszę być łaskawszą. Najsilniejsza wola upadnie, zmęczona bezustannem szyderstwem i pogardą! — zawołał gwałtownie.
— Oto jest stajnia. Są to powozowe konie pani Tekli, młodzież i część roboczych. Reszta w pracy — powstrzymywała jego zapęd tem arcyprozaicznem objaśnieniem.
Rzucił się niecierpliwie.
— Wierzę ślepo w doskonałość marjampolskiej gospodarki. Niech mi pani odpowie.
— Ślepa wiara w doskonałość gospodarek jest właśnie pana grzechem, jakem uważała z rozmowy z babką. Gdzież poprawa?
Pends-toi, brave Crillon! Pani jest sroga, jak Katon.
— Wypełniam polecenie pani Tekli. Służę panu za przewodnika. Pójdziemy do browaru.
— Służę pani! Cóż robić! Zobaczymy, kto z nas dwojga więcej okaże: czy pani w uporze, czy ja w cierpliwości.
— Nie jestem wcale upartą i nie rozumiem zastosowania tej wady w stosunku moim do pana.
— Czyż to nie upór w okazywaniu mi tak odstręczającej niechęci i lekceważenia? Inna, na miejscu pani, dałaby się ułagodzić i wzruszyć moją wiernością i pracą.
— Mój panie, nie okazuję ani niechęci, ani lekceważenia, tylko to, co czuję: najzupełniejszą obojętność. Co zaś do wierności, tej ani potrzebuję, ani żądałam; a praca powinna sama z siebie dać panu zadowolenie, jeśli istnieje rzeczywiście.
— Pani mi pozwoli nie wierzyć w obojętność.
— Zostawiam zupełną swobodę wiary i niewiary. Pan jest człowiekiem bardzo szczęśliwym.
— Tego nie znajduję, niestety!
— I owszem: próżność, zarozumiałość i wiara w swe doskonałości, czyż to nie jest szczęśliwy stan duszy? Żadnych walk, żadnych wątpliwości i kompletne zadowolenie z siebie.
— Powiedziałem, że nie wierzę w obojętność, bo jestem pewien, że mnie pani nie cierpi. Na to nie trzeba ani zarozumiałości, ani wiary w siebie, niestety!
— Cieszy mnie, że pan zaczyna trafniej widzieć rzeczy. To postęp. Ale otóż i obora. Ma pan przed sobą opasy na targi do stolicy. Jest ich dwieście sztuk.
Rozejrzała się uważnie po bydle i zwróciła się do nadzorcy wołowni, który, ujrzawszy ją, przybiegł natychmiast.
— Ten czarny wół wygląda mizernie. Każ go pan umieścić oddzielnie. Trochę tu nieporządnie.
Poszli dalej i nie mówili do siebie długą chwilę. Wentzla opadała rozpacz. Z jakiego kruszczu ją ulano, tę niezbadaną, cudną dziewczynę? Czy był sposób przebicia tego pancerza z zimnej, logicznej rozwagi, szyderstwa i niesłychanego spokoju?
Żaden nerw nie zadrgał na twarzy — nie było sposobu pojąć, co czuła i myślała.
Z nim była to dumna królowa, ze służbą wzorowa gospodyni, w domu idealna siostra i towarzyszka staruszki. Czy potrafi być czarodziejką dla kogoś jednego, — pokochać?
Wyglądało to na niemożliwość.
Hrabia się tak zamyślił, że nie widział, gdzie idą; aż nagle ona stanęła na progu czworaków mieszkalnych czeladzi i obejrzała się na niego.
— Proszę o pakunek i dziękuję za wyręczenie. Nie wzywam pana za sobą, bo tu się kończy moja misja cicerona i skarby Marjampola. Tu jest dla pana zawiele śmiecia i swędu, przytem biedak chory leży. Może pan na mnie zaczeka.
— Wolę wejść z panią i może pomoc w opatrunku.
Weszli do izby. W progu Wentzel się potknął i uderzył głową o niski uszak, aż mu w oczach pociemniało.
