Marya Xiężna Wirtemberska

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Siemieński
Tytuł Marya Xiężna Wirtemberska
Pochodzenie Portrety literackie
Data wydania 1865
Wydawnictwo Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Druk N. Kamieński i Spółka
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


MARYA Z X. CZARTORYSKICH
XIĘŻNA WIRTEMBERSKA.
(1768—1854).

Sławny nasz filozof moralista siedmnastego wieku, Andrzej Maxymilian Fredro, powiedział; „Wielkie rzeczy zamilknieniem najlepiej się mówią“ — co zastosować można do tych rzadkich istot o których niewiele mówią za życia, bo życie ich jest ciche, uczynki ukryte, poświęcenia się nieznane, chyba bardzo małéj liczbie poufnych. Mówiące to zamilczenie staje się dopiéro głośném na mogile, jeżeli żyjącym uda się pozbierać te wonne kwiaty żywota i położywszy je przy sercu obdzielać ich wonią nowe pokolenia. Kwiaty te nieusychają nigdy, przynajmniéj tak długo, jak żyje w nas wiara w dobre i piękne; dlatego téż miejsce naznaczyłem im przy sercu, aby stały się balsamem na rany zadawane przez świat samolubny i próżny, wymagający a dokuczliwy, obojętny na cierpienie i nieskwapliwy do usług, jeżeli te niemają mieć rozgłosu, lub prędszéj nagrody.
Budującym jest żywot chrześciańskiego poświęcenia się w ubożuchnym stanie; lecz wśród wielkości, dostatków i dostojeństw, żywot prosty a cichy, a skazujący się na ubóstwo dla tém większéj liczby miłosiernych uczynków, na wytrwałą pracę służenia bliźnim, budzi o tyle większe uwielbienie, gdy ze sfer swoich wysokich dopatrzeć umie i najdrobniejszej istoty, aby ją wesprzeć ramieniem, jeżeli upada, przytulić, jeżeli opuszczona.....
Taka była treść żywota księżnéj Maryi Wirtemberskiéj; a żywot to bardzo długi, bo przechodzący nieledwo zwykły zakres lat dzisiejszych ludzi.
Marya Anna, córka księcia Adama Kazimierza na Zukowie i Klewaniu Czartoryskiego generała ziem podolskich, feldmarszałka woj. austr. i Elżbiety (Izabelli) z Flemingów podskarbianki W. X. Litt przyszła na świat d. 15 marca 1768 r. i była najstarszą w rodzeństwie, które szło w tym porządku: Adam (urodz. 1770). Konstanty (1773) i Zofia (Zamojska) 1774. —
Od pierwszych lat dzieciństwa rozwijała się w niéj ta wrodzona słodycz duszy i charakteru, ta niewyczerpana dobroć, która łącząc się z urokiem młodości i z pięknémi darami umysłu, robiła z niéj istotę wyjątkową, prawdziwą rozkosz i pociechę rodzicielskiego domu, a przedmiotem uwielbienia dla mających szczęście zbliżyć się do niéj. W pańskim tym dworze wszyscy, do najniższego pachołka, kochali ją i gotowi za nią dać głowę, świadczyli tém samém, ile szczęścia umiała rozlewać w swém kółku, ile obudzać sympatyi. Nieraz kiedy jéj miłosierdziu i chęci świadczenia dobrodziejstw, zbywało na sposobności wywiązania się względem podobnych sobie istot, zwracała pieczołowitość do zwierząt, a nawet roślin, dlatego że je cierpiącemi widziała. Śliczna ta dusza niemogła patrzeć na cierpienie, żeby je niepodzielić; a chociaż nieraz pognębiona istota niepotrafiła opowiedzieć co jéj dolega, miała na to dar zgadywania, miała tę domyślność serca, którą położyła na tytule miłośnéj i tkliwéj powieści: Malwina.
Wychowanie Maryi staranne i pańskie, odbyło się pod okiem matki, śród przepychu i wspaniałości Puław, tego czarującego ogrodu, opiewanego przez Delila i innych rymotworców zeszłego wieku. Dwór prawdziwie książęcy, napływ gości sąsiednich i zagranicznych wabionych uprzejmością, dostojeństwem i światłem gospodarzy, głośne uczty i festyny, zgoła ten wir wielkiego świata, który po Warszawie miał tu drugą stolicę — wszystko to niemogło ani jéj skromnych nawyknień, ani wstrętu do wykwintnego i rozrzuconego życia przerobić. Zostając zawsze przy uroczéj prostocie, poczytywała się za najszczęśliwszą, kiedy składając wymuszoną etykietę przywiązaną do swojéj pozycyi, mogła zamięszać się w tłum i zniknąć, aby pospieszyć do swoich ulubionych włościan i poufnych przyjaciół, których jéj serce wybrało.
Zaledwie wchodziła w lata panieńskie, kiedy w r. 1784 na d. 28 października przyszło jéj oddać rękę Ludwikowi Księciu Wirtemberskiemu[1]. Lubo przez związek ten wchodziła w powinowactwo z domami monarchicznémi, nietylko niewzbiła się w dumę z tego wyniesienia, ale owszem niemogła się z tém oswoić, że jéj tyle nowych wielkości przybyło. Niektórzy utrzymywali, że związek ten skleił się w widokach politycznych, będąc popierany przez Fryderyka II. króla pruskiego, który nawet własnoręcznym listem miał polecić księstwu Czartoryskim swego siostrzeńca; z tém wszystkiem podanie to znajduje zaprzeczenie w nieukontentowaniu rodziców pana młodego. Książe Ludwik podbity był wdziękiem i przymiotami księżniczki Maryi, a do tego pochodząc z niezamożnéj linii Wirtembergów — Montbeliard, widział dobry interes w pojęciu posażnéj panny. — Ona również, przynajmniéj tak opiewa nadworny poeta Kniaźnin w poemacie poświęconym temu aktowi, pod tytułem: Rozmaryn, po zwykłych wahaniach się i łzach, uczuła potrzebę wynagrodzić oblubieńca tą miłością do jakiéj ją zobowiązywał:

Z pośród pieszczonej swobody
Kwapliwa chwyta ją ręka
I do złotéj niesie klatki:
Ona zaś od lubéj matki
Jak wonny listek różany
Świeżo z pączka oderwany,
Jakże okrutna to chwila!
Doznała jéj Amaryla,
Nim umysł smutnie wahany
Serce, po ciężkiéj przewadze,
Oddał miłość pod władzę.

