Marzyciel (Reymont)/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.

Niebo jeszcze gorzało purpurą i czarniawe pola, kałuże, rowy pełne wody i błotniste drogi krwawiły się, jakby przysypane dogasającem zarzewiem, ale dzień już się obsuwał na dno modrych zmierzchów i tężał w słodkim uśmiechu zamierania. Surowy chłód zawiewał z pól i rozpościerał się nad światem wraz z głęboką cichością, w której coraz rozgłośniej dudniły przelatujące pociągi, coraz przeciąglej grały trąbki dróżnicze i coraz przenikliwiej rozlegały się świsty parowozów.
Na stacji wybłyskiwały światła i zapanował wielki ruch, bo „miasto“ ściągało na osobowy tak licznie, że zrobił się jakby raut pod gołem niebem, pełen wrzawy i śmiechów. I, jak zwykle, okna stacji były ugarnirowane twarzami pań i dzieci; jak zwykle, zawiadowca w czerwonej czapce i białych rękawiczkach, wyniosły, urzędowy, kłaniał się po wojskowemu znajomym i dostojnie spacerował od żandarma do żandarma, którzy stali na dwóch końcach peronu, jak dwa szare, nieruchome słupy; jak zwykle, czarny, chałatowy tłum niespokojnie się mrowił, przepychał i szwargotał; jak zwykle, uderzył dzwon sygnałowy, świsnęła maszyna, pociąg wleciał zadyszany, przystanął, i potok ludzi, tobołów i waliz i wrzasków uderzył w niego i rozlewał się po peronie; i, jak zwykle, ten sam garson we fraku, z gołą głową i z tacą na ramieniu biegał wzdłuż pociągu i wykrzykiwał:
— Kawa, herbata! Kawa, herbata!
A Józio też, jak zwykle w dni pogodne, zamknął wcześniej kasę, wyszedł na peron i, jak zwykle kłaniał się, uśmiechał, ściskał jakieś ręce, prowadził jakieś rozmowy, witał się z jakimiś znajomymi, dowcipkował złośliwie o jakichś paniach, zaglądał w okno wagonu, skąd jakieś rozbawione pasażerki robiły do niego oczy, ale wszystko to czynił jakoś machinalnie i zarazem sztucznie, a przytem był tak straszliwie mizerny i blady, że pani Zofja, spacerująca z Raciborskim, spotkawszy się z nim, prawie głośno wykrzyknęła:
— Co panu? Blady pan, jak płótno!
— Głowa mnie trochę boli. Napiję się czarnej kawy, to przejdzie.
— Jak pan przyjdzie na kolację, to sama zrobię kawy i dam panu antypiriny!
— Nie mogę przyjść, mam służbę aż do kurjera; zastępuję przecież ekspedytora…
— Niech pan wpadnie chociaż na chwilę! Przyjdzie, co? Zosia tak prosi!… — szepnęła cichutko. Obiecał, co tylko chciała, ale po odejściu pociągu, kiedy stacja opustoszała, wrócił do kasy, drzwi zamknął na klucz, rolety spuścił i zasiadł, aby przygotować kasę do wysyłki.
Roboty było sporo, gdyż tego dnia, jak przewidywał, zebrało się dosyć dużo pieniędzy, które musiał wysłać najbliższym osobowym do Warszawy; przeliczył je więc, starannie pogatunkował i, porozkładawszy przed sobą na stole, zaczął wpisywać do raportu poszczególne pozycje dochodów; ale po chwili odrzucił pióro, rozciągnął się na kanapie, zapalił papierosa i dał się ponieść marzeniom.
Godziny wlokły się za godzinami; przechodziły wolno, cicho, niepostrzeżenie, a każda śpiewała mu swoją czarowną pieśń o szczęściu, każda zdejmowała bielma z jego ślepych oczów, rozpalała coraz sroższe tęsknoty i pokazywała coraz inne, coraz bardziej kuszące, światy złud i mirażów, że rozkołysany niebiańską falą marzenia unosił się na skrzydłach tęsknoty w te wyśnione raje cudów i sam już śpiewał pieśń szczęścia!
Ale po tamtych, czarodziejskich godzinach śnienia, przywlokły się inne, stawały się zwolna i odchodziły ciężko, jak złowrogie mary, a każda z nich odsłaniała srogą twarz rzeczywistości, brutalnie zrywała bielma z jego oczów i mówiła twardym, okrutnym głosem bytu, pokazując mu bez obsłon i złud całą ohydną Gehennę żywota!…
Korowód dni, miesięcy i lat przesuwał się błyskawicznie przed jego oczami — straszny korowód życia i wszystka jego moc, nieubłagana i głupia.
— Nie, nie, lepiej zdechnąć! — jęknął w śmiertelnej trwodze i zerwał się na równe nogi.
Pieniądze mieniły się na stole, niby gęsty opad jesiennych liści.
— Trzy tysiące pięćset czterdzieści sześć! — przeliczył, zgarniając je na kupę.
Ktoś zastukał do okienka i krzyknął:
— Piętnastka dochodzi! Będzie poczta?
