Między ustami a brzegiem puharu/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Między ustami a brzegiem puharu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1922
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Z pomocą karty geograficznej odnalazł Croy-Dülmen miejscowość Braniszcze.
Była to duża wieś o dziesięć wiorst od kolei żelaznej, przerznięta szosą i posiadająca pocztę, telegraf, doktora, aptekę, szkółkę i oberżę „Pod smokiem“.
Do owej tedy oberży, w ulewny deszcz, odkrytą karjolką bez resorów, zajechał pewnego wieczora panicz berliński z nieodłącznym Urbanem, obadwa zziębnięci, potłuczeni i w szkaradnych humorach. Lokaj przez uszanowanie milczał, hrabia klął. Istotnie, ciężka to była wyprawa.
Blichtr niemiecki ginął o parę kroków za plantem kolei, — dalej leżał kraj obcy, nieprzyjaźni ludzie, nieznane stosunki, niezrozumiały język.
Zaborcy skaleczyli mowę miejscową, a nie nauczyli swojej, — z tego utworzył się żargon, którego ani rodowity Niemiec, ani Polak z innych stron nie potrafiłby zrozumieć. Był to bigos słowiańsko-germański, przeraźliwy!
W oberży gospodarz powitał dostojnego gościa tysiącem ukłonów; należał do jakiejś nieokreślonej rasy, wyrażał się jak krowa po hiszpańsku.
— To dopiero metys polsko-pruski! — pomyślał Wentzel pogardliwe.
Dnia tego nie można było myśleć o dalszej podróży. Rozgościł się w najlepszej izbie, zjadł kolację i legł spać, zdając bezpieczeństwo swej osoby i mienia w ręce wiernego Urbana.
Gdy się obudził, na świecie było południe.
Bolały go członki od twardej pościeli, a głowa od mocnej woni siana; przez chwilę nie wiedział, gdzie się znajdował.
— Urban! — zawołał.
Drzwi się otwarły, w promieniach światła ukazała się wypomadowana, uczesana modnie głowa lokaja.
Was gibs? — ziewnął Croy-Dülmen.
Sługa tempem żołnierskiem przymaszerował aż do łóżka, wyprężył się jak struna i wyraportował jednym tchem:
Gut Marjampol, Besitzerin Wohlgeborene Frau Thekla von Ostrowska; liegt ungefähr zwei Meilen nach Osten!
— Głupiś ze swoim Osten! Nająłeś konie?
— Pocztę, jasny panie.
— To dobrze. Będę wstawał.
Urban przyjął tę wiadomość głębokim ukłonem i zamilkł, zajęty tualetą pańską.
Nie odzywał się nigdy niezapytany.
A Wentzel stroił się jak na królewskie salony, z całą starannością kobiecego ulubieńca i wytwornego eleganta.
— Gdzieś dostał wiadomość? — zagadnął — Któż tu rozumie po ludzku?
— Poczthalter, jasny panie, jedyny cywilizowany człowiek. Ein echter Preusse!
— Pani Ostrowska sama mieszka?
— Po śmierci męża mieszka przy niej panienka, sąsiadka, Fräulein von Żonżoska, której brat, Herr von Żonżoski, zarządza majątkiem i interesami.
— Cóż o nich wszystkich mówi poczthalter?
Urban pozwolił sobie na gest oburzenia.
Schauderhafte Geschichten! Niemców tam nie puszczają na dziedziniec, nie przyjmują na służbę. Stara pani nie przyjmuje nikogo, kto ich językiem nie mówi, a pan Żonżoski przestrzelił sobie umyślnie prawą rękę, żeby nie służyć w armji naszej.
— Ho, ho! Scewola! — mruknął Wentzel. — Daj perfum. A o panience nic nie mówił?
— Panienka jest okropnie dumna! Sie ist verlobt mit Herrn von Glempocki aus Struka.
