Między ustami a brzegiem puharu/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Między ustami a brzegiem puharu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1922
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Wentzel Croy-Dülmen od dzieciństwa był panem swej woli i czynów. Wprawdzie ojciec naznaczył mu opiekuna, starego towarzysza broni i sąsiada, majora Koop, i opiekunkę, ciotkę Dorę, ale opieka to była — pożal się Boże.
Że fundusz nie zginął — zawdzięczał to tylko swemu ogromowi; że wyrostek się nie zmarnował zupełnie — to było cudem Opatrzności niebieskiej.
Major Koop i ciotka Dora zjeżdżali się niekiedy, opowiadali sobie okropne wybryki wychowańca, wznosili oczy i ręce do nieba, wzdychali, radzili i rozjeżdżali się do swych zajęć: major do swych dóbr nad Renem, ciotka do modłów i ofiar nabożnych. Rady nie było żadnej. Wentzel dbał o nich tyle, co o popiół z cygara. Od dziecka położenie społeczne popchnęło go w sfery arystokracji; kolegował z synami najwyższych rodów, bawił się po pierwszych salonach. Młodzieniaszka, pięknego jak Apollo, porwały kobiety — zepsuły do gruntu.
Nie był nigdy dzieckiem, a młodym duszą może ledwie parę miesięcy.
Cudem olbrzymich zdolności odbył szkoły i uniwersytet, wstąpił do wojska, z wojny francuskiej wyniósł żelazny krzyż i parę blizn — i wystąpił z czynnej służby.
Nudziło go wszystko po pewnym czasie; karjery nie szukał, celu nie miał w życiu, nie rozumiał potrzeby pracy.
Był hulaką wielkoświatowym, pełnym form i delikatności: pod maską króla salonów krył się cynik bez żadnych zasad, nieszanujący nikogo i niczego, lekceważący świat cały, dumny swą potęgą i magnetycznym urokiem.
Należał do kilku klubów, miał przyjaciół, ile było młodzieży w stolicy; kochały go wszystkie kobiety.
Był najzupełniej z losu zadowolony.
Major Koop i ciocia Dora byli dlań nudną miksturą, jak się wyrażał.
Słuchał ich rad i perswazyj, jak się słucha brzęku owadów podczas siesty poobiedniej.
Majora Koop zagadywał pytaniem o owcach i winie, ciotce znosił cukierki i płacił bez liku na misje jezuickie.
Staruszkę jednak było trudniej ułagodzić. Żyjąc w stolicy, słyszała więcej niż major, widziała mnóstwo podejrzanych osób i stosunków; stare damy z arystokracji składały w jej łaskawe uszy wszystkie plotki i skandale, obiegające Berlin z winy jej siostrzeńca. Ultramontańska jej dusza wezbrała zgrozą, patrzała na Wentzla jak na lokatora piekieł, mieszkanie jego obchodziła zdaleka, niby Sodomę, suszyła piątki, odprawiała dewocje, składała ofiary — wszystko bezskutecznie.
Hrabia nie miałby nigdy spokoju w domu, gdyby nie to, że ciotka, przy całem zgorszeniu i zgrozie, miała słabość dla swego „chłopaka“, jak go zawsze zwała.
Za oczami była silną, w oczy oburzenie jej topniało, gniew niknął — piękny panicz ogarnął i ją swym urokiem.
Zresztą Croy-Dülmen w życiu swem hulaszczem mało miał czasu i ochoty na stosunek z ciotką. Bytność jego we frontowym domu należała do wypadków nadzwyczajnych, witanych z zachwytem, wspominanych bardzo długo. Robił swą obecnością łaskę staruszce.
Był to więc dla niej radosny ranek, gdy lokaj oznajmił, że hrabia zaprasza się do niej na kawę. Zakrzątnęła się żywo, by go ugościć; rozpędziła całą służbę — nie mogła dobrać ciast i zakąsek. Nie przeczuwała, że jej „chłopaka“ zbudzili tak wcześnie dwaj sekundanci z warunkami pojedynku. Urban przygotowywał broń. Wentzel, po odejściu kolegów, coś pisał przy biurku, gwiżdżąc wojskową pobudkę. Czuł się w obowiązku pożegnania opiekunki.