Amarylla i Lindor! pod tym sielankowym kostiumem ukrywa się księżniczka Marya i Książe Ludwik. Lubo trudno z sentymentalno-ckliwo-symbolicznego języka poety dojść rzeczywistych szczegółów, tyle jednak z amfigurycznych obrazów dociec można, że Książe był podobnoś w służbie pruskiéj i konsystował koło Gdańska, gdzie dowiedziawszy się o pięknéj księżniczce, zapragnął ją poznać,... i zajechał do Puław.

Jeżeli konkury niedoznawały trudności ze strony rodziców panny — to przeciwnie rodzice narzeczonego dowiedziawszy się o jego zamiarach, odmawiali pozwolenia swego na ten związek. Uważali bowiem, że chociaż księżniczkę Maryą łączyło blizkie pokrewieństwo z królem Stanisławem Augustem urodzonym z Czartoryskiéj, to zawsze rodzina wyniesiona na tron elekcyjny, niemogła rościć sobie prawa do tego znaczenia w hierarchii panujących, co domy należące do starych dynastyi. Tak przynajmniéj tłumaczy nam to baronowa Oberkirch w swoich pamiętnikach, zawierających i inne szczegóły tego maryażu.
„Owoż starzy księstwo Wirtemberg — Montbeliard — pisze baronowa — nalegali na syna, aby ten maryaż odłożył, albo go całkiem zerwał. On zaś trochę lekkiego charakteru, przytem uniesiony namiętnością, niezważał na to i ożenił się wprzód, nim pozwolenie rodziców otrzymał. Być może, że książe Czartoryski źle zrobił przychylając się do tego związku nieupoważnionego zezwoleniem domu Wirtemberskiego, lecz powody dla których tak postąpił, łatwe są do wytłumaczenia: raz, że mu ten związek pochlebiał, następnie, że się czuł słusznie obrażonym przez lekceważenie jego koligacji; krew bowiem królewska płynąca w jego żyłach robiła go godnym mieszczenia się w jednym rzędzie z domami udzielnych książąt; nareszcie, i to najważniejsza, że córka jego szalenie zakochana w Księciu Ludwiku widocznie traciła zdrowie, czego ojcowskie oczy znieść niemogły.
„Odbyło się więc wesele — a po tym akcie zaczęto myśleć o ukojeniu nieukontentowanych rodziców w Montbeliard. Książe Ludwik udał się o pretekcyą do swojéj dostojnéj siostry (żony W. księcia Cesarzewicza Pawła), a ta odesłała go do mnie z następującym listem:

1728 grudnia 1784 r.

„„Kochana Lanele. List ten dojdzie rąk Twoich przez mego brata Ludwika, który jedzie upaść do nóg drogich naszych rodziców i prosić ich o przebaczenie, wraz ze swoją miłą małżonką. Zaklinam Cię na Boga, kochana Lanele, nieodstępuj mojéj bratowéj, która zatrzyma się w la Chapelle i w Belfort do chwili, póki pierwszy wybuch złego humoru nieminie, a która mimo tego po kilku dniach nieomieszka rzucić się do nóg naszych drogich rodziców. Bądź jéj aniołem opiekuńczym, radź jéj i naucz, co ma robić, żeby pozyskać względy i miłość papy i mamy. Żądam od Ciebie tego dowodu przyjaźni, w przekonaniu że mi nieodmówisz. Zaklinam Cię również żebyś mię niemięszała w to wszystko i powiedziała za bytności w Montbeliard, że towarzyszysz mojéj bratowéj, li tylko na żądanie mego brata. Jakże Ci podziękuję kochana Lanele! gdy Tobie zawdzięczymy zgodę w téj rodzinie, co zawsze była przykładem miłości i zgody. Jeżeli mój brat opowie Ci całą swoję historyę, przekonasz się, że niezasługuje na naganę, i że każdy inny w jego położeniu byłby zrobił to samo. Żegnam Cię kochana Lanele i t. d.

