Mateczka chrzestna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Michalina Domańska
Tytuł Mateczka chrzestna
Pochodzenie Fotografje mówią...
Wydawca „Książki Ciekawe“
Data wydania 1922
Druk Zakłady Graficzne Zygmunt Sakierski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Zygmunt Grabowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
MATECZKA CHRZESTNA.


Dziś miał przyjechać wojenny chrześniak. Anna po raz dziesiąty zeszła do przygotowanego dla niego pokoju, aby się przekonać, czy mu niczego nie brakuje. Postanowiła usilnie, że ten urlop spędzony u niej, ten wypoczynek dwutygodniowy, stanie się w jego życiu etapem, oazą, do której myśl wraca dla pokrzepienia i rozjaśnienia. „Jej chłopcu“ musiało być u niej dobrze. Gdy kobieta postanowi sobie rzecz taką, to jej troskliwość potrafi się stać potęgą dobroczynną. — Anna nie znała swego chrześniaka inaczej jak z korespondencji, lecz pomimo to już zdołał zająć w jej życiu miejsce pierwszorzędne.
Nie było w tem nic dziwnego. Była kobietą dojrzałą — i samotną. Na świecie miała tylko brata, od którego dzieliła ją przedewszystkiem — bratowa, a potem wojna.
Pod pozorami sztywnemi, ukrywało się serce gorące, prawdziwie kobiece, spragnione nadewszystko oddania komuś bezużytecznie gromadzonych skarbów czułości. Życie samotne, ustronne i długotrwałe panieństwo wyrobiły w niej egzaltację, przyzwyczajenie przeżywania wszystkiego aż do samych głębin, w całej rozciągłości. Co prawda, osobiste jej życie było dotąd ubogie w przeżycia. Paru odrzuconych konkurentów, nie kochanych, cicha, niewyznana miłość młodzieńcza, smutna i szara — to było wszystko. — Opieka nad wojennym chrześniakiem rozsłoneczniła jej życie. Zwolna, stawała się kwestją pierwszorzędną. — Listy od niego i do niego, jak złota przędza, snuły się na szarem tle codzienności.
Chrześniak był ochotnikiem, niezwykle inteligentnym i subtelnym. Był ogromnie osamotniony; cała jego rodzina i majętność pozostała za kordonem na południowych kresach: chłopak „tużył“ jak prawdziwy syn stepów. Trapiła go tęsknota, którą szeroko wylewał w swych listach. Obozowe życie nie było w stanie zabić w nim wrodzonej melancholji.
Lubił o tem pisać, lubił abstrakcyjne kwestje, listowne dysputy, psychologiczne zawiłości. Brakło mu tego wszystkiego w otoczeniu wojennem. Anna z zachwytem, z podziwem dla jego niezwykłej organizacji duchowej, dogadzała jego upodobaniom.
Wysyłała do niego przy każdej sposobności foljały, nad układaniem których schodziły jej wolne chwile. Wzamian otrzymywała także foljały. Były tam zwierzenia duszy młodej, rycerskiej mocą dawnych atawizmów, poetycko rozdwojonej, wskutek wrodzonego usposobienia. Anna poznała wkrótce do głębi całą jaźń Edmunda. Stali się sobie bliżsi, niż po wieloletniem obcowaniu. Wyczuwali się wybornie, znając tylko duchowe swe oblicza.
Ten stosunek poprzez przestrzeń był tak uroczy i subtelny, że Anna bała się prawie zamiany na bardziej rzeczywisty.
Lecz on coraz usilniej domagał się poznania. Długo się rozpisywał nad tem, jaki obraz Anny utworzył mu się w duszy; chciał go porównać z rzeczywistością.
A w sercu i w życiu Anny, on zajął tak przodujące miejsce, że i w niej zbudziła się fizyczna tęsknota za głosem, za żywą postacią „chłopaka“.
Naprzód zamienili fotografje. Ona przez instynkt czysto kobiecy — posłała mu dawną, z warkoczami podlotka, nic nie mówiącą o dzisiejszej. On przysłał swoją, zdjętą w obozie, w grupie innych, na tle armaty, którą obsługiwał. Prócz młodzieńczości, wysmukłej postaci, nic innego nie można było wywnioskować z tego zdjęcia. Postanowili więc, że połowę swego urlopu spędzi u niej, w jej Nałęczowskiej willi i oto teraz oczekiwała go.