— Masz zdumiewającą pamięć. Temi nazwiskami można język połamać. No, daj mi tu kawy i każ konie zakładać.
Urban zwrócił się na pięcie i zniknął.
W godzinę potem Wentzel siedział na bryczce pocztowej i rozglądał się ciekawie dokoła. Okolica była płaska, piasczysta, starannie uprawna, przerznięta siecią dróg i strumyków. Wsie tylko, brudne, nieporządne, stanowiły smutny kontrast z osadami Niemców, rozrzuconemi tu i owdzie. Wzdłuż gościńca dwory stały zrzadka, jak baszty, samotne, ciche, zamyślone zda się, w wieńcu włoskich topoli. Istotnie, były to bastjony zdobytej fortecy. Ona sama kruszyła się i rozpadała w ruinę pod naciskiem zdobywcy: wieżyce stały, patrząc z góry na zniszczenie i zgubę, — zachowały jeszcze na swem czole starą wiarę, starą krzepkość i starą tradycję. Zdobywca obchodził je, czekając cierpliwie na czas i na wewnętrzną niezgodę. Na materjalną siłę i opór nie było materjalnego sposobu.
Hrabia spytał o nazwę pierwszego dworu, ale pocztyljon odwrócił się, popatrzał nań i zaśmiał się, trzęsąc przecząco swą płową sarmacką czupryną.
— Nikiej nie rozumiem, wielmożny panie! — rzekł.
— Ciekawym jak się poczthalter z nim porozumiewa — mruknął Niemiec, a Urban na koźle zawyrokował:
Polnisches Vieh!
Chłopak musiał to słyszeć nieraz z ust swego chlebodawcy, bo błysnął w stronę lokaja wilczem spojrzeniem i odparł zajadle:
— Bodaj cię kolki rozparły, szwabska pokrako!
Do jednego wreszcie dworu zawrócił Mazur po parogodzinnej jeździe. Skręcił z gościńca w topolową wysadę, śmignął biczyskiem po szkapach, przytknął trąbkę do ust i oznajmił gości wesołą pobudką. Po murowanym moście wpadli na dziedziniec, objechali galopem trawnik, usiany gęsto krzewami, i po brukowanym podjeździe dotarli do drzwi wchodowych.
Tu chłopek całą siłą zatrzymał swój niesforny zaprząg, a biczyskiem wskazał kogoś, stojącego obok oficyn.
— A ot i panicz z Olszanki stoją — rzekł.
Wentzel rzucił okiem w tamtą stronę. Był to ów blondynek z teatru, tylko że nie w stroju balowym, ale w długich butach, szamerowanej węgierce i prostym słomianym kapeluszu.
Popatrzył na pocztowe konie i, zamiast iść przyjmować gości, zawrócił na folwarczny dziedziniec.
Hrabia wysiadł z bryczki, a ponieważ nikt na spotkanie nie wychodził, więc otworzył ciężkie drzwi i wszedł do obszernej, mrocznej sieni.
Dopiero teraz ukazał się ktoś żywy — w osobie starego, zgarbionego lokaja w ciemnej liberji.
— Czy pani przyjmuje? Oto moja karta — rzekł po niemiecku hrabia, wyjmując bilet.
Ale sługa rękami tylko strzepnął.
— Pan nie mówi po polsku? — spytał.
Wentzel ramionami ruszył — nie rozumiał.
— To proszę do oficyny... bo pani... tego... nie zechce gadać... tego... nie rozumie... — jąkał stary złą niemczyzną.
— Może przyjmie, spojrzawszy na bilet — protestował młody człowiek.
— Eh, nie, żeby i z nieba bilet... tego... pani nikogo takiego... nie widuje. To pan Jan... umie po szwabsku! Proszę pana... ja... tego... zaprowadzę.
Poszli tedy przez dziedziniec na folwark, do dużej, murowanej oficyny. Stary poprowadził Niemca do środka, gdzie u okna siedział młody człowiek, blondyn i, gwiżdżąc, robił naboje do strzelby. Dwa gończe powitały obcego groźnem warczeniem, a ich pan podniósł obojętnie głowę.