Huragan zwalił mu się na głowę, stał chwilę jakby zdruzgotany, tylko rozszalałe serce miotało się w straszliwej walce, krew biła w skroniach, jak młotem, a w mózgu zawyły wszystkie jędze strachów i wahań; ale naraz oczy rozbłysły stanowczością, sprężył się, jak wilk do skoku, i, odzyskawszy panowanie nad sobą, wiedział już, co robić.
— Będzie! — zawołał energicznie — przyjdź, to zaniesiemy pieniądze.
Pośpiesznie zesumował długie kolumny cyfr, wypełnił raport, podpisał go, dołączył różne dowody i wszystko razem zamknął do żelaznej kasetki, a pieniądze obwinął w jakąś gazetę i wrzucił do szuflady stolika, zaś drobne schował do kieszeni.
— Jakoś dzisiaj lekko! — zauważył woźny, niosąc za nim kasetkę do pociągu.
Józio drgnął i nieco przyśpieszył kroku, ale najspokojniej oddał przesyłkę bagażowemu, wziął pokwitowanie i, gdy pociąg ruszył, poszedł z nim bezwiednie aż do końca peronu, bijąc się oczami o rozświetlone, puste okna wymijających się wagonów.
— Stało się! — szepnął z niezmierną ulgą, patrząc na uciekające coraz szybciej czerwone światła.
A potem wracał wolno i często się oglądał na pociąg. Turkot kół rozlegał się coraz ciszej i coraz dalej, aż wreszcie roztopił się w nocnej ciszy.
— Stało się! — powtórzył, odetchnął głęboko i uśmiechał się bardzo radośnie.
Noc była widna, księżycowa, wszystkie okna już pogasły, stacja spała, czuwali tylko dyżurni w kancelarji zawiadowcy i jeszcze się świeciło w bufecie. Panna Marychna wraz z garsonami sprzątała ze stołów dekoracyjne bukiety, butelki i kwiaty.
Józiowi chciało się strasznie pić — język miał suchy, jak wiór, i żarła go gorączka.
— Wygląda pan, jak po miłej bardzo schadzce!
Patrzała z podziwem na jego rozradowaną twarz.
— Niestety, wracam tylko ze służby.
Roześmiał się naraz głośno i tak natarczywie zajrzał w jej oczy, że się zarumieniła, czekając z bijącem sercem jakichś cieplejszych słów; ale on raptem się odwrócił, i, nie tknąwszy nalanego już piwa, poleciał do mieszkania.
Raciborski, przyodziany w jego kożuszek, siedział w głębokim fotelu, z fają w zębach, i okryty kłębami dymu, jak obłokiem, czytał gazetę.
— Zrobię wam gorącej herbaty. Samowar jeszcze syczy! — proponował łaskawie.
— Ma pan łaski u Magdzi! Gorący samowar o tej porze! No, no!
— Bo ja mam na kobiety, panie dobrodziejski, niezawodną metodę: podchlebiam i obiecuję złote góry; tylko głupia oprze się temu!
Uśmiechnął się, podając mu herbatę.
Józio pił chciwie, a równocześnie błądził lękliwemi spojrzeniami po zakurzonych portretach praojców. Raciborski poszedł za jego oczami i odezwał się wesoło.
— Oglądałem je w dzień. Dużo warte, ja się znam na tem… Niejednemu bratu pomagałem spuścić antenatów, że teraz paradują u nowych, pejsatych potomków! Mógłbym je panu przehandlować! Każdy wart tak, łeb w łeb, po sto blatów! Pocóż się mają wędzić, sieroty?
Roześmiał się tak cynicznie, aż Józio się wzdrygnął.
— Panby sprzedał nawet rodzinne groby! — rzekł zamatowanym, złym głosem.
— Żeby tylko kto chciał kupić! Niestety, ale takich głupich niema! Wolę handlować nawet przodkami, niźli kraść! — dodał dobrodusznie, bez żadnej ubocznej myśli.
Józio tak silnie postawił szklankę na stole, aż pękł spodek i wypadła łyżeczka.
— Muszę wracać na służbę! — wyrzekł łagodnie, jakby wilgotnym głosem, zabrał z komody jakieś papiery, obejrzał się po mieszkaniu i wyszedł na palcach, gdyż u Soczków jeszcze się świeciło. Była już druga, gdy znowu się położył na kanapce w kasowym pokoju.
Godziny znowu przeciągały monotonnie, wolno i nieubłaganie, ale już mu nic nie mówiły, bo leżał w głuchym i ślepym bezwładzie wyczerpania, jak drzewo, wyrwane przez burzę. Ale gdy kurjer wchodził na stację, podniósł się prędko, pieniądze wyjął z szuflady i, pochowawszy je po kieszeniach, otworzył okienko i spokojnie czekał na pasażerów…
Nikt się nie zjawił, — hala była pusta i ciemna; przeczekał jednak do końca, pozamykał automatycznie wszystko, jak zwykle, i w chwili kiedy już kurjer miał ruszać, przesunął się niepostrzeżenie przez peron i skoczył do ostatniego wagonu. Chlusnął pstry świst, szczęknęły wagony i pociąg ruszał z coraz większą szybkością.
Józio splunął przez okno na stację z niewypowiedzianą wzgardą i nienawiścią i, usadowiwszy się na ławce w korytarzu, przymknął oczy i dał się porwać szalonej radości. Tak skończył się jego zły sen o życiu, a zaczęła się ta wytęskniona rzeczywistość!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.