Była głęboko wzruszona i głęboko szczęśliwa. Wsparta o okno pokoju, przygotowanego dla niego z całą troskliwością, spoglądała w uroczy park, budzący się do wiosennego życia i myślała, że i dla niej idą nareszcie duże święta... Ileż już lat spoglądała przez to okno na rozkoszne rozkwitanie starych drzew w nowem słońcu, z głęboką tęsknotą i dojmującym żalem. Wiosenne cuda spełniały się w jej oczach, szły jedna po drugiej wszystkie fazy uroczej ewolucji, misterja miłości i szczęścia — a ona stała wiecznie na uboczu, w smętnej roli samotnego widza. Przecie i jej się należą gody życia, tak jak każdemu Bożemu stworzeniu! i przyjdą oto, tem piękniejsze, że długo oczekiwane.
Cieszyła się, że pomimo uroczej pory, — Nałęczów pusty, w willi jej niema jeszcze letników. Będą we dwoje, a długim ich gawędom listownym przybędzie czar żywego słowa. Zespolenie ducha i ciepło obecności, też są przecie rzeczy wymarzone! Istna bajka, która się ziści.
Cień zasłonił złote potoki słońca. Postać młoda i jasna — przechyliła się przez okno od ogrodu, Anna z pewną niechęcią spojrzała na „bawidełko“. Tak nazywała bratowę swoją, dziwnie jej obcą duchem i wychowaniem. Ale wnet zawstydziła się tej niechęci. Stach, jadąc na wojnę, jej wyłącznej opiece oddał swoje „kochane maleństwo“ i mieszkała odtąd u niej; nudząc się śmiertelnie i zatruwając tą bezczynną nudą skupione życie Anny.
Hela zajrzała do pokoju.
— Jak tu ładnie urządziłaś! jak ty umiesz o wszystkiem pomyśleć! Papier przygotowany na biurku... kwiaty... nowe książki... Szczęśliwa jesteś, Anno! Czekasz — i ten ktoś już dziś się zjawi! A ja czekam — tyle czasu i wciąż nadaremnie.
— Przyjdzie kolej i na Stacha. Mój chrześniak już tyle czasu na froncie i oto pierwszy jego urlop.
— Ależ on nie zostawił żony — ani nikogo! Tacy mogą służyć, ile im się podoba. Ale żonaci...
— Wstydź się, Helu! — nie chciałabym nazywać się żoną człowieka, któryby teraz siedział przy mnie, a nie na froncie.
— Mówisz tak, kaprysiła Hela, bo nie wiesz, jaka to miła i potrzebna rzecz — mąż! I żeby chociaż rok minął od naszego ślubu! Ale to zaledwie osiem miesięcy — i ja sama! Niechby to wszystko stało się wcześniej, albo później. Niechbym miała czas nacieszyć się Stachem!
Anna zasadniczo unikała dyskusji z „bawidełkiem“. Z początku starała się usilnie „uczłowieczyć“ tę bezduszną istotę, ale wkrótce doszła do przekonania, że to trud daremny.
Hela nie była ani dziecinną, ani głupią, — brakło jednego: duszy. I tego dać jej nic nie było w stanie.
Było to ładne stworzenie, o instynktach rozbudzonych — a uczuciach w zaniku. I chyba tylko wielka, życiowa katastrofa zdolna była wstrząsnąć tem duchowem uśpieniem.
Anna, która szeregowała ludzi na różne kategorje, zaliczyła Helę do „pierwotniaków“ i przeszła nad tem do porządku dziennego. Stacha kochała bardzo, ale pobłażliwie!.. Przywykła od dzieciństwa do jego duchowej i umysłowej niższości, i nie robiła z tego dramatu.
„Co ta mała będzie robiła między nami? myślała Anna. Będzie niecierpliwiła i nudziła Edmunda tak, jak i mnie. Aby go tylko nie zniechęciła do dłuższego pobytu. On jest na przeciwnym biegunie kultury duchowej, tam, gdzie już przechodzi w przerafinowanie“.
Odeszła od okna. Ogarnął nią nerwowy niepokój ostatnich godzin oczekiwania. Czuła się jemu tak bliską i tak z nim związaną, że nawet już nie zadawała sobie pytania: Jak się jemu wydam? Poznali to nawzajem, co mieli w sobie najcenniejszego — wszystko inne było dodatkiem i formą.
...A jednak, gdy stanął przed nią w całym blasku swej młodzieńczej urody — doznała olśnienia i onieśmielenia. Nie wyobrażała go sobie tak uroczym. Witała go niezgrabnie, nagle skrępowana myślą, że jest z nim sama. Zwątpiła o sobie, wydała się sama sobie starą, brzydką i trochę śmieszną w swem dojrzałem panieństwie. Ale jego nadzwyczajna swoboda i towarzyskie obycie zapanowały szybko nad sytuacją. Po godzinie mieli oboje wrażenie, że znali się od wieków, że się odnaleźli po długiej tęsknocie.