Marya Feodorówna.““

Pokazuje się z powyższego listu że nawet wdanie się córki musiało być tajone przed rodzicami, kiedy ta zaklina baronową aby niemówiła że z jéj natchnienia interesuje się młodą małżonką Księcia Ludwika. W obec gniewu starych księstwa nawet protekcya Wielkiej Xiężnéj rosyjskiéj; niezasłaniała pary szukającéj przebaczenia.
Baronowa tak opisuje sceny pojednania:
„Pewnego wieczora, kiedy się niespodziewałam nikogo z gości, zjawił się u mnie Książe Ludwik ze swoją żoną, zachowując największe incognito i niemeldując się nawet. Łatwo pojąć zdziwienie moje, zwłaszcza gdy przeczytałam list Wielkiéj Księżny, i zrozumiałam czego po mnie żądano.
— Nieprawdaż kochana baronowo, pojedziesz z nami? Jutro wyjedziemy z tąd. Zastąpisz mi siostrę moją, dla której masz taką przyjaźń; ona bowiem będąc daleko, niemoże podjąć się pośrednictwa.
— Mości Książe, zrobię co można, ależ ja na nieszczęście, niejestem Wielką Księżną.
— Matka moja, taka dobra, przebaczy nam i będziemy szczęśliwi!
Wtenczas byli oni prawdziwie szczęśliwi, lubo szczęśliwość małżeństw z przywiązania niestety! trwa niedługo; inaczéj byłby to raj na ziemi.
Ułożyliśmy się aby między sobą trzymać się planu W. księżnéj; podług tego miałam z żoną Księcia Ludwika pojechać do Belfort lub do la Chapelle i tam czekać, póki Książe nieprzełamie pierwszych wybuchów ojcowskiego gniewu. Pan Oberkirch pozwolił mi wmięszać się w tę sprawę, zalecając największą roztropność, aby w niczem nienarazić się staréj księżnie, mającéj dla mnie tyle względów.
Wyjechałam nazajutrz rano w karecie Księcia Ludwika, w towarzystwie téj pary gołąbków zakochanéj w sobie aż miło. Młoda księżna drżała jak listek, ale Książe ją uspokajał, mówiąc: Moja matka, to sama dobroć! —
— Opieraj się Książe na Jagiellonach — mówiłam mu — to gałąź twego zbawienia.
— Czyż tyle razy nieocalili i kraju swego i chrześcijaństwa? — dodawała z pewną dumą księżna Marya. Przyjechaliśmy w wieczór. Chciałam natychmiast wyprawić Księcia Ludwika do Montbeliard, ale się uprosił do jutra rana, dodając: Ta noc potrzebna mi do przygotowania się; pierwszy moment powitania, to trudny do zgryzienia orzech.
„Odjechał więc nazajutrz. Młoda jego małżonka płakała przez cały dzień, a lubo starałam się uspokoić ją, nic niepomogło. Cały czas stała oknie i niemówiła o niczém tylko o swoim mężu i przeprawie z rodzicami.
— Jeżeli zaraz powróci — to najgorszy znak — mówiła do mnie — a przecież pragnę żeby wrócił. Książe niewrócił tego dnia; nazajutrz napisał tylko że przeprawa była trudna, ale że niewątpi o pomyślnym końcu. Jak zaś ma daléj postąpić, ułożył plan ze siostrami. Drugi ten dzień przeszedł jak poprzedni; te same obawy, żale, nadzieje. Wieczorem około piątéj usłyszeliśmy turkot powozu. Księżna Marya pobiegła do sieni i znalazła się w objęciach swego małżonka.
„— Zabieram was obiedwie moje panie — rzekł do nas. Ciebie moja droga Maryniu schowamy w pokoju hrabiny Wartensleben, a tymczasem poczciwa Lanele, pomoże mi w imieniu mojéj siostry (W. Ks. Rossyjskiéj) przebłagać naszych rodziców, już nieco zmiękczonych. Pokażesz się dopiéro, gdy cię zawołamy.
„— Ruszyłyśmy w drogę, ukrywając księżnę, a ja tylko sama weszłam do salonu, gdzie księżna Montbeliardzka bawiła się konwersacyą przed wieczerzą. Postrzegłszy mię podniosła głowę.
„— Witam, witam! rzekła oziębléj niż zwykle. Domyślam się co tu Wpanią sprowadza. Czy stoisz po stronie nieposłusznych?
Chciałam odpowiedzieć!
„— Dosyć już, ani słowa — dodała przerywając; dziś wieczór pogadamy o tém. Książe Pan niepomału gryzie się tém szaleństwem, niepotrzeba go dręczyć.
„W rzeczy saméj znalazłem smutnie usposobionego starego księcia, co oddziaływało na towarzystwo zebrane w salonie. Rozmowa téż była urywaną. Pani Wartensleben dała znać, że niezejdzie do salonu z powodu migreny; a książę Ludwik co chwila wybiegał, niemogąc na miejscu dosiedzieć. Rodzice jednak zdawali się niezwracać na to uwagi. Stara księżna wcześnie pożegnała kompanię i dała mi znak żebym poszła za nią. Znalazłszy się sama w jéj apartamencie, rzekła do mnie:
„— Powiedzże mi, z jaką misyą przybywasz od tych nieszczęśliwych dzieci? Gdzie jest jego żona?
„Wahałam się odpowiedzieć.
„— Mówże gdzie jest? Nielękaj się mego gniewu.
„— Tutaj! — odrzekłam.
„Księżna wzdrygnęła się.
„— Tutaj! w moim domu! bez mego zezwolenia!! Któż był tak śmiały przyjąć ją?
„— Ja, pani!
„— Ty, Lanele! i nielękałaś się rozgniewać mię, zasmucić?
„— Książe Ludwik jest, Pani, twoim synem, a Księżna Marya jego żoną; zbyt wiele masz wielkości i serca, żeby nieuznać, że co się stało, odstać się niemoże. Opór do niczegoby niedoprowadził, chyba do nieszczęścia tych dwojga dzieci, a tego pewnie sobie nieżyczysz.
Księżna milczała; po chwili rzekła spokojniéj:
— Mniemasz-li że panujący książe, że król pruski, pochwalą ten wybryk? Jak ci się zdaje baronowo?
„— Czy pochwalą? niesądzę; ale jestem pewna, że przyjmą:

„Maryanna ma nazwisko, brew Bogów w niéj płynie“

„Na tę cytatę księżna uśmiechnęła się nieznacznie; lubiła bowiem wiersze i cytacye trafnie zastosowane.
„— Czartoryscy — mówiłam daléj — pochodzą od Jagiellonów, którzy byli panującą dynastyą. Król polski, Stanisław August, jest stryjecznym księżniczki; takie pokrewieństwo jest przecież bardzo zaszczytne.
„— Nieprzeczę; z tém wszystkiem Czartoryscy są rodziną prywatną...
„— Być może; ale należą do najpierwszych magnatów swego kraju.
„— To prawda; jednakże....
„— Księżniczka, taka urocza....
„— Wiem o tém.
„— I czyż więcéj potrzeba? kochają się, są szczęśliwi, aż miło patrzeć.
„Księżna coraz bardziéj była wzruszoną.
„— Ależ to takie młode!
„— Książe Ludwik także nie stary.
„— W tém też największe nieszczęście! pobrało się dwoje dzieci. Zresztą mój wuj, król Fryderyk, wiesz jak nielubi czułości; miłość go żadna niewzrusza. Przedewszystkiem chce on uszanowania i posłuszeństwa — zobaczysz że niedaruje im tego.
„— Jeżeli księstwo przebaczycie, to i on przebaczy.
„— Mój mąż bardzo rozjątrzony.
„— Pani!....
„— Cóż takiego?
„— Powtarzaj mu ciągle o Jagiellonach, o wdziękach księżniczki Maryi, o waszem przywiązaniu w latach młodych, o jego czułości dla — dzieci a zmięknie.
„— Dobry z ciebie adwokat; Lanele.
„— Zresztą — co się stało, trudno odrobić. Niepodobna żebyś W. książęca Mość chciała rozerwać to, co Pan Bóg złączył; niebyłoby to ani po chrześciańsku, ani po rodzicielsku.
„— Po cóż było sprowadzać tutaj księżniczkę? jest to zuchwałość nie do przebaczenia; żeby was ukarać, powinnam ją natychmiast z domu wyprosić.
„— Jakto? żonę twojego syna, księżno, syna ukochanego? Nieprzypuszczam aby rodzina tak zgodna, tak szczęśliwa, odpychała od siebie jednego z swych członków, za to, że szukał szczęścia dla siebie. Pomyśl Pani, czy to rzecz możebna.
„— Cóż mówi na to Wielka księżna? czy wie o wszystkiem?
„— Wielka księżna powiada — że Wasza Xiążęca Mość jesteś wzorem najczulszych matek.
Duża łza potoczyła się po licu księżny.
„— Słuchaj Lanele — rzekła — dziś jeszcze pogadam z mężem; jutro rano przyjdź do mnie, a dowiesz się o skutkach moich perswazyi.
„Uradowana zwycięztwem otrzymanem w połowie pożegnałam księżnę, i pobiegłam zdać sprawę młodéj parze z téj całéj rozmowy. Wyznaję, że obiecywałam sobie zupełną wygraną. Niemogąc prawie zasnąć, wstałam do świtu, i udałam się na przedpokoje staréj księżny, która kazała mię przywołać, gdy jeszcze była w łóżku. Na pierwsze wejrzenie wyczytałam z jéj twarzy pomyślną wróżbę.
„ — Lanele, rzekła do mnie — siadaj tu i słuchaj; powtórzysz im co ci powiem, z całą twoją oględnością. Mówiłam z mężem; cała ta noc zeszła nam na téj rozmowie, aczkolwiek boli nas to głęboko, z tém wszystkiem, jak powiedziałaś: co się stało, odstać się niemoże; a więc trudno odepchnąć ich od siebie, niechże przynajmniéj postępowaniem swojem, wzajemnem przywiązaniem i szczęściem jakiego będą doznawać, starają się zasłużyć i usprawiedliwić naszą wyrozumiałość. Najwięcéj przestrasza mię, ta ich zbytnia młodość i ta gwałtowna miłość tych dzieci; najczęściéj bowiem tego rodzaju stadła, zawiązane mimo woli rodziców, niewiodą się. Obojgu gruba zasłona zakrywa oczy i serce; jedno drugiego niezna, dopiero po upływie kilku lat inaczéj patrzą na siebie, oziębiają się, swarzą, nienawidzą i rozwodzą. Oby dobry Bóg oszczędził tych nieszczęść tym ukochanym dzieciom! Błogosławieństwo moje i modły może oddalą od nich ten kielich goryczy!
„Niemniéj jak księżna i ja czułam się wzruszoną i ucałowałam jéj ręce; ona zalewała się łzami, mnie również na płacz się zbierało.
„— Jak tylko wstanę, pójdę do męża — mówiła daléj księżna — tymczasem ty sprowadź swoją parę, niech do nóg ojcu upadnie, a on ich przyciśnie do serca. Uspokoj ich żeby niebyli bardzo pomięszani; bo czegóż się mają obawiać? potém pójdziemy na śniadanie, i nowe to dziecko tak będzie przyjęte, jakbyśmy ją wybrali sami.
„Kochana, nieoceniona Matko, jakież to serce! jaka wyrozumiałość!
„Niepotrzebuję opisywać sceny pojednania; łatwo ją sobie wyobrazić. Rodzice okazali się, jakimi byli w gruncie, najlepszymi, najtkliwszymi. Płakaliśmy wszyscy. Książe Ludwik zanosił się od płaczu; księżna Maryanna omal niezemdlała; wzruszenie było powszechne. Młoda synowa miała niewypowiedziany urok; w każdym jéj ruchu i słowie, tyle gracyi, taka swoboda, tak coś ujmującego, że niepodobna było niepokochać jéj odrazu.
„— Oto najlepsza twoja exkuza — rzekł stary książę do syna wskazując na księżnę Maryannę — teraz tłumaczę sobie dla czegoś nieczekał na nasze zezwolenie.“ —
Łatwo pojmiemy jak przykremi były dla panny wielkiego domu, wychowanéj w pieszczotach, należącéj w swoim kraju do najpierwszych partyi — te wszystkie sceny pojednania. Zniosła je przecież bez szemrania, bo miodne miesiące zamężcia słodziły przykrości upokorzenia. Nowy ten jednak rodzaj dworskiego etykietalnego życia, dla niéj, wychowanéj w swobodzie wiejskiéj, w prostocie patryarchalnéj choć na pańskim dworze — stawał się nieznośnym. Mawiała téż często w starości swojéj gdy wspominała dawne czasy; że nigdy się nieczuła bardziéj nieszczęśliwą, jak wtedy, kiedy dama honorowa i szambelan, zaczęli składać główną część jéj dworu. — Do niéj możnaby zastosować słowo poety:

„Wyniesiona do szczytu, pragnęła się zniżyć.“

Niewiem jak długo pociągnął się jéj pobyt w Montbeliard. To tylko wiadomo, że starzy księstwo chcieli ją zawieść do Paryża i przedstawić na dworze Wersalskim; z drugiéj strony książę Ludwik zostający jeszcze w służbie króla pruskiego, spieszył się do swego garnizonu w małem miasteczku Pomeranii.
Była to nader pociągająca pokusa poznać ten dwór pełen uroku elegancyi i dowcipu, a nadewszystko królowę Maryę-Antoninę będącą w ówczas przedmiotem uwielbienia i dumy całéj Francyi; pokusa tém większa, że już niektóre niesmaki pożycia małżeńskiego dawały się jéj uczuwać; jednakże w duszy szlachetnéj i pobożnéj umiała odróżnić czego po niéj wymagał obowiązek małżeński: i bez wahania się wybrała z mężem swoim drogę do Pomeranii. Jeżeli dziś Pomorze pruskie liczy się do bardzo smutnych krajów, to czemże musiało być w upłynionym wieku, kiedy ciemnota i nieokrzesanie jéj mieszkańców odpowiadały dzikiéj i jałowéj ziemi. Nic naturalniejszego, że się znalazła tam zupełnie obcą, prawie wygnanką; a co gorsza ofiarą nudów swego małżonka. Jednakże piękna ta dusza umiała sobie złagodzić to położenie, dzieląc tęskne i długie chwile osamotnienia (książę bowiem lubił towarzystwo oficerów i polowanie) między modlitwą a nauką. — Mając wykształcony umysł na literaturze francuzkiéj, postanowiła pisać w języku autorów, których uważała za swoich mistrzów i wtenczas to miały wypłynąć z jéj pióra wiersze pełne wdzięku, których świat nigdy nieznał; jeżeli je zachowała, to tylko jako prywatną pamiątkę, wspomnienie chwili.
Bardzo można przypuścić, że w stosunkach domowych krótko trwała harmonia; humory się niezgadzały. Jeżeli weźmiemy na uwagę skromne nawyknienia księżny, jéj usposobienie całkiem sercowe wypieszczonego dziecka, zmuszone co chwila ścierać się z zimną etykietą dworską, któréj po niéj w każdym kroku wymagał niedość delikatny małżonek, a do tego ciągle dręczone przywidzeniami uwłaczającémi jej charakterowi — to nam może się wyjaśnią niektóre ustępy w późniejszym jéj romansie, Malwinie, gdzie bohaterka zdaje się mieć blizkie powinowactwo z jéj własną osobą. —
Posłuchajmy téj ukrytéj pod przybranem imieniem autobiografii:
„Idąc za mąż Malwina, choć daleka od tego, żeby powab, albo przyjemność jakąkolwiek w przyszłem obiecywała sobie postanowieniu, wstręt nawet i odrazę czując do męża, którego jej radzono, — przyjęła go jednak, bo rodzice przyjąć kazali; lecz nim ostatnie dała swoje zezwolenie, oświadczyła przyszłemu mężowi, że nieczując żadnego do niego przywiązania, jedynie z rozkazu rodziców za niego idzie. Na co jéj odpowiedział: że bynajmniéj to nieszkodzi; że raz będąc jego żoną, do niego się przyzwyczai, i że w wypełnieniu swoich obowiązków znajdzie i szczęście. Zupełny ten brak delikatności przejął trwogą serce Malwiny, nader smutnym nadal wróżąc losem!...
„Mąż który niewyrozumiałą zazdrość do wielu innych łączył przywar, wywiózł ją zaraz od familii i znajomych do odludnego zamku w głąb najdalszéj prowincyi — Tam dzikością charakteru, zazdrością bez powodów i ustawicznemi i popędliwemi wyrzutami: że go niekocha, truł młode jéj lata, dnie i godziny.... Malwina wprawdzie kochać go niemogła, ale żadnéj mu przyczyny niedawała, aby mógł słusznie powiedzieć, że mu w czém uchybia....
„Po dwu leciech takiego pożycia, uprzykrzył sobie męczyć żonę niedzielonem kochaniem, i zmieniwszy całkiem sposób życia, dnie całe trawił z kilką sąsiadami, równie jak on grzecznymi, na gonieniu, męczeniu i zabijaniu biédnych sarn lisów i zajęcy, a wieczorami, z polowania wróciwszy, z tymiż samymi sąsiadami, pił okropnie do późnéj nocy....
„...Z razu, to zupełne opuszczenie zasmuciło i zatrwożyło Malwinę — ale szczęściem, natura dała jéj imaginacyą żywą i chęć zatrudnienia się. Te dwa przymioty broniące ją od nudów, uczyniły stan Malwiny nietylko znośnym, ale często nawet przyjemnym.
„Obfita biblioteka pozwalała jéj kształcić umysł, dziecinny jeszcze, i w zasady pewne ustalić... przytem niegardziła niewieściemi robotami, a ranki i wieczory poświęcała długim przechadzkom pomiędzy skałami, lasami i t. p. Nieraz w tych samotnych przechadzkach, serce jéj znajdowało miłe zajęcie, gdy do ubogich chat wstępując, pocieszenie, dobry byt i zdrowie, co zatem idzie, ze sobą przynosiła. Błogosławieństwo starych, dzięki młodych, uśmiech dzieci, odbierała w nagrodę i w wieczór do ponurego swego zamku z najpogodniejszém sercem wracała...“
Lubo ten portret w niektórych może rysach oddala się od rzeczywistości, mianowicie gdy Malwina utrzymuje, że niemiała od samego początku żadnéj skłonności do swego, narzuconego jéj męża, to po ostatnim rysie, któżby niepoznał portretu księżny Maryi? —
Co miała na myśli autorka Malwiny, kreśląc pierwsze lata swego małżeństwa, czy pobyt swój w zamku Montbeliard, czy życie garnizonowe na Pomorzu? niewiem; mniemam jednak, że przykre wspomnienia zlały się tu w estetyczną całość. Mniejsza o to; dość, że miodne miesiące prędko minęły. —
Zdaje się nawet, że kwasy pożycia niebyły żadną tajemnicą na zewnątrz; zdradzał ją co krok postępowaniem swojem niedelikatnem Książe, jéj małżonek, i to w miejscach gdzie sztuka przyzwoitości, a raczéj ukrywania nieprzyzwoitości doskonale bywa praktykowaną, to jest na dworach.
I tak na dworze Fryderyka II. gdzie się prezentowała młoda para, księżna Marya odrazu zyskała przychylność monarchy, który ją nazywał swoją siostrzenicą, bawił rozmową i w każdem zdarzeniu wyszczególniał. Raz nawet jak powiadają, dostrzegłszy coś niedelikatnego w obejściu się z nią jéj męża, miał odezwać się do obecnéj księżnéj Izabelli Czartoryskiéj: Qu’est ce qui vous a porte à donner vôtre dnge de filie d mon diable de Cousin? — Monarcha ten wielki znawca ludzi, ocenił odrazu oba te charaktery, i w młodziuchnéj kobiécie odgadł ofiarę smutnego losu.