Na odchodnem zawołał lokaja.
— Idź na Friedrichstrasse numer 5, koło skweru, weź listę lokatorów, wywiedz się u stróża o młodą damę, która dzisiejszej nocy wychodziła na miasto. Rozumiesz? Każ przytem założyć konie, a list ten oddaj hrabiemu Michałowi Schöneich. Jeżeli kto się zjawi, uwiadomisz mnie u pani. Verstanden?
Zu Befehl, Herr Graf!
Wentzel się ubrał i zszedł do ciotki. Pojedynek był naznaczony na poobiedzie, w lasku o parę stacyj za stolicą. Było zaledwie czasu na śniadanie i parę wizyt.
Ciotka Dorota przyjęła swego jawnogrzesznika w swym saloniku, ucałowała go w głowę i oczy, posadziła u zastawionego stołu.
Położył przed nią list.
— Przez pomyłkę znalazł się u mnie. Poznaję pismo majora. Ta częsta korespondencja, ciociu, mocno się wydaje podejrzaną! — rzekł, śmiejąc się.
— Żartuj zdrów! Pisujemy o tobie, chłopaku! Jedz tymczasem. Bardzom ci rada.
— Co to ciocia haftuje tak zawzięcie? Oczy trzeba stracić nad taką dłubaniną.
— To panu Bogu na chwałę... stuła na twój ślub, chłopaku.
— Pocóż ten pośpiech gorączkowy? Zbutwieje cioci robota. Szkoda!
Panna Dora von Eschenbach wzniosła do sufitu śpiczasty nos i szkła okularów i westchnęła żałośnie.
Wentzel popił ten srogi wyrok na stułę łykiem kawy i zaśmiał się.
— To westchnienie, ciociu, było brzemienne krytyką i potępieniem. Czego cioci się chce? Towarzystwa jakiej książęcej peroneli, niby mojej żony? Niech ciocia sobie wypisze tuzin dam próżniaczek do kompanji. A może ciocia lubi dzieci? Możemy z misji sprowadzić parę chińskich bachurów. Obejdzie się to wszystko bez współudziału mej osoby!
— Wentzel, Wentzel! Żartujesz ze świętych rzeczy. Każdy porządny człowiek musi się ożenić!
— Każdy porządny człowiek powinien unikać poufałości z kobietami! Nieprawdaż, ciociu?
— No, tak, zapewne... są grzechy...
— Z tego wynikające. Słyszałem o tem. Otóż ja nie chcę mieć grzesznych stosunków. Nie chcę się starać, oświadczać, bo to, widzi ciocia, doprowadza do uścisku dłoni, do gorących spojrzeń, do pocałunków. Ergo ja się boję żenić, bo to... niemoralne!
Miał minę mistyczno-zgorszoną.
Ciotka Dorota pokręciła głową.
— Ach! Boże! — westchnęła znowu.
— Zamiast wzdychać, proszę zajrzeć do listu majora. O żeniaczce nie warto myśleć, bo ja się pojedynkuję za parę godzin... i może być... caput!
— Co ty?!... Jezusie, Marjo! Znowu?!... Co miesiąc się bijesz... Ach, ja nieszczęśliwa! Co to będzie, co to będzie!
— Nic nie będzie! Na co ciocia wzywa imienia boskiego nadaremno! Wszakżem nie baran na rzeź. Czy mogę zapalić papierosa?
Nic nie odrzekła, bo zanosiła się od płaczu, lamentując przerywanym głosem.
Hrabia pokiwał głową.
— Otóż macie kobiety! I ciocia chce, żebym jeszcze drugą sprowadził do duetu! Jedna po siostrzeńcu, druga po mężu... ładny koncert!
Staruszka z żałości rozgniewała się.
— Tak, tak kobiety! Gadaj to komu innemu. Masz mnie za tak naiwną! Wiem wszystko! Może to nie o jednę z tych bezecnic stawiasz życie na kartę! Gdzie gromy niebieskie na te szkaradnice, Magdaleny, Samarytanki! Czemu ich nie pławią i nie palą, nie piętnują żelazem! Sodoma, Gomora!
