Marya (Orzeszkowa)/List XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Marya
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1886
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


LIST  XXVII.
Marya do Klementyny.

Porzewin, 20 Maja.

Był to, Klementyno, prześliczny zachód słońca w szkarłacie i ogniu cały. W ogrodzie Porzewińskim stałam sama jedna, wsparta o stare drewniane sztachety, strzegące wierzchołka spadzistéj góry, u któréj stóp płynie Niemen.
Przed wyjazdem moim z Ongrodu rozbiegła się była po mieście wieść, przywieziona przez kogoś, kto wrócił ze stolicy, że ludzie, przewodniczący nauce naszéj, wzywają Adama, aby stanął tam pomiędzy nimi. Z wieścią tą, jak z cierniem w sercu, przybyłam do mojéj rodzinnéj wioski i nad znaczeniem jéj dla mnie i dla niego myślałam dnie i noce. Odjedzie więc... nie mogłam wątpić o tém. Miałże-by nie być posłusznym wezwaniu obowiązku i nie oddać sił swoich sprawie, która stanowi główną treść jego życia? Wiedziałam więc, że odjedzie, ale wiedziałam także, iż nie uczyni tego bez zapytania mię: czy chcę, abyśmy pożegnali się na zawsze. Pytanie to szło naprzeciw mnie, z każdą godziną, z każdą minutą było mi bliższém, głosem nieubłaganéj konieczności wołało do mnie: wybieraj!
Wybrałam. Przybycia Adama oczekiwałam z powziętém już postanowieniem niezłomném. Jak, kiedy, powstało we mnie postanowienie to — tajemnica to już moja, któréj opowiedziéć nie zdołałabym nikomu, tak jak opowiedziéć niepodobna czarnych godzin bezsennych nocy, w których serce i głowę człowieka opasuje tragiczna plecionka marzeń szalonych, nieprzytomnéj rozpaczy i jasnych jak dzień, głębokich jak zagadka życia, rozmyślań.
Byłam pewną, że lada chwila zobaczę Adama. Czekałam na niego i myślą przebierałam dnie najbliższéj przeszłości tak, jak pobożny przebiera paciorki różańca, nad każdą z nich zatrzymując się z modlitwą i westchnieniem. Duch mój rozmodlonym był téż do wszystkich wiar i miłości, które jak dobre i silne Anioły strzegły dotąd mego życia — a modlitwy te moje pełne były westchnień.
U stóp góry powoli i z cichym szumem płynęła błękitna rzeka, na przeciwnym jéj brzegu pięły się smutne czarne sosny i ozłocone wierzchołki, niby ofiarne pochodnie, podnosiły aż pod skłon nieba. W leszczynach, obrastających stok góry, czuć było dreszcze wieczornych powiewów. W dalekim téż kędyś lesie słowik witał nadchodzący wieczór, nieśmiałém jeszcze dzwonieniem.
Przyroda cała zdawała się łagodnie marzyć i ze wpółsennym uśmiechem oczekiwać objęć rozkosznéj nocy!
Ku mnie téż zwolna zbliżała się fala marzenia, aż ogarnęła mię całą z mocą niepokonaną.
Myślałam, marzyłam raczéj, że gdy przybędzie on, pójdziemy razem piękną drogą nadrzeczną, tą drogą tak wązką, że na niéj, pośród dwóch ścian zieloności, dwoje tylko ludzi iść obok siebie może. We dwoje téż tylko będziemy i nie pójdzie z nami pamięć o przyszłości... Widziałam, jak tuż przy mnie, na tle drzew i nieba przesuwa się profil jego twarzy, czysty, surowy, ze spuszczoną w zamyśleniu powieką. Ale nie było to zamyślenie ciężkie, smutne, z uśmiechu, który przewijał mu się po ustach, odgadywałam bezbrzeżną radość... Rozmawialiśmy z sobą tak, jak ludzie wolni i oddający się sobie wzajem na zawsze. Szliśmy ku temu miejscu, na którém spotkaliśmy się piérwszy raz w życiu, mieliśmy usiąść nad tym samym strumieniem, nad którym, oboje młodzi jak wiosna, przesiedzieliśmy niegdyś krótką lecz niezapomnianą chwilę. I mówiliśmy to sobie wzajem, żeśmy nigdy o sobie nie zapominali, że, sami nie wiedząc o tém, tęskniliśmy nieraz do siebie w długich latach rozłączenia. Jak wtedy było, tak teraz znowu leciały do nas z głębin lasu ciepłe powiewy z mocnemi woniami, złote wiewiórki czepiały się z szelestem po gałęziach drzew i trwożnie spoglądały ku nam, świat cały uśmiechał się do nas uśmiechami wszystkich radości i rozkoszy życia...