Tej nocy — gdy mała Hela w dużem swem łożu popłakiwała nad swą samotnością, a Edmund spał rozkosznie, zadowolony z powrotu do kultury i komfortu, Anna nie zmrużyła oka. Siedząc przy oknie, otwartem na uroczy rozgwar wiosennej nocy, upojona zapachami, bijącemi ku niej, aż do odurzenia, wsłuchiwała się z rozkoszą i trwogą w budzącą się wielką namiętność jej życia. Szła jak burza i ogarniała nieprzeparcie.
Wszystko, co przeżyła dotąd — było tylko przygotowaniem do tej chwili. Zrozumiała, że Edmunda kochała dawno, a widok jego zmienił tę miłość idealną w wielki pożar uśpionych dotąd zmysłów.
Z parku płynęły niepokojące szepty, westchnienia rozkoszne szczęśliwej przyrody — a Anna myślała:
— Niech mię porwie, niech mię ogarnie, niech niesie, dokąd chce. Co warte było dotąd moje życie bez tego światła?
Złociste dni kwietniowe płynęły, jak bajka czarodziejska. Z uśmiechem szczęścia witała Anna każdy ranek, a do późnej nocy rozpamiętywała czar minionego dnia. Każdy był skarbem nieprzebranej treści, mienił się, jak tęcza we wspomnieniu. A po tym najcudniejszym następował jeszcze lepszy. Słodycz stawała się treścią istnienia. Dusza była w kwiecie, jak przyroda.
Szli we dwoje wśród uroczych jarów kwitnących. W zakątku najmniejszym panowało triumfalne święto, radość ogólna biła do głowy, jak wino. Niebo iskrzyło się złociście, oddychało się przecudną wonią pąków, nieporównaną z żadną inną pod słońcem. Oni szli i gwarzyli bez końca.
Nie było dziedziny życia, nie było kwestji, którejby nie poruszali. Lotne i subtelne, głębokie i barwne były ich dialogi. Mówili ze sobą, tak jak gdyby chcieli sobie wynagrodzić długie milczenie z innymi. Porozumiewali się błyskawicznie, a czasem toczyli spory, w których zachwycała ich nawzajem psychologiczna odrębność kobiecej i męskiej natury. Uznawali ją z podziwem i rozkoszą. Zbliżała ich wzamian na innym gruncie.
Czasem Edmund czuł się zmęczony. Wyciągał się na młodej trawie i bez słowa leżał długo, wpatrzony z wyrazem skupionej błogości w ciche kołysanie wierzchołków drzew w rozsłonecznionym błękicie. Kwitnęły topole, osiki i brzozy.
Chmury złotego pyłku snuły się w powietrzu, osypywały im głowy pachnącym obłokiem. Zarośla drżały od ptasich miłosnych nawoływań. Anna w tych chwilach milczącego szczęścia oddawała się namiętnej komtemplacji ukochanej twarzy. Oczy jej zatrzymywały się na kobiecej bieli gładkiego czoła, odcinającego się równą linją od ogorzałej twarzy. Szukały wśród rzęs długich i gęstych spojrzenia oczu mądrych i rozczarowanych, kpiarskich i pieszczotliwych. Spoczywały długo na nęcącej tajemnicy ust, które młode i żądne, purpurowe i świeże — kłóciły się z przedwczesnem zniechęceniem zadumanych oczu. — W stosunku ich nie było zmysłowego pierwiastka. Anna nie umiała go wprowadzić, pomimo tajemnych nakazów coraz wszechwładniejszej namiętności. Edmund odnosił się do niej z tkliwym szacunkiem, z wdzięczną swobodą; nazywał ją „Marenką“ (marraine), otaczał słodką pieczołowitością, ale ani w rozmowach, ani w zwierzeniach nie poruszał erotycznych tematów. Zdawało się, że w przeżyciach jego ważniejsze miejsce zajmowało bankructwo jakiejś wiary; zawód ogólnej natury, zamiłowania estetyczne, społeczne i psychologiczne problematy niźli — miłość i kobieta. Anna uwielbiała go tembardziej za tę czystą atmosferę, jaka go otaczała. Coraz bardziej w jej oczach wyrastał na półboga. Z dumą myślała o niezwykłości ich stosunku, tak dalekiego od wszelkiego szablonu. Nie układała planów na przyszłość. Skoro on był — to najważniejsze. Reszta ułoży się sama. Wśród pogody i słodyczy, w jakiej żyli, nie przywidywała rozdźwięku. Liczyła jak skąpiec skarby — dni kończącego się urlopu. Lecz i w jego wyjeździe nie widziała katastrofy. Mógł przecie wrócić, — a pozostawały zawsze listy. O ileż teraz pełniejsze i żywsze będą.
