Marzyciel (Reymont)/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XV.

Pociąg leciał, jak huragan, ze świstem przelatywał małe, uśpione stacyjki, dudnił na mostach, przedzierał się z krzykiem przez czarne, groźne lasy, z dzikim tętentem huczał po równinach, czasem przystawał na mgnienie i, porwawszy ludzi i rzeczy, znowu pędził w obłokach dymów, skier i grzmotów, znowu rwał niepowstrzymanie gdzieś naprzód, jakby ku świtom, co się jęły rozsączać po zmętniałem niebie.
A Józio wciąż siedział na jednem miejscu, zasłuchany całą istnością w przesłodką melodję lotu, w dziki stalowy rytm świętej potęgi, unoszącej go w te wymarzone światy. Miał bardzo niejasne pojęcie co się z nim dzieje, i jak przez gęstą mgłę widział pasażerów, konduktorów i te stacje, na których się niekiedy zatrzymywali.
— Panie Józiu! — Ktoś trącił go w ramię. Podniósł zdumione oczy. Frania stała przed nim. — Już z pół godziny czekam, a pan ani mrumru! Gdzie pan jedzie?
— W świat! W cały świat! — powtórzył ze słodyczą, przesiąkniętą rozmarzeniem.
— Zawracanie! Pewnie na imieniny do granicy, co?
— Co się z tobą dzieje? Myślałem, że do mnie przyjedziesz…
— Niegłupiam! Żeby mnie Soczkowa znowu wylała! — Zaniosła się ostrym, suchym kaszlem. — Chodźmy do przedziału. Tu wieje, jak w psiarni!
Kaszlała nieustannie.
— Jeszcześ się nie wyleczyła? — szepnął, wchodząc za nią do pustego przedziału.
— Jak mnie oklepią łopatą, to się wyleczę! — Odjęła od ust skrwawioną chustkę i pokazała. — Gdzież się to będę leczyła? Od tygodnia ani jednej nocy nie spałam po ludzku, bo albo u faceta, albo gdzieś w drodze! Przecież nie mam nawet mieszkania! Cholera takie życie!
Józio gorączkowo wyjął garść banknotów i wetknął jej w rękę.
— Weź, Franiu! Mnie cię tak strasznie żal, weź! Będziesz się miała za co leczyć!
Dziewczyna ze zdumieniem spoglądała to na niego, to na pieniądze i, chociaż prosił z najszczerszą serdecznością, nie mogła uwierzyć i rzuciła je na ławkę.
— Także mądry szpas! — krzyknęła gniewnie. — Myślałam, że pan nie taki, jak inni, a pan…
— To twoje. Weź je Franiu. Nie żartuję. Proszę cię o to, weź!
Uwierzyła — i nagle łzy trysnęły z pod złotych rzęs i polały się strugami po wynędzniałej twarzy.
— Moje? Przeszło dwieście rubli! Moje? — zabełkotała wzruszona. — Mój ty królu złocisty, mój ty dobry, ty przenajświętszy! Przecież ja tego niewarta! Dlaczego mi dajesz? Chociaż mnie zbij, sponiewieraj, to prędzej uwierzę! Mój Boże! Mój Boże! — wołała, okrywając go namiętnemi pocałunkami. Ale naraz odsunęła się na drugi koniec kanapy i w najgłębszem skupieniu patrzyła w jego ciche, dobre oczy.
— Ale pan nie ma żadnego kiełbia, co? — Stuknęła się w czoło.
— Nie, Franiu; zdrowy jestem zupełnie i przytomny — odpowiedział z uśmiechem.
— To musiały przypłynąć grube hopy? — Przysunęła się znowu do niego.
— Tak, przysłała mi ciotka! — rzucił odniechcenia, odwracając oczy. — Ale, wiesz, co mi teraz przyszło do głowy? Jedź ze mną zagranicę!
— Ja z panem? Zagranicę? Naprawdę? I pan nie żartuje? — Coraz szerzej otwierała oczy. Musiała wkońcu uwierzyć i zgodziła się z radością, ale była tem wszystkiem tak niezmiernie oszołomiona, że co chwila ściskała sobie skronie, przecierała oczy, i zaczęła mu się przyglądać coraz uważniej i z jakąś lękliwie podejrzliwą ciekawością.
— I daleko pojedziemy? — spytała bardzo cicho, bo jakby drzemał.
— Gdzie nas oczy poniosą! — odpowiedział sennie.
— I na długo?
— Na zawsze, Franiu! Na zawsze! — skandował z lubością i przymknął oczy.
— Na zawsze! — powtórzyła, jak echo, wzdrygając się lodowatym dreszczem, i zrobiło się jej smutnie, jakby przed jakiemś wielkiem nieszczęściem.
Józio zasnął, siedziała więc cichutko a w coraz głębszym niepokoju, gdyż to wszystko, co ją spotkało, zaczęło ją naraz przejmować takim zabobonnym strachem, że postanowiła na pierwszym przystanku uciec z pociągu; ale gdy miała już wychodzić z przedziału, Józio otworzył na chwilę oczy i uśmiechnął się do niej z przedziwną słodyczą.
Porwał ją znowu kaszel. Wyszła na korytarz i tylko przez uchylone drzwi spoglądała na śpiącego. Patrzyła w niego z całą, dawną skrywaną, miłością, z najgłębszym podziwem, uwielbieniem i wdzięcznością, lecz pomimo tego, przejmował ją teraz jakimś niewytłumaczonym lękiem i bała go się coraz więcej.
Był już dzień, kiedy dojechali na granicę; drzewa stały w szronach, jakby w srebrno-błękitnawych obłokach, ale słońce się nie pokazywało, i niebo wisiało szare i mgliste.