Zdaje się, że ze śmiercią Fryderyka II. (1786) Książe Ludwik widząc jakąby karyerę mógł zrobić w Polsce, a najpewniéj idąc za insynuacyą Fryderyka Wilhelma II., który zamyślał o ścisłym aliansie z rzecząpospolitą, postarał się o indygenat, otrzymał go z łatwością i jako wyćwiczony w dobréj szkole wojskowéj, wszedł do wojska w stopniu generała. Współczesny Kitowicz powiada o nim: „Książe Ludwik, w czasie pokoju dosyć się dobrym żołnierzem pokazywał, pilnie i pożytecznie jazdę i piechotę swojéj komendzie oddaną exercytował, że u całego narodu zyskał wielką reputacyą i wdzięczność. —
„Aż gdy wojna nastąpiła z Rosyą 1792 w któréj wodzem był synowiec królewski Książe Józef — on się naprzód uczynił chorym na nogę, a gdy mu tę racyę żona, poczciwa obywatelka, wyperswadowała, pogroziwszy rozwodem, jeżeli niezechce służyć krajowi w téj potrzebie — wynalazł drugą, że niema o czém jechać na kampanią. Król wiele się po nim dobrego spodziewając, ułatwił mu i tę przeszkodę, kazawszy wyliczyć ze skarbu koronnego 20 tysięcy czer. złot. Nabrawszy tego złota, poszedł rad nierad z wybornym pułkiem swoim od generała Byszewskiego niedawno nabytym. Jednego dnia maszerował, a drugiego nazad się cofał, jak rak. Nieprzyszedł tedy z nieprzyjacielem do rozprawy, który małe oddziały wojska rzeczypospolitéj łatwo przełamawszy, opanował Wilno i posunął się aż do Grodna....“
Niemcewicz w swoich Pamiętnikach tak pisze o nim:
„Książe Wirtemberski zamiast udania się w głąb Litwy osiadł na jéj krawędzi w Wołczynie, dobrach teścia swego, rozrzuconym wojskom żadnych niedając rozkazów. Powody nieczynności téj okazały się wkrótce; przejęto list jego do króla Pruskiego pisany, w którym mu donosił, iż podług zleceń jego zostaje nieczynnym, nieściąga nigdzie korpusów polskich, i owszem trzyma je rozrzuconemi, by tém łatwiéj stały się łupem wojsk imperatorowéj[2]. Potrzebaż było większéj zdrady dowodów? powszechna nienawiść i wzgarda okryły bezwstydnego zdrajcę: nikt jéj żywiéj nieuczuł jak nieszczęśliwa żona i świekra jego księżna Czartoryska. Pierwsza zaraz mu wydała pozew do rozwodu i podług zwyczaju zamknęła się w klasztorze pp. Sakramentek. Rozpacz matki księżnéj Czartoryskiéj, najgorliwszéj z Polek, była bez granic; gdym przyszedł koić i cieszyć ją: „„Jam to, zawołała, nieszczęsną pchnięta ambicyą spokrewnienia się z monarchami, przymusiła córkę moją do dania ręki bezecnemu zdrajcy temu!““ — Książe Ludwik widząc zdradę swoją odkrytą, kryjomo uciekł do Prus. Komendę po nim objął generał JudyckŁi.“ —
Z małżeństwa tego został syn jeden Adam generał brygady ułanów za czasów Konstantego. On to w powstaniu 1830 r. stanął po stronie Rossyi i z korpusem swoim rabował i palił Puławy. Można sobie wyobrazić przez jakie tortury przechodziła nieszczęśliwa matka, patrząc na postępki tego wyrodka.
Koligacye takie rzadko na dobre wychodzą. —
Taki był koniec ich pożycia. —
Księżna odzyskawszy w pewnym względzie niepodległość swoję, dzieliła życie między prace literackie a miłosierne uczynki. To jednak pewna, że póki uczucia były świeże, wyobraźnia żywa, póki tylko szukała a nieodkryła ostatecznego powołania do jakiego ją przeznaczyła Opatrzność — oddawała się literaturze z całym zapałem i gorliwością. Zrobiwszy sobie imie wprawdzie powtarzane po cichu, w ojczystym piśmiennictwie, przez ogłoszenie dwóch szczupłych ale znaczących dziełek — odrzuciła późniéj te zwodnicze ponęty miłości własnéj, i jeżeli kiedy brała pióro do ręki, to na to, aby pisać ustawy miłosiernych swoich zakładów. Ktokolwiek téż mniemał, że się jéj przypodoba, gdy naprowadzi rozmowę o jéj dawniejszych utworach, aczkolwiek pełnych powabu i oryginalności, mocno się mylił. Nielubiła nawet wspominać o nich. Matrona oddana Bogu i wielkim obowiązkom chrześciańskim przyjętym na siebie, żałowała może zmarnowanych chwil na tych igraszkach fantazyi i dowcipu. — Nam jednak, choćby jéj czyste cienie oblokły się wyrazem politowania nad marnościami ziemskiéj sławy, niech wolno będzie pomówić o tych dwóch dziełkach, któremi wzbogaciła literaturę naszę. Wspaniały dawca może być nierad, kiedy odbierający rozgłasza imię i hojność jego — a jednakże głos wdzięczności świadczy, że datek niepadł na grunt jałowy. —
Powieść Malwina czyli domyślność serca ukazała się bezimiennie w r. 1816 w Warszawie. Poufne osoby wiedziały zapewne kto był jej autorem i że ją mogła pisać tylko kobiéta; ale właściwe nazwisko, pomimo wielkiego powodzenia, bo nawet Jan Śniadecki oderwał od gwiazd swoją uwagę a na ten romans skierował, nieukazało się nigdy na licznych wydaniach, których było do r. 1828 aż cztéry; nielicząc w to przekładu na francuzki język dokonanego przez Annę Nakwaską.
O ile wnosić można z barwy i szczegółów zawartych w romansie, utwór ten mógł być napisany za czasów Księstwa Warszawskiego. Już w nim niewidać téj młodziuchnéj kobiéty „co — jak sama powiada o swojéj Malwinie — ledwo z dziecinnych lat wychodząc, nigdy nad przyszłością niebyła się zastanowiła“ — a ja dodam: i nad rzeczywistością i ludźmi którzy ją otaczali — „co o szczęściu, o nieszczęściu sądzić niemogła, świata bynajmniéj nieznała, i żadnego innego uczucia, żadnéj innéj myśli niemiała, prócz przywiązania do rodziców.“
Taką mogła być zapewne, i była nią Księżna Marya, kiedy w pierwszych dniach zamęźcia osadzona w smutnym zamku Montbeliardskim, lub rzucona w głuchy zakąt Pomeranii nieznajdując szczęścia w pożyciu małżeńskim, szukała go w książkach, i w tych natchnieniach serca wylewających się na papier w języku francuzkim uznanym w ówczas za jedyne narzędzie mogące oddać tkliwe i delikatne uczucia.