— Gwałtu! Z cioci byłby istny Torquemada! Aż mię dreszcz chwyta!
Hrabia się śmiał z całego serca, ale panna Dorota puściła wodze swej boleści i oburzeniu.
— Zginiesz przez nie, jeśli się nie upamiętasz, nie ożenisz, nie będziesz domu pilnował! Okropność! Zabiją cię!
— Ciocia mnie ma za niepospolitego gamonia! Nie myślę ginąć za byle co! Ale kiedy ciocia mi wymyśla, to zmykam. Sądziłem, że znajdę pochwałę i zachętę, a tu łzy! Fe, ciociu, c’est mauvais genre!
Wstał i pochylił się nad jej ręką.
— No, zgoda! Proszę się rozchmurzyć. Biję się nie o żadną Samarytankę, jak to ciocia nazywa, ale o to, że Wilhelm Wertheim nazwał mnie metysem i polskim warchołem! Co, jest racja? Za to go rozpłatam jak szczupaka, daję słowo honoru! Niech ciocia spyta kapitana Assenberg, jak się fechtuję! To zabawka dla mnie.
Staruszka otarła łzy i spojrzała mu w oczy.
— Gdy twój ojciec... świeć, Panie, jego duszy... powziął ten szalony projekt, jam go błagała na klęczkach, by zaniechał. Nic nie pomogło. Oczarowali go w Polsce. To kraj wpół dziki. Mają tam gusła, rzucają uroki, dają pić zioła jakieś! Słyszałam o tem od poważnych ludzi. Czarna magja, szatańskie sprawki! Szatan opętał biednego Ralfa! Przeczuwałam nieszczęście! Spełniło się! Ty pokutujesz! Ach, te Polki! Major Koop zawsze mi powtarza: „Wentzlowi nikt nie ufa, boją się sprzeniewierzenia i odstępstwa. Dlatego nie wzywają go na żadną posadę, obserwują go i czekają“. Ach, żebyś się ożenił z córką księcia H*, nieufnośćby znikła!
Ciocia Dora, jak zając, po wielu kluczach wróciła do punktu, skąd wyszła.
— Nie boję się polskich czarów! — odparł hrabia, marszcząc brwi. — Nie pójdę śladem ojca! Co zaś do posad, jeśli mi przyjdzie ochota, nie ja, ale rząd będzie mnie prosił. O to może ciocia być spokojna.
— Więc pojedynek nieodwołalny! — szepnęła.
— Obydwaj nie należymy do tchórzów.
W tej chwili otworzyły się drzwi salonu; zajrzała posępna twarz Urbana.
— Konie podane!
— Co, już jedziesz? Ach, Boże, jakże mi straszno! Weź szkaplerzyk na piersi, chłopaku. Będę się dzień cały modliła za ciebie.
— Dziękuję! Nic mi nie będzie. Dziś wieczorem przyjdę do cioci na herbatę. Do widzenia!
Za drzwiami roześmiał się jak szalony.
— Co prawda, wolę pożegnanie z Aurorą; ta mi dopiero da szkaplerzyk!
Zamruczał, potem zbiegi szybko na dół, zatrzymał się, zwrócił do lokaja i spytał lakonicznie:
Nun?
Urban się wyprostował, jak we froncie.
— Kamienica przechodnia na dwie ulice, stróż spał noc całą, nikogo nie widział. Oto spis lokatorów.
Zum Teufel! Co dalej?
— Baron Schöneich czeka pana hrabiego.
— Weź szpadę i ruszaj na kolej; bierz bilety na stację Krischmühl i czekaj na mnie.
— Słucham!
Baron Schöneich, kolega i przyjaciel Wentzla, przybył dość zdziwiony nagłem wezwaniem.
— Pewnie się bijesz? — zawołał na wstępie.
— Jakbyś zgadł.
— O co?
— O moją piętę Achillesową vel poznańską.
— Z kim?
— Z Wilhelmem.
— Głupstwo! Will pewnie był pijany, a ty, wiadomo, szukasz wrażeń. Czemuś mnie ominął na sekundanta? Wiesz, to obraza!