— Cicho, Śpiewak. A czego tam, Walenty?
— Niemca przyprowadziłem do panicza, żeby go wyrozumieć.
Blondyn zerwał się żywo, zdjął kapelusz, odsunął z biurka patrony, kopnął nogą burczące psy i powitał przybyłego dość znośną niemiecczyzną.
— Czem mogę panu służyć?
— Właściwie przyjechałem z wizytą do pani Ostrowskiej i sądzę, że przyjęłaby mnie, gdyby jej dano mój bilet. Ale ten zwyczaj, jak widzę, nie jest tu jeszcze w użyciu.
— Owszem, ale pani Ostrowska nie rozumie ani słowa po niemiecku i wątpię, czyby pana przyjęła. Z kim mam przyjemność?
— Jestem wnuk pani Ostrowskiej, Croy-Dülmen.
— Jan Chrząstkowski, jej sąsiad i wychowaniec.
Skłonili się sobie wzajemnie, przyczem gospodarz podał krzesło i sam usiadł.
Gdy tak siedzieli naprzeciw siebie, stanowili dziwny kontrast i ciekawe studjum. Jeden — szczupły, delikatny, salonowiec od stóp do czoła, o głowie patrycjusza, zimnej a dumnej — piękny chłopiec, ale pięknością wielkomiejską, roznerwowaną i bladą. Oczy jego patrzały na świat z wyrazem zmęczenia, przesytu i pogardliwej pewności siebie, usta miały przykry grymas cynizmu i szyderstwa.
Naprzeciw niego ten ogorzały wieśniak, rozrosły, muskularny, niedbały o szablon światowy, a swobodny, żywy, prosty jak leśna drzewina.
Wichrowata, swawolna, szeroka natura wyglądała mu ze szczerych, siwych oczu. Było to dziecko rozległych pól, wsi — otwarte, ogniste, a dobre jak biały chleb wielkopolski.
Czuć było jednak, że wraża mowa ściskała mu duszę wspomnieniem krzywdy, że narodowość gościa tłumiła w nim wszelkie dobre instynkta, wyrzucała na wierzch z serca całą niechęć, zaciętość i cichą wściekłość zwyciężonego.
Croy-Dülmen pierwszy się odezwał:
— Bardzo mi przykro, że rodzina mej matki nie zawiadomiła mnie o śmierci dziadka. Chociaż prawie obcy, nie omieszkałbym odwiedzić babkę zaraz po tej ciężkiej stracie. Dowiedziałem się o zgonie dziadka zaledwie z listu pana i pośpieszyłem zaraz z wypełnieniem smutnego obowiązku. Sądzę, że babka uwzględni moje pobudki i, choć Niemca, raczy wysłuchać. Możemy zresztą porozumieć się po francusku.
— Pan pozwoli, że jej te słowa powtórzę — rzekł Chrząstkowski, wstając.
— Bardzo proszę o to.
Polak wyszedł i wrócił po chwili.
— Pani Ostrowska pozwala panu przyjść. Wymaga wyłącznie francuskiej rozmowy.
Była to audjencja jak u cesarza.
Croy-Dülmen pokręcił głową, ale nadzieja ujrzenia pięknej siostry Chrząstkowskiego stłumiła budzącą się niecierpliwość. W milczeniu wziął kapelusz i poszedł za przewodnikiem.
