Przejdź do zawartości

Matka Dzika/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Guy de Maupassant
Tytuł Ojcobójca
Pochodzenie Ojcobójca
Wydawca Wydawnictwo "Taniej Książki"
Data wyd. 1927
Druk Warszawa : I. Haendler
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Kiedy wybuchła wojna, syn Dzikich, mający wówczas lat trzydzieści trzy, zaciągnął się do wojska, pozostawiając matkę samą. Nie żałowano zbytnio starej, gdyż wiedziano dobrze, że ma pieniądze.
Została tedy sama w tym domu odosobnionym, daleko od wsi, na skraju lasu. Nie znała ona zresztą strachu, należąc do tej samej rasy, co mąż i syn. Tęga stara baba, wysoka i chuda, nie skora do śmiechu, ni do żartów. Zresztą kobiety wiejskie nie śmieją się wcale. To należy do mężczyzn.
Mają one duszę smutną i ograniczoną, wiodąc żywot ponury i bez promieni. Wieśniak nabiera nieco hałaśliwej wesołości w karczmie, ale towarzyszka jego pozostaje poważną, o fizjonomji niezmiennie surowej. Mięśnie jej twarzy na znają wcale skurczów śmiechu, Matka Dzika prowadziła dalej zwykły swój żywot w chałupie, którą niebawem pokryły śniegi.
Raz na tydzień szła na wieś po chleb i mięso, poczem wracała do swojej szopy. Ponieważ mówiono o pojawieniu się wilków, więc wychodząc brała z sobą starą zardzewiałą strzelbę syna i zarzucała ją na plecy. Ciekawie wyglądała ta wielka kobieta, nieco zgarbiona, sunąca szerokiemi krokami po śniegu. Z za czarnego czepca, wiążącego jej ukryte blond włosy, wystawała lufa strzelby.
Pewnego dnia przybyli prusacy, Rozkwaterowano ich u mieszkańców, stosownie do majątku i środków każdego. Starej, którą uważano za bogatą, dostało się w udziale czterech.
Byli to tędzy chłopcy o jasnej cerze, jasnych brodach i niebieskich oczach: wszyscy zachowywali się dobrodusznie, pomimo że byli w kraju podbitym. Mieszkając u starej kobiety, okazywali jej niezmiernie wiele uprzejmości, oszczędzając jej o ile się dało wydatków i trudu. Można było widzieć, jak rano w ostry dzień zimowy, stojąc w śniegu, myli się przy studni, oblewając pełnemi strumieniami swoje różowe białe ciało ludzi północy, gdy gospodyni przyrządzała im zupę. Następnie widziano ich, jak sprzątali kuchnię, szorowali podłogę, rąbali drzewo, obierali kartofle, prali bieliznę i wykonywali wszystkie czynności domowe, niby czterej dobrzy synowie około swojej matki. Ale ona myślała ustawicznie o swoim wysokim chuderlaku z zakrzywionym nosem, piwnemi oczami i gęstym, szczeciniastym wąsem, Pytała codziennie każdego z żołnierzy:
— Nie wiecie, gdzie stoi 23 pułk piechoty francuskiej? Mój syn tam się znajduje.
Odpowiadali:
— Nie, nie wiemy.
A rozumiejąc jej troskę i niepokój, wyświadczali jej tysiąc drobnych usług. Ona zresztą lubiła bardzo swoich czterech nieprzyjaciół, gdyż wieśniacy nie znają wcale nienawiści patrjotycznych; to należy tylko do klas wyższych.
Maluczcy, ci co płacą najwięcej, ponieważ są biedni i których obarcza się każdym nowym podatkiem, ci których się zabija masami, którzy są prawdziwym żerem dla kul, ponieważ są ogromem liczebnym, ci wreszcie, których najsrożej ścigają okrutne niedole wojny, ponieważ są najsłabsi i najmniej oporni, nie rozumieją wcale tej zaciekłości wojowniczej, tego pobudliwego punktu honoru i tych rzekomych kombinacyj politycznych, które w przeciągu sześciu miesięcy wyczerpują dwa narody: zwycięski i zwyciężony.
W okolicy, mówiąc o Niemcach, wieśniaczki powiadały ;
— Oto ci czterej znaleźli sobie legowisko!