— Jest to symboliczny pokłon wielkości przed ubóstwem — rzekła po francusku panna Jadwiga, uśmiechając się lekko.
— Bolesny — odparł, śmiejąc się.
Gromadka obdartych dzieci i kobieta z niemowlęciem na ręku rzucili się na powitanie panienki. Musieli ją bardzo kochać i szanować.
I nagle, jak czarem, przeistoczyło się oblicze poważnej dziewczyny. Jakby słońce przeszło po niem, znikł surowy rysunek ust, i ściągnięcie brwi, i nieruchomość twarzy.
Śliczny uśmiech znalazła dla dziatwy, serdeczne słowo dla matki. Potem podeszła do okna, gdzie na ławie leżał biedny kaleka.
Dala mu tytoniu, pocieszyła nadzieją wyzdrowienia i, usuwając ręce od pocałunków, zabrała się do opatrunku.
Oh, umiała być czarodziejką dla słabych i nieszczęśliwych!
Hrabia pomagał jej w zakładaniu bandaży na połamaną nogę, nie czuł zaduchu izby, nie widział śmiecia, nie żałował swych wypieszczonych rąk magnata. Stali oboje pochyleni, tuż obok siebie, połączeni wielką ideą miłosierdzia. Co prawda, w tem towarzystwie zgodziłby się hrabia przesłużyć życie całe przy ambulansach.
A chory błogosławił ich, łącząc oboje w swych prostych życzeniach.
— Bodajże wam Pan Jezus udzielił doli szczęśliwej, żeby wam za łaskę dał szczęście i skarby! Dziękuję, jasna panienko, do śmierci nie zapomnę! I wam, paniczu, żeście tacy litościwi. Magduś, nalej wody na ręce wielmożnym państwu.
Wymyli ręce w glinianej misie i obtarli grubym ręcznikiem.
— W Polsce uważają to za prognostyk kłótni — rzekła panna Jadwiga pierwszy raz wesoło.
— Wszystko, byle nie obojętność — odparł.
Wcisnął w dłoń kobiety garść srebra i wyszli przeprowadzeni błogosławieństwem.
Ledwie oddalili się parę kroków, wpadły na dziedziniec sanki Jana. Na widok tych dwojga, spacerujących tak poufale, Jan zdumiał się.
— Stój! — krzyknął, wyskakując. — Witam, witam!
— Tak prędko? — spytał Croy-Dülmen.
— Z Adamem krótka gawęda: albo milczy, albo słucha, zupełnie jak Jadzia. Nie znam dwóch istot bardziej do siebie podobnych. Spędziliśmy, hrabio, identycznie to poobiedzie, co? Słuchano i milczano.
— Co do mnie, to się mylisz — wtrąciła panna Jadwiga. — Kiedy może mnie kto wyręczyć w bawieniu gości, chętnie milczę; ale, będąc sama z kimś, nie mogę czynić co lubię, więc rozmawiam.
— Bardzo to dla mnie pochlebne — rzekł Wentzel pół żartem, pół serjo. — Nigdy już nie nadużyję pani grzeczności, choćby na rozkaz babuni.
— Proszę pamiętać — mruknęła po swojemu, posępnie; blask znikł, była znowu chmurna i surowa.
— Otóż Głębocki się zgadza sprzedać komukolwiek Strugę, byle nie księciu F. Napędziłem mu strachu. Podpaliłem i naftę i węgiel.
— Czy pan Głębocki zdrów? — spytała panienka.
— Tak, siostrzyczko; wrócił do normalnego stanu: zdrów i zakochany. Sprzedaje Strugę, przenosi się do folwarku, co ma po ciotce, ze rzeką, z tamtej strony szosy, ekwipuje się i żeni. Co prawda, robi wyśmienity interes: mówię o sprzedaży, a nie o żonie. Przywiozłem z sobą plany, inwentarze i potrzebne dokumenta, za parę tygodni sprawa będzie skończona. Czy państwo już wracają z przechadzki? Chwała Bogu, dostaniemy herbaty.