Ta uwaga naprowadza, w braku bliższych szczegółów na ten prawdopodobny domysł, że Malwina powstała daleko późniéj, kiedy jéj autorka przeszła już przez gorzką szkołę doświadczeń; nauczyła się obserwować i poznawać ludzi; patrzyć z wysokości swojéj moralnéj na grę namiętności; oceniać skryte pobudki, zgoła, ogarniać świat rzeczywisty grający do koła niéj wszystkiemi interesami i sprężynami życia. Serce jéj, które tyle cierpiało, które zasługiwało aby kochać i być kochanem, szukało choćby urojonego świata, urojonych postaci, urojonéj miłości, dla powierzenia im własnych tęsknot i marzeń. Była to właśnie ta poetyczna szata w jaką oblokła swoją bohaterkę i bohatyra i scenę, na któréj ich pokazała; reszta jest owocem poznania charakterów i stosunków towarzyskich, tak, jak je malowała rzeczywistość. Ztąd możnaby dwie strony ukazać w tym romansie: jedną jako płód wyobraźni i maniery urobionéj podług współczesnych romansów francuzkich przedstawiających świat i ludzi zbyt konwencyonalnych, a często zbyt nieprawdziwych; drugą jako owoc studyów branych z natury, postrzeżeń chwytanych na uczynku; słowem, odbicia się tego społeczeństwa, na jakie autorka codzień własnemi patrzyła oczyma. —
Co do pierwszego: Malwina ma główną zaletę w ruchliwości akcyi, w utrzymaniu ciekawości czytelnika do końca przez wplątanie go w najdziwaczniejszą intrygę. Żywa wyobraźnia autorki zatrudnia co chwila różnemi niespodziankami wcale efektowemi, które trącają niekiedy o nadzwyczajność i niepodobieństwo, a częstokroć są powtórzeniem scen i obrazów używanych i zużytych przez współczesnych romansistów. Nieopowiadając tu treści znanéj powszechnie, tyle napomknę, że zawikłania pochodzące z tych dwóch bliźniaków Ludomirów, tak są nieprawdopodobne, jak i owe turnieje, które zapewne dały powód wcale nieusprawiedliwiony, pewnemu krytykowi[3] że Malwinę położył tuż obok Koloandra i Leonildy. Sceny te grzeszą wadą wyszukania i naciągań. Dodajmy do tego spotkania się nadzwyczajne, znikania nagłe, trafy losu najdziwaczniejsze, a znajdziemy w kompozycyi Malwiny nic innego, tylko użycie tych samych środków i sprężyn jakiemi się posługiwali w modzie będący pisarze romansów francuzkich z czasów cesarstwa. To pewna, że każda epoka ma swoich ulubionych bohatyrów, którzy się mniéj więcéj kopiują. —
Druga strona, o któréj nadmieniłem, strona własnych studiów nad otaczającem autorkę społeczeństwem wyższego świata Warszawy — zasługuje na rzetelne uznanie jako pierwszy krok stawiony na drodze samodzielnych studiów. Charakterystyka jeszcze słaba wprawdzie, niema wybitnego kolorytu, ale jest podmalowanie, jest wyborna wskazówka. Któż przeczytawszy Malwinę, może zapomnieć te elegancką, zalotną, mieszającą się do wszystkiego, kłócącą wszystkich, złośliwą kokietkę Dorydę „która nielubiona od nikogo, bo nikogo nielubila, niemogąca wytrzymać życia wielkiego świata, gdzie pierwszych ról grać niemogła, a nieumiejąca się zatrudnić w samotności, ciężaru nudów znieść dłużéj w Warszawie niemogąc, umyśliła nareszcie długie przedsięwziąść podróże, i tęsknotę swoję z miejsca na miejsce przenosząc, niewięcéj szczęścia za granicą, jak na ojczystéj ziemi znalazła.“ —
Podobne postrzeżenia trafnie pochwycone z ruchliwych czasów Księstwa Warszawskiego, mięszają się tu i owdzie w toku opowiadania romansowych awantur; a niektóre nawet osobne rozdziały, stanowią skończone w sobie charakterystyczne studium. Do takich należy najlepszy, pod napisem Kwesta. Malwina z skarbonką czy woreczkiem wychodzi w piękny dzień marcowy, zbierać dla ubogich i puka do mieszkań nieznanych sobie osób.
Tym sposobem, jak w latarni czarnoksięskiéj pokazuje nam autorka różne warstwy społeczeństwa: tu miłosierdzie przy ubóstwie, owdzie zatwardziałość przy bogactwie, gdzieindziéj pysznoskąpstwo i próżność, lub światowe roztargnienie i lekkość, przy niezłem sercu. Są to wszystko szkice domowego życia, niepowiem skończone i doskonałe, ale często bardzo szczęśliwie schwycone, z flamandzką chęcią zbliżenia się do rzeczywistości, a nadewszystko pierwsze w swoim rodzaju. —
W historyi rozwoju idei literackich, pierwszeństwo, zawsze na uwagę zasługuje, chociażby mu nietowarzyszyła doskonałość i skończoność obrobienia.
Przypatrując się jaką koleją szła u nas powieść domowa, zawsze autorce Malwiny należy się ta nieoceniona zasługa, że ona pierwsza pół-spojrzeniem uwięziona jeszcze w sferze urojonego romansu, drugą połowę ośmieliła się zapuścić w odmęt życia i wzory brać z natury. Wprawdzie rysunek jeszcze niepewny i efekta sztucznie przysposobione — ale droga prawdziwa już odkryta. —
Kreśląc ten żywot tak niezupełny w szczegółach, miałem sobie za obowiązek nagrodzić te niedostatki podniesieniem choćby talentu pisarskiego księżny Maryi, którym ubogaciła naszą literaturę; a talent to nieurojony, ani pośledni; bo przed nią, gdzie jest powieść któraby na ten ślad trafiła? a i po niéj, jakże nierychło znaleźli się tacy, coby nań trafili? Zjawienie się Walter-Skockich romansów, pchnęło pióro ku historycznym postaciom, którym znowu niedostawało życia, tak samo jak go niemiały sentymentalne Julie i Adolfy, żyjące reminiscencyami Heloiz i Werterów. —
Niewiadomo mi czyli co więcéj pisała w tym rodzaju księżna Marya; to jednak dałoby się zapewne przypuścić, że gdyby powołanie autorskie przyjęła była za cel swojego życia, ona jedna byłaby w stanie obdarzyć nas obrazami współczesnego jéj społeczeństwa, tak doskonałemi i trafnemi, a pełnemi tak delikatnych cieniowań i obserwacyi niekażdemu dostępnych, że kto wie, azali przy nabytéj wprawie w język, i styl, niebyłaby tém, czém jest pani Zofia Gay w nowszéj literaturze francuzkiéj. —
Jeżeli dzisiaj wartość literacka Malwiny niemogłaby wytrzymać próby porównania z płodami nowszego smaku — bądź jak bądź pozostanie ona drogą pamiątką uczuć i marzeń księżny Maryi; tém droższą, że przypatrzywszy się niektórym rysom Malwiny, odgadujesz jakby własny jéj portret obwinięty w kilka wspomnień z młodości, ale nie tych szczęśliwych i uśmiechających się w krzewinie, lub stolicy — tylko w posępnym Głazowie.....