Pewnego poranku, kiedy starucha siedziała sama w mieszkaniu, ujrzała na drodze zbliżającego się ku jej chałupie człowieka. Niebawem poznała, że był to szeregowiec, roznoszący listy. Przyniósł jej jakiś zwinięty papier. Wyjęła z futerału okulary, któremi się posługiwała przy szyciu, i zaczęła czytać.
„Łaskawa Pani, Muszę ci donieść smutną nowinę. Syn Pani, Wiktor, zginął wczoraj od kartacza, który go przeciął na dwoje. Byłem tuż obok, gdyż służyliśmy w jednym szeregu. Prosił mnie, ażebym panią zawiadomił, na wypadek nieszczęścia.
Wziąłem do kieszeni jego zegarek, ażeby pani odnieść po ukończeniu wojny.

Cezar Rivot
szeregowiec 2-giej kl. 23-ga, pułku“

List był datowany z przed trzech tygodni. Stara nie płakała. Była jakby rażona gromem, tak zmartwiała, że nawet jeszcze cierpieć nie mogła. Mamrotała do siebie: to Wiktora zabiło? Powoli jednak łzy napłynęły do oczów i serce ogarnęła boleść. Do głowy przychodziły jej straszne, męczące myśli. Nie ucałuje go już nigdy, tego swojego chłopaka, swoje dziecko, nigdy już! Żandarmi zabili jej męża, prusacy zabili jej syna. Kartacz przeciął go na dwoje. Zdawało się jej, że widzi to straszne zjawisko: głowę spadającą, oczy rozwarte i usta jego gryzące końce grubych wąsów, jak to czynił w chwilach gniewu.
Cóż stało się później z jego trupem? Gdyby przynajmniej oddano jej dziecko tak, jak niegdyś oddano jej męża z kulą w środku czoła!
Wtem dały się słyszeć głosy ludzkie. Prusacy wracali ze wsi. Stara schowała szybko list do kieszeni i, otarłszy łzy, powitała ich spokojnie, ze zwykłą miną. Wracali uśmiechnięci, w pysznych humorach, gdyż przynieśli ładnego królika, skradzionego zapewne, i dawali starej znaki, że będą jedli coś dobrego.
Zabrała się też zaraz do roboty, by przyrządzić śniadanie, ale do zarżnięcia królika brakło jej odwagi. Wszakże nie był to pierwszy! Jeden z żołnierzy zabił go uderzeniem pięści.
Kiedy króliki był już zabity, odarła go ze skóry, ale widok krwi, której dotykała i która pokrywała jej ręce, krwi ciepłej, która w palcach jej stygła i krzepła, wstrząsnął ją dreszczem od stóp do głowy. Widziała wciąż swojego syna, rozciętego na dwoje, całego czerwonego, jak to zwierzę jeszcze dyszące.
Siadła z prusakami do stołu, ale nie mogła jeść, ani jednego kęsa przełknąć nie zdołała. Oni pochłaniali królika, nie zważając na nią. Stara spoglądała na nich zboku, nie mówiąc słowa.
W głowie jej dojrzewała jakaś myśl, ale twarz miała tak obojętną, że oni nic nie zauważyli.
Wtem ozwała się:
— Patrzcie, nie wiem nawet, jak się nazywacie, a już miesiąc mieszkamy razem.
Nie bez trudu zrozumieli, o co jej chodzi, i wymienili swe nazwiska.
To jej nie wystarczało; kazała je sobie napisać z adresem rodziców każdego z żołnierzy i, włożywszy okulary na swój duży nos, oglądała to pismo obce, poczem zwinęła kartkę i włożyła do kieszeni obok listu, który oznajmił jej śmierć syna.
Po jedzeniu rzekła do nich:
— Idę teraz przyrządzić wam posłanie.
I jęła znosić siano do stodoły, gdzie sypiali. Dziwili się temu zajęciu, ale ona wytłumaczyła, że nie będzie im w nocy tak zimno. Sami więc jej pomagali. Naznosili snopów aż pod dach słomiany i w ten sposób utworzyli sobie rodzaj dużego pokoju, ciepłego i wonnego, w którym będzie się im spać cudownie.
Przy obiedzie jeden z nich zaniepokoił się, widząc, że gospodyni ich nic nie je. Utrzymywała, że ma kurcze żołądka. Potem napaliła mocno W piecu, żeby się ogrzać. Niemcy weszli na górę do swojego pokoju, posługując się drabinką, jak każdego wieczora.