Zamiast Wentzla, który wyglądał dziwnie osowiały, pani Tekla wzięła się pilnie do przeglądania planów i dokumentów. Jan jej wykładał warunki Głębockiego, Jadzia przygotowywała herbatę, hrabia niby słuchał interesu, niby patrzał na cyfry, ale w istocie mało słyszał, jeszcze mniej widział, na nic zgoła nie uważał.
Zbudził go, jak ze snu, podniesiony ton babki.
— Co? To rozbój! Któż może tyle zapłacić! Słyszałeś, panie hrabio, cenę?
— Słyszałem — odparł. — Choćby miljon, gdy chodzi o ratowanie ziemi, zapłacę.
Staruszka skoczyła na równe nogi.
— Co ty bredzisz! Śpisz, czy jeszcze marzysz o Berlinie? Sam nie rozumiesz, co gadasz!
Był tak roztargniony, że się zląkł, iż coś powiedział niedorzecznego, i aż poczerwieniał.
— Ależ, babciu! Cóż ja powiedziałem tak złego? — bronił się, zbity z tropu.
Absurdum! Miljon dla ratowania ziemi! Jakiej? Czy ty wiesz, czy ty pojmujesz? Co tobie do tej ziemi! Ona nie twoja, cudza, wroga! Ja chcę, żebyś zrobił dobry interes, tylko tyle!
Oprzytomniał, zląkł się, że go panna Jadwiga znowu posądzi o fałsz dla zamydlenia oczu staruszki, o podłość, jak to nazywała, i odparł swobodnie:
— Sąsiedztwo Marjampola będę zawsze uważał za dobry interes, a Struga nie będzie mi obcą ziemią, ale własną, skoro ją nabędę.
— No, pewnie, własną i drogą! — wmieszała się do rozmowy panna Jadwiga z odcieniem ironji.
Jan się zaperzył:
— Ty jeszcze drwinkuj! Z twego powodu, dla pięknych oczu, sąsiedzi głowy tracą.
— Co? Jak? — spytała pani Tekla.
— A no, to jasne. To cena postawiona dla konkurenta.
Staruszka spojrzała na Wentzla strasznym wzrokiem.
— On się ośmiela... — zaczęła.
Jan parsknął śmiechem.
— Ależ, pani! Toż przecie nie hrabia. A to wyśmienite! I oto jeszcze pana posądzą! Konkurentem o względy i sąsiedztwo Jadzi jest książę F.
Wentzel odetchnął, bo babka zwróciła wreszcie swe świdrujące oczki z jego twarzy na Jana.
— Co to nowego? Jaki książę?
— A ten, co to w Ems posłyszał od pani kazanie po francusku. On to chciał kupić Strugę i postawił bajeczną cenę.
— Ta lala, ta tyczka, ten farmazonik! Tak głupim może tylko być Prusak.
— Że się stara o mnie, babciu? Dziękuję! — rzekła z uśmiechem panienka.
— Naturalnie. Cóż to? Poszłabyś może za Niemca? At, na co to próżne gadanie! Tej ceny dać nie można.
— Ależ można, babciu — ujął się Croy-Dülmen z nagłą żywością. — Będę tam trzymał stado; tyle łąk, mówił pan Jan. Parękroć mniej lub więcej kapitału, co mi tam! Ich kauf’s Grossmutter!
Ani się spostrzegł, jak mu ten frazes niemiecki wyrwał się z gardła. Zamknął sobie usta dłonią ruchem panicznego przestrachu, ale już poniewczasie. Obejrzał się trwożnie, czy go nie przywali sklepienie tej patrjotycznej sali, albo czy babka nie każe go wyrzucić za drzwi Walentemu, potem przechylił się do niej i pokornie pocałował w rękę.
— Proszę darować — przeprosił swą łamaną polszczyzną. — Zapomniałem się.
Udała, że nie posłyszała, i mówiła dalej o Strudze.
— Zapewne, majątek ładny, ale zawsze taki kapitał! Kiedyś jeszcze zbankrutujesz z mego powodu. Parękroć... Jak to łatwo powiedzieć! Nigdy nie zarabiałeś i nigdy nie rachowałeś.