Kiedy Opatrzność dotknąwszy ją smutnym losem, zapewne w tym celu, aby duszę swoją oderwała od ziemi, a zwróciła ją ku niebu — natenczas małżonka i matka niepocieszona, przyszła pod dach rodzicielski szukać przytułku i pociechy. Odtąd żyła tylko obowiązkami dziecka względem swoich rodziców i temi, które Bóg wkłada na możnych względem cierpienia i nędzy. Spełniała je téż z gorącością chrześcianki i pilnością siostry miłosierdzia.
Niebyło nic bardziéj rozrzewniającego jak słyszeć ją, kiedy pod koniec życia mówiła o swojéj matce; myślałbyś że się dopiero wczoraj rozstały; głos drżący, oczy łez pełne, towarzyszyły każdemu słowu: „Jakżeż to słodko! mawiała, kiedy córka nieodłącza się od matki! Bóg i rodzice, to mi wystarczało wżyciu, aby zapełnić wszystkie pragnienia serca mego!“ — Tak zapełnione serce musiało być niewyczerpanem skarbem. Miłosierdzie jéj doznało nowego popędu i bodźca, kiedy się znalazła w tych Puławach ubłogosławionych przez dwa pokolenia. Pożyteczne zakłady mnożyły się a młoda dobroczynna Pani przemyśliwała tylko o nowych ulepszeniach. —
Wiadomo że ojciec jéj, książę generał Ziem Podolskich kierował szkołą kadetów za panowania Stanisława Augusta, a matka jéj miała pod swoim bokiem instytut wychowania panien szlacheckich. Do tych zakładów dołączyła księżna Marya szkołę dla dziewcząt wiejskich, gdzie się takowe kształciły na poczciwe i pobożne i umiejętne gospodynie. Jeszcze prawie nikt w tamtych prowincyach niemyślał o szkołach wiejskich, kiedy ona utworzyła zakład, z którego w znacznéj liczbie wychodzili uzdolnieni parobcy i rolnicy. —
Dla użytku tych szkółek, widząc brak elementarnych książek, ułożyła ona popularne dziełko: Pielgrzym w Dobromilu; drugie, które nam przekazała w spuściznie. Są to rysy z dziejów wplecione w opowiadanie z żywota wieśniaczego. Nieporównana prostota stylu, poleczona z moralnością praktyczną, zrobiła niezmierną wziętość téj książki, do czego przyczyniły się także trafnie dobrane obrazki, wystawiające każde zdarzenie. Od r. 1817 kiedy się ukazał Pielgrzym po raz pierwszy, do dziś, niewiem już wiele wyszło edycyi. I w téj pracy przy księżnie Maryi zostaje pierwszeństwo pomysłu, — forma przez nią przyjęta, okazawszy się nader ułatwiającą naukę, znalazła późniéj częste zastosowanie. —
Ależ wszystkie te prace miłosierdzia i pióra niewystarczały jeszcze téj szlachetnéj duszy; chciała ona głębiéj wejrzyć w przyczyny zepsucia i nędzy wieśniaków, aby im skutecznie zaradzić. Tym końcem postanowiwszy nieodmawiać nikomu z włościan kiedy ją prosili aby im dzieci trzymała do chrztu, weszła z niemi w duchowe krewicństwo czyli jak zwykle mówią: pokumała się. Przez ten stosunek mogła wiele wpływać na poprawienie obyczajów i życia prostego ludu, który, czy to w obawie zasłużenia na jéj nieukontentowanie, czy w chęci przypodobania się dobréj pani, wszystkich sił dokładał, aby niewykraczać z karbów moralnego i pobożnego życia. —
W późniéjszych czasach, gdziekolwiek obrała sobie siedlisko, wszędzie używała w ten sposób swego czasu i dochodów. Do dóbr swoich w Wysocku (w Galicyi) sprowadziła z wielkim zachodem i kosztem Siostry miłosierdzia; a chcąc im zapewnić utrzymanie i fundusze opatrzyć na szpital dla chorych, uposażyła je wsią Moszczaną. —
Ktokolwiek cierpiał — czy swój, czy obcy, już tém samem miał prawo do jéj wspaniałości i miłosierdzia nierobiącego różnicy. Cały świat był jéj ojczyzną, kiedy szło o członki cierpiące Chrystusa. I tak przed wielą laty przejeżdżając przez Genewę, chciała mieszkańcom tego miasta tę samę zapewnić korzyść, jaką zapewniła włościanom klucza Wysockiego. Po przełamaniu wielu przeszkód sprowadziła tamże zakonnice śgo. Wincentego a Paulo i uposażywszy je, osadziła w ojczyźnie Kalwina i Russa. Dziś może już tam zapomniano o dobroczynnéj fundatorce, ale niemniéj miłosierny zakład trwa dotąd i mieszkańcy, bez różnicy wyznania swego jednogłośnie błogosławią tym aniołom miłości chrześciańskiéj oddającym najpokorniejsze usługi cierpiącéj ludzkości. —
Straty majątkowe zniosła księżna Marya ze zwykłą sobie pogodą i tylko wtenczas przypominała sobie że była dawniéj bogatą, kiedy szczupłe dochody niepozwalały iść za popędem miłosiernych uczuć. Sądząc po zwykłych jéj datkach w ostatnich latach, niemożna się było domyśleć, że fundusze jéj były uszczuplone; albowiem kiedy miała ogromny majątek oddawała wszystko, co jéj od skromnych potrzeb zbywało; a kiedy go niestało, z równąż hojnością ogołocała się z samychże potrzeb. —
W ośmdziesiątym roku życia opuściła Wiedeń, gdzie długi czas bawiła, i przeniosła się do Paryża aby połączyć się z bratem.... W późnéj starości zachowywała umysł czerstwy, wesoły i żywość młodocianą: bo téż i czystą była jak młodość. Umiała należeć do każdéj rozmowy, prowadzić ją z ujmującym wdziękiem i niekiedy dowcipem okraszać.
Nigdy niestraciła wiary w dobroć i poczciwość ludzi; a chociaż wiele złego doznała w ciągu długiego żywota, nikogo niepomawiała o złe uczynki lub niewdzięczność. Niewziąwszy nic od świata, a oddawna objaśnioną będąc światłem wiary i słońcem miłości Bożéj, w całéj nieskazitelności oddała piękną duszę niebu na dniu 21 października 1854 r. Ostatniem słowem pożegnała ukochanego brata i jego rodzinę, ostatnią myślą wznosiła się do Boga. —



Przypisy

  1. Był stryjem panującego króla Wirtemberskiego; zgon jego przypadł w r. 1817.
  2. Fryderyk Smitt w dziele: Suworow und Boleus Untergang mówi że książe napisał do króla pruskiego te słowa: „że nic nieprzedsięweźmie coby sprzeciwiało się interesom jego siostry, Wielkiéj księżny Rosyjskiéj.“ —
  3. Sowiński, o uczonych Polkach w Warszawie 1821 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Siemieński.