Maryan Olchowicz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

V.

MARYAN OLCHOWICZ.

O jak mnie męczy piekło tego życia!
Duch mój, przebiegłszy przez ten świat, jak burza,
Co nie oszczędza wierzby, blizkiej gnicia,
Ani zdrowego jaworu, co nurza
W głębinach jeziór łeb swój rozczochrany
I ciche krople przemienia w bałwany —
Duch mój z natury swej się wynaturza
I pragnie ciszy...
On, co się wczoraj, bywało, nie słyszy
W wszczętym przez siebie rozhuku i wirze,
Opuszcza dzisiaj swoje skrzydła hyże
I pragnie ciszy.

Nad dolinami, ponad zielonemi,
Gdzie blask miesięczny swe brylanty rosi
Na bujne trawy, gnące się ku ziemi,
Jak atom blasku duch się mój unosi,
Senny, leniwy, wsłuchany w poszumy
Traw szeleszczących, wpatrzon w kwiatów tłumy,
Które śmierć jutro swoją kosą skosi,
Spragniony ciszy!
Wokół się leje zdrój lepkich haszyszy

Z żył nenufarów i lilij i z wnętrza
Róży, co płonie, nad ogień gorętsza,
W miesięcznej ciszy.

I szepcą do mnie szeleszczące trawy
I zioła, pełne dusznego zapachu,
I toń jeziora i miesiąc złotawy,
Śród niebieskiego zawieszony dachu,
Jako ta lampa w grobowca kopule:
»O Maryanie Olchowiczu! Bóle
Milkną tu wszystkie i przejawy strachu
Giną w tej ciszy!...
Żądz niekiełzanych tchnieniem nie zadyszy
Pierś twa i duch twój, jak szatan skrzydlaty,
Okrążający bez spoczynku światy,
Spocznie w tej ciszy!«

Ach! do szaleństwa snać mnie doprowadzi
Ten wab, tajemną łechcący symfonią,
Ten poszept głogów, które wietrzyk gładzi
Po kraśnem licu aksamitną dłonią,
Żółty nenufar i ta lilia biała,
Co się z litości nademną spłakała
I, wonny płacz swój zlawszy razem z tonią
W północnej ciszy
W szmer melodyjny, zdaje się, że słyszy
Jęk mego serca i jęczy z niem razem
I melodyjnym otwiera rozkazem
Gmach wiecznej ciszy.

»O Maryanie Olchowiczu! W duszy —
W swej własnej duszy chowasz źródło winy
I tej męczarni, której nic nie zgłuszy,
Chyba ta woda i ten miesiąc siny
I ten nenufar, co na twoje przyjście
W puchowe łoże rozściela swe liście

Śród srebrnych luster jeziornej głębiny
W tej wielkiej ciszy —
Chyba ta lilia i ten głóg, co dyszy
Ciężkim zapachem, i ten szum, co z boru
Płynie, i owad, blaskami fosforu
Lśniący w tej ciszy.

O Maryanie Olchowiczu! Pyłki
Twej biednej duszy, która kryje w sobie
Przyczynę złego: daremne wysiłki,
Ażeby stworzyć coś, co nie ma w grobie
Swego początku, swej formy i treści
I swego końca, bez żadnej boleści
W mgłę się rozpłyną w czarującej dobie
Mistycznej ciszy!
Wcielą się w krople tych lepkich haszyszy
I w poszum lasu, gdy w swą harfę trąca,
Jako druida, i w światło miesiąca,
Co drży w tej ciszy.

O Maryanie Olchowiczu! Gwiazdy,
Co ma nad morzem przyświecać żeglarzom
Pośród burzliwej na odmętach jazdy,
Symbolem imię jest twoje, a wrażą
Tajemniczego króla olch potęgę
Oznacza twoje nazwisko: znasz księgę
Ksiąg i słyszałeś, o czem starzy gwarzą
W wieczornej ciszy,
A co w balladzie taką grozą dyszy:
Zanimeś powstał, nieznana ci siła
Dwa te pierwiastki tobie przeznaczyła
W przedwiecznej ciszy.

Lecz cóż, żeś zeszedł nad szalonym światem,
Jak gwiazda morska ponad głębinami?
Burza, jak przedtem, smaga je swym batem,

Błękity niebios chmur ołowiem plami;
Maszty się łamią, okręt idzie w trzaski,
A gwiazdy morskiej zbawiające blaski
Zgasły hej! zgasły! Z jękiem i klątwami,
Daremnie ciszy
Wzywając, toną, żeglarze. Nie słyszy
Nikt ich wołania, żaden Bóg ni człowiek!
Spokój z wyżartych wychyli się powiek
W tej na dnie ciszy!

O Maryanie Olchowiczu! Królu
Olch, wyposażon w ludowej legendzie
W cechy demonów, co, nie znając bólu
Słabych, bez troski i myśli, jak będzie,
Głusi na skargę serca, które kona,
W swe fantastyczne chwytają ramiona
Tłumy — niemowląt i w złowróżbnym pędzie,
Wrogowie ciszy,
Rwą je ze sobą i — duszą! Czy słyszy
Ucho twe szelest i szum ten daleki?
To klątwy ojców i matek, jak rzeki,
Grają w tej ciszy!...

O gwiazdo morza! Królu olch! Fantomie —
Boś nie człowiekiem, tak, jak inni ludzie,
Na tym wszechświata atomicznym złomie,
Tej nikłej ziemi, kołaczący w trudzie
O kromkę chleba i o mięsa płatek
Dla siebie, dzieci, sióstr, ojców i matek —
Patrz na ten szereg postaci, o cudzie!
W tej strasznej ciszy
Coraz to bliżej wionących! Czy słyszy
Dusza twa skarg ich rozpłakane lutnie?
O, patrzeć na nie, jak smutnie, jak smutnie
W tej strasznej ciszy!


