Mayster Bartłomiey/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor K. F. Pasternak
Tytuł Mayster Bartłomiey
Data wydania 1837
Wydawnictwo Drukarnia Neumanna
Miejsce wyd. Wilno
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

VI.

— Mościa Panno! mówił Majster Bartłomiej do synowicy, dziś z południa będziemy mieli gościa — włożysz Mościa Panno suknią z anszkotu z ruchem, której materyi łokieć płaciłem po dwanaście groszy; obszytą antularzami. Włosy w forki ułożyć trzeba, zawiesić śp. matki perły i kanaki, obuć się w kurdybanowe trzewiczki, wziąć półpłaszczyk bayborakowy — chomle, złote fereciki.... niezapominać, ażeby koło pięści obszyć piękne forboty, którem ci niedawno podarował — słowom, moja Panno — ustroj się jak łątka.
— Na cóż te ceregiele? stryjaszku.
— Bo — będziemy mieli młodego gościa — Wojewodzica, który Waćpannę ongi z okna widział i upodobał, a gdybyż się ożenił? bogaty! hę?.... młody.... hę?
— Ja za niego nie pójdę.
— Ja się o to nie pytam — jeżeli mi się podoba, jeśli sypnie pieniędzmi, to cię weźmie — już ja mu za to ręczę.
— Ależ to przecie odemnie zależy!
— Bynajmniej, bynajmniej — kobieta nie ma swojej woli, i mieć jej niepowinna — kobieta nie wie co dla niej jest złém, a co dobrém. Hę? czy rozumiesz — czyli — zrozumiałaś li mnie? albo, czyliś mnie pojęła?
— Nie.
— Jakto nie? co to, nie? hm! nie? Powtarzam — będzie tu dziś Wojewodzic, bogaty, djable bogaty, jeżeli się w tobie rozmiłuje i żenić zechce — łup, cup — we dwa dni jesteś panią, a ja — twoim najniższym sługą, czyli....
— Kiedy już tak daleko zaszliśmy, odezwała się Hersylia poważnie, pozwolisz mi sobie powiedzieć stryju, że nie masz żadnego prawa moją ręką rozrządzać.
— Jakto? niewdzięcznico? co mówisz? coś wyrzekła? czyli....
— Oto Herburtowski statut — który ci za odpowiedź stanie, mój stryju — rzekła podając pięknie oprawne, polskie tego statutu wydanie z roku 1570.
Bartłomiej nie spodziewał się, tak energicznego oporu, spuścił więc nieco z tonu i pokorniej zaczął mówić.
— Ale bo — moje serce, czyli — albo — moje serce! powinnaś mieć w pamięci, ile mię kosztowało twoje wychowanie.
— Delikatna to sprawa, ale i to przypomniećby sobie należało, że summa zostawiona po śp. matce.
— Jaka summa?
— Złożona u stryja dla mnie — mój posag, z którego się dotąd utrzymuję. Jeżeli więc naraziłam stryja na jakie koszta gotowam je wrócić, wdzięczną jestem za jego starania, ale ślepo posłuszną być nie mogę — gdyż niechodzi tu, o chwilę, ani o godzinę, ale o szczęście życia całego.
— No! no! dosyć! dosyć — idź się tylko ubieraj! Jaki filut z dziewczyny! no proszę! paple jak drugi prokurator.
Z południa kolasa zaprzężona dwóma końmi siwemi z grzywą i ogonem ponsowym, zatrzymała się przed domem, a z kolasy wysiadł młody człowiek w bogatym hiszpańskim stroju, który był wówczas najmodniejszy.
Lekka fioletowa tunika w złote gwiazdki miotana okrywała go, biała jak mleko kreza, filuternie karbowana wznosiła się około szyi, u boku wisiała sadzona diamentami szpada, na szarfie białej ze złotem — u bótów połyskiwały z czystego złota ostrogi, u kapelusza powiewały strusie białe pióra, osadzone w świetnej, ognistej sprzążce diamentowej — a płaszcz z najcieńszego bisioru, kończył ten wytworny ubiór.