Pod gankiem stała poczta i Urban siedział na stopniu bryczki, melancholijnie wodząc oczami po niebie. I pan i sługa nie byli przyjęci z otwartemi ramionami. Zdarzyło się to im po raz pierwszy w życiu i tem ciężej dotykało. Stary sługa spotkał ich z lampą w ręku i poprowadził w głąb domu, po ciemnych, pustych salonach; nareszcie otworzył jedne drzwi i wpuścił ich do niewielkiego, słabo oświetlonego gabinetu. Dwie świece, osłonięte zielonemi umbrelkami, rzucały krąg jasności na stół, przykryty ciężkim, wzorzystym adamaszkiem, przy którym siedziały dwie kobiety: jedna z robotą włóczkową w ręku, druga pochylona nad rozwartą książką. Czytała głośno — słyszał Croy-Dülmen w sąsiednim pokoju; na skrzyp drzwi urwała nagle, podniosła powoli oczy i spuściła je znowu.
Mała, żywa i jeszcze czerstwa staruszka opuściła na stół kościane druty, przechyliła się za obręb światła, zasłoniła dłonią oczy i zagadnęła niecierpliwie:
— Czy wy się dziś nie uspokoicie? Kto tam znowu?
— Ja, babuniu — zabrał głos Chrząstkowski. — Przyprowadzam, wedle pozwolenia, hrabiego Croy-Dülmen.
— A no, to wchodź i zamykaj drzwi. Ten pan może raczy się zbliżyć i przywitać sam.
Nie wstała, ale tylko protekcjonalnie kiwnęła głową na głęboki ukłon młodego człowieka. Oddał również głęboki młodej czytelniczce.
— Hrabia Croy-Dülmen, moja siostra — przedstawił Jan po francusku.
Panienka w milczeniu skłoniła lekko swe piękne, blade czoło — nic więcej.
— Ja nie mówię po niemiecku — zaczęła staruszka ale pan rozumie po francusku?
— Naturalnie — potwierdził w ponownym ukłonie.
Stał wciąż jeszcze z kapeluszem w ręku, a bystre oczy pani Ostrowskiej oglądały krytycznie tego nieznanego, obcego zupełnie syna jedynej córki. Jan przysunął gościowi krzesło. Zaległa chwila milczenia. Pierwszy raz czuł się piękny panicz zakłopotany, zmieszany, niezdolny rozpocząć rozmowy. To przyjęcie odurzyło go, jak cios obuchem po głowie. Sądził, że zrobi swą wizytą honor i rozradowanie: czuł się traktowanym jak natręt, z widoczną chęcią pozbycia się go co rychlej. Młody obywatel usiadł obok siostry i, milcząc, kręcił swe jasne wąsiki; panienka przerzucała machinalnie kartki książki; babka, obejrzawszy gościa uważnie, wzięła znowu druty. Trzeba było samemu iść do ataku.
— Mówiłem właśnie przed chwilą panu, — spojrzał na Jana — jak mi przykro, żem nie został zawiadomiony o zgonie ojca mej matki. Byłbym tu oddawna, szczęśliwy, gdybym mógł w czem służyć. List pana Żonżoskiego...
— Co? Jak? Jak pan powiedział? — zaperzyła się staruszka. — Co to? Drwiny? Umyślnie kaleczysz nazwisko?
Croy-Dülmen poczerwieniał jak żak, obejrzał się, nie wiedząc, co dalej mówić i czy nie lepiej ukłonić się i jechać.
Wtem piękna dziewczyna podniosła głowę; na twarzy, przez wyraz powagi, przedzierał się mimowolny uśmiech.
— Babunia zapomina, że hrabia po raz pierwszy w życiu wymawia polskie nazwisko, do tego tak trudne, jak nasze — ujęła się spokojnie.
— Oho, oho! Znam ja tych arogantów! Ojciec tego młodzika, gdy tu wszedł, niosąc zgubę biednej naszej Jadwini, był taki słodki, taki miły, tyle obiecywał! Miał Jadwinię co rok nam na święta przywozić, syna, jeśli będzie, oddać na wychowanie. Złote góry! Tymczasem porwał ją do swego zamku rozbójniczego nad Ren, i tyleśmy ją widzieli. Słowo Niemca to fałsz... Moja jedyna córka umarła wśród obcych, wrogów, sama. Nie dano nam znać o chorobie i śmierci.