Patrz! Na ich przedzie to ojciec twój siwy,
Upiór ze sercem pękniętem, z mogiły,
Którą zarosły osty i pokrzywy —
Bo czci nie żywisz dla bytów, co były —,
Wstał, by zapłakać nad tobą... Tam oto
Matka, przez ciebie porzucona w błoto
Nędzy! Tam siostry z starganemi siły!
Przestwór tej ciszy,
Co, jako chmura od łez ciężka, dyszy,
Snać, że przeszyją swym bolesnym wzrokiem,
By wszystkie światy zalał łez potokiem
Przestwór tej ciszy!...

Nielitościwy królu olch! Pod nogi
Rzuciłeś wszystkich! Dla kogo? Dla jednej
Z gwiazd, majaczących pośród krwawej drogi
Żądz nieuchwytnych, dla mary bezwiednej,
Co takie znaleźć w światowym systemie
Chce koło szczęścia, aby wszelkie brzemię,
Złączone z losem tej ziemicy biednej,
Spragnionej ciszy,
Uniosło z sobą na zawsze!... Haszyszy
Woń ma ta żądza: ubezwładnia człeka,
Że wnet zapragnie trumiennego wieka
I grobów ciszy...«

Ach! oszaleję! Wikłający zmysły
Szał wciska mi się do mózgu, jak złodziéj!
Byli mędrcowie, którym snać wytrysły
Słowa nauki, że z krwi się odrodzi
Świat ten i z ognia... I byli mędrcowie,
Co krew i ogień siewali — na zdrowie
I szczęście świata wieczyste! Zawodzi,
W ciężarnej ciszy
Ludzkiego ducha, co pragnieniem dyszy
Wiecznego szczęścia dla świata, powstały

Siew ten, czy zbawia? Drżę cały! Drżę cały
W ciężarnej ciszy!...

Ach! oszaleję! W oczach drga powietrze
Sypkiemi bryłki! Migocą mi one
Krwawsze od róży, to od lilii bledsze,
Niebieskie, czarne, żółte i zielone...
Odróżniam jeszcze atom od atomu,
Barwę od barwy... A teraz, od gromu
Szybciej, w błyskawic strojnego koronę,
W tem państwie ciszy,
Niby od kopyt tententu, zadyszy
Ziemia naokół i, jak orkan dzika,
Rozbija fale powietrza muzyka
W tem państwie ciszy.

Kazał-li zagrzmieć Jehoszuah w surmy,
By się waliły jerychońskie mury,
Przybytki cielców i ciemięstwa turmy?
Szum to-li bożych aniołów u góry,
Czy też szatanów, lecących na czele
Hunnów, piekielne, siarczyste wesele?
Któż, w krwi tej brodząc, wiesza szmat purpury
W przerwanej ciszy?
Niebo naokół krwawą łuną dyszy,
Coraz to gęstsze lecą skry dokoła —
Świat w krwi i ogniu!... Świat ratunku woła!...
Spokoju! ciszy!...

Ach! oszaleję!... W takie, jak ja, byty,
W których się słabość bezkrwista wylęga
Na hasło czynu, które straszą zgrzyty
Onej muzyki przyszłości, potęga
Czemu nieznana pragnieniem się wżera,
Zdolnem rozsadzić piersi Lucyfera,
Lub Prometeja? Żądza niech nie sięga

Do sfer, co ciszy
Są zaprzeczeniem! Spokój celi mniszéj —
Nie! spokój grobu, oto przystań myśli,
Co ponad siły drogę sobie kreśli
Zdala od ciszy...

Precz, precz obrazy, co mą duszę w ciemną
Wprawiają grozę, co moją istotą,
Jak kłębkiem nici, targają! Przedemną
Niechaj, oblane miesięczną pozłotą,
Tchnące zapachem róż i lilii wodnych,
Powioną kształty, które z snów pogodnych
Fra Angelico z rajską snuł ochotą
W mistycznej ciszy!
Niech moje wnętrze jeden tylko słyszy
Dźwięk: szelest trawy, szmer wody, szum boru,
Zlane w pieśń jedną, drżącą śród przestworu
W samotnej ciszy.

Ponad jeziora błękitnawe fale
Z lilij zapachów, z nenufarów woni
Zrodzona, strojna w łagodne opale,
Które tam w górze miesiąc w przestwór roni,
W szacie, z mgieł tkanej powiewnych, wyrasta,
Jak owa z baśni królewska niewiasta,
Postać i sunie, jak oddech, po błoni:
Wieczystej ciszy
Symbol, któremu znój nie towarzyszy,
Znój walk bezpłodnych; potęga, co duchy
Znużone, senne, naodziewa w puchy
Wieczystej ciszy...

Zbliża się do mnie, chwyta w swe objęcia,
Słów pieszczotliwych harmonijne dźwięki
Leje do uszu; nakształt pacholęcia,
Co od matczynej usypia piosenki,

Tak w sen mnie tuli, tak ciągnie, gdzie liście
W jedwabne łoże rozściela na przyjście
Moje nenufar przewonny, przemiękki!
Wieczystej ciszy,
Co taką wonią naokoło dyszy,
Zawitaj, słodka zwiastunko! Zawitaj,
Śmierci! W swój uścisk całego mnie chwytaj
I wiedź — ku ciszy!...



Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.