Twarz młodzieńca, była cudnie piękna, pełna ognia i żywości, a pukle czarnych włosów drogą wonią zlane, spadały na ramiona. Za nim z kolasy wysiadła mała garbata figurka, był to Rupert, w aksamitnej todze, w sobolej czapce, z pierścieniami na wszystkich palcach, z łańcuchem złotym na szyi.
Bartłomiej pokazał się zaraz we drzwiach, w swiątecznym seledynowym kuntuszu, w kanarkowym żupanie, z karabelą, z czapką pod pachą, w zielonych bótach, i wśród tysiącznych ukłonów, na które dumnym uśmiechem, klepiąc go po ramieniu, odpowiedział Wojewodzic, wprowadził go do komnat.
Zdaje się, że nikt nie wątpi, że Wojewodzic ów jest tym przerobionym starcem, który się tak nagle w młodego przeistoczył.
— Dalibógże — szepnął Majster Bartłomiej Rupertowi, niespodziewałem się, żebyśmy go, tak pięknie wykfalifikowali!
Rupert uśmiechnął się tylko — a Wojewodzic wziąwszy się w boki, wszedł dumnie na salę. Hersylia jaśniejąca wdziękiem własnym i ozdobą stroju, siedziała nad księgą, niedbale sparta o stolik. Wojewodzic spójrzał, uśmiechnął się i daleko weselej, daleko pokorniej postąpił naprzód, skłonił się i usiadł przy drugim stoliku.
Rozmowa zaczęła się sobie, jak zawsze, od deszczu i pogody, a Majster z Rupertem wyszli zaraz zostawując ich sam na sam.
Trzeba było, być grzeczną dla gościa; ale Hersylia nie umiała udawać, a kiedy serce jej było oddalone od niego, a zamiary Majstra czyniły ją niespokojną, nieumiała ukryć swej oziębłości i odpowiadała tylko. Tak! nie! na wszystkie jego pytania. Wojewodzic nie przywykły, do takiego obchodzenia się z sobą, krzywić się zaczął, kiedy Tobiasz z surową miną wszedł do komnaty, skłonił się bardzo nieznacznie gościowi, i pocałował rękę Hersylii, której twarz rozjaśniła się widocznie. Wojewodzic był jak na szpilkach, i im dumniej spoglądał na muzyka, tém muzyk pogardliwiej z nim się obchodził. Nareście Tobiasz usiadł przy kochance i zaczął z nią pocichu rozmawiać, a Wojewodzic został się sam jeden, nie mając do kogo słowa przemówić.
— Robota około odbudowania zamku idzie śpiesznie — rzekł Wojewodzic usiłując zawiązać rozmowę.
— Dosyć — odpowiedziała Hersylia.
— Słychać, że X. Biskup niebespiecznie jest chory.
— Tak powiadają.
Nastało milczenie — młodzieniec zacierał czoło, pocił się, jeździł oczyma po suficie i nakoniec się odezwał.
— Królowa jutro wyjeżdża do Warszawy.
— Być może.
— Słychać o jakichś w Litwie zaburzeniach.
— Słychać.
Znowu milczenie, znowu niecierpliwość ze strony Wojewodzica, a szepty między kochankami. Tak zeszła godzina, po której Bartłomiej wszedł z Rupertem i twarz obu zachmurzyła się, kiedy zobaczyli Tobiasza rozmawiającego z Hersylią, a Wojewodzica siedzącego sam na sam, zlanego potem, pełnego gniewu i złości.
Tobiasz powitał Majstra, ale Majster zimno na ukłon odpowiedział; spójrzał potém ostro na Ruperta, a mała poczwarka skryła się za brzuch P. Bartłomieja dla assekuracyi.
— Waszmość już tu zapewne, dawno być musisz znajomy? zapytał po chwili ostro, Wojewodzic Tobiasza.
— Nieco dawniej od Waszeci — odpowiedział dumnie muzyk.