— W tem przynajmniej niema mojej winy. Miałem wówczas trzy dni wieku — wtrącił Croy-Dülmen.
— Zrobiłbyś tak samo! — przerwała, zapalając się coraz mocniej. — Każdy z was taki. Znam ja was. Cierpiałam całe życie za to, żem córce mojej pozwoliła zrobić mezaljans.
Hrabiemu wypadł z rąk kapelusz. Otworzył usta, wlepił wzrok w staruszkę.
Co? Mezaljans zrobiła ta polska szlachcianeczka? Jego ojciec, hrabia od krzyżowych wojen, był jej niegodnym!
Czy to dom warjatów, czy on śni?
Potem nagle ogarnęła go wściekłość — zbielał, zębami gryzł do krwi wargi, w piersi huczał mu orkan śmiertelnej obelgi.
— Nie przyszedłem tu po krytykę i sąd na mego ojca i moją narodowość — zaczął głucho. — Rodziców obojga nie pamiętam, o mezaljansach mam wbrew przeciwne przekonanie; co zaś do Polaków, mamy względem nich najlepsze intencje.
— Znamy, znamy te wasze intencje! Wygnać nas precz, a przedtem wyzyskać wiarę, łatwowierność, zapał, zdolności, siły wszystkie. Czegóż milczysz, Jasiu? Opowiedz, jak twemu starszemu bratu pod Fröschweiler zagrali i jak padł tam w pierwszym szeregu, w pierwszym pułku! Tak, tak! Niema Wacia, niema mojej Jadwini!
Urwała. Gniew jej stopniał pod tem mogilnem wspomnieniem, spuściła głowę, a na robotę w drżących rękach spadły dwie wielkie łzy sierocej starości. Milczenie zaległo pokój.
— Babuniu! — upomniał, korzystając z chwili, Jan — Hrabia jest pod naszym dachem...
— Mam prawo mówić prawdę: niech słucha.
— Słuchałem długo i cierpliwie — zaczął Wentzel dziwnym tonem; — pani jesteś moją babką i starą, zbolałą kobietą; więc nie wdaję się w swary. Przyznaję jednak, że nie spodziewałem się takiego przyjęcia tam, gdziem osobiście nic nie zawinił. Jestem Niemiec wychowaniem, krwią, pojęciami i życiem, ale nie przestępowałem tego progu jako wróg. Moje intencje były czyste i prawe. Przepraszam najmocniej za żywe słowo, jeślim niem obraził. Chciałem choć późno, poznać kraj mojej matki, myślałem, że zastanę tu rodzinę. Pozwoli pani się pożegnać.
— Proszę zaczekać; zobaczę czy konie gotowe — rzekł Jan, zrywając się z miejsca.
Croy-Dülmen podziękował ukłonem i usiadł znowu. Czuł, że do domu tego nie wróci więcej; i ogarnęło go gwałtowne pragnienie usłyszenia jednego choćby słowa z ust panienki. Pamiętał słowo w słowo rozmowę owej burzliwej nocy przed pół rokiem, jej wzgardę i gniew. Boże, co on jej wtedy mówił! Czuł się skazanym bez odwołania.
Rozmowy zawiązać nie widział sposobu, gdy wtem ona spojrzała nań po swojemu, posępnie, i spytała:
— Pan bawi stale w Berlinie?
— Całe lato byłem nieobecny, pani. Część czasu spędziłem w dobrach, resztę we Francji.
— W Biarritz — dodała spokojnie.
Rzucił jej zdziwione spojrzenie — czy była jasnowidzącą?
Zrozumiała widocznie myśl wzroku, bo dorzuciła w formie objaśnienia:
— Hrabina Mielżyńska bawiła tam i spotykała pana.
Spuścił głowę i zarumienił się. Czy tylko tyle opowiedziała hrabina? W Biarritz on z hrabiną Aurorą uchodzili za małżeństwo. Istotnie, wiodło mu się szczęśliwie w tym domu!