— Ty, poważny dyplomata! Dostałbyś jeszcze nosa od kanclerza. Zresztą, taki pojedynek... Jakbym z tą szafą wojował! Eh!
Schöneich pokręcił głową.
— Co prawda, tych pojedynków trochę zagęsto. Jesteś strasznie drażliwy, Wentzel. Na twojem miejscu jabym, dla zatkania gęby natrętom, wszedł do izby i urządził codzień ruladę z Polaków. Masz porywającą wymowę.
— Ba, przy śpiewie, winie i kobietach, ale nie w waszym sejmie. Brr! co tam za nudy!
— Ha, to urządź krucjatę na Poznań.
— Do djabła z konceptami! Powiedz choć raz co rozsądnego.
— Wstąp do służby.
— Naprzykład do jakiej?
— Do dyplomacji. Jesteś na to stworzony.
— Skąd ten pewnik? — zaśmiał się Croy-Dülmen.
— Wyznaję, że to nie moje spostrzeżenie, ale Herberta. Wczoraj była mowa o ambasadorach u ministra W**. Stary, jak go znasz, facecista. „Poseł, powiada, powinien grać zawsze rolę kochanka. Kto się zna na galenterji i miłości, ten będzie doskonałym ambasadorem“. A na to Herbert: „Poślijcie do Francji Wentzla Croy-Dülmen: nie będzie strachu o Alzację i miljardy! On wam Galję w róże uwieńczoną przyprowadzi do stóp! Dacie mu za to, zamiast pensji i orderu, kotyljon z paryżanek“. Śmiano się z tego cały wieczór.
— Herbert radby mnie się pozbyć z Berlina.
— No, sądzę, iż przedewszystkiem z jednego pałacu Berlina. Biedaczko schnie z zawiści.
Croy-Dülmen ruszył ramionami.
— On zawsze ma gust na cudze. Póki wolne i nieogłaskane, milczy; gdy kto wyróżni i zdobędzie, wydziera włosy i szaleje. Z taką taktyką niedaleko zajedzie. On mnie ambasadorem, a ja jego zrobiłbym wielkorządzcą australijskich kolonij. Niech obdziera ludożerców!
Spojrzał na zegarek i poruszył się niespokojnie.
— Otóż, Michel, chciałem cię prosić, abyś na wypadek jakiej katastrofy ze mną popalił papiery w tem biurku co do jednego, bo widzisz...
— Widzę, że ci bardzo pilno mnie się pozbyć! Zum Henker! Te pamiątki nie zginą i ty także, bądź spokojny! Cha!, cha! Kręcisz się, jak fryga.
— Cóż chcesz, boję się spóźnić na pojedynek.
— Uhm, pojedynek, ale bez sekundantów. No, no, ambasadorze, ruszaj, ruszaj! Przyjdę wieczorem powitać cię zwycięzcą. Bywaj zdrów!
Po chwili sławne na cały Berlin taranty hrabiego stały u bramy hrabiny Aurory.
Ciocia Dora odprawiała koronkę, a piękna pani mówiła cała wzburzona:
— Wiesz, jeżeli ten błazen cię zadraśnie, to ja mu zrobię coś okropnego... ja, ja...
— Wypowiesz mu swój dom! — podchwycił hrabia.
— Wypowiem! — potwierdziła energicznie, jakby mówiła: poćwiertuję go żywcem.
Szyderczy grymas przeszedł twarz Wentzla.
— Za taką ofiarę, mój skarbie, zachowam dla ciebie dozgonną wdzięczność — rzekł z całem przejęciem.
Dopiero w drodze do Kirschmühl pozwolił sobie w myśli na krytyczną uwagę:
— Ciekawym, coby Lidja zrobiła okropnego Wilhelmowi w razie mego zadraśnięcia. Pewnie pokazałaby mu język. No, no, już to te damy nie bywają rozrzutne w pamięci o pokonanych! Trzeba imponować, albo nie istnieć! Imponujmy!
Nie udało mu się tak, jak sobie tego życzył.
Obu przeciwników rannych odwieziono do domu. Baron miał przebite ramię i rozcięty szpetnie prawy bok. Wentzel dostał cięcie przez głowę; bił się jeszcze, ale krew mu zalała oczy, a przeciwnik omdlał. Obwołano hrabiego zwycięzcą.