Wieczorami dotrzymywała im towarzystwa Hela, na spacery za leniwa. Ale i ten stosunek ułożył się pomyślnie.
Hela bawiła Edmunda, który przekomarzał się z nią dowcipnie; wyciągał ją na zwierzenia, co do jej małżeńskich nieukojonych tęsknot — i śmiał się, jak student. Anna słuchała szczęśliwa młodzieńczego jego śmiechu, usposobiona pobłażliwie dla bawidełka, skoro jej obecność była rozrywką dla Edmunda. Rozumiała, że czasem zejść musi z górnych sfer, w których z nim razem przebywała.
Pasmo jasnych dni przerwał telegram od jej rejenta, wzywający ją do Lublina dla spraw majątkowych, wagi pierwszorzędnej. Anna pojechała z poczuciem, że ją okradają z jakiegoś skarbu. Tak już niewiele zostało tych dni, najpiękniejszych, jakie dotąd przeżyła! Interesy załatwiła, jak tylko mogła najśpieszniej i tak, że już drugiego dnia wieczorem wracała do domu, ciesząc się dziecinnie zdobytym jednym dniem dla szczęścia. Omnibus zakładowy odwiózł ją do bram parku, a stamtąd szła do domu na skrzydłach radości. Willa jej była ciemna i pusta, służba już spała.
Wiedziała, że Edmund lubi przed snem palić papierosy, spacerując po ogrodzie — poszła więc go szukać wypatrując świecącego punkciku wśród cieni. Posłyszała zaraz głos jego, dochodzący z altanki pod płaczącym wiązem; miał intonację, tak obcą, tak zmienną, że aż się zatrzymała zdziwiona.
— Te oczy to zupełnie jezioro o stojącej wodzie. Niewiadomo, czy tam kryją mieliznę, czy jakie niezbadane głębiny? Może tam zupełnie nic niema? a może tam rzeczy ciekawe? Takie duże i przezroczyste! Probuję dosięgnąć do dna tej tajemnicy — i nie mogę!...
Długa chwila ciszy, którą przerwał krótki, histeryczny śmiech Heli.
— A ja nawet w ciemności widzę, że oczy Edmy robią się szalone... jak wczoraj.
— A mała lubi patrzeć w szalone oczy?
— Lubię!
— I o czem wtedy myśli?
— O Stachu.
— Mała jest istotką strasznie perwersyjną. Dlatego ma takie oczy zielone, niebezpieczne i usta zawsze wpół uchylone, jak głodny dziobek ptasi. Czy zamknąć je?
— Tak!
— Dobrze to robię?
— Dobrze.... bardzo dobrze...
Znów długa chwila ciszy. W oczach Anny wszystko wirowało i nieprzytomnie oparła się o drzewo.
— Nie... Edmy!...
— Co, mała?...
Głosy płynęły zdławione i rwące.
— Ja tak nie chcę... ja się boję...
— Czego?...
— Tych oczu szalonych... Błyszczą w ciemności, jak oczy wilka...
— Połóż na nie usteczka, o tak... nie będziesz ich widziała...
— Boję się Anny...
— Marenka daleko... I ona taka święta, że nawet nie zrozumie...
— Ktoś tu przyjść może...
— Nikogo niema. Zresztą zabiorę cię i zaniosę...
— Dokąd?...
— Tam gdzie, wczoraj...
— Edmy, jesteś jak jastrząb...
— Jak jastrząb?...
— Drapieżny, straszny — i cudny!...
To słowo padło, jak namiętny krzyk, wnet zduszony.
W chwilę potem Edmund wybiegł z altanki. Na rękach niósł Helę. Usta utopił w jej rozwianych włosach. Ona miała oczy przymknięte i ręce zarzucone na jego szyję. Przeszli obok Anny, niemal otarli się o nią, nie widząc i nie słysząc nic — pijani sobą.
Ona zato widziała wszystko z dokładnością przeraźliwą i czuła, że obraz ten na wieki został wyryty w jej pamięci.
Aby nie upaść, chwyciła się oburącz drzewa. Twarde sęki wpijały się w jej ciało: nie czuła bólu. Zerwała się w niej straszna burza namiętności, i postawiła na skraju jakiejś przepaści obłędnych myśli. Wybuchał gniew naprzemian z szaloną torturą fizycznej zazdrości. Upadek ze szczytu czystych upojeń, na których przebywała, był tak brutalny i nagły, że rozum jej się zachwiał. Instynktownie czuła, że musi szukać ratunku przed szaleństwem.