Staruszka zajęła się robotą, z pod oka niekiedy patrząc na wnuka, Prusaka. Nie mieszała się do rozmowy, myślała o czemś innem.
W tej chwili Jan ukazał się z powrotem.
— Konie gotowe — rzekł, wahając się — ale deszcz leje strumieniami.
Croy-Dülmen złożył dwa milczące ukłony i wyszedł z Chrząstkowskim. Deszcz padał jak z cebra. Młody człowiek wyszedł z gościem na ganek i wzdrygnął się.
— Nie sposób jechać — zauważył — Może pan się zgodzi przenocować u mnie, w oficynie. Mam dwa pokoje na usługi.
Croy-Dülmen spojrzał w szczerą twarz chłopaka.
— Pan się nie boi przyjmować Niemca na dziedzińcu pani Ostrowskiej?
— Jutrobym dostał burę, gdybym pana wypuścił w taki czas. Proszę za mną. A ty, przyjacielu, ruszaj do stajni ze zwierzętami, a potem spać do czeladzi. Wara mi tylko z papierosami! Walenty, parasol!
Po godzinie siedzieli obydwaj przed kominem, na stole szumiał samowar i dymiła obfita kolacja. Urban w sąsiednim pokoju słał łóżka.
Podobnego zakończenia całej awantury nie spodziewał się hrabia Croy-Dülmen.
Jana oderwano na chwilę do spraw gospodarskich.
Wentzel zamyślił się nad wypadkami ubiegłego dnia. Dziwny kraj, gdzie młodzież była tak cicha, skupiona w sobie, milcząca, a starzy przy siwych włosach zachowali gorące uczucia, zapał i siłę. Dziwny kraj, dziwni ludzie!
Pani Tekla to nie była ciocia Dora, którą można było ułagodzić konceptem i uśmiechem, lub nastraszyć lada czem.
Młody człowiek to nie był pusty frant stołeczny, lub nadęty oficer z gwardji; a ta dziewczyna — o, nie była to istota, której serce zdobywało się powierzchowną pięknością, fizycznym urokiem lub słodkiemi słowami.
Hrabia poruszył się niecierpliwie.
— Weźmie Michał „Scherza“ — zamruczał upokorzony — i „Fingala“ — dodał jako pociechę, ciskając w płomień niedopalone cygaro.
— Cóż pan taki markotny, hrabio? — ozwał się Jan.
— Na złą pogodę — odparł.
— Barometr idzie w górę — pocieszył wieśniak.
Usiadł znowu naprzeciw gościa i podrzucił drew na ogień.
— U nas ziemniaki marnieją niewykopane — mówił dalej, — a zasiewy niesporo schodzą w te słoty.
— Pan dzierżawi Marjampol?
— Nie, tylko administruję. Mam majątek o miedzę. Ojciec nas odumarł młodo; pan Wacław Ostrowski był naszym opiekunem. Teraz, po jego śmierci, odpłacam się pozostałej wdowie. Siostrę ona wychowała; niech staruszkę pielęgnuje. Mieszkam u siebie w Olszance, ale dojeżdżam tu codzień.
— Pan nie żonaty?
Chłopak się zaśmiał. Ten śmiech zerwał lody.
— Czy wyglądam tak staro?
— Państwo tu wszyscy macie wygląd nad wiek poważny.
Chmura przeszła po czole Polaka.
— Ot, tak nam sądzono — mruknął wymijająco. — Na wsi pleśnieje się, obrasta mchem, grzybieje.
— Pan nie bywa nigdy w Berlinie?
— Byłem parę razy, ostatni raz przed śmiercią pana Ostrowskiego. Był jeszcze rzeźwy i nie spodziewaliśmy się wrócić tu z trumną.
— Więc to było tak nagle?