Nędzny to był triumf. Szpada rozpłatała mu głowę i czoło do czaszki. Schöneich zastał go w szponach trzech chirurgów. Kłócili się po łacinie.
— Musi być znak — wołał jeden.
— Nie będzie, przy zimnych okładach — przeczyli dwaj drudzy.
Tu pacjent wmieszał się do rozmowy.
— Albo będzie, albo nie będzie. To się zobaczy przy końcu. Tymczasem róbcie początek, panowie.
— Rozsądne zdanie — potwierdził najstarszy medyk, przyjaciel domu hrabiego, zabierając się do roboty.
Schöneich powitał bohatera uśmiechem.
— Przyszedłem palić owe dokumenty — rzekł wesoło. — Czy ci nie wstyd dać się opiętnować?
— Odbiję się na Assenbergu. Nie nauczył mnie jednego pchnięcia, osioł!
— Przy twem amatorstwie, ufam, że się z czasem wykształcisz! Hu! Co za szczerba! Będziesz miał szramę na całe życie.
— Nie będzie, przy użyciu zimnej wody! — poczęli wołać medycy.
Staremu doktorowi Voss drgnęła ręka z irytacji. Wentzel skrzywił się z bólu.
— Czego się gapisz! — krzyknął na Urbana. — Idź i uspokój panią we frontowym domu.
— Jaką panią? — zagadnął, udając naiwnego Schöneich.
Ciocia Dora spędziła dzień we łzach i modlitwie. Gdy kareta wróciła z dworca i zatrzymała się u lewego skrzydła, a do niej nikt nie przychodził, przemogła wstręt, jaki czuła do tej części domu, i zbiegła sama po nowiny. Wszystkie drzwi zastała otworem. Służba była w ruchu. Dotarła niepostrzeżona aż do sypialni. Ujrzała swego chłopaka w pokrwawionej koszuli, wokoło krwawe szmaty, nad nim trzech rzeźników i Urbana, bladego jak ściana. Tylko Schöneich, rozparty w fotelu, kiwał się tu i tam, gwiżdżąc, — a sam ranny dowcipkował po swojemu.
Staruszka już miała wejść, już podniosła nogę, gdy ją przykuł do podłogi żartobliwy głos barona:
— Doktorze, zacerujcie gładko, żeby piękne usta nie obraziły się na szramach.
Ciocia Dora zatuliła uszy dłońmi i uciekła z tego piekła. W takiej chwili — taka mowa! O, czasy! O, młodzieży!
W chwilę potem Urban ją uspokoił ze strony hrabiego, ale ona nie zdecydowała się na powtórne odwiedziny. Miała dosyć próby.
Stary doktór postawił na swojem. Szrama została, pomimo zimnej wody i innych sposobów; rozcinała czoło wyraźną poprzeczną bruzdą.
Honor swój niemiecki opłacił Wentzel, a może piękne oczy nieznajomej dziewczyny odjęły mu zręczność i siłę.
Miał pamiątkę po owej burzliwej nocy. Klął ją w duchu, gdy wreszcie wygojony stroił się pewnego wieczora do teatru.
Doktór Voss zjawił się właśnie na zły humor, a nie wiedząc o tem, począł burczeć na wybryki. W rezultacie pokłócili się okropnie: medyk z całą flegmą, Wentzel z ogniem wcale nie germańskim.
Voss potarł swą górną wargę, co robił zawsze, gdy miał wygłosić ważne zdanie, i rzekł:
— Pan hrabia jest niecierpliwy, nierozsądny i nielogiczny... Typowy Słowianin.
Tego było zawiele. Croy-Dülmen skoczył, jakby skorpjona nadeptał.
Kreuzdonnerwetter! — zaklął jak dragon — Jak mi pan jeszcze piśniesz słowo...
— To co? — prawił spokojnie medyk. — Ja się bić nie umiem, a spostrzeżenie fizjologiczne nie jest przecież obrazą. Pan hrabia rodzi się z Polki, to pewnik; że ród matki spływa bardzo silnie na dzieci, to drugi pewnik; a że pan bardzo do matki podobny, to trzeci! Dixi.