Ten wyśniony, ten pół-bóg, którego bała się dotknąć myślą namiętną — jak żołdak rozpasany zachowuje się w jej domu, bez żadnej pamięci o niej, z podeptaniem najprostszych względów! Dlatego w obcowaniu z nią umiał być tak bezcieleśny! Ona była od wysłuchiwania długich deklamacyj, od czczej retoryki — a to amoralne i bezduszne stworzenie, z którego kpił i kpić będzie za godzinę — od zmysłowych uniesień! Bunt w niej się zerwał wściekły. Wszystkie czary ich wzajemnego stosunku, wobec brutalnie ujawnionej rzeczywistości, opadały jak zwiędłe liście, jak sztuczne kwiaty. Kobietą być dla niego — a nie wiecznie abstrakcyjną „korespondentką“, móc, jak tamta, która ziewała, słuchając ich zawiłych rozmów, umieć tylko wykrzyknąć w porywie życia: „Ty cudny... bierz!“... — Widzieć jego oczy „szalone“, słyszeć ten głos rwący się i pieszczotliwy! — Drżeć ze szczęścia na jego piersi...
Chciała zerwać się i biec za nim i wołać: — Rzuć ją! ona cudza — ona obca ci duchowo! Ja kocham cię bez pamięci, jestem wolna, jestem twoją całą moją istotą!...
A jeśli spójrzy zimno i ironicznie i zdziwi się, że automat od pisania listów i od słuchania zwierzeń poetyckich — pragnie naraz być kobietą?...
Nie przeżyć tego wstydu! Aby uratować się od szaleństwa, od zatraty godności, od poniżenia nie dzielonej namiętności jest tylko jedna droga!
Oderwała się od drzewa, przy którem przeżyła najstraszniejszą w tem życiu — chwilę, weszła ich śladami do domu przez drzwi, które pozostawili szeroko otwarte, poszła do swego gabinetu i przy tem biurku, skąd tyle listów wysłała do niego z sercem przepełnionem radosnem miłowaniem, napisała szybko i stanowczo:
„Nadużył pan mojej gościnności, nie uszanował, ani mego domu, ani kobiety, noszącej nazwisko nasze i która jest pod moją opieką. Wobec tego nie wrócę pod swój dach, dopóki pan tu gości“.
Skończone! Zerwane raz na zawsze czarodziejskie koło, w które wplotło się jej istnienie najczulszemi fibrami. Wypędza jego — pozostaje ona. Równie winna, może winniejsza? Czuła, że wieczną męką będzie patrzeć na te usta, całowane przez niego, na te oczy „perwersyjne“, które omdlewały pod jego pieszczotami. Ale musi dotrzymać słowa danego bratu i czuwać nad jego częścią. Postawi tylko swoje ultimatum.
Z listem w ręku zeszła na dół. Gdy przechodziła koło pokoju Heli, przyśpieszyła kroku. Ale gonił za nią urwany wybuch śmiechu i przyciszony, gorący szept... Jakże ten głos ukochany umiał giąć się pieszczotliwie!
W sercu czuła jakby ostre szpony. Otworzyła drzwi do jego pokoju, a gdy owionął ją zapach znany tytoniu i angielskich perfum osłabły jej postanowienia. Oparła się o ścianę i myślała z rozpaczą, że tu był zamknięty cały czar jej życia — jedyny i nigdy już nie zastąpiony. Zapóźno na wszelkie poczynania, a gdy wychodząc zamknie te drzwi za sobą, zatrzasną się na zawsze dla niej czarodziejskie wrota. Może lepiej zamknąć oczy na wszystko i starać się utrzymać złudzenia? Ale zbyt silnie się w niej ocknęła kobieca namiętność, zbyt głęboko zranioną została.
Woli zamierać w tęsknocie, niżeli truć się w jego obecności poniżającą męką fizycznej zazdrości. Do końca pozostanie „chrzestną mateczką“ — dalekim, dobroczynnym, opiekuńczym duchem. Tylko duchem!... Nie odgadnie nigdy, ile w tem goryczy! — Położyła list na miejscu widocznem.
Jak lunatyczka opuściła dom swój, gdzie zapanowała swawolna miłość, krótka i potężna rozkosz wiosennej nocy...
Szła samotna i wydziedziczona przez park, w którym słowiki miłosne czary sławiły wśród rozkwitających bzów...
Napróżno usiłowała w siebie wmówić, że ona jednak lepszą cząstkę wybrała...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Michalina Fiediuszko.