— Apopleksja po powrocie z teatru. Ale zdaje mi się, żem wtedy pana widział w loży, a potem w krzesłach. Byliśmy we troje, z Jadzią. Pan sobie nie przypomina.
— Owszem. Siostra pana zwróciła szczególną uwagę. Żebym wiedział, że to mój dziad... Nazajutrz wyjechałem z Berlina.
— Nazajutrz pan Wacław już nie żył. Jak piorun przyszło. Biedna pani Tekla została samiutka jedna na świecie. Ni męża, ni bliskiej rodziny, ni dzieci. Pan nie powinien czuć do niej żalu za ostre słowa. Żywej jest natury, a taka nieszczęśliwa!
— Darowałem jej wszystko; żałuję, że dla niej czemkolwiek być nie mogę.
— Do rana jeszcze daleko, a pan bardzo do swej matki podobny, sądząc z portretu.
Doktor Voss za podobne zestawienie omal nie został obitym; teraz Wentzel nie zaprzeczył nawet ruchem.
Widocznie, że nabierał ochoty na ponowną wizytę u gniewliwej staruszki, nawet z perspektywą powtórnego łajania.
Ha, żeby jeszcze raz zobaczyć cudną siostrę Jana, posłyszeć głos, zajrzeć w mroczne głębie oczu! Dotąd nie zauważył, jakiego były koloru, tylko to czuł, że miały w sobie coś niepojętego, co ciągnęło i odpychało zarazem.
Ach, jakie one piękne byłyby w uczuciu, w uśmiechu, w kochaniu! Ach!
— Czy istotnie straciliście państwo brata we Francji? — ozwał się po przerwie.
— Istotnie, zginął zaraz z początku wojny. Był kapitanem w pułku Poznańskim. Szukaliśmy z Jadzią daremnie grobu. Leży gdzieś we wspólnym dole. Wojna nie matka, lecz macocha. Wola boża! Zginął jak bohater! I pan służył?
— Tak, w gwardji. Pamiątek na skórze mam niemało, alem żyw wrócił i z żelaznym krzyżem. Pod Fröschweiler byłem przy baterjach, widziałem atak poznański. Szli jak potępieńcy... Nie rozumiałem wtedy, dlaczego... Ha, to im nie hańba!
— I ta szrama na czole to z wojny order? — zagadnął Jan, nie podnosząc ostatniej uwagi.
— Nie, to z pojedynku. Fraszka! Czy mogę panu służyć cygarem? Prosto z Hawany...
— Dziękuję. Ja zaś nawzajem zaproponuję panu hrabiemu kieliszek tego maślacza. Wyborny!
— Na nową znajomość, z całą przyjemnością. Nie rozumiem ja was, a wy mnie macie za wroga, za szpiega może. Ten pierwszy kieliszek waszego miodu piję na zgodę i porozumienie, a jeśli zechcecie, na dobrą znajomość.
Wyciągnął dłoń do Polaka. Chrząstkowskiemu po raz pierwszy znikł przymus z twarzy. Podał bez wahania rękę.
— Lewą!? — uśmiechnął się Croy-Dülmen.
— Prawą mam uschniętą, bezwładną, ale lewa jest szczera i wierna — odparł — może jej pan zaufać.
Wypili toast duszkiem.
Nie wiedział Wentzel, że tą krótką odezwą i podaniem ręki trafił lepiej do duszy Polaka, niż tysiącem rozumnych dowodów i całym szeregiem faktów. Drobną tą sceną zyskał sobie sprzymierzeńca we wrogim obozie.
— A teraz spać — zawołał gospodarz, już zupełnie swobodnie; — północ, a pan wygląda zmęczony. I ja dziś dzień cały polowałem na zające.
Położyli się w jednym pokoju. Przedtem Polak, klęcząc, odmówił pacierz i z czołem schylonem bił się w piersi pokornie.
Niemiec patrzał na to zdumiony. Nie modlił się nigdy — zostawiał tę fatygę cioci Dorze...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.