— Proszę, z większém uszanowaniem — rzekł z cicha i tchórzliwie Rupert — to P. Wojewodzic.
— Twojej fabryki zapewne? z przekąsem zawołał Tobiasz.
Rupert zbladł jak chusta, a Wojewodzic postąpił ku pytającemu z ręką na szpadzie — Co to się ma rozumieć? zapytał.
— To się rozumie — odpowiedział z zimną krwią Tobiasz, że Waszmość w tym domu jesteś niepotrzebny — kobieta, o której względy się starasz, gardzi tobą.
— Któż ci powiedział, śmiałku, że się staram o względy kobiety?
— Kto? twoje oczy — twoja mowa — twój gniew nakoniec. Rupert postąpił ku Wojewodzicowi i szepnął mu na ucho — Daj mu pokój — to zuch, zemścim się inaczej!
Majster Bartłomiej tymczasem widząc, że burza się zbierać zaczyna, gotował się, dla uspokojenia, cóś arcy-rozumnego powiedzieć i ozwał się nareście.
— Hm? Mości Panowie! na co ta kłótnia? czyli!
— A Waszmości co do tego, odpowiedział opryskliwy Wojewodzic.
— Mnie? — z podziwieniem i strachem beknął Bartłomiej — ach! prawda! przépraszam! jaki ja głupi! prawda, mnie nic do tego — Pan masz słuszność — i owszem, proszę się kłócić, już ja będę milczał.
Gdy się to dzieje, Hersylia znikła; a Rupert ufny w odwadze Wojewodzica, żywo kłócić się zaczął.
— Waszeć tu — rzekł do Tobiasza — chcesz Pana udawać — Mości muzykusie — idź precz! a godniejszym ludziom nie zawalaj drogi!
— Ej ostróżnie! ozwał się muzyk z krwią zimną — ja cierpię, ale ukarzę — czy dawno wylazłeś z szafy?
Na wspomnienie szafy Rupert zbladł — westchnął głęboko i skrył się. Wojewodzic tymczasem kłócić się zaczął, a Bartłomiej stał we drzwiach, gotując się do rejterady, w razie potrzeby. Jakoż nie omylił się cale w domysłach, bo wkrótce Tobiasz chwycił Wojewodzica za kark i prowadził do drzwi. Bartłomiej z wielką flegmą, bardzo naturalnie unikając tumultu drzwi otworzył. Ztąd kłótnia z Rupertem. W kwadrans sobolowa czapka Ruperta, była już na podłodze, Wojewodzic leżał potłuczony na gorzkie jabłko pod schodami, sam zaś Rupert nękał jeszcze tłustego Bartłomieja; kiedy Tobiasz uwolniwszy się już od Wojewodzica, przyszedł na pomoc Majstrowi, chwycił Ruperta i zrzucił go ze wschodów za Wojewodzicem. W tej przeprawie z wysokości na nizinę oba podróżni potłukli się należycie, i ruszyć się nie mogli. Rupert jęczał jakby go ćwiertowano, Wojewodzic stękał jak żelazo pod młotem. Bartłomiej zaś bardzo niezgrabnie dziękował swemu wybawicielowi, poprawując kapotę i pas, nadwerężony szamotaniem się.
— Gdybyś WMość nie nadszedł, byłby mi wydarł resztę włosów z głowy — no! proszę, tylko patrzaj Waszmość, oto — siniak — o! guz, o! a co tu włosów na ziemi, a wszystko z mojej głowy! umf!
— Bo, na co Waszeć, takich gości do domu przyjmujesz.
— Ale — bo to ja miałem, widzisz Jegomość, niektóre pieniężne widoki — ale teraz — ho! ho! ho! chyba mi się dobrze opłaci, to go tu puszczę — a inaczej nogą tu niepostanie — Wojewodzic zaś! ale — a gdzież P. Wojewodzic.
— Leży pod schodami.
— Um! szkoda! o! to bogaty człowiek — trzeba go było jakoś delikatnie.
— Dosyć delikatnie, potoczył się jak baryłka!



Mayster p0051.png


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.