Tak z głową pełną marzeń, z piersią pełną łez, stałam długo, o stare sztachety wsparta, aż usłyszałam turkot kół na dziedzińcu. Po chwili kroki męzkie ozwały się za mną na zwirze, uściełającym ogrodowe ścieżki. Odwróciłam się i czułam sama, że stoję cała w płomieniu...
Jednak powitaliśmy się tak, jak witają się ze sobą codzień dobrzy znajomi; tylko usta nasze na żaden sposób wymówić nie zdołały żadnego słowa powszednich pozdrowień. Ja twarz jego widziałam jak przez mgłę.
On piérwszy przerwał milczenie. Zdjął z głowy kapelusz ruchem takim, jakby lekki ten przedmiot ciężył blademu jego czołu, obejrzał się dokoła i rzekł:
— Jakie piękne miejsce!
— Pokażę panu wiele piękniejszych jeszcze — odpowiedziałam, całkiem już przytomna, i ręką wskazałam mu drogę, sunącą wzdłuż brzegu Niemna, ku ciemniejącemu w dali lasowi.
Spełniły się więc przedchwilowe marzenia moje. Szliśmy obok siebie pomiędzy dwiema ścianami zieloności, ale nie sami jedni. Postanowienie moje z przeraźliwą jasnością stało przed moją pamięcią, wolną już od mgły gwałtownego wzruszenia.
Szliśmy bardzo powoli. Wierna danéj obietnicy, pokazywałam mu jeden po drugim dyamenty, strojące ulubioną moję drogę. Piérwszym z nich była stroma, naga ściana przeciwległego brzegu rzeki, cała czerwona teraz od jaskrawości zachodzącego słońca, tu i owdzie tylko splamiona czarnym bukietem nizkiéj sośniny. Był to dyament z jaskrawym, ponurym blaskiem.
Ale o kilka kroków ztamtąd, śmiał się i iskrzył wesoły krajobraz, z okrągłą łączką, zieloną jak szmaragd, ujętą w wieniec śnieżnych pni brzozowych. Drobne liście brzóz wyglądały jak roje ruchliwych iskier, za niemi stało ciemne tło wysokich dębów.
Przed obrazem tym, oddychającym cichą wesołością, staliśmy minut parę.
— Jak tam świeżo być musi i cicho na téj łące!— rzekł Adam, a po chwili zapytał. — Czy istnieje tu jaki sposób dostania się na przeciwległy brzeg rzeki?
Snadź jemu, tak jak mnie, zaszumiało w głowie szalone marzenie przeprawienia się tam za rzekę, na ten cichy raik, który świeżością swą wabił płonące nasze czoła, i gdzie, w cieniu ciemnych dębów, bylibyśmy tak sami jedni, tak oddaleni od wszystkiego, co na świecie huczy walką i znojem.
— Dawniéj — odpowiedziałam — kiedy tu z ojcem moim mieszkałam, mieliśmy łodzie i inne jeszcze sposoby przebywania rzeki, ale teraz niedostaje tu wiele rzeczy potrzebnych. Myślę téż tego jeszcze lata urządzić środki przeprawienia się na brzeg przeciwległy, gdzie znajduje się spora część Porzewińskich gruntów, gdzie więc nietylko miłe przechadzki pociągać nas mogą...
Mówiąc te słowa, nie patrzałam na towarzysza mego. Więcéj téż czułam, niż widziałam, że nagłym ruchem zwrócił twarz swą ku mnie, tak zupełnie, jakby słowa moje zadziwiły go, albo przelękły. Rozumiałam jego milczenie, wiedziałam dlaczego twarz jego skamieniała, jakby na rozkaz woli, a pobladłe usta wymawiały rzadkie i tylko obojętne wyrazy. Rozumiałam, że czekał on, aż spojrzeniem albo słowem jakiém mówić mu pozwolę. Bladość ta jego i panowanie nad sobą nie dziwiły mię wcale; takim przywykłam widziéć go w snach i na jawie: tkliwym i namiętnym z natury, silnym i śmiałym przez wolę i rozum.
Nie mogłam nie spojrzéć na niego. Tak jak w przedchwilowych marzeniach moich, zobaczyłam profil jego ze spuszczoną w zamyśleniu powieką, ale zamyślenie to było ciężkie jak ołów, a ramiona jego skrzyżowały się mu na piersi nieruchomie i mocno. Podniósł wkrótce powieki. Spojrzenie jego nie zatrzymało się na mojéj twarzy, ale, z pod brwi mimowoli ściągniętych, głębokie i jakby zagasłe pobiegło w przestrzeń.