— Obiecuję poprawę, ale Struga musi być moją. Nie zbankrutuję teraz, jeżeli dotychczas to się nie stało. Postanowiłem ustatkować się i pracować.
— Uhm! W Berlinie! — zamruczała już łagodnie — No, dosyć o tem. Herbata podana. Pomówimy jeszcze jutro.
— Po herbacie zagramy partyjkę bilardu — zaproponował Jan.
— I owszem, służę panu — odparł.
Zdawało mu się, że to będzie przyjemność i rozrywka. Mylił się. Gdy zostali sami przy grze, ogarnął go niewytłumaczony niepokój i roztargnienie. Dał się pobić raz i drugi, aż wreszcie rzucił kij,
— Nie uważam dzisiaj. Wstydzę się swojej opinji. Nigdy mi się nie zdarzyło przegrać.
— Na dobitkę wstydu pobił pana mańkut! — śmiał się Jan. — Chodźmy do dam. Niech nam Jadzia co zagra na pociechę i zakończenie wieczoru.
— Czy i ten talent posiada?
— Alboż ma ich więcej? Co do muzyki, posiada ją dobrze. Żeby pan słyszał, jak z Cesią Żdżarską grają „Rapsodję“ Liszta...
Weszli do saloniku. Kobiety rozmawiały z sobą żywo — urwały na ich widok.
— Jadziu, zabrzdąkaj — prosił Jan, — tylko, przez litość, nic smutnego i czułego. Daj mnie tę bawełnę, zwinę najporządniej. Zagraj, siostrzyczko!
Nie droczyła się, obyczajem panienek. Po chwili z pod jej palców wybiegła ognista melodja jakiegoś marsza.
Salonik przedstawiał miły rodzinny obrazek; tony muzyki dodawały mu życia i wdzięku, a staruszka królowała w aureoli siwych włosów, jak matka tych trojga młodych.
W piersi hrabiego robiło się coraz dziwniej.
W obrazku tym i w tem kółku on jeden czuł się obcym i w tej chwili zamyślił się po raz pierwszy poważnie nad swojem położeniem. Dziwny smutek ścisnął mu duszę. Poczuł nagle brak rodziny, domowego ogniska, ciepła, tego, co rozgrzewa i zapełnia duszę.
Istotnie, czem on był? — Sierotą, bezdomnym sierotą. Całe życie przewinęło mu się przed myślą. Co on miał? Kochanki, kolegów do nadużyć i szału, pochlebców, banalną cnotę cioci Dory — i nic więcej. Ani kochania wielkiego, ani szlachetnej przyjaźni, ani rodzinnego zacisza i ufności.
Domem jego był klub, zaciszem buduar kobiecy, gdzie często przychodził jak złodziej, a wychodził zawsze z niesmakiem i nudą... a jednak żył w podobny sposób 27 lat i czuł się szczęśliwym. Skąd przyszło mu nagle w tej chwili pragnienie czegoś innego, nieznanego dotąd? Dlaczego nagle poczuł się tak biednym, tak samym, tak sierocym wśród swych bogactw, sławy i uwielbienia? — Sam nie umiał wyjaśnić sobie powodu tych uczuć. To tylko stało mu się jasnem, że między nim a tem trojgiem ludzi, wśród których bawił, była przepaść, a w nią trzeba było rzucić i podeptać, żeby ją zrównać, i ową sławę, i uwielbienie, i pychę, i klub, i przyjaciół, i kochanki — całe 27 lat wieku — wszystko.
Żeby mu kto z tamtej strony podał rękę, zachęcił, powiedział mu „rzuć!“
Ale nie! Ludzie ci nie narzucali się, ani prosili — trzeba było iść do nich, nie wiedząc jak przyjmą i czy nie odtrącą od siebie, od tego ognia, od tego domu, gdzie on był wrogiem mową, zasadami, imieniem...
Była to ciężka droga, z bardzo niepewnym rezultatem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.