Józio prędko załatwił kwestję przejazdu i prawie zaraz wsiedli do zagranicznego pociągu.
— Prędko odjeżdżamy? — spytała Frania, gorączkowo spacerując po korytarzu.
— Za dziesięć minut! — odpowiedział, przyglądając się najspokojniej żandarmom.
— Wezmę co z bufetu na drogę? — zaproponowała dosyć nieśmiało.
— Tylko się nie spóźnij! — rzucił przez ramię.
Pobiegła śpiesznie i już się więcej nie pokazała — tylko, gdy pociąg ruszył, mignęła mu w jednem z okien bufetu jej twarz, strasznie zapłakana.
— Baba z wozu, koniom lżej! — machnął ręką, położył się i spał do samego Wiednia.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Nazajutrz dzień był mglisty i zimny, padał deszcz i lepkie błoto pokrywało ulice, gdy Józio wyszedł z hotelu na miasto. Czuł się niesłychanie rzeźwy i wesoły, wyekwipował się też nadzwyczajnie w garderobę, kufry, bieliznę i przeróżne drobiazgi, potem wziął fiakra i kazał się obwieść po głównych ulicach. Wieczorem zwiedzał tingle i kawiarnie, a wszędzie tak sypał napiwkami, że służba tytułowała go hrabią. Miasto doskonale znał z Baedekera i przez parę dni z namaszczeniem zwiedzał wszystkie jego osobliwości — ale wszystko go zawiodło i wydawało mu się małem, płaskiem i nudnem!
— Inaczej to sobie wyobrażałem! Inaczej! — westchnął jakoś żałośnie.
I pojechał do Monachjum. Krajobrazom przyglądał się dosyć pobieżnie i apatycznie, znacznie więcej zwracając uwagę na stacje, kolejowych urzędników i pasażerów, wobec których przybierał pozy znudzonego arystokraty, włóczącego się po świecie dla przyjemności, chociaż z początku rozmawiał ze wszystkimi bardzo chętnie, ale dowiedziawszy się, że ci wspaniali panowie — to tylko jacyś kupcy, odsunął się od nich, milczał, lub uzbroiwszy oko w monokl, odpowiadał wyniosłemi monosylabami. Musiał im zaimponować, gdyż spoglądali na niego z pewną uniżonością, tak właściwą Niemcom wobec arystokracji.
Monachjum nie podobało mu się już od pierwszego kroku, całe bowiem miasto cuchnęło obrzydliwie mdłym zapachem słodu i zwietrzałego piwa. Tyle się jednak był naczytał o cudach jego architektury i sztuki, że po całych dniach szukał chociażby cienia, chociażby odblasku swoich wymarzeń. Nic mu jednak nie dało tego wytęsknionego dreszczu wniebowzięcia, nic go nie zajęło i nie porwało. Na sztuce się nie znał, ludzie wydali mu się wstrętni, a miasto nudne; właściwie to sam nie wiedział, czego szuka.
— To nie to, o czem myślałem, nie to! To szynk, a nie Ateny! — myślał z goryczą i pojechał do Paryża.
— Tam będzie inaczej! Inaczej! — śpiewało mu, rozkołatane nadzieją serce.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Po wielu, wielu godzinach medytacyj, zbudził go radosny krzyk.
— Paryż! — Józio rzucił się do okna i zmartwiał w słodkiem osłupieniu rozkoszy.
Gdzieś, w nieprzejrzanych mrokach wykwitały łuny, oceany ognistych fal chlustały w czarne, zadeszczone niebo, złocisty rozlew brzasków jaśniał, niby wyśniona, czarodziejska wyspa.
Pociąg leciał, nie przystawał nigdzie, nie zwalniał, lecz leciał coraz prędzej, leciał, jak oszalały — już majaczyły jakieś kominy, jakieś miasteczka, jakieś pałace wśród parków, jakieś wody, niby oczy, przysłonięte bielmami. Paryż się zbliżał, wyrastał, potężniał z każdą minutą i olbrzymiał, niby tajemnicze widmo.
— Jeszcze pół godziny! — jęknął w męce oczekiwań, serce tłukło mu się niespokojnie, leciał rozgorzałemi oczami z wichrem w zawody, unosił się, jak ptak, opity siłą własnego lotu, i śpiewał niemy hymn nieukojonej tęsknoty.
— Jeszcze dwadzieścia minut! — Prawie już omdlewał z niecierpliwości. — Jeszcze dziesięć… Wszyscy już się podnoszą… zdejmują walizy… tłoczą w korytarzach… tysiące oczów wpija się chciwie w mrowisko wyrastających murów… Jeszcze pięć… Trzęsie się już cały… ledwie oddycha… cały świat z nim wiruje… pociąg już zwalnia… słychać jakby szum morza i gruchoty fal nigdy niemilknących!…
— Nareszcie! Boże mój! Nareszcie!
Fala tłumów porwała go z pociągu, poniosła i rzuciła w oszałamiającą otchłań.
— Więc to Paryż? Ale dlaczego tak ciemno? Dlaczego tak pusto? Dlaczego tak smutnie?
Północ wydzwaniały zegary, mżył deszcz, było zimno, wicher targał drzewami, na ulicach lśniło błoto, rzędy domów ponurych, jak więzienia, ciągnęły się nieskończonemi groblami, czarne gardziele wąskich uliczek zionęły zgnilizną, pod ścianami tulili się jacyś ludzie w łachmanach, z szynków buchały dzikie wrzawy, policjanci przeprowadzali go podejrzliwemi oczami, że zrobiło mu się strasznie smutnie i źle.
— Pierwsze wrażenie często bywa fałszywe! Jutro… Jutro… — uspokajał strwożone serce.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.