Zielony raik łąki, brzóz i dębów, pozostał już daleko za nami. Teraz, za rzeką widzieliśmy czarne pólko, pnące się po stroméj wysokości i skratowane zielonemi miedzami. Po jednym z zagonów z ciężkością posuwał się w górę pług, prowadzony przez wieśniaka, zaorywającego ostatnią w dniu skibę.
— Tak więc! — wyrzekł Adam powoli i głosem, który z ciężkością wychodził mu z piersi — tak więc człowiek musi koniecznie i ciągle popychać pług swój przed sobą... aż do zachodu słońca...
— Aż do zachodu życia — powtórzyłam.
Po chwili Adam mówić zaczął:
— Znajduję się w porze życia, w któréj traf czy własna zasługa moja, jedno i drugie zapewne, pozwalają zdolnościom i siłom moim wejść na wyższe pole działania, niż to, wśród którego rozwijały się one dotąd...
— Słyszałam o tém — szepnęłam.
— Tak, wieści wszelkie rozchodzą się szybko. Tym razem wieść nie skłamała. Jestem wezwany do pełnienia ważnego i pięknego obowiązku. Wezwanie to przyniosło-by mi w każdéj innéj porze mego życia wielką radość i nadzieję, sięgającą wysokich sfer dążeń i pożądań. Odpowiada ono najzupełniéj wszystkiemu, co kiedykolwiek pełnić zamierzałem dla ludzi, a marzyć mogłem dla samego siebie. Teraz jednak...
Umilkł nagle. O! jak prędko, jak nieubłaganie prędko biegła ku mnie straszna chwila! Nie mogłam iść daléj. Czułam się tak słabą, że oparłam się o wysmukłą brzozę, przy któréj stałam.
Dziwne bywają niekiedy żarty ślepego trafu! Miejsce, na którém stanęłam, było tém samém miejscem, na którém żegnaliśmy się niegdyś, w owym niezapomnianym nigdy dniu piérwszego spotkania. Z jednéj strony cienista ścieżka wiła się i niknęła w zaroślach leśnych, z drugiéj rzeka płynęła u stóp nizkiego brzegu, szeroka i szemrząca.
Spojrzenia nasze razem pobiegły po zakrętach ścieżki i utonęły na chwilę w tajemniczych cieniach lasu.
— Pamiętam miejsce to — rzekł Adam.
Na czole jego spoczywały dwie głębokie bruzdy i oblewały mu pobladłą twarz, wyrazem smutku i siły.
— Od owego dnia, w którym na miejscu tém pożegnałem niegdyś panią, upłynęło dla mnie wiele dni różnych... Wszystkie siły moje poświęciłem temu, co wtedy nie pozwoliło mi tu pozostać... Miewałem godziny zapału i cichéj pracy, głębokich radości zadowolonego sumienia i wysokich aspiracyi myśli, szukającéj prawdy; szczęścia takiego, jak to, które ujrzałem teraz, nie miałem...
Po chwili milczenia, mówił daléj, lecz coraz powolniéj i ciszéj:
— Szczęście to nie ukazało mi się w postaci łatwo dostępnéj. Oplątują go dokoła względy i okoliczności życiowe, których wagi zapominać nie mogę. Dlatego nie chcę go sobie zdobywać, ani prośbą, ani gwałtem okazywanego pragnienia lub żalu. Przybyłem tu, aby z prawością człowieka, który spełnienie najdroższych życzeń swych przyjąć może tylko od przytomnéj myśli i woli, zapytać panią: czy mam odjechać sam jeden?
Słowa, zawierające pytanie, wymówił tak już cicho, że odgadłam je więcéj, niż usłyszałam. Ziemia i niebo zmieszały mi się przed oczyma.
— Jedź! — szepnęłam.
Wtedy uczułam obie ręce moje, uwięzione w gwałtownym uścisku dwóch gorących dłoni. Podniosłam wzrok, i... o! niechaj sumienie moje przebaczy méj pamięci, bo ja chwili téj nie zapomnę nigdy! Oczy nasze tonęły w sobie, rozpłakane największym żalem, jaki się w sercu ludzkiém mieścić może, rozmodlone najstraszliwszą modlitwą ofiary.
— Pozostaniesz tu na zawsze? — wymówił z cicha.
Zebrałam wszystkie siły i, chyląc nizko głowę, odpowiedziałam:
— Na zawsze!
Ramiona jego drgnęły tak, jakby chciał przyciągnąć mię ku swéj piersi. Ale było to jedno mgnienie oka. Dłonie, które więziły ręce moje w długim, ostatnim uścisku, rozplotły się, usłyszałam szelest szybko oddalających się kroków. Krzyknęłam, podniosłam twarz i wyciągnęłam ramiona...
Nadaremnie; byłam już samą......