— A ja dixi, że wasze fizjologje to brednie, a wy sami stado warjatów! Jestem Niemiec, i basta!
— Po ojcu prawdopodobnie!
— Jakto prawdopodobnie? — krzyknął młody człowiek, czerwieniejąc z pasji. — Śmiesz o mojej matce mówić podobny frazes!
— Mówię: prawdopodobnie, bo pani hrabina była Polką, a tamte kobiety są do prawdy podobne. Nasze damy — to co innego. Żeby, naprzykład, hrabina Carolath miała syna, powiedziałbym...
— Daj mi spokój z hrabiną Carolath! Nie ciekawym tego, co powiesz! — przerwał niecierpliwie hrabia — Idę do teatru. Zeszpeciłeś mnie na wieki, a teraz prawisz brednie, które ci tylko dlatego darowuję, żeś stary! Niech piekło pochłonie chirurgję! Z wami razem, naturalnie! Urban, konie!
W teatrze piękny panicz w krzesłach i piękna pani w loży zamienili krótkie, ale wymowne spojrzenia. Nie było na nic więcej czasu; koledzy wzięli w swój środek Wentzla; układano kolację z aktorkami.
Dopiero w antrakcie hrabina Aurora zwróciła swój śliczny profil do drzwi loży i powitała wchodzącego uśmiechem syreny.
Tysiące oczu patrzyło na nich, więc on się ukłonił głęboko i usiadł naprzeciw niej.
Wyglądali tak niewinnie, jak stary radca z sędziwą ochmistrzynią dworu — zrobił półgłosem uwagę Wentzel.
Mauvais sujet! — upomniała go za koncept. — Czy wiesz, że ci ładnie z tą blizną, heros balafré. Ale bić się nie było o co, doprawdy! Wiesz, ja bardzo lubię Polaków.
— Jakbyś znała choć jednego.
— No, chociażby ty, przez pół.
Rzucił się niecierpliwie.
— Znowu! Ja się dziś wścieknę chyba! Ja nie jestem, nie będę, nie chcę być Polakiem! Co się ludziom dzieje! Sprzysięgli się mnie torturować!
— A to się nie broń, jeśli chcesz, żeby ci dali pokój! Le grand malheur! Pogadają i ucichną. A jak będziesz się afiszował niemczyzną, to ci na złość będą dowodzili, żeś Polak z krwi i kości.
Pierwszy raz i zapewne jedyny, zrobiła hrabina Aurora tak trafną uwagę, ale to nie rozmarszczyło czoła młodego człowieka.
Nie znalazł dla niej uśmiechu, gryzł niecierpliwie wąsy i kręcił brodę.
Trąciła go nieznacznie pantofelkiem.
— Powiem ci coś niemiłego, jeśli mnie nie będziesz bawił. Patrz, ty specjalisto od ładnych twarzyczek, kto to nowy w loży naprzeciw? Co za pyszne opale. Mówią, że to kamienie, qui portent malheur! Znasz tę damę?
Hrabia machinalnie podniósł oczy, spojrzał we wskazanym kierunku i aż się cofnął z podziwu. Dama w opalach nie był to nikt inny, tylko jego nieznajoma.
Ruch nie uszedł oka hrabiny.
Ah, comme tu prends feu! — rzekła z dąsem.
— Nie wiedziałaś o tem? — spytał z lekką ironją.
Monstre! — kopnęła go znowu pantofelkiem — Znasz tę damę?... Skąd ona?
— Z San Marino.
— Gdzie to jest? Na prowincji? We Włoszech?
— A gdzieś tam blisko! Nie pamiętam.
Opędzał się od pytań, a oczu nie spuszczał z loży naprzeciw.
Nieznajoma nie była samą. Towarzyszyło jej dwóch mężczyzn; jeden stary, siwy, — drugi młody, blondynek, z jeżowatą czupryną i swawolą w siwych oczach. Rozmawiali z sobą poufale, i — o, dziwo, — obywatelka spartańskiej republiki uśmiechała się lekko niekiedy, a chłopcu iskrzyły się do niej źrenice i co chwila błyskały białe zęby w serdecznej, ochoczej wesołości.