Zaledwie zamknęli drzwiczki, stara usunęła drabinkę, otworzyła cichaczem drzwi, wychodzące na podwórze i poszła po snopy słomy, któremi zapchała swoją kuchnię. Szła bosa po śniegu, tak cicho, że nie było wcale słychać jej kroków. Od czasu do czasu przysłuchiwała się głośnemu i niejednostajnemu chrapaniu czterech śpiących żołnierzy.
Uważając przygotowania za dostateczne, rzuciła jeden ze snopów do ogniska, a kiedy zapalił się, rozsypała płonącą słomę po innych snopach, poczem wyszła i patrzyła.
Straszna jasność oświetliła w kilka sekund całe wnętrze chałupy; był to niby olbrzymi stos płonący, którego blask bił z wąskich okien, rzucając na śnieg błyszczące smugi światła.
Nagle ze szczytu chałupy dał się słyszeć krzyk okropny, potem jęki ludzkie, wołające, rozdzierające, pełne przerażania i trwogi, Drzwiczki runęły do wnętrza, fala ognia wpadła do spichrza, objęła dach słomiany i strzeliła w niebo, jak płomień olbrzymiej pochodni. Cała chałupa zgorzała.
Nie było nic słychać prócz syku ognia, trzaskania ścian i walenia się belek. Nagle dach runął i płonący kadłub domu rozsiał w zadymionem powietrzu całą rakietę iskier.
Biała od śniegów wieś, oświetlona ogniem, błyszczała jak obrus srebrny, pokryty czerwoną gazą, Zdała ozwały się dzwony.
Stara Dzika stała przed swojem zniszczonym domostwem, uzbrojona w strzelbę syna, z obawy, ażeby który z ludzi nie umknął.
Widząc, że już wszystko skończone, rzuciła strzelbę w płomienie. Rozległ się wystrzał.
Nadchodzili ludzie, wieśniacy, prusacy.
Zastali kobietę siedzącą na pniu drzewa, spokojną i zadowoloną. Oficer niemiecki, który mówił po francusku, jak rodowity francuz, spytał:
— Gdzie żołnierze pani?
Wyciągnęła swoją chudą rękę, i wskazując czerwone zgliszcza gasnącego pożaru, odpowiedziała silnym głosem:
— Tam!
Ciśniono się koło niej. Prusak zapytał:
— Jak powstał ogień?
Odrzekła:
— Ja go podłożyłam.
Nie wierzono jej. Myślano, że ruina majątku pozbawiła ją nagle zmysłów. Wówczas widząc, że ją otacza tłum ludzi, opowiedziała całą rzecz od początku do końca, od nadejścia listu do ostatniego krzyku spalonych wraz z chałupą ludzi.
Wszystkie uczucia, które nią miotały, i wszystko, co zrobiła, opowiedziała z największą dokładnością, nie pomijając żadnego szczegółu.
Skończywszy, wyjęła z kieszeni dwie kartki papieru, i ażeby rozróżnić je przy ostatnich błyskach ognia, poprawiła jeszcze swoje okulary i rzekła: To, to jest śmierć Wiktora. — Wyjąwszy drugą dodała, wskazując głową na czerwone gruzy: — To są ich nazwiska, abyśmy napisali do ich rodzin. — Podała spokojnie białą kartkę oficerowi, który trzymał ją za ramiona.
— Napisz im pan, jak się to stało i powiedz rodzicom, że to ja zrobiłam, ja Wiktorja Simon Dzika! Nie zapomnij pan.
Oficer wydał rozkaz po niemiecku. Schwycono ją i rzucono o ciepłe jeszcze ściany jej mieszkania. Potem dwunastu ludzi uszykowało się twarzą do niej, na dwadzieścia metrów odległości. Stała nieporuszona. Zrozumiała i czekała.
Rozległ się rozkaz, a po nim natychmiast przeciągły wystrzał. Jeden strzał spóźniony nastąpił po innych.
Stara nie padła. Schyliła się, jakby jej podcięto nogi.
Oficer pruski zbliżył się. Była prawie przecięta na dwoje, a w skurczonej ręce trzymała list skrwawiony.
Przyjaciel mój Serwal dodał:
— To przez zemstę Niemcy zniszczyli zamek1, który do mnie należał. — Ja zaś myślałem o matkach czterech, dobrych chłopców, którzy tam spłonęli, i o heroizmie tej drugiej matki, rozstrzelanej pod murem.
I podnosiłem czerwony kamień jeszcze zczerniały od ognia.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Guy de Maupassant i tłumacza: anonimowy.