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

...Przed chwilą otrzymałam list twój, Klementyno. Dziękuję ci, żeś mię odgadła. Zrozumiałaś, że aby módz żyć daléj, potrzebowałam wiedziéć, że on żyć może. Przybył więc pomiędzy was i znajduje się pośród ciepłych, przyjaznych serc waszych. Wzrok jego mniéj spokojny jest i czoło mniéj gładkie, niż dawniéj, znać, że przez życie przeciągnęła mu płomienna burza. Ale, piszesz, sił mu nie zabraknie do kroczenia piękną drogą, która otworzyła się przed nim. Dziękuję ci, Klementyno, za wieści te!
Co ze mną? Milcząc, cierpię i łamię się z sobą. Mówię sobie ciągle to, co on wyrzekł do was, a coś ty mi w liście swym powtórzyła: wielkie boleści leczą się tylko wielkiemi trudami. Wschód słońca widzi mię obudzoną, przez dzień cały krążę pośród rodziny mojéj, czyniąc każdemu, co mu potrzeba, jestem wszędzie, gdzie wzywa mię robota jaka, przygotowuję wiele rzeczy, które udoskonalą, rozszerzą, albo upiększą dom mój tamten i ten... i tylko późną nocą niekiedy, gdy wszyscy już śpią i nikt ani widziéć, ani słyszéć mię nie może, padam czołem przed niebem gwiaździstém, wspominam i płaczę...
Z cichém téż rozpamiętywaniem wpatruję się często w świeży grób, który wzniósł się w mém sercu. W grobie tym spoczywa jedyny płomienny sen mego życia, wielkie szczęście dwojga ludzi, którego oni wyrzekli się dobrowolnie.........

................

...Czy wyrzekając się, nie goniliśmy próżnych ułud? Czy odrobina dobra, którą sprawić mogliśmy, warta była, aby okupić ją cierpieniem, które wielkiém jest i długiém pewno będzie? Zaprzeczą pytaniom tym szydercy. Ale my, którzy wierzymy w ważne i święte ideały ludzkości, wiemy, że ofiarę naszę zapaliliśmy przed godnym jéj ołtarzem.
A nagroda dla nas?.........

................

...Niekiedy miewam widzenie, które mię pociesza. Myślę, że dla mnie i dla niego przyjdzie kiedyś zachód życia... pługi nasze wyciągnięte już będą na najwyższe dostępne nam szczyty. Wtedy spotkamy się może znowu. Po idylli poranku i burzy południa, przyjdzie łagodny wieczór ukojenia. Podamy sobie ręce, jak ludzie, którzy nigdy nie rozłączali się z sobą zupełnie, bo drogami od siebie oddalonemi wiodła ich jedna gwiazda do jednego celu. Podamy sobie ręce i w długiéj, uroczystéj, szczęśliwéj rozmowie, opowiemy sobie wzajem, jak i dlaczego żyliśmy zdala od siebie!


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.