Wentzel Croy-Dülmen wciąż patrzał, znosząc obojętnie impertynencje obrażonej hrabiny. Tupała nóżkami z wściekłości.
Tu es d’une grossièreté horrrrible! Idź przynieś mi cukierków! Nie połykaj jej oczami! Nie puszczę cię! Nie masz prawa tam iść, rozumiesz? Nie pozwalam! Zresztą tam niema miejsca dla ciebie. Ten blondynek...
— Auroro! — szepnął z wyrzutem.
— Gdzieś ją poznał? Mów! Że też tobie żadna nie ujdzie! Ach, wpakowałabym cię z przyjemnością na statek admiralski z zakazem odwiedzania portów! Co to za jedna?
— Obywatelka rzeczypospolitej San Marino.
Tu es stupide z tą twoją rzecząpospolitą!
— Cóż robić! Nie mogę cię lepiej objaśnić, bo sam więcej nie wiem!
— A ja ci mówię, że to nie żadne San Marino. To jest niezawodnie ktoś z Polski. Ces Slaves ont leur type à part. Wiesz, że ona nawet do ciebie podobna.
Nareszcie znalazła hrabina sposób na swego kochanka. Spojrzał na nią piorunującym wzrokiem, wziął kapelusz, ukłonił się i wyszedł. Była pewna, że już nie spojrzy na lożę.
Po chwili ujrzała go w krzesłach. Istotnie nie patrzał ani na prawo, ani na lewo, ale na scenę. Zdawał się zajętym jedynie sztuką. W drugim antrakcie przysłał jej stosy cukrów, sam poszedł na cygaro z kolegami. Nie wspomniał o damie w opalach, ale inni już ją spostrzegli.
— Alzatka! — zdecydował Herbert.
— Mniejsza skąd, ale piękna. Co za szyk królewski!
Wertheima nie było. Leczył się jeszcze — więc Wentzel ze swą znajomością się nie pochwalił. Co prawda, nie było tak bardzo czem.
Przypuszczenie Herberta uderzyło go.
— Byłeś w Alzacji? — zagadnął.
— Dwa miesiące, z komisją rewizyjną.
— Uhm, rewidowałeś! — wtrącił po swojemu półgębkiem Michael von Schöneich.
W głowie Wentzla tworzył się awanturniczy projekt. Odszukać ją, poznać się i rzucić w oczy kolegów Cezarowem: veni, vidi, vici! Z nad Renu do Alzacji był krok jeden, a reszta fraszki!
— Za pół roku ona będzie moją! — rzekł lekceważąco.
Herbert natychmiast nadstawił uszu. Chwytał w lot każdą inicjatywę.
— Albo moją! — zawołał.
— Nie! — poprawił Wentzel — Moją albo niczyją!
Pari?
— Zgoda! O co?
— O twego „Scherza“!
— I o twego „Fingala“!
— A ja trzymam, że obydwa zjecie po mydełku — ozwał się Schöneich. — Stawiam swoją czwórkę, ale zabiorę waszego „Scherza“ i Ossyanowego bohatera; każę jutro zacząć rozszerzać stajnię.
— Skąd ta pewność, Michael?
— Popatrzcie jej w oczy, to się dowiecie! No, idę do hrabiny Aurory z wizytą. Będę pocieszał.
— Albo jej trzeba pociechy? — zagadnął łakomie Herbert, jak zawsze gotów korzystać z cudzego projektu.
— I bardzo. Wielka burza opadła fregatę admiralską koło Ziemi Ognistej.
— To i ja pójdę z tobą!
Po skończonej sztuce Wentzel z Herbertem spotkali się na chodniku przed teatrem.
— Widziałeś, dokąd pojechała? — zagadnął Croy-Dülmen.
— Wiesz, nie; byłem zajęty. Nie uważałem.
Obadwa okłamywali się bezczelnie. Śledzili piękną nieznajomą, ale im uszła w tłumie i znikła. Była to dla Herberta pierwsza, dla naszego bohatera druga porażka. Nie zwątpił jednak o sobie, ruszając z dobrą miną do restauracji.
Bankiet się przeciągnął do rana.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.